Jan Marek Pawłowski „Marek”, „Zieliński”, „Warta”

Archiwum Historii Mówionej

Jan Pawłowski urodzony 23 marca 1923 roku w Zduńskiej Woli.

  • Proszę opowiedzieć o latach przedwojennych. Czym zajmowali się pana rodzice?

Ojciec był z zawodu księgowym, ale był bardzo czynnym działaczem społecznym. Był prezesem „Sokoła”, prezesem Klubu Piłki Nożnej. W czasie pierwszej wojny należał do POW, był zmobilizowany w 1920 roku. W okresie dwudziestolecia pracował w prywatnych przedsiębiorstwach. Ja i moja siostra uczęszczaliśmy do gimnazjum w Zduńskiej Woli, Gimnazjum Państwowe numer 44 imienia Króla Kazimierza Wielkiego. Było to wspaniałe gimnazjum. Mieliśmy zupełnie nadzwyczajnych nauczycieli, którzy byli o wiele bardziej wychowawcami niż nauczycielami.
W tamtym czasie uczucia patriotyczne, zainteresowanie historią, literaturą polską było bardzo duże. Dzisiaj mam stałe kontakty z młodymi ludźmi w wieku osiemnastu, dwudziestu, trzydziestu lat i widzę, że są zupełnie niewykształceni. Zupełnie nie znają dziejów Polski. Do tego stopnia, że już nawet bardzo często nie potrafią rozróżnić powstania styczniowego od listopadowego. Dla nich to jest rzecz [niezrozumiała,] dlaczego były dwa powstania.

  • Wracając do pana historii, jak pan zapamiętał wrzesień 1939 roku?

1939 rok zapamiętałem – znaczy nie 1939 cały, ale najważniejsze wydarzenie – tak jakby to było dzisiaj, nawet nie wczoraj. To znaczy pierwsza mobilizacja, tak zwana mała mobilizacja, która miała miejsce w marcu 1939 roku, dlatego zrobiła na mnie duże wrażenie, że w moim mieście rodzinnym nie było wojska, nie było koszar, a właśnie w 1939 roku pojawiły się pierwsze oddziały wojskowe. Ojciec, który był komendantem obrony przeciwlotniczej na wypadek wojny, miał z tymi wojskowymi do czynienia i prawie każdej niedzieli czy to na obiedzie, czy na kolacji mieliśmy różnych zaproszonych oficerów. Bardzo piękna była zwłaszcza defilada 3 maja 1939 roku, kiedy pułkownik piechoty... zdaje się, że to był 28. albo 29. Pułk Piechoty – nasze miasto ofiarowało mu karabin maszynowy.
Ale oczywiście najważniejsze wspomnienia to już od 23 sierpnia, czyli od paktu Stalin-Hitler, który – też nie wiem dlaczego – dzisiaj częściej nazywa się Ribbentrop-Mołotow, kiedy oni byli jak posłańcy Hitlera i Stalina. Tylko podpisywali to, co tamci uchwalili między sobą. Tak że to jest obecnie jeden z typowych przykładów political correct – mówi się: „faszyści”, mówi się: „hitlerowcy”, nie mówi się: „Niemcy”. O Niemczech dzisiaj w Polsce nie można mówić źle. A przecież byli faszyści portugalscy, hiszpańscy, włoscy, gdzie nie prześladowano Żydów. Bożnice w Rzymie przez cały okres wojny były otwarte. Między faszystami a Niemcami jest ogromna przepaść. […]

  • Panie Janie, wracamy do czasu, kiedy była pierwsza i druga mobilizacja. Jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku?

1 września 1939 zapamiętałem doskonale, bo już 1 września byłem ranny. Wprawdzie nie od bombardowania ani nie od frontu, tylko od tego, że ćwiczyłem zjeżdżanie z drugiego piętra, w razie gdyby był pożar. Założyłem sobie złe liny, do dzisiaj mam jeszcze rany. 1 września pamiętam doskonale, bo pierwsze sztukasy, bombowce niemieckie, nadleciały nad nasze miasto miedzy czwartą a piątą nad ranem.
Mój ojciec miał już być zmobilizowany, ale pozostał jeszcze na razie właśnie jako komendant obrony przeciwlotniczej. Nie było mowy o żadnej obronie przeciwlotniczej, bo nie było ani jednego działa. Do tych samolotów, które nadleciały, nikt nie strzelał. Byliśmy niesłychanie zaskoczeni, bo Zduńska Wola od granicy niemieckiej leżała w prostej linii zaledwie o osiemdziesiąt kilometrów. Pierwsze naloty były przecież od razu nie tylko na pobliskie [miasta]. Wieluń był szalenie zniszczony, prawie całkowicie zbombardowany. Ale przez radio już wiedzieliśmy, że bombardowana jest Warszawa, że bombardowany był Kraków, Poznań. Tak że ta wojna dla nas, do której podchodziliśmy bardzo entuzjastycznie... Bardzo szybko okazało się, że mamy małe szanse na obronę, już nie mówiąc o jakichś szansach na jej wygranie. Tak że już w niedzielę 3 września musieliśmy uciekać, bo zbliżał się front. Cała masa ludności, środkami jakie miała – to znaczy głównie wozy zaprzężone w konie – uciekała w kierunku wschodnim.

  • Pan też uciekał?

Tak, z rodziną. Cała nasza duża rodzina, ponieważ Pawłowskich tam było [dużo]. Ojciec miał bardzo liczne rodzeństwo, cztery siostry i czterech braci. Wszyscyśmy mieszkali w Sieradzu, w Zduńskiej Woli, w Szadku. Wszyscy wtedy już uciekali. Ucieczka zaczęła się 3 września. Doszliśmy – bo potem już zostawiliśmy konie i wóz – do Łomianek pod Warszawą i stamtąd szliśmy pieszo do Lublina. Dotarliśmy tam 15 września. Było bombardowanie Lublina, a 17 września weszły oddziały niemieckie. Tak skończył się dla nas pierwszy okres wojny, inwazji niemieckiej. Trwał dla nas, powtarzam, od 1 do 17 września.

  • Jak to się stało, że pan wstąpił do konspiracji?

W grudniu 1939 roku zostaliśmy wysiedleni przez Niemców i znaleźliśmy się w Warszawie, bo mieliśmy znajomych, u których mogliśmy się zatrzymać. We wrześniu 1940 roku zacząłem chodzić do gimnazjum Giżyckiego, Puławska 103, gdzie jest Królikarnia, bo to były baraki w parku Królikarnia. Jeden z kolegów, Zbigniew Czerniawski, po prostu zaproponował mi, czy nie chciałbym być w konspiracji. To nie było takie proste, jak dzisiaj się wydaje. Konspiracja była dużo bardziej skomplikowana i chaotyczna. To nie było tak, że ktoś cały czas należał do jednego oddziału. Przede wszystkim była tajemnica. Były takie wypadki, sam na sobie tego doświadczyłem, że myśmy znali najwyżej pięciu kolegów, bo to były tak zwane piątki, i komendanta tych pięciu, w tym wypadku to był właśnie mój kolega, syn oficera zawodowego, Zbyszek Czerniawski.
Potem spotykało się innych ludzi. Nie można im było powiedzieć: „Jestem w konspiracji”. Mówią: „Może chciałbyś wstąpić?”. Nie można było powiedzieć: „Nie chcę wstąpić”. Nie można było powiedzieć: „Już jestem”. Mówię: „Chciałbym”. Czasem tak było.
Właściwie organizacja, naprawdę AK, zaczęła się w 1942 roku. Przed tym był Związek Walki Zbrojnej. Była cała masa malutkich ugrupowań. Wszyscy właściwie oficerowie, podoficerowie…

  • Pan składał przysięgę?

Składałem przysięgę.

  • Jak to się odbywało?

Było nas trzech przy składaniu przysięgi. Właśnie ten, który mnie zwerbował, Zbyszek Czerniawski i dwóch moich kolegów. To było na terenie szkoły, po zajęciach, po zakończeniu lekcji. Zaczęliśmy przechodzić kurs. To było dosyć śmieszne. Zaczęli od tego, żeby rozkładać rewolwer, jakiś stary nagan, zdaje się jeszcze z pierwszej wojny światowej. Trzeba go było rozłożyć i złożyć.
Pierwsze zadanie jakie mieliśmy (ja osobiście, ponieważ mieszkałem wtedy z ojcem na ulicy Grażyny 2 przy rogu Puławskiej), to było zadane, że mieliśmy chodzić po chodniku – zaraz za placem Unii Lubelskiej – ulicą Puławską, gdzie po prawej stronie, po stronie parzystej były koszary lotników niemieckich. Trzeba było chodzić po ulicy, ewentualnie można było zatrzymać się w jakiejś bramie. Notowaliśmy numery rejestracyjne samochodów wojskowych, które wjeżdżały i wyjeżdżały z koszar. To przekazywaliśmy mojemu dowódcy, czyli w tym wypadku Zbyszkowi Czerniawskiemu. Zresztą został zaaresztowany zdaje się w 1941 albo w 1942 roku. Już wtedy nie miałem z nim kontaktu, bo mnie przekazano do zupełnie innego oddziału, hrabiego Platera. Ponieważ byłem dość dobrym fotografem, miałem aparat fotograficzny, to była grupa fotografów, którą prowadził hrabia Plater – postać niesłychana, ponieważ to był człowiek, który nie miał rąk, urodził się bez rąk i wszystko robił nogami. Pisał nogami, jadł. Postać niesłychana. Mieszkał w swoim własnym pałacyku w Alejach Ujazdowskich, niedaleko ulicy Wilczej, ale to było właśnie centrum fotografów. Wtedy już moim zadaniem było robienie zdjęć różnych koszar, samochodów, bunkrów niemieckich, posterunków.
Jeszcze raz powtórzę, że jednocześnie pracowałem w Radzie Głównej Opiekuńczej, w patronacie, który zajmował się robieniem paczek dla więźniów politycznych. A w tych paczkach oczywiście – czy to w chlebie, czy w jakiejś tubce od pasty do zębów – przemycało się grypsy [od rodzin] ludzi uwięzionych do nich i od nich do rodzin.
Bardzo szybko zresztą, tak się złożyło, poznałem bardzo wielu ciekawych ludzi, którzy byli na dość wysokich stanowiskach. Dzięki temu wciągano mnie w coraz bardziej różne prace, bardziej tajne, tak zwanego głębokiego wywiadu.
Chodziłem jeszcze na zebrania. Zebrania naszej grupy były związane z tym, że prócz szkoły mieliśmy komplety. Język polski, historia Polski były wykładane w prywatnych domach. Wtedy kolegów, koleżanki miało się już znowuż w innej linii. Dzisiaj jest trudno nawet zrozumieć, jak szalenie aktywne, czynne, a jednocześnie skomplikowane było życie w Warszawie w czasie okupacji.

