Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Michał Grocholski „Biskup”
Michał Grocholski
pseudonim
„Biskup”
stopień
strzelec
formacja
16. Warszawska Drużyna Harcerska
dzielnica
Ochota
Zobacz biogram

Michał Grocholski aktualnie członek środowiska „Wachlarz” Armii Krajowej, w czasie Powstania harcerz 16. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej.

  • Jakie pan ma wspomnienia sprzed wojny o szkole? Jaki wpływ miała rodzina na dalsze pana losy?

Mój przypadek może będzie nietypowy, dlatego że do 1939 roku, nawet do 1940, do żadnej szkoły nie chodziłem. Uczyłem się w domu. Dopiero w 1938, 1939 roku wyszły przepisy, że jeżeli ktoś kończy szkołę w domu, to musi do najbliższej szkoły się zgłosić, żeby uprawnieni nauczyciele przepytali [z] zakresu ostatniej klasy. Tym niemniej oprócz normalnego zakresu, jaki ci domowi korepetytorzy przekazywali mi i mojemu rodzeństwu, muszę powiedzieć, że to co mnie kształtowało głównie, to tradycje rodzinne. Ślub mojego ojca [odbył się w] kościele ufundowanym przez moich teściów na Podlasiu. Wychodził pod szablami oficerów. To była bardzo wojskowa tradycja. Ojciec od dzieciństwa postanowił być zawodowym wojskowym. Urodził się w 1888 roku, czyli w Polsce jeszcze pod zaborami i to głęboko pod zaborami. To było pod Winnicą na Podolu, czyli ta część Rzeczpospolitej była już przy pierwszym rozbiorze pod caratem. Wielu młodych ludzi pamiętając o powstaniach myślało sobie jak przygotować się do żołnierki w okolicznościach, jakie tam były wtedy możliwe. Mój dziadek dał ojcu imię Remigiusz na pamiątkę przodka, który był pod Wiedniem, też Remigiusza, więc jeszcze czuł się zobowiązany tradycją, że wybrał zawód wojskowego. W 1918 roku ta możliwość się otworzyła. Był w 12. Pułku Ułanów, brał udział razem z jednym z braci w kampanii 1920 roku, gdzie już dostał Virtuti Militari. Później w 1924 roku [był w] Wyższej Szkole Wojennej, to było coś w rodzaju późniejszej Akademii Sztabu Generalnego. Polska armia nie miała zawodowych wojskowych własnego chowu, że tak powiem, tylko odziedziczonych po trzech okupacyjnych armiach i to niewielu. Okupanci chcieli stanowiska oficerskie obsadzić swoimi Rosjanami, Austriakami i Prusakami. Tam wykładowcami byli głównie Francuzi, niektóre egzaminy trzeba było zdawać po francusku. Duch wojskowy kształtował mnie w domu. Natomiast ojciec matki był przez pięć kadencji posłem na sejm Rzeczpospolitej, jakiś czas wicemarszałkiem sejmu i wielkim działaczem społecznym. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości tworzył samodzielne stowarzyszenia rolnicze. U władz carskich wynegocjował, żeby szkoły rolnicze były z językiem polskim, bo oni narzucali, żeby całe szkolnictwo było rosyjskie. Po stronie dziadka pozytywistyczne odziedziczyłem rzeczy i zamiłowanie do czytania. Jak się przyjeżdżało do dziadków… Ojciec stracił swój dom na Podolu. Musieli z matką, której się oświadczył, może to duch kresowy, przez ileś pokoleń stale odpierać coś i stale coś na nowo budować. Był nowatorem. W Wyższej Szkole Wojennej wymógł na dyrektorze to, że oficer dyplomowany musi być również dyplomowany w prowadzeniu pojazdów mechanicznych i samolotów. Zrobił patent pilota i oświadczył się matce z pokładu. Nie wiem, co za samoloty wtedy latały, Bleriot czy coś. Zrzucił jej wieniec. Niby dyscyplina wojskowa z jednej strony, ale z drugiej strony było na wesoło. Wtedy nic o harcerstwie nie wiedziałem, ale to w harcerstwie robią, że w każdej sytuacji trzeba zachować się w taki sposób, żeby ją rozwiązywać, niekoniecznie regulaminowo, co zresztą przysporzyło ojcu kłopotów. Wojsko jednak ma tendencje do tego, żeby się zachowywać regulaminowo, zwłaszcza w czasach pokojowych. Przez jakiś czas był adiutantem Piłsudskiego. Później go skierowali do Garwolina do 1. Pułku Strzelców Konnych. Jeden z moich młodszych braci ma nietypowo, bo za ojca chrzestnego [ma] nie jednostkę, tylko pułk jest jego ojciec chrzestnym. Nie wiem czy dzisiaj obecne wojsko polskie odziedziczyło tradycje 1. Strzelców Konnych. Jak przez Garwolin czasem jadę, to nie widzę… Wiele jednostek wojskowych dzisiaj kontynuuje przedwojenne tradycje, albo naszych jednostek na zachodzie. O tym na końcu powiem, bo miałem okazję w tym uczestniczyć. Zrównoważone dwie tradycje w domu z przewagą tradycji ojca, dawało oczywiście możliwości fizycznego wychowania: jazdy konnej, pierwszych doświadczeń z bronią. Ojciec bardzo lubił broń, kolekcjonował broń. Niestety to wszystko Niemcy ukradli w 1939 roku. Nie wiem czy ten zakres wystarczy, jeżeli chodzi o to, co było równoważnikiem szkoły u moich rówieśników.

  • Zbliża się wojna, pana ojciec jest wojskowym, został prawdopodobnie zmobilizowany.

Otóż nie. Ojciec był nowatorem i stale naciskał zwierzchników. Na przykład w 1. Pułku Strzelców Konnych mówił, że najwyższy czas, żeby pułk był zmechanizowany. Przydzielili dwie tankietki pod koniec, ale to wszystko było niewystarczające. Ojciec był wysyłany jako obserwator do Niemiec na manewry Wehrmachtu. Przywoził wiadomości jak szybko idzie tam mechanizacja. [Proponował], żeby się przeciwstawić na tyle na ile pozwalała nasza ekonomia. Należałoby strumień pieniędzy, jakie można było wydawać na armię, kierować na takie rzeczy. Urodziłem się w Raszynie, a później przenieśliśmy się do nowego domu, w którym zaledwie dwa czy trzy lata mogliśmy mieszkać, jeszcze go matka urządzała. Koło nas, po drugiej stronie szosy wylotowej z Raszyna, w Kuchałach, nawet widziałem ćwiczące pierwsze polskie czołgi. Dam taki przykład, dlaczego ojca później wysłano na przedwczesną emeryturę. To nie była emerytura, tylko był w dyspozycji władz wojskowych, ale nie został zmobilizowany. Ojciec miał Tatrę, praktyczny samochód, mało palący. Z Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych przyjechał oficer i ojciec chciał mu zademonstrować jak Tatra się zachowuje w terenie. Pojechaliśmy do Sękocina. Po zjechaniu z szosy, po różnych wertepach, ona sobie pięknie chodziła. Wprawdzie później przy wyjeździe na szosę środkiem oparła się na garbie terenowym, ale tam było dwóch drwali, wypchnęło ją. Ojciec mu mówił, że w razie mobilizacji iluś takich samochodów, to bardzo umożliwiłoby przerzucanie wojska. Kiedyś zepsuł generałom grę wojenną, bo przerzucił szybko swoich kawalerzystów i zdobył most co według ustalonych zasad manewrów było nieprzewidziane. Zamiast go pochwalić, że zrobił nietypowy manewr, to mówili, że jest fantastą i tak dalej. Był w dyspozycji. W 1939 roku, zwykle wyjeżdżaliśmy na Podlasie na wakacje, już byliśmy u mojej ciotki stryjenki koło Rodzynia Podlaskiego. Dwóch braci z dwoma siostrami się ożeniło. Ojciec jechał, żeby skontaktować kogoś z dowództwa naczelnego, w Uściługu, dopiero dogonił Rydza-Śmigłego. Widząc, co się dzieje, cofającą się armię, załamujący się wszędzie front, dostał od niego zezwolenie na tworzenie już jednostek konspiracyjnych, które by nieformalnie działały. Pierwsi oficerowie z cofającej się armii, rozbitkowie, dołączyli do ojca. Zatrzymywał ich: „Kto chce ze mną walczyć?” Mimo załamania psychicznego jakie przeżywało wielu z rozbitych jednostek, niektórzy zgłaszali się, że oni chcą walczyć. Przy bitwie pod Kockiem generała Kleeberga już zwiad ojca… Pierwsza organizacja ojca – „Brochwicz” wzięła swoje pseudo z powstania górnośląskiego, w którym przedtem był delegowany. Pierwsza organizacja na Podlasiu nazywała się „Brochwicz”. Zresztą u ciotki będąc, słyszałem kanonadę artyleryjską bitwy pod Kockiem. Widziałem rozbitków cywilnych, ale i wojskowe jednostki przechodzące przez miejscowość, w której myśmy byli. Zabawnie, bo i dwa samoloty lądowały z u benzyny. Okazało się, że załogą jest polski pilot i czeski obserwator. Część wojska czeskiego, mimo że o nich często mamy opinię, że oni nie bardzo chcą się bić, przed okupacją niemiecką uciekła do Polski i w 1939 roku brała udział. Podziwiałem wtedy harcerzy. Często zmęczeni żołnierze na piechotę idący nieraz dziesiątki, setki kilometrów z pełnym uzbrojeniem, bez pomocy podwodów czy ciężarówek, porzucali sprzęt. Harcerze podejmowali sprzęt porzucony po rowach i dzielnie chcieli też dołączyć do obrony. To chyba tyle, jeżeli chodzi o wrażenia 1939 roku do momentu nie wejścia Niemców, myśmy pierwszych zobaczyli na Podlasiu bolszewików. Zanim oni ustalili linię demarkacyjną z Niemcami, to się posunęli tak daleko, że nawet podobno ich pod Lublinem widziano. W każdym razie [do] miejscowości, w której byłem, na południowy wschód od Radzynia, nieoczekiwanie wpadał banda. Nazywam ich bandą, bo rzeczywiście to była zbieranina bardzo różnie uzbrojona w różnym umundurowaniu, jedynie komisarz wojskowy [był] w skórzanej kurtce z naganem. Zrobili nam areszt domowy, zamknęli nas. Ktoś tam przychodził agitować nas, mimo że niewiele rozumieliśmy. Wyganiał starszych z nas do kopania kartofli. Ciubaryki wszystkie, co mogły, to przychodziły i stale znajdywali powód do rewizji. Rewizja to znaczyła po prostu kradzież, bo stale coś wyciągali. Ojciec, jak mówię o jego nowoczesności, miał już kamerę filmową. Mamy parę ocalałych taśm filmowych, bo kamera [to była] jedna z pierwszych rzeczy, jakie ukradli. Jednym słowem to nie było przyjemne doświadczenie, zwłaszcza że oni którejś nocy postrzelali się sami z sobą. Tam była linia kolejowa z Wochynia do Milanowa i dalej do Parczewa. Nastąpiło nieporozumienie między ich strażą przednią a główną, i w nocy się postrzelali myśląc, że to Polacy ich atakują. Trupy swoich ładowali na ciężarówki przed naszym domem jak worki kartofli. To co człowiek słyszał o 1920 roku i o zachowaniu bolszewików, to tutaj na własne oczy widzieliśmy, nie mówiąc o smrodzie dziegciu, czym uszczelniali buty, trwającym w domu przez parę dni. Jak się wynieśli po porozumieniu z Niemcami, to żeśmy odetchnęli. Moją ciotkę zaaresztowali od razu pierwszego dnia jako właścicielkę majątku, zabrali do Komarówki, gdzie już trzymali ludzi. Gdyby to była strefa zajęta przez nich, aż do wybuchu wojny z Niemcami, to pewnie by się znalazła na Syberii, wiedząc co się działo na tamtych terenach, gdzie oni byli. Ale ponieważ to zostawiali Niemcom, to ludzi aresztowanych pozwalniali. Ciotka na piechotę doszła i musiała się zająć bardzo zrabowaną gospodarką. Oni większość koni zabrali. Ciotka już była wdową. Ojciec stracił dwóch braci: najstarszego Tadeusza w 1920 roku konwojującego nasz pociąg z rannymi z frontu. Niestety ich ogarnęła Budionnego czy innej kawalerii sowieckiej nawałnica i wymordowali cały pociąg i stryja. Stryj, który był na Podlasiu, niestety zginął zastrzelony przez kłusownika, też kawaler Virtuti Militari 1920 roku.

