Grażyna Langenfeld „Grażyna”

Archiwum Historii Mówionej
Jestem Grażyna Langenfeld, żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski. Pseudonim w Powstaniu i w AK miałam „Grażyna”. Należę do Batalionu „Zaremba-Piorun”. Stacjonowaliśmy na Emilii Plater, Wspólna, aż do Poznańskiej. Tu się odbywały bardzo ciężkie walki, udało nam się utrzymać teren, właściwie straciliśmy może pół ulicy, ale drugą stronę utrzymaliśmy.

  • Jak pani włączyła się do Batalionu „Zaremba-Piorun”? Czy pani była jakoś wcześniej zorganizowana?

Byłam łączniczką „Szarych Szeregów”, należałam do „Szarych Szeregów”. Prowadziłam zastęp i do Powstania weszłam ze swoją czwórką, było nas pięć.

  • Podano pani, gdzie ma być miejsce koncentracji?

Jak wychodziłam do Powstania, to wyszłam jako łączniczka „Szarych Szeregów” pana Piotra Tomczaka… Mieli tworzyć policję natychmiast po upadku Powstania. To był Korpus Bezpieczeństwa, ale to nie [miało] komunistycznego [charakteru]. Mieliśmy zająć miejsce granatowej policji i utrzymywać porządek. Bo jak zdobywa się teren, jak odchodzi wojsko, należało pilnować, żeby ktoś nie kradł i tym podobne. Byłam łączniczką. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, że będę prowadzić taką funkcję. Wyznaczono [mnie] na Mokotów. Punkt zborny był na ulicy Barbara zaraz za kościołem Zbawiciela. Tam zebrało się nas pięć i czekało na rozkaz przejścia na Mokotów.

  • Czy Powstanie już wybuchło?

Nie. Taki był rozkaz, kazali mi przyjść. O szóstej rano dostaję rozkaz: „Powstanie wybuchnie o piątej”. O piątej mam tam być. Zawiadomione są łączniczki – myśmy miały być łącznikami. Przychodzimy, wszystkie się zbierają. Powstanie rozpoczyna się o piątej i nastąpiły ciężkie walki na części placu Lotników i Zbawiciela. Chcieliśmy zdobyć aleję Szucha, to znaczy, stąd miało iść natarcie. Tymczasem nie udało się. Nie byłam jeszcze w Batalionie „Piorun” – nie wiem, jaki to był batalion, bo byłam przypadkowo, byłam na kwaterze. Zeszłam na dół, chciałam zobaczyć. Pan Tomczak powiedział, [że] idzie po rozkazy. Tymczasem widzę, że są ciężkie walki, i zaczęłam pomagać tym, co znoszą rannych na ulicę Polną – tam była klinika. Zdaje mi się, że numer był 130 albo 30, trudno mi powiedzieć. Klinika była przychodnią dla cywilów, więc tam się od razu zorganizował punkt opatrunkowy, a potem mały szpital.
Zaczęliśmy znosić [rannych] i to trwa. Czekamy na rozkazy. Dziewczęta są na górze, na kwaterze, a ja sama. Czekamy na rozkazy i upływają, zdaje się, dwa dni. W piątek idę z Polnej z rozkazem na kwaterę. Jestem złapana w kocioł, bo Niemcy zajęli całą Marszałkowską od Zbawiciela do Litewskiej i zaczęli wyciągać ludzi z domów, wszędzie. Potem [zajęli] również ulicę Litewską. Tędy popędzili duży tłum. Jestem wyłączona [z zagarnięcia], bo byłam na schodach. Naturalnie ściągnęłam opaskę i później wrzuciłam w liście, [które] były na ulicy. Wypędzili nas na aleję Szucha i tam wpędzili na główne podwórze.

  • Ci ludzie to byli wyłącznie cywile?

Tak, kogo złapali, [to pędzili]. Jakby wiedzieli, że jestem z AK, to bym pod ściankę [trafiła]. Normalnie się to odbywało, wszystkich z dziećmi, z niemowlętami – wszystkich zabierali. Byli też mężczyźni i chłopcy. Niemcy, pędząc, oddzielali mężczyzn – mężczyźni na jedną, my na drugą. Nas popędzili na podwórze, tam kazali mężczyznom położyć się na chodniku alei Szucha. Przyszli z karabinami maszynowymi i wszystkich rozstrzelali, chłopców i tak dalej…

  • Widzieliście to?

Widziałam nie [tylko] to przez całą wojnę. Nas od razu popędzili na aleję Szucha, gdzie już przedtem byłam raz aresztowana. Jest główne ministerstwo od alei Szucha, jedno skrzydło, drugie, główne podwórze. Duża brama, mogły wjeżdżać auta i ciężarówki. Mieli wyjazd, ale nie wiem dokładnie, na jaką ulicę, przechodziła z tyłu. Tam stoimy wszystkie zgromadzone jak śledzie. Czekamy. Dzień się prawie kończył, przychodzi noc. Nie ma wody, a są matki z małymi dziećmi, niemowlętami. Nie wiem, co tam się działo, [był] płacz. Ale na drugi dzień i drugą noc (to była piątkowa noc i jest sobota) jedna matka stała koło mnie i trzymała niemowlę. Prosi wachmana o trochę wody, bo dziecko już tylko kwili. Ordynarnie odpowiedział: „Nie”, ale po pewnym czasie po cichu przyniósł i dał jej wodę. Po prostu się bał. Dał jej wodę i ona jakoś uspokoiła dziecko.
W sobotę rano Niemcy wypędzili nas w aleje, na ulice. Jesteśmy wypędzone. Uformowali małą kolumnę, podjechał za nią czołg i przed czołgiem pędzili te kobiety na barykady – na Bracką i tak dalej. To było kilka razy. Wreszcie została część. Nie udało im się sforsować barykad. Z dala słychać było krzyk, ale później dowiedziałam się, że żołnierze krzyczeli do kobiet: „Rozpierzchnijcie się, uciekajcie!”. No i jak mogły, to uciekały do nich. Nie wiem, czy [byli] ranni, czy nie, bo się nie pytałam, zresztą nie miałam okazji. Potem następy dzień jest taki sam. Niedziela.