  • Jak pan robił zdjęcia? Przecież Polacy nie mogli robić.

Płaszcz! Aparaty nie były zabronione. Oczywiście zdjęć nie można było robić, ale miało się go pod płaszczem, odsuwało się na chwilę płaszcz, robiło się zdjęcie. Albo stawało się gdzieś przy pniu jakiegoś drzewa, żeby ewentualnie czy aparat, czy siebie częściowo [zasłonić], żeby być jak najmniej widocznym.
Natomiast w pionie fotograficznym największym moim przeżyciem – to już był 1943 rok – było przydzielenie mnie do grupy, która z kamienic na Bielańskiej, obok Banku Polskiego, poprzez mur miała robić zdjęcia, jak zaczęła się likwidacja getta.
Tutaj znowuż zrobię dużą dygresję, ale uważam ją za bardzo ważną. Mianowicie chciałbym, żeby jakiś historyk odnalazł, w jakim momencie powstało pojęcie powstania w getcie. Bo w czasie powstania, tak zwanego dzisiaj, nikt tego nie używał. Mówiło się: „Likwidacja getta”, dlatego że etymologicznie powstanie to jest inicjatywa powstańców. Myśmy zaczynali powstanie listopadowe, powstanie styczniowe – nie Rosjanie. Powstanie zaczynają powstańcy. Otóż Niemcy zaczęli likwidację getta. Tych, których nie wywieźli do obozów koncentracyjnych, zaczęli likwidować na miejscu. Trudno mi już dzisiaj powiedzieć, ale co najmniej przez pierwsze dwa tygodnie nie wiedziało się o tym, że są grupy żydowskie, które się bronią. Dopiero gdzieś pod koniec kwietnia, bo powstanie, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, znaczy się ta walka, likwidacja zaczęła się 12 lub 13 kwietnia. Dopiero pod koniec kwietnia mówiono nam: „Żydzi się bronią. Podobno my – czyli AK – dostarczamy im broń i amunicję”. Ale nigdy jeszcze nie przeczytałem, a to mnie bardzo interesuje, ilu dzisiaj sami Żydzi uważają, że było tych, którzy się bili z Niemcami w getcie. Czy to było 100 czy 150 osób. […]

  • Wracając do tego zadania na Bielańskiej.

Tak. Nas było zresztą dwóch czy trzech. Byłem tylko ze zwykłym aparatem fotograficznym – Kodakiem. Natomiast było dwóch albo trzech kolegów, którzy mieli aparaty filmowe, do kręcenia filmów. Niestety trzeciego czy czwartego dnia zobaczyłem, jak wyszedł żołnierz Wehrmachtu – nie żadne SS, nie żadne gestapo, tylko taki mundur jak nosił Wehrmacht, odznaki Wehrmachtu. Też dzisiaj o tym się nie mówi. Źli byli tylko esesmani i gestapowcy, a że tak samo mordowali zwykli żołnierze, to – broń Boże, to jest political correct, o tym nie można mówić. To zrobiła wszystko znowuż komuna, bo były Niemcy wschodnie. [...]
[Miałem] po prostu smykałkę, zdolności do konspiracji, że traktowałem to w pewnym sensie jako sport, jako rozrywkę. Byłem używany do bardzo ważnych, różnych akcji. Ponieważ od urodzenia znam perfekt niemiecki i francuski, i angielski. Teraz się nauczyłem włoskiego, hiszpańskiego, ale w czasie wojny w mundurze podporucznika niemieckiego jeździłem jako kurier aż do granicy szwajcarskiej. Kiedy raz mnie zatrzymano na dworcu w Niemczech – bo mieli jakieś podejrzenia, nie wiem skąd – przesłuchiwali mnie czterdzieści osiem godzin. Uwierzyli. Miałem fałszywe papiery, wprawdzie z miejscem urodzenia na Śląsku – gdybym miał polski akcent, żeby się tłumaczyło, że pochodzę ze Śląska – niemniej udało mi się wydobyć z nieprawdopodobnej sytuacji.

3 maja 1942 roku byłem złapany w łapance z tramwaju numer 19 na ulicy Puławskiej. Zapakowano nas do budy, zawieziono na podwórze Pawiaka. Powoli zaczęto rozdzielać na różne grupy: starszych mężczyzn, młodszych mężczyzn, tych, którzy pochodzili z Poznańskiego, z terenów zajętych wtedy przez Rosję, ze wschodniej Polski. Zacząłem powoli odsuwać się od grupy, do której mnie przyłączono, aż doszedłem do trzech czy czterech gestapowców, którzy tam stali. Spojrzałem na zegarek, mówię: Verflucht, mein Chauffeur ist nicht da – „Do diabła, szofer miał po mnie przyjechać i jeszcze go nie ma”. Jeden z nich mówi: „Dokąd pan chce jechać?”. – „Do gubernatora, do pałacu Brühla”. – „To niech pan bierze mój samochód”. Zawołał szofera i wywieźli mnie niemieckim samochodem. Wyjechałem z Pawiaka. Czy wielu ludziom to się udało?

  • Nie.

Innym razem w Alejach Ujazdowskich w tramwaju numer 9 była łapanka. Przednia część tramwaju była Nur für Deutsche. Przeszedłem z polskiej na niemiecką stronę. Niemiec, który siedział, poderwał się, mówi: Hier nicht für Pole! Wyciągnąłem miesięczny bilet tramwajowy, mówię do niego: Geheime Staatspolizei – „Gestapo”. – Verzeihen Sie – „Przepraszam”.
Trzykrotnie uratowało mi życie tylko to, że mówiłem płynnie po niemiecku. Mówiłem tak płynnie i mówię do dzisiaj, że Niemcy nie chcą wiedzieć, że nie jestem Niemcem od urodzenia. Mam od Boga takie zdolności językowe. Na egzaminie wstępnym do szkoły nauk politycznych w Paryżu na czterystu zdających było sto miejsc, wszedłem jako szósty, z szóstą lokatą. Moi koledzy Francuzi porobili dużo więcej błędów gramatycznych niż ja.
W czasie wojny znajomość języka niemieckiego i buta, bezczelność. Wiem, że dzisiaj już nie mam takiego spokoju, opanowania, żebym mógł to robić. Poza tym najważniejsze w całym okresie okupacji, ze wszystkiego, co robiłem, było to, że od 1943 roku byłem przydzielony do grupy specjalnego oddziału, który podlegał już nie AK, jako ruchowi oporu, tylko wywiadowi wojskowemu. Wojskowej przedwojennej „dwójce”. Byłem przydzielony do grupy, która werbowała gestapowców, żeby dla nas pracowali. Miałem trzech: Welb, Winer i Heller. Trzech gestapowców, którzy pracowali dla naszej grupy wywiadu wojskowego.
Nie wolno o tych rzeczach do dzisiaj mówić. To wszystko napisałem. Szczegółów bliższych nie powiem, bo ci ludzie czy ich dzieci żyją i nie wiem, jakie mogą być dla nich konsekwencje. Powiem tylko tyle, że sam dzisiaj nie umiem uwierzyć w to, jakie rzeczy w czasie okupacji robiłem. Nie wiem, jak to było, ale fakt jest, że było. Są rzeczy, których nie można wytłumaczyć.
Uciekałem z Polski w nocy z 19 na 20 marca 1954 roku, bo wyszedłem z więzienia 3 października, z pałacu Mostowskich. W marcu postanowiłem uciekać. Wysiadłem z pociągu w Żarach, na Dolnym Śląsku za Żaganiem. W nocy, w śniegu przeszedłem do granicy. Jak znalazłem się nad Nysą, [zobaczyłem] druty kolczaste i spod drutów kolczastych co sto metrów wieża, w której siedzieli z reflektorami polscy wopiści – Wojsko Ochrony Pogranicza. Nie wiem, jak to się stało, że przez te zasieki, przez ten płot przeszedłem. Jedyny dowód to jeszcze mam u siebie w domu we Francji spodnie, które miałem podarte na drutach kolczastych. Ale jak przez drut wysokości trzech metrów przeszedłem, nie wiem. Są rzeczy, które przeżyliśmy i sami nie rozumiemy.
Siedział ze mną w pałacu Mostowskich chłopiec, który w czasie Powstania miał czternaście lat, nazywał się Edward Wolewicz. Z początkiem sierpnia, na Woli, zaraz na początku Powstania był w grupie rozstrzelanych. Obudził się w nocy pod kilkoma trupami. Po prostu zemdlał w momencie, kiedy rozstrzeliwano i upadł z innymi, nie był w ogóle ranny. Cuda są różne. Są cuda przez przypadek, których nie rozumiemy, są cuda czynione przez Pana Boga. W życiu byłem świadkiem kilku cudów. Dlatego pewne rzeczy, takie całkiem życiowe, [są] powierzchowne. To że jestem dzisiaj na przykład – pomimo że kiedyś bardzo dobrze zarabiałem – w takiej sytuacji, że mam bardzo malutką emeryturę francuską, bo mi zaliczyli tylko te lata, które pracowałem w urzędach państwowych, a poza tym byłem niezależny. Parałem się malarstwem, miałem wiele wystaw. Mam bardzo dobre recenzje z moich wystaw w Londynie, w Paryżu, w Tokio, w Teheranie. W Polsce nikt się tym nie interesuje. To nikogo nie interesuje. Tak jest. Nie jest mi łatwo rozmawiać na te tematy, bo albo wyglądają fantastycznie, albo są trudne do uwierzenia.

  • Powiedział pan, że trzy razy uratowało pana to, że pan zna język niemiecki.

Tak.

  • Jedno wtedy na Pawiaku, drugie w tramwaju, a trzecie?

