Krzysztof Porwit „Krzyś”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Krzysztof Porwit, urodzony w lipcu 1922 roku. W okresie Powstania miałem pseudonim – trudno powiedzieć pseudonim – „Krzyś”. Po prostu nazwisko i imię było uproszczone. Wszystko zaczęło się przeszło siedemdziesiąt lat temu, jak wybuchała wojna. Było w ten sposób, że przedtem zmieniałem wiele szkół, dlatego że ojciec był oficerem Wojska Polskiego. Zmienialiśmy różnego rodzaju garnizony. Przed samą wojną ojciec był dyrektorem nauk w Wyższej Szkole Wojennej. Jak się zaczęła wojna, to wyjechał, bo był do dyspozycji sztabu generalnego i zaczął się kłopot, dlatego że jak była tak zwana umiastówka, to znaczy wezwanie do opuszczenia Warszawy, to w nocy przyjechali do nas znajomi koledzy ojca i namówili nas, że w ten sposób, jak pojedziemy z nimi, to będziemy mogli się z ojcem widzieć. Pojechaliśmy, a okazało się, że następnego dnia w rzeczywistości ojciec przyjechał do Warszawy i był w czasie obrony Warszawy w 1939 roku dowódcą zachodniego frontu, to znaczy od strony zachodu. Myśmy w końcu znaleźli się w Lublinie i w niedzielę, czyli 10 września, to znaczy w drugą niedzielę września, tak się zdarzyło, że był nalot i schroniliśmy się do jakiegoś budynku, który został częściowo zbombardowany. W każdym bądź razie wyszliśmy z tego troszkę pokaleczeni, ale jakoś to dalej poszło. Wróciliśmy do Warszawy dopiero w połowie października, nie mając oczywiście możliwości widzenia się z ojcem, dlatego że już było to po zakończeniu działań wojennych.

  • Jak wrócił pan do Warszawy, to gdzie zamieszkaliście?

