Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Jerzy Ejgel „Bezimienny”
Jerzy Ejgel
pseudonim
„Bezimienny”
stopień
starszy strzelec
formacja
Zgrupowanie „Chrobry II”, kompania „Jeremiego”
dzielnica
Śródmieście Północne

Nazywam się Jerzy Ejgel, urodzony w Warszawie 14 kwietnia 1927 roku. Pseudonim w Powstaniu: „Bezimienny”. Stopień wtedy był starszy strzelec, Zgrupowanie „Chrobry II”, kompania szturmowa „Jeremi”.

  • Proszę mi powiedzieć, jak pan wspomina swoje dzieciństwo. Gdzie pan mieszkał, gdzie pan chodził do szkoły?

Przed samą wojną zdałem do gimnazjum, zostałem przyjęty, ale wojna wybuchła i…

  • Do jakiego gimnazjum?

W Warszawie, [gimnazjum] Mickiewicza, na ulicy Kopernika.

  • Gdzie pan mieszkał?

Mieszkałem w Warszawie, tak że jestem rodowity warszawiak.

  • Na jakiej ulicy pan mieszkał?

Na Dobrej, na Litewskiej.

  • Miał pan rodzeństwo?

Tak, siostrę.

  • Starszą czy młodszą?

Młodsza jedenaście lat.

  • Czym zajmowali się pana rodzice?

Tata był legionistą, miał pracę w Warszawie w zakładach zbrojeniowych. Mama była przy mężu, tak jak to wtedy bywało w tym okresie. Nie było tak, że wszystkie żony pracowały. Ale wtedy mnie wychowywano …

  • To tata był legionistą, tak?

Tak.

  • Jak miał na imię tata?

Józef. Siedemnaście lat miał, jak wstąpił do legionu. Do I Brygady. Mam jego dokumenty legionowe. Oryginalne.

  • Proszę mi powiedzieć, jak pan zapamiętał wybuch wojny, wrzesień 1939 roku?

Nadleciały samoloty. Zrzucały bomby. Ojciec już był zmobilizowany, tak że straciłem kontakt z ojcem. Zostałem z mamą tylko i z małą siostrzyczką, która miała wtedy sześć lat.

  • A tata? Został zmobilizowany i gdzie walczył?

Na wschodzie. Na front wschodni ich wywieźli. Uciekali przez Rumunię do samej granicy rumuńskiej. Tak że wszyscy, którzy byli zmobilizowani w ostatniej chwili, byli umundurowani i [wydostawali się] z Warszawy na wschód, bo liczyli, że przez Rumunię się dostaną. Ale jednak nie było to możliwe, bo już, zdaje się, Rosjanie wkroczyli. Więc [tata] wrócił z powrotem do Warszawy. Pracował, handlował jak każdy Polak, jak każdy warszawiak. Żytem, kartoflami, węglem, czym się dało się handlowało.

  • Gdzieś jeździło się po to żyto czy po węgiel? Jeździło się gdzieś poza Warszawę?

Poza Warszawę. Po żyto, przykładowo, jeździłem jak Mrozy, pod Lublin gdzieś. Po prostu na wsie się jeździło. Każdy miał jakąś metę, przywoziło się do Warszawy, zwalało się towar i dalej w drogę. Tak się żyło. [Przecież] o pracy nie było mowy. Zresztą dziecko było małe, siostra moja… Nie było warunków takich, żeby pracować gdzieś. No [bo] gdzie?

  • Pamięta pan może jakieś łapanki na ulicach Warszawy, rozstrzeliwania?

Tego to nie [pamiętam]. Dlatego że jak Powstanie wybuchło miałem siedemnaście lat, a jak wojna wybuchła miałem trzynaście lat, tak że specjalnie się nie interesowałem jeszcze. Ojciec był zaangażowany później.

  • Był w konspiracji?

Tak, był w konspiracji. W Puszczy Kampinoskiej w partyzantce. Zmarł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, jest pochowany na Wólce.

  • Ale pan wiedział w czasie wojny o tym, że tata jest w konspiracji?

Domyślałem się, bo przychodzili różni ludzie. Ja też przenosiłem na pewno jakieś materiały, tylko specjalnie nie byłem wtajemniczony. Był pułkownik, Mika się nazywał. To wiem. To był przyjaciel ojca, jeszcze z okresu służby wojskowej, w legionach. Tak że ojciec z wojskowością był powiązany bardzo. Jako ochotnik, legionista…

  • Nie wie pan, jaki tata miał pseudonim?