W czasie Powstania. Ściślej mówiąc po Powstaniu. Młodzi przechodzą przez plac Zwycięstwa, widzą Grób Nieznanego Żołnierza. Ich wzrusza, że to jest Grób Nieznanego Żołnierza. Byłem po Powstaniu przydzielony do Polskiego Czerwonego Krzyża. Czerwonemu Krzyżowi – na podstawie kapitulacji, którą negocjowała pani hrabina Tarnowska – pozwolono, żeby wywieziono urządzenia szpitalne, bo była masa rannych w Milanówku, w Sochaczewie, w Grodzisku, naokoło Warszawy. Niemcy się zgodzili – prawdopodobnie bali się zarazy, tyfusu, nie wiem – żeby wywieziono to, co ocalało. Mnie przydzielono, ale nie wywoziłem żadnych urządzeń szpitalnych, tylko miałem odłączać się od tej grupy i wyciągać różne ukryte dokumenty akowskie, których idąc do niewoli, nie mogli ze sobą zabrać. Do samochodów Czerwonego Krzyża było zawsze dołączonych dwóch żandarmów niemieckich, którzy nas pilnowali. Ale to już był 1944 rok, początek listopada. Niemcy wiedzieli, że przegrali wojnę i prawie wszyscy byli przekupni. Jak dostał dwadzieścia złotych dolarów, to godził się, pozwalał, jak ktoś mówił: „Podskoczę do mojego domu, bo w piwnicy mam schowaną fotografię mojej babki” – czy coś innego.
Tak samo miałem dostać się na osiedle – to jest teraz ulica równoległa do alei Niepodległości, między Wawelską a aleją Niepodległości – miałem adres, gdzie w piwnicy były schowane jakieś dokumenty, polecono mi, żebym je wydobył. Zresztą w tym domu, żeby zejść do piwnicy, to chodziłem po trupach, bo byli ludzie, którzy zginęli i tak leżeli. Pamiętam, że wszedł mi but po prostu w klatkę piersiową jakiegoś człowieka. Wyciągałem go, odsuwałem żebra, żeby wyciągnąć nogę. Znalazłem dokumenty, trzeba było jedną cegłę wyrąbać, tego nie było wiele, to były mikrofilmy. Wracam i Niemiec, który nas eskortował, który był w tamtej ciężarówce, pyta mnie: „A ile tam miałeś dolarów?”, bo mu powiedziałem, że idę po pieniądze. Nie miałem przy sobie żadnych dolarów, bo tak to bym wyciągnął i pokazał, mówię: „Nie, nic nie znalazłem”. A on mówi: „To zaraz zobaczymy, czyś nic nie znalazł”, bo liczył na to prawdopodobnie, że [coś przy mnie znajdzie]. Sięga ręką do mojej kieszeni, wtedy wyrżnąłem go w gębę, zeskoczyłem z ciężarówki i zacząłem uciekać. On i jego kolega zaczęli za mną strzelać. Tylko słyszałem kule, jak się odbijały od muru. Ale było właściwie 100 procent na to, że oni muszą we mnie trafić. Nie trafili. Tak że to nie jest wszystko na wywiad. Można ewentualnie spokojnie prowadzić jakąś rozmowę, jak usiądzie się – jeżeli w ogóle ma się siły na to – przy kominku, w fotelu. Świadomość tego, że potem ktoś będzie krytykował, człowieka hamuje, w pewnym sensie nie pozwala na szczerość, bo człowiek teraz już wszystkiego się boi.

  • Nikt na pewno nie będzie krytykować pana wspomnień.

Będzie. Powiem dlaczego. Wspomniałem, że byłem w grupie, która miała strasznie ciężkie zadanie, bo werbowanie gestapowców. Mnie już zarzucano: „A on miał kontakty z gestapo”. Że kontakty były w ramach mojej pracy, wywiadu, to tego nie chcą rozumieć. To nie jest tak łatwo.
Rozpocząłem pracę z polskim wywiadem w 1940 roku i kontynuowałem ją do 1989. W Londynie, później w Paryżu też byłem w różnych akcjach, w bardzo, bardzo ważnych, w bardzo trudnych. Na tych 2 600 stronach też jest dużo rzeczy, których nie poruszam, bo jak można opisać, że na przykład jakiś pułkownik czy generał polski był złodziejem. Nie można. Tego Polacy nie dopuszczają do siebie.
Ze zrzutów, które przychodziły z Anglii przychodziła masa pieniędzy, przywożono worki dolarów. Nie powiem, że worki złotych dolarów, bo by tego nikt nie uciągnął. Złoto jest bardzo ciężkie. (Litr złota waży dziewiętnaście kilo. Dlatego tylko mogę się śmiać, jak widzę na filmie, że ktoś ciągnie ze sobą walizkę złota, bo to waży sto kilo, tego nikt nie uciągnie). Przychodziły pieniądze ze zrzutów, te pieniądze myśmy potem dostarczali do Warszawy. I nigdy nie było pieniędzy. Nikt nie miał pieniędzy. Gdzie te pieniądze poszły? Mało tego, premier Mikołajczyk dał się wykiwać w czasie Powstania Rooseveltowi w sposób zupełnie nieprawdopodobny. Roosevelt powiedział mu, że bardo żałuje, bo Mikołajczyk pojechał, żeby prosić o zrzuty nad Warszawę, żeby było więcej zrzutów: „Za duże straty, nie możemy ryzykować [życia] tylu ludzi. Już żeśmy wysyłali. Większość zrzucanych rzeczy spada na stronę niemiecką”. Bo przecież sytuacja w mieście zmieniała się z dnia na dzień. Wtedy nie było telefonów komórkowych. Wszystko musiało iść przez Londyn, przez Bari. Zanim się nawiązało kontakt, to między jedną wiadomością a drugą sytuacja w terenie już się zmieniła. Jeszcze powiedzmy plac Dąbrowskiego czy ulica Kredytowa były w rękach polskich, podawano: „Tu możecie zrzucać”, a zanim to doszło do lotnika w samolocie, już tam byli Niemcy. Roosevelt wtedy powiedział: „Więcej nie możemy ryzykować, ale jak pan może kupić broń, to daję panu dziesięć milionów dolarów”. W 1944 roku to były ogromne pieniądze, bo 10 000 000 dolarów to kosztował torpedowiec.
Mikołajczyk [dostał] bardzo piękną skrzynię. Prawdopodobnie prezydent Kaczorowski powinien wiedzieć, gdzie ona jest, bo była na zamku w Londynie. Widziałem ją, bo prezydent Zalewski – to też cały rozdział, kto dzisiaj wie, kto to był prezydent Zalewski, tak zasłużony człowiek – mi pokazywał. Mikołajczyk przywiózł, ale jak otworzyli skrzynię to były paczki po 10 000 dolarów. Dwie opaski z tych 10 000 dolarów mam tutaj, bo mi to właśnie wtedy prezydent Zalewski podarował, mówi: „Jak będziesz opowiadał, gdyby ci nie wierzyli to masz i pokaż im to”.
A to było tak: na wierzchu jedne 100 dolarów, a pod spodem jednodolarówki. Czyli nie 10 000 000, tylko milion dolarów dostał Mikołajczyk, a 9 000 000 ukradli ci, którzy to przygotowali dla Roosevelta. No i co? Można takie rzeczy publikować? Nie można, bo jutro mnie CIA zlikwiduje. […]

  • Proszę opowiedzieć o tym żołnierzu Wehrmachtu na Bielańskiej, który zrobił coś bardzo złego.

Zobaczyłem żołnierza, który stanął na balkonie, gdzieś czwarte – piąte piętro. Małe dziecko, nie wiem, czy nowonarodzone, czy trzymiesięczne, czy czteromiesięczne. W każdym razie malutkie dziecko wziął do góry i rzucił na bruk z czwartego czy piątego piętra. Zwymiotowałem. Straciłem przytomność. Koledzy mnie ocucili i odprowadzili do domu. Musiałem się z tego wycofać, bo nie mogłem na to patrzeć.

  • To było wtedy, jak płonęło getto?

To było gdzieś w dziesiątym, trzynastym dniu likwidacji getta, w kwietniu 1943 roku.

  • To dziecko płakało?

Przecież była masa strzałów, paliło się, był hałas, to nie wiem. Jak ono upadło na ziemię, to już nie widziałem, bo był mur. Widziałem odległość między balkonem, który był dużo wyżej niż mur, czwarte czy piąte piętro do muru. Na pewno z chwilą, kiedy on je wyrzucił, musiało spaść na bruk, nie mogło zatrzymać się w powietrzu. Ale sam moment, jak je rzucił, to już nie mogłem [wytrzymać].
W ogóle bardzo często się zastanawiam, czy to wszystko jest prawda, czy to był tylko jakiś okropny sen. Dlaczego ja mam osiemdziesiąt pięć lat, a tylu moich kolegów zginęło.

  • Jak wybuchło Powstanie Warszawskie 1 sierpnia 1944 roku, jakie miał pan zadanie?

Nie było mnie w Warszawie. W niedzielę 30 lipca dostałem rozkaz i miałem jechać do Krakowa z jakimiś [dokumentami], dostałem malutkie, które miałem dobrze schowane pod podszewką buta, która była zalepiona. Jakiś dokument – czy to była właśnie wiadomość o Powstaniu, czy co innego, nie wiem. W każdym razie wyjechałem. To były pociągi towarowe, które już szły, gdzie była masa uchodźców ze Wschodu uciekających przed postępującą Armią Czerwoną. Byli ludzie, dzieci, krowy, bo to były platformy. Pod koniec lipca była piękna pogoda, bardzo gorąco, a ja wśród tych uciekinierów doznałem okropnego szoku, bo pociągi jechały z Dworca Głównego w kierunku na Dworzec Zachodni, po prostu na Zachód, na Częstochowę, na Kraków. A w przeciwną stronę, na sąsiednim torze czołgi niemieckie wyborowej dywizji, młodzi żołnierze świetnie ubrani i widziałem, że to wszystko jedzie do Warszawy.
Największy błąd, jaki został popełniony w związku z Powstaniem to to, że Powstanie nie zostało rozpoczęte 25–26 lipca, kiedy Niemcy w popłochu uciekali, kiedy już gestapo wyjechało, gubernator wyjechał, Kleist z pałacu Blanka, starosta warszawski. Uciekali w popłochu.
Kupiłem w dniu świętej Anny... dlatego to pamiętam, bo byłem na imieninach u jednej Anny, a wychodząc od niej, też na ulicy Puławskiej, zatrzymuje się radiowóz niemiecki. Wyskakuje żołnierz, podchodzi do mnie i pyta, czy chcę kupić ten radiowóz. Mówię: „Co? Ty go chcesz sprzedać?”. Mówi: „Tak”. Mówię: „Ile?”. – „Nic nie chcę, chcę cywilne ubranie”. Za cywilne ubranie! Wpadłem do pierwszego sklepu i mówię do sprzedającego: „Panie, rozbieraj się pan, bo pańskie ubranie jest po to, żeby kupić radiowóz niemiecki”. Tym radiowozem odjechałem, dostarczyłem go na fort Bema do jednego z moich współpracowników. Co się potem stało, nie wiem.
Ale gdyby Powstanie wybuchło 25 – 26 lipca, to Niemcy byli w takim popłochu, że całe miasto byłoby opanowane w ciągu kilku godzin. A myśmy rozpoczęli Powstanie, kiedy już Niemcy opanowali się, już szły nowe dywizje na Wschód, na Pragę. Niestety. Ale to nie jest tylko moja uwaga. Już wiele razy czytałem, że gdyby Powstanie wybuchło 25 – 26 lipca, to prawdopodobnie całe miasto [byłoby opanowane], już nie było ani jednego gestapowca na Szucha. A w sobotę, w niedzielę zaczęli wracać, bo Rosjanie się zatrzymali. Niemcy już wiedzieli, że front stoi na wschód od Wisły.

