Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Maria Urbaniec-Downarowicz „Myszka”
Maria Urbaniec-Downarowicz
pseudonim
„Myszka”
stopień
strzelec, łączniczka
formacja
Batalion „Zośka”
dzielnica
Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków
Zobacz biogram
  • W momencie wybuchu wojny miała pani dwanaście lat. Proszę powiedzieć, czym się zajmowała pani jeszcze przed wybuchem wojny?

Chodziłam do szkoły, to była szkoła na ulicy Kazimierzowskiej numer 36 i byłam tam w jakiejś malutkiej drużynie harcerskiej. Wychowywałam się na podręcznikach, w ogóle na I wojnie światowej... Mój ojciec był legionistą, matka była „peowiaczką”, także w domu mówiło się o niepodległości, którą oni uzyskali. W 1936 roku zamieszkaliśmy w Warszawie.

  • Należała pani do harcerstwa?

W szkole. Do jednej malutkiej drużyny należałam, króciutko, bo wybuchła wojna.

  • Gdzie się pani wówczas znajdowała?

To było tak – mój ojciec był dyplomatą, wicekonsulem na Węgrzech i w 1939 roku odwiedziliśmy ojca i 28 sierpnia wyjechaliśmy z Węgier do kraju, bo w kraju będzie najbezpieczniej. Wróciliśmy, po drodze nam bagaże przepadły, ale wróciliśmy do Warszawy. Tymczasem Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że wszystkie rodziny pracowników muszą wyjechać z Warszawy. Zorganizowali transport i nas wywieźli. Były różne dzieje tego wyjazdu, tej ucieczki, bombardowań. Wylądowaliśmy w końcu we Lwowie. We Lwowie nocowaliśmy na dworcu kolejowym, koczowaliśmy właściwie na naszych rzeczach i moja mama, gdy wyszła do miasta, spotkała swoją siostrę. Siostra Władysława Piechowska już była urządzona, ona też była „peowiaczką” i była już w ZWZ. Organizowała pierwsze kontakty. Zabrała nas z dworca i do Wielkanocy 1940 roku byliśmy we Lwowie, ale jak się zaczęły wywózki, to przez zieloną granicę wróciliśmy do Warszawy. Ciocia została, miała jeszcze załatwić parę spraw, ale na drugi dzień już ją wywieźli. Na zielonej granicy złapali nas Rosjanie. A z nami szli, mówili, że są przemytnikami, ale myślę, że to byli kurierzy z konspiracji. Nas była trójka dzieci, bo jeszcze dwóch braci Andrzej i Maciej było i mama Zofia Jadwiga. Wsadzili nas do chlewika i tam urzędowaliśmy z tymi niby przemytnikami. Oni poradzili, że jak nas wyprowadzą, będą pytać, gdzie idziemy, to mamy powiedzieć, że idziemy właśnie do nich, od Niemców, bo oni każą wrócić z powrotem. I rzeczywiście, wyciągnęli nas z tego chlewika, pytają, gdzie my idziemy: „My do was”, mama jeszcze tłumaczy, że mąż jest na Węgrzech, że nam tu będzie bliżej, że pójdziemy tam. „No to dawaj nazad” i wyprowadzili nas prosto w ręce Niemców. Niemcy pytają, dokąd idziemy, to my mówimy, że mieszkamy w Warszawie, są dokumenty, zameldowanie i wracamy do domu z tej tułaczki. Oddzielili od nas Żydów, pamiętam, że tak strasznie Żydówkę ciągnęli po ziemi i ona ogromnie krzyczała. Bardzo wtedy byłam przestraszona. A nas inny Niemiec wprowadził do lasu i w pewnym momencie powiedział: „Tam jest stacja kolejowa. Idźcie z Bogiem. Ja jestem Austriakiem”. I nas wypuścił. Także wróciliśmy akurat na Wielkanoc do Warszawy.

  • To znaczy cała pani rodzina?

Nie, ojciec jeszcze jest wtedy na Węgrzech, mama, bracia i ja wróciliśmy. Jeszcze moja cioteczna siostra Hanna Piechowska, córka tej cioci, która została [we Lwowie] i została wywieziona.
Zaczęło się życie w Warszawie. Mieszkanie, wszystkie rzeczy już były gdzieś poskładane, ktoś inny już zajął, bo przyjechali wywiezieni z Zachodu, ale jakieś mieszkanie jeszcze w tej kamienicy dostaliśmy i zaczęła się szkoła. Chodziłam do szóstej klasy powszechnej i wtedy moją szkołę na ulicy Kazimierzowskiej zajęli Niemcy na koszary, a ja chodziłam pieszo na Woronicza, tam gdzie teraz jest telewizja. Po skończeniu, wtedy było siedem klas, przedłużyli naukę, żeby zamiast pierwszej gimnazjalnej była siódma klasa. Jak się skończyła siódma, to zaczęłam chodzić do prywatnego gimnazjum, bardzo znanego w Warszawie, do Szachtmajerowej. Tam kiedyś uczyły się córki Piłsudskiego. Kult Piłsudskiego był ogromny w tej szkole. Pod płaszczykiem szkoły krawieckiej odbywały się normalne lekcje, nosiłyśmy zamiast obcasów notatki z lekcji, a na stoliku zawsze leżała koszulka niemowlęca zaczęta i myśmy udawały, że szyjemy w razie czego. [...] W międzyczasie, moi bracia są starsi, oni mają dużo kolegów, ja mam dużo koleżanek, w naszym mieszkaniu kotłuje się od tej młodzieży i wśród tej młodzieży zaczynamy rozmawiać, kto, gdzie, chciałby co robić, bo oczywiście nie możemy być obojętni. Jako młodsza siostra to nie, ale moi bracia już do szkoły kadeckiej poszli. W domu odbywały się zbiórki, ja to słyszałam, złościłam się, że mnie nie dopuszczają, ale nie mogłam iść do kadetów. Później z koleżankami starszymi kończyłam kurs łączności, uczyłyśmy się alfabetu Morse’a i przeszłyśmy ten kurs, ale to nam nie odpowiadało, chciałyśmy czegoś bardziej aktywnego. I jeden z kolegów mojego brata, Jerzy Łukoski i „Jaga” Zofia Janczewska, która mieszkała w naszej kamienicy, oni już byli w „Zośce”. To jeszcze nie była „Zośka”, ale byli w grupach szturmowych i zaproponowali, że może tam bym poszła. Oczywiście, że się zgodziłam, bo już taka legenda malutka była, po cichu o „Zośce”. Znowu przeszłam przeszkolenie, ale minerskie, jak wysadzać mosty, różne poważne kursy.

