Krystyna Zając

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Krystyna Zając z domu Stepnowska.

  • Proszę powiedzieć, gdzie się pani urodziła, gdzie spędziła pani dzieciństwo?


Urodziłam się w Warszawie, w przeciętnej mieszczańskiej rodzinie. Mój ojciec był legionistą. Rodzina była uczciwa, patriotycznie nastawiona, w ten sposób byłam wychowywana. Przed wojną uczęszczałam do Szkoły Powszechnej imienia Romualda Traugutta, gdzie nauczycielki były tak wspaniałe, że też patriotyzm, uczciwość, były stawiane na pierwszym miejscu.

  • Gdzie ta szkoła się mieściła?


W parku Traugutta. Najpierw na Nowym Mieście, a później w parku Traugutta, to jest ulica Międzyparkowa, chyba tak się w tej chwili nazywa. W dalszym ciągu jest. Ta szkoła była zbudowana w 1934 albo 1935 roku, nowoczesny gmach. Ona stoi zresztą do dzisiejszego dnia.

  • Proszę powiedzieć o swoim dzieciństwie.


Dzieciństwo to by się tak zamykało: ojciec mój był legionistą, pracował na Uniwersytecie Warszawskim. Nawet mam jego legitymację jeszcze z Uniwersytetu Warszawskiego, [pracował] jako laborant w zakładzie chemii fizycznej. Był legionistą. Trochę mi opowiadał o tym, jak był w Rosji, ale byłam zbyt mała, żeby wiele rzeczy zrozumieć. Ojciec niestety zmarł przed wojną.

  • A pani mama?


A moja mama musiała się wtedy zająć domem, kiedy ojciec zmarł. Wojna się zaczęła i zaczęło się życie wojenne.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny?


Wojnę zapamiętałam. Czternaście lat miałam, kiedy wojna się zaczęła, i dorastałam w czasie tych strasznych przeżyć, egzekucje, łapanki, wywózki do Niemiec na roboty przymusowe i niewolnicze do obozów koncentracyjnych. To były straszne lata. Sama też kiedyś byłam ofiarą łapanki, ale szczęśliwie [z tego wyszłam], dzięki Niemcowi, który kontrolował ausweisy (ausweisu nie miałam, tylko kenkartę). Kontrolował, spojrzał na drugiego Niemca i ponieważ tamten nie patrzył, dał mi znak, żebym z powrotem weszła do tramwaju, bo to z tramwaju nas wyciągali. Cały szereg ludzi zostało wtedy [na boku], ja miałam szczęście. W ogóle to, że przeżyłam i wiele przeżyłam, to miałam dużo szczęścia, że w taki sposób wyszłam. To taka była wojna.

  • Proszę opowiedzieć o codzienności okupacyjnej. Jak to wyglądało?


Pierwsza zima była straszna. Pamiętam, przed Bożym Narodzeniem prosiłam mamusię, był głód: „Mamusiu, żeby chociaż piętnaście deko mięsa na Boże Narodzenie kupić”. Niestety nie było na to. Mamusia wzięła trochę biżuterii, pojechała na wieś, przywiozła parę jajek, przywiozła kawałek słoniny i w taki sposób trzeba było sobie radzić. Troszkę czasem mamusia handlowała, czasem coś szyła. Ja trochę pracowałam. Zaczęłam pracować w [wytwórni] pudełek na ulicy Podwale. To była firma Wojciechowski, ale niedługo tam pracowałam. Poza tym to była walka o przetrwanie.
Pierwsza zima była strasznie mroźna, było bardzo zimno. W mieszkaniach paliło się w piecykach, w tak zwanych kozach żelaznych, żeby ogrzać mieszkanie, bo nie było przecież centralnego ogrzewania, w piecu nie było czym palić. Trzeba było korzystać [z] prymitywnych [urządzeń] i całą okupację w taki sposób się przeżyło, aż do czasu Powstania. Nie uczyłam się, [w szkole] tylko dorywczo, [prywatnie] bardzo chciałam się uczyć, ale nigdzie do jakiejś szkoły zarejestrowanej czy takiej, która była akceptowana, mamusia nie chciała mnie puścić, bo bała się o mnie. Tylko sama sięgałam po jakieś książki. Jaką książkę przeczytałam, zaliczyłam, zapisywałam, że już taką znam. Straszna chęć była [do] nauki, niestety to nie było nam dane. Tak było do Powstania.

  • Pani mówiła o egzekucjach. Widziała pani egzekucje?


Samej egzekucji nie widziałam. Natomiast na ulicy Kilińskiego do dzisiejszego dnia, jeśli tam jestem, zawsze zaglądam, [zapalam znicz]. Zaraz po egzekucji (to było wiadomo), bo jeden drugiemu opowiadał, a mieszkałam [niedaleko] koło starej prochowni na Rybakach. Poszłam, widziałam jeszcze krew, świeże dziury w murze [po strzałach] i pobryzgane krwią. Ludzie zapalali tam lampki, [znicze]. Za chwilę przyjechali ludzie, nasłani widocznie przez Niemców, i zmywali to wszystko wodą. To widziałam, tak. Bo samej egzekucji to trudno było widzieć, bo można było również paść ofiarą.

  • Jak wyglądało codzienne życie w miarę zbliżania się do 1944 roku, bliżej Powstania. Czy pani związała się z jakąś komórką, miała pani pseudonim, więc jak to wszystko się odbyło?


W czasie Powstania z koleżanką się umówiłyśmy, że w razie czego będziemy miały pseudonimy swoje, żeby nas nie namierzono. Przybrałam pseudonim „Krys”. Jak było? Do organizacji nie należałam, nie chodziłam do szkoły, tak że przeważnie to ci, którzy chodzili do szkoły, to się związali z jakąś organizacją. Ale miałam kolegów, którzy chodzili na jakieś zebrania. Ale kolega jeden nie chciał mi nigdy o tym mówić, bo lepiej nawet było, żeby druga osoba nie wiedziała o takich sprawach. Przed samym Powstaniem był ogromny ruch. Na wybrzeżu, na autostradzie, która już była zbudowana właśnie przed wojną, ruch wojsk [niemieckich] był ogromny. Przemieszczali się całymi kompaniami: [piechota i] czołgi. Wyczuwało się, że Niemcy [oddalali się od frontu wschodniego]. Zresztą słyszało się już bardzo wyraźnie kanonadę z frontu wschodniego. W ostatnią niedzielę przed Powstaniem widziałam się z kolegą, który powiedział, że już musi opuścić swoje miejsce zamieszkania i da mi znać, kiedy będzie trzeba. Nigdy w życiu już go więcej nie spotkałam.