  • Pani nie uciekła?

Nie byłam jeszcze przystawiona, oni wszystkich nie ustawili. Było nas za dużo, a za mało czołgów. Dochodzi [do tego], że jesteśmy w pobliżu czołgu, który podjedzie. Najpierw przyszedł gestapowiec, oficer ze szpicrutą. Bije w buty, popatrzył się na nas i wyciągnął moje trzy łączniczki. Kazał [wyciągnąć] jeszcze kilka innych. Potem się dowiedziałam, że dostały się do domu publicznego, zabrali je tam. Nas ustawiali przed czołgi. Raptem przyszedł rozkaz, [żeby] to wstrzymać. Wymiana niemieckich jeńców na nas. To znaczy Armia Krajowa wymieniła jeńców niemieckich na te kobiety, które tam pozostały. Nie liczyli nas, tylko puścili w tą stronę, a Niemcy przyszli w tą stronę. Na tym ta sprawa skończona.
Znalazłam się na Brackiej i pytam się: „Dokąd mam iść?”. Pewno byłam zdezorientowana, widzę siebie, jak tam jestem, ale dokładnie nie mogę powiedzieć, co dalej. Żołnierz mówi: „Idź na Poznańską”. Poszłam na kwaterę komendy na Poznańską 12 czy 11. Akurat tak prosto weszłam. Tam dali mi jeść, jedną noc przespałam się w pokoju dla łączniczek i wysłali mnie na służbę przy rodzinie chorych na czerwonkę. Jestem albo na ulicy Piusa, albo na Koszykowej […]. Tam poszłam na służbę.

  • Na czym miała służba polegać?

Cała rodzina jest chora na czerwonkę, a ja mam ich pielęgnować. Nie wolno mi tam jeść i pić, bo wszystko jest brudne i w zarazkach. Pomagałam. Leży kobieta, która urodziła dziecko. Jest małe, jest koło niej i ona karmi to dziecko, ale sama ma czerwonkę. Wszystko, nawet co się napije, przelatuje przez nią z krwią. Pomagałam jej pójść do ubikacji, jak jeszcze miała na tyle sił, a mieszkali w piwnicy. Mąż i pięcioletni chłopiec [leżał] na drugim łóżku. Mąż chory, pięcioletni chłopiec i ta pani, mama. Niemowlę nigdy nie zachorowało, jak długo wiem. Byłam tam więcej niż dwadzieścia cztery godziny, widocznie nie mieli nikogo ona zmianę. Przyszła po mnie zmiana i wróciłam na Poznańską. Tam się umyłam, przespałam i tak dalej. To jeszcze początek, jeszcze były luksusy. Woda była jeszcze w kranach, bo to pierwszy tydzień czy zaczynał się drugi.
Dostałam rozkaz, żeby zanieść [go] na ulicę Emilii Plater, tam była komenda kompanii „Ambrozja” z Batalionu „Piorun”. Główna komenda batalionu mieściła się na Poznańskiej 12, mieli trzy kompanie. Zaniosłam tam rozkaz, potem wróciłam z rozerwaną nogą.

  • W jakich okolicznościach pani rozerwała nogę?

Niosąc [rozkaz], przechodziłam przez gruzy, już było ciemno i tam były porzucone druty telefoniczne, bo jeszcze wtedy nasi rozciągali telefony. Nadziałam się na taki drut i dobrze sobie rozharatałam [nogę]. Przyszłam do komendy, tam była dziewczyna, sanitariuszka i mówię, żeby mi chociaż dała bandaż. Przyniosła mi wodę utlenioną, polała nogę i mówi: „To już będzie wszystko”. Krew była w bucie, ale nie zwracałam na to uwagi. Przecież trzeba zanieść meldunek. Takie rzeczy robiłam przez trzy lata, to wiem, że musi dojść. Zaniosłam meldunek. Jak wróciłam, poszłam pod numer 12, gdzie był też mały szpital. Poszłam i tam [mnie] obmyli, dali zastrzyk przeciw… zakażeniu ziemnemu, doktór mnie obandażował, wstałam i zemdlałam. Widocznie byłam już albo wycieńczona, albo nie wiem z czego, to już przecież było po wszystkim, przecież to już było dwadzieścia ileś godzin. Tak [wyglądał] początek.
Następnym razem jak mnie przysłali, to staję na barykadach na ulicy Emilii Plater. Dwie ulice równoległe do Nowogrodzkiej – myśmy tam walczyli. Spróbowaliśmy także zdobyć kościół Świętego Piotra i Pawła. To była nasza strażnica. Ale to było tak, że oni nie mogli mieć i my nie mogliśmy mieć.

  • Gdzie były usytuowane barykady?