Jak wróciliśmy do Warszawy, to udaliśmy się do swojego mieszkania, ale ono było częściowo [zniszczone], okna powybijane, a potem okazało się, że to mieszkanie będzie zarekwirowane, bo to były wojskowe budynki i po prostu skorzystaliśmy z zaproszenia znajomych, którzy nam zaoferowali gościnę i w ten sposób ten okres wojny się zaczął. Tak się złożyło, że w tych szczególnych warunkach jedynym źródłem [utrzymania] dla rodziny był sklep rodzinny z artykułami oświetleniowymi na ulicy Moniuszki, którym przed wojną kierował brat mojej matki, który znalazł się jako oficer rezerwy również w obozie, tak że matka prowadziła wówczas to, a ja dosyć wcześnie jakoś się spróbowałem wciągnąć i prowadziłem rachunkowość, i byłem pomocnikiem w tej czynności. Była to, jakby nie było, pewna podpora dla większego grona rodziny: moje babci, ciotki i tak dalej. Tak to się tam ciągnęło. W tym sklepie były bardzo duże piwnice, w których były składowane różne towary. Wspominam o tym, dlatego że było to między innymi jak gdyby okazją do tego, że moja matka, która miała przedwojenne kontakty z oficerami – kolegami mojego ojca, między innymi tam czasami pomagała w ukrywaniu czegoś w tych piwnicach, co akurat pasowało i pośrednio było to jak gdyby drogą do tego, że w czasie Powstania znalazłem się w tym oddziale, to znaczy jeden z oficerów, z którym się przedtem spotykałem, uprzedził mnie, że od rana tego dnia musimy być przygotowani i mniej więcej (o ile dobrze pamiętam) o dziesiątej, jedenastej rano zgłosiłem się już na miejsce postoju tego oddziału. To był oddział wojskowy oddziału osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych.
Lokal dla tego oddziału przygotowany był na rogu ulicy Sienkiewicza i Boduena, i wówczas placu Napoleona, a teraz Powstańców. Tam już mniej więcej około jedenastej zaczęły przyjeżdżać furgonetki, w których były duże siatki jak gdyby do płotów, a one w środku ukrywały produkowane przez dział techniczny tego oddziału pistolety maszynowe, które wówczas były znane pod nazwą „Błyskawica”. Wyładowywanie trwało jakiś czas, a potem dostałem rozkaz, chyba około pierwszej, żeby pojechać po mechanika chyba od maszyn drukarskich. On mieszkał na Starym Mieście, więc pojechałem na Stare Miasto. Tam miałem odpowiednie hasło, które mi podano. Wróciliśmy razem tak zwaną rykszą, to znaczy rowerem. Szczęśliwie udało się wrócić. W ten sposób doszło do godziny piątej.
O godzinie piątej jeden z dowódców grupę, w której byłem (było tam może jeszcze z dziesięciu kolegów) poprowadził nas na wysokie piętro tego narożnego domu. Po prostu po godzinie piątej zaczęliśmy ostrzeliwać, bo naprzeciwko była Poczta Główna i na rogu Poczty Głównej był bunkier. Z tego bunkra Niemcy mieli ostrzał na cały ten plac, więc była próba na tyle, na ile było to możliwe, utrudniać poprzez ogień, co okazało się niezbyt łatwe, dlatego że chyba mieliśmy wątpliwości, czy nasza broń donosiła na taką odległość. W każdym bądź razie jakiś czas to tak trwało.
Następnego dnia rano, a właściwie przed południem był dosyć trudny okres, moment, dlatego że jeden z dowódców (zresztą inny, nie ten, o którym mówiłem, bo ten, o którym mówiłem, był z nami, a rozkaz wydawał ktoś, kto miał wyższą władzę) wydał w pewnym momencie rozkaz, żebyśmy (zgromadzona tam dość duża ilość żołnierzy) zaatakowali pocztę poprzez ten plac. To okazało się dość trudne, dlatego że po prostu było otwarte pole. W końcu się zdarzyło w ten sposób, że tam mniej więcej dwie trzecie między ulicą, tym domem, a budynkiem poczty były wysokie blaszane śmietniki. Udało się jakoś tam dać szczupaka, ale jednocześnie niestety ten pan porucznik, który poprzedniego dnia dowodził naszym oddziałem, został trafiony w czoło i zginął, a drugą osobą, która też tam się niedaleko znalazła, była pani, która była (nie znałem jej wtenczas w ogóle) dowódcą oddziału minerskiego, który współdziałał z naszym oddziałem. Ona też została ciężko trafiona, tak że straciła przytomność i po prostu w końcu niestety została zabita. To trwało jakiś czas w ten sposób.
W tym okresie Niemcy się już chyba liczyli z tym, że będą się wycofywać z poczty, ale przyjechały z ulicy Wareckiej w stronę tych domów, w których mieliśmy [posterunki], działa na gąsienicach, które ostrzeliwały, a potem po jakimś czasie się wycofały i zrobiło się ciszej i spokojniej. Wtenczas można był ewakuować się z tego miejsca, ale w każdym bądź razie w tym okresie, to znaczy [w ciągu] dnia atak się nie udał. Został wznowiony już po ciemku wieczorem, w nocy. To było już z 2 na 3 sierpnia. Wtenczas okazało się, że załoga niemiecka wycofywała się i zostało to zajęte. Tak się zaczęło. Później jakiś okres siedmiu, dziesięciu dni był bardziej związany z utarczkami z tak zwanymi z snajperami (wtenczas inaczej się mówiło), którzy z dachów polowali, to znaczy Niemców, którzy polowali na nas i w ogóle na ludność Warszawy.
Były jeszcze różne utarczki tego oddziału, w których bezpośrednio nie uczestniczyłem. Na przykład był tam dom, w którym mieścił się oddział niemieckiego SA, więc tam wspólnie z innym oddziałem, który atakował tą... Tak samo koledzy z naszego oddziału, jednym słowem ich wzięli do niewoli i przegonili. Później, z trzy, cztery dni później, była wiadomość, że przez Marszałkowską jeżdżą jakieś samochody ciężarowe i wobec tego nasz pluton został tam posłany. Było tak, że po prostu był ostrzeliwany niemiecki samochód, z którego wybiegło kilkunastu żandarmów. Właściwie to nie byli żołnierze liniowi, tylko tacy żandarmi, którzy schowali się w jednym z domów na roku Sienkiewicza i Marszałkowskiej. Tam było jakiś czas oblężenie i strzelaniny, ale oni w końcu zdecydowali się poddać do niewoli. Zostali wzięci do niewoli, zaprowadzeni, gdzie trzeba. Zresztą taka charakterystyczna [rzecz], dosyć nieczęsty przypadek, bo okazało się, że jeden z tych żandarmów, to jest doskonale mówiący po polsku Ślązak, który był w czasie 1939 roku, jak mówił, podoficerem w Armii „Pomorze” generała Bortnowskiego. Tak się zdarzyło, że on tam był przez jakiś czas wypytywany i tak dalej, ale w końcu zgodzono się na to i on wstąpił do naszego oddziału jako podoficer. Brał później udział w wielu akcjach. Pod koniec Powstania musiał się gdzieś zapaść pod ziemię, bo nie mógł włączyć się do tych, którzy walczyli w Warszawie. To był pierwszy tydzień, który miał takie dni w Śródmieściu, w tym okręgu, wtenczas trochę spokojniejsze. Jest nawet w albumie fotografia naszego oddziału, jak żeśmy wracali z łaźni, dlatego że po tych dziesięciu dniach okazało się, że łaźnia jest niesłychanie pożądanym miejscem i wracając, idąc przez Chmielną i Szpitalną, żeśmy gdzieś tam zostali przez kamerę złapani, i w tym albumie jest taki obrazek.