Pierwszego sierpnia byłam na ulicy Freta. Zresztą wyczuwało się, że Powstanie wybuchnie, mówiło [się o tym] między sobą. Ruch był ogromny i oczekiwanie czegoś. Niemcy wydali rozkaz, że wszyscy, kobiety i mężczyźni, którzy ukończyli – jeśli się nie mylę w tej chwili – osiemnaście lat, mają się stawić do kopania okopów. Oczywiście nikt się nie stawił. Nie wiem, co by było dalej, gdyby [Powstanie nie wybuchło]. Na pewno by wyciągali przymusem, niestety nie zdążyli, bo 1 sierpnia właśnie znalazłam się na ulicy Freta, kiedy słyszałam pierwsze strzały. Atmosfera była napięta, bardzo napięta, to trudno opisać. Jedni biegali w jedną, drugą stronę, bo przecież młodzi ludzie, ci którzy byli zaangażowani, już biegali z teczkami, z różnymi chlebakami i tak dalej. Przemieszczali się na punkt zborny czy na wyznaczone stanowiska. Na ulicy Freta po raz pierwszy usłyszałam przed godziną siedemnastą pojedyncze strzały i ktoś [krzyczy]: „Powstanie!”. Boże, jaka była euforia, jakie było poruszenie, jaka radość, że nareszcie w naszym koszmarnym życiu coś się dzieje, że nareszcie coś się stanie dobrego. Biegłam natychmiast przez ulicę Mostową do domu, szybko zrobiliśmy flagę biało-czerwoną z płótna i z wsypy czerwonej. Powiesiliśmy nad bramą i zaraz budowaliśmy barykady. [Radość była nie do opisania. Nareszcie].
Tego samego dnia samoloty zaczęły latać bardzo nisko, przecież nie było ochrony przeciwlotniczej, tak że [Niemcy] bezkarnie prawie nad głowami latali i wszędzie, gdzie widzieli flagi, to z karabinu maszynowego z samolotu strzelali; do ludzi budujących barykady. Zaczęliśmy budować barykadę, ale to było, [nie do opisania radość, entuzjazm był ogromny]. Naprawdę chciałabym to odtworzyć, ale to po prostu się nie da. Słychać było [ukochane melodie, przez tyle lat zakazane], grają na pianinie w jakimś mieszkaniu „Warszawiankę”, hymn narodowy, którego się nie słyszało tyle lat. A w duchu patriotycznym byłam wychowana, w ogóle cała młodzież i wszyscy ludzie. To było coś niesamowitego. Dreszcze, radość niesamowita. To nic, że samoloty latają; to nic, że strzelają – my będziemy swoje robić. Zaczęliśmy budować barykadę na rogu Boleść i Rybaków. Ludzie rzucali nawet stare [sprzęty, meble]. Mężczyźni wykopywali wielkie tafle z chodników, kobiety brały je, rzucały na barykadę i za chwilę urosła wysoko. Noc nadeszła, strzały [z frontu wschodniego] było jeszcze słychać [bardzo wyraźnie], ale po kilku dniach, już nie pamiętam [ilu], niestety strzały ucichły. To była nasza wielka nadzieja, że przyjdą wojska, że połączymy swoje siły i nareszcie będzie upragniona wolność. Nic takiego niestety się nie stało, strzały ucichły, a my byliśmy jak w kotle.

 

Na Starym Mieście było okropnie. Pierwsze dni jeszcze były względne. Na drugi dzień poszłam do sztabu – nie wiem, czy to był sztab, ale wydaje mi się, że tak, wtedy mówiono – na Długiej pod numerem 7 [gdzie było Ministerstwo Sprawiedliwości], zgłosiłam się do pomocy Powstańcom, do pomocy Armii Krajowej. Dostałam upoważnienie wtedy na piśmie. Niestety nie mam tego, bo nic nie ma z tamtego okresu, nic mojego prywatnego nie ocalało. Chodziłam z drugą osobą po mieszkaniach i zbierałyśmy żywność dla Powstańców. Jakże ludzie byli ofiarni – bez najmniejszego cienia niezadowolenia, każdy co miał, dawał i tę żywność nosiliśmy na Długą. Tam drugie kobiety odbierały, nosiły do kuchni polowej i gotowały dla żołnierzy. Później były naloty. Czasem zapalał się dom, wtedy trzeba było gasić pożary. W nocy [zawsze] były dyżury i to przeważnie młodzi ludzie byli na dyżurach, żeby obserwować, jeśli dom będzie się palił, zrobić wtedy alarm i wszyscy staną do walki z tym żywiołem. Żeby starsi, chorzy mogli spać w piwnicach, [gdzie] życie [się] przeniosło. Do parterowych mieszkań [również]. Pamiętam, kiedyś padł koń, martwy leżał. Nigdy w życiu bym tego nie zrobiła, jestem tak brzydliwa do dzisiejszego dnia, w życiu bym tego nie zrobiła. Ale nigdy nie można powiedzieć: „Nigdy nie mów nigdy, nigdy nie mów zawsze”. Poszłam z nożem i ukroiłam kawał mięsa końskiego i zaniosłam kobietom, bo tam byli chorzy, starzy ludzie. Trzeba było pomagać im, a ja byłam młoda, jeszcze pełna sił. Ustawiły kuchenki z cegiełek (zresztą w Muzeum Powstania Warszawskiego widziałam, takie [eksponaty] są [takie same] piecyki), to znaczy rusztowanie było zrobione [z cegieł], gdzie wkładały jakieś drewienka czy papiery i to się paliło. Na tym był postawiony [gar wielki], mięso wrzuciły, druga kobieta dała kaszy. W wielkim garze gotował [się krupnik]. Za chwilę była „szafa”. „Szafa” to było pięć czy sześć strzałów, nie pamiętam, chyba sześć było. Już sam sygnał, że będzie wystrzał, powodował [strach], zmiatał po drodze wszystko, sam impet tego strzału. [Był to zgrzyt przenikliwy podobny do przesuwanej szafy po zardzewiałym podłożu. Po zgrzycie kilka sekund przerwy i tak sześć razy. W czasie tym natychmiast należało się chować. Nastąpiły wtedy w takiej samej kolejności strzały, huki. Podmuch lecących kul zmiatał wszystko po drodze, zabijał].


  • Widziała pani, jak to wybucha?

 

[Wpadłam do klatki schodowej]. Czy widziałam? Owszem, widziałam, prawie widziałam, bo byłam zasypana. Bo to było tak, że najpierw takie nakręcanie, tak jak gdyby szafa była przesuwana po zardzewiałej posadzce. Tak: „Zgrzyt! Zgrzyt! Zgrzyt!” – w kilkusekundowych odcinkach. Po tych zgrzytach był czas na to żeby się chować gdzieś koniecznie. Najlepiej do piwnicy. Kiedyś widziałam taki śmieszny obrazek, że jedna kobieta schowała głowę, a cała była na zewnątrz. To by nic nie dało, to śmieszne po prostu, ale człowiek nie potrafił się bronić. Do piwnicy kiedy się wpadło, trzeba było otwierać usta, bo jak już był huk wystrzałów, to można było ogłuchnąć, bębenki by popękały [z impetu powietrza]. To było straszne. Jednego razu był ten zgrzyt sześciokrotny, wpadłam do klatki schodowej na parterze i wiele osób tam wpadło, strzały tak strasznie głośne, tak bliskie, widziałam błysk i znów strzał, błysk, strzał i za chwilę nie ma zupełnie czym oddychać. [Tak do sześciu razy]. Chcemy oddychać, ludzie krzyczą, lecą w różną stronę, lecą, przewracają się. Każdy reaguje inaczej. To są takie ekstremalne warunki. W końcu jak ucichło tych sześć strzałów, nie było czym oddychać, jest ciemno. Byliśmy przysypani. Oddychamy, a w gardle się czuje piach. Co tu robić? Za chwilę krzyk, lament okropny. Były drzwi [w których], u góry było okienko i prześwit od słońca, bo to był słoneczny dzień i była jak gdyby smużka światła w gęstej zawiesinie, wszyscy polecieli do tych drzwi [po gruzach]. Drzwi nie możemy otworzyć. Ktoś z zewnątrz słyszał nas i pchnął te drzwi jakoś mocno, czy to kilka osób pchnęło, już nie wiem, i przez [zwały] gruzu wyszliśmy na zewnątrz. Jakiś chłopak spojrzał na mnie i mówi [śmiejąc się]: „O rany, jak ona wygląda!”. Nie zapomnę tych słów, myślę sobie: „Idiota”. Weszłam do jednego mieszkania na parterze, bo wszystkie mieszkania były otwarte oczywiście i sama się roześmiałam. Byłam czarna jak murzyn, bo trafili również w dymnik z komina i sadze również na nas poleciały. Tylko oczy białe, czerwone usta i sukienka [poszarpana, opadała na ] czarne ramiona i płaty zwisały. Sama się roześmiałam ze swojego widoku. To takie tragikomiczne sytuacje. [W klatce schodowej, gdzie to miało miejsce] z jednej strony drzwi były [wejściowe], a z drugiej były schody [na piętra]. Na drugim piętrze mieszkałam. Były jeszcze schody, ale już ściany za schodami nie było, widać było dalszą część Rybaków i gdzieś daleko autostradę. Myślę sobie: „To jeszcze [pomału, ostrożnie] wejdę do mieszkania, jeszcze coś z [ubrania] wezmę”. Idę po schodach, doszłam do pierwszego piętra po [zwałach] gruzu, a tu w moim kierunku strzały. No to już wróciłam, bo już nie było [możliwości. Wtedy Niemcy [jeszcze zajmowali] PWPW, może nawet i w szkole na Rybakach byli, ale tego nie pamiętam dobrze. W każdym razie [Niemcy] do mnie [strzelali].