Kapral, pseudonim „Wujek” bodajże.

  • Pan pomagał tacie, tak?

No, to na pewno. Takiego chłopaka jak ja, trzynastoletniego, to najłatwiej było wykorzystać. Niemcy nie zwracali uwagi na chłopaka, smarkacza, dzieciaka. Poza tym u mnie w domu przechowywał ojciec różne dokumenty. Była druga ścianka zrobiona specjalnie… Za młody byłem. Zresztą ojciec pewnie nie chciałby.

  • Gdzie państwo mieszkali w okupację?

W Pruszkowie.

  • A później? W Powstaniu Warszawskim jak pan się znalazł?

Pracowałem w Warszawie i wszystko się działo w Warszawie. Mieszkałem na Pańskiej.

  • Pan później przeniósł się do Warszawy, na Pańską?

Tak, tak… Tam miałem pracę. Pracowałem trochę, tak jak chłopak.

  • Co to była za praca?

Co można dać chłopakowi młodemu? Przynieś, wynieś.

  • To było w jakiejś fabryce, w jakichś zakładach?

Nie, nie… Prywatnie, zakład wielobranżowy.

  • Na Pańskiej pan jakiś pokój wynajmował czy mieszkanie?

Nie... mieszkałem, nocowałem tam.

  • Później przyszedł 1 sierpnia, prawda? Wybuchło Powstanie.

1 sierpnia, tak, właśnie. Stąd trafiłem do „Jeremiego”. Dlaczego? Bo jak na Pańskiej pracowałem i mieszkałem częściowo, to dowództwo kompanii „Jeremiego” było na ulicy Wielkiej, numeru już nie pamiętam. Tam właśnie [był] porucznik Jeremi... Nie znałem tych ludzi przecież. Pierwszego dnia dołączyłem do nich. Łączniczka Jola zarejestrowała, porucznik dał mi granat, jajkowy taki w rękę, i poszedłem z innymi kolegami. Pierwszy mój wypad był na ulicę Żelazną róg Krochmalnej. Rzuciliśmy granatami. Tam Ukraińcy mieli swoją barykadę. Żeśmy zdobyli dwa erkaemy. Jeden erkaem miałem później przez całe Powstanie.

  • Pan był w obsłudze erkaemu?

Tak... ale to obsługa… Leżały, to pod pachę, na ramię się brało i się szło. Z tym, że brali tylko wtedy, kiedy była większa akcja. Na Haberbuscha czy na koszary konnej policji. Poza tym byłem ranny na Grzybowskiej, w fabryce Jarnuszkiewicza. Mam nogę, jedną i drugą przestrzeloną. Z tym, że w jednej nodze miałem tętnicę przestrzeloną, tak że noga była sztywna. W drugiej dwa naboje przeszły, ale bez naruszenia kości. Tak że do niewoli szedłem o laskach.

  • Gdzieś pana przenieśli? Do szpitala?

Nie. Opatrunek mi zrobili najpierw na Mariańskiej. Później mieliśmy pokój polowy, pomieszczenie, na Pańskiej, i prowizoryczny szpitalik. Leżało nas cztery, sześć osób. Ale ja tam nie chciałem być, uprosiłem kolegów, żeby mnie zabrali. Z powrotem mnie zabrali na Grzybowską. W suterenach u Jarnuszkiewicza, w tej piwnicy byłem, dopóki noga się troszkę… No ale też z tą sztywną nogą, obandażowaną siedziałem. Przynajmniej kolegów innych, którzy mieli wartę nie wartę przy barykadzie, którą mieliśmy u Jarnuszkiewicza zrobioną, zwalniałem, [dawałem im] trochę luzu, przespać się. [...]

  • To w jakiejś akcji był pan ranny?

Czołgi podjechały pod naszą barykadę i zza czołgów strzelali. W piechotę.

  • Pamięta pan mniej więcej czy to był sierpień, wrzesień?

To była połowa… piętnastego czy trzynastego września, tak że już po dwóch tygodniach mogłem iść jako jeniec. Nie chciałem iść z cywilami, bo niby dlaczego? Zresztą to wszystko koledzy byli.