  • Jak wyglądały takie szkolenia?

Przychodził oficer, w butach z cholewami, oczywiście w prywatnym ubraniu. Ale buty z cholewami musiały być, takie, które błyszczały z daleka. Wiadomo było, że to idzie konspirator. Miałyśmy wydrukowane papierki i miałyśmy się z tego uczyć – jaka jest broń chemiczna, jak się używa trotylu, jakie ilości trzeba załadować. Ale to dla dziewcząt było tylko tak na wszelki wypadek.

  • Została pani zaprzysiężona?

Tak.

  • W którym roku?

Już na tym kursie łączności, to był 1942 rok. Powiedziała pani, że miała dość liczną rodzinę, z czego się państwo utrzymywali w latach okupacji? Ponieważ ojciec przed wojną był dobrze sytuowany, mieliśmy bardzo dużo ładnych dywanów. Ojciec na przykład był na placówce w Chinach, przywoził bardzo piękne rzeczy stamtąd i to było sprzedawane. Poza tym moja matka od razu zaangażowała się w konspiracji, była łączniczką dowódcy Śródmieścia pseudonim „Rączka” i organizacja też w jakiś sposób pomagała. Troszkę też rodzina. Później najstarszy brat Andrzej zaczął pracować. Był inkasentem zakładów energetycznych pod Warszawą, jeździł na rowerze i sprawdzał liczniki, a w lecie pilnował ogrodów działkowych, był dozorcą wtedy, także cała rodzina pomagała. Później robiłam papierosy u kogoś prywatnie, przychodziłam do mieszkania, dostawałam gilzy, tytoń i wciskałam, później przypalało się koniuszki i to były tak zwane „swojaki”. Pani, u której robiłam płaciła mi tylko za ilość. Później, w 1942 roku, mama została aresztowana. Najstarszy brat, Andrzej, który był inkasentem, zachorował na gruźlicę i był w szpitalu. W tym momencie, kiedy Niemcy przyszli aresztować mamę, on leżał jeszcze chory w domu, miał papiery ze szpitala, że to jest gruźlica. Średni brat Maciej był poza domem i mama była poza domem, kiedy Niemcy przyszli i dozorca mamę uprzedził, że Niemcy są, ale mama wiedziała, że my jesteśmy i przyszła.

  • Za co mama została aresztowana?

Bo była wsypa. Trudno mi mówić...

  • Dobrze, przejdźmy dalej w okolice 1944 roku. Czy pamięta pani atmosferę tamtych dni?

Tak. To była szczególna atmosfera. Myślę, że wszyscy byli zaangażowani, nie było chyba młodzieży, która by nie była skoncentrowana czy zorganizowana w jakiejś jednostce i myślę, że gdybyście wy młodzi, byli wtedy w Warszawie, to byście na pewno tak samo byli zaangażowani i pracowali.

  • Czy był bardzo podniosły nastrój? Jakie były odczucia?

Nie wiem... Teraz na sześćdziesięciolecie, to chyba była bardzo podobna atmosfera, cała Warszawa była nastawiona do powstańców w jakiś szczególny sposób i ta atmosfera była taka sama jak wtedy. To znaczy, na przykład jeden z naszych kolegów Zbyszek Mossakowski został aresztowany i myśmy z bratem Maćkiem wracali do domu, a dziewczynka, która miała może sześć lat, na hulajnodze, przejechała koło nas i powiedziała: „Nie idźcie do domu, Zbyszek aresztowany”. Pojechała dalej. Ktoś jej powiedział, czy sama, bo mieszkała w tej samej kamienicy. Jak była jakaś łapanka, potrafili ludzie ostrzec: „Nie idźcie tam, bo tam łapią”.

  • Gdzie zastała panią godzina „W” i wybuch Powstania?