W tym, co mówię w tej chwili, nie byłem, bo pewna drużyna została wysłana na bliskie tereny Woli i tam była trudna walka, w której rezultacie dwóch kolegów, którzy poszli, zginęli, dwóch było rannych. Później zaczęły się, to już był chyba 13–14 sierpnia, była próba wtenczas, jak zorientowaliśmy się później i dowiedzieliśmy się już potem dokładniej, była próba nawiązania kontaktu ze Starym Miastem ze strony Śródmieścia Północ. Wobec tego większy oddział, w którym byłem ja i większość kolegów z naszego plutonu, szliśmy w kierunku Żelaznej i tam niestety po drodze na ulicę Żelazną gdzieś tam z jakiegoś domu niemiecki karabin maszynowy zabił naszego dowódcę, który szedł parę metrów ode mnie. Doszliśmy do Żelaznej. Zaczęły się ostrzeliwania i jak zapadła ciemność, to była taka sytuacja, że po obu stronach Żelaznej w stronę Chłodnej, od strony Alei Jerozolimskich licząc kierunkowo domy po obydwu stronach częściowo zaczęły płonąć na skutek bombardowań, bo tam był ostrzał z czołgów i karabinów maszynowych od strony Chłodnej. Był rozkaz posuwania się właśnie w stronę Chłodnej, co robiliśmy. W pewnym momencie była taka sytuacja, że biegnąc... Wspominam o tym, wskazując, jak to traf czy opatrzność decyduje w takich sytuacjach, bo w pewnym momencie zaplątałem się w drut i lecąc, wywaliłem się na pysk. Niestety okazało się, że to było w momencie, kiedy wybuchł jakiś pocisk z czołgu. W każdym razie z kolegów, którzy biegli obok, jeden zginął niestety, drugi został ranny, potem wyzdrowiał. Mówię o tym, dlatego że w gruncie rzeczy jest to rzeczą charakterystyczną działań wojennych, że nie ma na to żadnej rady, że nigdy nie wiadomo, kogo to trafi, a kto akurat, tak jak mówiłem, nieświadomie nawet, w końcu ratuje się, ale to jest czasami przypadek czy opatrzność, jak wspomniałem. To trwało do samego rana.
Tam potem były jeszcze walki na Chłodnej i niestety opór niemiecki po drugiej stronie Chłodnej był bardzo silny, tak że dowódcy badali, przyjeżdżali, patrzyli i w końcu zdecydowali, że zajęte trochę miejsce z tej strony Chłodnej zostało już po stronie polskiej, ale dalej się nie udało poruszyć. […]
Natomiast następny już to był dwudziesty któryś sierpnia, w którym była duża jak gdyby próba ze strony naszych oddziałów ataku przeciw atakom niemieckim, która się skoncentrowała na dwóch miejscach: z jednej strony na kościele Świętego Krzyża i jego okolic, a z drugiej strony na terenie Uniwersytetu. Część naszego oddziału – nasz pluton, brał udział w tych walkach, które prowadziły się tutaj między Czackiego a Krakowskim Przedmieściem. Grupa kolegów i ja byłem od strony Czackiego i mieliśmy jako zadanie atakować kompleks budynków od strony Czackiego, a tam był mur, więc koleżanki minerki, które właśnie współdziałały, zrobiły wyłom w murze, ale okazało się, że niestety wyłom był tak zlokalizowany, że był kryty niemieckim ogniem. Zresztą jeden z kolegów, który pierwszy tam skoczył, niestety został wówczas zabity. Myśmy się zdołali tam przedostać, podstawiając w końcu drabiny i przechodząc trochę z boku linii obstrzału niemieckiego. Na podwórzu były dwa mniejsze budynki, o które tam jakiś czas trwała walka. W końcu zostali sprowadzeni, ale nie z naszego oddziału, tylko już z innego – specjalistycznego, żołnierze z miotaczami płomieni, którzy ułatwili zajęcie tych budynków, a inne grupy walczyły bliżej kościoła. W każdym razie ta akcja zakończyła się tym, że po prostu teren kościoła Świętego Krzyża i komendy policji od tej strony zostały wtenczas zajęte. Inne grupy naszego oddziału uczestniczyły łącznie z oddziałami z Powiśla, z atakowaniem lokalu czy terenu uniwersytetu częściowo od góry, częściowo od dołu. Tak to ten dzień, przynajmniej częściowo z pewnymi sukcesami, minął.
Potem następna data, która w tych przeżyciach się wspomina, to jest dalsza próba, chyba już ostatnia nieudana niestety, nawiązania kontaktu bezpośredniego ze Starówką, to był atak, który był przygotowany w okolicy mniej więcej placu za Żelazną Bramą, tam bliżej, między Ogrodem Krasickich a tym placem. Tam niestety znowu okazało się, że po przejściu przez jakieś wyrwy w murach, które zrobiono, że tam było duże pokrycie tego obszaru przez wojsko niemieckie. W każdym bądź razie znowu zginęło tam paru żołnierzy i niestety tak samo koleżanki sanitariuszki, które próbowały rannych ratować, a niestety były zabijane. Tak wydarzenia sierpniowe się zbliżają do końca, z tym że na przełomie sierpnia i września teren zbliżony do obecnego placu Powstańców i tej naszej kwatery, był bardzo mocno bombardowany przez samoloty i przez działa, przez tak zwane krowy. W każdym bądź razie następnego dnia pod wieczór dom, w którym była kwatera, został trafiony i po prostu część tego domu została zburzona, i kilka osób niestety zginęło, to znaczy częściowo jeden z dowódców tego oddziału.
Zaraz potem na przełomie [sierpnia] i na początku września ataki lotnicze również [nas] dotknęły, niszcząc okoliczne drukarnie, które to były przez cały czas jak gdyby równoległym przedmiotem troski i działania innej części oddziału, to znaczy tych, które zajmowały się drukowaniem wiadomości, prasy. W czasie ratowania tych drukarni znowu były poważne straty. Zginął tam wówczas główny dowódca tego oddziału – porucznik Korwin-Piotrowski. Po tym następną fazą była próba zatrzymania ataku, który nastąpił ze strony niemieckiej na Powiśle. Niestety wszystko już wtedy bywało wtenczas nieskuteczne. Wtenczas Niemcy szli Powiślem i w stronę Nowego Światu. Nasz oddział jakiś czas tam walczył w okolicy ulicy Foksal i Kopernika, ale potem musiał się wycofać i właściwie przez jakiś czas prowadzone były walki w kilku ogniskach, to znaczy jedno to było bliżej ulicy Chmielnej, między Chmielną a Alejami Jerozolimskimi w stronę południową. Drugie ogniwo było [to miejsce, które] nazywaliśmy i nazywamy to terenem ogródka kawiarnianego „Latona”, który tam był na Nowym Świecie, to znaczy to było między Chmielną a Warecką. Trzecie ognisko było w ruinach poczty na ulicy Wareckiej, tej poczty, od której się zaczęło 1 i 2 sierpnia. W tym okresie znalazłem się w grupie, która była na terenie Wareckiej i poczty. [W czasie] bardzo ciężkiej walki po prostu przez parę dni bronili się i utrzymywali dom na rogu Chmielnej i Nowego Światu koledzy, którzy tam wówczas byli. W końcu musieli się wycofać w momencie, kiedy ten dom już ze wszystkich stron był podpalony i po prostu nie było już tam gdzie zostać. Mogę dodać, że dowódcą obrony tego domu był (nieżyjący już niestety) kolega Andrzej Bobrowski, który później okres wielu lat spędził w Wielkiej Brytanii i potem był szefem Związku Żołnierzy AK w Londynie.