  • A pana najgorszy dzień w Powstaniu Warszawskim? Może śmierć jakiegoś kolegi?

Najgorszy? Miałem taką sytuację, że robiliśmy akcję umożliwiającą dostanie się naszych kolegów ze Starówki do Śródmieścia. Ja z tym erkaemem – jako bardzo duża oręż też brałem udział. Podeszliśmy aż pod samą – obecnie trasa WZ – to była ulica Chłodna wtedy. Tamtędy mieli właśnie przechodzić koledzy ze Starówki. I tam [zająłem pozycję] z widokiem na jadące konno niemieckie oddziały, widok taki. No i tak tam warowałem. Z tym że nikt mi nie dał znać, że już się wycofujemy, że nie da rady. Już widno się robiło. Musiałem sam zasuwać przez gruzy, nie wiedząc gdzie i jak, bo nikt mnie nie powiadomił po prostu. Obłożyłem się, okopałem cegłami, gruzami, że pies by mnie musiał znaleźć. Taki moment dosyć przykry. Poza tym, co jeszcze? Koszary konnej policji, na Ciepłej. Wydostanie się było trudne, bo z jednej strony ogień, karabiny maszynowe. Niemcy strzelali z remizy strażackiej, oni tam mieli swoją kwaterę, a myśmy się musieli przedostać przez ulicę Ciepłą na drugą stronę. Ale nie było rady. Taki ogień był cały czas zmasowany, że jak człowiek rzucił buta, to już serie były kierowane w naszą stronę. Nawet posłali „goliata”. „Goliat” rozerwał się koło naszej bramy wejściowo-wjazdowej do koszarów. Ale nikomu się wtedy nic nie stało, tylko każdy się już spodziewał wszystkiego. W końcu, żeby wydostać się, to koledzy z drugiej strony [ulicy] Ciepłej przynieśli świece dymne i zadymili całą Ciepłą. Tak że po prostu nic: ciemno było. I pojedynczo żeśmy przeskakiwali z koszar do swoich kolegów tam, gdzie były nasze posterunki, czyli nasz na Grzybowskiej. Bo myśmy byli najdłużej [kompanią] na ulicy Grzybowskiej u Jarnuszkiewicza, w fabryce. Tam jest nawet tablica na Hotelu Mercury. Mam zdjęcie.

  • Za co pan dostał awans na starszego strzelca?

A to ja wiedziałem czy zastanawiałem się za co?

  • Ale to w czasie Powstania?

W czasie Powstania, tak. Jest tam napisanie. 1 października dostałem awans, czyli tuż przed samym wyjściem.

  • Ale jeszcze Powstanie trwało?

Tak.

  • Jednak pana dowódca wyznaczył pana do awansu.

Tak, ale ja sobie z tego nic nie robiłem. Nie zależało nikomu wtedy na jakichś awansach. Ważne było, żeby coś zjeść, ewentualnie nie dać się zabić przypadkowo.

  • Jednak musiał się pan wyróżniać, prawda?

Młody chłopak, odważny byłem, bo wysportowany, sprytny. Spryciura, jak to mówiono. Przecież nie było warunków na jakieś awanse. Przypadkowo napisał dowódca parę nazwisk i posłał przez łączniczkę. Nie było tak jak teraz: cała parada jest, jak ktoś awansuje.

  • A jak było z wyżywieniem?

Wyżywienie? Kasza – „pluj”, bo trochę jęczmienia było z koszar. Jęczmień był dla koni, tośmy z jęczmienia gotowali… nie my, tylko peżetki gotowały z jęczmienia kaszę, posoloną, jeżeli była sól. Co tam można było jeść? O! W koszarach położyłem się z erkaemem w ogródku. Tam był taki ogródek, taki plac. Krzyknąłem, że są pomidory. To pomidory myśmy mieli. Parę z krzaka się zerwało. A tak, to jakie jedzenie? Człowiek specjalnie nie myślał o jedzeniu. Czasami gdzieś podrzucili bochenek chleba. Cywile przecież byli cały czas z nami w piwnicach, tak że zawsze mieli trochę zapasów. Zawsze coś się dostało.

  • Oni byli pozytywnie nastawieni do powstańców?