Muszę wrócić do tematu aresztowania mamy. Zostaliśmy sami z bratem Maćkiem, który był starszy o dwa lata ode mnie. Miałam wtedy czternaście, brat szesnaście [lat]. Ale mieszkała w tej kamienicy inna ciocia, wujostwo. Postanowili, że sprzedadzą nasze mieszkanie, a my zamieszkamy razem i trochę będzie środków na życie, a później jakoś to się dalej rozwiąże. W międzyczasie przyszli ludzie z organizacji i donosili pieniądze na nasze utrzymanie, a myśmy się zaprzyjaźnili z Jurkiem Romanem, który też był kadetem. Jego złapano na ulicy, właściwie myśmy byli razem na pogrzebie ojca kolegi Józika Kuczyka. Wracaliśmy z pogrzebu, była łapanka, z tej łapanki zabrali Jurka Romana, naszego przyjaciela. I jak Niemcy podeszli i rewidowali mojego brata Maćka, to ja stałam dalej. Podbiegłam, stanęłam przed Niemcem i zaczęłam mówić pacierz, i on zdjął bratu czapkę, popatrzył i mówi: „Idźcie!”. Puścił nas. Ale tego kolegę zatrzymał. Teraz była straszna chwila dla nas, bo trzeba było jego matkę Halinę Romanową zawiadomić, jego siostrę Alinę, a myśmy się już tak całymi rodzinami przyjaźnili. A jeszcze, miałam konflikt z ciocią, u której mieszkałam już potem, bo musiałam wychodzić z domu, byłam łączniczką i miałam zadania, a ciocia była bardzo niezadowolona, ciągle mówiła: „Nie wystarczyło, że mamę aresztowali, to wy jeszcze tutaj chcecie nas?”. Więc zaczynałam kłamać, mówiłam, że gdzieś idę, a wcale tam nie szłam, to się oczywiście natychmiast wydało, a mama tego rozstrzelanego chłopca powiedziała: „Przenieście się do mnie, mam pokój po Jurku, będziemy razem sobie radzić”. I myśmy się przenieśli do pani Romanowej. To była naprawdę nadzwyczajna kobieta, która umiała dalej z młodzieżą współpracować. Pomimo śmierci syna, chciała mieć więcej dzieci i wiedziała, że myśmy się przyjaźnili, że byliśmy jego bliskimi.

  • Gdzie mieściło się to mieszkanie?

Na ulicy Zielnej, chyba Zielna 22, koło tej słynnej poczty, która później była zdobywana w czasie Powstania. Teraz mieszkałam z tą panią, z bratem, i z jej córką. Jak wybuchło Powstanie, to każde z nas szykowało... To znaczy wcześniej jeszcze był alarm, 26 lipca i wtedy już każde z nas wychodziło z domu, żegnaliśmy się, wiedzieliśmy, że idziemy na swoje punkty. Pani Romanowa była w BIP. Później, w czasie Powstania, to wiem, że pracowała w takiej fabryce granatów, gdzie zbierali różne szczątki niewypałów. Pracowała na Mokotowskiej. Na moment był alarm odwołany, potem drugi raz się żegnaliśmy i każde z nas poszło w swoją stronę. Każdy gdzie indziej.

  • Gdzie panią zastał pierwszy dzień Powstania? Jakie miała pani obowiązki?

Myśmy mieli drużynę jedną w Radości. Normalnie, to co niedzielę jeździłam do nich z meldunkami, a tym razem już nie mogłam pojechać do Radości, bo nie zdążyłabym wrócić. Tak że ta jedna drużyna nie była zawiadomiona, nie była w Powstaniu. Później niektórzy pojedynczo starali się dotrzeć, natomiast ja razem z dowódcą, właściwie naszym szefem kompanii Henrykiem Kozłowskim „Kmitą”, z łączniczką dowódcy kompanii Anną Jastrzębską „Anną”, jechaliśmy samochodem wypełnionym bronią, wjechaliśmy uzbrojeni.

  • W co pani była uzbrojona podczas Powstania?

Nie. Później zdarzała się broń, ale na początku nie. Mieliśmy punkt w fabryce „Telefunkena” na Mireckiego. Tam cały nasz batalion miał koncentrację. Tu właśnie była możliwość nałożenia opasek, ta wielka radość, wszyscy natychmiast zakładali. Janek Rodowicz „Anoda” nawet przyjechał w mundurze swego ojca, w ułańskim mundurze. Było mnóstwo radości. Ale krótko, dlatego, że przyjechali Niemcy. Nie wiedzieli, co się dzieje, chłopcy ich wpuścili, zaczęła się strzelanina, i pierwsza ofiara, jaką poniósł nasz batalion, to była dziewczyna Dorota Łempicka „Dorota”, a druga – Hanka Kajcowicz „Kołczanka” biegła jej pomóc, czy odebrać broń Niemcowi, i też została postrzelona w brzuch i zginęła. Pierwszy moment był bardzo trudny, bo zginęły dziewczęta. Jak moja kompania zdobyła szkołę na Okopowej, myśmy tam mieli kwaterę, to też jeszcze na początku było wspaniale, bo pokoje były podzielone, tam były sanitariuszki, tu były łączniczki, tu pluton, tu jakaś drużyna, na dole była piękna stołówka z pianinem, któryś z chłopców umiał grać i grał Szopena „Etiudę rewolucyjną”... Bardzo doniośle, ale bardzo krótko. Dowódca naszej kompanii, Andrzej Łukoski oszczędzał dziewczęta, po tym jak zginęły tamte. Bardzo niechętnie wysyłał nas na linię. Na początku robiłyśmy kanapki, przygotowywałyśmy posiłki i marudziłyśmy w związku z tym. Szybko się zmieniła sytuacja ogólna i trzeba było biegać, i zaczęło się. Jakieś funkcje się dostało, pierwsza radość, że się biegnie do chłopców na linii.
  • Jakie zadania pani dostawała?

Miałam przekazać informacje, czy mają się wycofać, czy mają gdzieś teraz skierować ogień w innym kierunku, że tu się już zwiększyły siły niemieckie. Najróżniejsze. Od dowódcy kompanii albo od dowódcy plutonu, to zależy.

  • Były to informacje w formie pisemnej czy ustnej?

Ustnej.

  • Z jakim stopniem ryzyka wiązała się pani służba w okresie Powstania?

To trudno jest powiedzieć, dlatego, że ostrzał był taki, że każde miejsce było niebezpieczne. Jak się biegło, to czasem jakiś granatnik, to najróżniejsze były, ale początkowo myśmy sobie w ogóle nie zdawali z tego sprawy.

  • Jak zapamiętała pani żołnierzy strony nieprzyjaciela, przeciwko którym walczyli państwo?

