Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Maria Cześnin-Straszewicz „Marzena”
Maria Cześnin-Straszewicz
pseudonim
„Marzena”
stopień
sanitariuszka
formacja
Szare Szeregi; III Kompania Batalionu "Kiliński"
dzielnica
Śródmieście
Zobacz biogram

W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego miałam lat czternaście. Od dwóch lat byłam już członkiem Szarych Szeregów. W tej chwili pojęcia takie jak lat dwanaście, czternaście wydają się zarezerwowane wyłącznie dla dzieci. Natomiast my już nie byliśmy dziećmi. My już widzieliśmy i w 1939 roku zrujnowane miasta i traciliśmy naszych najbliższych, i widzieliśmy ludzi zabitych, widzieliśmy, przymuszeni, zgonieni przez Niemców, jako przymusowi widzowie, ludzi rozstrzeliwanych na ulicy. Byliśmy świadkiem tego wszystkiego i rosła w nas nienawiść do okupanta, nienawiść do tego, kto zabrał nam ojczyznę. Bo słowa, może dzisiaj używane bardzo rzadko i inaczej pojmowane, bo dla nas słowa takie jak ojczyzna, walka za wolność, honor, Polska były to słowa święte i znaczyły bardzo wiele. Ale wracając do Powstania, 1 sierpnia zbyt późno zawiadomiono o tym, kiedy się zacznie Powstanie, nie zdążyłam na swój punkt zborny. Wobec tego w momencie, gdy wybuchły pierwsze strzały o godzinie siedemnastej pobiegłam tam, gdzie widziałam, że coś się dzieje, zaczyna się jakaś walka. Był to budynek na Górskiego 3, dokładnie naprzeciwko olbrzymiego budynku szkoły im. Wojciecha Górskiego, zajętego przez Niemców. Atakowała duża grupa bardzo młodych ludzi, myślę że mających lat osiemnaście, dziewiętnaście. Może byli jacyś dwudziestoletni, czy nawet dwudziestoparoletni między nimi. Była to III Kampania BAtalionu AK "Kiliński", która przyjęła mnie w swoje szeregi. Wszyscy mieli biało-czerwone opaski, oczywiście ubrania cywilne, jak wszyscy w czasie wojny, nieco podniszczone. Broni było bardzo mało. Był jeden pistolet maszynowy, który w dodatku się zaciął. Pamiętam, jak kolega kopal go, żeby uruchomić. Było trochę granatów, trochę jakiejś broni ręcznej, ale wlaściei to wszystko razem nie dawało podstaw do zdobycia kilkupiętrowego olbrzymiego gmachu. Zresztą, muszę powiedzieć, że ostrzał ze strony niemieckiej też nie był jakiś bardzo wielki, agresywny. Zbliżał się wieczór, strzały ucichły i dowódca wydal rozkaz przystąpienia do nowego szturmu dopiero rano. Pozwolił żołnierzom przespać się. Oczywiście wszyscy położyli się na podłodze w tych mieszkaniach, które, rzecz jasna lokatorzy udostępnili nam. Z rana otrzymaliśmy rozkaz szturmu. Ale nie było czego szturmować. W ciągu nocy Niemcy uciekli. Po prostu opuścili szkolę, uciekli. Nasze poprzednie informacje mówiły, że w tej szkole są jakieś formacje pomocnicze i na pewno damy sobie z nimi łatwo radę. Dopiero wiele lat po wojnie, między innymi dzięki wspomnieniom Edmunda Osmańczyka, okazało się, że Niemcy trzymali tam swoją, doskonale uzbrojoną po zęby, brygadę SS. Niemcy tak się przerazili Powstania, że po prostu uciekli nocą przez mur na inną ulicę. Weszliśmy do tej szkoły oddając bardzo niewiele strzałów. Zaczął się okres pierwszej euforii. Niemcy bali się nas, Niemcy uciekali! Pamiętam dokładnie te pierwsze dni, tę olbrzymią radość, że przecież już Poczta Główna