No pewnie! Nie było żadnego ale! Nikt nie miał żadnego żalu, że Powstanie wybuchło. Tylko w piwnicach to byli ludzie tacy już mniej sprawni, kobiety, dzieci, starsi mężczyźni niedołężni. Później jeszcze, jak Niemcy ogłosili, że cywile mogą wychodzić, to dużo wyszło w czasie Powstania. Kazali iść jakąś konkretną ulicą. Sporo ich wyszło, no bo co mieli siedzieć? Ich wywozili do Pruszkowa. Do zakładów kolejowych w Pruszkowie.

  • A kompania „Jeremiego” ciągle była w jakichś akcjach?

Do końca byliśmy. Na Wroniej czołgi podjechały w naszą stronę, tośmy tyłami, tyłami, z butelkami z benzyną. I [rzucaliśmy] z okien. Jedyna broń to była… mój erkaem był jedną z ważniejszych broni. Parę było kb. PIAT-y były ze zrzutu. Myśmy dostali jednego piata (przeciwpancerna mina). Na PAST-ę żeśmy wypady robili, bośmy mieli blisko z ulicy Grzybowskiej na ulicę… PAST-a była na… Zielnej.

  • A pan brał udział w ataku na PAST-ę?

Nie w tym ostatecznym. Myśmy wcześniej ich atakowali, ale oni byli [zamurowani], to był gmach, jak bunkier. Ale na Haberbuscha wypady… Na Żelazną, gdzie byliśmy w pierwszych dniach zaraz… Te erkaemy… Mieliśmy dużą barykadę: Żelazna róg Srebrnej. Mówię teraz z pamięci, ale to sześćdziesiąt lat temu było.

  • Miał pan może jakichś kolegów czy koleżanki w czasie Powstania?

Były!

  • A czy jakąś sympatię pan miał?

Nie tam! Siedemnaście, osiemnaście lat chłopak…

  • Niech pan się nie boi żony!

Nie tam! Podchodziły dziewczyny, ale ja miałem później nogi drętwe. Obie nogi zabandażowane. Nie mogłem zginać jeszcze przez rok czasu. Tak że o miłości to nic nie powiem, bo raz, że smarkacz, za mały, za młody, a wychowany byłem przez mamusię, która pilnowała synka, żeby mu się nic nie przytrafiło.

  • A kolegów miał pan jakichś? Pamięta pan swoich kolegów z Powstania?

No, Olek… Na Dolnej myśmy później byli razem. Był taki Delura. Już nie żyje, zmarł. Też wrócił do kraju. [...]

  • A później, jak przyszedł koniec Powstania?

