Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Halina Serafinowicz „Babcia”
Halina Serafinowicz
pseudonim
„Babcia”
stopień
strzelec, łączniczka
formacja
Zgrupowanie „Róg”, 104. Kompania Syndykalistów Polskich
dzielnica
Stare Miasto, Śródmieście

Halina Możdżyńska Serafinowicz. Urodziłam się w Warszawie na Starym Mieście. Data urodzenia – 17 grudnia 1925 roku. Pseudonim w Powstaniu – „Babcia”. Funkcja – łączniczka dla „Bończy”, naszego rotmistrza. [Dowódca zgrupowania Edward Sobecki „Bończa”, porucznik „Szczerba” Zbigniew (Chewicz) Blichewicz].

  • Proszę powiedzieć jak pani wspomina swoje dzieciństwo?

Moje dzieciństwo? Była bieda. Biednie było, dlatego że tata był chory na astmę, tak jak ja. Bardzo mało było zarobków w domu. Tak że często nawet jedzenie dostawaliśmy ze szpitala. Na Zakroczymskiej był szpital wojskowy i tam wydawali [jedzenie], starali się pomagać ludziom. Nie wiem czy to było podczas Powstania. Chyba przed wojną. W każdym razie było bardzo słabo z pieniędzmi. [Wojna z Niemcami w 1939 roku. Wojskowi chodzili z cytadeli głodni, konie zabijali. Ludzie pomagali jak mogli. Nie było wystarczającej ilości chleba. Stało się w ogonku pod piekarnią].

  • Miała pani rodzeństwo?

Tak. Trzech braci i siostrę Romanę Możdżyńską, która była ranna w pierwszym dniu Powstania, niosąc pomoc rannemu pod zamkiem. Leżała w szpitalu przy ulicy Kilińskiego 3]. Miałam braci starszych, Dominika, Henryka, który też walczył w Kampinosie, i Tadeusza. Tadeusz [został] wywieziony do Niemiec, tak że nas troje zostało tylko. Brat najstarszy, siostra i ja. A Henryk to był już tak pomiędzy, bo raz był w domu, a raz [nie]. Tak że on nigdy nie był w jednym miejscu.

  • Jak pani pamięta to Stare Miasto przedwojenne?

[Zawsze się tu coś działo]. Stare Miasto, to było Stare Miasto nasze. Co niedziela [jak] wojsko szło, to pierwsza dyrygowałam jak przechodzili na zmianę warty na Placu Piłsudskiego, [jak] byłam dzieckiem. Chodziłam na Rybaki do szkoły. Uczyłam się nie za dobrze. Na to nic nie mogłam poradzić, dlatego że mnie w głowie to było tylko ganiać i to było wszystko, [za co byłam odpowiednio karana przez mamę].

  • A wybuch wojny, wrzesień 1939 roku?

W 1939 roku było bardzo przykro. Tak jak mówię, jedzenie dostawaliśmy z kuchni wojskowej. Chodziło się, stało się za chlebem, za ogonkiem, wszędzie podczas bombardowań. Ale człowiek przechodził to normalnie. Zabity, no zabity, to co zrobić?

  • Pamięta pani jak Niemcy wkroczyli do Warszawy?

Oczywiście, że tak. [To był najokrutniejszy dzień w moim życiu]. Tylko myśmy starali się unikać bycia w tym czasie [na ulicy]. To tak rodzice kazali. Tak było. Wszyscy się słuchali naszej mamy. Biedna, zginęła bez wieści. Ostatnio widziałam ją podczas Powstania, chyba po wybuchu goliata. To wszystko. A tak to jeszcze wskakiwałam jak przejmowali Niemcy, a to Polacy, Niemcy, Polacy. Bo mieszkałam [na] Zakroczymskiej 1, przy kościele Franciszkanów [i ulicy Franciszkańskiej].

  • Wróćmy jeszcze do czasów okupacji.

[W czasie] okupacji, tak jak mówię, pracowałam u swojego brata, który przejął zakład fryzjerski, bo był fryzjerem. Od młodych lat, tak jak pamiętam, zawsze był fryzjerem. Bardzo zdolny. Pracował na [ulicy księdza] Skorupki. Ten sklep przejął od Żydów, z tym, że tych Żydów trzymał u siebie. U siebie to znaczy w miejscu, [gdzie był] sejf. Przez cały czas miał ich.

  • To była jakaś rodzina żydowska?