  • Kim była Anna?

Moją przyjaciółką, znajomą. Też już nie żyje. Można od bardzo różnych stron podchodzić, bo oczywiście można sobie opowiadać kawały jak każdy gallows humour – wisielczy humor. Można sobie opowiadać kawały, jak na przykład na ulicy Litewskiej blisko Pola Mokotowskiego przychodzi do nas jakiś ksiądz i mówi: „Myśmy znaleźli dwa bochenki chleba, ale możemy na coś wymienić”. Chciał, nie wiem, wódkę czy coś innego. Mnie nie było przy tym, to mi opowiadał mój kolega. A oni znowuż świnie gdzieś zdobyli i mówią: „Mamy świninę, możemy dać wam kawałek szynki”. Ksiądz mówi: „A za kilo chleba, ile dacie szynki?”. – „No, kilo szynki”. – „O, to dobrze mi płacicie”. Takie rzeczy też były w czasie Powstania. To zrozumiale. Tak jest w więzieniu. W pałacu Mostowskich to dostawałem skurczu policzków. Nie wiedziałem, że można mieć skurcz na policzkach od śmiechu, bo chwilami takie kawały opowiadano. Były momenty, że w nocy otwierali celę, mówili: „Zabieraj...”. Kogoś wyprowadzali. Wtedy nie było wiadomo, czy zabierają go, żeby zawieźć do innego więzienia, wypuścić, czy dać mu kulę w łeb w korytarzu. Nigdy nie było [wiadomo].

Kontynuacja wywiadu, 1 października 2008 roku.
Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że dla ekipy, do której należałem, działalność na terenie Warszawy trwała dłużej niż samo Powstanie, bo w warunkach kapitulacji, jaką podpisali delegaci AK (czyli pani hrabina Tarnowska) z Niemcami, był warunek, że będzie można wywieźć część urządzeń szpitalnych, które ocalały. Naokoło Warszawy – w Błoniach, w Sochaczewie, Milanówku, Skierniewicach, Piastowie było wielu, wielu rannych. Nie było miejsca w szpitalu – leżeli po prywatnych domach. Czerwony Krzyż mógł z ruin szpitali warszawskich wywozić te urządzenia, które jeszcze pozostały.
Mnie moi przełożeni dołączyli do ekipy – pod pozorem, że jestem w Czerwonym Krzyżu. Moim zadaniem było (w miarę możności, bo nie zawsze to się udawało) dotrzeć do różnych skrytek, gdzie dowództwo AK pozostawiło dowody, których nie chcieli wywieźć, idąc do niewoli, bo nie wiedzieli, czy Niemcy ich nie odbiorą. Były nazwiska i spisy, kontakty, kody jakimi porozumiewano się przez radio z Londynem. Osobiście uważam, że to nie była potrzebna akcja, bo może gdyby te rzeczy zostały tam do końca pobytu Niemców, to może by i więcej ocalało. Potem poginęły – w okresie między październikiem 1944 a styczniem 1945 roku. Oczywiście, że było wielkie ryzyko, że po wejściu Armii Czerwonej dostaną się w ręce ludzi rządu lubelskiego – względnie wywiadu czy policji rosyjskiej – bo przecież aresztowano kogo tylko się dało. Kto miał kenkartę – dowód osobisty z Warszawy, to już był podejrzany. Każdy warszawiak był podejrzany. Każdemu można było przyczepić łatkę – a to o to, że był w AK, o to, że był w NSZ. Później, już po wejściu Rosjan powstała nowa organizacja „Wolność i Niepodległość” (WiN), która się nie rozwinęła. W WiN-ie były tylko kadry, tylko ci, którzy usiłowali zorganizować. Nie orientuję się bardzo dokładnie, nie wiem, w jakim stopniu WiN miał pomoc czy poparcie (nawet moralne) ze strony rządu londyńskiego.
To jest najbardziej charakterystyczne, co można powiedzieć o różnicy między okupacją sowiecką a okupacją niemiecką; pod Niemcami Polak do Polaka mógł mieć zaufanie właściwie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Pod rządami komunistów wszyscy bali się wszystkich, bo to byli Polacy, którzy albo ze względów oportunistycznych…. Bo zdawali sobie sprawę, że teraz to już nie jest okupacja czasów wojny, tylko okupacja, która może trwać bardzo długo. I rzeczywiście trwała czterdzieści pięć lat, więc bardzo dużo ludzi urządzało się jako tako – co można zrozumieć dość łatwo, bo ludzie byli zmęczeni wojną, przerażeni wojną, zrujnowani wojną. Można należeć do tajnej organizacji, żyć pod przybranym nazwiskiem czy imieniem, zmieniać adresy trzy, cztery, pięć lat. Ale nie można czterdzieści lat! Staram się być możliwie obiektywny w stosunku do tych, którzy od razu w 1945 roku porozumieli się – bliżej czy dalej – najpierw z rządem tymczasowym, a potem z rządami komunistycznymi. Było też zagadnienie dla dużej części inteligencji, dla literatów, dla dziennikarzy – w Warszawie głównie dla architektów czy urbanistów: jak uczciwi ludzie nie zabiorą się do roboty, to będzie jeszcze gorzej. Cała trudność polegała na wyważeniu tych proporcji – co komu można dać, a przed czym trzeba się bronić. Gdzie zaczyna się współpraca z rządem komunistycznym, a gdzie tylko jest praca dla dobra społecznego? To było wielkie pytanie w zrujnowanej Warszawie, nad którym się wielu, wielu zastanawiało, włącznie z ludźmi z pierwszego rządu komunistycznego: Osóbką-Morawskim i Bierutem.
Przecież w ogóle było pytanie, czy odbudowywać Warszawę. Trzeba sobie zdać sprawę, jak Warszawa wtedy wyglądała. To była jedna wielka ruina. Ja, który bywałem w okolicach placu Zawiszy, ulicy Raszyńskiej, Dworca Zachodniego, pamiętam, że właściwie tak jak tylko mógł wzrok sięgnąć – z Alej Jerozolimskich koło placu Zawiszy widziało się Pragę, bo nic po drodze nie było. Były ruiny, które rzadko kiedy wystawały wyżej niż dwa metry. Zaraz po wojnie było wydawanych bardzo wiele różnych albumów, książek ze zdjęciami zrujnowanej Warszawy. Jeden z takich albumów sam posiadam (w moim domu we Francji, który jeszcze mam), to jest jedno wielkie wysypisko gruzów. Pamiętam zdjęcie Leszna, gdzie stoi tylko ruina kościoła z wieżą i naokoło jest tak, jak by ktoś rzucił rumowisko cegieł. To już naprawdę trudno sobie wyobrazić.
Chyba jednak pierwsza ekipa architektów [zdecydowała], oczywiście w porozumieniu z rządem, bo to nie architekci decydowali, tylko rząd tymczasowy, że jednak będzie odbudowana [stolica] tam, gdzie była. Motywowali to dwoma – logicznymi zresztą – argumentami, mianowicie że to, co jest pod ziemią, jest prawie tyle samo warte [jak to], co nad ziemią. Przecież kanalizacja, wodociągi, wszystkie kable elektryczne – to jest tak wielka infrastruktura, że budowanie Warszawy gdzie indziej będzie o wiele więcej kosztować. Drugi wzgląd – historyczny i całkiem już dodatkowy, że jednak na Żoliborzu, na Bielanach, na Mokotowie, na Służewcu parę tysięcy domów ocalało i tam od razu ulokowała się tymczasowa administracja. Zaczęto jednak odbudowywać Warszawę.
Dzisiaj, po sześćdziesięciu latach, jak jestem w Warszawie, to przecieram oczy. Już trudno uwierzyć, że zaledwie sześćdziesiąt lat temu to było jedno, wielkie cmentarzysko ruin, a dzisiaj jest dwumilionowe, żywe miasto. Jak jadę na przykład Alejami Jerozolimskimi – numer 305, 308, ulica Puławska numer 380… Dawniej Puławska kończyła się na Królikarni. Za Królikarnią były pola. Między Mokotowem a Służewem były pola. Jak jechało się na pole wyścigowe na Służewiec, to nie było nic po drodze, były sady. Dzisiaj to wszystko jest miastem zabudowanym dużymi budynkami. Obecnie, zwłaszcza w ostatnich latach (porównując nawet to, co widziałem na Zachodzie po wojnie) uważam, że Warszawa rozbudowuje się w szalonym tempie, co zresztą osobiście mnie bardzo cieszy. Natomiast mniej mnie cieszy to, że decydują inwestorzy. Dzisiaj nie ma w Warszawie żadnego generalnego planu budowy. Urbanistyka w ogóle nie jest brana pod uwagę. Nie ma żadnych koncepcji, jak zabudować dawne Pole Mokotowskie – bo już je w większości zabudowano; okolice Okęcia – bo nie wiadomo, czy lotnisko tam pozostanie, czy będzie gdzieś przeniesione. Wybiegam teraz w przyszłość, dlatego że na tle tego, co jest dzisiaj, można sobie trochę wyobrazić, jak cały naród zrobił ogromny wysiłek [włożony] w odbudowę kraju. Ale oczywiście żadne miasto nie było tak zniszczone jak Warszawa, więc największy wysiłek poszedł na odbudowę Warszawy. Ktoś bardzo krytyczny oczywiście znajdzie punkty, że może należało inaczej budować. Stawia się pytanie: Dlaczego do dzisiaj nie odbudowuje się pałacu Saskiego przy placu Zwycięstwa? Przy placu Zwycięstwa, który tylko za mojego życia pięć razy zmieniał nazwę, bo był: plac Saski, plac Piłsudskiego, plac Zwycięstwa, plac Defilad i teraz nawet dokładnie nie wiem, czy nazywa się…

  • Placem Piłsudskiego.

Właśnie. Tak samo nie odbudowano jednego z najpiękniejszych pałaców – pałacu Brühla (obok pałacu Saskiego), gdzie przed wojną mieściło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych i który był najlepiej zachowanym pałacem w Warszawie, jeżeli chodzi o wnętrza. Różne w miarę upływu czasu były zmieniane, a Brühl zachował wspaniały wystrój, typowy z okresu saskiego, późnego baroku.