Koniec Powstania zastał nas na ulicy Próżnej, bo przenieśli naszą kompanię, nasz oddział, z ulicy Grzybowskiej na Próżną przy Ogrodzie Saskim. Mieliśmy obstrzał na Ogród Saski z budynków przy ulicy Próżnej. Z tym, że to nie były budynki, to były ruiny dosłownie, ziemia. Te budynki były murowane z cegieł, przecież tam nie było wielkich konstrukcji. To dosłownie człowiek siedział jak w mysiej norze. Tam zastał nas akt kapitulacji. Wychodziliśmy całym oddziałem ulicą Grzybowską przez Plac Kercelego. Na Placu Kercelego składaliśmy broń do koszów, których Niemcy pilnowali. Co kto miał. Broni to już było sporo. Rosjanie zrzucili trochę. Myśmy nie wykorzystali tego, dlatego że to już koniec Powstania, naboi nie było. Albo workami zrzucali broń, amunicję do kb, no to się pogięło, tak że to nieprzydatne [było]. Zresztą inna ich amunicja, a inna nasza. Myśmy mieli na ogół niemiecką, karabiny mauzera. Ktoś miał parę sztuk… No i przez Plac Kercelego do Ożarowa o tych laskach, kuśtyk-kuśtyk-kuśtyk. Musiałem trzymać się kolumny, bo przecież po bokach wachmani z psami nas pędzili do Ożarowa. Ale jakoś się doczłapałem. Trochę na jednej nodze, trochę na drugiej. Koledzy też pomagali. W Ożarowie myśmy jedną noc przenocowali. Śmieszny teraz powiem przypadek, bo położyliśmy się na workach z ultramaryną. Każdy spocony. Rano wstajemy, a my wszyscy niebiescy, bo ultramaryna to jest taka farbka do bielizny. A człowiek spocony był, ta farbka rozpylona, to dosłownie byliśmy jak „niebiescy murzyni”. Po jednym dniu nas załadowali w wagony towarowe. Naturalnie nabili tyle ile można, że siedzieć było trudno. Prawie na stojąco. I tak nas wieźli. Najpierw do Łambinowic, czyli Lamsdorfu. Wieźli nas trzy dni, trzy doby dosłownie, bo przecież transporty wojskowe najpierw musiały być, a nas pchali i pchali, trzy dni bez picia, bez jedzenia. Spocony, zmęczony człowiek padał. A jeszcze jak ktoś dziurę wiercił w podłodze, żeby zobaczyć, gdzie jedziemy, bo bokiem nie można było, to Niemiec strzelił i zabił przez tę dziurę kolegę… I tak po trzech dniach myśmy dojechali do Lamsdorfu. W Lamsdorfie na rampę nas wypędzili: Polnische Banditen! Raus! Wszystkich wypędzili. I trzeba było do obozu. To był stalag przejściowy Lamsdorf. Trzeba było osiem kilometrów iść. A oni nie zwalniali tempa, oni na rowerkach nas pędzili. Ale ciekawostka humorystyczna i interesująca. Mianowicie jak nas pędzili do obozu… Kolumna miała parę tysięcy ludzi, tam było naładowane jak żwiru, jak kamieni w każdym wagonie. Nadleciały samoloty, trzy niemieckie sztukasy, i tak się zapatrzyli, że dwóch się zwaliło. Skrzydłami się stuknęli i strącili się. Wszyscyśmy się cieszyli, a oni zagapili się dosłownie. Samoloty sztukasy to nie są duże samoloty, ale nisko leciały, tak że nawet już nie mogli się ratować spadochronami. Po tym całym marszu do obozu, pierwsza rzecz jaka była, to do studni. Do studni, szybko pić! Po trzech dniach odwodnienia, w upał. Październik był wtedy gorący. Też dantejskie sceny, bo to każdy chciał być pierwszy przecież. Jedyna studnia, a tych ludzi od groma. Tam byliśmy parę dni, fotografowali nas, rewidowali, codziennie był apel, szukali wszystkiego. Nawet jakieś pieniądze miałem w paczce włożone. A oni szukali wszystkiego, bo każdy coś miał z Powstania. Jakieś dolary, jakieś pieniądze. Na tym apelu zawsze musieliśmy wystawać po parę godzin, a oni rewidowali. To znaczy rewizja polegała na tym, że się wychodziło, składało się wszystkie swoje manele na kupkę i oni sobie sami spokojnie szli. Mykwę nam zrobili, pierwszy raz można było się pod prysznicem umyć. Już były takie wszy, że dosłownie, jak wyszło się z mykwy, z łaźni, to mimo to jeszcze były w ciele wszy. Tak że zajęcie było poranne zawsze takie, że się biło wszy. Straszne robactwo było.

  • A później, z Lamsdorfu…?

To był obóz przejściowy. A stamtąd do Arbaitskommando do Markt-Pongau. To Austria. To już był obóz. Tam nas z kolei do roboty pędzili tylko. W nocy: Hundert Man zum Lagen gehen! Stu ludzi do „laginy”. Do [odgruzowywania] szosy. I tak pędzili, pędzili. Tylko że tam już dawali pajdki chleba. Jedna taka pajdka chleba… bochenek niemiecki miał kilo czterdzieści chyba, to na sześciu ludzi wypadało. Tego chleba się nie jadło, tylko się ten chleb gotowało. Menażkę się jakąś miało, jakąś miskę, to się pokruszyło pajdkę chleba i zagotowało. Wtedy to narosło, taka pulpa się z tego robiła i było więcej w żołądku. Co ludzie tam nie kombinowali sobie! Takie małe kuchenki robili. Z drzewa strugali. Kawałek blachy, puszka – to już była kuchenka.

  • A dostawali państwo jakieś wynagrodzenie za tę pracę?