Rodzina żydowska, u której on pracował. Na Skorupki 3, mnie się wydaje. Tam właśnie był ten zakład fryzjerski. [Mój brat Dominik] był całym „bossem” tam, podczas okupacji. Dostałam pracę u niego. Starał się mnie nauczyć być fryzjerką. Niestety nie udało się. […] [Dominik bardzo nam pomagał finansowo].

  • Pamięta pani ile tam osób się ukrywało?

Nie pamiętam, bo nic o tym nie wiedziałam. Dopiero się później dowiedziałam, już po wszystkim. Jak brat przyjechał i jeździłam do Polski. To tak mniej więcej w rozmowie się dowiedziałam [o tym, że miał lokatorów, właścicieli zakładu fryzjerskiego].

  • Czy była pani świadkiem łapanek, czy rozstrzeliwań?

Rozstrzeliwań nie. Zawsze unikaliśmy tego jak najbardziej. Człowiek się bał. Łapanki, to człowiek nigdy nie wiedział. W każdej chwili można było się dostać. Jak jechałam do pracy, w oblepionym [ludźmi] tramwaju, na Skorupki, to rozmaite rzeczy się działy. [Na porządku dziennym były łapanki. Trzeba było być bystrym. Zresztą my – warszawiacy − byliśmy wytrenowani pod tym względem].

  • Pani była w takiej łapance?

W okolicy. Ale jakoś mnie się udawało.

  • Zetknęła się pani z konspiracją?

Tylko wiedziałam, tylko słyszałam od tych, od tamtych, ale nic nie miałam do tego, bo musiałam pracować, bo nie było już nikogo. Bracia wszyscy, tak jak mówię, jeden został zabrany w 1941, czy 1942 roku do Niemiec. Drugi brat był w konspiracji. Cały czas był Henryk w konspiracji. A to tu, a to tam. Tak że człowiek nigdy nie wiedział, gdzie on był. Ktoś musiał dom utrzymywać. Ktoś musiał pracować. Więc siostra moja i ja, myśmy dwie pracowały. [Moja siostra była w konspiracji, ale nic mi nie mówiła na ten temat].

  • Zatem do konspiracji pani w czasie okupacji nie należała?

Nie, absolutnie nie. Dopiero po [Powstaniu].

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 roku?

[Zapamiętałam] 1 sierpnia dlatego, że pracowałam i strzelanina była. [Wybuchło Powstanie, którego się wszyscy spodziewali, tylko nie wiedzieli kiedy. Nawet moja mama miała ekstra prowiant w piwnicy. Ona domyślała się]. Od ulicy Hożej jakiś zamęt był. Człowiek nie wiedział właściwie, co się dzieje. Wiedziałam, że kiedyś ma przyjść [dzień Powstania], ale kiedy? Człowiek mówi: „No tak! To widocznie to już musi być!”. Ale człowiek więcej zajęty był swoim normalnym życiem. Brat dzwonił, powiedział: „Idź wcześniej do domu. Ja pojadę od razu do domu, a ty jedź w swoją stronę”. Niestety, ale doszłam tylko do Marszałkowskiej, prawie do Ogrodu Saskiego doszłam, prawie. Ale już nie mogłam dalej dojść, dlatego że straszna strzelanina [była]. Obstrzeliwali drogę, bo przez Ogród Saski przechodziłam zawsze sobie jak na piechotę szłam. Zabity człowiek już leżał. Pierwszego widziałam właśnie zabitego. Już przez te trzy dni, które byłam na Marszałkowskiej (bo nie mogłam się dostać, absolutnie nie mogłam przejść), to już byli ranni. Ranni przychodzili, to ja, ponieważ w szkole mówili nam mniej więcej, co robić w razie czego, przygotowywały nas nauczycielki, [to pomagałam rannym]. Była nadzwyczajna szkoła. Powszechna szkoła, ale nadzwyczajna szkoła. To były nadzwyczajne kobiety. Nawet senatorowa Nowakowa była. Ona była naszą nauczycielką polskiego.

  • Na Marszałkowskiej zatrzymała się pani u kogoś?

Nie, nie! Tak w bramie na pierwszym piętrze. Nie wiedziałam gdzie właściwie być, tam gdzie się dało. Ale cały czas myślałam, żeby przejść jak najszybciej do domu. [Mogłam zatrzymać się, ale nie chciałam u mojej korepetytorki. Chciałam widzieć mamę]. W każdym razie w trzeci dzień udało mnie się przejść [do domu na Zakroczymską].