  • Chciałabym wrócić do tematu Powstania. Wiem, że 30 lipca wyjechał pan z Warszawy do Krakowa. Kiedy pan wrócił do Warszawy?

Do Warszawy wróciłem w czerwcu 1948 roku. W czerwcu 1945 roku wyjechałem na Zachód – oczywiście nielegalnie – ponieważ między styczniem 1945 a czerwcem 1945 roku aresztowano prawie wszystkich moich znajomych. Wszystkich – czy to kolegów, czy profesorów z gimnazjum, z liceum. Były tak ogromne aresztowania, że widziałem, że nie mam żadnej szansy ani wstąpić na studia, ani dostać pracy. Miałem sygnały od znajomych, którzy już byli na Zachodzie, że dobrze by było, żebym przyjechał. Między innymi skontaktowano mnie z bardzo czynną politycznie i społecznie rektorką Wolnej Wszechnicy Warszawskiej, panią Heleną Radlińską. To było bardzo znane wtedy nazwisko, z domu była Rajchmanowa. […]
Zacząłem szukać [możliwości], jak wyjechać z Polski na Zachód, od początku maja 1945 roku. Najpierw myślałem, że będę mógł wydostać się z Polski przez Bałtyk, czyli jakąś okazją na statku, które już z Norwegii, ze Szwecji, z Danii przyjeżdżały do Gdyni. Nawiązałem kontakt z marynarzami z jednego statku szwedzkiego – obiecali, że mnie przeszmuglują, wzięli pieniądze, ale na spotkanie nie przyszli. Szukałem wśród miejscowej ludności w Gdańsku ludzi, którzy mieli jeszcze kutry rybackie – niestety, nie udało mi się nikogo takiego znaleźć.
Przy okazji pobytu w Gdańsku, w pierwszych dniach czerwca (między 1 a 6 czerwca, mniej więcej, bo już co do jednego dnia dziś nie wiem) widziałem rzeczy nieprawdopodobne. Gdańsk w czasie działań wojennych był stosunkowo mało zniszczony. W pięć lat po zakończeniu wojny żołnierze radzieccy podpalali Gdańsk. Jeździli jeepami, nawet ciężarowymi samochodami, mieli kanistry z benzyną, oblewali domy i podpalali. Przyjechałem do Gdańska, piękne zabytki, między innymi zbrojownia – była nieruszona. Włącznie z całym wewnętrznym wyposażeniem starego muzeum, starych zbroi, była nieruszona. Bardzo wiele domów na Długim Targu, koło Dworu Artusa – też nie wszystkie były zniszczone. Wszystkie domy naokoło Katedry Najświętszej Maryi Panny były nieruszone. A potem, jak już znalazłem się na Zachodzie, pokazują ruiny Gdańska. Gdańsk został spalony przez Rosjan po zakończeniu wojny. I tylko pisali na murach: „Za Moskwę”, „Za Smoleńsk”, „Za Leningrad”, „Za Stalina”. Bo oni myśleli, że to jest miasto niemieckie. Po prostu uważali, że Gdańsk jest miastem niemieckim i wobec tego je niszczyli – tak jak niszczyli Królewiec, tak jak później niszczyli już w samych Niemczech różne miasta. Między innymi – nie w tak dużym stopniu, ale częściowo Szczecin czy Rostock. To mi pozostało bardzo, bardzo silnie w pamięci. Obrazy – tak jak bym dzisiaj widział na ekranie żołnierzy radzieckich, którzy albo oblewając benzyną, albo podkładając zapalne środki, palili Gdańsk.
Z Gdańska przez morze planowałem [udać się] do Szwecji, gdzie miałem rodzinę, bo ambasadorem polskim w czasie wojny w Sztokholmie był Wiesław Patek, jeden z moich kuzynów. Chciałem dostać się [do Szwecji], ale zorientowałem się, że z naszego nabrzeża nie miałem żadnych kontaktów. Wówczas ktoś z moich kontaktów (dokładnie nie pamiętam [kto]) z czasów wojny, z konspiracji, skierował mnie właśnie do pani Heleny Radlińskiej, że podobno ona ma jakieś możliwości. I rzeczywiście miała je. Jak tylko powiedziałem jej, że chcę się wydostać (ponieważ miałem do niej polecenie jej przyjaciół, do których miała zaufanie) mówi mi: „Mogę cię bez większych trudności przerzucić do Czech, do tej części, gdzie dzisiaj są wojska amerykańskie – wtedy w zachodnich Czechach, na zachód od Pragi, była okupacja amerykańska – koło Pilzna. Podobno w Pilźnie jest delegacja Narodowych Sił Zbrojnych – które ewakuowały się na Zachód przed przyjściem Armii Czerwonej – i oni znowuż mają kontakty z 1 Dywizją Pancerną generała Maczka, która stacjonuje nad granicą holenderską w zachodnich Niemczech”. Powiedziała mi, żebym zgłosił się do niej za dwa, trzy czy pięć dni, bo jednocześnie przygotuje mi jakiś materiał, który powierzy mi, żebym dostarczył do 1 Dywizji.
Jak potem tam dotarłem, to już dowódcą nie był generał Maczek, tyko generał Klemens Rudnicki. Maczek był już w Londynie ministrem obrony narodowej – po generale Sosnkowskim. Rzeczywiście pani Radlińska dała mi adres w Cieszynie, w hotelu „Pod Jeleniem”, zdaje się, że znajduje się na rynku, w samym centrum polskiego Cieszyna. [Dała mi adres] do portiera w hotelu. Był łącznikiem. Zgłosiłem się do niego. Umieścił mnie jako chorego w szpitalu, bo mówi: „Tu, w hotelu, jest bardzo dużo wojskowych, którzy mieszkają, więc to nie jest miejsce odpowiednie. Ja cię umieszczę w szpitalu jako chorego”. Włożyli mi kaftan chorego, rodzaj piżamy. Byłem tam kilka dni. Portier miał mi powiedzieć, którego dnia na przejściu nad Olzą, na moście w Cieszynie po stronie czeskiej, nie po stronie polskiej, jest ich człowiek, który kontroluje, czy się mieszka [w Cieszynie]. Mieszkańcy Cieszyna mogli chodzić na stronę czeską, ale jak ktoś nie był mieszkańcem Cieszyna, to nie. Ja nim nie byłem, miałem dowody z centralnej Polski. [Trwało] to krótko, w szpitalu byłem najwyżej trzy, cztery dni. Przyszedł [portier]: „Jutro rano o dziewiątej musisz znaleźć się na moście. Polski strażnik cię przepuści i czeski strażnik też cię przepuści. Tylko jak podejdziesz, to masz mu podać hasło”. Podałem [hasło]. Nie tylko że mnie przepuścili, ale jeszcze zawołał czeskiego strażnika, który poszedł ze mną na dworzec, żeby mi wykupić bilet kolejowy do Pragi. To było bardzo dobrze zorganizowane. Jeszcze dzisiaj z wielkim wzruszeniem pamiętam te chwile, bo wyjazd z Polski, gdzie już było UB, nie był łatwy, a to właściwie tak się odbyło, jakby było organizowane przez biuro podróży.
W Pradze dostałem namiary na polskiego profesora, który miał katedrę języka polskiego – profesor Śmiałowski. Profesor Śmiałowski był w sferach naukowych na uniwersytecie w Pradze osobą znaną, bo prowadził katedrę języka polskiego, a w ogóle miał tam dobre stosunki. Miałem do niego namiary. Zgłosiłem się do niego. Mówi: „Ja zaraz pana urządzę i dowiem się, jak można zrobić, żeby dostał się pan…” – za Pilznem jest miejscowość, zdaje się, Budziejowice (nie jestem pewien). Tam już dojeżdżali ludzie z Narodowych Sił Zbrojnych, żeby podejmować uciekinierów z Polski. Okazało się, że nie byłem żadnym wyjątkiem. Powiedziano mi, żebym zjawił się o godzinie dwunastej czy drugiej (w porze obiadowej) na rynku głównym w takiej i w takiej gospodzie – jak przyjedzie ktoś w mundurze bez żadnych oznak, to to jest człowiek z NSZ, który przewozi ludzi do 1 Dywizji. Czyli trzeba było przejechać przez całe Niemcy, bo od granicy po stronie czeskiej pod granicę holenderską. Jak zjawiłem się tam, to już było przede wszystkim wiele kobiet, Polek, które czekały i które też miały do niego namiary. Zebrała się nas spora garstka. Powiedział: „W kilka godzin przyjedzie ciężarówka, wsiądziecie i was zabiorą”. Tak rzeczywiście było. Większość pań to były albo [panie z AK], albo żony różnych polityków, którzy uciekali z Polski (polityków, wojskowych). Między innymi była pani Jasiukowicz. (Jasiukowicz był delegatem rządu, jednym z tych, którzy mieli sprawę w Moskwie. Byli sądzeni razem z generałem Okulickim, z Pużakiem, z twórcami i dowództwem WiN-u, których Rosjanie zaaresztowali w Milanówku. Potem mieli proces w Moskwie).
Myśmy byli tak traktowani jak paczki – oddawani z rąk do rąk. To było naprawdę perfekcyjnie zorganizowane. Droga trwała dość długo – do Meppen chyba trzy dni. Po pierwsze to dość daleko, poza tym musieliśmy ze strefy amerykańskiej dojechać do strefy brytyjskiej. Po drodze były etapy, noclegi były zorganizowane. Dość, że z końcem czerwca, dosłownie w ostatnich dniach czerwca (wiem, że to już było po św. Janie, po moich imieninach, a przed 1 lipca) znaleźliśmy się w Meppen, gdzie był sztab 1 Dywizji Pancernej. Miałem dokumenty, które [były] dobrze zakonspirowane, bo pod jakąś podszewką w bucie. To było kilka stron – nie do odczytania, bo to były mikrofilmy – które przekazałem. Miałem powołać się na panią Radlińską, jak znajdę się już w 1 Dywizji. Najpierw przesłuchiwał mnie wojskowy z oddziału II [Sztabu Generalnego WP]. Powiedziałem mu, że mam dokumenty, które mam oddać… Jeszcze sam nie wiedziałem, bo jeszcze wtedy, kiedy mi pani Radlińska dawała [dokumenty], to wiedziała, że dowódcą jest generał Maczek. W międzyczasie zmieniło się. Oficer mi mówi: „Nie, generał Maczek już jest w Londynie, ale ja pana przedstawię jutro generałowi Rudnickiemu”. Tak ostatecznie znalazłem się w tak zwanym wolnym świecie. Ale wobec tego, że byłem kurierem i dostarczyłem dokumenty, potraktowano mnie dość poważnie. Wzięto mnie za rodzaj – jak wtedy mówiono – emisariusza z kraju. Przedstawiano mnie generałowi, potem generał innym: pułkownikowi Ziemskiemu, który był w AK, który był już uwolniony z niewoli i w 1 Dywizji Pancernej miał wysokie stanowisko; był [też] pułkownik Sosnowski. Tak mnie poważnie potraktowano, że miałem prawo wstępu do oficerskiego kasyna samego dowództwa 1 Dywizji. Włożono na mnie mundur z oznakami kaprala, bo taką rangę miałem jeszcze w czasie okupacji. Dość szybko uznali, że muszę mieć wyższą rangę, i dali mi porucznika funkcyjnego, więc miałem jedną gwiazdkę na ramieniu i już byłem niby oficerem.
Nie spodziewałem się, wyjeżdżając z Polski (wyjeżdżając nielegalnie czy uciekając), że tak stosunkowo dobrze to wszystko wyjdzie. Jak moi przełożeni już na miejscu zorientowali się, że znam angielski, znam niemiecki, że robiłem to, co robiłem w czasie wojny tutaj, to zaproponowano mi od razu dalszy ciąg współpracy z polskim wywiadem. Oczywiście to zaowocowało bardzo, bardzo długą współpracą – właściwie w pewnym sensie do 1989 roku. To ukierunkowało mój cały dalszy życiorys.
  • Kiedy wrócił pan do Polski?