Doszliśmy już do września. Potem poza walkami, które cały czas sporadycznie były w różne miejsca posyłane dla wsparcia (jakieś [grupy] kilkuosobowe), była jeszcze walka, która miała szerszy charakter i znowu była przyczyną strat, poległo kilku kolegów. To była próba przeciwdziałania postępowania Niemców, zbliżania się, bo oni wtenczas zajmowali dom po domu od Nowego Światu w stronę Brackiej. Tam był lokal, który nazywał się chyba „Cristal”, to znaczy on był na Brackiej, blisko Alei Jerozolimskich. Tam był atak nie tylko tego naszego oddziału, ale tak samo z Batalionu „Kilińskiego”, który był sąsiednim na obecnym placu Powstańców. Walki o pocztę na początku to były prowadzone od strony Wareckiej bardziej przez nasz oddział, a atak od strony Świętokrzyskiej i środka [placu] jak gdyby, to były... Zresztą Batalion „Kilińskiego” był oddziałem silniejszym, większym. Tam też w czasie tego ataku było pewne powodzenie, to znaczy zostali wyparci Niemcy na kilkadziesiąt metrów, ale były straty. Praktycznie potem już została ostatnia dekada września, w której już nie było organizowanych większych akcji. Osobiście miałem różnego rodzaju bardziej lub mniej dramatyczne zadania, jak jakąś służbę wartowniczą przy zrobionych zapasach formularzy, bo już przygotowywano różne legitymacje w tych drukarniach.