Nie, nie umiem powiedzieć. Ja ich nie widziałam.

  • Czy braliście państwo jeńców?

Brali, ale jakoś nie miałam przyjemności.

  • Jakie postawy pani spotykała wśród ludności cywilnej?

Wspaniałe.

  • To znaczy?

Powstanie wybuchło w momencie, kiedy rodziny były porozdzielane, czasem matki zostawiły dzieci w domu same, za wszelką cenę chciały do nich dotrzeć, sąsiedzi natychmiast opiekowali się tymi dziećmi. Później, jak byliśmy na Starym Mieście, to właściwie poruszaliśmy się piwnicami, w których były powybijane dziury i całe przejścia duże, długie były piwnicami, gdzie cała ludność cywilna koczowała na jakichś tapczanikach, na pościeli, gotowali gdzieś w kącikach, mieli dużo trudniejszą sytuację niż my. Myśmy byli jakoś zorganizowani, zdobyliśmy Stawki, gdzie były zapasy żywności, gdzie odzież dostaliśmy, chodziliśmy w tych panterkach. Jak przebiegaliśmy przez piwnice, ja miałam szczególnie, bo byłam taka młodziutka, miałam takie warkoczyki i ktoś mnie zatrzymywał: „Dziewczynko, może być coś wypiła, może byś coś zjadła?”. „Chwileczkę, masz tu coś do ręki”. „Ja nie mogę, bo biegnę!”. „Chociaż weź to dla kolegów”. Także bardzo byli serdeczni i mówię, że to byli najwięksi bohaterzy. Ludność cywilna.

  • Jak wspomina pani walki na Starym Mieście?

22 sierpnia... Nie, jeszcze przedtem, jak był atak na Pawiak, miałam doprowadzić do dowództwa kolegę, nie pamiętam kogo, on chyba był z innego plutonu. Nie znałam go, myśmy razem biegli i w pewnym momencie w tym niemieckim bucie zdobycznym ze Stawek rozwiązało mi się sznurowadło i na niego krzyczę: „Zaczekaj!”. Stoi kubeł na śmieci, który ma rączkę i mnie jest wygodnie tą nogę postawić na tej rączce. Schyliłam się i zawiązuję tego buta, w tym czasie pada granatnik. Zabija tego kolegę. Takie sznurowadło uratowało mi życie.
Potem było natarcie na Dworzec Gdański i w tym natarciu na Dworzec Gdański zostałam ranna i to było takie bardzo dziwne uczucie, bo coś mnie uderzyło po nogach, później tak się ciepło zrobiło w spodniach i nie bardzo wiedziałam, co się dzieje... Słyszę, jak coś do mnie krzyczą i wróciłam się do kolegów.

  • To była kula, granat?

Kula. To były dwie kule – jedna przestrzeliła mi kolano, a druga... Koledzy twierdzili, ale ja myślę, że to nieprawda, że to był odłamek z dum-dum, bo taki był troszkę poskręcany, ale myślę, że to był jakiś zwykły odłamek.

  • Wróciła pani o własnych siłach?

Wróciłam o własnych siłach. Był taki punkt opatrunkowy, tam usiadłam i tak mi się wydawało, że mi się słabo robi, z wrażenia, ale nie zrobiło mi się słabo, coraz to nowi chłopcy przychodzili na punkt ranni, przy zdobywaniu dworca była jatka straszna. I teraz takie uczucie... Właśnie, uczucie tego ciepła, uczucie takiej beznadziejności, że ja już będę do niczego. Potem chodziła taka fama, że jak ktoś ma staw ranny, zraniony, to amputują. To pomyślałam, że mi zaraz amputują nogę, jak mnie zabiorą do szpitala, to koniec. Więc jak nasi chłopcy przyszli, mówię: „Słuchajcie, ja mogę stanąć. Mam jeszcze dobry ten staw. Zabierzcie mnie do oddziału”. A przy oddziale leżeli już „Żereń”, „Zagłoba”, tacy już ozdrowieńcy częściowo, więc oni mnie zanieśli tam i doktor „Brom” Zygmunt Kujawski, nasz oddziałowy, i sanitariuszka „Joanna” Hanna Bińkowska przychodzili i zmieniali opatrunki. Potem zaczęłam kuśtykać o jakiejś laseczce i pomalutku zaczęłam chodzić.

  • Ale nie wróciła już pani do Powstania jako łączniczka?

Wróciłam.

  • Wyleczyło się?

Tak całkiem się nie wyleczyło, ale można się było poruszać. Tak to bym musiała zostać gdzieś w jakimś szpitalu, a tutaj dalej się nasz oddział posuwał. Teraz planowane było przeprowadzenie, przeniesienie rannych. To się nie udało, ale część rannych została zabrana. Ci, którzy mogli chodzić. Poszliśmy kanałami, Staszek Sieradzki „Świst” nas poprowadził. W tym kanale było bardzo ciężko, bo miałam nogę sztywną i bardzo ciężkie były postoje. Trzeba było iść schylonym, bo było metr, siedemdziesiąt centymetrów. Samo wejście do kanału było kapitalne, stała tam taka pani, ubrana w kombinezon gumowy, nic nie mówiła, tylko jak tam zeszłam, to ona taką ciężką ręką na głowę, przydusiła mnie do ziemi, tam był taki pręt, ona już nic nie mówiła, tylko pod tym prętem przeprowadzała i dawała linę do ręki i już się dalej szło. Ale w trakcie tego marszu były bardzo długie postoje i to było najbardziej męczące.

  • Czym to było spowodowane?