Teraz przejdziemy do ważnego rozdziału. Jak już zostałem porucznikiem w II Oddziale, to najpierw pracowałem w Meppen, później byłem na bazie lotniczej w sąsiednim miasteczku Quakenbrück, gdzie stacjonowali polscy lotnicy, którzy oczywiście wcale nie podlegali 1 Dywizji, tylko podlegali siłom brytyjskim. To była zwarta grupa – nie wiem, czy to było aż skrzydło, czy mniejsza jednostka, ale polscy lotnicy. Tam właśnie między innymi Oddział II miał swojego rezydenta.
Najpierw oddelegowano mnie do dowództwa 8 Armii Brytyjskiej jako oficera łącznikowego z siedzibą w Getyndze. To była brytyjska strefa, bo 1 Dywizja Pancerna generała Maczka też była w strefie brytyjskiej. To wszystko jako część Niemiec była brytyjską strefą okupacyjną, a to wszystko była Dolna Saksonia (Niedersachsen). Dowództwo 8 Armii Brytyjskiej było w Hanowerze. Bardzo dużo miejscowości naokoło – Bad Nenndorf, Bad Oeynhausen, Celle i między innymi Getynga – były [tam] inne, różnego rodzaju instytucje wojsk brytyjskich. Znowuż tam, gdzie mnie przydzielono (to było w Getyndze) od razu z tego skorzystałem. Ponieważ już funkcjonowały dwa wydziały uniwersytetu w Getyndze, a wiedziałem, że Getynga ma bardzo dobrą opinię jako uniwersytet – właściwie po Heilderbergu najbardziej znany w Niemczech, poszedłem. Powiedzieli mi: „Tak, funkcjonuje”. Znalazłem dwóch świadków – moich kolegów – że miałem zrobioną maturę w czasie wojny, na kompletach w Warszawie. Zapisałem się na uniwersytet po prostu dodatkowo, bo praca jako oficer łącznikowy właściwie nie wymagała wiele czasu. Od czasu do czasu dostawałem pocztę z dowództwa dywizji, żeby ją przekazać Anglikom i to wszystko, a tak to było życie raczej towarzyskie. Porucznik John Walker – Anglik (potem został moim bliskim przyjacielem) był odpowiedzialny za poszukiwanie na terenie strefy brytyjskiej zwłok lotników angielskich, którzy byli strąceni nad Niemcami i którzy byli mordowani przez cywilną ludność niemiecką i chowani anonimowo. Szukał grobów, żeby repatriować je do Anglii. Któregoś dnia mówi mi: „Przecież Polacy też latali nad Niemcami i też ginęli”. Wiedziałem to doskonale, ponieważ mój brat cioteczny Jerzy Kisielewicz też zginął w nalocie na Niemcy. Mówi: „No, to przyłącz się do naszej ekipy, bo może natrafimy na samoloty polskie”. Tak wszedłem do tak zwanego search team – oddziału poszukiwań strąconych lotników. Sam na swoim koncie miałem tylko jeden jedyny wypadek, kiedy jakiś Niemiec sam przyszedł do nas, jak dowiedział się, że jest oddział angielski, który dowiaduje się… Bo Anglicy wiedzieli gdzie dany samolot mniej więcej spadł. Przecież mieli łączność lotniczą z samolotem i orientowali się, kiedy była z nim ostatnia łączność, i w tych okolicach szukali. Jakiś Niemiec (który zresztą był pastorem niemieckim, więc może ze względów religijnych miał wyrzuty sumienia czy potrzeby sumienia) przyszedł do Anglików i mówi: „Tu był strącony Liberator i [lotnicy] zostali zabici przez chłopów. Prawdopodobnie tam są pochowani”. I właśnie okazało się, że to był polski samolot z polską załogą.
Pracowałem tam do 1948 roku. W marcu 1948 roku przerzucono mnie z powrotem do dywizji, do Linden (też pod granicą holenderską), gdzie był reprezentant polskiego wywiadu Jerzy Gawenda. Wiele lat potem (był bardzo czynny politycznie) został w Londynie ministrem spraw zagranicznych rządu londyńskiego. Potem, jak już przestał być ministrem spraw zagranicznych, był rektorem PUNO (Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie). [Uniwersytet] powstał w Londynie, miał swoją siedzibę w lokalu POSK (Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego), który wybudowała Polonia. Profesor Gawenda, który był specjalistą prawa międzynarodowego, wtedy był w miejscowości Linden. Do niego mnie skierowano, że ma dla mnie zadanie. Jak stawiłem się u niego, to zrobił mi cały wykład o tym, co oni wiedzą, jaka jest sytuacja w kraju. Zaznaczam, że to była wiosna 1948 roku, koniec marca, prawdopodobnie początek kwietnia, bo wiem, że na Wielkanoc już tam byłem – obchodziłem Wielkanoc u znajomej rodziny Polaków, państwa Olszewskich. Doktor Gawenda mówi do mnie: „Słuchaj, mam takie zadanie: otrzymałem z Londynu. W Polsce w więzieniu we Wronkach siedzi Kazimierz Pużak”. ([Pużak] to był pierwszy sekretarz PPS, który najpierw był skazany w procesie moskiewskim, a jak go zwolnili już z Moskwy, to go aresztowano w Polsce. Miał tutaj drugi proces i dostał wyrok piętnastu lat. Siedział we Wronkach). Gawenda mi mówi: „Musisz jechać do Polski, zorientować się czy są jakieś możliwości odbicia, uwolnienia Pużaka z więzienia we Wronkach”. Nie orientowałem się specjalnie dobrze jak tutaj, w jakim stopniu są zorganizowane (czy niezorganizowane) jeszcze nieliczne komórki WiN-u, ale rozkaz był rozkaz. Miałem zgłosić się jako repatriant, że chcę wrócić do Polski, bo rodzina wciąż mnie nawołuje, pisze listy, których zresztą nie dostawałem bezpośrednio, tylko przez kontakt w Szwajcarii, przez panią Jadwigę Wasilewską. To była Polka, która już przed wojną mieszkała w Genewie i na jej adres z Polski – jeszcze w czasie wojny – wysyłane były do Szwajcarii listy od rodzin do rodzin. Ze Szwajcarii przesyłała je najpierw do Francji, a po kapitulacji Francji do Londynu. Potem ją poznałem osobiście i byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni (już dwadzieścia parę lat nie żyje). Pamiętam jeszcze jej adres: Avenue Mirbonne 16 w Genewie. Przed wojną, w czasie wojny i po wojnie pracowała w międzynarodowej [organizacji] od [spraw] komunikacji – jest organizacja, która powstała już przed wojną, gdzie porozumiewają się między sobą ministerstwa kolei – Międzynarodowa Organizacja Transportu (MOT). Była przed wojną delegatką Polski, została w czasie wojny jako delegatka rządu londyńskiego. Po wojnie już nie jako Polka, tylko jako urzędniczka tej organizacji, niezwiązana zupełnie politycznie, nadal tam pracowała.
Jak już zostało zadecydowane, że mam jechać, zgłosiłem się, że będę jako zwyczajny repatriant. W transporcie repatriantów przyjechałem w czerwcu 1948 roku do Słubic. W Słubicach był niewielki obóz dla repatriantów, gdzie przechodziliśmy pierwszą weryfikację. Oczywiście nic nie mówiąc – ani dlaczego przyjeżdżam, ani co robiłem w Niemczech – po prostu podałem… Wyrobiono mi życiorys. W Czerwonym Krzyżu powiedziano, że gdyby pytano się, czy tutaj pracowałem, że mają potwierdzić, że byłem pracownikiem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jako pracownik Polskiego Czerwonego Krzyża znalazłem się w obozie repatriantów w Słubicach, gdzie byłem chyba dziesięć dni, po czym nas wypuszczono. Dano każdemu bilet tam, dokąd chciał jechać. Przyjechałem [do Łodzi], bo siostra już tu mieszkała. Z końcem czerwca 1948 roku znalazłem się tutaj. Zacząłem szukać kontaktów z dawnymi moimi znajomymi. To było bardzo utrudnione, bo od 1945 roku właściwie prawie cała ludność Polski była przemieszana. Lwowianie byli na Śląsku, wilnianie na północy, a nawet ci, którzy mieszkali przed wojną [w tym samym mieście], to mało kto był nadal w swoim domu. Mieszkanie [w Łodzi] to wyjątkowo [przetrwało], ponieważ domek już przed wojną należał do męża siostry. Tak że jak wojna się skończyła, wrócił na swoje, a w międzyczasie pobrał się z siostrą i w ten sposób ona tutaj się znalazła i ja u niej się znalazłem.
Zacząłem szukać dawnych kontaktów, co przychodziło z wielkim trudem. Jeden z pierwszych kolegów, którego odnalazłem, od razu mnie uprzedził. Mówi: „Słuchaj, ja nie mam z nikim żadnych kontaktów, bo UB jest wszędzie. UB jest wszędzie. Nie można mieć do nikogo zaufania”. Muszę wtrącić powiedzenie z jednej z książek Józefa Mackiewicza (chyba „Droga donikąd”), gdzie Mackiewicz analizując sytuację pod okupacją niemiecką a sowiecką, napisał: „Okupacja niemiecka robi z Polaków bohaterów. Okupacja sowiecka robi z Polaków gówno”. I to, niestety, jest prawda. Niestety, to g… do dzisiaj jeszcze czujemy.
Szybko zorientowałem się, że szansa ewentualnego zorganizowania grupy sześciu, ośmiu do dziesięciu ludzi, z którymi mógłbym zacząć planować, znajdować jakieś wyjście, dowiedzieć się, jakie są warunki w więzieniu we Wronkach, jest minimalna. Szyfrem i sposobem, jaki miałem, zawiadomiłem doktora Gawendę, że szansa jest minimalna, czy mam zostać, czy mam wracać. Ale zanim dostałem od niego odpowiedź, 9 listopada 1948 roku byłem w kościele Zbawiciela w Warszawie na mszy o piątej po południu. Wychodząc z kościoła, dochodzi do mnie trzech panów, wyciągają rewolwery, podjeżdża citroen, samochód, który wtedy miało całe UB. Wsadzają mnie, popychają siłą do samochodu – widziałem tylko, że przechodnie na chodniku zaczynają uciekać. Jak zobaczyli ludzi z rewolwerami, to nie wiedzieli, bo to byli cywile. Wsadzili mnie i zawieźli do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na rogu Koszykowej i Alej Ujazdowskich. Tak się zaczęła nowa epoka prawie sześciu lat, kiedy miałem już mieszkanie, opierunek i wyżywienie na koszt UB. Wrzucono mnie do pojedynczej celi, którą bardzo trudno nazwać celą, bo to był rodzaj psiej budy, gdzie nie można było się wyprostować (mniej więcej metr dwadzieścia wysokości). Bez okna, bez oświetlenia, żelazne drzwi. W drzwiach tylko kratka, przez którą potem podawano posiłki (jeżeli to nazwać posiłkami, bo nic nie posilały).
Rozpoczęło się śledztwo. Od razu oskarżenie. Na szczęście bardzo szybko zorientowałem się w dwóch rzeczach: że nie wiedzą, po co przyjechałem do Polski, nie wiedzą, jakie jest moje zadanie; nie wiedzą w ogóle, że przyjechałem z rozkazu Oddziału II; że w ogóle bardzo mało wiedzą o tym, co robiłem między 1945 a 1948 rokiem. Natomiast, że wiedzą jedną rzecz (co dla mnie było bardzo, bardzo cenne): że byłem oficerem łącznikowym w Getyndze. Zorientowałem się, że prawdopodobnie musieli mieć tę wiadomość od jakiegoś Anglika, nie Polaka. I tak było. Potem w śledztwie i jak wróciłem na Zachód, dowiedziałem się, kto był agentem sowieckim w 8 Armii Brytyjskiej w Hanowerze (tam było ich prawdopodobnie dużo więcej, ale taki, który mnie znał). Oskarżenie – szpiegostwo na rzecz Anglii, Francji, Stanów Zjednoczonych. Dlaczego Stanów Zjednoczonych to nie wiem, bo zawsze miałem bardzo złe pojęcie o wywiadzie amerykańskim i do dzisiaj go nie zmieniłem – to są tylko biznesmeni, którzy kradną pieniądze, nic nie robią. […]
  • Wracając do przesłuchań, do śledztwa na Koszykowej.

