[brak zgody na publikację wizerunku i nagrania wideo]
Nazywam się Jolanta Janowska, jestem warszawianką. Moi rodzice z dziada pradziada z [pochodzili z] Warszawy. Mieszkaliśmy w Śródmieściu [przy ulicy] Świętokrzyskiej, gdzie. […] Podczas Powstania Warszawskiego […] było zdobywanie dom po domu. Niedaleko był kościół Świętego Krzyża […]. [Pamiętam jak się palił. A później zniszczyli krzyż leżący na ulicy. Bardzo smutny widok].
Mój ojciec był dziennikarzem. Mam pismo […] z 1935 roku. Tam nawet jest na pierwszej stronie prezydent profesor Ignacy Mościcki. Mój ojciec był na różnych stanowiskach samorządowych. Był to dziennik Związku Pracowników Samorządu Terytorialnego. Był tam redaktorem. Mam to pismo, chętnie pokażę fotografię taty […]. [Na innym zdjęciu jesteśmy na przyjęciu w Klubie Żeglarzy].
Do gimnazjum Gepnerówny. Podczas okupacji […] do tajnej szkoły Anny Jakubowskiej. Mam zaświadczenie i fotografie z tej szkoły. To była matura tajna i tajne wykłady, pod inną nazwą. [Przed Powstaniem w mieszkaniu Bolka Kozłowskiego (akowca) na ulicy Szpitalnej odbywały się tajne szkolenia dotyczące żeglarstwa i nawigacji, na których byłam kilka razy. Bolek został aresztowany i przewieziony na Pawiak. 15 czerwca małą grupką poszliśmy pod Pawiak i rozmawialiśmy z nim. On w oknie, my na ulicy. To był ostatni raz, kiedy się widzieliśmy.
Nie.
Chodziłam do szkoły. Pisałam wypracowanie akurat, kiedy tatuś i mamusia powiedzieli, że już wybuchła wojna (w 1939 roku). No i to był szok straszny, dlatego że lubiłam chodzić do szkoły, lubiłam koleżanki i tym się właściwie żyło, tym dzieciństwem, młodością. [Również pamiętam naloty niemieckie. Bombardowania, palące się domy, zgliszcza, trupy. Ludność Warszawy bez domów, głodująca, przerażona].
Tak, pamiętam. Musieliśmy z Warszawy […] wyjść. Wyrzucili nas po prostu z mieszkania. Zajęli mieszkanie. Jakimś cudem tata załatwił […] furmankę […] [i wyjechaliśmy z] Warszawy. A później cały czas już [wędrowaliśmy] piechotą. […] W końcu wróciliśmy do Sulejówka, w Sulejówku mieszkał tatusia brat Stanisław.
Tak.
Tego już nie pamiętam, bo [szliśmy] dzień i noc. My do przodu, wojsko vis-à-vis szło i tak się mijaliśmy.
Tak, [po powrocie zamieszkaliśmy] na Górskiego pod [numerem] 1, vis-à-vis szkoły Górskiego.
[…] [Ja pracowałam w sklepie „Plutona” na ulicy Puławskiej i Krakowskie Przedmieście].
Nie, absolutnie nie. Wtenczas […] [pracował] w przedsiębiorstwie [przewozowym], […] musieli dawać [kontyngent] Niemcom. Ale przewóz po prostu był [pod przymusem. Zarazem platforma konna służyła w celach konspiracyjnych].
Owszem, tak. [Łapanki. Samochody naładowane ludźmi. Plakaty zawieszone na murach, rozstrzelani ludzie. Czekające niebezpieczeństwo na ulicach. Na plakacie czerwonym było napisane nazwisko naszego przyjaciela, młodego Mirka Micinkiewicz, który był w konspiracji].
Byliśmy bardzo zaangażowani opieką ludzi jeszcze mniej mających jak my. Poza tym mój tata był zaangażowany w przerzucie Żydów za granicę. Udało się jednemu. Pan Braun […], już nie pamiętam [dokładnie nazwiska]. Pamiętam, że z naszego domu on poszedł [z tatusiem, później przekazano go dalej]. Poza tym u nas na Wojciecha Górskiego mieszkała Żydóweczka Stefa i Jurek, który był studentem medycyny. Ale Niemcy go namierzyli i zabrali. Właściwie nie zabrali, tylko on się jakoś wykupił i już zniknął z pola widzenia.
Żydem, tak.
Myśmy bardzo dużo pomagali Żydom. Taki [mały] chłopiec przychodził […] po jedzenie. Mamusia coś tam gotowała, to zawsze on zabierał.
Nie, to już było getto, tak to było getto. On z getta jakoś znalazł sobie miejsce, gdzie mógł przejść.
[Dwa razy byliśmy bez mieszkania, na ulicy Świętokrzyskiej 13 i ulicy Górskiego 1]. No tak, musiałam bardzo uważać, żeby nie wpaść, jak nosiłam różne biuletyny, [lampy radiowe, naboje]. […] Uciekałam [z obozu w Pruszkowie].
To było zaraz, jak wróciliśmy do Warszawy. Od razu na Wojciecha Górskiego była skrzynka kontaktowa i od razu tam byłam wciągnięta [w pracę konspiracyjną. Pracowałam w sklepie kolonialnym „Plutona” przy ulicy Puławskiej. Tam był punkt konspiracyjno-przerzutowy. Dostarczałyśmy z koleżanką Krysią amunicję, biuletyny, meldunki, które zabierali upoważnieni łącznicy AK. Przewoziłam lampy radiowe i części z naszego mieszkania na ulicy Górskiego do punktu konspiracyjnego na cmentarz Bródnowski, do pani Bucholc].
Noszeniem biuletynów, papieru do drukarni na plac Grzybowski, gdzie tatuś ze swoim bratem [Stanisławem] mieli drukarnię. Niemcy jakoś wywęszyli tą drukarnię i tatuś ze swoim bratem zdążyli wywieźć drukarnię gdzie indziej. Ale w dalszym ciągu były wydawane biuletyny, rozporządzenia, wiadomości różne. Tam jeszcze [pracował] drukarz Gochnio. Pani Orlikowska o nim pisze […] [w listach do taty. Listy te przekazałam (kserokopie) do Muzeum Powstania Warszawskiego (Protokół Przekazania Pamiątek w Darze, Warszawa 7 września 2007 rok)].
W domu i tam była jeszcze moja przyjaciółka Irenka Kretowicz. Ona z naszego domu poszła do Powstania i ja też. [Byłyśmy] od razu przy zdobywaniu szkoły Górskiego, vis-à-vis naszego domu. Tam chłopcy robili „sidolówki", granaty ręczne, bo było bardzo mało broni […]. [Irena Kretowicz-Wiśniewska zmarła we Florence w Karolinie Południowej około dwa, trzy lata temu].
Tak, z „Kilińskiego”.
Właśnie to jest dla mnie bardzo trudne. Wiem, że [ze] szkoły [Górskiego], później byłam oddelegowana na ulicę Złotą 7 do kina „Palladium”. No i tam właśnie był porucznik „Piotr”, „Wiesław” i „Tramwajarz” i już z nimi chodziliśmy na wypady. Zdobywanie dom po domu, później vis-à-vis BGK, róg Nowego Światu… […]. [Przed BGK leżał zabity żołnierz AK. Nie mogliśmy go zabrać, bo Niemcy bardzo mocno strzelali].
Na przykład Wojciecha Górskiego. To tam dom po domu było zdobywanie, po tej stronie, co myśmy mieszkali, nieparzystej. Na pierwszym piętrze byliśmy przy oknie, pełno worków z piaskiem. Bo vis-à-vis mojego domu była szkoła Górskiego, gdzie były koszary Niemców i „własowców”. No i to było pierwsze zdobywanie właśnie tej szkoły. A później to już tak dom po domu. Niemcy tam rzucali granaty i strzelali. Było bardzo niebezpiecznie chodzić. [W jednym z mieszkań przy ulicy Góreckiego młody Powstaniec czyścił broń tak niefortunnie, że zastrzelił się na swoim posterunku. Później zdobywanie Poczty Głównej na Placu Napoleona].
Naturalnie, były. Tak były. Piękne dziewczyny, piękne! [Pełne poświęcenia, zapału i nadziei na pokonanie wroga]. No niestety, zginęły.
Nie, nie pamiętam… Sabina, taka piękna dziewczyna była.
[Brałam udział w budowaniu barykad między innymi na Chmielnej i Alejach Jerozolimskich]. Z Wojciecha Górskiego do Nowego Światu była brama przechodnia, właściwie były [połączone] dwie bramy […] do Nowego Światu […]. Na Nowym Świecie „goliaty” były [skierowane w naszą stronę]. Niemcy puścili [je], żeby nie można było przebiegać na drugą stronę Nowego Światu.
Bardzo koleżeńskie, bardzo [serdeczne]. Jak jedna rodzina.
Oj, to tyle tych różnych oddziałów zdobywało tę PAST-ę. Przeważnie w nocy. Dostaliśmy rozkaz na wypad pod PAST-ę. Wtenczas brało się nosze, wszystkie granaty, to co trzeba było, benzynę. Bo w kinie „Palladium” na [parterze] to były beczki z benzyną. No i [nosiliśmy] pod PAST-ę. Później trzeba było wysadzać wejście. Dziurę wybili chłopcy, a myśmy obok stały z noszami i co trzeba było robić, to robiłyśmy. Rannych i zabitych nosiliśmy. Rannych do szpitali, do PKO. W PKO to bardzo smutne było, dlatego że ci [ranni] Powstańcy leżeli na noszach, na podłodze. Pełno krwi było na tej podłodze. Także [jęczenie i krzyki, z bólu], aż ciarki przechodzą, jak się o tym mówi i wspomina. To trudno jest.
Tak, [najpierw jak byłam w harcerstwie, a potem] jak chodziłam do szkoły, to było kobiece przysposobienie […].
Nie wiem, nie pamiętam.
Nie, nie było lekarza… […] No bo skąd lekarz podczas Powstania na tych wypadach?
Do PKO… Tak, do PKO. To jest róg Jasnej i Świętokrzyskiej, tam było PKO.
Nie, moja mama darła wszystkie prześcieradła, wszystkie białe rzeczy na opatrunki, już od pierwszej chwili. Przy zdobywaniu szkoły Górskiego, to już był alarm, już trzeba było wszystko [mieć] i wodę gorącą… Tak że moja mama to wszystko organizowała.
Tak.
Była, mój tata, mama, wujek, Stanisław, wszyscy byliśmy.
Nie.
[Tak i to bardzo]. Jeszcze organizowała coś do jedzenia dla Powstańców. […] Niedaleko był sklep „Plutona”, to też się przynosiło kaszę jaglaną […].
Ciężko było, bardzo ciężko było z jedzeniem, no ale Haberbusch i Schiele, oni nam dawali te zupy-„plujki” tak zwane. Gotowało się je u nas w domu, mama gotowała, a ja przenosiłam na drugą stronę Alei pod tą barykadą [dla Powstańców. Przed cukiernią „Blikle” (Nowy Świat) kierownik wystawił kocioł z zupą i karmił ludność cywilną i Powstańców. Brałam przez pewien czas zupę dla rannego pana Antoniego Wągrodzkiego. Leżał w naszym domu pod opieką rodziców].
Tak, przeprowadzałam przez barykadę w Alejach Jerozolimskich. Od Wojciecha Górskiego Jasną i ten mój punkt, gdzie co noc dostarczałam broń do Powstańców. Właśnie wtenczas porucznik „Piotr” mówił: „»Jolanta z Granatami«, uważaj”.
Na Boduena do pułkownika „Montera” różne wiadomości, rozkazy.
[Bardzo dobrze]. Był [również] bardzo wymagający, [mądry i oddany dla Polski].
Tak, ale to nie podczas Powstania, tylko przed. Na Odolańską, na Ogrodową… [Również na] cmentarz Bródnowski. Tam była restauracja przy bramie […] do pani Bucholc, do której właśnie dostarczałam te wszystkie informacje. Tak że ona była też bardzo zaangażowana. [Również przenosiłam do pani Bucholc lampy i części radiowe].
W 1944 roku? [Tak, dużo się działo. Młodych Powstańców pochylonych zmierzających z bronią pod domami i ruinami, na akcję bojową. My, łączniczki i sanitariuszki byłyśmy z nimi].
Tak, chyba 20 sierpnia to było.
Budowa barykad na ulicy Chmielnej, różne takie rzeczy. [Przenoszenie rannych na punkty sanitarne, budowa barykady w Alejach Jerozolimskich i przeprowadzanie Powstańców i cywilów].
