Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Halina Oberska „Teresa”
Halina Oberska
pseudonim
„Teresa”
stopień
łączniczka
formacja
Obwód VI Praga
dzielnica
Praga
Zobacz biogram

Moje nazwisko Halina Oberska. Urodziłam się w Rembertowie w 1925 roku, 18 marca.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, jak wspomina pani lata przedwojenne, w jakim środowisku się pani wychowywała. Kim byli rodzice?

[Rodzice – Wanda i Aleksander – pochodzili z Kresów Wschodnich, mieszkali na Ukrainie i przywędrowali do Polski przed Rewolucją w 1919 roku]. Mama była po maturze, ojciec też. Pracował w magistracie. Mieszkaliśmy w Rembertowie, w środowisku raczej miejskim niż wiejskim. Rodzice moi pochodzili z rodziny szlacheckiej. Było nas pięcioro. Miałam czterech braci, a ja byłam jedna, przedostatnia. Uczyliśmy się wszyscy w Rembertowie, a potem, już jak dorastaliśmy, to w Warszawie. Dojeżdżaliśmy pociągiem. Doskonała była komunikacja.

  • Rodzice byli nastawieni w sposób tradycyjny do pani wychowania patriotycznego?

Rodzice tak, szczególnie ojciec. Ojciec był piłsudczykiem. Pracował również przed wojną. Oprócz tego że pracował w magistracie na normalnej stałej posadzie, po południu pracował w POW. Tam był sekretarzem, także do okresu wojny.

  • Na jakiej ulicy państwo mieszkali wówczas, w Rembertowie?

[Mieszkaliśmy] w Rembertowie na ulicy Cichej. To blisko stacji. Obecnie ten dom chyba już nie istnieje.

  • Gdzie uczęszczała pani do szkoły?

Do szkoły uczęszczałam (do powszechnej wtedy nazywano) w Rembertowie, a potem do gimnazjum na ulicę Brzeską. To było tak zwane gimnazjum kupieckie. To było prywatne gimnazjum. Ponieważ ojciec mój pracował w magistracie, wobec tego rodzice nie płacili za moją edukację, tylko Urząd Miasta. Tak było przed wojną.

  • Jak wspomina pani szkolne przyjaźnie? Czy z kimś szczególnie się pani przyjaźniła?

Szczególnie przyjaźniłam się, to już później miałam koleżanki, owszem, raczej takie przyjaciółki, ale z bardziej młodzieńczych lat. Potem w szkole, już jak poszłam do gimnazjum, to miałam serdeczne koleżanki, szczególnie Krysię Karpowską. Myśmy się bardzo zaprzyjaźniły, a w pierwszej klasie gimnazjum to miałam Lesię Tomaszewską, to też wyrabiałyśmy niesamowite rzeczy w szkole.

  • Pamięta pani jakieś gry, zabawy z tamtego okresu, w które szczególnie lubiła się pani bawić?

Nie, myśmy się nie bawili. Nie wiem, jakoś nie pamiętam, żebyśmy się bawili w szkole.

  • Była pani raczej grzeczną dziewczynką?

Oj nie! Byłam nieznośna do okresu wojny, a potem już niestety wojna zmieniła mnie bardzo, [szczególnie po aresztowaniu mojego brata Stanisława].

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny, pierwsze dni września 1939 roku? Gdzie panią wojna zastała?

Wojna nas zastała właśnie w Rembertowie. To były ciężkie przeżycia, dlatego że to był straszny rejwach. Ludzie nie wiedzieli… Nadchodziły samoloty. Wszyscy na razie myśleli, że to są ćwiczenia po prostu. Nikt nie spodziewał się, że to jest wojna, że to nie są ćwiczenia. Potem, jak już z samolotów leciały bomby, to Rembertów zaczął przecież się palić, bo w Rembertowie stacjonowało Wojsko Polskie. Tam był poligon wojskowy, jeszcze do tej pory istnieje. I cała ulica Piłsudskiego, która prowadziła do poligonu, to była zamieszkała przez Żydów. I te wszystkie domki (właśnie oni prowadzili handel) zaczęły się palić, tak że naokoło to były wszędzie pożary. Tak że to przeżycie było straszne. Chowaliśmy się do schronu. Pamiętam, takie okopy się kopało, i myśmy do tych schronów się chowali. Potem mówili, że gazy Niemcy puszczają, to okna się kocami zasłaniało. W ogóle jakie niesamowite rzeczy!