Dwie duże barykady były na Emilii Plater i na Wspólnej. Zdaje się, że koło 15 sierpnia zaatakowaliśmy Niemców albo Niemcy nas – w każdym razie wywiązała się silna walka między nami a Niemcami. Najpierw byliśmy na Wspólnej na barykadzie, tam są mieszkania, gdzie mieszkają ludzie. Słyszę, że normalnie mieszkają cywile, chyba że ktoś przedtem wyszedł. Kwatera naszej drużyny była w piwnicy. Tam mogliśmy mieć wodę, wszystko. Chłopcy i ja pilnowaliśmy okien w kamienicach. Niemcy strzelali dzień i noc. W międzyczasie zapalili kamienice. Pożar staraliśmy się ugasić [wszystkimi] siłami, jakie były. Szło się na podwórze i wołało się mężczyzn z mieszkań, co tam byli. Część przyszła. Jeden mówi (tego nigdy nie zapomnę), że nie ma czasu, bo mu się rosół ugotował. Miał rację, że już więcej innego rosołu nie będzie jadł, aż wyjdzie z tej niewoli, ale dach mu się palił. Nie wiem, czy poszedł, czy nie, tylko to słyszałam. Jestem na podwórzu, a on jest na drugim piętrze. Głupota, ale [pamiętam].
Po ciężkich walkach dowódca, ranny podporucznik (imienia nie pamiętam) dostaje [wiadomość], że nie można przejść na drugą stronę, bo tam też jest atak, Niemcy stoją czołgiem naprzeciw barykady i bez przerwy walą. Tak że przez te czterdzieści osiem godzin (zdaje się) nie było zmiany. Do nas też nie mogła dojść zmiana.

  • Gdzie byli usytuowani Niemcy?

Mieli swoje koszary na Nowogrodzkiej. Przyszli Wspólną, bo nie była cała przez nas zajęta, tylko kawałek od Emilii Plater. Przyjechali od Marszałkowskiej, dostali się na Wspólną i tam wjechali. Myśmy mieli tylko kilka rewolwerów, dwa czy trzy karabiny. Dowództwo przejął przedwojenny kapral, wydaje mi się, że jego imię to „Janek”. Bardzo odważny żołnierz. Walczyliśmy głodni, jak długo mogliśmy, bo już tam [nie było jedzenia]. Należało przeprowadzić cywili. Przyszedł rozkaz, że mamy się wycofać. Jedna strona płonie, Niemcy strzelają, ostrzeliwują przechodząca tam barykadę, trzeba przez nią przejść na tę stronę, która jest w naszych rękach. Kapral dał rozkaz, że po każdym strzale miało biec dwóch cywilów. Okazuje się, że cywile nie mogli przecież bez niczego biec. Jedni z walizkami, drudzy z papugami, trzeci [z czym innym] – [brali] wszystko, co mogli, to jest zrozumiałe, to jest ludzkie. Trudno jest chronić tego człowieka, żeby szybko biegł. Barykady nie były jeszcze wykopane tak głęboko ponad wysokość człowieka. Udało się nam przepuścić wszystkich cywili z kamienic na drugą stronę.
Następnie przyszła kolejka na nas. Zdaje się, że było dwóch ciężko rannych. Przeskoczyliśmy. Wszyscy myśleliśmy, że pójdziemy na odpoczynek, bo się nam należał. Należał się, ale każdy był tak zmęczony, tak podminowany, że spać się nikomu nie chce. Przyszedł rozkaz, że mamy zostać po drugiej stronie, która też jest spalona i że przyniosą nam jedzenie. Przynieśli nam jedzenie, a myśmy objęli stanowiska po tej stronie do następnego dnia. Potem dali nam odpocząć. Kapitan „Jeremi” był dowódcą naszej kompanii. U nas w I plutonie były trzy drużyny. Byłam w 1. drużynie, a czasami w 2. albo w 3. – nie pamiętam. Każda drużyna miała swojego dowódcę, przeważnie byli to podchorążowie, rzadko kiedy jakiś podoficer. Był [podoficer] z 1939 roku „Janek”, co nas przeprowadził. Potem wytrwaliśmy tam, ale moje buty, podeszwy spaliły się i nie miałam butów, ale nic o tym nie myślałam, tylko [było] gorąco. Odpoczynek był, zdaje się, u sióstr Marii. Miały przed wojną mały szpital położniczy, klasztor tam był i do dziś dnia nie wiem, z jakiego zakonu były.
  • Przy której ulicy?

Między Emilii Plater, Wspólną, gdzieś tam w okolicach, między Poznańską a Emilii Plater, w tej dzielnicy. Wiem, że jest tam klasztor, bo jedna z koleżanek, która było uchroniona (Żydówka) przez siostry, jechała z Ameryki podziękować tym siostrom za ich miłosierdzie.

  • Czy przenieśliście się?

Jak był odpoczynek dwanaście czy dziewięć godzin, mogliśmy się umyć. Jeżeli ktoś dostał przepustkę, to biegł do swojej rodziny, zobaczyć, co się dzieje. Tam byłam dwa czy trzy razy na… [toalecie]. Posiłek przynosili nam z Poznańskiej, tam gotowali. Siostra wzięła mnie za rękę i mówi: „Chodź”. Pierwszy raz nie wiedziałam, gdzie idę. Poszłam do małego pokoju czy co to było, przyniosła balię, nagotowała wody i mówi: „Teraz się kąp”. Proszę mi wierzyć, było przyjemnie.

  • Jak się dalej rozwijała sytuacja? Zmienialiście miejsca pobytu?

Myśmy później stali i bronili terytorium już po tej stronie Wspólnej, Hożej i Emilii Plater. Nasz batalion też przypuścił szturm na PAST-ę. Jak przypuszczali [atak] na innej ulicy, to chcieli odciągnąć Niemców w drugim miejscu, to myśmy ich atakowali, a nasi próbowali zdobyć i zdobyli.
Właściwie służbę pełniłam bez przerwy. Jak już było ileś godzin, to się kładłam na ziemi albo jak stało jakieś łóżko [to na nim] i w razie czego budzili mnie. Musi się pani przespać. Najważniejsza była zmiana broni. Jak [żołnierz] przychodził wymienić drugiego żołnierza, to broń zostawiał, bo nie było. Bohaterką nie byłam. Pełniłam swoją służbę zwykłego, polskiego żołnierza. W Powstaniu bardzo żałowałam, jak kapral padł, został [zabity]. Myśmy robili wypady na Wspólną, na drugą stronę i tam wysłano trzech chłopców, żeby spenetrowali teren, jak będzie można atakować. Byli uzbrojeni, mieli też właściwie zdobyty karabin. Poszli, a myśmy ochraniali z drugiej strony. Kapral „Janek” dostał śmiertelną kulę przez ulicę. Ostrzeliwał Niemców. Wyciągnęłam go z gruzów pod silnym ostrzałem. Już więcej nie dostał kul. Jeszcze w międzyczasie przybiegły sanitariuszki z punktu, zabrały go ode mnie. Później dowiedziałam się, że umarł.