Znalazłem się w celach, to znaczy ja sam w jednej, ale na dwóch piętrach pod ziemią, na dwóch poziomach [były] cele. Dolna część to były tak zwane (przez więźniów) literatki, ponieważ były znaczone literami A, B, C, D – do Z, a nie cyframi (na górze były cele znaczone [liczbami] – 10, 15, 20). To był rodzaj karcerów, trudno to nazwać celą. Nie było żadnej pryczy, spało się na podłodze, na której był położony siennik, który nie był niczym wypchany, tylko sam materiał. Nie było nakrycia, natomiast na dwóch ścianach było centralne ogrzewanie. Albo włączali centralne ogrzewanie i człowiek oblewał się potem (było chyba pięćdziesiąt stopni), albo zamykali i dygotał z zimna. Jestem specjalnie wrażliwy na zimno, więc lepiej znosiłem, jak było za ciepło – to mi nie przeszkadzało. Natomiast zimno mnie kompletnie demoralizowało. Rzeczywiście to było bardzo trudne.
Okropna była strawa. Na śniadanie był kawałek chleba, który trudno nazwać chlebem, bo można było z niego wodę wyciskać – czarna maź. [Do tego] rodzaj naparu na żołędziach czy na kasztanach – tyle że było brązowe, ale żadnego smaku to nie miało. Bardzo często tak podawali przez otwór w drzwiach, że od razu ci, którzy podawali, część rozlewali. Oczywiście robili to celowo.
Przez cały czas jaki byłem w celi, od 9 listopada 1948 roku do początku marca 1949 – nie wiem dokładnie który marca, bo przecież nie miałem kalendarza, nie wiedziałem, jaki jest dzień… Dopiero jak wiosną przeniesiono mnie do aresztu UB na Pradze, na ulicę Cyryla i Metodego, to wtedy na pierwszym przesłuchaniu zobaczyłem, że jest 5 marca. Więc od 9 listopada do początku marca siedziałem w [więzieniu] w ministerstwie. Od razu szczerze powiem – nigdy mnie nie bito. Nawet mi nie grożono biciem. Przesłuchania były tylko w nocy. Sam bym się nie orientował w celi i tak była cały czas noc, ale jak mnie prowadzili na czwarte czy piąte piętro na przesłuchania, to widziałem, że jest ciemno, że jest noc (zresztą świeciły się zawsze światła). Trudno to dziś mówić, zwłaszcza w Polsce, gdzie panuje jedna, wielka, święta political correctness, gdzie są rzeczy, o których nie wolno mówić, bo nie wypada. Po prostu jest taka konwencja, że nasi dziennikarze – w telewizji, w prasie nie wolno pewnych tematów poruszyć, nie wolno nazwać rzeczy po imieniu. Można delikatnie tylko mówić, a najlepiej nie mówić. Ale jak się mogłem zorientować wszyscy, którzy mnie przesłuchiwali, byli Żydami. To jest rzecz, której oczywiście wiem, że dziś w Polsce nie wolno mówić, ale tak było. Tak było. Mało tego – byli tacy, którzy wprost się tym chwalili. Przede wszystkim czasem między sobą porozumiewali się albo po rosyjsku, albo w jidysz. Potem dowiedziałem się od innych więźniów (już na Cyryla i Metodego) – bo przecież śledczy nie przedstawiał się, zadawał pytania i to wszystko – że taki grubas, rudy, w okularach to jest major Piątkowski. Miał już wyrobioną opinię jako jeden z najgorszych. Między innymi on, przesłuchując mnie w nocy z 11 na 12 grudnia w 1948 roku, mówi: „No tak. Tacy ludzie jak wasz ojciec to przed wojną rządzili w Polsce. A teraz to my. Teraz to my rządzimy”.
Przesłuchiwano mnie nie tak często, mniej więcej raz na tydzień. I w kółko to samo. Dawano mi pióro, papier i: „Pisz! Pisz. Pisz, co robiłeś” – w takim miesiącu, w tym i w tym roku. I tak po dziesięć razy to samo. Chodziło im o skonfrontowanie, czy się mylę, czy się nie mylę. W każdym razie to było dość uciążliwe. Dzięki Bogu – taka jest przynajmniej opinia moich znajomych i rodziny – miałem fenomenalną pamięć. Do tego stopnia miałem fenomenalną pamięć, że pewien lekarz neurolog twierdził, że to jest rodzaj choroby umysłowej, że nie potrafię czegoś zapomnieć. […]
Przesłuchiwanie na UB nie dawało żadnego rezultatu, bo na szczęście zorientowałem się, że bardzo mało o mnie wiedzą. Nawet dużo mniej niż mogli wiedzieć, bo prawdopodobnie gdyby przesłuchali siostrę, gdyby przesłuchali mojego kochanego ojca, ewentualnie znajomych, to dużo więcej by wiedzieli. Na szczęście, mam takie wrażenie, w pewnym sensie mnie zlekceważyli, więc z początkiem marca znalazłem się na nowym lokum, na Cyryla i Metodego. Wówczas mówiono w Warszawie: „Cyryl to Cyryl, ale te metody!”. To był wtedy główny Urząd Bezpieczeństwa na miasto Warszawę. Potem był przeniesiony do pałacu Mostowskich. Całe śledztwo rozpoczęło się od nowa, z tym że poziom umysłowy ubowców już był dużo, dużo niższy od tego, jaki był w ministerstwie. Po prostu to byli, można prawie powiedzieć, chłopcy ze wsi. Bardzo chyba zaangażowani ideowo, przekonani, że każdy zaaresztowany to jest zbrodniarz, który chce zniszczyć Polskę Ludową, ale umysłowo nie dorośli do swoich ideowych przekonań. Ponieważ rzeczywiście nie mieli żadnych punktów zaczepienia w stosunku do mnie, więc to była gra na czas. Trzymali mnie, raz na miesiąc wzywali na przesłuchanie i na nowo to samo. Czasami były dłuższe okresy, ale dla mnie już bardzo zmieniła się sytuacja, bo byłem w celi ogólnej. Ta, do której najpierw mnie wsadzono, to była cela numer 22, mniej więcej wielkości pokoju, niemniej nas było zawsze dwudziestu paru. Tak że jak spało się w nocy, to jak ktoś wstał za swoją potrzebą, to potem trudno mu było znaleźć miejsce, bo już inni troszkę rozluźnili się i trzeba było dopchnąć się, żeby się położyć. Warunki sanitarne były okropne. Była jedna miska z zimną wodą i kubeł. Raz na dwa tygodnie prowadzono nas na prysznic, ale prysznic od wejścia do pomieszczenia do wyjścia trwał trzy minuty. Jeden z naszych kolegów, bardzo dowcipny, doktór Juszko, wymyślił sobie, mówi: „Ach, ja znalazłem sposób. W jednym tygodniu się namydlam a w drugim się spłukuję”.
Moi współwięźniowie to byli wszystko [więźniowie] polityczni. Rodzynkiem był raz na jakiś czas prawdziwy przestępca. W ogóle w ciągu tych pięciu lat prawdziwych kryminalistów jako współwięźniów może miałem pięciu, sześciu – ośmiu najwyżej. Tu znowuż zrobię przykrą uwagę: kryminaliści w celi byli dużo lepszymi współlokatorami, kolegami niż polityczni. Kryminaliści dostawali paczki i dzielili się. Rzadko kiedy polityczny się czymś podzielił. Między innymi mieliśmy również duchownych (nie będę wyszczególniał nazwisk, choć je pamiętam), ale właśnie takich, że jak dostali paczkę, to siedzieli na niej, żeby tylko nikomu nic nie dać ani się z nikim nie podzielić. Doświadczenie więzienne to jest wielkie doświadczenie, bo w tych warunkach poznaje się zupełnie inną stronę ludzi. Dzisiaj to już brzmi kompletnie jako fantazja, ale niemniej mogę wymienić nazwiska, bo siedzieli ze mną mali chłopcy! Był Stasio Pająk – siedem lat, chłopiec z Pragi. Za co siedział? Za przygotowywanie zamachu na Bieruta. Przecież to jest kompletny Hitchcock! To dzisiaj się nie mieści w głowie! A niestety to była rzeczywistość. Była grupa chłopaków (we wszystkich celach żeśmy porozumiewali się Morse’m, stukając w centralne ogrzewanie), która była zaaresztowana wieczorem 20 października 1949 roku – melomani, którzy byli na koncercie w ramach festiwalu chopinowskiego. To było stulecie śmierci Chopina i w Instytucie Chopina były koncerty. Pierwszą nagrodę dostała Rosjanka, która podobno grała dużo, dużo gorzej niż Polka. Zaczęli protestować i już przy wyjściu ich aresztowano i od razu na Cyryla i Metodego.
Był chłopiec, syn robotników – wypisz wymaluj prawdziwy proletariat, prawdziwy syn robotniczy. Bidak okropny, bo zimą zaaresztowany, a przyszedł – to nazywało się wtedy trampki – w gumowych pantoflach z podartym obcasem (właściwie już obcasa nie miał). Przyczyną jego aresztowania był obcas. Mianowicie parę miesięcy przedtem została otwarta Trasa W-Z i zainstalowane pierwsze w Warszawie ruchome schody. Jechał schodami, podarty obcas wszedł mu gdzieś i ruchome schody stanęły. Więc – sabotaż! Sabotaż! To był kompletny analfabeta. Nie mogę powiedzieć, że chory umysłowo czy niedorozwinięty, ale szalenie niski poziom. Do tego stopnia, że jak przychodził pobity – a jego bardzo bili, był posiniaczony, fioletowy od pobicia (raz nawet znieśli go po przesłuchaniu w kocach, bo nie trzymał się na nogach), to mówił: „Wciąż mnie pytają, wciąż mnie pytają, ile ja dostałem dularów od tego ambusadora! A ja nie znam takiego ambusadora, u nas taki na kolonii nie mieszka!”. Taki poziom i w ogóle cała sprawa. Biedak nacierpiał się okropnie. Oskarżali go, że ambasador amerykański dał mu dolary, żeby on zatrzymał schody ruchome. Te schody ruchome to była chwała Polski Ludowej! Dziś można raczej to napisać jako tragikomedię, a nie tragedię. Tragikomedię, bo to już brzmi, wszystko razem, nieprawdopodobnie.
Siedzieli z nami cudzoziemcy. Siedział Kanadyjczyk, który w hotelu do kelnera zwrócił się, gdzie może sprzedać dolary. Chciał dowiedzieć się, gdzie jest kantor, gdzie może sprzedać dolary. Kelner był ubekiem i od razu, jak [Kanadyjczyk] wychodził z hotelu, zaaresztowali go za handel walutą. Ale to nie chodziło o to. To wszystko było jednak jakoś zorganizowane w tym okropnym bałaganie i bezsensie. Siedział chyba ze mną. Co się z nim potem stało – nie wiem. [Nie wiem], czy go potem wypuścili, w każdym razie u nas siedział parę miesięcy. Nawet jeżeli chciałby handlować walutą, to ile śledztwo może trwać? Tydzień? Nie parę miesięcy. Trzymali go.
Potem miałem kilka innych wypadków, gdzie zorientowałem się, że po prostu paszporty poaresztowanych ludzi były wykorzystywane dla agentów wywiadu, żeby jeździli za granicę. Zmieniano im fotografie i na paszport kanadyjski czy amerykański, czy francuski za granicą, na Zachodzie, jakiś agent służb wojskowych… Dlaczego wpadliśmy na pomysł, że to musi być wykorzystywane: dlatego że oni wszyscy byli aresztowani przez wywiad wojskowy, który mieścił się wtedy na ulicy Oczki. Potem dopiero byli przekazywani na przesiedzenie na ten czas do UB – jak w depozycie. Tam siedzieli, a wywiad korzystał z ich paszportów. Tak że to wszystko było zupełnie surrealistyczne.
Mnie nigdy nie torturowano, ale zorientowałem się – każdy inny to wiedział – że trudno o większą torturę jak głód. Ktoś, kto nie był naprawdę w życiu głodny, nie wie, co to jest głód. Tylko ktoś, kto naprawdę sam to przeszedł, może sobie wyobrazić. To tak w końcu zmienia mentalność człowieka, do tego stopnia, że ja na przykład marzyłem o tym i myślałem (i myślałem, że to będzie możliwe, uważałem to za rzeczywistość), że jak wyjdę na wolność i przyjadę do domu, to poproszę, żeby mi nagotowano wannę kakao, bo wypiję wannę kakao. Psychika człowieka bardzo zmienia się pod wpływem głodu, bardzo. Głód był permanentny, dlatego że całymi miesiącami, długimi miesiącami na obiad była zupa na zgniłej kapuście albo na zgniłej brukwi. W rezultacie człowiek był głodny i nie mógł tego jeść, dostawał wymiotów. Jak tylko kocioł wjechał i para [zaleciała], to już człowiekowi robiło się niedobrze. Paczki – nigdy nie było wiadomo, komu dopuszczali. Przede wszystkim bardzo dużo ludzi nie mogło dostać paczek, bo rodzina nie wiedziała, gdzie oni są. Na przykład moja siostra [dowiedziała się] dopiero po dwóch i pół roku mojego siedzenia. Jeden z więźniów – Jacek Gontarczyk, młody wtedy chłopak, szesnaście lat – jak go zwolnili, to przyjechał do [mojej] siostry i zawiadomił ją, że jestem na Cyryla i Metodego. Przyjechała z paczką: „Nie, takiego tu nie ma”. Raz jej odmówili, drugi raz. W końcu [Jacek] powiedział: „To ja pojadę”. Przyjechał z paczką, mówią: „Nie ma”. – „Jak to? Przecież ja z nim siedziałem!”.