  • Natomiast państwa dom nie ucierpiał?

Nie, ocalał. I potem, po wojnie zaraz, to myśmy się przenieśli do Warszawy [i zamieszkaliśmy przy ulicy Nowogrodzkiej 21].

  • Czym zajmowała się pani rodzina (rodzice, bracia) w czasie okupacji?

Mama nie pracowała. Na początku było bardzo ciężko, bo [ojciec też] nie miał pracy, tak że myśmy niestety w kiepskich warunkach żyli. Wszyscy uczyliśmy się właściwie o chlebie i wodzie, tak że to był ciężki okres. Dopiero później, jak już ojciec dostał pracę, nadal w Urzędzie Miasta, to już było trochę lepiej, [gdyż dzięki tej pracy ojca mogliśmy korzystać z bezpłatnych zup, które mama przywoziła nam w bańce]. Ale pamiętam, mama jeździła z takim jakimś kubełkiem do miasta, po taką zupę, co dawali wtedy.

  • Czyli owało w tym okresie żywności?

Brakowało. Nas było pięcioro przecież, tak że to był bardzo ciężki okres. Poza tym nie było nic – ani pieniędzy, ani żywności. Pamiętam, jak mama dostała kawałek chleba, kilogram chleba (to była glina, dosłownie glina), to myśmy się cieszyli. A wtedy mieszkała u nas również babcia, to musiała podzielić na siedem części, bo nas pięcioro, rodzice, tak, to już siedmioro, i jeszcze babcia ósma. To pamiętam – po kawałeczku chleba otrzymaliśmy na cały dzień. Nic więcej nie było. Nie było pieniędzy i nie było żywności. To był taki okres. I wtedy właśnie mieszkaliśmy już w Warszawie, na Nowogrodzkiej.

  • Czyli w Centrum?

Już tak.

  • Jak zapamiętała pani Niemców w czasie wojny? Czy była pani świadkiem jakiejś łapanki?

W czasie wojny tak. Myśmy bardzo przeżyli, bo łapanki to były właściwie na każdym kroku. Nie można było wyjść spokojnie. Musieliśmy zasłaniać okna, przed nalotami ewentualnie. To był rozkaz niemiecki. Poza tym młodzież bardzo była narażona na niebezpieczeństwo, na aresztowania. Zresztą, między innymi aresztowali mojego brata [Stanisława], w 1940 roku. Miał wtedy dwadzieścia lat. Najpierw był na Pawiaku, siedział tam trzy miesiące. A potem wywieźli jego, niestety [do Palmir]. Rozstrzelany został w Palmirach w 1940 roku i leży teraz tam.

  • Czy spotkała się pani z życzliwością, z jakimś przejawem życzliwości Niemców? Czy spotkała się pani z konkretnym człowiekiem, jakimś oficerem, który był bardziej przyjaźnie nastawiony?