  • Jak pani przeszła?

[Przebiegłam na druga stronę ulicy Królewskiej i do Ogrodu Saskiego, przez Ogród Saski, plac Teatralny na Stare Miasto i Zakroczymską do domu].

  • Ale tak bez flagi białej?

Bez niczego absolutnie. [Nie machałam chusteczką ani flagą]. Przyszłam do domu. Mama się ucieszyła, że żyję. Siostra była. Od tego się zaczęło, że spotkałam swoją koleżankę ze szkoły i ona mówi: „Słuchaj, musisz iść i pomagać nam”. Więc dobrze, idziemy. Od razu mnie wzięli na Stare Miasto. Komenda Główna była na Rynku Starego Miasta. Zaraz jak się wchodziło na Rynek Starego Miasta z Nowego Miasta. Jak się szło, to po lewej stronie był jeden [punkt] i drugi punkt był po prawej stronie, przy samym wyjściu do Świętojańskiej. Tam właśnie składałam przysięgę 15 sierpnia.

  • Mogłaby pani opisać moment składania przysięgi?

Nie pamiętam, proszę mi wierzyć. Cały ogonek nas stał młodych ludzi. Po prostu przysięgaliśmy, to co nam mówili, powtarzało się. To co pamiętam, bo w ogóle byłam roztrzęsiona tym wszystkim. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy, co się dzieje z braćmi. Ciągle tylko o domu myślałam.

  • Ta koleżanka jak się nazywała?

Dziuńka Kozieradzka. [Józefa Kosieradzka, obecnie Józefa Piltz]. Ona teraz jest w Kanadzie, w Ontario. Mam nawet jej adres.

  • Na czym polegała praca w łączności?

Byłam u naszej „Ciotki”. „Ciocia” myśmy ją nazywali. Miała pseudonim „Ciocia”. Dakowska, mi się zdaje, ona była. To była leader dash lady, wysoka dość, w okularach. Mnie dali przede wszystkim – dlatego że znałam wszystkie kąty Starówki – do „Bończy”. Z tym, że „Bończa” miał swoje łączniczki, ale zawsze byłam brana, przeważnie w nocy, jak chodziliśmy na obchód. A tak, to tylko troszeczkę się zdrzemnął człowiek i wołali gdzieś indziej. Trzeba było iść a to do Wytwórni Papierów Wartościowych, a to tu, a to tam. Tak że mnie przerzucali w różne punkty. [Przenosiłam meldunki z jednego punktu do drugiego, granaty, amunicję, chleb, słodycze, jak się zdobyło od ludzi, poduszki, koce i tym podobne].

  • To były jakieś rozkazy?

O tak. Rozkazy. Tylko wszystko w głowie się miało i się przekazywało tam, gdzie mnie kazali iść. Wszystko zależało od tego, do kogo szłam. [Całą drogę powtarzałam sobie meldunek, tylko w głowie].

  • Miała pani jakieś dyżury?

Nie, żadnych dyżurów. Ot, po prostu: „Wstawaj i już!”, „Idziesz i koniec!”.

  • Pani już tam nocowała, na miejscu?

W ogóle do domu nie szłam. Jak już raz zapisana byłam, to do domu tylko wpadałam jak przechodziłam do Wytwórni Papierów Wartościowych, wskakiwałam na chwilę, żeby zobaczyć jak mama jest. Też była ranna, poparzona cała twarz, ręce. Razem z naszą sąsiadką Angielką, panią Jackson. To jej panieńskie nazwisko – Jackson, bo ona Skryżalin się nazywała. Męża miała białego Rosjanina, jak oni to nazywali.

  • Jakie warunki były na Starym Mieście?

Bardzo przykre były, ale dawało się radę. [Starali się nie okazywać tego nam]. Najlepiej to właśnie mnie [pomagali] koledzy moi, z którymi zawsze byłam, z Rankowskimi, z Andrzejem i z Wickiem, z Bogumiłą, ich siostrą. Baśka Rankowska – to cała rodzina była w konspiracji, calusieńka rodzina dosłownie. Ona zginęła, to znaczy została bardzo ciężko ranna i umarła na Długiej w szpitalu.

  • Jak ludność cywilna na Starym Mieście odnosiła się do Powstańców?