  • W jaki sposób pan się znalazł w Warszawie?

[...] Jeżeli chodzi o Wehrmacht, to wchodząc się meldowali, prosili czy mogą zająć ten pokój czy inny pokój. To jeszcze nie było zetknięcie się z gestapo czy z niemiecką policją. Po ciubarykach miało się wrażenie, że to jeszcze Niemcy, o jakich się słyszało z I Wojny Światowej. Przenieśliśmy się parę kilometrów dalej do domu opuszczonego przez moją ciotkę. Jej mąż, a brat mojej matki, został po kampanii 1939 roku w oflagu, razem ze swoim bratem się tam znaleźli. Ona została sama z dzieckiem, więc pojechała do swojej matki na Słowację. Dom zostawili i myśmy tam zamieszkali, patrząc co będzie. Ojciec był już w głębokiej konspiracji po wejściu bolszewików, i jednych i drugich. Już zimę spędził w ziemiankach organizując broń, jaka została z 1939 roku, gdzieś tam konserwowali i zachowywali. Jak była możliwość nawiązania kontaktów z Warszawą, ojciec podporządkował „Brochwicza” Związkowi Walki Zbrojnej i się przeniósł do Warszawy do dyspozycji ówczesnego komendanta Związku Walki Zbrojnej. Chciał nas mieć bliżej siebie. Rozeznał, że u nas w Kuchałach już jego szukają. Niemcy jak nie mogli znaleźć kogoś, to potrafili rodzinę wsadzić do obozu koncentracyjnego, żeby go przymusić do zgłoszenia się. Trzeba dodać, że następny brat mego ojca zginął. W kilku miejscowościach na Wielkopolsce już w październiku 1939 roku, nie wiem czy dla sterroryzowania ludności, czy z kilku innych powodów, powstawały sądy doraźne. Rozstrzeliwali ludzi albo, że ktoś był w powstaniu wielkopolskim, albo należał do inteligencji miejscowej, albo jego sąsiad Niemiec coś na niego naskarżył, chciał jego gospodarstwo zająć. W przypadku mojego stryja Henryka, to 21 września na rynku w Gostyniu rozstrzelali trzydziestu obywateli ziemi gostyńskiej. Już zaczął się terror. Trzeba było szukać sposobów zabezpieczenia rodziny przed…

  • Szykanami?

Tak. Ojciec znalazł na Wierzbnie opuszczoną [willę]. Nie wiem czy ta rodzina znalazła się za granicą czy coś. Ulica Ikara, zresztą dosyć znana po wojnie…

  • Generał Jaruzelski tam mieszka.

Paru generałów tam zorganizowało dla siebie parę domów. Wiem, że ta rodzina teraz podobno chce to odzyskać. Na Ikara sprowadzono nas etapami, starszych nas od razu, żebyśmy zaczęli chodzić do szkół i później młodsze rodzeństwo. Ojciec już musiał mieszkać osobno [ze względu na] młodsze rodzeństwo. O ile myśmy byli kolejno przez ojca wciągani, wiedzieliśmy, że on jest, że może mieć do nas zaufanie, że w razie śledztwa nie wydamy, to małych dzieci nie można było… Czasem jak chciał zobaczyć swoje dzieci, to moja matka zabierała je do Parku Dreszera. Ojciec przychodził i się miały przywitać z wujciem. Po roku niewidzenia już nie kojarzyły, zwłaszcza, że ojciec zmienił wygląd, przybrał inne nazwisko, musiał mieć inne dokumenty. Główna kwatera ojca była nie tak daleko od naszej ulicy, na Puławskiej. Tam zresztą w tej chwili jest tablica upamiętniająca, że w tym miejscu był sztab „Wachlarza”. Od 1941 roku ojciec przedstawił koncepcję komendantowi Armii Krajowej stworzenia organizacji dywersyjnej na tyłach frontu niemieckiego. Wtedy myślenie sztabowe było takie, że może się powtórzyć sytuacja jaka była po I wojnie światowej, że jak się dwie potęgi z sobą zetrą, to w pewnym momencie będą na tyle osłabione, że żeby nasze granice wschodnie zabezpieczyć, to trzeba mieć tam jednostkę, która by w dywersji zerwała mosty, połączenia kolejowe i tak dalej. Odpłynięcie Niemców by szybciej nastąpiło. Można by już terytoria pewne pod naszą administrację oddać. Analogia okazała się nieskuteczna. Ze zrzutów zaczęło przychodzić dużo uzbrojenia dla „Wachlarza”, jak on został zatwierdzony przez Londyn i oficerowie zrzutkowie, duża ich porcja, dla „Wachlarza” na poszczególne odcinki została przeznaczona. Alianci zaczęli wymagać, żeby na bieżąco realizować akcję dywersyjną. Moskwa stale ich naciskała, że nie ma frontu zachodniego, żeby inną pomoc udzielić. Tutaj wywołano przedwczesne działanie „Wachlarza” i duże ofiary. Ojciec się prawdopodobnie bał, bo cała młodzież warszawska angażowała się w różne sprawy konspiracyjne często bardzo nieumiejętnie i duże ofiary z tego powstawały. Chciał mieć nas na oku. Jeden z oficerów, który jemu towarzyszył od „Brochwicza”, był jednocześnie chyba komendantem chorągwi kieleckiej, jednym słowem instruktorem harcerskim już od czasów przedwojennych, kapitan Jerzy Szcześniewski. Powiedział jemu, żeby on realizując swoje zadania w „Wachlarzu” jednocześnie nas pomału wciągał i przygotowywał do przyrzeczenia harcerskiego w trybie indywidualnym poza drużyną. Wiedział, że my będziemy mieli poczucie, że coś pożytecznego robimy, a jednocześnie możemy robić szkołę. Tam się różne rzeczy realizowało, jednocześnie dla „Wachlarza”. Na przykład trzeba było sprawdzać zapalniki, które miały działać pod osiami kolejowymi czy na jakiejś piaskarce na Wiśle próbować skafander trochę domowym sposobem robiony. Jeżeliby chodziło o minowanie mostów, to trzeba było mieć sprzęt do działania pod wodą. Robiło się coś w rodzaju pikniku, że niby tu są starsi, ale jest młodzież, mają kanapki czy coś, tu się jednocześnie obserwowało jak się ugina szyna, ile daje impulsów. Chodziło o zapalnik, żeby go można było tak ustawić, żeby przychodziły od kolejarzy wiadomości, pod którym wagonem…

  • Gdzie broń na przykład…

Żeby akurat wtedy nastąpił kontakt elektryczny i wybuch. Jeżeli chodzi o szczelność skafandra, to też można było pozorować, że się jedzie na łachę na kąpiel, a tam po cichu ktoś się opuszczał pod wodę i patrzał czy to jest szczelne. Jak ojciec miał punkt kontaktowy na działkach przy Alei Niepodległości, teraz to jest wielka dzielnica mieszkaniowa, tam były same działki, to nas ustawiano na czujki czy przypadkiem ktoś nie przyszedł za oficerem czy łączniczką, czy jej nie śledzą, żeby dać sygnał. Do tego młodzież się dobrze nadaje. Niestety przyszedł moment, że kilka aresztowań nastąpiło w Warszawie i żołnierze „Wachlarza” znaleźli się na Pawiaku, między innymi Jerzy Szcześniewski, złoty człowiek, wspaniały człowiek, wielki patriota. Ojciec przedstawił go później w Londynie do Virtuti Militari, że się nie załamał, bo przeszedł straszne śledztwo na Szucha. Mojego brata stryjecznego, który był adiutantem ojca, już po podchorążówce Jana Grocholskiego [też aresztowano]. Jego tabliczka jest przy [kościele] Karolu Boromeuszu. Jednym słowem obaj przeszli różne badania. Na Pawiaku zresztą jest tablica „Wachlarza” i ich nazwiska są tam upamiętnione. Zawsze na święta narodowe czy na Zaduszki nasze chorągiewki „Wachlarza” umieszczamy i znicze zapalamy. Ale o co chodzi? Nas trzech, najstarszy mój brat, średni, drugi z kolei, i ja, przestaliśmy mieć instruktora. Ojciec był bardzo zajęty. „Wachlarz” rzeczywiście w tym momencie miał pełen ręce roboty. Zaczęliśmy na własną rękę szukać, co dalej robić. Najstarszy brat poszedł do podchorążówki, później walczył na Mokotowie w szwoleżerach. Siostra była tam zresztą sanitariuszką. Młodszy brat był w „Zośce”. Na pomniku „Zośki” na Powązkach jest upamiętniony, ale nie dlatego, że zginął, tylko „Zośka” sobie tak zrobiła, że ci żyjący mają daty urodzenia w jednym szeregu i się dopiero wstawi… On był pierwszego dnia ranny. [Jechał] z transportem broni na rykszy na Alei Niepodległości. Nie wiedziałem jaki [złapać] kontakt. Pierwszy kontakt, to był z Tadeuszem Sułowskim, który już był w 16. Warszawskiej Drużynie Harcerskiej, tam się umieściłem. Wolałem tam być niż szukać kontaktu w mojej szkole u Giżyckiego. Chodziłem do Giżyckiego, to jest na Wierzbnie, gdzie pod przykrywką szkoły ogrodniczej działało normalne gimnazjum. Nie na terenie szkoły, ale w prywatnych mieszkaniach mieliśmy te przedmioty, które przez Niemców były zabronione – historię czy literaturę. Tam działało też harcerstwo. Nie mogłem ryzykować, żeby się znaleźć w organizacji w pobliżu mojego ojca. Szesnastka była głównie na Ochocie, zbiórki mieliśmy na Ochocie też w prywatnych mieszkaniach u Krzysztofa Rudkowskiego, syna adwokata na Filtrowej, albo u późniejszego mojego zastępowego po drugiej stronie Grójeckiej. Jeszcze przedtem, jak byłem pod zastępowym Starowieyskim, to mieliśmy u Platera. To było przy Foksalu czy na Nowym Świecie. Człowiek się starał nie pamiętać adresów.

  • Ile trwała przygoda z harcerstwem, aż do samego Powstania?

Tak.

  • Czym się pan zajmował?