Owszem, to była dziwna historia, bo to już było dużo później, kiedy Niemcy wyciągali młodzież i ludzi z Pragi. To było już po Powstaniu. Przyszedł do nas Niemiec, bo to były obławy takie, oni zabierali ludzi do obozów, już w czasie Powstania i wtedy zachorowałam na dezynterię. To była choroba zakaźna, i miałam zaświadczenie w języku niemieckim, a Niemcy bardzo się bali chorób zakaźnych. Wtedy, pamiętam, przyszli do nas. Ja leżę chora. Rzeczywiście chora bardzo byłam, już taka właściwie ciężko chora. Ojciec położył się obok na łóżku, ze zdenerwowania, bo przecież zabierali wtedy i mężczyzn i kobiety, czerwony cały jak burak, i mama pokazuje właśnie Niemcowi, że tutaj jest córka chora, i pokazuje to zaświadczenie. On mamę poklepał i mówi: „Biedna matka”. Więc musiał to być jakiś Polak, bo mówił po polsku ładnie. Musiał to być Polak, który został wcielony do armii niemieckiej. To z taką życzliwością tylko się spotkałam, bo przecież jak brat został aresztowany, jak mówiłam, i zginął w Palmirach, brat miał adwokata bardzo znanego. Myśmy myśleli, że uda się jakoś jego wyciągnąć, ale niestety.
Bezpośrednio nie mieliśmy kontaktu z Niemcami. Raczej wszyscy pracowali w konspiracji. Mój ojciec pracował, mój drugi brat [Janusz] też pracował, był na Majdanku. Tak że moja rodzina bardzo ucierpiała w okresie okupacji. [Brat] był na Majdanku, potem został wieziony do Oświęcimia. Tam się udało Januszowi uciec z wagonu, który był zaplombowany, ale na górze były takie okienka, jak to są te towarowe wagony, zakratowane. To on opowiadał, że najpierw musiał wojnę stoczyć w wagonie, bo jedni chcieli uciekać, a drudzy nie, bo im zakazali Niemcy, że jeśli ktoś ucieknie, to pozostali zostaną rozstrzelani. No więc on opowiadał, że jeden drugiemu stanął na ramionach i nogą wypchnęli kratę i tak pojedynczo kilku z nich uciekło. Brat oczywiście nie mógł dostać się do domu, nie mógł przyjść, tak że potem otrzymał wiadomość mój ojciec, że jest tam i tam. Ojciec wyrobił jemu dokumenty na inne nazwisko, imię i datę urodzenia, i już nie mieszkał z nami. Przechowywali go ludzie jakiś czas, zanim dostał te dokumenty – lewe, a potem wyjechał do Sandomierza i tam prowadził taką spółdzielnię, sklep spółdzielczy.

  • Kiedy wstąpiła pani do konspiracji?

Do konspiracji wstąpiłam w 1942 roku.

  • Ile miała wtedy pani lat?

Siedemnaście, niecałe.

  • I do jakiego zgrupowania Armii Krajowej należała pani?

Zgrupowanie było: [Obwód 6 – XXVI Praga] żołnierzy polskiej Armii Krajowej.

  • Co należało do pani zadań?

Na razie nas szkolili.

  • Jak to wyglądało?

Szkolenie polegało na tym, jak się należy zachowywać, jak przenosić meldunki i co do nas należy. W tym okresie, można powiedzieć, że myśmy dosyć ciężko pracowały, dlatego że (no, ciężko jak ciężko, ale niebezpiecznie) przenosiliśmy meldunki, przenosiliśmy broń, amunicję, to do nas należało. Potem uczyliśmy się, jak się obchodzić z bronią. Pamiętam, przyszedł taki policjant (policja bardzo współpracowała z nami) z całą walizką różnego rodzaju broni. Tak że wtedy zapoznawaliśmy się i z granatami, i z bronią. Sama nosiłam też, przenosiłam kilka razy broń.

  • Czy wydarzyły się jakieś szczególnie niebezpieczne akcje w momencie przenoszenia broni, meldunków?

Nie. To było jednak dobrze zakonspirowane.

  • I przenosiła je pani nawet do momentu wybuchu Powstania?

Do tych osób, które miałam polecenie.

  • Jak przygotowywała się pani do wybuchu Powstania Warszawskiego.

No, myśmy się przygotowywali bardzo. Wszyscy czekali na to Powstanie, rzeczywiście. Czekaliśmy tej wolności upragnionej, bo przecież okupacja dla nas była straszna, dla młodzieży. To nie tak jak dzisiaj młodzież żyje, były ciężkie czasy. Tak że myśmy czekali na to Powstanie z utęsknieniem. No niestety to Powstanie… Nas skoszarowali, mnie, moje koleżanki, w tej grupie, w której byłam, skoszarowano nas w szkole przy ulicy Wrzesińskiej. To było na Pradze. Tak że mnie od razu wyznaczono taką działalność, że będę „posterunkowym”, znaczy, żebym doprowadzała osoby, które chcą z nami kontaktować się, z innych grup. No więc miałam wtedy jako znak rozpoznawczy rękę na temblaku. I pamiętam, już wszyscy byliśmy w szkole, a ja byłam poza tą szkołą. Tam przy jakimś budynku stałam z ręką na temblaku jako tym znakiem rozpoznawczym. Tu strzały naokoło, już się ten ruch zaczął, już Powstanie, już tu strzały, młodzież biega, a ja stoję z tą ręką na temblaku. Jedną osobę doprowadziłam do swego dowództwa, drugą osobę do tego zgrupowania. Na mnie krzyczą: „Co ty tu robisz? Uciekaj! Chcesz dostać strzałę w głowę?”. Tak że usunęłam się potem, już była ta cisza, usunęłam się do swego dowództwa.