  • Jak pani pamięta natarcie na Stare Miasto? Była pani wtedy na Starym Mieście, podczas tego jednego z natarć niemieckich?


Oczywiście, to się nie dało uniknąć. Oczywiście, że tak. Natarcia, to było bardzo różnie. Rybaki, jak wiadomo, to niedaleko autostrady. Mieszkałam w tym domu, gdzie była fabryka „Quebracho”. Tam ktoś powiedział, że robotnicy mają na ulicy Boleść swoje działki pracownicze i można tam ukopać kartofle. No to poszłam na Boleść, [przeszłam] przez barykadę na [ulicę] Boleść. Kartofle już wysoko rosły, [weszłam] w te kartofle i chciałam ukopać, a tu strzały w moim kierunku z autostrady, bo oni doskonale widzieli, [że] ktoś tam się porusza. To było za naszą barykadą, tak że to już było w kierunku Niemców. To takie jeszcze małe natarcie, ale jednak już pod obserwacją [ten rejon, tę barykadę] mieli. Wycofałam się, wyczołgałam się stamtąd, kartofli nie ukopałam i skończyło się na tym. Poza tym pamiętam doskonale 13 sierpnia, kiedy był zdobyty czołg pułapka, o którym wszyscy słyszeli. [Był pogodny dzień. Śmieszy mnie gdy, ktoś opisał, że „ludzie spacerowali” – nie było tak beztrosko, mimo dobrej pogody. Natarcie Niemców na barykadę, chłopcy zdobyli czołg. Radość rozeszła się po całej okolicy. Znalazłam się u zbiegu Freta i Długiej i szłam w kierunku Kilińskiego, gdy usłyszałam ogromny wybuch. Okazało się, że to była pułapka. Ktoś dotarł do tego czołgu, a było bardzo dużo ludzi, którzy wchodzili na zdobycz, otoczyli, wiwatowali – zginęli wszyscy. Poszarpane ciała, krew, rozpacz. – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo.]

  • Właśnie chciałem zapytać. Jak pani to zapamiętała?


Ja tam na szczęście nie byłam, bo trzeba było mieć dużo szczęścia, żeby w ogóle ocaleć. Tylko słyszałam potem właśnie, że [Powstańcy] zdobyli [czołg] i za chwilę chciałam tam iść, a tu wybuch straszny. Mówią, że masakra. No masakra, po prostu masakra. To tyle pamiętam. Tam nie byłam, bo by już mnie nie było przecież. Poza tym natarcia były wszędzie. Głównie to się przemieszczałam pomiędzy ulicą Freta, Długą, Rybakami i tak dalej. Pamiętam, kiedy natarcie już było [ogromne], tylko nie pamiętam, którego [dnia] to było – te daty to już się zacierają. Chyba w połowie sierpnia, natarcie było na barykadę przy ulicy Boleść, właśnie przy starej prochowni. Wyszedł żołnierz z Armii Krajowej [do ludności]. Przy barykadzie [zostało] kilku żołnierzy z Armii Krajowej, z karabinami maszynowymi i odpierali atak Niemców. A [przed barykada] było bardzo wiele ludzi. [Dużo] ludzi nocowało w starej prochowni w piwnicy. Bardzo mi się podobała postawa tego młodego, dzielnego żołnierza, chłopaka. On z całą stanowczością do ludności [przemówił]: „Proszę się podporządkować i przebiegamy pojedynczo na przeciwległą stronę ulicy pod numer 5 na Rybaki”. Tam były wybite w wielu miejscach dziury w domach, że można się było przemieszczać nie ulicami, tylko między tymi dziurami, między domami. Pojedynczo wypuszczał ludzi, a tu granaty waliły, tu już natarcie było ogromne, to [wyryło się w pamięci na zawsze]. Kiedy przyszło mi [przebiec] od Starej Prochowni pod piąty numer [ulicy Rybaki] –na skos trochę; przebiegam, a tu słyszę, granaty się rozrywają, a ja zupełnie jak w aureoli jakiejś, bo czuję jak coś nade mną leci i sypie się, jakby kamienie sypali koło mnie. Dobiegłam do tej dziury, tam starsi ludzie niektórzy nie mogli wejść, trzeba było czekać, [pomagać]. W końcu weszli. Tymi dziurami od Rybaków weszliśmy aż na Freta, przez ulicę Starą. [Na ulicy Starej, przed wojną był dom dla sierot z napisem „Res Saera Mizer”].
No i nie ma gdzie się skryć, bo tu naloty jeden za drugim. Żeby się przespać gdzieś, idziemy w kierunku Ojców Paulinów. Pod kościołem ojców Paulinów była ogromna piwnica, dalej był szpital powstańczy, [przed wojną był lokal „Pod Krzywą Latarnią”]. Tu była ogromna piwnica, gdzie było bardzo dużo ludzi, podobno sześćset osób, jeden koło drugiego. Na słomie, na barłogach leżeli, siedzieli w kucki, żeby przenocować. To byli i starzy, i chorzy, i dzieci maleńkie, i większe dzieci. Był tam przewodniczący, który też się rekrutował z tych ochotników, bo ludzie musieli sobie w taki sposób pomagać, mówi: „Tu nie ma mowy, tu się nikt już nie dostanie”. I to była tragiczna [sytuacja], bo nie było gdzie przenocować, naokoło domy się paliły, waliły. W tym domu [na ulicy Rybaki], gdzie właśnie [wielokrotnie] byłam, niejednokrotnie miałam dyżur, wiele pożarów ugasiliśmy. Udało się gasić czy piaskiem, czy wodą, a później niestety to już pożar był taki ogromny (to jeszcze przedtem, zanim tą ulicę przebiegliśmy, to było straszne, palił się już tak dom), że już nie było mowy o ugaszeniu. [Starcy i dzieci nie mogli wyjść z piwnicy gorącej od pożaru tego domu]. Niemcy byli już na terenie fabryki. Była fabryka [i obok] był dom mieszkalny, a drugiej strony stara prochownia i wielkie podwórko. Stanęłam vis à vis tego domu i patrzyłam na ten pożar. Nigdy w życiu tego nie zapomnę. To jest tak zakodowane gdzieś głęboko w świadomości, to było straszne przeżycie. Patrzyłam, jak z moich okien na drugim piętrze wychodziły wielkie jęzory ognia, czerwone, żółte. To było coś okropnego. Był kwiat na oknie, on się wykręcał w różne strony. Patrzyłam, zupełnie znieruchomiałam, nie płakałam, byłam absolutnie otępiała. Mnie było tak obojętne i stałam dotąd, aż usłyszałam strzały, bo tu już Niemcy nacierali od fabryki, parę metrów [ode mnie]. Ledwo wyszłam stamtąd. Kobieta, która była przy mnie, dostała serię z karabinu maszynowego i wpadła do piwnicy. Tam był staruszek, znałam [go, Pan Brzeski], musiałam go w czasie Powstania uspakajać, bo się bardzo denerwował. Mówił: „Do czego to jest podobne?! Z motyką na słońce!”. Trzeba było takich ludzi uspakajać, trzeba było [przemówić, rozmawiać, uspokajać w różny sposób].