Tym, że sprawdzano, gdzie jesteśmy. Tam gdzieś wrzucali Niemcy granaty, karbid było czuć, różne były przyczyny, myśmy dokładnie nie wiedzieli, będąc tam w sznurze idących. Ale trzeba było stać, to staliśmy. Jakiś kolega, do dzisiaj nie wiem, kto to był, klękał na jedno kolano w tym błocie, tak to ładnie nazwę, a drugie kolano tak stawiał, żebym ja na nim siadała, nogę trzymałam sztywno. Tak że do dzisiaj nie wiem, komu mam podziękować. Pytałam chłopców, którzy przeżyli, nikt się nie przyznaje do tego. Potem wyszliśmy do Śródmieścia i tu był absolutny szok, bo całe szyby w oknach, bo przynieśli miski z ciepłą wodą, posadzili nas na krzesłach, myli nam nogi, w ogóle przyjmowali nas, jakby duchy pojawiły się z drugiego świata. Jakąś kwaterę dostaliśmy, ale ja natychmiast zaczęłam szukać brata, bo wiedziałam, że jest w Komendzie Ochrony Sztabu. Poszłam na Zielną, pod mieszkanie, gdzie się rozstaliśmy. Myślę sobie, że może będzie karteczka i coś się dowiem, gdzie brat jest i idąc tam spotkałam siostrę pani Romanowej – Annę Bańkowską, tej, u której mieszkałam. Powiedziała mi, że jest pani Romanowa u Goebethnera i Wolffa, w księgarni. Ona tam miała swoją placówkę, poszłam do niej i spałam na książkach. Powiedziała mi, gdzie jest brat. Znalazłam brata. Na Sienkiewicza była kawiarnia... Pomyliłam pewnie ulice, kawiarnia „Adria”, tam był sztab i żeby tam wejść musiałam mieć przepustkę, więc dla nas to wszystko było wydarzeniem. Ale czekałam, poszli, brat przyszedł, byłam jeszcze z przyjaciółmi „zośkowymi”, bo oni się wszyscy znali przecież i brat tak patrzy, że „Żereń” Jerzy Łukoski ma rękę na temblaku, ja z laską, jeszcze jeden z kolegów ma głowę obandażowaną. Tak patrzy i mówi: „Tak, wstyd mi, my tu tak prochu nie wąchamy”. Radość była wielka, dostał przepustkę, żeby mógł z nami wyjść. Wyszliśmy i w tym momencie słyszymy „krowy”. Te, które my na Starym Mieście znamy, wiemy co to jest. Natychmiast odskoczyliśmy, a mój brat nie wiedział, stał i został bardzo ciężko ranny w rękę. Była taka radość, że go znalazłam, a później zmartwienie, że został ranny. Od razu przy mnie wyjmowano mu odłamki, bo strzaskało mu kawał kości w ręku. A on pięknie rysował i od razu zmartwienie, czy on dalej będzie mógł rysować. Parę dni się nacieszyłam, odpoczęłam, byłam u pani Romanowej, odwiedzałam brata, bo on już w szpitalu na Mokotowskiej został ulokowany i dopóki mój oddział nie odszedł, to tam codziennie byłam. 5 albo 4 września oddział szedł na Czerniaków. Ponieważ mogłam się już poruszać, też poszłam. Poszło nas już niedużo, bo już coraz mniej nas było i na Czerniakowie z całego batalionu, to liczebnie chyba była jedna kompania.

  • Jak wyglądały walki na Czerniakowie?