jest nasza, kwatera Komendy Głównej Policji na Szpitalnej jest nasza, Prudencjal jest nasz. No, idziemy do przodu, za chwilę przyjdą nasi... No, ci nasi to było bardzo szerokie pojęcie, nie wiem, czy Anders na białym koniu, czy Amerykanie, czy Anglicy, ale przyjdą nasi, wyzwolimy Warszawę i będziemy wreszcie w wolnej Polsce. Tym ciężej było budzić się każdego rana w coraz smutniejszej rzeczywistości. Ginęło coraz więcej naszych kolegów. Rósł coraz gęstszy rząd cmentarzy na ulicach. Ponieważ płyty chodnikowe poszły na barykady, ulicę stanowiły ziemia i piach. I w tym się kopało groby. I coraz było więcej tych grobów, coraz było więcej krzyży. Ciągle ktoś ginął. Ciągle dochodziły smutne wiadomości, że jakaś dzielnica musiała się poddać, że Niemcy wkroczyli. To były rzeczywiście chwile niezwykle ciężkie, bo jakoś tak powoli traciliśmy nadzieję. Wciąż ta straszna pieśń nadawana przez radio „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej”. Okazuje się, że było to hasło oznaczające: „dziś nie będzie więcej zrzutów”. Na ogół mało kto o tym wiedział. Te coraz smutniejsze nastroje. I jeszcze ta żałobna pieśń była dla nas przygnębiająca. Co nie oznaczało, że upadał duch walki. Ja byłam, właściwie trudno powiedzieć, pełną sanitariuszką, pomocą sanitarną. Starałam się robić to, co mogłam. Po dwóch tygodniach chyba z samej centrali, ze szkoły Górskiego, przeniesiono mnie do takiego szpitalika, który lekarz mający duże, siedmiopokojowe mieszkanie założył na ulicy Górskiego pod piątką. Tam było, najpierw kilku, a potem kilkunastu, kilkudziesięciu rannych. Lekarz, który też miał różne inne obowiązki, wpadał na chwilę, albo nie wpadał, była tam jakaś starsza pielęgniarka i były ze trzy takie same młode dziewczyny jak ja. Dość szybko musiałam się nauczyć opatrywać rannych i zmieniać te opatrunki i podawać leki, póki jeszcze te leki były, robić zastrzyki, nawet zastrzyki dożylne. Po prostu wszystko, żeby ratować jakoś tych ludzi. Już zaczynał nam bardzo dokuczać głód. Zapasy jedzenia kończyły się. Jednocześnie było coraz mniej wody. Ciężko było tych rannych umyć. Szedł ostrzał i bombardowanie. Dokoła nas waliły się mury. Grzmiały wystrzały te słynne krowy ryczące. A jednocześnie, mimo że byłyśmy naprawdę zupełnie smarkatymi dziewczętami, wiedziałyśmy, że nie wolno nam zejść do piwnicy, nie wolno nam się chronić, bo co my zrobimy z tymi rannymi ludźmi. Trzeba było ich pocieszać, osłaniać. Siedzieliśmy tam wszyscy jakoś wzajemnie się ratując. Sytuacja ogólna była coraz gorsza. Padło Stare Miasto, ludzie zaczęli przechodzić kanałami, opowiadając, co się naprawdę dzialo i co Niemcy wyprawiają z ludnością cywilną i z żołnierzami którzy wpadną w ich ręce. Już wiedzieliśmy, że mordują rannych, że zabijają cywili, że rozstrzeliwują ludzi i zdawaliśmy sobie sprawę coraz bardziej, że nikt nam nie pomoże. Te zrzuty amunicji czy żywności, to raz spadały tak, że dostawały się w nasze ręce, innym razem tak, że dostawały się w ręce niemieckie. Chwile były coraz trudniejsze. Jednocześnie mimo że nikt, prawie nikt, z nas nie marzył o tym, żeby weszli do Warszawy jako zwycięzcy wojska radzieckie. Ale w jakimś sensie chyba to pięknie oddaje wiersz powstańczy: „Czekamy ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”. Tak to mniej więcej wyglądało. Czy się baliśmy? Chyba nie było człowieka, który by się nie bal. Każdy się bal, ale nawet do strach można przywyknąć. Potem robiło to coraz mniejsze wrażenie. Pewnym takim, jak gdyby jaśniejszym przebłyskiem, dającym nadzieję było 20 sierpnia zdobycie PASt’y. Przede wszystkim brał w tym udział batalion Kilińskiego. PAST’a, ta bardzo silnie broniona placówka niemiecka, została zdobyta. Znów na chwilę wstąpiła w serce nadzieja. Ale była to bardzo krótka nadzieja, dlatego, że potem zaczęło już być coraz trudniej, coraz większe bombardowania, coraz więcej domów waliło się. Pamiętam, już nie wiem w jakim celu, szłam wtedy kawałek ulicą Marszałkowską i po dwóch stronach płonęły domy. Szło się zupełnie w tunelu ognia. Chyba nigdy nie zapomnę tego zapachu spalenizny i spalonych ciał ludzkich. To był taki odór, który wisiał nad całą Warszawą. Głód już wtedy był duży. Właściwie z każdym dniem było coraz mniej nadziei, co nie oznaczało, że ktoś z nas pragnął kapitulacji. Byliśmy zdecydowani walczyć i robić swoje do końca. Trudno. Tylko myślę, że podświadomie każdy z nas już się jakoś tak żegnał się z tym życiem i wydawało się, że mało jest nadziei. Strasznym momentem był 6 września, kiedy na szkolę Górskiego spadły bomby . Cztero czy pięciopiętrowy gmach został zniszczony, grzebiąc pod gruzami bardzo dużą liczbę żołnierzy naszego batalionu. Część z nich udało się odkopać, część z nich straciła życia. Ponieważ Niemcy zbliżali się do północnej części Śródmieścia, myślano o ewakuacji nas do części południowej. Przede wszystkim trzeba było przenieść chorych i rannych. Część południowa Śródmieścia jeszcze jakoś się trzymała, było tam życie w miarę w tych warunkach normalne. Ci ranni, którzy mogli chodzić, to jakoś przy pomocy sanitariuszek, ludności cywilnej, żołnierzy szli przez Aleje. Aleje Jerozolimskie były pod stałym ostrzałem. Wobec tego na wysokości ulicy Kruszej wykopano tunel i po dwóch stronach barykady. Niestety, praca pod ostrzałem była bardzo ciężka, więc te barykady były niewysokie i trzeba było iść zgiętym w pół. Trzymając nosze, iść zgiętym w pól, nie było łatwo. W każdym razie ludzie bardzo pomagali. Nie pamiętam, żeby którykolwiek z rannych został porzucony i zapomniany. Po drugiej stronie Alej Jerozolimskich, Warszawa też głodna i też umęczona, ale jednak jeszcze nie była tak zbombardowana. Po przekazaniu rannych do kilku dobrze funkcjonujących punktów sanitarnych w Śródmieściu, właściwie zakończyłam swoją działalność powstańczą. Natomiast dobrze pamiętam moment po kapitulacji i wyjście z Warszawy. To mi utkwiło na zawsze w pamięci. Szedł tłum warszawiaków. Już przeszło wojsko. Widzieliśmy koło Politechniki, szliśmy ulicami Śniadeckich, Nowowiejską i koło Politechniki stali Niemcy. Już zdążyli zebrać całą broń, którą powstańcy musieli rzucać idąc. Szedł tłum cywilów. Stal taki Niemiec, taki rozparty, wziął się pod boki i tak mówił łamaną polszczyzną: „Ha, ha, ha jeszcze Polska nie zginęła”. Ja sobie wtedy pomyślalam: „Tak, jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie, ale ty, chamie, z twoim führerem na pewno zginiesz”. Koniec, kropka.