  • To było w dzień wybuchu Powstania?

W dzień wybuchu Powstania, tak 1 sierpnia.

  • Gdzie pani przenosiła meldunki, jaka była trasa?

Meldunki przenosiłam do swego sztabu, który mieścił się przy ulicy Targowej. Myśmy byli skoszarowani na Wrzesińskiej i trzeba było przejść przez ulicę [Kępną] i całą Targową, gdzie niestety, grasowali Niemcy, jeździli czołgami, tak że było bardzo niebezpiecznie. Przechodziłam tam kilka razy. Nie wiem, dlaczego mnie zawsze właśnie typowano. Uważali, że ja jestem najodważniejsza. Tak że tak to wyglądało. Kilka razy przechodziłam tam i z powrotem.
  • Czy przechodziła pani kanałami?

Nie, tu na Pradze nie było przecież Powstania. Ono upadło, zostało właściwie nierozwiązane, ale zatrzymane do 14 września. Nas rozwiązano w Okręgu Pragi po czterech dniach. Tak że myśmy potem wrócili do domu i tam czekaliśmy na rozkazy. Do momentu przyjścia wojsk polskich, polsko-radzieckich, bo to tak było. Wszyscy myśleliśmy, że wojsko polskie przejdzie na [lewobrzeżną] stronę Warszawy, a oni się tymczasem zatrzymali. Myśmy patrzyli, jak jest bombardowane od strony Pruszkowa i nic nie można było zrobić.

  • Takie codzienne sprawy – czy w czasie Powstania też owało żywności, owało wody? Gdzie pani wtedy spała?

Wtedy byliśmy w mieszkaniu. Tak że mój ojciec kontaktował się, i ja kontaktowaliśmy się z dowództwem. Nawet ten mój dowódca „Bohun” też kontaktował się. Zrobili skrzynkę kontaktową w naszym mieszkaniu, bo myśmy przenieśli się [w 1941 roku] z Nowogrodzkiej na Pragę, na ulicę Stalową. Mieliśmy duże mieszkanie, i ojciec miał swoją skrzynkę kontaktową, i ja ze swojego zgrupowania… Też tam dowódca urzędował i często otrzymywał rozkazy, co dalej robić, bo myśmy czekali cały czas na jakieś dalsze dyspozycje.

  • Ojciec też był w konspiracji?

Ojciec bardzo pracował. Ojciec wystawiał dokumenty.

  • Fałszywe?

Fałszywe oczywiście.

  • Ale był w tym samym zgrupowaniu, co pani?

Nie, był zupełnie gdzie indziej, pracował. Ja nawet nie wiem gdzie. To była tajemnica. I moi rodzice w ogóle też nie wiedzieli, że ja należę do organizacji. To była tajemnica, nawet przed rodziną. Wiem tylko że ojciec przynosił często radio. Nie wiem, jakie to było. Słuchaliśmy tej Wolnej Ameryki zagłuszanej w straszliwy sposób, ale coś nie coś tam się słyszało.

  • Biuletyny powstańcze?

Tak, to cały czas mieliśmy. Właśnie ojciec to przynosił. [Nie tylko w okresie Powstania ale w czasie całej okupacji].

  • Były też w państwa domu rozmowy na temat wojny, na temat Powstania?

Tak, cały czas.

  • Czy widziała pani zrzuty? Czy trafiały do was?

Nie, na Pragę nie trafiły.

  • Jak wyglądała kapitulacja? To, co się stało po kapitulacji Powstania.

To był straszny moment dla nas wszystkich, ale innego wyjścia nie było.

  • Co się dalej stało?

Nadal byłam po stronie praskiej, tak że nie byłam w żadnym obozie. Zostałam nadal tutaj.

  • Potrafi pani wskazać najtragiczniejszy dzień Powstania? Albo najprzyjemniejszy, najbardziej wzruszający dzień? Były takie dni?