Było normalne szkolenie harcerskie, tak jakby zdobywanie sprawności. Okoliczności wymagały, żeby harcerzyków używać do różnych rzeczy, tak jak mówiłem o „Wachlarzu”, że tutaj niby piknik, a jednocześnie można coś zrobić. Dla różnych akcji czy zamachów, czy później akcji powstańczej, gdzieś na zachód od Placu Bankowego miałem rozeznawać wszystkie przejściowe bramy, gdzie można było wejść na jednej ulicy i przez podwórza wyjść. Budownictwo, zwłaszcza starych czynszowych kamienic, było takie, że w wielu wypadkach tak było. Można było to zaznaczyć na mapie. Nieraz one były takie, że wchodząc można by się nie zorientować, że jest wyjście na drugą stronę. One nieraz były małymi przesmykami. Jednym słowem [robiłem] inwentaryzację przejść, później częstotliwość zmian warty w niemieckiej komendzie miasta. Oni [zajmowali] budynek naszej przedwojennej komendy miasta w Domu bez Kantów. [Miałem] zameldować jak oni często zmieniają się na warcie. Przy okazji zrobiłem rozeznanie wszystkich wejść do tego kompleksu budynków. To zabawne zresztą, bo później za PRL-u zauważyłem, że wszystkie wejścia do piwnic zakratowali albo zamurowali, a za Niemców one były dostępne. Niemcy później, zwłaszcza 1943 rok, przed wszystkimi budynkami, które zajmowali budowali bunkry, żeby uniemożliwić bezpośredni atak, to jednak takich rzeczy nie dopatrzyli. Można było przez zaskoczenie wejść do budynku. Łączność, jeżeli to był list, to oczywiście się nie wiedziało od kogo i do kogo zanieść. To czasem było troszeczkę kłopotliwe. Wyznaczali takie godziny, że się wracało już po godzinie policyjnej. Oni potrafili po zamachach, już nie mówiąc o takim zamachu jak na Kutscherę, robić wcześniej godzinę policyjną. Człowiek z duszą na ramieniu wracał tramwajem, czy go gdzieś nie wygarną. Potrafili bardzo młodych wpakować do Pawiaka, jeżeli zastaliby go po godzinie policyjnej, zresztą i bez powodu potrafili.

  • Pana służba w harcerstwie trwała do samego Powstania?

Do samego Powstania.

  • Jak pan wspomina ostatnie dni lipca? Czuło się atmosferę wycofujących się wojsk niemieckich?

Terror w mieście z dnia na dzień się wzmagał. Wiadomo jaki był stosunek władz policyjnych do Polski i nakazanego im z góry stosunku do Polaków. Mówiłem, że już w 1939 roku rozstrzeliwali w Wielkopolsce. Tutaj zwłaszcza Warszawa była dla nich miejscem, gdzie wyładowywali swoją wściekłość za każdy wyrok na donosicielu, na bardziej okrutnym urzędniku czy gestapo, czy Arbeitsamtu. Moja matka musiała z młodszym rodzeństwem wynieść się z Warszawy. Była nawet od naszego wywiadu wiadomość, że może być niebezpiecznie, że mogą rodzinę wygarnąć. Nawet skrytkarz Komendy Głównej u nas na Ikara zbudował schowek osobowy, że można było parę osób schować. Otwierało się ścianę z glazury, z zewnątrz nie do poznania by było. Ale to by było zbyt ryzykowne. Moja matka umieściła się najpierw w Izabelinie z młodszym rodzeństwem, później wynajęła dom w Laskach, tu gdzie jest zakład ociemniałych tylko z innej strony we wsi. Tam czasem się dojeżdżało. Jeżeli były miesiące, gdzie się było w szkole, [to] najwyżej na weekendy. Nie było tak łatwo jak teraz. Trzeba było do Boernerowa jechać. Była tylko raz albo dwa razy w ciągu dnia platforma, która dalej woziła do Izabelina, a tak to trzeba było na piechotę rypać cały kawał. Tak że się rzadziej z nimi widywałem. Myśmy się poprzenosili z Ikara na adresy różnych krewnych. Mieszkałem u kuzynki na Czackiego, później z kuzynami, którzy też byli z Wileńszczyzny, tu się znaleźli, mieszkali na Placu Dąbrowskiego. Dojeżdżałem do szkoły, żeby na Ikara nie być. Wpadało się na Ikara, ubranie zmienić. Jak się Powstanie zbliżało, był pierwszy alarm. Naszykowano nam nawet kanapki, bo tam gospodyni była, co się stroną gospodarczą domu zajmowała. To zostało odwołane. Jeszcze muszę dodać, że następowały dalsze tragedie rodzinne. W 1941 zaaresztowano ojca matki pod zarzutem, że pomagał organizacji mojego ojca, „Brochwiczowi”, i brata stryjecznego mojej matki, który też tam mieszkał. On mieszkał gdzieś na Wileńszczyźnie, przeniósł się pod opiekę stryja. [Aresztowano również] siostrę mojej matki, u której w 1939 roku byliśmy, jej córkę, która dla mnie jest najbliższą krewną. Bo jak mówiłem dwóch braci z dwoma siostrami się ożeniło. Ona jest i moją siostrą stryjeczną i cioteczną. Ona też z nami na Ikara mieszkała, też w kompletach maturę zdawała przed Powstaniem. Razem z siostrą poszły do szwoleżerów na sanitariuszki. Jednym słowem cała nasza paczka została wyposażona tylko w kanapki, to niby miało bardzo krótko trwać i każdy poszedł na swój odcinek. Jeżeli chodzi o „szesnastkę”, to zdaję się, że z inicjatywy najbardziej aktywnych wciągnięto zastępy do akcji. Powiedzieli: „Reszta to są chłopaczki, niektórzy rodzice mogliby sobie nie życzyć.” Ci co wiedzieli, że coś się szykuje, zabrali swoich chłopców poza Warszawę. Ponieważ to były wakacje, to mogli gdzieś ich zabrać. Natomiast miałem zastępowego Michała Dowbora, który był bardzo bojowy. Wyrobił to, że nasz zastęp jako sanitarno-łącznościowy ma się jednak znaleźć w akcji. Byli dwaj bracia Przewłodcy, oni na Noakowskiego mieszkali, też u nich mieliśmy zbiórki. Ich zastęp też został wciągnięty do akcji na terenie przy Politechnice. W ten sposób dochodzimy do 1 sierpnia.

  • Jak wygląda ten dzień w Warszawie w pana wspomnieniach?

Sporo patroli niemieckich… Zbliżyliśmy się na wyznaczony punkt przy Filtrowej, bo samo spotkanie miało nastąpić w bramie na Asnyka, nowoczesne ładne domy z lat trzydziestych. Jeździły niemieckie patrole motocyklowe, zresztą widać, [że] młodziaki. Niemcy mieli tylu wbitych na frontach, że prawie się człowiek czuł rówieśnikiem z tymi Niemcami. Widać było, że z duszą na ramieniu. Widzą, że takie grupy młodzieży, opakowania nietypowe niektórzy niosą. Wymiana spojrzeń, bo nasi patrzą z dużą chrapką na ich uzbrojenie i myślą sobie jakby to był już moment wybuchu, to pewnie motocykl już by był w ich rękach, a tamci z kolei z obawą, bo jakoś za blisko się znajdują naszych młodych chłopaków. Oni też w pogotowiu czy szmajsery mieli czy inną broń. Myśmy się spotkali w bramie, gdzie był wyznaczony punkt. Dostaliśmy opaski. Skierowano nas na dom przy Niemcewicza, naprzeciwko domu był ogród szkoły, która do dzisiaj jest, ale wejście ma od Raszyńskiej. Szkoła była zajęta, jak wiele szkół w Warszawie, przez SS, przez żołnierzy, małe koszary. Iluś czekało na uzbrojenie i na zdobycie akademika na Placu Narutowicza. To było pierwsze zadanie Ochoty, żeby zdobyć koszary szupo, Schutzpolizei. Myśmy tu czekali. Jeden uzbrojony człowiek był na dachu. Głupio wylazł, dlatego że w ogrodzie naprzeciwko wystawili Niemcy z ich strony, też głupio… Mieli kamienicę naprzeciwko siebie, [Niemiec] siedział w okopie w ogrodzie, można go było zdjąć jednym strzałem. Widziałem, że on w okopie spocony siedział. Na klatce schodowej naprzeciwko wejścia kolejno mieliśmy zmiany warty z naszą torbą sanitarną i z jedną jedyną sidolką, granatem zaczepnym. Jak się zaczęło ciemno robić, cała Warszawa zaczęła huczeć od wystrzałów, nawet łuna się pokazała palącego się domu. [Udaliśmy] się na odpoczynek. Było otwarte mieszkanie. Mili ludzie czy może rodzina, która też brała udział w konspiracji, pozwoliła odpoczywać na fotelach jak się na zmianę chodziło z czujki na klatce schodowej. Doszła godzina druga czy trzecia w nocy jak sznurkiem po wszystkich budynkach poszedł rozkaz, że jest wymarsz, żeby w ciszy absolutnej, bo naprzeciwko są Niemcy, wychodzić. Zanim to nastąpiło, to widziałem parę ciekawych scen. Elektryczna kolej dojazdowa, ekadówka, jeździła aż na Nowogrodzką. Z Niemcewicza widziałem pędem przejeżdżający tylko elektrowóz z platformą, ale towarową, na której na płask leżeli lotnicy niemieccy. Można ich było poznać, bo mieli żółte naszywki. Widocznie kazali motorniczemu gazem wyjeżdżać z Warszawy czy w kierunku Okęcia. Prawdopodobnie tam gdzieś ich koszarowali, chociaż na Rakowieckiej były duże koszary lotników. W każdym razie uciekali z Warszawy, która już była pełna akcji bojowej. Po tym rozkazie do wyjścia uformował się długi rząd, ulica Niemcewicza, na tory kolejowe ekadówki i wymarsz. Wszelkie rozkazy tylko od czoła do tyłu przechodziły, kiedy stanąć, kiedy iść naprzód. Dopiero na skrzyżowaniu, ono nie jest jak dzisiaj dwupoziomowe, tylko było jednopoziomowe z liną kolejową na Radom, przed nami była strzelanina. Nasza straż przednia starła się z Bahnschutzami, jednostki strzegące kolei, jak nasz SOK późniejszy. Tam trochę broni zdobyli. Parę stacji dalej nadjechał od strony Pruszkowa pierwszy pusty skład ekadówki. Zatrzymali ich i kazali nas przerzucać wahadłowo gdzieś na wysokość Reguł. To troszeczkę błąd dowództwa, bo myśmy nie wiedzieli, jaki jest cel naszego wymarszu i co nie zostało osiągnięte, że nas się wyprowadza i gdzie się wyprowadza. Bo jak się wie, to nawet w razie rozsypki, wiadomo gdzie można będzie się zebrać. Z Reguł wychodzimy drogą na południe i znowu słyszymy, że straż przednia wdała się w strzelaninę. Jest moment zalegania. Pierwszy dom po lewej stronie pojedynczy, teraz tam jest ich więcej, czekamy co dalej. Rozsypują nas w tyralierę. Sytuacja jest taka, że przed nami widać park, ale w odległości kilometra, może niecałego kilometra. Tak się składa, że znam okolice, bo to są nasi sąsiedzi sprzed wojny. Tam jest dwór i majątek państwa Marylskich. Widać jak front już stoi na Wiśle, że całe zaplecze [niemieckie] jest po różnych wioskach porozmieszczane. Jesteśmy rozsypani w tyralierę, a teren troszeczkę schodzi na dół i tu jest dopiero park, są żniwa, na polu już poustawiane są snopki pszenicy czy żyta, jedyna osłona. Skokami naprzód marsz jak normalnie przy ataku. Snopek to jest tylko osłona w poczuciu, że mnie nie widzą. Tam ustawili karabin maszynowy i zaczynają iść serie smugowymi pociskami. Widać, że się dobrze wstrzeliwują w tyralierę. To było trochę ryzykowne. W każdym razie tyraliera miała się zbliżyć i wejść do parku. Tam niewiadomo na jakiej linii obrony walczyć z Niemcami, niewiadomo czym walczyć. Uzbrojenia grupy z Ochoty nie potrafię określić w procentach, ale jedynie porządnie uzbrojonych, to widziałem w straży przedniej, tak to granat, krótka broń. Przy mnie było dwóch, którzy mieli wymontowany karabin maszynowy z samolotu. To się znało z dokumentacji niemieckiej, którą człowiek pochłaniał w czasie wojny, bo się tego wszystkiego chciał uczyć. One były charakterystyczne, bo miały dwa bębny, w których były nawinięte taśmy. Ale jeżeli [się] strzela z karabinu maszynowego bez podstawy, to jego celność na tą odległość jest raczej…

  • Żadna.