Różnie, niektórzy bardzo chcieli pomagać, a niektórzy narzekali. Bo ich życie to się odbywało w piwnicach. [Gdy] szłam piwnicami, przeprowadzałam ludność też piwnicami, no to oni narzekali bardzo. […] Porucznik „Wiesław”, z którym chodziłam na [akcje] […] [zginął]. Byłam wyznaczona [gdzie indziej], a on poszedł gdzie indziej i tam zginął. Tak że jakoś przeżyłam to wszystko, tą całą gehennę.
Spódnica, bluzka, blezerek i to było wszystko. Później dostałam spodnie i w spodniach chodziłam i w tej swojej marynarce, takiej zielonkawej [z opaską AK na rękawie. Furażerka z orzełkiem w koronie. I do dnia dzisiejszego jest świętością w moim domu].
To przeważnie gdzieś na podłodze, łóżek nikt nie szukał, bo były zdobywane te domy, [a właściwie ruiny]. Wszędzie, tylko nie w domu na łóżku [własnym].
Woda była róg Jasnej i Brackiej […]. Tam była taka pompa i ludzie cywilni stali w kolejce z kubełkami i właśnie byłam przy wydawaniu tej wody. No i ta moja przyjaciółka, o której mówiłam, Sabina, dostała tą wodę i od razu poszła gdzieś myć głowę, a miała piękne włosy, złote […].
O nie, na to ani czasu, ani chęci, ani [siły] nie było. Nie, dlatego że od razu trzeba było iść na jakiś „wypad” tak zwany i trudno było. Nawet z myciem było bardzo ciężko.
Bardzo życzliwi, mili. Pamiętam z jednym Powstańcem siedzieliśmy na gruzach, była piękna sierpniowa noc, księżyc, a myśmy tylko nasłuchiwali. Pamiętam też, jak dwóch [Powstańców] szło, pytali się o hasło, bo trzeba było znać hasło i odzew. Tak że myśmy słuchali, co się dzieje w Śródmieściu. Pamiętam te gruzy. Pokażę jego fotografie, bo znalazłam.
Nie, było tyle haseł, codziennie inne. Nie pamiętam.
Tak, były zrzuty Rosjan, to przeważnie oni… Pamiętam, jak prowadzili Powstańcy takiego zrzuconego Rosjanina, który przyleciał po wiadomości, po wszystko i z powrotem. Tak że pamiętam go. To było na ulicy Żurawiej. Zgadza się?
Tak, był ksiądz, była wspólna spowiedź, wspólna komunia. To znaczy, że ksiądz czytał rachunek sumienia i każdy w swoim sercu, w swoim sumieniu odprawiał to, a później była komunia [święta]. Tak że to nie tak jak w kościele klęczy się w konfesjonale. Tam nie było konfesjonału, tylko taka ogólna spowiedź, ogólna komunia.
Nie, bo to było chyba tylko raz.
[W kinie „Palladium”] był Mieczysław Fogg, który śpiewał piosenki powstańcze i patriotyczne. I był taki krótkometrażowy film z Powstania Warszawskiego też tam, ale przyszedł rozkaz na wypad i musieliśmy natychmiast [iść]. Poszliśmy, gdzie trzeba było.
Tylko właśnie ten jeden raz, [kiedy] był ten film krótkometrażowy Fogg śpiewał.
Nie, dlatego że łączność była zerwana. […] Tylko przez tych chłopców, kurierów, co roznosili pocztę. To jeszcze tam jakoś przybiegali [i mówili].
Do prasy?
Wiem, wiem… Nie…
Tym bardziej nie. Ale u nas w domu na Górskiego były przechowywane lampy radiowe, części radiowe, które przenosiłam też na Bródno. A przed tym to wpadli do naszego mieszkania Niemcy [z SS], a te części radiowe były w kuchni na antresoli. Myśmy tam stali sparaliżowani, żeby ci Niemcy nie zobaczyli tych lamp, bo by nas wszystkich wystrzelali z miejsca. [Później] mnie się udało te lampy przewieźć [na Bródno, do pani Bucholc].
Tego właśnie nie pamiętam, jak to było.
To było straszne, to złożenie broni, podpisanie ukończenia Powstania. No i myśmy musieli tą broń, granaty, wszystko do koszy wielkich składać. To było straszne.
No nie […], nie było tyle, ile trzeba było. A te zrzuty z zagranicy, to trafiały, ale nie to, co trzeba, i nie do tego, kto potrzebuje. [Pułkownik Witold Łokuciewski z Dywizji 303 brał udział w walkach nad Warszawą i również zrzucali amunicję i broń w Śródmieściu].
No, straszne to było. Tyle osób zginęło, i to poświęcenie, i ta młodzież. To było okropne.
Kazali nam wychodzić z Warszawy i 3 października [wyszliśmy] w kolumnie, ale nasz dowódca powiedział, że kto może, niech idzie z cywilami, nie do obozów, tylko z cywilami. Wyszłam z mamą, tatą do Pruszkowa. A w Pruszkowie już jak zamykali bramę, to jeszcze pociągnęłam koleżankę do tego tłumu ludzi, [których] przepuszczali Niemcy, którzy przyjechali pociągiem. Tak że myśmy wpadły w ten tłum ludzi cywilnych, no i się ukrywaliśmy pod Warszawą, [w Milanówku].
Uciekłam.
Tak. W Milanówku przede wszystkim. U koleżanki [Krysi]. […] W takiej przybudówce myśmy spały. I tam moja mam mnie odnalazła.
Trudno mi powiedzieć.
[…] Pojechałyśmy do Skierniewic i tam [na peronie] był pan, który nas wydał do Niemców, że jesteśmy z Warszawy, z Powstania. No to mama była zrozpaczona. Miała pięćset złotych, dała temu Niemcowi i on nas wypuścił. To był Polak, który nas wydał. Tak że to było bardzo smutne. [Ukrywaliśmy się] w Skierniewicach u tatusia kolegi [z konspiracji]. Dawał Polakom i Powstańcom dowody osobiste. Tam Niemcy też nas namierzyli, przyszli, jak myśmy tam nocowali pokotem na podłodze. […] [Kolega tatusia musiał się] ukrywać. [Niemiec zwrócił się] do żony: „Gdzie jest mąż?” – „Męża nie ma. Ja z mężem nie żyję”. On uchronił ludzi i sam też [ocalał]. Później nas przerzucili do takiej miejscowości Doleck.
To jest pod Warszawą… Doleck… [Koło] Skierniewice… Pamiętam, że chodziłam do Skierniewic dwadzieścia kilometrów, żeby miskę kupić.
Tak.
W Skierniewicach?
A to nas właśnie ten pan, co się ukrywał, tatusia kolega, też samorządowiec, przez pracę swoją…
Trudno mi powiedzieć, jak długo… Do wyzwolenia […].
To tak z deszczu pod rynnę. Nieciekawie się działo.
Tak, ale wolałabym o tym nie mówić.
Nie, ja wróciłam do Warszawy, a właściwie do Sulejówka, tam gdzie wujek miał swój domek w Sulejówku. No i później tutaj, [to jest do Sopotu] sama przyjechałam, no i zaczęłam pracować w OUL-u, to [był] taki Okręgowy Urząd Likwidacyjny [i w Państwowych Urzędach].
Najlepsze? To nie ma takiego, nie ma niestety. Pamiętam te domy zdobywane dom po domu, ten front [domu, który] to zupełnie odpadł. Było widać tu łóżko, tam jakiś stół, [krzesła, zabawki, ruiny i zgliszcza].
Przeżycie. Żeby przeżyć. A w ogóle podczas Powstania to się tylko myślało, czy jeszcze do jutra się dożyje. Aby do jutra, aby do jutra. A te „krowy” nakręcane [ryczały. Ten huk, zapach spalonych domów].
Konieczne było, potrzebne to Powstanie było, bo przecież jesteśmy pomiędzy Rosją a Niemcami. Tak że oni się podzielili, był ten pakt Ribbentrop–Mołotow, a przedtem jeszcze ta linia Curzona. Tak że to wszystko [było] na naszą niekorzyść.
Absolutnie nie. To był niesamowity zryw. Myśmy chcieli walczyć o wolność. Absolutnie nikomu by do głowy nie przyszło, żeby nie pójść do Powstania, i dzieci, i młodzież, i starsi, wszyscy. No były wyjątki tylko.