Najbardziej [tragiczne] to były dni, kiedy człowiek był na Pradze, a tam słyszał to bombardowanie. To było dla nas straszne. Byłam w kontakcie przez cały czas ze swoim oddziałem. My koleżanki i koledzy byliśmy cały czas i nic zrobić nie można było. Tylko słychać było strzały, wybuchy, jak bomby lecą, co to oni z wagonów jakichś tam strzelali, te krowy tak zwane. Tylko słychać było „bżżżż”, i upadła. Cały okres był dla nas straszny. Poza tym ruszać się na Pradze też nie można było. Tak że tak to wyglądało wszystko.

  • Jak pamięta pani koniec wojny, moment wejścia Armii Czerwonej do Warszawy?

Na razie to się wszyscy bardzo cieszyliśmy, że to została niby ta wolność, ale potem przejrzeliśmy na oczy, niestety, jak to wyglądało. Zaczęły się aresztowania. Zaczęły się od początku. To najpierw Niemcy, a potem ci z NKWD, szczególnie. Armia ukraińska, jak weszła, to straszna była. Straszna, to sobie trudno wyobrazić. Wsadzali ludzi do więzień. Nie było więzień, to wszędzie w piwnicach ludzie byli aresztowani. Nic nie dostawali, ani jedzenia, nic. Tak to wyglądało, niestety – z deszczu pod rynnę, jak to się mówi. Z deszczu pod rynnę… [Na dachach wielu domów znajdowali się snajperzy, którzy strzelali do ludzi, tak że nie można było przejść spokojnie przez ulicę].

  • Jak potem potoczyły się losy pani rodziny po wojnie? Czy miała pani jakąś pracę?

Po wojnie tak, to wszyscy uczyliśmy się. Dostaliśmy się na studia. Ponieważ musiałam pracować, mój brat też, to kończyliśmy Akademię Nauk Politycznych, która była uczelnią pierwszego stopnia, ale po południu były wykłady. Musieliśmy pracować i uczyć się. I tak to wyglądało cały dzień. W pracy do czwartej, a potem na wykłady i do godziny ósmej. O dziewiątej wracało się do domu. Tak wyglądało życie młodych ludzi wtedy. Ale wszyscy pokończyliśmy studia, jakoś sobie ułożyliśmy życie. A dzisiaj zostałam sama, nikogo już nie mam. Wszyscy moi bracia już nie żyją, ja jedna zostałam.

  • Jak z perspektywy lat traktuje pani dzisiaj Powstanie Warszawskie? Czy gdyby historia się miała powtórzyć, jeszcze raz przeszłaby pani to samo?

Przeszłabym to samo, bo uważam, że myśmy tak czekali na to Powstanie, tak pragnęliśmy tej wolności, że nic by nie zatrzymało wtedy młodzieży. Właśnie teraz różne są takie obiekcje, czy Powstanie powinno być, czy nie, ale osobiście uważam, że ono musiało być, chociaż były ogromne straty. Ale ono musiało być.

  • Potrafi pani określić, czym jest dla pani patriotyzm?

Patriotyzm – dzisiaj się bardzo dużo mówi na temat patriotyzmu, ale nie wiem, czy dzisiaj ludzie ci, którzy mówią tak dużo o patriotyzmie, czy są patriotami? Tego nie wiem.

  • Chciałaby pani coś jeszcze dodać do naszej rozmowy, o czymś szczególnym jeszcze opowiedzieć, czego pani do tej pory nie dodała – jakaś szczególna historia z czasów wojny, z czasów Powstania, sprzed wojny?

Myślę, że nie, że już tak dużo mówiłam.



Warszawa, 15 listopada 2012 roku
Rozmowę prowadziła Justyna Cieszyńska

Zobacz także


strzelec, służby pomocnicze

Bogdan Lipnicki „Konrad”

Nazywam się Bogdan Lipnicki. Jak wyglądało pana życie przed wojną? Urodziłem się 20 marca...

więcej
strzelec, sanitariuszka

Amelia Korycka „Mela”

Nazywam się Amelia Korycka. Jak wyglądało pani życie przed wybuchem wojny? Przed...

więcej
sanitariuszka

Janina Kin „Janeczka”

Co pani robiła przed wybuchem wojny? Jako dziecko chodziłam do szkoły, co można było robić?...

więcej
kapral, strzelec w oddziałach szturmowych

Waldemar Ostrowski „Ner”

Proszę powiedzieć, co pan robił przed 1 września 1939 roku, zanim wybuchła wojna? Może trochę z...

więcej