Jednym słowem już po paru skokach koło mnie jakiś mężczyzna dostaje kulę w głowę, jego kolega mnie pyta: „Czy on jeszcze żyje?” Nie żyje. Widzę, że przez snopek go trafiło. Słyszę z tyłu, że mnie woła nasz zastępowy Michał Dowbor, że on w krzyż dostał. Cofam się do niego. Bardzo krwawi, przygotowuję go na śmierć mówiąc mu, żeby się modlił, bo wiele mu pomóc nie mogę. Biorę sidolkę, przy nim zostawiam torbę z medykamentami. O żadnym zabiegu nie może być mowy jak jest postrzał w krzyż. Niby dołączając do innych robię skoki w kierunku parku. Przy czym się opóźniłem, nie bardzo widzę innych biegnących. Może oni się bardziej na skrzydła rozeszli. Znalazłem już w parku. W odległości dwudziestu, dwudziestu pięciu metrów od pałacu są potężne drzewa, niektóre do dzisiaj ocalały. Widzę, że leży trzech chłopaków starszych ode mnie. Przypadam koło nich, bo widocznie się też chronią przed ostrzałem. Orientuję się, że ten na prawo ode mnie jest ranny. Dostał kulę. Widocznie wychylał się zza drzewa i może starał się strzelać do Niemca, który zza pałacu strzelał. Słyszę, że do niego per „Benito”, pseudonimami, tych dwóch się odzywa. To mi później pomogło zidentyfikować z jakiej jednostki oni byli, oczywiście daleko po wojnie. Oni mi mówią, żebym się starał go unieść, bo on upadł na pistolet, który trzymał w ręku. Jedno z tragiczniejszych przeżyć… Człowiek do broni był przyzwyczajony, posiadanie broni to była ważna rzecz. Troszeczkę starałem się go unieść. On, mimo że tu gdzieś go trafiło, może to był wstrząs mózgu, popatrzał na mnie. Widziałem, że chce bronić pistoletu pod sobą. Przestałem walczyć z ciężarem jego ciała. Patrzę, że tych dwóch jest w ogóle nieuzbrojonych. To jest idiotyczna sytuacja. Jeszcze trzeba powiedzieć, że pies myśliwski, pewnie któryś z oficerów niemieckich musiał mieć, zaczął tam biegać zanim do nich dobiegłem. Przez drzewa widzę, że Niemcy na tyle się zorientowali, to frontowy żołnierz, że jest tak słaby ogień z naszej strony, że oni stojąc strzelali do biegnących po polu. Zrobiłem coś dosyć szalonego. Jeżeli jest budynek pośrodku parku, można założyć, że oni mogą również w oknach być z bronią. Może jest technika bronienia się, że oczekuje się, że atakujący będzie strzelał po oknach, więc się obsadza raczej po skrzydłach. Nie studiowałem jaką to Niemcy w takich wypadkach stosują obronę. Zrobiłem odskok zza drzewa i zrobiłem stumetrówkę przed frontem pałacu, pewnie bym rekord pobił. Po drugiej stronie myślę sobie gdzieś trzeba obejść tą sytuację, bo wiem, że większość poszła na południe. Oni tego nie powiedzieli. Później się dowiedziałem, że komendant Ochoty chciał całe przegrupowanie zrobić, żeby całą Ochotę przerzucić do Lasów Chojnowskich. Tam ze zrzutów był sprzęt. Oni zresztą później brali udział w ataku na Wilanów, on zginął. To jest osobna historia do skomentowania, dlaczego tego rodzaju człowieka wytypowali na dowódcę całej dzielnicy Ochoty. Jednym słowem z tamtej strony się znalazłem. Mówię, że znałem troszeczkę [okolicę], ale tak bardzo dobrze nie znałem, nie wiedziałem, że za dworem są stawy. Jak pierwsze padnij zrobiłem, to widocznie ten, który zranił „Benitę”, albo drugi, nie wiem, huknął do mnie. Byłem dosyć słabo kryty. W tym momencie powinienem dziękować Bogu. Rzeczywiście na mojej linii padł jego strzał, ale przede mną wlazł w ziemię. Zerwałem się, jeszcze dalej podleciałem. Okazuje się, że jestem na grobli i tu znajduję jednego z chłopaków z naszego zastępu. Dzielny chłopak pod całym ogniem wykonał tyle skoków, że minął nawet Niemców i znalazł się przy stawie. Muszę powiedzieć, że harcerze w tym przypadku… Może czasem trzeba korygować rozkazy, jeżeli się biegnie na ogień nie mogąc się skoncentrować na oddawaniu ognia, to jest samobójcza sytuacja. Mówię: „Janek, w tamtą stronę musimy iść, bo z tyłu Niemcy walą.” On mówi: „Nie, z tamtej strony jest ogień od wsi.” Jest taka konfiguracja, że dwór jest najbardziej wysunięty na północ, a cała wieś biegnie w kierunku południowym. Jeżeli Niemcy byli zakwaterowani po chałupach, to rzeczywiście z tamtej strony mógł też iść ogień. Widziałem, że na polach od strony wschodniej też Niemcy się rozsypali, patrzą gdzie cel i strzelają. W takim razie zawracam go do tyłu, wyskakujemy z parku. Po obrzeżu parku płynie całkiem zarośnięta rzeczka tak, że jest się w tunelu zieleni, bo sierpień, pełna wegetacja. Ku mojemu przerażeniu zdezorientowani ludzie wśród nich zresztą kobiety… Myślałem, że kobiety zatrzymano jeszcze na początku jak nas rozsypano w tyralierę. One miały tam zostać. Tymczasem niektóre sanitariuszki trzymały się swoich oddziałów. Przywarliśmy do brzegów rzeczki. Mżawka była tego dnia od rana, jesteśmy mokrzy. Oni nie wiedzą, co dalej robić, to było rozpaczliwe. Znając Niemców wiem, że za chwilę zacznie się wygarnianie. Jaki może być los człowieka oskarżonego o to, że bierze w czymś takim [udział]? Zaraz pod ścianę i go rozwalą. Biorę Janka, idziemy rzeczką jak najdalej na zachód. Ona później zakręca w kierunku Komorowa, bo tam już [widzieliśmy] ścianę drzew komorowskich. W tym momencie się decyduję, że jednak wychodzimy z rzeki. Idziemy z powrotem w kierunku ekadówki. Myślę: „Tu się zacznie wygarnianie, ta jednostka zawoła inne i będzie kocioł.” Przechodzimy. Po drodze widzę, na moje oko oficera, jak chowa swój pistolet w krzaki i też w kierunku Komorowa ucieka. Przekraczamy znowu ekadówkę i się znajdujemy w Malichach. Tutaj jest sytuacja taka, jak się mówi: na złodzieju czapka gore. Przecież idzie dwóch chłopaczków i właściwie mogą udawać, że oni nie mają nic [z tym] wspólnego. Widzimy za zakrętem drogi we wsi w Malichach, że stoi żołnierz w pelerynie, jest mżawka. Zamiast go minąć i sobie iść dalej… Jesteśmy rozbici, myślałem żeby iść w kierunku Kampinosu, to były znane mnie tereny. Tak jak mówiłem moje młodsze rodzeństwo tam było, mieliśmy niezły magazynek broni. Tam w 1939 roku były duże walki cofających się naszych oddziałów na Warszawę. Mieliśmy tam rzeczy. Alarm powstaniowy szeregowym był niewiadomy, w ostatnim momencie. Nawet nie można było z Lasek [dostarczyć broni]. W Laskach był granat obronny, typowy mauzer z uzbrojenia naszej przedwojennej armii znaleziony w jałowcu, było sporo amunicji, różnych rzecz schowanych. Myślę sobie: „Mamy pewne rzeczy, na pewno w lesie coś się dzieje.” Ale tutaj żołnierz, więc my [mówimy], że chcemy się wysuszyć i tak dalej. On nas prowadzi do golącego się na ganku wiejskiej chałupy swojego sierżanta, mówi że dwóch chłopaczków coś chce. Po niemiecku trochę się nauczyłem. Z domu znało się tylko początki angielskiego i francuskiego, ale w czasie wojny niemiecki trzeba było szybciej opanować. Uczył mnie niewidomy, pan Łada. Coś tam potrafiłem mu powiedzieć, że chcemy się wysuszyć. Mówi: „To idźcie tam.” Do gospodarzy żebyśmy poszli. Dali nam gorącego mleka, niby żeśmy się wysuszyli, a myśmy naprawdę chcieli schować nasze opaski. W razie czego to jest rzecz, za którą można stracić głowę. Za stodołą pod kamień schowaliśmy nasze opaski, tu zmieniliśmy zamiary. Janek mi mówi: „Słuchaj, moja siostra jest w Milanówku, może tam zobaczmy jak idzie sytuacja. Jedźmy do niej.” Po szoku, jakby nie było przeszliśmy pierwszy chrzest bojowy, człowiek był trochę otumaniony, w ogóle zapomniałem czy nawet nie wiedziałem, że moja siostra stryjeczna jest w Komorowie. Ale nie, jedziemy do Milanówka. Jego siostra czy jego szwagier [mieli] ogrodnictwo. tam spędziliśmy noc czy dwie. Widzę, że ta rodzina patrzy dlaczego oni mają dwóch więcej karmić. Myśmy się nadal czuli zmobilizowani. Żegnamy się z nimi i idziemy na Laski, na Kampinos, tam na pewno sobie coś znajdziemy. Zabrało nam to parę godzin. Dochodząc już do Lasek widzę masę wojska. Myślę sobie: „O cholera, niedobra sytuacja, tu już pewnie przyfrontowe jednostki wojskowe.” Zbliżamy się. Po kolorycie mundurów widzimy, że coś nietypowego, bo się Wermachtowców po ich feldgrau poznawało. Nagle się orientujemy, że to jest polskie wojsko. To był taki moment, że nie zapomnę do końca życia. To nie tak jak w czasie wojny się widziało naszych, co działali na terenie Warszawy, musieli się kryć w jak najbardziej cywilne ubranie. Orzełki, mundury, jadą taborami i widać po wyposażeniu, że jest broń, karabiny maszynowe i nawet przeciwpancerne. Później się dopiero dowiedziałem, że to była nasza wileńska partyzantka, która się przeprawiła przez Wisłę i dołączyła do naszych oddziałów w Puszczy Kampinoskiej.[Dotarliśmy] do Lasek zajętych przez naszą partyzantkę. Tam dowiaduję się, że niestety nie ma mojej matki z młodszym rodzeństwem. Moja matka współpracowała z organizacją ojca. Muszę powiedzieć, że nawet w momentach, kiedy zrzutowych pieniędzy, przeważnie złote dolary przywozili nasi spadochroniarze, owało na akcję, to matka musiała jedną czy drugą działkę sprzedać nie tylko, żeby nas karmić, ale żeby ojciec mógł wysyłać kogo trzeba na zachód, czy robić fałszywe dokumenty i tak dalej. Sama była mocno zaangażowana. W tym przypadku poczuła, że musi być przy ojcu. Wyruszyła do Warszawy. Tutaj niby była wychowawczyni, nauczycielka średnich dzieci czy opiekunka do młodszych, ktoś do gotowania. One nie były całkiem zostawione. Moja matka pewnie nie liczyła, że to potrwa tyle czasu, jakby nie było ponad dwa miesiące. Moja matka nie mogła się przedostać na Mokotów i utkwiła na całe Powstanie na Starym Mieście.