  • Czy pogrzeby urządzaliście na miejscu?

Koło sióstr na podwórzu kopało się dół, zawijało się ciało w prześcieradło, często pod obstrzałem, chowało się, stawiało się krzyżyk zrobiony z drzewa. To było na podwórzach, tak że zrywało się chodnik. Jak był gdzieś w pobliżu ksiądz, to poświęcił albo później przyszedł poświęcić.

  • Nie mieliście swojego kapelana?

Nas nie było tylu, kapelanów też nie było tyle. Gdzie postawić tego kapelana? Musiałby być razem z nami na barykadzie. Niektórzy szli na barykady. Był kapelan, który był wyznaczony na ulicę Poznańską. Tu kościół Zbawiciela, tu zaraz drugi, tylko że do Świętego Piotra nie można było chodzić i kaplica sióstr gdzieś tam była. Raz byłam u sióstr w dużym klasztorze (ale nie pamiętam na jakiej ulicy) na ślubie żołnierza i łączniczki czy sanitariuszki. Niedaleko pełniłam służbę. Jeden z chłopców mówi: „Chcesz zobaczyć ślub? Teraz spokój jest, biegnij”. Poszłam. [Ślub] odbywał się normalnie, para szła, mąż ją prowadził i koniec, i stało dwóch żołnierzy za świadków. Ksiądz dał ślub, poświęcił i na tym koniec. Człowiek się przeżegnał. Ja też już po wojnie brałam taki ślub, chciałam prosty ślub i miałam. Mąż w mundurze i ja w mundurze, tylko że w Niemczech, w Maczkowie. Tak szło do końca. Byłam na trzech przepustkach. Mieszkałam na Marszałkowskiej 119, tam mi [potem] Stalin postawił… drapacz nieba.

  • Wybierała się pani na przepustki do domu, do rodziny?

Moi rodzice byli w obozach koncentracyjnych. Mama w Ravensbrück, a ojciec w Oświęcimiu. Mieszkałam u stryja w tym czasie, bo rodzice i ja byliśmy aresztowani w 1940 roku. Mnie puścili, a rodziców [wywieźli]. Później mieszkałam u ojca chrzestnego. Na Powstanie szłam z Marszałkowskiej 119. Poszłam na przepustkę.

  • Co tam pani zastała?

Kamienica na razie stała. [Była] Andzia – stryja służąca. On był sędzią, ciotka była adwokatem, więc przed wojną dobrze sytuowani ludzie. Jak woja się zaczęła i stryj wrócił z wojaczki (bo udało mu się uciec z 1939 roku), to dostał znowu pracę w sądzie, ale nie było tyle pieniędzy. Andzia była z Podlasia, bardzo miła kobieta, nie była już dla mnie dziewczyną, bo miała po trzydziestce. Ciotka też miała coś trzydzieści kilka lat, to wszystko już starzy ludzie. Rodzice moi byli w tym wieku. Ona mi raz powiedziała: „Wiesz, ja nie chciałam żadnych pieniędzy, bo za jedzenie tylko i za to, że mieszkam. Do domu wracać nie mogę, a bardzo tu mi dobrze jest”. I tak była. Moja Andzia, bo była moją przyjaciółką, czuwała nade mną. Widocznie mnie lubiła. Dopiero się zorientowałam później. Jak przyszłam, Andzia mówi: „Wiesz, wanny nie mogę zrobić, bo ta część kamienicy jest zniszczona, ale chodź tutaj”. Patrzę, stoi balia i znowuż kąpanie. Przepustkę miałam na pięć godzin czy coś, na więcej nie dawano. Pytam się: „Gdzie ciocia?”. Bo ciotka też miała iść na Powstanie. Stryj wyszedł o trzeciej, pięć po trzeciej ja poszłam, ciotka miała się żegnać z Andzią i iść jako sanitariuszka. Poszła, ale przynieśli ją ranną, dostała kulą w nogę i miała roztrzaskane kolano. Leżała w piwnicy, jak długo – nie wiem. Pod koniec Powstania wyszła z cywilami, tak że już na tyle mogła chodzić. Andzia się nią opiekowała. Byłam tam parę godzin i poszłam. Tak było dwa razy.
Mieszkania już nie było, wszystko zbombardowane, wszystko odbywało się w piwnicy. Na trzeci raz, jak powiedzieli, że cywile wychodzą (ogłosili to), poszłam do domu, bo spodziewałam się, że ciotka wyjdzie. We wrześniu Niemcy dwa razy na ileś godzin zatrzymali walki, żeby trochę cywilów wyszło, a czy oni część zabrali do obozów, czy nie, to ja nie wiem. Przychodzę do ciotki, a ona już uszykowana, żeby wyjść. Dobrze, bo i tak była bezbronna. Pytam się; „Gdzie Andzia?”. Mówi: „Zginęła tu na podwórzu”. Taki los, taka dobra kobieta. Mówi: „Tu jest pochowana”. Ciotka wyszła, później jak raz przyjechałam, to jeszcze ją widziałam. Ale… ta kobieta, [Andzia], czuwała nade mną. Chodziłam do gimnazjum od godziny pierwszej do szóstej albo do w pół do szóstej – zależało [od tego], kiedy jest godzina policyjna. To myśmy przedłużali [zajęcia] – na Moniuszki to było koło filharmonii, przedwojenny budynek szkolny, w którym się jeszcze dwie szkoły mieściły, bo Niemcy zabrali [budynek] gimnazjum; chodziłam do Hankowskiej.
Stryj przychodził, to dostawał obiad. Przeważnie się jadło kartofle, brukiew, najprostsze [posiłki], nie było co jeść. Ciotka zaczęła nosić i sprzedawać baterie. To znaczy z punktu, gdzie ktoś robił, dostarczała do małych sklepów. Popularność ich była [wielka] ze względu na to, że Warszawa nie była oświetlona. Zarobiła więc na tym parę groszy. Andzia mi zawsze, jak przyszłam na wieczór ze szkoły, naszykowała trochę i mówi: „Chodź zjeść”.