Walka o każdy dom, o każdą bramę. To wszystko mi się zlało w jedną całość, ten odcinek walk.
Potem nastąpiła wielka radość, bo przypłynęli „berlingowcy”, ale równocześnie zginął nasz Andrzej „Morro”, więc znowu w oddziale zmartwienie. Na Czerniakowie wspaniały był Witold Morawski „Czarny”, on miał tyle energii, on potrafił... W każdej chwili w zasadzie wszędzie był, nie mówiąc o tym, że kapitan „Jerzy” Ryszard Białous, wtedy porucznik „Jerzy” był, ale on już był w dowództwie, dyrygował, a Witold urzędował na linii. Potem nam obiecano przeprawę na drugą stronę Wisły, to wszystko znacie, przypływ był, łodzie, pewnie duże ilości, kto się dostał, to się dostał, odpłynęli i zostaliśmy sami. Kapitan „Jerzy” organizował przebicie do Śródmieścia i też nie udało się, to znaczy jemu się udało i czterem osobom. Myśmy zostali i teraz każdy na własną rękę zaczął myśleć. Jedni przepływali przez Wisłę, ja nie umiałam pływać. Wprawdzie zaprzyjaźniony „Żereń”, ten z ręką na temblaku, bardzo dobrze pływał, jak miał obydwie ręce zdrowe, planował, że sobie do nogi przyczepi koło, znalazł takie samochodowe i on będzie płynął, a ja będę się trzymała tego koła, i że dopłyniemy na drugą stronę, ale nie zgodziłam się na to. Bardzo chciałam wrócić do Śródmieścia, bo zostawiłam brata. Jeszcze w momencie, kiedy odchodziłam na Czerniaków, to jemu przyplątało się zapalenie szpiku kostnego, miał gorączkę. Akurat spotkaliśmy „Zosię Sadową” – Zofia Stefanowska, „Martę Sadową” – Marta Krauze, „Andrzeja Pola” – Wiktor Szeliński i jego żonę, i w siódemkę powiedzieliśmy, że my też próbujemy. Wiedzieliśmy gdzie są Polacy i postanowiliśmy pójść. Schowaliśmy się na dzień do piwnicy, mocno wypalonej, gdzie ledwo można było wytrzymać, ale mieliśmy jeszcze trochę wody, z Wisły zresztą. Tak sobie wydzielaliśmy na zwilżenie wargi i leżeliśmy w tej piwnicy cichutko, żeby przetrwać dzień, żeby nas Niemcy nie zauważyli. Słyszymy, że ludność wychodzi, że ich wyprowadzają, głosy Niemców... W pewnym momencie zaglądają Niemcy do naszej piwnicy. Było nas tam kilka dziewcząt i każda myślała, że to o niej ten Niemiec mówi, bo mówił, że jest tam trup kobiecy. I zastanawiali się, czy wrzucić granat czy nie wrzucić. Stwierdzili, że nie i odeszli. Tak doczekaliśmy do nocy i w nocy wyszliśmy z piwnicy, podzieliliśmy się na grupki. „Andrzej Pol” z żoną i była chyba jeszcze jakaś łączniczka, mieli pójść w stronę Wisły, czy może po wodę, a myśmy zostali i za chwileczkę Andrzej przybiegł, że jego żona jest ciężko ranna i Marta z Zosią, sanitariuszki poszły i stwierdziły, że to już jest agonia i musieliśmy ją zostawić. To właśnie są te najtrudniejsze chwile.
Poszliśmy, w nocy przeszliśmy kawałeczek przez ulicę Frascati, tam były zarośla, tam jakoś od krzaczka do krzaczka żeśmy się przemieszczali i słyszeliśmy jakieś głosy, więc każde z nas po kolei schodziło na dół i sprawdzało, czy to są Niemcy. Wracaliśmy i też w jakimś momencie zrobiła się strzelanina, zgubiła nam się Marta, zgubił nam się „Pol”. „Pol” wszedł na stanowiska niemieckie, ale bardzo dobrze mówił po niemiecku i zaczął udawać, że szuka bandytów polskich, jakoś się wymigał, uchował. Martę też znaleźliśmy chodząc po tych krzaczkach, znowu się znaleźliśmy i była Marta, „Zosia Sadowa”, „Ika”, Jurek „Żereń” i ja, i wyszliśmy. Znów trzeba było dzień przeczekać, to przeczekaliśmy w tych krzaczkach, a [w] następną noc ruszyliśmy. Jak się wychodzi na Mokotowską, to jest ulica Książęca. Przeszliśmy na Książęcą. Jest jakaś zieleń, jakieś ogrody, więc już żeśmy zeszli na chodnik i żeby iść chodnikiem, to już trzeba było zdjąć buty, po cichutku przejść. Postanawiamy, że do najbliższej bramy Jurek wrzuci granat i przebiegniemy wtedy. On rzucił granat, przebiegł, „Ika” przebiegła, ja miałam biec, ale zgubiłam buta. Nie przebiegłam, bo zaczęłam go szukać i myśmy z kolei zostały we trzy, tamci przebiegli, słyszymy już jakieś głosy: „Nie strzelać! Nie strzelać! To są Polacy”. Także Jurek i „Ika” już wiemy, że dobiegli do Polaków, ale nie wiemy, kto tu jest i z tyłu za nami Niemcy. Jeszcze przed wyjściem jedna z koleżanek dała mi „nagana”, taki pistolet dziewięciostrzałowy. Nie miałam siły nacisnąć spustu, tak byliśmy wykończeni... Każda z nas miała jakąś broń i jak będą Niemcy, to mamy do nich strzelać. Jak się okaże, że już nie damy rady, to siebie wykończymy, tak we trzy, umawiamy się. Leżymy. Postanowiłyśmy odezwać się po polsku. Wołamy: „Jest tam kto?!”. I wtedy z tej bramy: „Polacy, szybko wchodźcie!”. Okazało się, że ten granat był rzucony Polakom, zraniony był jeden chłopiec. Znów mieliśmy przykrość. On mówił: „Słuchajcie, nie martwcie się, ja jestem tylko ranny, a wyście przyszli. Przecież co by się z wami tam stało?”. Tak wróciliśmy do Śródmieścia. Ja od razu oczywiście do szpitala, do brata. Szpital był zbombardowany, nie wiem, gdzie go szukać. Ktoś mi mówi, że o parę domów dalej jest szpital i tam znalazłam brata. Zaraz potem była kapitulacja ogłoszona. Nie było już naszego oddziału, więc z oddziałem nie miałam co iść do niewoli. Zastanawialiśmy się z bratem, czy nie pójść razem ze szpitalem, w którym on jest, bo jego szpital na pewno idzie do niewoli. Ale trzeba paczki wysyłać, jeszcze mamy brata... O tym bracie jeszcze nie powiedziałam. Andrzej wyjechał do nowosądeckiego. Ponieważ miał gruźlicę, to rodzina załatwiła mu stancję i jak się podleczył, wstąpił do partyzantki i tam walczył. Nie wiedzieliśmy, co się z bratem dzieje. Było nas troje, więc postanowiliśmy, że zostaję, będę szukała Andrzeja i razem będziemy paczki wysyłać do szpitala Maćkowi.
  • Proszę powiedzieć jeszcze jak wyglądało życie codzienne w powstańczej Warszawie, co robiliście jak mieliście trochę czasu wolnego, czym się żywiliście?