Bardzo pomagali. A tym bardziej jak się znało ludzi, to znosiło się po drodze – trzeba poduszki, trzeba tego. To okej, to już się robiło. Już szłam po tym, do dyrektora Marchlewskiego, szłam do służącej. Prosiłam o pomoc, o to, o tamto. Rozmaitości. I się przenosiło.
  • Pani najgorszy dzień na Starym Mieście?

Najgorszy dzień to był trzynasty [„czarna niedziela”] i piętnasty. To już mi się wydawało, że już jest koniec, że to już wszystko [skończone]. Bo to był taki straszny szok, jak myśmy dostali po tym goliacie, że to sobie ciężko wyobrazić coś gorszego. To był szok nad szoki. Tam, zaraz przy Krzywej Latarni, pierwszy dom nie w stronę Kilińskiego, tylko w tą drugą stronę. Pierwszy dom był [pod numerem] szesnaście, troszeczkę w głębi. [...] To był najgorszy dzień. To było coś nie do uwierzenia. Akurat tam, bo wtedy jeszcze trochę wody było, to po zimną wodę, chodziłam, bo koleżanki nie było, bo oni w swoim majątku byli, a ja znałam wszystkie chody tam. […] W każdym razie tam chodziłam. Troszeczkę się wymyłam i w tym właśnie momencie wybuch powstał. Ale to było coś tak wstrząsającego, to był huk, nie do uwierzenia. [W domu, właściwie w mieszkaniu mojej koleżanki Basi Tańskiej]. Przeciąg tak jakby jakiś, siła niemożliwa była tego. Szyby wylatywały, krzyk. Krzyk niemożliwy, krzyk był [z ulicy Podwale].
Pierwsza rzecz – na dół od razu zbiegłam. Wyskoczyłam na drogę. Ranni wszędzie krzyczeli, błagali o pomoc. „Pomocy! Pomocy!” – każdy krzyczy. Matka jakaś dzieci miała dwoje. Wzięłam dzieci, ona krzyczała w niebogłosy i mówię: „Idź do tej bramy. Tam zaczekaj, a ja pobiegnę z dziećmi do szpitala”. Do Krzywej Latarni pobiegłam i doktor, dostałam takie „opier” odpowiednie, mówi: „Z czym ty przychodzisz?! Przecież to jedno i drugie nie żyje”. Wtedy jeszcze gorszego szoku doznałam, nie wiedziałam co robić, co tej matce powiedzieć. Już po drodze myślałam, bo to dwa kroki właściwie tylko do tej bramy było. Zaniosłam jej. Ale wszędzie trzeba było pomagać, więc jej dałam dzieci. Już nic nie mówiłam czy żyją, czy nie żyją. Dałam jej w ręce dzieci i biegłam, żeby pomagać ludziom. Ale co można było robić? Dali mnie worek, łopatę i kazali zbierać. Łopatą się wsypywało, wlewało się po prostu tą maź do worków. To trudno określić coś takiego, trudno określić. Tylko wszędzie człowiek widział ludzi krzyczących naokoło siebie i rannych pełno. Pełno rannych. Bardzo dużo ludzi pomagało, wszystko szło na pomoc, pomagać tym ludziom, tym co się dało ratować.
Nie było co ratować, nie było co właściwie. Tam kilka osób tylko, tak jak mówię. To, co pamiętam, że mężczyzna czołgał się tylko i widać było, że części kończyn były pourywane. Nie można określić tego widoku. Nie można. Po prostu nie można. Ale tak jak mówię, zbierało się łopatami w worki [ciała]. […] Wiem, że łopatą wrzucałam tą maź i zapach taki słodki był, obrzydliwy, [mdły].

  • Pani mama gdzieś tam była, mówiła pani, że ostatni raz ją wtedy widziała?

[Tak. Prawdopodobnie poszła do mojej siostry Romany na druga stronę Kilińskiego 3, gdzie ona leżała w szpitaliku ranna]. Mamę widziałam już po wybuchu. 15 czy 16 [sierpnia] widziałam mamę ostatni raz.

  • W jakich okolicznościach mama zginęła?

Nikt nie wie. Szukaliśmy i przez Czerwony Krzyż. Nikt nie wie nic o niej. Absolutnie ślad zaginął. Słyszałam, że mama nie mogła już dojść do domu, że tam już Wytwórnia była przejęta przez Niemców. Tak że już nie można było dochodzić do Zakroczymskiej.

  • Później pogrzebane były te resztki ciał, jakiś pogrzeb był?