  • Na najgorszym odcinku.

Tak. Ładne wspomnienie o niej umieściła Helena Brzozowska, która pracowała w szpitalu na Długiej, który Niemcy częściowo wymordowali. Moja matka kolejno się przenosiła przez różne adresy na Starym Mieście nie mając nikogo takiego, u którego mogłaby się zatrzymać. Nawet jakby mogła, to tam kolejne domy były burzone, palone. Ręka boska ją chroniła, bo chciała w pewnym momencie siostry Sakramentki poprosić, żeby ją przechowały. One odmówiły i tej nocy zostały zbombardowane. One tam wszystkie zginęły. Później [była] na Freta, tam dominikański klasztor jest, aż się znalazła na Długiej. Pomagała w szpitalu, aż do momentu wyjścia wszystkich przez kanały i później ewakuacji już do Pruszkowa. Tam były kryminalne oddziały przez Niemców użyte…

  • Dirlewangera.

Tak, ale i Niemców kryminalistów. [Niemiec] się zorientował, że to jest osoba mówiąca po niemiecku, moja matka miała wychowawczynię Niemkę i one dobrze z siostrami znały niemiecki. Nie dokończyłem tamtej historii, że moja ciotka, która była przez bolszewików zatrzymana, to później znalazła się w Ravensbrück, a dziadek w Oświęcimiu. Sąd w Lublinie podjął na niego wyrok śmierci, [później] zamienili mu to na obóz koncentracyjny, ale to jest boczny wątek.Wpadli Niemcy. [Jeden z nich] widzi, że moja matka mówi po niemiecku. Ten człowiek zdobył się na wyrzucenie z siebie, że to jest wielka rzecz, co Polacy zrobili, że się przeciwstawiają Hitlerowi. On może, jak to w karnych kompaniach, niekoniecznie był za złodziejstwo…

  • Może polityczny…

Wybuchł z niego podziw dla tego co Polacy robią. Matka mówiła, że wśród rannych są również Niemcy, że oni zaświadczą, że o nich się również tak samo dbało jak o powstańców. Czy to pomogło czy nie pomogło… Wiem, że część naszych biedaków na Długiej wymordowano. Moja matka później towarzyszyła tym, którzy wychodzili na Wolę. W pewnym momencie się odłączyła i w końcu dołączyła do nas w Laskach. Przez jakiś czas stałem się również odpowiedzialny za młodsze rodzeństwo. Jedną nogą byłem zaprzysiężony przez porucznika Krakowskiego w jednostce, która tam działała, już nie w czasie Powstania z przybyłych z innych terytoriów, tylko na miejscu działająca, która była odpowiedzialna również za odbiór zrzutów. Chodziło się nocami jak był sygnał radiowy, że będzie zrzut w kierunku Sierakowa, światła się ustawiało i albo był zrzut, albo nie było zrzutu. Czasem samoloty nie dolatywały z takich czy innych powodów, ale dosyć spore zaopatrzenie z powietrza przychodziło. Później uzbrojony ze zrzutowego wyposażenia dobry batalion w pewnym momencie wyruszył w kierunku Warszawy. Wspomógł Żoliborz jak była akcja połączenia i pomocy Staremu Miastu. [To] się załamało na torach przy Dworcu Gdańskim. Chciało się, żeby nasze oddziały były wyposażone [jak] wymaszerowująca jednostka. Później do radiostacji mnie wysyłali z materiałami. Tam siedział facet jak na rowerze i robił prąd, kręcąc pedałami prądnicę. Był bardzo wzruszający moment jak niestety z opóźnieniem olbrzymia formacja amerykańska leciała nad Warszawę. Ludzie nie bardzo się orientowali, bo dotychczas samolot to musiał być tylko wróg. Myśmy wiedzieli dobrze. Można było kupować książki, uczyć się sylwetek wszystkich samolotów świata. Niemieckie księgarnie były zaopatrzone w takie rzeczy. Oni nie wiedzieli, że to może również służyć naszemu podziemiu. Ich literatura popularna, bo nie była przeznaczona dla wojska, w tym przypadku mogła być użyteczna. Tak że się widziało, że to są [alianci]. Zresztą sypali masę folii aluminiowej, żeby zmylić celowniki optyczne artylerii przeciwlotniczej. Artyleria przeciwlotnicza, już przy froncie stojącym na Wiśle, była bardzo mocno obsadzona. Patrzyliśmy na formację w setkach rozrywających pocisków, ale oni nie zmieniali szyku. Jeden tylko biedny miał odstrzelone skrzydło. Oni biedacy leżą w Kiełpinie na cmentarzu, ta załoga. Swołocz strzelała nawet do spadających na spadochronach. Jedna superforteca miała z dziesięciu załogi. Na początku stała kuchnia polowa, wydawali posiłki i tak dalej, zupełnie jak teren opanowany przez nasze wojsko. Później jak na innych odcinkach Puszczy Kampinoskiej mieli różne utarczki, to się cofnęli i przyszli Węgrzy. Węgrów wycofano z frontu, nawet tam paru swoich zmarłych pogrzebali. Oni nawiązali kontakt z naszymi. Nawet ich orkiestra wojskowa, bo w Laskach był szpital, w którym nasi ranni leżeli, to im potrafiła zagrać coś pod szpitalem. Wiem, że moje młodsze rodzeństwo to bawiło się ich bronią. Któregoś dnia z Jankiem Żułnowskim, którego tam zabrałem, poszliśmy do lasu przestrzelać mauzera, który był bez kolby. Chcieliśmy zobaczyć czy nie jest zardzewiały. Wracam, chowam pod szynelem… Niemcy sprzedawali na lewo część rzeczy zdobytych na Rosjanach, można [to] było kupić na warszawskich ciuchach. Wiem, że pod szynelem chowałem [mauzera], patrzę a podwórze domu, gdzie mieszkam, pełne wojska. Oni mieli brązowawe mundury, okazało się, że Węgrzy. Trzeba było to wszystko schować. W pokoju u siebie miałem rozłożone różne rzeczy, oni udawali, że nic nie zauważyli. Jednym słowem Węgrzy w pewnym momencie wyszli, nawet jakby intencjonalnie zostawiali różne rzeczy, które by się mogły przydać. Oni mieli bardzo dobre granaty, które się charakteryzowały tym, że miały wybuch po poziomie, raziły po powierzchni ziemi, a mniej odłamków szło w górę. To było niebezpieczne. Gdyby weszli Niemcy Dirlewangera, to przecież nie dowiedzieliby się, że Węgrzy zostawili. Można by dostać kulę w łeb, że tutaj coś takiego leży. To trzeba było szybko pochować. Przyszli własowcy. Wtedy już w Laskach mniej, ale w Izabelinie zaczęły się ekscesy, tak jak to u nich. Oni pół pijani, gwałty, złodziejstwa. W strachu cały czas byli, strzelali w kierunku puszczy. Bali się robić jakiekolwiek akcje przeciwko naszym w puszczy. To był nieprzyjemny moment. Jak oni akurat wpadali do Lasek, trzeba było się chować. Ludzie, przeważnie mężczyźni, kopali sobie dołki, nakrywali się. Musiałem zrobić wyprawę po żywność dla młodszego rodzeństwa, nas jest dziesięcioro. Jak czwórka nas była w Powstaniu, trzech braci i siostra, to szóstka [została]. Musiałem się wybrać w parę koni nawet w okolice Pęcic. Tam był folwark mojej matki, [skąd] można było ziemniaki czy kaszę, co było potrzebne, przywieść. Mijając Babice, akurat musiał być wschodni wiatr z Warszawy, chmura dymu i opadające resztki papieru czy innych spalonych rzeczy robiły ponure wrażenie Opadało [to] na pola, ale w takich ilościach, że widać było, że całe miasto płonie. Był radosny moment, że matka wróciła, zwłaszcza młodsze dzieci się uradowały. Jak Powstanie upadło, zaczął się etap wyszukiwania, kto ocalał z rodzeństwa i czy ojciec przeżył. Miejscem gdzie najprawdopodobniej było kogoś złapać był Pruszków. Jeżeliby wychodzili z ludnością cywilną, to w Pruszkowie można było… Moja siostra stryjeczna, jak wspomniałem, mieszkająca w Komorowie, miała teściową mówiącą wspaniale po niemiecku. Jak poszły się przedstawić oficerowi w obozie pruszkowskim, że krewnego trzeba wyciągnąć, to ten zgodził się na jedną osobę. Jednocześnie moja siostra stryjeczna wkręciła się do personelu. Tam działała placówka sanitarna. Jak byli ranni czy cywile, którzy wymagali opieki sanitarnej, to te osoby miały przepustki i mogły wchodzić do obozu. Ona któregoś dnia zobaczyła leżącego na noszach mojego ojca i wyszwinglowała go. Ojciec pod koniec na Mokotowie chciał dodać ducha swoim żołnierzom. Dostał do dowodzenia wschodni odcinek skarpy mokotowskiej i Dolnego Mokotowa. Kazał sobie podać rusznicę przeciwpancerną i do działka niemieckiego, które ich niepokoiło na Alei Sobieskiego… Cekaem go wypatrzył, ojciec był ciężko ranny w otrzewną i w rękę. Na ostatnie parę dni przekazał dowództwo oficerowi. On teraz w Australii jest. Jednym słowem [ojciec] znalazł się w warunkach mało sanitarnych, gdzieś w piwnicy. Ale niedługo Mokotów skapitulował i ojca ewakuowali do Pruszkowa. Na szczęście w Pruszkowie byli odpowiedni lekarze. Nawet chyba w ramach szpitala psychiatrycznego w Tworkach działała placówka, która jednocześnie udzielała chirurgicznej pomocy ewakuującym się z Warszawy. Nie było się co dzień w Pruszkowie. Moja matka, intuicja kobieca, akurat znalazła się w dniu, kiedy jechali do obozu jenieckiego, wojskowego. Na koniec Niemcy udzielili praw kombatanckich naszym powstańcom. Zobaczyła najstarszego brata jadącego już z naszymi z Mokotowa do Niemiec. Moja siostra prysła gdzieś na lewo i mój brat z „Zośki” też się znalazł. Natomiast siostra stryjeczna też pojechała do obozu razem z wojskowymi. W tym momencie musiałem się przenieść do Komorowa, bo ktoś musiał być z ojcem. Jednak dłuższy czas trwała rekonwalescencja. To było poważne zranienie. Okazało się, że w tej samej miejscowości jego matka, czyli moja babka, znalazła się ze swoją siostrą i najmłodszy brat mojego ojca, później zamordowany przez komunę.

  • Proszę przypomnieć atmosferę Warszawy w ostatnich dniach lipca?