  • Na czym polegała ta służba, którą pani pełniła?


W zasadzie na pomocy ludziom, bo z początku żywność zbieraliśmy, później Powstańcy sobie radzili, bo z „Haberbuscha” mieli zboże albo gdzieś uzyskali coś [po uciekinierach Niemieckich]. Tak że to już raczej odpadło. Trzeba było dyżury pełnić przed pożarami, trzeba było niejednokrotnie pocieszać tych starych, bezradnych ludzi i tak upływał dzień za dniem.

  • Proszę powiedzieć, wcześniej mówiliśmy o tym jak żołnierz rzucał butelką z benzyną w czołg.


Tak, widziałam chłopców właśnie takich pędzących… Widziałam, jak idzie taki malec [dumny] z butelką benzyny, biegnie i tak poważną minę miał, tak jak gdyby zdawał sobie sprawę z tej misji. To był chłopiec, dziesięć lat może. Biegł dalej, jak rzucał akurat, jak to wybuchało, nie widziałam, ale widziałam [wielu takich chłopców].

  • Gdzie pani była podczas upadku Starówki? Czy pozostała pani na Starym Mieście do końca?

 

Tak, do końca byłam. Już 30 sierpnia, bodajże 30 sierpnia… Zaznaczam, że mogę się czasem mylić o jeden dzień, niestety, ale chyba to było 30 sierpnia. Był ogromny nalot na [kościół] ojców Dominikanów. Tego kościoła się boję do dzisiejszego dnia. Do tamtego kościoła mam straszny uraz, bo weszłam [i bałam się tej atmosfery], coś mnie wypychało. Spojrzałam na sklepienie, na ludzi leżących, i dzieci, i starców, pod ołtarzami, wszędzie, gdzie kto mógł [spał, leżał, modlił się], wyszłam, [wtedy] było straszne bombardowanie, okropne. [Huk, kurz, krzyk]. Moja kuzynka tam była i za chwilę ktoś mówi, że Stefa jest przywalona. Słyszało się, jak ludzie jęczeli: „Dobijcie mnie, ja nie chcę żyć”. Ludzie z wnętrznościami [na zewnątrz] leżeli, tam była masakra. [Nie było komu ratować]. Naprawdę, trudno jest nawet o tym opowiedzieć.

Wtedy nie było sanitariuszek. My poszliśmy z kapą (taką kapą z łóżka) i wzięliśmy [kuzynką] na kapę, zanieśliśmy na Długą 7, [do szpitala powstańczego], właściwie od strony Krzywej Latarni, od strony Podwala, ale to połączenie [tych szpitali]. Podwale, gdzie przed wojną była „Krzywa Latarnia” i połączenie z Długą 7. Ona została 2 września rozstrzelana przez Niemców, bo nie mogła iść z nami.
30 sierpnia, już słyszało się, że na Nowym Mieście też była straszna masakra w kościele Sakramentek, bombardowanie było ogromne i bardzo dużo ludzi [i sióstr zakonnych] zginęło. Zniszczony był całkowicie ten kościół. Niemcy zrzucali ulotki, [z napisem]: „Poddajcie się, wychodźcie”, z białymi chusteczkami oczywiście. Ja z takimi osobami się nie zetknęłam, ale słyszałam, że niektórzy korzystali z tego i wychodzili z białymi chusteczkami, bo już nie wytrzymywali. Ale cały szereg ludzi [pozostał do końca]. Ja nigdy bym sobie na to nie pozwoliła, raczej zginąć, a nie poddać się. Ale już 30 sierpnia, 1 września, niektórzy wychodzili kanałami, jak wiadomo z ulicy Miodowej. Nie każdy się tam dostał. Przeważnie wojsko, czasem niektórych rannych przenosili, a 2 września ogłoszenie było rano [przez Niemców], że każdy ma wyjść, opuścić swoje miejsce i wyjść na zewnątrz, bo inaczej wszystko podpalą, zniszczą.

  • Mówi pani o Niemcach, tak?


O Niemcach, tak. No i oczywiście wyszliśmy wszyscy, kto mógł. [Ciężko] ranni, tak jak ta osoba, o której mówiłam, zostali dobici na miejscu, zastrzeleni, a nas wyprowadzali. [Wyprowadzili nas] „kałmucy” czy „ukraińcy”, ci którzy oddali się w służbę Niemcom, wyprowadzali nas przez ulicę Świętojańską, po zwałach gruzów katedry. Jeszcze belki palące się niejednokrotnie spadały pod nasze nogi, na głowy. To była też makabra, bo rabowali strasznie, jak u kogoś widzieli jakieś złoto, to natychmiast [zabijali]. Też miałam taki przypadek, że miałam na ręku złoty pierścionek i myślę sobie: „To ja go ukryję”. Wyjęłam pudełeczko, takie okrągłe pudełeczko tekturowe z pigułkami, to takie reformackie pigułki z zakonnikiem były, na żołądek. Zdjęłam pierścionek, wzięłam to pudełeczko i tak wrzuciłam. Dopada do mnie, łapie mnie za rękę i za to pudełeczko, bo widocznie to widział, a ja wtedy mówię: „O Matko Boska, ratuj mnie!”. Niech on to zabierze, tylko żeby… Bo oni potrafili rozstrzelać, rozstrzelali niektórych z miejsca. Za chwilę mi oddaje to pudełeczko. Myślę sobie: „Co jest?”. Patrzę, nie ma tego pierścionka. Później zobaczyłam, że jest na dnie. Jak on mnie szarpnął za rękę – ja to nazywam cudem – ten pierścionek spadł pod tabletki. Myślał, że tabletkę sięgam, a [ja] wkładałam pierścionek.

  • Udało się go dochować do dzisiaj?


Nie. Kto był w obozie koncentracyjnym, to nic nie dochował.

  • Właśnie, proszę powiedzieć, jak pani tam trafiła?


Właśnie wtedy nas prowadzono przez ulicę Świętojańską, plac Zamkowy i później urwała się mi zupełnie myśl. Zupełnie nie mam pojęcia, którędy szliśmy. Wiem, że się znaleźliśmy dopiero… Nie wiem, to jakiś szok był widocznie, bo dopiero zauważyłam, że jesteśmy na ulicy Wolskiej. Jakże inna sceneria tam była, zupełnie co innego. Wszystkie domy stały, mury, tylko wszystkie bez okien, wypalone, ziejące pustką, jakąś trwogą niesamowitą. Później się dowiedzieliśmy, że w pierwszych dniach rozstrzelali bardzo dużo ludzi. Niektórych spędzili i wywieźli również do Niemiec, ale wtedy to było coś przerażającego. Nie wiedzieliśmy wówczas jeszcze, co tam się działo. Stamtąd zaprowadzili nas do kościoła Świętego Wojciecha na Woli. Tam też widziałam, jak rozstrzelali jakiegoś mężczyznę. Wyciągnęli, nie podobał się im widocznie i zastrzelili go na miejscu. Tam chwilę odpoczynku było, wody się napiliśmy i dalej poszliśmy do Dworca Zachodniego i z Dworca Zachodniego do Pruszkowa, pojechaliśmy pociągiem. Buty mi się już moje całkiem zniszczyły, jak szłam po tych gruzach, obuwie, pantofle. Jedna kobieta dała mi swoje pantofle, dała mi koszulę. Ludzie to byli jak jedna rodzina. To nie są dzisiejsi ludzie. Byli tak oddani sobie, jeden drugiemu wszystko by oddał, gdyby tylko miał. Dostałam wtedy koszulę od niej, dostałam pantofle i pojechaliśmy do Pruszkowa.