Parę kiji! Wynagrodzenie! Wynagrodzenie to by było najważniejsze, jakby dali kawałek chleba więcej. Wynagrodzenie… Mój pierwszy Arbaitskommando to był właśnie w Austrii, w Markt-Pongau, a drugi Arbaitskommando... po jakimś czasie nas przewieźli stamtąd do Salzburga do odgruzowywania z kolei. Też kupa śmiechu była. Każdy chciał odgruzowywać tam, gdzie coś mógł znaleźć. Jakąś marchewkę, jakieś kartofle, jakieś coś. To trzeba było być spryciarzem, żeby się ustawić tam, gdzie trzony kuchenne są, a nie tam, gdzie są sypialnie, czy jakieś gabinety, czy jakieś tego typu pomieszczenia. Tak że trzeba było się ustawić w tyralierce, żeby trafić na te trzony kuchenne. Trochę marchwi się znalazło w gruzach. Niemcy nie pozwalali [zabierać]. Jak w bramie nas spędzali z roboty, to kazali wszystko wyrzucić, spodnie spuścić, jak ktoś chował coś między nogawkami, to kazali wszystko wyrzucić. Nas tam pilnowali Austriacy, to było na terenie Salzburga.

  • A gdzie pana zastało wyzwolenie? Jak to się odbyło?

Wyzwolenie? Najpierw się dostałem do Szwajcarii, już koniec wojny był, jakiś miesiąc przed końcem. Niemcy nie mieli nam co dać jeść, bali się nas już … Bo tak, to Gemüse tylko. Gemüse, Gemüse – przywoził osiołek... bo w górach mieliśmy barak, nas tam było z osiemdziesięciu, stu, może więcej. Jak osiołek przywoził worek z Gemüse, czyli z włoszczyzną, zielsko różne, to się jadło, a tak to nie mieli nam co dać jeść. Tośmy pieszo poszli w stronę granicy, już za ich pozwoleniem, i żeśmy się dostali do Szwajcarii. Bo to było przy granicy włosko-szwajcarskiej, w samym takim trójkąciku. Szwajcarzy zaraz nas też zamknęli.

  • Ale potem was Szwajcarzy wypuścili?

Wypuścili, co mieli robić? Wypuścili, ale zamknęli nas do szkoły – trzy tygodnie kwarantanny. Nie było gdzie kroku zrobić. Dopiero po miesiącu czy więcej przejęli nas koledzy z II Dywizji Strzelców Pieszych generała Prugar-Ketlinga. To była dywizja, która była sformowana we Francji. A kiedy Niemcy zajmowali Francję, to nasi uciekli. Cała dywizja dostała się do Szwajcarii i jako internowane wojsko do samego końca wojny tam była. Z tym że ja nie czekałem końca wojny tylko zgadałem się z jednym kolegą, właśnie z Delurą, i dałem nogę do Włoch. To było w Alpach. Przez góry drapałem się jak tylko można było, bez odzieży, bez niczego. Jak się tam dostałem, przekroczyłem granicę szwajcarsko-włoską, to we Włoszech był II korpus, nasi z II korpusu. „Dawaj szybko!” – wycałowali nas i na samochody, zaraz do Mediolanu. Nasz pierwszy postój był w Mediolanie. Później był obóz przejściowy we Włoszech, dla takich jak my, z różnych krajów. A ponieważ ja byłem już silny i znałem się na sporcie, trochę zacząłem kopać i mnie [wysłali], mówią: „Niech on tam idzie, niech powie, że jest piłkarzem.” Do jakiejś kompanii mnie przydzielili. Oni też nie mogli brać tak żołnierzy. Przecież to był korpus finansowany prze Anglików.

  • Wzięli pana do drużyny piłkarskiej, tak?

To już później. To była kompania, a przy kompanii mieli drużynę.

  • Ale został pan żołnierzem II korpusu?

Tak. Też mam wszystkie dokumenty oryginalne. Barleta, Tatrani… Później wróciłem do Polski poprzez Anglię. Jak II korpus likwidowali alianci i powiedzieli: „Wojna się skończyła, został wybrany rząd włoski prezydenta de Gasperi’ego...”, to nie mieli co z nami Anglicy zrobić. Musieli zabrać nas z Włoch. I z Włoch do Anglii. Ale już normalnie, jako żołnierz. Już miałem „pay book”, czyli książeczkę płacy.

  • Dlaczego pan wrócił do Polski?

Nie chciałem wracać.

  • Ale pan wrócił. Dlaczego? Miał pan już wtedy kontakt z rodziną?