  • Jak długo pan był na Cyryla i Metodego?

5 marca umiera Stalin. 6 marca, następnego dnia, dostajemy normalne śniadanie! 6 marca dostajemy chleb ze smalcem i możliwą kawę. Jest porządny obiad – grochówka, mięso. To jest nie do wiary. W Moskwie 5 marca umiera Stalin, a 6 marca w więzieniu w Polsce, w Czechach, na Węgrzech zmieniają się warunki więźniów. A uczyli komuniści, że człowiek nie ma wpływu na historię tylko stosunki ekonomiczne, że człowiek się nie liczy. Nie ma wielkich ludzi, decyduje przemysł. A tu mamy taki przykład. Zmieniło się wszystko. Zmniejszyła się ilość aresztowanych, zmieniły się warunki. Właściwie zorientowaliśmy się, że wszystkie dochodzenia są zawieszone, bo nikogo nie wzywano na przesłuchania. Siedziało się, bo się siedziało, bo nie było decyzji, czy zwolnić.
We wrześniu jestem wezwany na przesłuchanie. W pokoju jest tylko jeden cywil, kiedy normalnie był ten, który przesłuchiwał, i był jeden strażnik więzienny czy ubowiec. A tutaj siedzi pan, przedstawia mi się: „Jestem prokurator Kosznirko i mam za zadanie wyjaśnić pana sprawę, bo to chyba zaszła jakaś pomyłka”. Z rozmowy z nim orientuję się, że mam szansę na to, żebym był zwolniony. Szansa dla mnie (zresztą dla każdego) była specjalnie ważna, bo już byłem w takim stanie zdrowia, że byłem prawie niewidomy. Mając metr osiemdziesiąt, ważyłem czterdzieści kilo. Ale zważono mnie dopiero jak mnie zwolnili, bo przecież w więzieniu nie mogłem się ważyć. Dopiero jak przyjechałem [do domu], siostra zaprowadziła mnie do apteki, żeby mnie zważyć. Czterdzieści kilo!
Zostałem zwolniony 3 października 1953 roku. 3 października to jest [większe] nasze święto niż imieniny czy urodziny, tę datę wciąż się pamięta. Pięć i pół [roku] na wikcie UB było bardzo dużym doświadczeniem tego, czym była Polska „ludowa”. Ilość ludzi, którzy siedzieli i pod jakimi pozorami byli aresztowani i jak byli traktowani, to rzeczywiście jest dla historyków ciekawy temat. Ciekawy temat, bo w głowie się nie mieści, jakie zarzuty stawiano ludziom. Zresztą wówczas opowiadano w Warszawie kawał: Jakie jest najbardziej zatłoczone miasto na świecie? Ano Warszawa. Warszawa? Dlaczego? Bo idzie człowiek ulicą, a za nim dwadzieścia pięć lat więzienia.
Można by to rozbić na różne podrozdziały, rozdziały i jeszcze rozdziały, bo wielu z moich kolegów, więźniów takich jak: doktór Stanisław Jagielski, jak ksiądz jezuita Tomasz Rostworowski z Łodzi, jak ksiądz Konowrocki z kościoła św. Floriana na Pradze, jak inżynier Krostowski – dyrektor fabryki Norblina w Warszawie… Poznałem bardzo, bardzo wielu ciekawych ludzi. To był cały uniwersytet. Byli ludzie różnie wykształceni – od analfabetów do profesorów z trzema tytułami uniwersyteckimi. Urządzało się kursy, starsi opowiadali swoje wspomnienia (niektórzy jeszcze z pierwszej wojny światowej, bo to było jednak sześćdziesiąt lat temu, więc jeszcze tacy też żyli).
Myślę, że dla historii obyczajów w Polsce, bardzo dobrze, że Muzeum Powstania Warszawskiego te rzeczy dzisiaj notuje. Na pewno są tysiące ludzi, którzy by wam opowiedzieli ciekawsze rzeczy i więcej, bo byli ludzie, którzy mieli dużo, dużo bogatszą przeszłość niż ja. Przecież byli przedwojenni ministrowie, przedwojenni generałowie, którzy siedzieli. W ogóle jeszcze pokolenie moich rodziców, więc już dzisiaj prawie prehistoria.



Łódź, 7 luty 2009 roku
Rozmowę prowadziła Ewa Żółtańska
Jan Marek Pawłowski Pseudonim: „Marek”, „Zieliński”, „Warta” Stopień: kapral podchorąży, kurier Formacja: Batalion „Zośka”

Zobacz także

Nasz newsletter