Nie mam pojęcia co robili z tym. Tylko wiem, że to zbierałam. To najbardziej pamiętam.

  • Gdyby pani nie poszła się umyć, to pewnie też by pani tam pobiegła?

Na pewno [przyszłabym z pomocą]. Na pewno, bo to przecież huk był tak okrutny, że kto by nie słyszał. Widziałam te dzieciaki, ale mówię: „Co mnie to da nad tym [zdobytym czołgiem] skakać. Muszę się iść wymyć”. Poszłam właśnie do koleżanki mieszkania i wymyłam się na trzecim piętrze. Drugie, czy trecie piętro, na samej górze. Baśka Tańska właśnie tam mieszkała. Basia Tańska, też koleżanka. Bardzo zamożni ludzie. On kiedyś był, Tański, jej dziadek, miał coś do czynienia z lotnictwem, w początkach lotnictwa polskiego. [Wojna, Powstanie dotknęło nas wszystkich, rodzinę Basi też].

  • Jak przyszedł moment kapitulacji Starówki to pani wycofała się kanałami?

Kanałami myśmy wydostawali się, tak. [Wyszłam z braćmi Rankowskimi Andrzejem i Wickiem i (nie jestem pewna, ale jeszcze z porucznikiem „Szczerbą”)]. Na Długiej zbieraliśmy się i mieliśmy szturmem iść przez... chyba przez Ogród Saski. W każdym razie to było [tam], gdzie kino było miejskie, w ten punkt myśmy szli. Ale już niestety nie mogliśmy iść dalej, bo [otrzymaliśmy rozkaz i] musieliśmy wracać, z powrotem do kościoła garnizonowego na Długiej. To tam właśnie myśmy wchodzili do kanałów, w tym miejscu właśnie, w tym punkcie. Wszystko stało i za ogonkiem. Myśmy ostatni prawie wyszli. Dlatego że myśmy opuszczali nasz [rejon], bo byłam w [Kompanii] Syndykalistów, tak że myśmy prawie ostatni wyszli ze Starówki. Początkowo cała masa nas szła w stronę kina miejskiego, bo mieliśmy tamtędy przechodzić i tam niestety nas zatrzymali. Dalej nie było mowy nawet o przejściu, taki był obstrzał [z karabinów maszynowych].

  • Co pani czuła jak schodziła do kanału?

Nic. [Oddałam się w ręce Pana Boga]. Tylko byłam obładowana wszystkim [miałam dwa wojskowe plecaki i karabin], bo chłopaki to wszyscy wysocy, a ja – mała dziewczynka. Mnie w ogóle traktowali jak dziecko tam, [ale pomocne].

  • Ta podróż kanałem?

[Musieliśmy się zachowywać cicho, żeby Niemcy nas nie słyszeli]. Tyle że [najgorzej] to mężczyźni [mieli], bo szli kompletnie zgięci w pół. Tak że musiałam małe ich plecaki, czy nawet miałam jeden karabin na sobie i szłam zgięta też. Jak wszyscy się zginali, to i ja się zginałam. Ale sobie jak najlepiej dawałam radę w tej mazi. To nieprzyjemne było w każdym razie.
Myśmy wyszli na Nowym Świecie koło ulicy [Wareckiej].

  • Warecka?

Możliwe, że to Warecka była. Nie pamiętam. Tylko byłam szczęśliwa, mówię: „Bożesz miłosierny! Jaki tu spokój jest!”. Człowiek nie chciał uwierzyć, bo to taki huk, jak myśmy przechodzili, obstrzał cały czas. Myśmy katedrę przecież zdobywali, ci nasi chłopcy, właśnie Rankowscy – Wojtek Rankowski, Wojtek Wroński, później Franek „Cygan”, później „Malarz” i żona jego. W każdym razie to było przykre. Przykre było opuszczać dom, najgorsze to właśnie. Ale tak, to byliśmy weseli wszyscy. Chłopaki szli, trzeba było walczyć dalej. Mieliśmy szansę, to idziemy [bronić Środmieście].
Później, tylko jak przyszliśmy, wyszliśmy tylko z [kanału] i „Bończa” powiedział mi, żebym miała przerwę, przynajmniej na kilka dni. Mówię, że nie potrzebuję, ale: „Nie, nie, nie”. No i w tym czasie został zabity oczywiście beze mnie. Tak już mówiłam, bo człowiek się przyzwyczaja jednak do ludzi.

  • A później w Śródmieściu?

W Śródmieściu to już spotkałam swojego brata, Henryka. On był na Woli i też tam wszystko się rozleciało. Też był ranny.

  • Pani później w Śródmieściu gdzie była?

Na Poczcie [Głównej przy ulicy Zgoda 3] byliśmy razem [z bratem Henrykiem Możdżyńskim].

  • Jakie obowiązki pani miała?

Też łączniczka, cały czas. Ale to już nie było to. Już człowiek nie był taki zajęty. Już nie było tak, jak na Starym Mieście, że człowiek nie miał tchu. W ogóle nie wiedział czy trzeba spać, czy nie. Człowiek nie wiedział, że to jest potrzebne. Myśmy bezustannie byli na nogach wszyscy. […] Bez porównania Śródmieście... I te bombardowania, to wszystko nie było to, co myśmy mieli [na Starym Mieście]. Myśmy przechodzili piekło, kompletne piekło przechodziło się tam. Tak jak nazwali „Przemarsz przez piekło”, ta książka. […]

  • A były jakieś momenty radości w Powstaniu, bo pani mówiła o takiej dużej przyjaźni?

Przyjaźń była nadzwyczajna. Myśmy wszyscy żyli tak w zgodzie, w jedności. [Byliśmy gotowi oddać swoje życie]. Dziewczęta – „Giga” to była Andrzeja, nie, „Giga” to „Wicka” była… Później „Czarna Baśka”. Wszystkie żyłyśmy w zgodzie, ale mało z nimi miałam do czynienia, bo każda miała swoją funkcję. Tak że mało się widziało, bo każda była zajęta gdzieś.

  • A miała pani sympatię może?

Nie. Nie miałam żadnej sympatii. Razem z kolegą poszliśmy, on był „Dziadek”. Też był w 101., czy w 102. [kompanii], nie pamiętam. Ja byłam w 104., bo to z syndykalistami byłam. Ale 101, 102, 103, 104, to było wszystko [Zgrupowanie] „Róg” i „Bończa” miał do czynienia z tym. Właśnie tam on został zabity w Śródmieściu. Wtedy, kiedy miałam przerwę – dzień czy dwa, czy trzy nawet miałam. Wtedy właśnie spotkałam swojego brata. To było wszystko, co mogłam i tak wykończyli mojego brata. I tak i tak.

  • On zginął w Powstaniu?

Nie. Nie, on został później aresztowany i w Dachau, z głodu [umarł] po prostu [25 maja 1945 roku. Numer więźnia 151957].

  • Ale to już po Powstaniu?

To już po Powstaniu, tak. On uciekł. Myśmy szli, razem wychodziliśmy z Warszawy. Jeszcze on przyszedł i pierwszy raz pocałował mi moją rękę. Brat mój – w rękę. Najmłodsza byłam w rodzinie. On pożegnał się ze mną i prosił tylko, błagał o chleb: „Czy macie chleba?”. To zaraz koleżanki – ta kruszynę, ta kruszynę i zaraz tam jemu podali. Środkiem przeszedł do swojej kolumny. Ale stamtąd uciekł, przed samym Ożarowem i mówią: „O! Twój brat już na pewno nie żyje”. Wtedy się oczywiście tak załamałam, że i gorączka i wszystko. W ogóle nie wiedziałam, co się ze mną działo wtedy. Dopiero ten odpoczynek, jak już byliśmy, jak to się mówi, w rękach Niemców. [Byłam w obozie w Oberlangen jak dostałam tę wiadomość. Byłam potem na cmentarzu w Dachau na urlopie w 1950 roku przez dwa tygodnie. To był mój kochany brat].

  • On był na Woli?

Był na Woli, tak.

  • Jak miał na imię?

Henryk Możdżyński [pseudonim „Polak”. Długo nie miałam pojęcia i nie mogłam dojść jaki miał pseudonim. Pytałam się, ale nikt nie wiedział]. On był w POW. Należał do strzelców. Od maleńkiego był już wciągany w sport. Warszawa − Sulejówek, on marsz im robił, miał drugie miejsce. Bracia moi – wszyscy sportowcy. Drugi brat był bokserem, Tadeusz, który został zabrany przez Niemców był bokserem w koguciej wadze. To taka rodzina nasza była, ale była nasza.

  • Jak przyszedł moment kapitulacji Powstania Warszawskiego, to pani się zdecydowała iść z żołnierzami czy z ludnością cywilną?