Kolega, Tomek Morawski, nieżyjący już, miał żonę i dzieci. On się zgłosił, że chce wracać do kraju. Nie było dużo bardzo chętnych, którzy chcieli wracać do kraju w 1946 czy 1947 roku. Po prostu były warunki nie do przyjęcia dla nas, zresztą baliśmy się, że różnie z nami mogłoby być. Przez tego kolegę dałem znać mojej rodzinie. Dowiedziałem się, że ojciec żyje, siostra żyje, rodzina żyje. Umówiliśmy się tak, że jak będzie dobrze, to pisz do mnie list z datą parzystą, a jak będzie źle, to niech będzie data nieparzysta, żebym nie wracał. A w treści możesz pisać, co chcesz. I tak to było. Tomek Morawski przysłał do mnie list do Anglii, do Amersham, mieszkałem wtedy w Amersham na przedmieściu Londynu. Zgłosiłem się na powrót i wróciłem w 1947 roku, bo już mówili, że będziemy obywatelstwo tracili. Wróciłem w czerwcu 1947 roku dopiero, a więc to już był ostatni dzwonek. A nie chciałem gdzieś jechać, do Australii można było czy do Kanady. Młody chłopak bez zawodu, co miał robić?

  • Czy był pan represjonowany za udział w Powstaniu Warszawskim czy za przynależność do Armii Krajowej?

Jak wróciłem z Anglii, to musiałem się [meldować]. Do Gdańska myśmy przypłynęli z Edynburga, ze Szkocji. Musiałem się na milicji meldować co parę dni i notowali na mojej karcie repatriacyjnej, że zgłosił się dnia tego i tego i tak przez dwa, trzy tygodnie. Ale później, jak zobaczyli, że gram w piłkę, to już sobie poradziłem.

  • Gdzie pan grał w piłkę? W jakiej drużynie?

W „Zniczu”.

  • Co to była za drużyna?

Piłkarska. W Pruszkowie.

  • Ale pan tam przed wojną grał?

Nie.

  • Która to była liga?

To była trzecia liga. Wtedy to właściwie była liga okręgowa. Drugiej ligi nie było jeszcze w 1947 roku, tylko I liga i rozgrywki o wejście do ligi okręgowej. Trzeba było zdobyć mistrzostwo okręgu i później mistrzowie rozgrywali między sobą baraże. Tak jak teraz play off.

  • Na jakiej pozycji pan grał?

Na łączniku.

  • Długo pan tam grał?

Grałem dwa lata. Ale w hokeja jeszcze grałem. Byłem bramkarzem.

  • W jakim klubie?

Też w „Zniczu”.

  • Pan sportowiec…

Tak. Wtedy nie było tak, że w piłkę gra się jak teraz – cały rok. Wtedy zimą się jeździło na łyżwach, a latem się grało w piłkę.

  • Dlaczego pan przyjął pseudonim „Bezimienny”?

Tak sobie wymyśliłem. Zapytała Jola [jaki pseudonim, odpowiedziałem:] „Bezimienny”.

  • To tak dziwnie, każdy jakieś „Tygrysy”, a pan „Bezimienny”.

„Bezimienny”. Nie miałem dotychczas jakiegoś pseudonimu, to co miałem powiedzieć? Zmyślić coś? I tak został „Bezimienny”.

  • Ostatnie pytanie: czy gdyby miał pan znów siedemnaście lat, to poszedłby pan do Powstania Warszawskiego?

Tak… Tak. Byłem wychowany patriotycznie przez ojca, przez rodzinę, tak że nie było odwrotu.

  • Dziękuję panu bardzo.

Dziękuję.
Warszawa, 11 lutego 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

Zobacz także


łączniczka, sanitariuszka

Zofia Genowefa Klimek „Diana”

Gdzie pani mieszkała przed 1939 rokiem? Od 1938 mieszkałam w Warszawie przy ulicy Wilanowskiej 22....

więcej
kapral podchorąży

Stanisław Komornicki „Nałęcz”

Nałęcz-Komornicki Stanisław, kapral podchorąży „Nałęcz” z...

więcej
łączniczka

Jadwiga Chmielewska „Szczurek”, „Mała Jadzia”

Chciałbym, abyśmy zaczęli od pani wspomnień z 1 września 1939 roku. Była pani małą dziewczynką, ale na pewno...

więcej
łączniczka

Hanna Kępińska „Hanka”; "143"

W czasie Powstania nazywałam się Hania Skrzyńska. Obecnie nazywam się Hanna Kępińska. W Powstaniu byłam w...

więcej