  • Czy w czasie Powstania miał pan styczność z ludnością cywilną?

Było kilka postaci tego kontaktu. Był bardzo specyficzny kontakt tego rodzaju, że jak nie było walk, tylko była służba wartownicza, jakieś zajęcia oddziałów, to takim bardzo częstym obrazkiem były duże grupy chłopaczków [w wieku] dziesięciu, dwunastu lat. Potem już wiedzieliśmy, jak oni się nazywają. Niektórzy już byli tak zaprzyjaźnieni, że nawet w jakichś wspomnieniach były wymieniane ich nazwiska, tak jak gdyby to był taki nieoficjalny goniec. To była jedna postać tego. Druga postać była taka, że z chwilą, kiedy trzeba było… Na przykład miałem polecenie, rozkaz i chodziłem na drugą stronę Alei Jerozolimskich, bo to był taki podział, bo potem, jak już nasza główna kwatera została zniszczona, to właściwie główne dowództwo naszego oddziału przeniosło się na Chopina. Tam potem jeden z plutonów miał walki w tak zwanej Dolinie Szwajcarskiej. Mówię o tym dlatego, że raz czy dwa razy chodziłem z jakimś meldunkiem. Jak szedłem tam, to częściowo tak było, że musiałem przechodzić przez piwnice, podwórza i obraz ludzi mieszkających, żyjących w tych piwnicach był smutny, przykry bardzo, bo było widać, że byli w trudnych warunkach. Trzeci typ był tego rodzaju, że po zniszczeniu wodociągów trzeba było wodę wybierać ze studni, więc często się zdarzało tak samo, że jak nie było akurat organizowanej akcji, to trzeba było [stać] z kubłami w kolejkach do studni, więc znowu to był inny przykład. Mówię o tym, dlatego że charakter kontaktu, rozmowy – to znaczy nie przypominam sobie, nie miałem w swojej pamięci i nie mam takiego wspomnienia, i chyba nie było tego, żebym się spotkał z pretensjami [typu]: „Coście narobili?”, aczkolwiek to nie było tak całkiem wykluczone. W każdym razie to nie było charakterystyczną cechą, którą bym wspominał.