Dobrze, że się do tego cofniemy, bo nie uzupełniłem paru rzeczy. W relacjach, o których czytam i we wspomnieniach nie znajduję tych wątków, a może one są dosyć istotne dla tych, co będą nasze relacje przeglądać czy wysłuchiwać. Po makabrze i tragicznym załamaniu psychicznym jakie Warszawa miała, kiedy Niemcy bez żadnych przeszkód parli na wschód, zaczęły się duże rozstrzeliwania w Warszawie. Wielu tych, co nie pochodzi z Warszawy, mija tablice, które są umieszczone na ścianach, gdzie jest napisane tylu i tylu w tym miejscu rozstrzelano. Ludzie nawet przejdą, niejeden może w myślach mówi wieczne odpoczywanie. To było strasznie przygnębiające, że za byle czasem wymyślony podwód, dla sterroryzowania miasta, potrafiono wygarnąć czy z Szucha czy z Pawiaka trzydziestu czy pięćdziesięciu, pod murem [rozstrzelać]. Ilości są tam napisane. Ci dzielniejsi z nich, zanim padły strzały, potrafili krzyknąć: „Jeszcze Polska nie zginęła! Niech żyje Polska!” Później ich z gipsowymi opatrunkami na twarzach stawiali po ścianą, żeby nawet tego nie mogli. Przedtem im zależało na tym, żeby ludzie to oglądali. Jak mówiłem o moim stryju, to zgromadzili ludzi na rynku w Gostyniu, żeby widzieli rozstrzeliwanie. Tutaj już się może trochę bali, dookoła robili kordon policyjny i rozstrzeliwania odbywały się w różnych miejscach. Krążył „Biuletyn Informacyjny”, scharakteryzował nam ideologię hitlerowską, że chcą z nas zrobić niewolników, wybijają nam inteligencję czy tych, którzy się przeciwstawiają. Jeszcze do tego dołączyła się wiadomość oczywiście, przez Niemców bardzo rozpropagowana, bo oni wiedzieli, że ludzie nie bardzo chętnie kupują gadzinówki, gazety…

  • „Nowy Kurier Warszawski”.

To były głośniki na ulicach. Jak się wykryła sprawa Katynia, to ją tym bardziej nagłaśniali. Wiedzieliśmy, że jeszcze to nieszczęście się stało, że wymordowano tyle tysięcy naszych oficerów. Nie bardzo widziało się nadzieję, kto może się temu przeciwstawić. W końcu zrobią z nas niewolników [albo] zginiemy. Z jednej strony to było strasznie przygnębiające. Z drugiej budziło tym bardziej takie uczucie: to lepiej zginąć, niż to co później się stało w getcie, że mogli ileś osób spalić, wywieść, zamordować bez żadnego oporu. Ruszyła ofensywa od wschodu i to z postępem. Pierwsze kotły stalingradzkie, to były postępy po dwieście kilometrów. Po raz pierwszy widzieliśmy na pierwszej stronie niemieckich czasopism Paulusa, który niby tam dzielnie walczy, ale wiemy, że się poddał i poszedł do niewoli. Tu zaczął rosnąć duch. Oczywiście [były] ćwiczenia wojskowe. U nas na Ikara zbierała się młodzież z różnych kręgów. Jak mówiłem, nas trzech było zaangażowanych, obie siostry, znaczy siostra stryjeczna i moja rodzona siostra. Dużo rodzin ze wschodu przechowywało się w Warszawie. Warszawa miała znacznie więcej ludności niż przed wojną. Raz, że było łatwiej się ukryć w dużym mieście, niż gdzieś, gdzie łatwiej było kogoś wynaleźć. Z drugiej strony tu mieli krewnych, tu przemieszkiwali. Nie wiem czy [znacie] piosenkę: „To konspiracja, to konspiracja…” Jednym słowem był trochę wisielczy humor. W swoich gronach się wiedziało, kto jest zaangażowany, kto nie. Działało coś takiego co się nazywało higieną konspiracyjną, termin [stosowany] przez mojego ojca. Wesołe melodie raczej… Rzeczywiście, zamki od kbk się rozbierało. Żeby go oczyścić i zakonserwować, to sztuka była w ile minut, kto zrobi i złoży z powrotem. Broń do nas przynoszono. Teraz mówię o przełamaniu się pesymizmu po strasznych wiadomościach i rozstrzeliwaniach. Dziadek się znalazł w Oświęcimiu, zamieniono mu karę śmierci, znalazł się w Buchenwaldzie, ciotka w Ravensbrück, stryj rozstrzelany w Gostyniu. Ale tu walka idzie. Szcześniewski, nasz bezpośredni kierujący, też aresztowany. Później w Majdanku nawiązano z nim kontakt grypsami. Tu się wszystko organizuje, broń się zbiera i się tego oczekuje. U nas się znalazł duży aparat Telefunken. Trochę głupią akcję, bez wiedzy dowództwa, zrobili ludzie z naszej dzielnicy, chyba z „Zośki”, któryś z plutonów, na restaurację folksdojcza na Puławskiej. Zabrali mu Telefunken. Nie mieli gdzie tego schować. U nas był stół nakryty długim obrusem czy kapą, na krzyżaku pod spodem się jego postawiło. Jakby ktoś pytał: „Co u was taka muzyka?” To stał gramofon nakręcany na korbkę, że to niby z gramofonu muzyka. Wieczorem podnoszące na duchu było słuchanie niemieckich komunikatów, kiedy oni kolejnym miastom… Było nagłe przerwanie muzyki i vergeben ein Luftwege Meldung, że nad takie miasto, nad takie miasto nadciągają samoloty alianckie i żeby schodzić do schronów. To bardzo podnosiło na duchu, że w skórę dostają. Oczywiście napisów na murach więcej się pokazywało, w tym „Szare Szeregi” brały udział. To też wściekło Niemców, ale bardzo podnosiło ducha całej Warszawy. Na niedługo przed Powstaniem na naszej ulicy, zastaliśmy rozrzucone ulotki jak wydawać komendy po niemiecku: Hande hoch, dane żeby podał, gdzie jest jego dowódca. [Była] nawet taka rzecz jak obsługa broni przeciwpancernej Panzerfausta, niby żołnierskiej broni przeciwpancernej, już pierwszej rakietowej i bardziej skomplikowanego Panzerschrecka, co się elektrycznie odpalało. Każdy kto znalazł to na ulicy, jeżeli dobrze to przeczytał, to już w pierwszych dniach walki mógł nawet nową bronią się posługiwać czy Niemca do odpowiedniego zachowania [przywołać]. Po polsku mógłby nie zrozumieć, jaką komendę mu się wydaje. Oczywiście dla złamania ducha przeciwnika, też jest ważne, żeby on powalony był od razu rozkazem, a nie tylko czynnikami czysto wojskowymi. Krążenie wszystkich pism podziemnych też było na większą znacznie skalę. Ludzie [byli] pozbawieni radia. Myśmy mogli zrzutowym aparatem od dłuższego czasu słuchać BBC. Zresztą u ojca widziałem jak sobie zaznaczał na mapie postęp frontów. Oczywiście jak czerwiec 1944 roku i drugi front powstał, to [dał] nadzieję na niedługie wyzwolenie, ale również znacznie większe zagrożenie. Oni na tyłach frontów by się starali wprowadzać bardzo drastyczne środki. Znacznie więcej ludzi mogłoby zginąć. To tyle, jeżeli chodzi o cofnięcie się do atmosfery przedpowstaniowej.

  • Przed samym wybuchem Powstania widać było kolumny niemieckie…

Nie tylko kolumny niemieckie. Byłem nawet przy wylocie Kierbedzia, to inaczej wyglądało, bo nie było tunelu tak jak teraz. Ciągnęły dosłownie sznury osadników niemieckich, tak że powstawały korki. Osadnicy niemieccy [byli] jeszcze z carskich czasów. Może nad Wołgą się tak zachowywali, że ludność miejscowa później by wyciągała konsekwencje, że się z Niemcami bratali. Ich przynależność była zachwiana. Przecież oni od lat siedzieli, tym niemniej oni się trzymali swoich protestanckich zborów. Ale może mieli po dziurki od nosa komunizmu. Ci również, którzy dostali polskie ziemie jak na przykład na Zamojszczyźnie, gdzie były duże wysiedlenia i tu ich powsadzali, albo ci co mieli coś na sumieniu, folksdojcze czy coś, to szło z wozami, z krowami. [Jechały] również ciężarówki niemieckie z rozbitych oddziałów. Człowiek prawie się kusił, żeby Panzerfausta ściągnąć z wozu. To mniej więcej przypominało nastrój, jak nasza armia niestety się cofała w 1939 roku, kiedy żołnierz już miał dosyć wszystkiego i ileś kilometrów miał w nogach przebytych. Może i był niedokarmiony, bo dowóz służb tyłowych nie dopisywał. Byli gnani. W tym momencie ilościowo przeważało sowieckie lotnictwo. O ile kiedyś niebo należało do Niemców, to w tym momencie już nie, tak że to było sygnałem. Nawet nie wiem czy nasze dowództwo nie popełniło błędu. Gdyby Powstanie w tym momencie wybuchło i można było skorzystać z tej broni, która była łatwo dostępna… Psychicznie nieprzyjaciel był w znacznie gorszej sytuacji, niż jak ruszyła dywizja Herman Goering i troszeczkę zahamowała posęp wojsk rosyjskich ku Wiśle. Nie jestem strategiem, ale tak mi się wydaje, że to było do rozważenia. Jak obecnie wiemy z książek, w dowództwie AK moment oznaczenia wybuchu Powstania uzależniony był od różnych sygnałów z Londynu i od tego jak działał wywiad, albo nie działał, mówiąc o tym co się dzieje po drugiej stronie Wisły. Wchodzimy w inny temat, na ile by to zmieniło sytuację. Prawdopodobnie w Moskwie już wcześniej zdecydowano jak oni mają się zachować, mimo że tu wysłali 1 Armię Wojska Polskiego, że to niby Polacy będą wyzwalać Warszawę, ale przecież oni byli pod komendą sowiecką. Wiemy, że ani pomocy artyleryjskiej nie dali, a zrzuty które były robione, to były tylko dla zachowania pozorów. Dwa bataliony co wykrwawili na dwóch przyczółkach… Nie wiem do dzisiaj czy to jest w literaturze powiedziane, czy ktoś u Berlinga zdecydował niezależnie od wskazówek sowieckich, że chcieli przyjść z pomocą Warszawie, czy też zdecydowali się: wykrwawmy ich, żeby pokazać, że chcieliśmy coś zrobić.

  • Jest przyjęta wersja, że Berling podjął decyzję o desancie bez porozumienia z Moskwą, dlatego stracił dowództwo.