W Pruszkowie horror. Na betonowej podłodze, tam szyny były, woda miejscami była, dzieci płaczą, wszyscy – mężczyźni i kobiety, w kucki się siedziało na tym betonie. Jeden dzień, drugi, tak się ociągaliśmy. Uciec nigdzie nie można było, bo za warszawiaka groziła kara śmierci w Pruszkowie. Były pojedyncze przypadki, że tam jakaś pielęgniarka, która była, sanitariuszka spotkała swoją kuzynkę, czy przyjaciółkę, to jej dała fartuch i w taki sposób ją przeprowadziła. To były sporadyczne wypadki. Później selekcja. Przechodzimy i Niemiec segregował. Jedni na tę stronę, drudzy na tę stronę. Ja byłam z matką i my sobie mówiłyśmy, że gdziekolwiek będziemy, to żeby tylko razem. Cokolwiek ma się stać, to żeby tylko razem, tylko razem i jakoś udało się nam, że razem [byłyśmy do końca]. Załadowano nas, mężczyzn i kobiety do innych wagonów, a kobiety z małymi dziećmi do innych wagonów. To były wagony bydlęce, upchane tak skrzętnie, że o tym, żeby się położyć, nie było mowy, tylko w kucki trzeba było siedzieć. Okienka były u góry, jak to w bydlęcych wagonach, i to wszystko. Zasunięte drzwi i Niemiec z karabinem oczywiście stał przy wejściu.


Pamiętam doskonale, jak stanęliśmy pociągiem w Piotrkowie Trybunalskim. Stanęłam na jakimś pakunku, żeby przez okienko widzieć ludzi. Z jakim ludzie oddaniem [na nas patrzyli]. Nie zapomnę nigdy twarzy kobiety, która nam podawała [jedzenie] z takim zrozumieniem, oni już wiedzieli, co się dzieje, podawała nam pomidory, ogórki, czego nie widzieliśmy w ogóle przez cały okres, bo nie było tych rzeczy. Przypadło mi w udziale policzyć ludzi, policzyć te rzeczy, które mamy i rozdzielaliśmy na wszystkich, żeby każdemu dać. Wieźli nas bardzo długo.

  • Ile czasu trwała podróż? Potrafi pani powiedzieć?


Nie wiem, ale to chyba dzień i noc. Ale to jeszcze nie wszystko, jeszcze nie koniec, bo był następny etap. Najgorzej się dawały odczuć potrzeby fizjologiczne. Niestety człowiek jest człowiekiem. Pamiętam, na jednej stacji stanął pociąg. Do Niemca mówię, że chciałabym zejść na dół. Nein, nein. Nie pozwala. Mówię, że muszę, to on w końcu pozwala mi zejść. Schodzę, a on przodem do mnie stoi z karabinem, to ja chcę za nim stanąć. To on nie, znów się odwraca w moim kierunku. Myślę sobie: „No co tu robić?”. Przepraszam, że to mówię, ale spódnicą przykryłam się i przykucnęłam. Niestety nic z tego nie wyszło, musiałam z powrotem wejść do wagonu. To była męka, tortura niesamowita. Dowieźli nas tak przez Breslau (obecny Wrocław) do Gross-Rosen.
W Gross-Rosen jedną noc przenocowaliśmy w jakimś baraku i z daleka widzieliśmy więźniów w pasiakach. Domyśliliśmy się, że tam jest obóz, i faktycznie tam był obóz koncentracyjny dla mężczyzn. Zabrali tam wszystkich mężczyzn, zaprowadzili. Z daleka widziałam to, co mi się zdawało strasznie dziwne, że stoi Niemiec, bo tak jak mówię, w baraku nocowaliśmy i z tego baraku, z okienka widziałam to, jak przebiega koło Niemca w pasiaku więzień i zdejmuje czapkę z głowy, kłania się, zakłada i leci dalej. Myślę sobie: „Co? On zwariował? Tak Niemcu się kłania?”. Później to zrozumiałam, to były takie wymuszone sytuacje, musiał tak robić. Później nas z kolei, kobiety które zostały, załadowano znów do bydlęcego wagonu i do Ravensbrück.