  • Jak się dla was zakończyło Powstanie?

Stryj, Franciszek Kostecki, zginął w Powstaniu. Cały czas byłam na barykadach. Walczyliśmy, Niemcy nacierali. Myśmy się umocnili, nie mogliśmy posunąć się naprzód, ale nie traciliśmy już terenu. Zdobyli PAST-ę. Nasz teren był do Marszałkowskiej do tego stopnia, że stacja „Błyskawica” jak już nie mogła nadawać na Starym Mieście, to przyszła do nas i tam była pod ochroną. […]
Stoi się, pomaga, ale przyszedł głód. Teraz nie wiem, czy [bardziej] Niemcy byli nieprzyjacielem, czy głód. Przyszedł głód. Wysyłano żołnierzy (z naszej kompanii i batalionu również) po ziarno [do Haberbuscha]. Codziennie szły kolejki i żołnierzy, i brali też jeńców niemieckich. Była specjalna drużyna czy nawet mieli uszykowane dwie, ale jeńców też brali (naturalnie pod ochroną) i przynosili. Gotowano to, nie było młyna, żeby zrobić kaszę i ją oczyścić. Nie było tyle czasu. To była „plujka”, zupa „plujka”. Jak się stoi na warcie w ciągu nocy, to będzie się więcej chciało jeść niż w dzień, bo dostało się talerz zupy, a tu trzeba stać na warcie, być czujnym, a oczy się zamykają, ledwo się stoi na warcie. Śmieszna może rzecz, ale nieraz chodziłam od okna do okna i budziłam moich kolegów. Bo niechby przeszedł oficer albo Niemiec by zauważył czy coś, więc budziłam.
Wreszcie poszłam do sióstr i pytam się, czy nie mają czegoś do zjedzenia. „No my nie mamy, ale mamy cukier”. Wiedziałam, że na pewno nie mają. Byłam tam ze trzy razy, ze trzy dni. Dały mi ileś tego cukru w kostkach, przyszłam, dawałam chłopcom kilka kawałków cukru i to dawało im trochę energii. To jest może śmieszne, niezrozumiałe. Kto [czegoś podobnego] nie przeszedł, to mało kto widzi, co to jest. To był gest. Siostry też głodowały, takie były jak palce. Sytuacje były różne.

  • Jakie były wasze kontakty z ludnością cywilną?

Bardzo dobre. Na Poznańskiej nasz batalion miał dwa szpitale. Tam, jeżeli ktoś [był] ranny albo chory, to dostawał opiekę. Ludność cywilna garnęła się do obrony, prosili o broń, nie tylko mężczyźni, też kobiety; [prosili] o miejsce na barykadzie. Ale o tą broń chodziło. Garnęli się do tego stopnia, bo widzieli, że walczymy za Polskę. Widziałam, idąc w międzyczasie z Poznańskiej (chodziłam tam, żeby dostać przepustkę, musiałam iść przez wybudowany tunel, barykadę) cywilów siedzących w piwnicy. Oni na mnie nie narzekali ani nie rzucali niczym. Tak że jeżeli byśmy mieli broń…której niestety, jak nie zdobyłeś, to nie miałeś… [byłoby inaczej].

  • Czy nie docierała do was broń ze zrzutów?