Tak. Zrobić takie przyczółki z taką ilością bez wsparcia artyleryjskiego czy lotniczego, to było z góry skazane na niepowodzenie. Te same przyczółki sowieckie w Magnuszewie, później w Sandomierzu i te które później umożliwiły styczniową operację zajęcia Warszawy w ogóle bez obrony Niemców, to dowodzą, że mając powstańców w mieście zrobienie takiego przyczółku było [możliwe]. Ze względów prawdopodobnie politycznych skazali nas na wymordowanie. To jeszcze poruszymy na samym końcu. Przejdźmy do etapu popowstaniowego. W okresie, kiedy opiekowałem się ojcem w Komorowie, miałem jeszcze jeden epizod warty wspomnienia. Mianowicie trzeba było z czegoś żyć. Żołd ojca po jego ranieniu pozostał w skrytkach na Puławskiej w budynku, gdzie była sztabowa kwatera konspiracyjna. Jak mówiłem, skrytki wspaniale [były] zrobione przez skrytkarza Komendy Głównej, mistrza w zawodzie. Jedna było u ojca w jego mieszkanku. To było bardzo małe pomieszczenie, mało zwracające uwagę. Ojciec konspirował jako malarz. Pan Żukowski, takie były jego konspiracyjne dokumenty. Natomiast w piwnicy była duża skrytka, gdzie było archiwum „Wachlarza”. Jak zbliżył się front, „Wachlarz” został rozwiązany i ojciec był w dyspozycji Komendy Głównej. Miał dorywcze zadania i dorywcze kontakty. Po ranieniu zaczął być moment, że trzeba było z czegoś żyć, nie mówiąc, że pewne dokumenty należało zniszczyć. Nie wiadomo było, co się z tym budynkiem dzieje i w jakim [jest stanie]. Przecież były kolejne bombardowania. Chodziło o to, żeby tam pojechać i to zbadać. Jak się teraz dostać do Warszawy? Na przedmieściach, na wylocie na Poznań, mrozy straszne nastały, dosyć sroga zima, ludzie wyrzuceni z Warszawy pozostawili większość zimowych ubrań. Mało kto był na tyle przewidujący, żeby [coś] zabrać oprócz podstawowych rzeczy. Ustawiały się olbrzymie kolejki z prośbą, żeby ich wpuścić, żeby mogli coś osobistego zabrać. W większości byli wyrzucani. Bodajże budynek szkolny jest na wylocie na Poznań, po tej stronie co jest wolski cmentarz, po prawej stronie. Trochę uprzedzam fakty. Zgłosił się do ojca jeden ze szwoleżerów, jednostki, która walczyła na Mokotowie, w której był mój brat, który poszedł do niewoli. Zygmunt Sulistrowski, zresztą z Krakowa, ale znalazł się w Warszawie i walczył na Mokotowie. On się trochę podkochiwał w mojej siostrze, która była sanitariuszką. Utrzymywał z nami kontakt jak wszyscy wyszli z Powstania. Jak się dowiedział, że byłaby potrzeba dostać się na Puławską, szalenie przedsiębiorczy człowiek, powiedział: „To postaram się o dokumenty, żebyśmy się tam mogli dostać.” Pojechał do Łodzi. Wydobył dokumenty, że są maszyny, które powinny pracować jeszcze dla Rzeszy, trzeba zrobić ich inwentaryzację i czym prędzej zapewnić ewakuację. Niemcy stale jednak… Pociągi wychodziły z Warszawy. Myśmy nie wiedzieli z czym, myśleliśmy, że rabują. Ale jeżeli chodzi o maszyny, to były wywożone. Padło na mnie. Oczekując przejścia frontu mojej matce udało się załatwić transport i znalazła się z młodszym rodzeństwem aż na Podhalu. Wiadomo było, że tu będzie przechodził front, ale nie wiadomo w jakich warunkach będzie się odbywało zdobywanie tej części Polski.. Tam wyjechali, żeby być w spokojny miejscu. Na mnie padło i z majątku z Michałowic biorę parę koni i wóz i z Zygmuntem, myśmy go Muś nazywali, jedziemy do niemieckiej wachy po przepustkę. Czekam zmarznięty, też nie miałem ubrania zimowego, rękawiczek nie miałem. Miałem szynel rosyjski, bo też własnego płaszcza nie było tylko z ciuchów. On wychodzi i mówi: „Cholera, nie chcą mi dać przepustki, mówią, że musimy mieć konwojenta.” Tu mu wpada coś do głowy. Cofamy się do Włoch. Tam była fabryka Awia robiąca części dla naszego lotnictwa. Tam na zmianach byli Werkschutze w mundurach służbowych. Któryś, który miał wolne, dostał pół litra. [Zygmunt] miał już naszykowane z sobą coś, żeby wręczać odpowiednie łapówki. Mamy umundurowanego z karabinem, siada z nami na furmankę. Idziemy z powrotem. Stoi ogon przeziębionych ludzi. Czekam na to, żeby on załatwił papiery. Już zabrał z sobą konwojenta, to będzie służbowo wyglądało. Zmarznięty idę w pole za potrzebą. Widzę, że leżą zastrzeleni ludzi i napisana prymitywnie kartka, że kto nielegalnie wchodzi do Warszawy, to będzie na miejscu zastrzelony. Oni na pokaz położyli zastrzelonych ludzi. Oprócz tych, którzy naprawdę do swoich domów się chcieli dostać, to jednak było szabrowania przez podmiejską ludność, biedotę, która chciała skorzystać z okazji. Porzucony majątek, Niemcy to rabują, dlaczego on nie ma wziąć. Ale jak go złapali, to rozstrzelali na miejscu. Wracam do koni. On rozradowany: „Mamy przepustkę!” Tylko teraz nie chcę mieć świadka. Znowu musimy się cofnąć. Myślałem, że my wrócimy, że nie będę marzł. Odwozimy tego, on musi na swoją godzinę wartowania wrócić. Mamy papier, już nie będziemy pokazywali, oni w biurze siedzą, grzeją się i nie patrzą. Wjeżdżamy przez Wolę. Zobaczyłem Warszawę, daj Boże, [żebym] nigdy w życiu żadnego takiego miasta nie zobaczył. Od Woli wszystko spalone, oczodoły domów, wiszą rynny, skrzypią tylko, gdzieś czołg spalony. Oni tylko mieli przeczyszczone pewne trasy, żeby mogli przejeżdżać. [Na] niektórych ulicach nadal stoją barykady. Domy z dwóch stron jak się zawaliły, to w ogóle [ulice] są nieprzejezdne. Dziki kot czasem przebiegnie. Dojechaliśmy Żelazną chyba do skrzyżowania z Grzybowską. Widzę pierwszych żołnierzy niemieckich Brennkomando. Kolejne domy podpalają. Siedzi oficer na byłej wystawie sklepowej, która ma już wywalone okna, palą mu meble czy coś, rozgrzewa nogi, a ci chodzą od domu do domu wrzucają przez okna długie zapalające materiały. Pewnie tam inną robotę robili. W każdym razie widzimy kolejne niszczenie. Posłusznie wykonywali rozkaz Hitlera, że to miasto musi być zrównane z ziemią. Pewnie chcieli doprowadzić do takiego stanu jak getto później się oglądało, że była jedna pustynia gruzów. Znowu nikogo nie spotykamy. Przekraczamy Aleje Jerozolimskie. Dopiero na Placu Unii widzę ciężarówki. Tam były budynki bankowe. Stoją ciężarówki i ludzie złapani z łapanki pod dyktando niemieckie wyrzucają rzeczy z budynków. Pewnie zanim chcieli spalić typowali te, które były bogatsze, lepiej wyposażone. Według klucza, co ma być władowane, ładują na ciężarówki. To wszystko jechało na Dworzec Zachodni, jechało do Niemiec. Nie wiem czy oni to przydzielali rodzinom, które straciły swoje domy po bombardowaniach, czy po selekcji co lepsze rzeczy brali sobie ich uprzywilejowani działacze. Później Puławską jedziemy. Śnieg, mróz, żywej duszy [nie ma]. Dojeżdżamy do [Puławskiej] 103, schodzimy. „Muś” skrytki nie znał. Ja byłem wtajemniczony, chociaż do dolnej nawet nie wiem czy byłem. Ojciec wytłumaczył gdzie to jest. Wiedziałem, że to się otwiera tym samym systemem jak ta, która była u nas w domu. To trzeba było pasek stalowy w odpowiednim miejscu w fugę między płytkami włożyć, tam nacisnąć na sprężynę. Wtedy cały zamek otwierał porcję muru. To się wszystko powinno uchylić. Zapieram się, nic, on mi pomaga, nic. Dzisiaj myślę, wtedy już wyciągnęliśmy wniosek, że po wszystkich bombardowaniach, po wstrząsach, ponieważ to było pasowane na milimetry, tyle co fuga, to musiało być niewidoczne, widocznie mury trochę obsiadły. Chociaż to [była] solidna chałupa z lat trzydziestych, na tym odcinku Puławskiej to wszystko były nowe domy. Nie mogliśmy tego otworzyć. Niestety cała wyprawa genialnie przez niego załatwiona spaliła na panewce.

  • Skuć ściany nie można było?

Raz, że trzeba mieć narzędzia i to solidne, poza tym robiąc huk, to by się nie zgadzało z dokumentacją, bo to nie byłaby inwentaryzacja stojących maszyn. Moglibyśmy tak skończyć jak ci, co leżeli tam rozstrzelani na miejscu. Zaraz by się okazało, że coś jest nie tak. Wyjeżdżamy już nie tą drogą przez Wolę, tylko doszliśmy do wniosku, że będzie bliżej… On podpowiedział, żeby nie być kontrolowanym na wyjeździe, wyjechaliśmy w kierunku Okęcia. Do Michałowic, gdzie konie musiałem odstawić było bliżej. Jak przejeżdżaliśmy koło lotniska, to oni już byli w stanie wysadzania obiektów wojskowych. Oni już się liczyli z tym, że lotnisko jest za blisko frontu i jest niemożliwe do używania przez ich lotnictwo, poza tym może to wkrótce oddadzą. Na tym skończyła się eskapada.

  • Jak wyglądał moment wkroczenia Rosjan na te tereny?

To było piękne w naszym społeczeństwie, muszę pochylić czoło przed pokoleniem naszego dwudziestolecia. Wiedząc o tym, że tam jest tyle młodzieży z Warszawy i lokalnej też, która jest pozbawiano szkół, już zawiązał się komitet i już ruszyła szkoła. Zacząłem chodzić na sąsiednią ulicę, tam gdzie ojciec miał drugie z kolei wynajęte mieszkanie. Zacząłem zaliczać klasę. Młodzież była napalona na rożne wojskowe rzeczy. Później się nabawiłem zapalenia opłucnej. Zaczęli mnie leczyć na żołądkowe sprawy, nie rozpoznali w pierwszym momencie, bo nie było lekarza pod ręką. Musiałem przerwać naukę, wyrwę miałem w szkole. Ale jak wyglądało wejście? Ku mojemu zadowoleniu umiarkowanemu, ale jednak zadowoleniu, nie zobaczyłem ciubaryków, co widziałem w 1939 roku, tylko pierwsze zobaczyłem berlingowskie orzełki. Smutne wrażenie robiła ta armia. Nie było tej radości, jaka była jak nagle zastałem pod Puszczą Kampinoską nasze wojsko, przedwojenne orzełki z koronami i ludzi z innym nastrojem. Tutaj zobaczyłem niewielką jednostkę, oni przemknęli przez Komorów. Główne działania, przerzuty wojsk następowały wzdłuż szosy poznańskiej. Tutaj było epizodyczne spotkanie, ale milsze niż to, że człowiek myślał sobie: „Dobrze wejdą ci, ale oni zaczną się zachowywać w taki sposób, jak się zachowywali w 1939 roku.” Co nie było dużym błędem w kalkulacjach. Wiadomo, że za jednostkami frontowymi już szły enkawudowskie i im podporządkowane polskie, które zaraz wyszukiwały ludzi. Tu trzeba przypomnieć sobie to, co niedawno w prasie przypomniano, trasę kolejki EKD nazwano małym Londynem. Teraz nawet było kilka wystaw na trasie przypominających 1944 rok i przełom na 1945. Z tego odcinka w okresie po tak zwanym wyzwoleniu, przecież naszych szesnastu porwano w zdradziecki sposób… Miały być rozmowy i zabrali ich na proces, gdzie się bierutowskie władze zgadzały, że poza krajem może być sąd przedstawicieli naszego rządu. Tutaj rzeczywiście działała pomoc. Ojciec też dostał pomoc finansową, mieliśmy z czego żyć. Jeszcze byli przedstawiciele dowództwa Armii Krajowej, nie wszyscy poszli do niewoli, część wyjechała. Ojciec już zaczął się poruszać, zaleczyły mu się rany. Poszliśmy do Pruszkowa. Nie wiem czy to był już moment, kiedy wymieniano młynarki czyli złotówkę Generalnej Guberni na złotówki lubelskie. W czasie wojny nie chodziło się do kina, w Pruszkowie po drodze było kino. Myśmy mieli czekać na to, kiedy otworzą miejsca, gdzie wymieniają pieniądze. Film Wandy Wasilewskiej, o ile pamiętam pod tytułem „Tęcza”, jak to zobaczyłem, to była tak denna propaganda. To już była zapowiedź tego, co nas czeka. Nie potrafię powtórzyć fabuły tego filmu, ale wiem, że to robiło wrażenie jak najgorsze. Nie robiłem ankiety wśród publiczności, jak kto to odbierał, ale ja jak najgorsze wrażenie odebrałem. Później się rozchorowałem. Raz jeszcze wyprawę do Warszawy zrobiliśmy. Zobaczyliśmy jak to wygląda. Nie wiem czy to był koniec lutego czy marzec. Pamiętam, że już słońce było, ale jeszcze mrozik. Wchodząc na Stare Miasto, bośmy różne adresy rodzinne… Nie mówiąc o tym, że w ogóle się chciało zobaczyć jak Warszawa wygląda. Żeby wejść Świętojańską na stary rynek, to trzeba było wejść na wysokość prawie pierwszego piętra, tak zawalone były kamieniczki Starego Miasta. Tam dosyć tragiczny widok, bo na drzwiach, które widocznie były użyte przez sanitariuszy czy pomoc jako nosze, leżała zupełnie wysuszona staruszka jak mumia przez mróz. Jak się szło trasą ekadówki, musieliśmy to wszystko na piechotę robić, widać było czy poległych, czy zastrzelonych. W czasie między Powstaniem, a styczniem, to oni miotaczami płomieni czy polewając łatwopalnymi płynami, palili zwłoki. Jak się szło na trasie, to tu i tam się widziało ślady nieuprzątniętych zwłok. Koło Wielkanocy 1945 roku opuściłem ojca, bo doszedł do wniosku, że jeżeli miałem coś z płucami, to lepiej żebym dołączył do matki. Później pomógł im wrócić pod Warszawę. Jak się znajdę w górskim powietrzu, to mi to dobrze zrobi. Może tam dołączę do mojego brata, który był w „Zośce” i który z kolei matce pomagał z całą ewakuacją na południe. On już zaczął chodzić w Zakopanem i jedną klasę zaliczył, nie stracił roku. Działał tam w miejscowej drużynie harcerskiej. To był koniec roku szkolnego, tego roku nie nadłapałem. To tyle jeżeli o okres świeżo popowstaniowy.