No tu to już było piekło na ziemi, bo wciąż jechaliśmy w nieznane, wciąż nie wiedzieliśmy, czy na lepsze, czy na gorsze. Wiadomo, że zmiana, ale jaka ta zmiana. Wysiadamy na stacji, no dosłownie piekło na ziemi. Wybiegły do nas esesmanki, to były auzjerki, takie dozorczynie niemieckie, które pilnowały więźniarki. Jak one wrzeszczały na nas: Banditen von Warschau! A jeszcze przedtem, jak szliśmy przez Breslau bodajże czy gdzieś dalej, to chłopcy z Hitlerjugend rzucali w nas kamieniami. To było okropne, takie zniewolenie nas, zastraszenie i tamte auzjerki na nas tak strasznie wrzeszczały, wymyślały w przeróżny sposób i w końcu nas ustawiły. Widziałyśmy kolumny więźniarek z Ravensbrück, które przechodziły, ale im nie wolno było się z nami porozumiewać i one tak patrząc przed siebie (to też jest trudno opowiedzieć) do nas mówiły: „Skąd jesteście?”. Ale nie odwracały głowy ani wzroku, żeby nie być zauważonym przez Niemców. W taki sposób się porozumiewałyśmy. „Wszystko wam zabiorą. Co macie, to zakopcie”. Niektóre osoby zakopywały. Też zakopałam coś tam do ziemi, bo nas zatrzymali przed wejściem do obozu. Czy to specjalnie było i niektóre kobiety właśnie, które miały biżuterię, to w pudełeczka kładły i zakopały w ziemię, że wrócą po to. Ale oni chyba doskonale wiedzieli i później to sobie wydostawali stamtąd.
Po takim wyzywaniu strasznym wprowadzono nas do obozu przez bramę obozową. Na razie zatrzymane byłyśmy w takim wielkim namiocie, gdzie była słoma. Jedną noc tam nocowałyśmy. To było coś okropnego, bo tam były wszy, pchły, co kto tylko może. Miałam jakiś granatowy płaszcz na sobie, zdjęłam ten płaszcz, bo mnie coś tu gryzie. Patrzę, a tu takie białe wszy wędrują. I to nie można było nic z tym zrobić, można było tylko strząsnąć. To było straszne. Później na drugi dzień do mykwy, na terenie obozu oczywiście. Niektóre kobiety wychodziły już jak cudaki. Wszystko im zabrali, rozebrali z ich ubrania i wychodziły niektóre z ogolonymi głowami. To był już właśnie przedsmak tego, co nas czeka. Przed wejściem do mykwy ja do mamusi jeszcze tak mówię: „O Boże. Gdyby którejkolwiek mieli obciąć włosy, to ja wolałabym żeby mnie”. A mamusia mówi: „Co ty mówisz?! Ty jesteś młoda, to lepiej mnie”. A ja mówię: „Gdybym na mamusię patrzyła, to by mi było przykro, a siebie bym nie widziała”. Tak jakbym wymówiła, mamusi nie obcięli, tylko mnie, do gołej skóry. Trzeba było rozebrać się, całe ubranie oddać oczywiście. Ja nawet ojca zdjęcie – ponieważ ojca już nie miałam, bo umarł – włożyłam pod wyściółkę do pantofla. Czy Niemka to widziała? Nie wiem. Zawołała mnie, kiedy już byłam nago, tylko w pantoflach, wzięła pantofel, otworzyła wyściółkę i w moich oczach podarła i tak wyrzuciła. Jeszcze w piąstce miałam, już będąc nago, z ogoloną głową, w piąstce miałam medalik Matki Boskiej i agrafkę. Że to mi się przyda, cały majątek mój. Tak szłam, zauważyła, odgięła rękę i [wyrzuciła]… Tak że nic absolutnie [mi nie zostało]. Niemiec jeden powiedział: „Wy i tak stąd nie wyjdziecie. Stąd wychodzi się tylko kominem”. To była taka pociecha.
Po mykwie… dostałam pasiak. Niektóre kobiety dostawały sukienki z krótkim rękawem jakąś cudaczną, oczywiście z [naszytym] krzyżem… Na takiej sukience był krzyż naszyty. Pasiak nie, bo pasiak to już był znak, że to jest więzień. Krzyż, to taki iks, litera „X” z kontrastowego koloru materiału i pod spodem wycięty materiał, chodzi o to, żeby nie próbować uciec, bo [zostanie znak]. To było z przodu i z tyłu, no i na ręku [naszyty] numer. Ja miałam 65278 i winkiel, to taki trójkąt czerwony z literą „P”. Oczywiście każda miała pożyczoną igłę (bo nie można było mieć igły) i dobrze przyszyć, bo jak była źle przyszyta, to oczywiście baty, bo sprawdzali to Niemcy. Zaprowadzono nas wtedy do bloku. Byłam w bloku 28. Jaki to był duży obóz, trzydzieści dwa baraki były przecież. Nie wiem, ile tam było osób, w każdym bądź razie były tam prycze.
Jak tam byłam, to było pięć pryczy, jedna koło drugiej i trzy piętra wzwyż. Na tych pięciu pryczach było piętnaście kobiet, to znaczy trzy kobiety na jednej pryczy. Znów o spaniu mowy nie było. Oczywiście były insekty, była niby słoma, ale to trociny były, sieczka. Nam się dostała tęga jeszcze kobieta, nie było mowy o spaniu w ogóle. O godzinie piątej był już gong… nie, to syrena była, bo gong był w drugim obozie. Syrena była, trzeba było wstawać o czwartej czy o piątej i na apel wyjść z miską, bo nasz majątek to była miska. Dostaliśmy miskę i łyżkę. Z tą miską fajansową trzeba było wyjść przed blok. Oczywiście przedtem do ubikacji, z tym że przed tą ubikacją… To niby są codzienne sprawy, ale były tak strasznie utrudnione. Jedna za drugą, prędzej, prędzej. To oczywiście był cały szereg wygódek bez drzwi, tylko było widać i jedna drugą popędzała, żeby szybciej, bo nie zdąży i wtedy wychodzić na plac apelowy. Tam ustawić się piątkami czy dziesiątkami, mnie to się już naprawdę myli i na odległość ramion z jednej strony i z drugiej. A trzeba zaznaczyć, że nam dano tylko koszulę i sukienkę. Majtek, za przeproszeniem, nie dali i goła głowa ogolona, a włosy bardzo grzeją, bardzo. To był wrzesień, bardzo zimno było, bardzo zimno. Teraz każdego września to tak sobie myślę: „Boże, jak ja mogłam to wytrzymać?”. To już takie chłodne noce są. Tak od godziny piątej stało się na apelu.
Jeszcze nie było Niemki, tylko blokowa. Strasznie mnie [zaskoczyło] to, że blokowa to była też więźniarka, Polka, przystojna kobieta. Mówili, że to majorowa, mówili nazwisko, ale już nie pamiętam. Ona była dobrze ubrana, z tym że to było więzienne ubranie oczywiście, tylko że one miały dostęp do wszystkiego i mogły sobie wybrać, bo to były funkcyjne, zawsze funkcyjnym było lepiej. Strasznie byłam zaskoczona tym, że ona potrafiła uderzyć kobietę w twarz, popchnąć. Myślę sobie: „Jak ona tak może?”. Ale później to też zrozumiałam, to było łamanie sumień, łamanie psychiki człowieka, tego dobra. Bo ona musiała przed Niemcami się pokazać, że ona [potrafi pełnić funkcję]. I to było lepsze, niżeli gdyby ją zamienili na jakąś zwyrodniałą Niemkę. Bo tam były też zwyrodniałe Niemki, były i prostytutki, były złodziejki, byli różnej maści ludzie, tak że to i tak było lepsze. Ona musiała się pokazać przed Niemcami, że ona potrafi utrzymać karność i dyscyplinę. Tak staliśmy do godziny między siódmą a ósmą, ale cały czas oczywiście w takiej odległości, a miska pod nogami. W pewnym momencie było słychać: Achtung! I natychmiast każda musiała stać sprężyście, nie wolno się odwracać i tak jak w labiryncie esesmanka chodziła, bo miała gdzie przecież. Która kobieta jej się nie podobała, wiadomo było, że tam były i starsze, niektóre przygarbione, niektóre zniekształcone, to oczywiście dostawała baty. To było też straszne.
Potem już, jak blokowa zdała raport, wtedy szłyśmy po kolei [do] kotła, z którego dostałyśmy do miski lurkę. To nie była herbata, to jakieś ziółka zaparzone – nie mam pojęcia, jakie to były ziółka – i pajdkę chleba, marmolady trochę na to i potem do roboty. Dano każdej kobiecie łopatę. Trzeba było oczywiście bardzo równo… już nie pamiętam na którym ramieniu trzeba było położyć i równo, oczywiście wszystkie szpadle jednakowo musiały być ustawione. Najgorsze było przejście przez bramę, bo tam była warta i chciały się pokazać te auzjerki, że one dyscyplinę porządną utrzymują i cały czas tylko [wykrzykiwały]: Eins, zwei, drei! Links! Links! – i różne wymyślania. Szliśmy kopać ziemię. Oczywiście całe łopaty trzeba było szybko przesypywać z miejsca na miejsce, nie wiem, w jakim celu. Mnie się wydaje, że tam nie było celu, tylko chodziło o wyniszczenie przez pracę. To było tyle. Później było tak każdego dnia, praca ziemna. Kiedyś jednego razu byliśmy po południu w bloku i powiedzieli nam, że możemy wyjść na plac apelowy trochę pospacerować. Wyszliśmy, a tu za chwilę przychodzi Niemiec z pięknym wielkim psem, coś do tego psa powiedział i ten pies zaczął latać za więźniarkami. Oczywiście wszystkie powpadałyśmy – która mogła, to uciekła do bloku. Co się tam dalej działo, to nie wiadomo. Miał taką uciechę. Pewnego dnia zwołali na plac apelowy, powiedzieli, że to jest… to było podwórko, zakamarek, więźniarki między sobą nazywały, że to jest Arbeitsplatz, bo nas kupowano do pracy. Też trzeba było tam pójść, rozebrać się do naga, ubranie oczywiście w niemieckim porządku ułożyć w kostkę, bo inaczej baty, i było dwóch Niemców, oficerów. Jeden był w białym fartuchu, drugi w mundurze. Trzeba było przejść, pokazać ręce, otworzyć usta, zaglądał w zęby. Tylko zapisywali numery i coś notowali. Wtedy [trzeba było] ubierać się i z powrotem do baraku. Na drugi dzień na drugi plac znów nas zwołano i numery już wyczytywali. Jedne osoby na jedną stronę, selekcja, drugie na drugą stronę. Nie wiadomo było, kto [gdzie] trafi. I znów do wagonu towarowego. Wtedy pojechaliśmy z Ravensbrück do Hennigsdorfu, to jest komando Sachsenhausen. Tam pracowaliśmy w fabrykach zbrojeniowych. Ravensbrück to był ogromny obóz, a tam był mniejszy, około sześciuset osób było, sześćset Polek. Włoszki też tam były.