Zdaje się, że to było w środku… września. Nasza stacja nawoływała, że potrzebuje pomocy. Anglicy i Amerykanie targowali się z naszym „wielkim bratem”, tak się kazał nazywać Stalin, żeby pozwolił lądować samolotom na ich lotnisku, żeby otrzymać benzynę. On to odrzucał, bo on przyjedzie pomóc. Pierwsza pomoc, pamiętam, to były kukuruźniki. Perkający, mały samolot. Możliwość amerykańskich i angielskich zrzutów była bardzo trudna, dlatego że dystans był długi. Większość naszych lotników latała z lotniska Brindisi. Były zrzuty, ale ich nie było dużo i nie każdy zrzut się dostał do polskich rąk, bo teren był tak poszatkowany. Jest sierpień i wtedy Amerykanie negocjują, bo my żądamy, żądamy, a Stalin mówił, że on zrzuca pomoc. Pomoc polegała na tym, że kukuruźnik latał nad naszym terenem i zrzucał zrzut, który nie miał spadochronu. Jak się zrzuci worek, to już nie będzie co zbierać, więc to nie była wielka pomoc, ale przez kilka dni czy tydzień słyszałam jego głos, jak latał. Sporadyczne zrzuty naszych aliantów i naszych lotników, a Stalin wreszcie zgodził się na lądowanie. Nie wiem, ile samolotów przyleciało, ale dość dużo. Zrzuty nastąpiły, [ale] mimo że nasi palili ogniska, gdzie się powinno zrzucić, to zrzuty często padały za tym miejscem. Tak że myśmy tak dużo nie dostali. Jeden samolot był rozbity, zestrzelony i lotnik się uratował, bo był na naszym terenie. To był jedyny raz, jak alianci zrzucili, wydaje mi się, że to było koło 15 września.
Wielka pomoc przychodzi – Rosjanie zgodzili się, żeby Polacy z dywizji „Kościuszki” przeszli Wisłę i zaatakowali Niemców. To jest już pod sam koniec, zdaje się, że 18 września. Pamiętam, [mówiono]: „O, Rosjanie przychodzą”. Tak się złożyło, że w tym samym czasie poszłam na przepustkę. Przechodząc przez barykadę na Alejach Jerozolimskich, zobaczyłam, że przy barykadzie i w piwnicach stały strażniczki i strażnicy z opaskami komunistycznymi. Naszych żołnierzy tutaj nie widziałam, byłam bardzo zdziwiona, dopiero na barykadzie byli, ale przewodnicy. Dowiedziałam się, że w całej Warszawie walczyło około trzystu polskich komunistów, może batalion. Komuniści stali, przyszedł atak, nasi Polacy przeszli, ale nie mieli wsparcia. Wyginęli z tej strony i w rzece. Potem ich wstrzymano. Już więcej, zdaje się, komunistów tam nie widziano, gdzieś ich może przesłano, [bo] ich przesuwano. Raz widziałam i słyszałam, jak się idzie na Starówkę. Idziemy do niewoli i nasi odważni komuniści poprosili o akowskie opaski. Dostali i poszli do niewoli. Jak wrócili, to słyszałam, że niektórzy zachowywali się jak oprawcy, ale nie wiem, czy to prawda, czy nie.
Walczymy, nie było żadnego przygnębienia. Przychodzi z Woli żołnierz (chyba na koniec sierpnia), marynarz, przedostał się ze swoją żoną i jej bratem, który miał czternaście lat, ale duży chłopak. Przyszedł z granatem. Marynarz miał pseudonim „Wicher”. Był bardzo dzielny; w stopniu marynarki – jak przeliczyć na wojsko, to sierżant. Dobrze walczył, wiedział, co robi. Nie wiem, co się z nim stało, poszedł do niewoli, a jego żona poszła z nami. Chłopiec walczył tak jak każdy inny żołnierz, cóż mówić, jak te domy się paliły, przyszedł łącznik z innego plutonu. Nie wiem, jak on podpatrzył, pełnił służbę u nas dwa czy trzy dni. Chłopiec miał dwanaście lat i tak jak mysz, wszędzie się mógł zmieścić. Pytam się: „Gdzie ty mieszkasz?”. Mówi mi: „Wiesz co, ja nie miałem już rodziców, ja byłem sierotą, pucybutem na Dworcu Wielkim”. Tak żył. Czy poszedł z nami do niewoli, nie wiem, nie widziałam go. Drugi taki chłopiec, tym razem czternastoletni. Też łącznik, poszedł do niewoli, widziałam go w Lamsdorfie.
  • Wspaniałe były dzieciaki…

One się nie bały. Rozumiem, dlaczego się nie bały, bo ja się też nie bałam. Do dziś dnia nie mam tego lęku. Walka. Staliśmy na posterunkach, walczyliśmy, odpieraliśmy niemieckie ataki. Nie udało się posunąć naprzód, zdobyć dworca czy wypędzić Niemców. Pomoc amerykańska okazała się mała. Część wpadła w niemieckie ręce, a część broni dostała się nawet naszemu plutonowi, zdaję się karabin. Natomiast na Hożej była fabryka stworzona do wyrabiania granatów i broni różnego rodzaju i kalibru. Nie tyle wyrabiali, co naprawiali. Tam byli nasi inżynierowie i bardzo dzielnie dzień i noc [pracowali]. Stworzyli elektrownię, która dawała prąd nie tylko na Poznańską i dookoła, ale dawała prąd do szpitali, co tu były. Elektrownia została uczczona tablicą w zeszłym roku.
[…] Dochodzi do niewoli. Mały łącznik poszedł, widział moje podpalone buty i przyniósł mi jakieś pantofle, i mówi: „To na pewno będzie pasować”. Rzeczywiście. W tych butach poszłam później do niewoli.

  • Jak wyglądało wyjście z Warszawy?

Najpierw było zawieszenie broni. Myśmy myśleli, że to tylko dla cywilów, ale inni już się domyślali, choć wolałoby się walczyć do ostatniej kropli krwi, już nie zwracając [uwagi] na jedzenie. Jest zawieszenie broni i tego dnia dostaję rozkaz z dwoma chłopcami, żebyśmy poszli na ulicę Nowogrodzką, zebrali zwłoki trzech dziewczynek, łączniczek, które leżały tam od pierwszych dni Powstania. Ile razy myśmy tam chcieli je ściągnąć, to ostrzał nie pozwalał. Teraz poszłam, zebraliśmy te kości (nie wiem, czyje, bo żadnych papierów nie było, pewno Niemcy zabrali) w szmatę, chłopcy wykopali dół przy kościele nie od strony Emilii Plater, tylko po przeciwnej. Tam rosło duże drzewo i pod tym drzewem zakopaliśmy, ułożyliśmy je. Kto to był, nie wiemy.

  • Wiedzieliście, że dziewczynki, łączniczki…

To była ostatnia czynność. Poszłam do domu, wzięłam parę rzeczy z piwnicy, wiedziałam, że ciotka wyszła i szłam do niewoli.

  • Szła pani jako cywil czy jako żołnierz?