  • Czy kiedykolwiek w rodzinie zdarzył się przypadek, że ktoś był przez władze komunistyczne szykanowany ze względu na przynależność do podziemia?

Jak najbardziej. W Komorowie znalazła się rodzina najmłodszego brata mojego ojca Ksawerego Grocholskiego z żoną i z trójką dzieci. Moja babka, którą on się opiekował… On w czasie wojny mieszkał na Sadybie, miał swój dom, a moja babka mieszkała w Wielkopolsce, tam gdzie rozstrzelali syna Henryka w Gostyniu. Już tam nie pojechała, bo wiadomo było, że stamtąd Polaków wyrzucali. Opiekował się nadal swoją matką i siostrą, która była inwalidką do pewnego stopnia, bo jeszcze dawniej nie umiało płuc operować jak teraz, jednego płuca nie miała. To jeszcze stare sprawy, jeszcze sprzed I wojny światowej, ona zaczęła chorować. Tym niemniej bardzo była dzielna i była do pomocy swojej matce. […]Teraz zaczynają się procesy pokazowe. Stryja za kontakty z tymże ambasadorem z oskarżenia o szpiegostwo w grupie ludzi z WiN-u sadzają na ławie oskarżonych. Już przedtem były precedensy, że tego rodzaju oskarżenia to się kończą karą śmierci. Jego siostrę inwalidkę bez płuca też sadzają na Rakowiecką i jego żonę. Dzieci zostają pod opieką babki. Oni już się przenieśli z Komorowa, w Brwinowie zamieszkali, tam stryj coś wynajął. Domy w Warszawie były od razu zajęte kwaterunkiem. Jego dom zajęło wojsko. Oczekujemy, jaki będzie wyrok. Oskarżycielskie mowy prokuratorskie, wiadomo jacy to byli prokuratorzy Zarafowski… To wszystko było tak pełne polityki, a nie prawdziwie sądowej roboty. W czasie któregoś dnia wymienia mojego ojca, że on też powinien siedzieć na ławie oskarżonych nie podając wielkiego uzasadnienia. Według jego mniemania, każdy przedwojenny oficer wojska polskiego powinien siedzieć. Na co odważnie adwokat mówi: „Dziwię się panu prokuratorowi, bo ja się co dzień z pułkownikiem Grocholskim widuję. On konsultuje mnie w sprawie swojego brata.” Trochę zgasił tamtego, ale już było ostrzeżenie, że mogą któregoś dnia dobrać się nawet do ojca. Niestety zapada wyrok śmierci jego i dwóch współoskarżonych. Nie wiemy do dzisiaj, gdzie pochowany…

  • Wyrok wykonano?

Wyrok wykonano. Moja ciotka podejrzewa, że słyszała, bo oni w piwnicach na Rakowieckiej wykonywali wyroki. Po jakimś czasie moją ciotkę zwalniają, jego żonę też zwalniają. Jest kompletny przepadek mienia. Obrabowują ją nawet z osobistej biżuterii. Ona później na palcach pani generałowej z UB rozpoznała coś ze swoich rzeczy. W ten sposób moja babka traci trzeciego czy czwartego syna: Tadeusz w 1920 roku, Michał w okresie międzywojennym, Henryk w Wielkopolsce i Ksawerego. Mój ojciec, który był jedyny wojskowy, który brał udział w i 1920 roku i na Śląsku i przez całą wojnę był dzień w dzień zagrożony, to on jeden ciężko ranny przeżywa. Później to spotkało brata mojej matki, który był hotelarzem. Hotel Europejski należał do spółki, w której większość akcji miał mój dziadek, parlamentarzysta i przed wojną był prokurentem tej spółki. Nas spotkała po wojnie piękna rzecz, że szkoła, którą on zbudował w Suchowoli na Podlasiu, to przybrała jego imię. Byliśmy zaproszeni, była ładna uroczystość. Jego grób w Edynburgu… Nawet w Paryżu się zgłaszał, że chce pomagać, bo tyle młodzieży było z obozów wyrzuconych, żeby im zorganizować szkolenie, żeby nie marnowali tam czasu. Później namówili go, żeby pojechał do Szkocji, żeby się poddał badaniom w szpitalu wojskowym. Nawet tam znajomy sprzed wojny był chirurgiem. Musiał się poddać operacji i niestety jej nie przeżył. Niby pokłosie…

  • Nie odzyskał siły.

Nie od władz PRL-owskich, ale tego co się działo w czasie wojny. Moja ciotka, która przeżyła Ravensbrük już została na zachodzie, nie wracała do Polski. Jej córka, która z nami była na Ikara, wzięta była też do niewoli, już została przy matce. Wyszła późnej za pianistę Andrzeja Wąsowskiego, później do Stanów Zjednoczonych pojechali. Tym niemniej ich syn się zdecydował i jest w Polsce, niektórzy wracają do Polski. Uważam, że to nas ocaliło przed tragiczną rzeczą, którą mogła być wojna domowa. Weźmy pod uwagę, że jeżeli Powstanie nie wybucha, władze sowieckie i lubelskie tu wchodzą. Po drugiej stronie Wisły jest zmobilizowana cała generacja, [która] była zmuszona. Przecież nie przyszli, tylko ci, którzy byli z Sybiru, ale natychmiast była mobilizacja i tutaj wzięto do wojska. Teraz weźmy sobie człowieka służącego w formacjach policyjnych, milicyjnych czy w armii, którym się karze nagle konfrontować z jednostkami Armii Krajowej, które nie chciały na przykład zostać wcielone do armii sowieckiej i iść na Berlin. Jeżeliby nawet się zgodziły… Mój ojciec w Komorowie, jak żeśmy byli, ze mną rozmowy odbywał: „Jako zawodowy wojskowy czy ja jednak nie powinienem się zgłosić, bo przecież jakie by ono nie było, to jest wojsko polskie.” Po swoich przeżyciach z 1939 roku i z tego, co się pamiętało z historii polskiej, raczej intuicyjnie byłem na nie. Myślę, że on mógłby nie przeżyć. Później były procesy wszystkich oficerów, co wrócili z zachodu, albo którzy byli z 1939 roku, później w Armii Ludowej. Wymyślano przeciwko nim fikcyjne procesy. Myślenie enkawudowskie zawsze było, że Polak zawsze będzie coś podziemnego robił i to jest dla nich zagrożenie. Ojca tak wysoko postawionego w strukturach Armii Krajowej, nie ominęłoby to na pewno, zwłaszcza po procesie jego brata. Szczęśliwie się stało, że się do armii Berlinga nie zgłosił. Myśmy małą wojnę domową jednak mieli. Ileś partyzanckich oddziałów zwłaszcza na Podlasiu, przecież do sześćdziesiątych lat były grupki, które nie wyszły z lasu…

  • W 1964 aresztowano ostatniego, który jeszcze się do WiN-u przyznawał.

W Warszawie mamy elitę akowską. Jeżeli ona by się nie zgodziła iść na Berlin, na pewno by ich wystawili na takie odcinki, żeby się wykrwawili, bo chcieliby, żeby jak najwięcej ich zginęło. Tak jak nasze jednostki pod Kołobrzegiem, ale ich by jeszcze mogli pchać w gorsze odcinki frontu. Gdyby się nie zgodzili, na pewno by optowali za tym, że my jesteśmy lojalni w stosunku do przedwojennego rządu Rzeczpospolitej, który jest obecnie w Londynie. Wiadomo co się później działo z PSL-em, z Mikołajczykiem. Do dzisiaj by były niezabliźnione rany, jeżeliby Polacy do Polaków strzelali. Człowiek włączony do UB, do milicji czy ideologicznie przekonywany, że tutaj musisz realizować rewolucję, albo zastraszony, musisz wykonywać rozkazy…Węgry to przeżyły po I wojnie światowej. Jakby na to nie patrzeć, to jest polska geopolityka, że jesteśmy w takim położeniu, że czasem są nieuniknione tego rodzaju rzeczy. Znacznie lepiej, że ten ogień wypalił się przynosząc dla przyszłości szlachetne przesłanie, niż by doszło do bratobójczych walk. Tyle jeżeli chodzi o myślenie o Powstaniu.
Warszawa, 21 listopada 2006 roku
Rozmowę prowadził Mateusz Weber

Zobacz także


strzelec

Jerzy Remion „Giorgio”

Remion Jerzy, urodzony 16 lutego 1930 roku w Warszawie na Woli, strzelec, Batalion „Łukasińskiego”. W...

więcej
strzelec, łączniczka

Halina Serafinowicz „Babcia”

Halina Możdżyńska Serafinowicz. Urodziłam się w Warszawie na Starym Mieście. Data urodzenia – 17 grudnia...

więcej
starszy strzelec

Jerzy Ejgel „Bezimienny”

Nazywam się Jerzy Ejgel, urodzony w Warszawie 14 kwietnia 1927 roku. Pseudonim w Powstaniu:...

więcej
łączniczka, sanitariuszka

Zofia Genowefa Klimek „Diana”

Gdzie pani mieszkała przed 1939 rokiem? Od 1938 mieszkałam w Warszawie przy ulicy Wilanowskiej 22....

więcej

Jadwiga Brysiak

Jerzy Remion „Giorgio”