  • Jak wyglądała kwestia wyżywienia w czasie Powstania?

W ogóle na samym początku to było trochę zapasów, były jeszcze czasami po jakiejś zbiórce dawane kawałki kabanosa i tak dalej, ale to było krótko. Potem było w ten sposób, że było właściwie sprowadzanie surowców od „Haberbuscha” czy z innych piwiarni i była kasza „pluj”. To było wspólne, z tym że być może pamięć już mnie zawodzi, ale nie przypominam sobie, żeby ten specyficzny charakter to był główny problem. Jakoś do tego żeśmy się [przyzwyczajali]. Czasami się zdarzało tak samo, to było bardzo rzadko, ktoś kiedyś polował na gołębie, które jeszcze gdzieś się plątały. Tak to było. Tyle to było. Potem przyszedł już koniec września i jak wiadomo, droga. Myśmy wychodzili w okolicy Politechniki, a potem w stronę Ożarowa.

  • Jak wyglądał sam moment kapitulacji?

To wyglądało w ten sposób, że po prostu było to zorganizowane, to znaczy w oddziałach wojskowych, przynajmniej w oddziale, w którym byłem, trzeba było też jakoś zorganizować tą smutną fazę. Były tam jakieś zbiórki, wojsko szło w szyku. Niestety było oddawanie [broni] chyba w okolicy Politechniki, o ile pamięć mnie nie zawodzi, i potem droga w kierunku Ożarowa. Tam pobyt, a potem podróż wagonami do Niemiec, z tym że myśmy byli wywiezieni w kierunku...
Myśmy pojechali do takiego obozu, który, jeżeli pamięć mnie nie myli, nazywał się Sandbostel. Mieścił się gdzieś w okolicy Bremy na północy Niemiec. Tam żeśmy dojechali chyba i gdzieś około 10 października, bo jeszcze po drodze zatrzymywaliśmy się w jakichś przejściowych obozach, w których było dużo różnych dezynfekcyjnych pralni, tak zwanego Entlausung dla tych, którzy by na to cierpieli. W tymże obozie byłem niedługo, dlatego że potem powstała możliwość zgłoszenia się. Dość dużo kolegów i ja zdecydowaliśmy się na transport do stalagu w Austrii. Myśmy byli potem przez zasadniczy okres w obozie, który się nazywał Markt Pongau. Był na południe od Salzburga. To było niedaleko Salzburga. Później w tym czasie były dwa wyjazdy z Markt Pongau, bo on był kilkadziesiąt kilometrów na południe. Jeden epizod to było wywiezienie – na jakiś miesiąc byliśmy na przedmieściach Salzburga i tam były prowadzone prace górnicze w środku góry. To trwało jakiś czas, a potem nas przenieśli, to znaczy tak zwane komando (to było kilkadziesiąt osób), do takiej miejscowości, które ostatnio widziałem w różnych zimach, że jest reklamowane jako wspaniały [ośrodek] odpoczynkowy na zimę, tylko w tej chwili nazwa mi wypadła z głowy. To tak wszystko trwało. Mniej więcej byliśmy w komando, jak się zbliżał już koniec kwietnia. Wtenczas były takie momenty dramatyczne, o tyle że rozeszły się pogłoski – bo tam chodziło się do takiej centrali, kuchni, jakie były dla tych różnych komando z garnkami przynieść zupę, jedzenie – i dowiedzieliśmy się od Francuzów, którzy tam byli, że jest kiepsko, dlatego że w pobliżu kręci się jakiś esesowski oddział i że oni mogą sobie na pożegnanie chcieć zrobić z jeńcami przykre rzeczy. W każdym razie wtenczas udało nam się zorganizować szybką ewakuację, co też trochę charakteryzuje relacje Niemców wobec miejscowych, bo myśmy wykombinowali sobie w ten sposób, że jeden z kolegów udawał, że ma atak ślepej kiszki i myśmy go zanieśli do lekarza. Lekarzowi powiedzieliśmy: „Kochany, grozi, że jeżeli oni nas tutaj wszystkich załatwią, to możecie i wy mieć potem problemy”. On zadzwonił gdzieś do obozu i oni nas ściągnęli do obozu macierzystego. Było to w ten sposób, że chyba 2–3 maja, może to było parę dni później, ten obóz obudził się rano bez Niemców, to znaczy oni gdzieś w nocy zginęli, ale taki okres bezpańskości był chyba dwa dni, bo za parę dni przyjechali Amerykanie, którzy tam się już wpakowali.
Na zakończenie jeszcze może powiem, że ponieważ zdarzyło się w ten sposób, że jakoś mówiłem po angielsku i niemiecku, to koledzy mnie mówili: „Powiedz tym Amerykanom, jak to było”. Szybko żeśmy skończyli, dlatego że jak zaczynałem mówić, jak myśmy walczyli w Warszawie, to oni nie mogli nic zrozumieć, bo jak mówiliśmy: „Przyjechały czołgi i walą”. – „Toście nie mogli zadzwonić, żeby wasze przyszły?”. Jednym słowem była taka wyraźna... Trochę robiło się wrażenie, że myślą, że my wymyślamy.