Jako żołnierz. Pochodzę z żołnierskiej rodziny. Byłam żołnierzem i żołnierz do końca wykonuje swój obowiązek, bo to jest jego punkt honoru. Walczyć nie tylko za ojczyznę, ale za to, kim jesteśmy.
Idziemy do niewoli. Przyszedł rozkaz z Poznańskiej od „Ambrozji” dowódcy kompanii, że ustawimy się rano przed politechniką, tam był plac. Tam ma być zbiórka całego batalionu. Rano, [chyba] o piątej (nie pamiętam) idziemy i już były ogniska rozpalone, może trzy albo cztery duże. Dookoła ustawiły się kompanie i odśpiewali. Na początku Powstania dowódcą była „Zaremba”, ale został ciężko ranny, wyżył, wyleczyli go, później pracował gdzieś jako inżynier. A „Piorun” przyszedł później, był zrzutkiem i zdaje się, że był przez pewien czas adiutantem „Zaremby”. Wtedy objął dowództwo. Przemówił coś i odśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła”. Droga do niewoli jest długa i daleka, z kraju, do którego się już nie wraca.

  • Wtedy tego pani nie wiedziała.

Wiedziałam. Nie wierzyłam we wróżby, ale była cyganka, która przed Powstaniem (śmieszna rzecz) wywróżyła mi, na ulicy wciągnęła mnie do bramy. Powiedziałam: „Nie mam pieniędzy, nie wróż”. Ona mi mówi, że musi mi to powiedzieć. „Ty wyjdziesz z Polski i nie wrócisz”. Na tym się skończyło, poszła. Nie wiem, kto i co, była cyganka i miała dłuższą sukienkę. Później pomyślałam, ze wiedziałam. Idziemy do niewoli. Przed wyjściem dano nam bochenek chleba, trzydzieści czy pięćdziesiąt dolarów, były uszyte plecaki. Spisano listę z nazwiskami. Wtedy wpisano mi moje nazwisko, byłam żołnierzem, dostawałam gażę żołnierską jeszcze przed Powstaniem. Ale do delegatury mnie tam… Przysięgę składałam jako żołnierz dla nich. Teraz jeszcze dane były potrzebne dla Niemców. Wychodzimy. Maszerujemy przez Filtrową. Filtry nie były zniszczone, myśmy wody nie mogli dostać, bo oni je odcięli. Widziałam to. Maszerujemy koło filtrów, dalej aż na Ożarów. Tej strony Warszawy nie znam, nie nosiłam tam żadnej poczty. Przechodziliśmy przez jakąś wieś, miasteczko i Włochy. Tam ludzie próbowali podać nam czy kawałek chleba, czy coś, ale gestapo nie pozwalało. Maszerowaliśmy razem, dziewczęta i chłopcy, jako żołnierze. Doszliśmy do Ożarowa.
W Ożarowie ustawili nas, był tam zrobiony obóz w dużej fabrycznej hali. Tam byliśmy chyba dwa albo trzy dni, 6 października nas załadowali. 3 października żeśmy maszerowali. Wychodząc, żegnaliśmy Warszawę. Warszawa w tę stronę, co maszerowaliśmy, nie była zniszczona. Jakiś jeden, drugi dom, ale nie była zniszczona. Dopiero potem Niemcy wysadzili, a ruscy może pomogli. Mamy spać, jest noc. Nie pamiętam, czy dali coś jeść, chyba dali. Noc przeszła, ustawiali, liczyli, a 6 października załadowali na wagony i jedziemy, i jedziemy, aż w nocy dziewczynka woła: „Granica polska!”. Myśmy porobiły dziurki: jedną w podłodze dla potrzeb, a drugą one wyskrobały [żeby coś widzieć]. Jechaliśmy razem, mężczyźni i [kobiety].
Potem doszliśmy do obozu. Wyładowali nas. Idziemy nie wiem [dokąd], kilka kilometrów od stacji, obóz Łambinowice koło Opola. Ale po drodze było kilka cywilnych obozów. Tam zajęło się nami gestapo. Niby miało być wojsko, potem byli… przeważnie poranieni żołnierze ze wschodu, z wojny i nas pilnowali. Jak ich wyleczyli, już nie mogli iść [na wschód] i ich tutaj dawali. Właściwie nie zauważyłam, żeby żołnierze się źle zachowywali. Gestapowcy [owszem], a kobiety… wicked. Kobiety, a jak one umieją szukać. Przeszłam przez obozy w Lamsdorf, Mühlberg, Altenburg i Oberlangen. Nie we wszystkich obozach były sienniki. Przeważnie spałam na deskach, na trzecim poziomie pryczy. Jak przyszło gestapo, to potrafiło wszystko [rozrzucić]. Okazuje się, patrzę, a to kobiety wychodzą, wszystko rozrzuciły. Mnie zabrały opaskę, bo schowałam. Ale dokumentu, odznaczenia przez „Bora” na barykadzie nie zabrały i mam w oryginale Krzyż Walecznych. Dostałam go chyba pod koniec września, nie pamiętam.

  • W jakich okolicznościach otrzymała pani odznaczenie? Przysłali łącznika?

Nie. Byłam zdziwiona, bo nie wiedziałam za co. W kamienicy, gdzie dowódca kompanii „Ambrozja” miał na Hożej komendę, był duży korytarz. W korytarzu ustawiono nasz pluton, jak pamiętam, rano. Przyszedł dowódca i jeszcze jeden oficer, nam dawali rangę i dali odznaczenie, Krzyż Walecznych i jeszcze powiedziano: „Pamiętaj, to jest Krzyż Walecznych przez marszałka ustanowiony i jak będzie wolna Polska, to ty będziesz szanowana za to”, coś w tym sensie. Byłam zdziwiona, bo wydawało mi się, że takie krzyże daje się jakimś bohaterom, którzy zdobyli miasto czy czołg, czy coś takiego. Byłam w różnych akcjach, nie o wszystkich mówię, ale otrzymałam. Nie było po znajomości, nikt mnie nie znał. Może ktoś powiedzieć, że jakiś wujek czy pociotek – no. Później dostałam medal Wojska Polskiego, dwa razy.

  • Tego nie znalazły w trakcie przeszukania?

Mam to. Wsadziłam gdzieś w szparkę. Później, jak żeśmy jechały do Oberlangen, to już tak nie szukały. Jedną rzecz [zabrały], co ja miałam. Później w Oberlangen jeszcze przyszedł list od mojego ojca Zygmunta Kosteckiego z Neuengamme Hamburg, gdzie był przeniesiony po pięciu latach z Oświęcimia. Przyszedł list pisany z nadzieją, że się zobaczymy w listopadzie 1944 roku, a ja otrzymałam go zimą 1945 roku. Poczta niemiecka w obozie przyniosła. I jak się skończyło? Mój ojciec i trzynaście tysięcy więźniów zostali załadowani na jeden duży okręt i dwa małe, wywiezieni na Morze Północne (na samym końcu wojny), a w tym samym czasie alianci żądają, żeby wszystkie okręty były w portach. Niemcy tego nie zrobili z tymi więźniami i alianci ich zbombardowali, i tylko uratowało się dwustu trzydziestu [więźniów] czy coś. Mój ojciec zginął 5 maja 1945 roku. Trzy dni przed końcem wojny, a był aresztowany w 1940 roku i mama też. Cześć tym, co tu leżą, i cześć tamtym, co polegli bez mogiły.

  • Czy mama przeżyła?

Mama przeżyła, wróciła do Polski, jakoś sobie życie urządziła. Nie widziałam mamy, mama tu umarła, a ja pierwszy raz przyjechałam dopiero w 1984 roku.

  • Czy pamięta pani moment oswobodzenia Oberlangen?

Było pod wieczór. Ktoś krzyknął: „Zobacz, czołg!”. Słońce świeciło. Czy ja byłam na dworze czy w baraku, ale wszyscy: „Zobacz, polski czołg!”. Polski czołg wjechał, gniotąc zasieki. Z tej strony, co on wjeżdżał do nas, tam bramy nie było, tam chyba drugi czołg. Każdy [biegł] z innego końca, przecież było nas dość dużo, ponad tysiąc siedemset, to tam było miejsce. I nas tam oswobodzili. Rozmawialiśmy, rozmawialiśmy. Później zaczęli przyjeżdżać nasi oswobodziciele, chcieli zobaczyć te polskie dziewczynki, większość było dziewczynek, mało było dorosłych osób z Polski, więc każdy przyjeżdżał, kto dostał przepustkę. Jakiś chłopiec przyjechał, rozmawiamy i mówi: „Ale co panienka by chciała do jedzenia?”. Mówię mu: „Soli”. Całą niewolę mi owało soli. Tak chciałam soli i niech ktoś powie, że to niemożliwe.

  • Wydaje się mało prawdopodobne.

Sól jest naprawdę bardzo potrzebna w organizmie, więc on się roześmiał i na drugi dzień przywiózł mi sardynki zamiast soli. Zjadłam. I co było? Wycieńczony organizm, pusty żołądek, to już końca nie trzeba [dopowiadać]. Tak się rozchorowałam, a to był mój początek oswobodzenia.

  • Czy potem był Maczków?

Oberlangen był, Oberlangen jeszcze długo. Stworzono różne kursy czy coś. Maczek kazał zorganizować gimnazjum, bursę dla nas no i… cywile z różnych obozów właśnie się tam [sprowadzili]. Miasteczko było całkiem zaludnione. Poznałam męża. Pojechałam z koleżanką autostopem odwiedzić jedną, która miała być przewieziona do dużego szpitala, do innego obozu. Jak wracałyśmy, szłyśmy na piechotę. Zatrzymała się druga ciężarówka pełna czegoś tam, coś wieźli. „Czy panie chcą jechać?”. Wsadzili nad do [szoferki], pojechałam i od tej pory miałam męża.

  • Czy mąż był też po obozie jenieckim?

No, rodzina była wywieziona na Syberię. Później po akcie Sikorskiego dostał się do armii Andersa i z armią Andersa przeszedł całą kampanię… Ćwiczyli się w Palestynie, najpierw w Iraku, okrętem (nie wiem, czy z Palestyny, czy z Iraku) zostali przewiezieni do generała Maczka, bo on nie miał dosyć żołnierzy. Tam się szkolili w Szkocji, bronili szkockiego brzegu, bo tam polscy żołnierze mieli bronić. [niezrozumiałe] wylądował, jak 1. dywizja wylądowała 1 sierpnia we Francji. Przeszedł wszystkie bitwy, zwyciężył, przeżył, jeszcze żonę sobie znalazł, [miał] dwie córki i pięć lat temu umarł. Koniec.

  • Jak pani tamten okres widzi we wspomnieniach? Jak pani sama ocenia wartość tego wszystkiego?

Uważam, że to było potrzebne, że Powstanie to nie był tylko wymysł dowódców, ale cały naród był [do tego zapalony]. Musieliśmy bronić naszej świętej ziemi. Myśmy bronili, jak mogliśmy. Ktoś twierdzi, że spaliliśmy Warszawę. Nie, nie spaliłam Warszawy, Niemcy spalili. Niemcy zaczęli wojnę. Rosjanie wkroczyli do Polski, zabrali rodziny, wywieźli na Syberię, do Kazachstanu, to ci co zostali, nie mogli się bronić? Dziwić się, że byli partyzantami? Dziwię się i naprawdę moje serce płacze, że tylu Polaków tutaj w Polsce mordowało drugich. A to, żeśmy bronili świętej ziemi i tych ludzi – człowiek zostawia po sobie ślad, ma dziecko i ma dorobek, to musi tego bronić.




Warszawa, 29 lipca 2009 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt
Grażyna Langenfeld Pseudonim: „Grażyna” Stopień: łączniczka, służby pomocnicze Formacja: Batalion „Zaremba-Piorun” Dzielnica: Śródmieście Południe

Zobacz także

Nasz newsletter