Nie wiem. W mojej pamięci właśnie nie zostały chwile odżywiania, spania, jakoś w ogóle nie mogę dokładnie sobie tego przypomnieć, bo ciągle byliśmy zajęci. Ale pamiętam naszą koleżankę „Madzię” – Halina Szabunia, jakieś kotły, które zawsze nam towarzyszyły i widzę przy tym „Madzię”, która panterkę ma prawie sztywną z ciągłych wycierań rąk, czy gotowania. Żartowaliśmy, że jak już całkiem będzie taki głód, to jemy tą panterkę „Madzi”, to na pewno będzie tłuszczu dosyć.
Jeszcze pamiętam na Czerniakowie, to już właśnie tam doskwierał głód, tam był zrzut, jeszcze nam coś z drugiej strony Wisły przekazano – suchary, kostki cukru... Tam leżał koń i chłopcy postanowili, że pójdą, konia odkroją. Koń leżał pod odstrzałem. Kolega z koleżanką poszli i zostali przy tym ranni, ale przynieśli koninę. Były jakieś kluski i tę koninę pamiętam, bo mnie nie chciało przez gardło przejść i się z kolegami zamieniałam. Dawałam kawałek koniny, a on mi dawał kluskę. To pamiętam z tych jedzeń. A tak to jakieś kasze „plujki” i to tak z piosenek raczej, ale zupełnie nie pamiętam tych faktów, jak się jadło, kiedy się jadło. Wtedy, kiedy byłam ranna, to tak, to przynosili, był stolik, to się siadało i jadło, to było parę dni.

  • Wspólna walka zbliża ludzi... Czy zawiązały się w pani otoczeniu, a może w pani przypadku jakieś powstańcze przyjaźnie?

Nawet więcej. U nas było małżeństwo, właśnie „Andrzej Pol” – Wiktor Szeliński i Zosia, która zginęła, którą trzeba było zostawić. „Żereń” był moją wielką sympatią i on z moim bratem później pojechał do obozu i opiekował się nim. W sumie myśmy się całą rodziną przyjaźnili, bo jego brat był dowódcą kompanii, a później... Dalej już idę, musiałam zawiadomić ich matkę – Irena Łukoska, że Andrzej nie żyje. A to było takie trudne, bo to było jeszcze na Starym Mieście, Andrzej poszedł odwiedzić matkę i w tym czasie zginął, idąc do niej. Wyobrażałam sobie, że to musi być najstraszniejsze, dowiedzieć się, że szedł do mnie i wtedy właśnie zginął. Nie wiedziałam, jak jej to powiedzieć i chciałam fakt zataić. Tylko, że zginął, a potem może jakoś przy innej okazji... I „Kmita” Henryk Kozłowski, nasz szef kompanii, napisał do niej piękny list. Później, po wojnie, ten list przeczytałam i bardzo żałuję, że odesłałam go „Kmicie” – on mieszka w Kanadzie, że odesłałam mu ten list, bo później mama Łukoska mnie go przekazała – napisał, że to był dowód wielkiego rodzinnego związania i że on właśnie szedł do matki, to był taki dzień, że mieliśmy go na odpoczynek, a on go przeznaczył na odwiedziny matki.

  • A pani jak spędzała dni przeznaczone na odpoczynek?

Szłam odwiedzać chłopców do szpitala.

  • Proszę powiedzieć, czy w pani otoczeniu brano udział w życiu religijnym?

Tak. Mieliśmy kapelana oddziałowego – „Ojciec Paweł” ksiądz Józef Warszawski. Przedtem, jeszcze przed Powstaniem na każdym podwórku była kapliczka, i mieszkańcy z tej kamienicy schodzili wieczorem, już po godzinie policyjnej, ale podwórka były zamknięte, na wspólną modlitwę. „Boże, coś Polskę” śpiewali, czy „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Zawsze wieczorem było takie spotkanie przy kapliczce. W tych domach wszędzie zostały. A z nami był kapelan. Jak na Czerniakowie byliśmy, to udzielił rozgrzeszenia, tak na wszelki wypadek.

  • Jakie było pani źródło informacji chociażby z wydarzeń z sąsiednich odcinków frontu czy z wydarzeń światowych, które wówczas miały miejsce?

Były biuletyny, ale myśmy ich mało dostawali, bo ciągle byliśmy na tych najtrudniejszych odcinkach, dochodziły raczej takie ustne informacje.

  • Czy mieli państwo dostęp do radia?

Jak przypłynęli „berlingowcy”, to przypłynęli z radiostacją i mieli łączność z drugą stroną Wisły i pamiętam była „Jodła! Jodła!” z takim akcentem wschodnim.

  • Wiązała pani nadzieje w związku z desantem „berlingowców” na drugi brzeg?

Był taki moment, że były rozmowy chłopców, że pójdą razem dalej na Berlin. Zastanawiali się, że trzeba będzie pójść.

  • Jak przyjęła pani decyzję o kapitulacji?

Skorzystałam chyba wtedy z takich praw, że jeszcze jestem dzieckiem, bo 7 października skończyłam siedemnaście lat, popłakałam sobie....

  • Którego dnia wymaszerowała pani z Warszawy?

Właśnie 7 października wyszłam z ludnością cywilną i z panią Romanową, która mi nadal matkowała. Powiedziała: „Chodź, wyjdziemy z ludnością cywilną”. Także zdjęłam panterkę, mam do dzisiaj spódniczkę, w której wyszłam z Warszawy, ale nie daję tego do muzeum, nie uważam, że to jest jakaś pamiątka. Wsadzili nas do bydlęcych wagonów, jechaliśmy do Pruszkowa. W wagonie był pan, który powiedział: „Tutaj na zakręcie pociąg będzie zwalniał, odbijam deski, będę skakał, kto chce niech wyskoczy też”. Nie trzeba było powtarzać. Pani Romanowa, która już miała czterdzieści lat, i ja, oczywiście pan, który to zaproponował i jeszcze parę osób skorzystało. Później pociąg już nabierał przyspieszenia. To był jakiś zakręt, pan znał tą trasę i w ten sposób nie dostałam się do Pruszkowa.
Pani Romanowa miała jakąś rodzinę w Podkowie Leśnej i tam początkowo się zatrzymałyśmy. Spotkałam tam dziewczęta z „Zośki”. Maria Matuszewska „Kapralinka” była w Milanówku. One w tym majątku zostały przyjęte i z nimi się kontaktowałam. Potem znalazłam się w Brwinowie. Tam Henryk Kozłowski „Kmita” miał rodziców i tam też był. W Brwinowie zachorowałam na zapalenie stawów po tym wszystkim i z gorączką czterdziestu stopni, zaatakowane wszystkie stawy, nawet szczękowe... Dzięki Madzi, „Kmicie”, pani Romanowej jakoś to przetrwałam. Chorowałam od października do stycznia. W międzyczasie wkroczyli już Rosjanie.

  • Jak wyglądało wyzwolenie?

Leżałam w łóżku, ale moja przyszywana ciocia ogromnie się bała, że jak oni wejdą, żeby nic złego się nie działo. Jak weszli do tego budynku, to powiedziała, że tu leży ranna od bomby, ciężko ranna, i jakoś ich przepędziła. Tak że ten jeden kontakt wtedy miałam. Potem w styczniu, jak już można było do Warszawy wracać, to pieszo, pomalutku wracałyśmy. Pani Romanowa jeszcze dalej wracała, bo szukała swojej córki Aliny Roman. Jej córka w czasie Powstania była na Pradze, więc one się znalazły. Potem znalazłam brata Andrzeja w nowosądeckim, tego najstarszego i rzeczywiście posyłaliśmy paczki do obozu. Maciej wrócił z obozu i skończył Akademię Sztuk Pięknych. Był po wojnie profesorem ASP w Warszawie. Wczoraj dyrektorowi MPW dałam katalog z jego plakatami. Brat w zeszłym roku zmarł. Walczył na Zielnej o pocztę, wtedy jak nasi szli ze Starego Miasta, to oni z drugiej strony na nich czekali.

  • Jak się pani czuła wkraczając do zburzonego miasta?

Przykro było. Dzisiaj na pewno bym to inaczej przeżywała, a wtedy inaczej. Wtedy cieszył każdy budynek, w którym było widać jeszcze szyby, ewentualnie można było gdzieś się tam przytulić i to życie bardzo szybko zaczęło wracać. Jakieś pierogi panie zaczęły robić, nosiły, sprzedawały, były jakieś łodzie, które przewoziły na drugą stronę Wisły, samochody ciężarowe podjeżdżały, to się mówiło, że „na łebka” zabierały, przewozili do tego przewozu, potem się przesiadało na łódkę, na drugą stronę...

  • Jednym słowem – powracało życie?

Tak, powracało życie.

  • Proszę powiedzieć, czy po wojnie była pani represjonowana za swą działalność w czasie Powstania Warszawskiego?

Nie byłam, bo cała nasza grupka zamieszkała w dawnym mieszkaniu Staszka „Nity” – Stanisław Krupa i tam mieszkała Maria Matuszewska „Kapralinka”, ja, Janek „Anoda”, może nie mieszkał, ale urzędował, tam się kręcił. W pewnym momencie powiedziano mi, że może byłoby dobrze, jak jeszcze nie jestem w Warszawie urządzona, mam brata gdzieś w górach, akurat mój brat z obozu wrócił, żeby może lepiej wyjechać. Wyjechałam i nie przyznawałam się oficjalnie do swojej przeszłości. Dosłownie niedługo po tym były aresztowania w Warszawie i chłopcy w większości tych parę lat pobyli w więzieniu.

  • Gdzie się pani osiedliła?

Krótko mieszkałam w Bytomiu, tam zdawałam maturę, poznałam mojego obecnego męża. Potem on dostał przydział pracy do Wrocławia i tu już jesteśmy od 1950 roku. Mam syna, który już jest wrocławianinem, mam wnuki, które są rodowitymi wrocławianami.

  • Na zakończenie mam takie osobiste pytanie, proszę powiedzieć, jakie było pani najlepsze wspomnienie z okresu Powstania?

Pierwszy dzień. Ten pierwszy dzień, moment nałożenia opasek i świadomość, że tutaj jest już teraz kawałek wolnej Polski.

  • A z drugiej strony najbardziej przykre, najbardziej smutne wspomnienie?

To dużo jest tych wspomnień... Może, dowódca plutonu, „Kindżał” – Leszek Kidziński, na Czerniakowie był ciężko ranny, miał przestrzeloną szyję i nie mógł już przyjmować pokarmów, nie mógł mówić. Leżał w jakimś budynku, a cały czas przemieszczaliśmy się z jednego budynku do drugiego i przybiegłam do niego i on mi napisał na karteczce, żeby go pogłaskać. Pogłaskałam go, a on mi napisał na kartce: „Dlaczego mnie bijesz?”. Więc, jak bardzo on musiał cierpieć... Są takie wspomnienia, które bardzo bolą.



Wrocław, 2 kwietnia 2005 roku
Rozmowę prowadził Jacek Staroszczyk

Zobacz także


sanitariuszka

Janina Hajzik „Roma”

Proszę powiedzieć o swojej rodzinie – rodzice, rodzeństwo. Moi rodzice oboje byli nauczycielami,...

więcej
kapral podchorąży, dowódca drużyny

Marian Kowalski „Konrad”

Co robił pan przed 1 września 1939 roku? Byłem uczniem gimnazjum imienia Rejtana, uczyłem się. Co, oprócz...

więcej
strzelec

Dariusz Kruze „Janek”

Co robił pan przed 1 września 1939 roku? Przed 1 września byłem w końcowych dniach wakacji w...

więcej
dowódca plutonu, podporucznik

Stanisław Potempski „Sławek”

Nazywam się Stanisław Potempski, urodziłem się 14 stycznia 1921 roku w Warszawie,...

więcej