  • Chciałem zapytać jeszcze panią, kiedy zetknęła się pani z konspiracją?

Istniało tajne nauczanie. Ja chodziłam do szkoły im. Cecylii Plater-Zyberkówny i przed wojną i w czasie konspiracyjnego nauczania. Miałam wtedy dwanaście lat. Nasza nauczycielka tak upatrzyła sobie kilka dziewcząt w naszej klasie i powiedziała, że drużyna imienia Królowej Jadwigi, przedwojenna drużyna, obecnie włączona w Szare Szeregi, wznowiła swoją działalność i dostępujemy tego olbrzymiego wyróżnienia, że sześć dziewcząt z naszej klasy zostaje przyjętych. To było pierwsze zetknięcie.

  • Jak zareagowali pani rodzice, czy jakoś byli temu przeciwni?

Rodzice byli najpierw zupełnie przerażeni i usiłowali dowiedzieć się, kto będzie nami dowodzić. Okazało się, że zastępowa, która może wtedy miała szesnaście, siedemnaście lat. Kiedy rodzice pytali: „no, dobrze, ale kto wami dowodzi?”. Ona uczciwie powiedziała: ”ja nie wiem, ja tylko znam swoją drużynową”. Także tutaj konspiracja była głęboka. Rodzice byli przerażeni, ale nie było takiej siły, która by mogła powstrzymać młodzież od działania. Po prostu nie było siły. Dzisiaj w czasie dyskusji o tym, czy Powstanie było potrzebne, czy nie, czy można było go uniknąć czy nie, ja mogę powiedzieć to, co ja myślę o tym. Może i nie było potrzebne, ale było nieuniknione. Nie było tej możliwości, żeby rozpalonych patriotycznie młodych ludzi powstrzymać od bicia Niemców w momencie, gdy się pierwsza okazja nadarzyła.

  • Wspominała też pani o żywności, o zaprowiantowaniu. Skąd państwo je brali na początku, a później, kiedy owało, to jak to wyglądało?

Przede wszystkim w każdym mieszkaniu były zapasy. Stąd w tej chwili mam wrażenie, że ludzie, którzy przeżyli wojnę nie chcą trzymać nawet trzech kilo cukru w domu, bo już samo słowo zapasy jest obrzydliwe. W każdym domy były zapasy, które rzecz jasna dawało się. Wielu cywili prowadziło kuchnie, wszystko, co miało, gotowało, karmiło żołnierzy. Ze sklepów można było jeszcze coś dostać. Sklepy nie były źle zaopatrzone. W pierwszym okresie była żywność. Później, ja tego na własne oczy nie widziałam, ale mówiło się głośno o tym, że wystrzelano wszystkie gołębie i sporo psów. A w ogóle byliśmy głodni, brudni i bardzo niewyspani, zmęczeni.

  • Jak wyglądała pani praca sanitariuszki, jak wyglądał dostęp do leków, skąd się brały?

Wiem, że były jakieś zapasy leków, których było coraz mniej. Dla mnie to były zresztą obce nazwy tych leków. Dostawałam i mówiono mi co mam z tym lekiem zrobić, podawać, czy posypywać rany, co zrobić. Ale ze wszystkim był kłopot. W naszym szpitaliku owało gazy, bandaży, środków dezynfekcyjnych, coraz było tegop mniej.

  • Czy w tym szpitalu była jakaś radiostacja, czy pani słuchała radia? Czy państwo czytaliście prasę?

Były chyba jakoś przez głośniki nadawano komunikaty. Bo pamiętam, że komunikaty były, ale jaką drogą do nas dochodziły, nie pamiętam.

  • Czy jakaś prasę pani czytywała, czy była rozprowadzana?

To już nie było moje zadanie. Wiem, że był „Biuletyn Informacyjny”, który stale wychodził. Wiem, że gońcy roznosili informacje.

  • A do pani to trafiało?

Trafiało, pamiętam, że coś przeglądałam, ale co tam było w tej chwili to nie powiem.

  • Jak Powstanie się skończyło, powstańcy skapitulowali, co wtedy się z panią działo?

Ja wychodziłam z ludnością cywilną. Na szczęście byłam jeszcze w tym wieku, że mogłam wyjść z ludnością cywilną. Pognali nas piechotą na dworzec zachodni i do Ursusa, do tych wielkich hal fabrycznych w Ursusie, bo już Pruszków przepełniony. I tam na gołym betonie, bez jedzenia trzymano nas przez parę dni. Ale w końcu były takie tłumy uchodźców z Warszawy, że jak ktoś był stary czy smarkaty, to przymykano oczy, że on stamtąd wyjdzie. Przychodziły ekipy Czerwonego Krzyża w białych fartuchach. To ktoś komuś biały fartuch pożyczył, to kogoś wzięli jako pomocnika. W każdym razie bardzo dużo osób stamtąd wyprowadzono. No, a jak człowiek już był poza obozem, to wiadomo, że można było jakoś to życie zorganizować. Tu krewni, tu przyjaciele. Ludność bardzo pomagała.

  • Została pani w Polsce?