  • Na czym polegała ta praca? Co pani tam robiła?

 

Praca w fabryce zbrojeniowej. To była fabryka AEG. Pracowałam w hali montażu aparatów do samolotów. Niektórzy mówili, że to i do łodzi podwodnych, i do samolotów. To była praca dwuzmianowa. Prowadzono nas około pięciu kilometrów na godzinę szóstą. O piątej już wychodziliśmy do pracy i do szóstej wieczór pracowaliśmy, dlatego o siódmej wracaliśmy i na drugi tydzień znów na dzień. Jeden tydzień na dzień, drugi na noc. Oczywiście bez dnia wolnego od pracy w tygodniu. Na czym polegała? Oczywiście cały czas te esesmanki nas pilnowały i niezależnie od tego żołnierze z Wermachtu, z bronią, pilnowali nas. Przydzielono nas, tak jak mnie… Moja mamusia sprzątała w kantorku u Niemców, takie prace miała. Natomiast ja byłam postawiona przy stelażu, na którym był aparat ustawiony i tam były różnego rodzaju kable. Trzeba było na podstawie schematu, który tam był umieszczony, odpowiednio wkręcać różnego rodzaju, różnego koloru kable. Przedtem te kable trzeba było obnażać częściowo z bakelitu, skręcać wewnątrz druciki. Początkowo skaleczone były palce, ale później się przyzwyczaiły, twarda skóra była. [Należało] moczyć w jakimś tłuszczu, cynować, te opary cynku trzeba było wąchać oczywiście, bo nie było możliwości inaczej i tak dwanaście godzin trzeba było stać nad tym.


  • Zdarzały się akcje dywersji? Zdarzało się tak, że specjalnie, czegoś pani na przykład nie robiła tak jak należy?


Na tym stanowisku, gdzie byłam, to nawet trudno było się zorientować, co i jak. [Zdarzyło się coś] o tyle [specjalnego], że kiedyś było mi tak smutno i zrobiłam sobie przed Bożym Narodzeniem choinkę z różnych kabelków. Bo tam były różne kable, cienkie, grube, żółte, czerwone, zielone, przeróżne piękne. Myślę sobie: „Boże, to tyle zła czynią, to coś dobrego trzeba by zrobić”. No i zrobiłam choineczkę, była przepiękna. Tak żałuję, że nie mam jej. Przepiękna choineczka była, zielona, świeczuszki były różne, piękna, watą szklaną zdobiona. Majster, bo majster uczył nas roboty, na zmianę z majstrową. Ten majster to był drań, to był prawdopodobnie inwalida z frontu, który miał przydział do fabryki. Zaczął na mnie krzyczeć, spojrzał na numer, że to jest sabotaż, że on mnie poda do raportu. A ja mówię: „To jest dla pana”, bo się bałam po prostu [represji] i on wziął to. Tak się obroniłam i nie podał do raportu. . [W odwecie za utratę „choinki” wykonałam po kryjomu „koszyczek z różami” – ładny, kolorowy, który dawał radość i nadzieję na przetrwanie. Ukryłam w sienniku, przetrwał i jest złożony w Muzeum Oranienburgu w Niemczech. Mam tylko jego fotografię. – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo.]

  • Proszę powiedzieć o marszu śmierci.


Muszę rozpocząć od tego, że w końcu marca zostały spalone fabryki, w których pracowałam, a w kwietniu, pracowaliśmy wtedy przy gruzach, bardzo ciężka praca, do 23 kwietnia albo 22 kwietnia, bo te daty też mi się troszkę nakładają. Zwołano nas na plac apelowy i powiedzieli, że wyruszamy w kierunku Schwerina. Później się okazało, że w Schwerinie oni mieli zamiar zatopić wszystkich więźniów. Nie wiem, postradali już zmysły chyba, bo Himmler wydał zarządzenie, że nie może przeżyć żaden więzień obozu koncentracyjnego, a wszystkie obozy mają być zrównane z ziemią. Tak się nie stało, bo przecież było ogromnie dużo obozów i ogromnie dużo ludzi. Prowadzili nas wtedy dzień i noc, bez jedzenia, bez picia. To był naprawdę marsz śmierci, [szliśmy] brzegiem lasu, szosami. Kto nie mógł iść, to zostawał dobijany i pełno było widać nieżyjących więźniów leżących po rowach, nad brzegiem lasu. Nie było co jeść, był straszny głód. Od 23 kwietnia do 3 maja głód się dawał we znaki [niesamowicie]. Głodu się właściwie nie czuło, tylko straszna słabość i lęk przed tym, że człowiek może umrzeć z u picia, z u pożywienia. Żywiliśmy się trawą, kiedyś liścia z drzew zerwałam, przełknąć tego nie mogłam, ale trawę mogłam jeść. Kiedyś przy jednym gospodarstwie niemieckim natrafiliśmy kupę całą suszonych buraków pastewnych, to nabraliśmy troszkę w kieszenie tych buraków pastewnych i tak się żuło. Troszeczkę było cukru w tym, troszkę pożywienia. Z tym że jeżeli sobie przypomnę ten smak z tamtego okresu, to mnie obrzydzenie ogarnia, bo to był piach, to było coś nieprzyjemnego. Straszny głód był.
Miałam też taki przypadek, że 2 czy 1 maja już nie mogłam iść i upadłam na bruk. Twarzą pojechałam po tym [bruku], miałam złamaną kość nosową, zakrwawiona cała [twarz]. Nie mogłam wstać, dwie więźniarki mnie podniosły, towarzyszki niedoli i tak mnie prowadziły dalej. Na drugi dzień nie mogłam oczu otworzyć, musiałam pomagać sobie ręką, palcami, żeby oczy otworzyć. Strasznie byłam poszkodowana. Drugiego maja już nadjechał samochód Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, jeszcze Niemcy nas pilnowali i powiedzieli: „Kto się czuje chory, niech wystąpi”. No i ja wystąpiłam ze swoją matką. Dużo więcej osób wystąpiło, ale nas zakwalifikowali – bo wyglądałam makabrycznie wtedy – na samochód Czerwonego Krzyża i nas wieźli. Trzeciego maja usłyszeliśmy już zbliżający się tak intensywnie front i wkroczyły już wtedy wojska radzieckie. Ale to było nieprzyjemne zetknięcie…

  • Jak pani pamięta spotkanie z tymi wojskami?