Iść, iść. [Zdecydowałam się iść z żołnierzami. Mama miała łączność z moją siostrą, która mogła się nią opiekować. Miałam czyste sumienie]. Mówię: „Ja nie mam do czego wracać”. Bo już widziałam, że gruzy tylko zostały. Bo już jak mama była poparzona, jak przyszła ranna do nas, właśnie wtedy po tym wybuchu, jaki tam mieli w domu, ona była poparzona od jakiegoś pocisku razem z Angielką. Obydwie były ranne. Ona uczyła angielskiego w ambasadzie. Była bardzo znana w Polsce przed wojną. Uczyła wyższą klasę. Była rodowitą Angielką z Londynu.
  • Jak wyglądało pani wyjście z Warszawy?

Do niewoli? Do Ożarowa. Przez Ożarów szliśmy razem i później zabrali nas z Ożarowa do Fallingbostel. Z Fallingbostel do Bergen-Belsen. W Bergen-Belsen długo nie byłam, dlatego że wolałam iść na komenderówkę jak siedzieć tam i nic nie robić. Wzięli mnie na komenderówkę, to tam nas znów zmuszali przekleństwami i wszystkim, żebyśmy byli cywilami. Myśmy nie chcieli. Absolutnie, w ogóle nie było mowy nawet o tym. Byłam miesiąc w Hanowerze, w Hanower Linden, w baraku takim, co był przy samej fabryce czołgów niemieckich. Tam pracowaliśmy. Później do schronów, jak myśmy początkowo [poszli], to nie chcieli nas [wpuścić], to okej. Najwyżej pójdziemy do tunelu. Weszliśmy do takiego tunelu bocznego i w tunelu stałyśmy jak były bombardowania. To właśnie zbombardowali ten cały schron i szkopów wykończyli, a myśmy żyły. Mówię tak, że piosenki nasze, hanowerskie nawet, one mówią jak myśmy były bronione przez Pana Boga.

  • A jakie to piosenki? Panie same je układały?

Tak, układałyśmy od razu. Zawsze znalazł się ktoś, kto był [uzdolniony].

  • A pamięta pani jakąś?

Mam nawet chyba i tutaj, przy sobie. […] Myśmy wynajdowały melodie rozmaite do każdych wierszy. Naprawdę byłyśmy zżyte. Wszystkie byłyśmy zżyte. Była jedność! Co ja mogę zaśpiewać? Nie pamiętam. Gdybym wzięła zeszycik, to tam właśnie jest piosenka, a oprócz tego nazwiska różnych kolegów, koleżanek. O takie coś. W każdym razie nie mogę powiedzieć, nie mam takiej pamięci jak Hania Tarkowska. Ona to wiersze wysypywała z rękawa, ale ja nie. [„Barak w Hanowerze” Miesiąc jakoś się przeżyło „Samodziałów” „Bobrów” „Żab” I „Radwanek” nie ubyło Choć niejeden ubył szwab. Bóg nas jednak zechciał strzec Kazał bombom nas omijać Nie pozwolił w gruzach, gruzach lec Z Hannomagiem wśród gruzów lec].

  • Jak wyglądało pani wyzwolenie?

Wyzwolenie, to spotkałam swojego wujka [Bolesława Herbowicza] z 1. Dywizji Pancernej. 12 kwietnia [1945 roku] w Oberlangen byłam. Było nadzwyczajnie. Cisza, cisza była. Jakieś strzały były, bo to ciągle były. Myśmy już przygotowane były, że lada dzień będziemy odbite, ale przez kogo [to] nie wiedziałyśmy. Nikt nawet nie marzył, że to będą Polacy, że to 1. Dywizja nas uwolni. Ich jedenastu, czy coś było. Jeep. W każdym razie oni nas odbili. […] Wujka miałam w [dywizji] pancernej, był w czołgach w LAD. Reperował wszystkie czołgi, wszystkie pojazdy dywizyjne. Wujek się nazywał Bolesław Herbowicz. On przeniósł się do Afryki, w Afryce Południowej miał olbrzymie majątki. […]

  • Jak dalej potoczyły się pani losy? Dlaczego pani nie wróciła do Polski?

[Nie miałam chęci opuszczać moich koleżanek. Miałam szanse być niezależną, mieć swoje życie]. Powiedziałam sobie: „Ja do Polski nie wracam. Nie mam do czego”. Dosłownie nie miałam do czego wracać. Być ciężarem dla rodziny? Mówię tak, angielski znałam trochę, bo się uczyłam. Właśnie ta Angielka, którą wspomniałam, jej córka była moja najlepszą koleżanką w domu. Ona mnie uczyła angielskiego i mówi: „Mama cię może będzie uczyła. Ja zapytam”. Mama powiedziała: „Absolutnie nie. Ja nie mam kiedy. Ja jestem zajęta”. To w takim razie powiedziałam, że muszę się uczyć [języka angielskiego. Pani Jackson podała mi adres swojej uczennicy, która dawała mi korepetycje z języka angielskiego].

  • Później, z tego obozu, gdzie pani pojechała? Od razu do Anglii?

Nie, nie, nie. Pojechałam do Włoch jeszcze. Do Porto San Giorgio. Bo w ten sposób nam łatwiej było się dostać do Anglii. Tak że nie z 1. Dywizją, tylko z 2. Korpusem przyjechałam i z Andersem. 2 listopada 1946 roku przyjechaliśmy [z Calais do Dover] do Anglii razem z Andersem. Na naszym statku był.

  • Rząd angielski ułatwiał jakoś Polakom?

Bardzo sympatyczni byli. [Trzeba przyznać, że nam pomógł, że mogliśmy osiedlić się]. Co oni mogli powiedzieć? Oni dobrze wiedzieli, co myśmy przeszli za gehennę. [Pracując w obozie przejściowym poznałam Zygmunta Serafinowicza i w dwa tygodnie po spotkaniu wyszłam za mąż w 1949 roku].

  • A w którym roku pani pierwszy raz przyjechała do Polski?

W 1975 chyba. [Wcześniej] nie tylko, że nie mogłam, ale po prostu… Nie, nie mogłam przyjechać wcześniej [z powodu stanu zdrowia męża].

  • Ale to ze względów rodzinnych, czy na przykład nie chcieli dać wizy?

Nie to, że nie chcieli dać wizy, bo wizę można było dostać. [Wizę dostaliśmy bez problemu]. Zawsze musiało się mieć wizę do Polski jak się jechało. Nawet jak jechałam w 1975 roku, to miałam wizę. Nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu urządzaliśmy sobie życie. W 1949 wyszłam za mąż. […] [W 1951 roku urodziłam syna Roberta, mieszkaliśmy w Gloucester].

  • Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani ma pseudonim „Babcia”?

Kolega mój, który mieszkał na Freta, myśmy ot po prostu, znali się z widzenia. Nawet go spotkałam niedawno, jak obchodziliśmy pięćdziesiątą rocznicę Powstania. […] On „Dziadek” był. Ja dla śmiechu zostałam „Babcią”.

  • A jak się nazywał?

Nie pamiętam. Czesiek. Wiem, że Czesiek, ale jak dalej…

  • On tak powiedział, że pani będzie „Babcia”?

Nie, nie. To ja powiedziałam, tu „Dziadek”, to [tu „Babcia”]. Ale on ze mną w ogóle nie był. On był chyba w 102. kompanii.

  • Jakby pani miała znowu dziewiętnaście lat, to poszłaby pani do Powstania Warszawskiego?

Oczywiście, że tak. Pewnie bym należała do [konspiracji], bym na uszach stawała [żeby się dostać]. Ale moja mama, to tak się trzęsła o nas dwie, o siostrę i o mnie. Myśmy tylko jej zostały. Bo synowie to każdy, jak to się mówi, był gdzie indziej.




Londyn, 28 listopada 2006 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

Zobacz także


starszy strzelec

Jerzy Ejgel „Bezimienny”

Nazywam się Jerzy Ejgel, urodzony w Warszawie 14 kwietnia 1927 roku. Pseudonim w Powstaniu:...

więcej
łączniczka, sanitariuszka

Zofia Genowefa Klimek „Diana”

Gdzie pani mieszkała przed 1939 rokiem? Od 1938 mieszkałam w Warszawie przy ulicy Wilanowskiej 22....

więcej
kapral podchorąży

Stanisław Komornicki „Nałęcz”

Nałęcz-Komornicki Stanisław, kapral podchorąży „Nałęcz” z...

więcej
łączniczka

Jadwiga Chmielewska „Szczurek”, „Mała Jadzia”

Chciałbym, abyśmy zaczęli od pani wspomnień z 1 września 1939 roku. Była pani małą dziewczynką, ale na pewno...

więcej