Tak, zostałam w Polsce, nie miałam żadnego powodu, żeby gdzieś wyjeżdżać. Nie byłam w żadnym obozie, więc nawet gdybym chciała, to bym nigdzie nie wyjechała. Miałam jedno marzenie – skończyć szkolę. Ponieważ atmosfera była taka, że zaraz po tej wojnie zacznie się trzecia wojna światowa, to moim pierwszym marzeniem było, chociaż małą maturę zrobić, to znaczy po czterech klasach gimnazjum. Potem się okazało, że i dużą maturę mogłam zrobić i studia mogłam zrobić. Zresztą może dlatego to wykształcenie tak bardzo ceniliśmy, że trudno je było zdobyć, że właściwie nigdy nie było wiadomo, kiedy historia przekreśli nasze życiowe plany.

  • Czy oprócz Niemców spotkała się pani z jakimiś innymi narodowościami?

Nie. Wiem, że były tam pojedyncze przypadki jakichś innych krajowców, ale ja się nie spotykałam z tym, tylko z Polakami.

  • Czy do szpitala też trafiali Niemcy? Czy zdarzało się pani opatrzyć jakichś Niemców?

Nie, ale jeżeli ktoś jest ranny, to go trzeba oparzyć, to jest normalna rzecz.

  • Czyli jeńcy też tam trafiali?

Nie, ja nie miałam żadnego kontaktu z jeńcami. Widziałam grupy jeńców niemieckich prowadzonych przez nasze oddziały, ale nie widziałam, żeby ktokolwiek z naszych żołnierzy uderzył jeńca niemieckiego, czy powiedzmy go popchnął. Traktowanie jeńców, z tego, co ja wiem, było niezwykle przyzwoite. Gdzie ich trzymano, czym ich karmiono, tego nie wiem, nie umiem powiedzieć. Ja się z nimi nie stykałam osobiście, tylko widziałam.

  • Proszę powiedzieć, jakie jest pani najgorsze wspomnienie z Powstania?

Też nie powiem, którego to było dnia, pierwsza dekada Powstania. Działalność naszej placówki rozciągała się również na domy na Nowym Świecie. z okna domu Nowym Świecie patrzyłam w stronę Krakowskiego Przedmieścia i widziałam, jak przed czołgami niemieckimi idzie tłum ludności polskiej, żeby uniemożliwić strzelanie do tych czołgów. To było chyba najstraszniejsze. Widziałam to z daleka przez okno i muszę powiedzieć, że tragedią był każdy pogrzeb człowieka, którego znałam. Dziś rozmawiam, śmiejemy się, gadamy, no przecież nie można było się przecież cały czas bać i strzelać. Przecież było jakieś normalne życie i widzieć, że dzisiaj rozmawiamy i widzimy się, a jutro na noszach przynoszą zwłoki. To za każdym razem było ciężkie.

  • A najlepsze wspomnienie z Powstania?

Śmieszna rzecz. To było tego wieczoru, kiedy właściwie tak na dobrą sprawę bez ciężkiej walki zdobyliśmy tę szkolę Górskiego. Zebraliśmy się w świetlicy, szczęśliwi, odprężeni, no w końcu zdobyliśmy i nic złego nie działo. I śpiewaliśmy sobie wtedy takie różne piosenki, między innymi „Jak dobrze nam zdobywać góry” i byliśmy normalną młodzieżą, której by się należało pójście w góry na wycieczkę, jakimś szlakiem pięknym, bez tych wszystkich okropności koło nas. To było jakieś zapomnienie o tym, co nas otacza.
Warszawa , 12 lutego 2005 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Seweryn

Zobacz także


kapral podchorąży

Stanisław Czermiński „Miles”

Nazywam się Stanisław Czermiński. Mam już osiemdziesiąty pierwszy rok życia....

więcej
łączniczka

Halina Cieszkowska „Alika”

Jaki był pani stopień wojskowy i przynależność do oddziału w czasie Powstania Warszawskiego? W...

więcej
starszy strzelec

Antoni Roszkowski "Tolek"

Na początku chciałabym, aby pan się pan powiedział swoje imię i nazwisko. Roszkowski Antoni. Kiedy pan...

więcej
podchorąży

Andrzej Danysz „Filozof”

Kiedy i gdzie się pan urodził? Urodziłem się w Warszawie, 22 lutego 1924 roku....

więcej