Bardzo niemiło wspominam, bo pierwsza rzecz, ktoś powiedział: „Amerykanie! Amerykanie!”. Boże, jak my się cieszyliśmy strasznie, że nareszcie nadeszła wolność. Taki szloch radości się wyrwał, aż serce bolało z radości. Za chwilę mówi: „Słuchajcie, to nie Amerykanie, tylko Rosjanie, bo to są gwiazdy na czołgach”. To z daleka było widać. To znów drugi szloch rozpaczy, bo się dużo słyszało przecież, niestety słyszało się dużo złych rzeczy. W końcu zeszli z czołgów i podjechali blisko. Pamiętam pierwsze zetknięcie: „Kto wy jesteście? Polki?” – zaklął brzydko po rosyjsku i poszedł dalej. Drugi jak przyszedł, to była między nami Rosjanka, też więźniarka, ona do niego po rosyjsku powiedziała. Rzucił jej chleba, a ona wtedy z nami się podzieliła. Tak że zetknięcie było niemiłe.
I jeszcze co niemiłe? Tak jak mówiłam, byliśmy w samochodzie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Nie wiem, czy to szwedzki, czy jakiś inny był, nie wiem, bo nie interesowałam się wtedy. Duży, biały samochód. On mówi: „Słuchajcie, będę was wiózł dalej. Ale chcecie przenocować w samochodzie czy w tym majątku niemieckim?”. Mieliśmy już dosyć spania po rowach, [nie spać tylko iść], przecież już tyle czasu od 23 kwietnia, około dziesięciu dni, to było straszne. Mówimy: „To w tym majątku będziemy nocowali”. A tam już wieczór [nadszedł], nie było możliwości się wycofać. Był horror po prostu. Tam właśnie byli Rosjanie z pierwszego frontu, to była ta największa dzicz. Pamiętam, jeden łapie mnie do tańca, jeden gra na harmonii, drugi bije kaczki i smaży coś na patelni. Tak jak żołnierze strudzeni, nic dziwnego. Ale w końcu zobaczył, że wyglądam zakrwawiona i zapuchnięta, bo miałam twarz straszną wtedy. Miałam wylew krwawy pod jedno oko, pod drugie oko spuchnięta i włosy czarne, ale takie [krótkie, sterczące], jak straszydło na pewno wyglądałam. Szkoda, że nie ma zdjęcia z tamtego okresu. Nawet siebie nie widziałam w lustrze żadnym, bo nie miałam, ale sobie wyobrażam. Mówi: „Co, cię Germańcy pobili?”. Nie czekał na odpowiedź, tylko klepnął mnie poufale, z przyjaźnią oczywiście, po plecach, a ja fajt, upadłam. Odszedł ode mnie. Później tam po prostu gwałcili Polki. Jeden też dolatuje do mnie, ciągnie mnie, a mamusia mówi: „Zostaw ją, zostaw. Ona balnoj”. Ciemno było, on zapalił zapałkę i musiałam wyglądać rzeczywiście strasznie pod płomieniem zapałki, z taką twarzą przekrwioną, zapuchniętą, z czarnymi, krótkimi włosami. Na pewno on się wystraszył [i mnie zostawił]. Poszłyśmy z mamusią wtedy na pierwsze piętro, bo to była willa jakichś bogatych ludzi. Tam byli Francuzi z obozów koncentracyjnych i takie szerokie łoże małżeńskie. Oni się położyli, wszyscy mężczyźni z jednej strony, a kobiety w nogach. Przykryli kołdrami [kołdrami] i one wszystkie ocalały w ten sposób. Tak wyglądało, jakby tylko mężczyźni leżeli. My już nie miałyśmy gdzie, zeszłyśmy z powrotem na dół do spiżarni i koło ściany się tam ułożyłyśmy. Wtedy się tak żarliwie modliłam. Już nigdy w życiu się tak nie modliłam i nie potrafię się tak modlić, jak wtedy własnymi słowami o opiekę nade mną. Mówiłam, że już nie żałuję tego wszystkiego, co się ze mną stało, że będę oszpecona (bo mnie się wydawało, że w związku z tą złamana kością będę oszpecona, ale [tylko lekki garb na nosie i] to tylko ja o tym wiem, nikt nie wie, jakoś się zabliźniło wszystko), żebym tylko ocalała. Rzeczywiście tam działy się orgie, nawet koło nas blisko, ale tu ciemno było, nie było mowy o ucieczce żadnej, bo to był ogród i do tego samochodu było za daleko [i nieznana droga]. W nocy słychać było strzał. Co się okazało? Że na górze była kobieta, matka z córką, które przeżyły obóz koncentracyjny. Matka córkę broniła i tą matkę zastrzelili. Był między tymi Rosjanami jeden wyższej rangi oficer, on podobno płakał. Powiedział, że on sam jeden wobec tej dziczy nic nie poradzi. To takie były realia. Na drugi dzień, to był Szwajcar prawdopodobnie, ten który nas wiózł samochodem, powiedział do nas, żebyśmy wsiadały do samochodu i zdjęły winkle z literą „P”, to on nas przewiezie na zachód. Bo nie damy rady wracać do Polski, a Rosjanie nie przepuszczą nas na zachód jako Polki. „A jak będą do was coś mówili, to nie odzywajcie się. Powiem, że jesteście chore, nie możecie mówić”. Takim sposobem (bo tam już się tworzyły strefy okupacyjne i to była strefa radziecka, może później jeszcze przemieścili) przejechaliśmy przez strefę francuską do strefy brytyjskiej, do Lubeki. To nie było daleko, to już stosunkowo niedaleko było.
W Lubece już było cudownie. Brytyjczycy, oczywiście oni szukali panienek, bo to też byli żołnierze z pierwszego frontu. Jeszcze wojna nie była skończona, bo to był 5 maja. Tylko że oni nie byli tak natrętni i ordynarni jak ci. Tak że tam było zupełnie co innego, tam było dużo oficerów z oflagu, Polaków. Oni się nami zaopiekowali. W pierwszej chwili przywieźli nam, żeby nas pożywić, wielką kanę z gęstą kaszą, z mięsem. Ale to nie dla nas było niestety, nie mogłyśmy tego jeść. Mówimy: „Kleiku nam potrzeba”. Kobiety, które tam jadły z paczek to, co miały, pochorowały się, niektóre straciły nawet życie. Tak że trzeba było bardzo z tym uważać. Wzięli nas pod opiekę, później jakieś witaminy dostawaliśmy. Mydło prawdziwe dostaliśmy, że można było się myć. Skóra schodziła całymi płatami pod wpływem mydła i ciepłej wody, całymi płatami. Płat cały zszedł i normalna skóra, dalej znów ciemna. To tak po kilku czy kilkunastu kąpielach się wszystko wyrównało. Co pewien czas tworzyły się różne wrzodzianki na brodzie. Najgorzej jeżeli było w takim miejscu, że siedzieć nie było można. Tam już było bardzo dobrze. Później, w lipcu bodajże, oficerowie z oflagu zorganizowali gimnazjum polskie i to było wspaniałe. Z miejsca poszłam do tego gimnazjum i zapisałam się. Tam było cudownie, to była prawdziwa wolność. Naprawdę było tak cudownie. Byli wspaniali ludzie, wspaniali organizatorzy tego gimnazjum. To było oczywiście na zasadach w porozumieniu z Polską Ludową ówczesną, tak że na prawach… Świadectwa były respektowane tutaj.

  • Kiedy pani wróciła do kraju?


Wróciłam w 1946 roku.

  • Jak to się stało?


Bardzo żałowałam, że wróciłam. Właściwie to ja nie chciałam wracać, chciałam tam iść na studia, chciałam jechać dalej, a moja matka, która ze mną przeżyła, mówi, że ona nie chce umierać na obcej ziemi. Koleżanki moje mówią: „To puść mamusię samą”. Ale ja mówię: „No jak to? Przeżyłyśmy obóz i mam teraz samą matkę puszczać?”. Ale później w drodze, już jak przekroczyłyśmy granicę, to ja płakałam, żałowałam bardzo i żałowałam. Na pewno źle zrobiłam. Ale trudno, stało się. [Po pół roku dostałam dopiero prace, tam gdzie nie wymagano przynależności do ZMP. Wieczorami uczęszczałam do liceum, gdzie w 1948 roku uzyskałam świadectwo dojrzałości. Borykałam się długo bez mieszkania. Było trudno. – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo.]




Warszawa, 6 listopada 2010 roku
Rozmowę prowadził Michał Wojciechowski
Krystyna Zając Stopień: cywil, służby pomocnicze Dzielnica: Stare Miasto

Zobacz także

Nasz newsletter