  • Jak wrócił pan z powrotem do kraju po wyzwoleniu?

To nie było takie proste, dlatego że... Naprzód zaczyna się od tego, że do obozu przyjechała grupa kilkoosobowa pod dowództwem majora wojsk polskich z Anglii dla pomocy dla jeńców. Przez jakiś czas korzystając właśnie z tego, że językowo pomagałem w kontaktach, żeby oni tam różne sprawy mogli załatwiać... Potem już mała dygresja – ta grupa zdecydowała się pojechać na północ Niemiec, dlatego że przyjechała inna ekipa z 2 Korpusu od Andersa z Włoch, bo to było w Austrii na pograniczu, więc żeby się tam nie dublować, a ponieważ wiedziałem, że ojciec jest w oflagu w północnej części Niemiec, to się z nimi zabrałem. Potem jakiś czas byłem jak gdyby nieformalnie, nieetatowo jednym z pracowników tej ekipy angielskiej. Potem się zdarzyły dwie rzeczy. Jedna to taka, że dowiedziałem się, że mój ojciec jest już w Londynie, dlatego że ten jeden z obozów jakoś wcześniej został wyzwolony i część oficerów została ewakuowana do Londynu. Druga rzecz to taka, że ponieważ to już było niedaleko, a ja dzięki współpracy z tym oddziałem byłem już takim jak gdyby troszeczkę na pół etatu, to pojechałem do obszaru, który był okupowany przez oddziały 1. Dywizji generała Maczka, to znaczy dywizji polskiej. Tam po jakimś czasie zostałem przyjęty do tego wojska i potem po jakimś czasie ojciec tam przyjechał, a później pojechałem do Londynu. Byłem w Londynie w Anglii mniej więcej około roku, to znaczy od końca 1945 roku, to końca 1946 roku. Zdawszy egzamin, byłem na Uniwersytecie Londyńskim na studium, które przerwałem, bo nastąpił taki [moment], w którym, jak wiadomo, wtenczas Wojsko Polskie przestało być polskim, tylko był Korpus Rozmieszczenia. Były trudne decyzje, ale razem z ojcem zdecydowaliśmy się na powrót do kraju i żeśmy w listopadzie 1946 roku drogą wodną – okrętem przyjechali do Gdańska czy Gdyni.

  • Czy chciałby pan coś jeszcze dodać na zakończenie?

Z perspektywy tych siedemdziesięciu czy iluś lat, które od tego czasu minęły, to pozostało mi takie wrażenie, że jeżeli tylko można, to lepiej żeby opatrzność do wojny nie dopuszczała, dlatego że bo bywają czasami, jak wiadomo, były dyskusje na temat celowości Powstania, więc praktycznie rzecz biorąc zasadnicze pytanie jest takie: a jaka była alternatywa? Każda alternatywa jest co najmniej potencjalnie równie zła, więc walka w warunkach, które są nieproporcjonalne, z małymi szansami, jest bardzo trudna i ciężka, ale każda wojna jest w gruncie rzeczy bardzo trudnym i przykrym zdarzeniem. Jeśliby tylko można, to lepiej, żeby jej nie było.




Warszawa, 7 marca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Katarzyna Pruszyńska
Krzysztof Porwit Pseudonim: „Krzyś” Stopień: kapral Formacja: Oddział Osłonowy Wojskowych Zakładów Wydawniczych Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter