Ryszard Fiks „Lwowiak”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Ryszard Fiks, [urodziłem się] 14 grudnia 1924 roku w Warszawie, [ochrzczony] w parafii Wszystkich Świętych.

  • Niech nam pan powie, jak pan zapamiętał okres przedwojenny, pańskie młodzieńcze życie tutaj, na terenach robotniczej Woli?

Okres przedwojenny jest zaobserwowany przez chłopca, przez dziecko, dwunasto-czternastoletniego, bo to do trzydziestego dziewiątego roku tak zeszło. Trudno powiedzieć, co się działo, ale wgląd był, ponieważ my ścieraliśmy się ze społeczeństwem żydowskim mieszkającym w Warszawie. W budynku na ulicy Ceglanej, obecnie Pereca, tam, gdzie jest Mennica [Polska], pół budynku mieszkali Żydzi. Żydzi mieli tam taką małą synagogę na parterze, na Ceglanej. Oprócz synagogi, która jeszcze przetrwała, były jeszcze dwie inne, dookoła prawie kościoła Wszystkich Świętych i tej parafii. Były różne wyznania żydowskie, jakieś odmienne. Trudno powiedzieć, nie znając dokładnie ich praw religijnych, ale były różnice pomiędzy nimi. Żydzi panowali w rynku, w Hali Mirowskiej, śledzie, ryby i inne rzeczy, konfekcja zdominowana była przez Żydów. Ulica Świętokrzyska na przykład to była aleja garniturów, ubrań dla średniej klasy polskiej. W magazynach na ulicy Świętokrzyskiej, która tu dochodzi, było nieraz sto, dwieście garniturów i koszul modnych na wzór, przeważnie w Warszawie dominował wzór angielski. Mój brat, który pracował jako elektryk w „Adrii”... „Adria” to był jeden nocny lokal firmy Riunione Adriatica – to było przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe i oni posiadali ten budynek, gdzie była „Adria”. I on już jako kawaler, bo był trzy, cztery lata starszy ode mnie, jak dostał w „Adrii” pracę, to ubierał się jak artysta. Tam przeważnie mieli taki show przed otwarciem tego kabaretu, to był nocny lokal. Jak Wieniawa-Długoszowski przyszedł tam, to on szampana nie pił, on pił czystą siwuchę, istniały takie historie. Wieniawa-Długoszowski to był prawa ręka od Piłsudskiego, jego asystent czy adiutant, i on był lubiany przez proletariuszy Warszawy, bo lubiał wypić setkę i czystą wódę. No i tak to było. To jest taki margines do tego życia, które w tym czasie było. No i człowiek dorastał. Jak człowiek miał czternaście lat i wybuchła wojna, jaka moja wiedza mogła być w ogóle o świecie, o wszystkim, ale jednak była. Jak człowiek był wolny i miał macochę, i mógł sobie hulać po mieście (tylko wejście do kina kosztowało złotówkę, złoty pięćdziesiąt, zależnie które), to człowiek bardzo szybko dorastał.

  • A gdzie pan chadzał do kin?

Do wszystkich, które były w centrum miasta Warszawy, włącznie z kinem „Palladium”, które przeżyło wojnę. Zostało otwarte w roku chyba trzydziestym piątym, szóstym albo siódmym, siódmym roku chyba, przed samą wojną. To było luksusowe kino i tam zagrali kilka takich filmów dla małych dzieci jak „Królewna Śnieżka”, ale co najważniejsze, w kinach było dla ludzi takich jak ja, powiedzmy, był „[Polski] Tygodnik Dźwiękowy”, który był wymieniany co tydzień czy co dwa, czyli wiadomości filmowe z całego tygodnia zebrane w tygodniku filmowym. I ten tygodnik był przed filmem wyświetlany i to była nasza informacja o tym, co się dzieje na świecie. Jak była olimpiada w Berlinie i uchwycili Hitlera, jak wygrał Murzyn z Ameryki bieg na sto metrów i Hitler tak skrzywił gębę, że mało jakiegoś napadu nie dostał ze złości. „Jak to mógł taki Murzyn wygrać, a nasza superrasa nie?” No i tak człowiek dojrzewał.
Społeczeństwo żydowskie, w którym się człowiek obracał, bo obracaliśmy się co dzień, bo mieszkaliśmy wśród Żydów również, no to człowiek zaczynał podejrzewać ich i rozumieć ich. Oni mieli swój język, no to ja mówię do Mońka, mojego kolegi: „Ty, Moniek, spytaj się nauczyciela, wy chodzicie w sobotę do heideru i po żydowsku się uczycie. Ja – mówię – bym chciał z wami chodzić”. „Dobra, Rysiek – powiedział – zapomnij, oni gojów nie przyjmują”.

  • A co to jest heider?

Heider nazywała się ta szkoła, ten kurs sobotni w języku jidysz. Jidysz to jest język niemiecki, tylko zmodyfikowany przez życie Żydów w Europie. Żydzi niemieccy mówili językiem jidysz, ale mówili już bardziej po niemiecku. W Polsce mówili z naleciałościami słowiańskimi, polskimi i tak dalej, ale w gruncie rzeczy to jest język niemiecki. No i w tym środowisku człowiek wyrastał. No i nie chcieli przyjąć. Ale od Żydów człowiek się nauczył słówek, różnych ich wypowiedzi żydowskich. Tak jak oni nas nazywali goje, no to już myśmy wiedzieli. A myśmy ich nazywali gudłaje. To były uniwersytety ulicy i tego życia, którego nie doświadczył nikt na żadnej uczelni. Mógł studiować Marksa, Lenina, Stalina... Stalin jeszcze nie był popularny, ale Lenin był już popularny i jeżeli wychodziła taka gazeta w Warszawie jak „Robotnik”, no to było bardzo lewicowe pismo. I tak się to życie rozwijało w Warszawie.
W Warszawie było różnie. Jak były demonstracje – no to mogę powiedzieć wszystko, tak jak było – no to szli narodowcy i falanga, takie zrzeszenia były ekstremalnie prawicowe, i krzyczeli na ulicy: „Nie kupuj u Żyda, tylko u swojego, ten wypędzi z Polski Żyda parszywego”. Człowiek wyrastał w tym i rozumiał to, że to był jakiś pogląd kogoś, nie powszechnie znany, bo powszechnie znany, to kupca żydowskiego lubieli, bo on opuścił grosik, opuścił dwa czy opuścił złotówkę na butach. Targowali się Żydzi i byli zdolniejszymi kupcami niż, powiedzmy, Polacy. Dlatego ciągle wygrywali ten wyścig konkurencją, sprytem, no i co z tym idzie, może nieuczciwość, tego nie wiem, bo tego człowiek nie doświadczył, ale przypuszczał tylko. No i tak człowiek dorastał, aż doszedł do wojny. Jak wojna wybuchła…

  • Mam jeszcze takie pytanie. Wspomniał pan, że chodził tu ze swoim kolegą żydowskim, że jego tata podkładał napisy do filmów. Mógłby pan nam to przypomnieć?

No tak, miał taką jakąś firmę, trudno powiedzieć dla chłopca, który miał czternaście lat, żeby już wiedział, co oni tam robili. Ale mówi: „Wiesz, Rysiek, oni tam komponują te napisy, tłumaczenia w języku polskim filmów angielskich, francuskich, niemieckich, żeby ludzie mogli przeczytać szybko, co oni mówią”, bo innego sposobu nie było wtedy.

  • Gdzie to się mieściło?

To było na Marszałkowskiej. Numeru to już nie pamiętam, bo człowiek numerami nie operował, tylko miejscem. Tu było te miejsca i koniec.

  • A tak na wysokości mniej więcej?

To będzie od Alej Jerozolimskich, w tamtym kierunku do Puławskiej. Ile tam było, nie wiem, sto, dwieście metrów. To była mała firma, częściowo mieli w piwnicy. Tam mieli magazyn tych filmów i fotosów filmowych. Ale filmy to było coś wspaniałego. Jak zagrali film z Ameryki... „V kolumna niemiecka w Ameryce” – taka terminologia, ja już nie mówię o intelektualistach, o ludziach wykształconych, ale nie była jeszcze znana i popularna, nie wiadomo było, co to znaczyło. Ale na filmie grał żydowski aktor Edward G. Robinson, wybitnie zdolny, on grał rolę w tym filmie. Przedstawili, jak działały te organizacje niemieckie w Ameryce, zebrania mieli wszyscy w tym umundurowaniu SS albo tych innych, pochodnych takich różnych, w żółtych takich, żółte mundury mieli albo jasnobrązowe, ale wszyscy byli oznakowani hakenkreuzami. Oni spotykali się w piwnicach, szkołach, gdzieś w niewidocznych miejscach, i ich wykryli. I co najciekawsze było, jak ten film był pokazany, była premiera na ulicy Złotej, to za trzy dni już smołą w nocy namalowali hakenkreuz na szybach reklamowych kina „Palladium”. To znaczy już ich V kolumna u nas też działała, ale człowiek nie wiedział. Może ludzie, którzy byli blisko wywiadu, tak, ale ludzie ulicy, lumpenproletariat to dopiero wiedział, jeżeli otrzymał gdzieś, z jakiejś gazety, „ Robotnika” czy innej, bo wychodził „Kurier Warszawski”, a cenzura w Polsce była. Bo jeżeli w południe wychodziła gazeta, drukarnia była gdzieś na Jasnej, to oni drukowali. Jeżeli artykuł nie został przepuszczony przez cenzurę, to gazeta zostawiała białe formacje i napisała: „Artykuł nie ukaże się, zabronione przez cenzurę” i tak dalej. No i w ten sposób kwitła nasza demokracja, że mimo cenzury, mimo kontroli, ale że coś było i coś miało być.
No i oprócz tych demonstracji, no to przecież jak były już takie zagrożenia rynku i ceny szły do góry, no to w Polsce był jeden obóz Bereza Kartuska. Trudno go nazwać [obozem] na podobieństwo Oświęcimia, ale był o podobnym charakterze obozem dla ludzi paskarzy. Paskarze to byli ci, którzy podnosili nieprawnie ceny. Żydzi w soboty nie handlowali. W piątek wieczorem zaczynał się szabat, ale w niedzielę posterunkowy chodził i jak ktoś otworzył sklepik, to dawał mandat. A dlaczego mandatu nie dawał, no to tylko można podejrzewać. No to Żydzi mieli te małe sklepiki i im kwitły dobrze, warzywne nawet. Ruch im kwitł w tych sklepikach, w [niedziele] lepszy niż w cały tydzień – w niedzielę, wtedy kiedy było zabronione. W tych warunkach takich, jeżeli ktoś był obserwacyjny, widział to i umiał czytać, to mógł zrozumieć, że nasza piękna, przedwojenna demokracja była cudowna, wszystko było wolno, ale niezupełnie wszystko. Znaczy jeżeli ktoś chciał przeciw rządowi pisać, to musiał pisać chyba nielegalnie albo w sposób taki, że wydrukowali gazetę i już puścili do sprzedania i wtedy cezura nałożyła [zakaz], cały nakład jest skonfiskowany, bo publikuje bez pozwolenia czy coś w tym rodzaju. To znaczy, że kontrola państwowa była.
No ale mimo wszystko patriotyzm był. Od „Dziadka”, wie pan, wspaniały system pracował. Na przykład wszystkie powszechne szkoły miały wycieczki do opery. Przeważnie wtedy mieliśmy wycieczki, jak były jakieś takie popularne, zbliżone trochę do młodzieży. Jak „Straszny Dwór” albo inne jeszcze nasze dzieła, no to kilkanaście szkół przyszło do opery za darmo. To były takie wspaniałe [wyjścia] na koncerty. Oprócz tego trzeba było w szkole, w szkole powszechnej na przykład, na Chłodnej było kilka szkół w jednym kompleksie, róg Chłodnej i Prostej... Tego już nie ma, te place są tam zabudowane, tam było kilkanaście szkół. Szkołę zaczynaliśmy zawsze od modlitwy. Jak Żydki byli w mojej klasie, no to oni się też modlili. Ja mówię: „Icek, modlij się, bo inaczej to manto dostaniesz”. To była dziecinna rozmowa, jak mogą chłopaki rozmawiać. No przecież nie wszyscy chłopcy tylko się modlili, tylko byli psotni i byli o różnych poglądach. Ale takich, żeby mieli poglądy wyrobione na świat i zdawali sobie sprawę, nie było. Ale środowisko domowe oddziaływało na charakter nas. No i jaki dostęp dane dziecko miało do wszystkiego, do patriotyzmu.
Patriotyzm był w szkołach, harcerze byli. Ja częściowo należałem, później nie, później należałem do „Strzelca”, bo była też taka organizacja. No to do „Strzelca” już było lepiej, bo jak było potrzeba, to nawet zabrali grupy dzieci na przykład do Gdańska, żebyśmy tylko chodzili po ulicy i śpiewali sobie polskie piosenki, żeby nas widzieli, że jesteśmy Polacy. Takie grupy ze „Strzelca” były wysyłane już na Zaolzie. Jak wtedy z Hitlerem do spółki weszliśmy zabrać kawałek ziemi czeskiej, Zaolzie, to też pojechali, od nas pojechała grupa ze „Strzelca”. Moja grupa była na ulicy Pańska, Łucka, Prosta, tutaj gdzieś w piwnicy mieliśmy spotkania. Tam uczyli nas maszerować, takich drobnych rzeczy, oprócz harcerzy to było. No i to tak było, w takiej atmosferze człowiek wyrastał. Człowiek nie znał… Jak przyjechał król rumuński, to wszyscy szliśmy w Aleje Ujazdowskie czy gdzie tam było wyznaczone, gdzie przejeżdżał król, i machaliśmy chorągiewkami. Ten patriotyzm tak jakoś był nawet wśród tej klasy, którą dzisiaj byśmy nazwali dzieci lumpenproletariatu.

  • A niech pan powie, bo to jest taka specyficzna dzielnica, czy chodzili panowie po fabrykach, jakieś psoty robili, takie rzeczy?

Przed wojną?

  • Tak, tak.

No wie pan, po fabrykach to nie wiem, bo za młody byłem. Zresztą każda dzielnica miała swoje ferajny. Ferajny to były już takie podlotków dużych, szesnasto-, siedemnasto-, osiemnastoletnich i była Wola. Była tutaj ta dzielnica, też miała swoje ferajny. Dzisiaj możemy to nazwać gangi. Jakie były ich prawa i statusy to nie wiem, bo akurat nie należałem, to nie wiem, ale ocierałem się o to społeczeństwo prawie co dzień. Zresztą my tu nie będziemy mówili o tym, że... Warszawa była grzesznym miastem też, tak że tutaj było wszystko...

  • Chadzał pan na Kercelak?

Oczywiście, oczywiście. Był ten bokser, który wygrał w Niemczech jeszcze przed trzydziestym dziewiątym rokiem (zapomniałem jego nazwisko). On był mistrzem Polski, później pobił tego Niemca w Niemczech i był mistrzem Europy. To on chodził jako ochroniarz dla tych, co grali w „trzy karty”. To była popularna gra na takich bazarach jak Kercelak. Tak że to to istniało, to wszystko było atmosfera, w której człowiek wyrastał, ale ten patriotyzm istniał wszędzie. Był i w szkole obecny, i właśnie w „Strzelcu”, i w harcerzach już taka była... Nikt sobie nie wyobrażał, żeby nie być patriotą. Patriotą to ja już taki jestem urodzony. I tak to rosło nawet wśród klasy robotniczej.

  • Jak pan zapamiętał wybuch wojny? Czy były już jakieś sygnały, mówiło się na ulicach, że będzie wojna? Jak pan zapamiętał ten moment, kiedy to się rozpoczęło?

Prezydent Starzyński był niesamowitym mówcą. No i on trzymał w rozruchu to społeczeństwo. Może mnie to nie dotyczyło tyle, ale działało również wszystko. Tak że patriotyzm był duży, ale to, co nas spotkało, niespodzianka tej wielkiej siły była tak wszechmocna, że wie pan, zostało zduszone, ale nie wykończone. Patriotyzm przeżył, bo u nas przerzucało się prasę, na przykład tajną prasę, gazetki i tak dalej. Przyjeżdżał znajomy ojca, syn to zabierał od nas po dziesięć, piętnaście kilo gazetek na pociąg do Skierniewic. Nieraz zostawał na dzień, na dwa, żeby zabrać w taki dzień, kiedy będzie łatwiejszy dostęp. Wie pan, zdarzenia były strasznie ciekawe całą wojnę. Jeżeli wykryli, że cukier w Rzeszy jest dostępny za pół ceny jak w Warszawie, no to cały pociąg... Znajomy mówi: „Ty, jedziemy do Nasielska”. Gdzieś tam Nasielsk, gdzie Generalna Gubernia się kończyła, przechodziliśmy niby tę granicę Generalnej Guberni i Niemców i tam już można było kupić cukier bardzo tanio. I rzeczywiście tak było. Ja pojechałem w pantofelkach, w spodenkach, w jesioneczce, a tam mróz niecholerny, jeżeli Narew była zamarznięta na kość. I wszyscy maszerowaliśmy – jak z góry spojrzał, to tak jak żyjący wąż. Pojedynczo, podwójnie ludzie przechodzili tą Narew, a Niemców nie było widać. Przecież to była granica i oni na pewno o tym wiedzieli albo to tolerowali, ten nadmiar produkcji tych cukrowni tam, w tych terenach dołączonych do Rzeszy, że... No, kupiliśmy. Ja kupiłem worek, dziesięć czy dwanaście kilo cukru na plecy i na Dworzec Gdański. I tylko czekaliśmy, czy będzie łapanka na Dworcu Gdańskim, żandarmi będą worki brali i rzucali na bok, i koniec. Ale wysiedliśmy, przywiozłem do domu i wystarczyło nam na przeróbkę owoców i tak dalej, na długi czas. No i tak się to odbywało.
Wie pan, życie konspiracyjne zaczynało się dopiero później dla tej bardzo wtajemniczonej klasy ludzi już starszych. Tak jak zamach na Kutscherę w Warszawie, tego tyrana, to odbywał się przez ludzi, którzy już przeszli dobre doświadczenie i przeszkolenie. Bo to jednak był napad w dzień na miarę, wie pan, wyczynu światowego. To nie był taki lokalny, warszawski – zabicie Kutschery to była sensacja wielka. On był bardzo podły człowiek charakterem. I tak to się odbywało, nie było inaczej. A teraz wracając do rzeczy najważniejszej. Jak zacząłem chodzić na komplety…
  • Przepraszam, że przerwę. Chciałbym jeszcze zapytać, jak pan zapamiętał wybuch wojny? Czy był pan wówczas w Warszawie?

Nie.

  • A gdzie pan był?

Chrzestny mojego brata i moja chrzestna mieszkali w Piastowie. Chrzestny pracował w hotelu na rogu Nowogrodzkiej i Kruczej. Ten hotel ma swoją historię.

  • Co to był za hotel?

Hotel ostatnio nazywał się „Podlaski”. Ze względu na przekroczenie prawa o nielegalnym wynajmie dla prostytucji lokal zamykano dzisiaj, a właściciele czy właściciel otwierali na drugi dzień pod inną nazwą. To był taki proces prawny, tak że był... Ale hotelik był i tam ludzie i spali, i grzeszyli też, grzeszyli też. Na dole był postój taksówek, a taksówki, nie wiem, czy sobie dzisiaj ludzie wyobrażają, miały korby takie żelazne i trzeba było „uhmm”, żeby wóz zastartować, jak tylko chłodna pogoda albo zima. A w chłodnicy chyba spirytus denaturowy mieli czy inny alkohol, nie wiem dokładnie. Ale to były inne czasy, niż są obecnie. Taksówki funkcjonowały, wszystkie były podobne, takie kwadratowe. Były fiat i chevrolet, i ford. Dlaczego wiem, że kolegi ojciec miał trzy: fiata, forda i chevroleta. Taka [taksówka] wyglądała jak kareta. Oprócz [tego] dorożki były, dorożki były znane. Tak się życie rozwijało. Jak wojna wybuchła, to zależało od świadomości, [jak się ją odbierało]. Ja byłem w Piastowie. Widzieliśmy panoramę płomieni w Warszawie i straszne bombardowania, ale ja osobiście nie byłem, tylko byliśmy tam u cioci. Mówi: „Idźcie, weźcie ciocię, weźcie radio i więcej nic, bo tu w Warszawie będzie bezpieczniej”. Takie pojęcie ludzi było, a czy rzeczywistość była taka sama? Nie. Warszawa była bombardowana, domy płonęły, dużo kamienic spłonęło przy tym pierwszym [nalocie]. Niemcy mieli „carpetowy” tak zwany, dywanowy najazd na Warszawę, czyli zrzucali bomby, nasza artyleria przeciwlotnicza i lotnictwo było bardzo słabe, tak że Niemcy dominowali w powietrzu. To widzieliśmy z daleka.
No i ja nie wytrzymałem, a miałem już prawie piętnaście lat, i uciekłem po prostu od cioci. Wybrałem się, szedłem i [miałem] tę przygodę, spotkałem tych żołnierzy, co szli do niewoli, w tych mundurach z tymi guzikami, z orzełkami. Nikt im nie zabrał tych guzików, tylko ich wszystkich zabrał do niewoli. No i były palone ogniska koło tych miejscowości jak Piastów czy dalej, Włochy. Jak gospodarze przynieśli ze dwie, trzy bańki mleka, no to dawali po szklance czy po kubku mleka, jak się żołnierze zatrzymali. Ale szli wszyscy do niewoli niemieckiej. Jak ktoś uciekł, no to ryzyko było takie jak w konspiracji. Musiał zdobyć ubranie cywilne, jakiś dokument cywilny i musiał spotkać ludzi przyjaznych, którzy by go przenocowali, nakarmili. Przecież jak człowiek mógł żyć? Nie było karty kredytowej czy coś takiego, tylko wszystko albo, albo. Albo masz i płacisz, a jak nie masz, to nie kupuj. Ale litość była, ludzie przynosili na te przystanki tych ludzi... Bo siedziałem w nocy z nimi, bo nie miałem gdzie spać, jak opuściłem ten dom w Piastowie. Jak spotkałem Niemców, idę... Bo jeszcze Polacy rzucali – bardzo pomysłowe – takie ostre, trójkątne na szosę rzucali, zrobione w fabrykach, co przebijały opony. A przebicie opony w tym czasie to była tragedia. Nie było tych reparacji, takich stacji, [gdzie] jak wjedziesz z oponą zepsutą, za pięć minut ci zrobią, tylko Niemcy jak mieli, to musieli odstawić. Bardzo dużo zaopatrzenia niemieckiego jechało wozami wielkimi ciągnionymi przez konie. No i pod Warszawą koło Włoch to zajęli takie place, gospodarki, gdzie tylko mogli widzieć, że się nadaje dla nich. Idę tam i tam jakiś krzyczy, za parkanem człowiek stoi, no to to zrozumiałem, przyszedłem, a to Niemiec. Cholera, spodnie miałem krótkie, nogi mi się trzęsły jak cholera. Myślę: „Już teraz koniec, już mnie »zje« ten Niemiec”. No i doszedłem do tego parkanu, on tam coś grzechotał po niemiecku... Ja troszkę zrozumiałem słówka takie jak danke, z filmów się nauczyłem bardzo dużo. Ale więcej, [żeby] rozmawiać, [to] konwersacji z nimi nie miałem. Dał mi puszkę, po polsku można nazwać „bolszewika”, [czyli] salcesonu, takie niemieckie. No i [mówiono]: „Nie jedz od Niemca, bo zatrute”.

  • Zjadł pan tę puszkę czy wyrzucił?

Zjadłem. Spróbowałem ten salceson, w puszce był, fajny, smakował mi z sucharami, co wziąłem, co ludzie przynosili worki, co na ścianach nieraz miesiącami wisiały. Ci żołnierze jak szli i było ognisko, zatrzymali się, bo to wszystko była prywatna inicjatywa obywatelska. Ludzie robili to, Niemcy w tym nie przeszkadzali, że było ognisko i że sucharki chleba leżały, i żołnierze jak szli, to wody się napili. Bo czasami, tak jak powiedziałem, gospodarze niektórzy przywieźli parę baniek mleka, to była i mleka szklanka. I jak mi dał tę puszkę i zjadłem, no to się dobrze czułem, siły dostałem i mówię: „Cholera, żyję. Nie jest tak źle, widocznie nie wszystko jest zatrute”. No i idę do rogatki i zatrzymał mnie znów patrol niemiecki. Już zaczynałem łapać, Halt! to znaczyło „stój”. Halt!, jak podniósł rękę, to „stój”.

  • W którym miejscu była rogatka?

Gdzieś we Włochach. Tam doszedłem i on zaczął krzyczeć, jakiś przyszedł: „Gdzie leziesz?”. Mówię: „Idę do domu, nie byłem. Idę zobaczyć, czy rodzice żyją, bo tyle ognia w Warszawie było”. Człowiek już się robił ostrożny, nie chciał mówić, że szkopy zbombardowali nas albo coś, tylko odpowiadał mniej więcej w ramach potrzeby chwili. No to przyszedł, pogłaskał mnie, tam jakiś starszy rangą przyszedł, on do niego wytłumaczył, że on idzie do rodziny, a ten machnął ręką, żebym poszedł. No i tak wróciłem do Warszawy.
Jak przyszedłem na Złotą, dom spalony, nie ma. Spotkałem dozorcę, mówię: „Panie Pałasz, co się dzieje?”. – „No co – mówi – ślepego udajesz? Nie ma nic, wszystko spalone”. – „A nie widział pan matki, ojca?” – „Ojca nie widziałem, ale mama tam gdzieś siedzi w piwnicy”. Tam chodziłem, krzyczałem: „Pani Fiks!”. – „Jestem, Rysiu, jestem. Nie ma nikogo, ciebie nie ma, Zbyszka nie ma, ojca nie ma, Staśka nie ma. Ja zostałam sama”. I tych parę tobołków, co uratowała, siedziała... I tak się życie zaczęło w okupacyjnej Warszawie.
W okupacyjnej Warszawie prędko człowiek dojrzewał. Nie będziesz... Nie powiedziałbym, „kradł”, ale nie będziesz kombinował, nie będziesz handlował, no to musisz iść do roboty, do Niemców za marne grosze. Były takie fabryczki, warsztaty, nawet tu na ulicy Grzybowskiej była taka fabryczka, warsztat, to tam Niemcy uruchomili. Tam jakieś drobne rzeczy robił ten zakład i wtedy ludzie tam zarobili trochę, ale dostawali te arbeitskarty, że jak łapanka była i pokazał arbeitskartę... I tutaj się zaczęło prawdziwe uświadomienie społeczne. Dostałem porcję, może dwadzieścia niewypełnionych arbeitskart. I tak na pierwszy rzut oka, na pierwszą łapankę, na pierwsze legitymowanie człowieka ta karta działała, bo ona była po niemiecku, była czerwona, że ktoś pracuje, czyli na tramwajach albo tu, albo tam, w jakimś urzędzie kontrolowanym już przez Niemców, i wtedy Niemcy to honorowali, w pierwszej łapance to przechodziło i te karty służyły dobrze. Tak że miałem chyba ze dwadzieścia kart i pierwszy kontakt z komórką taką konspiracyjną i już więcej świadomą, że odbywa się jakaś walka w innym stylu.
  • A jak pan dostał się do konspiracji, jak pan nawiązał kontakt, przez harcerstwo?

To zaraz przejdziemy do tego, bo to dochodzi do konspiracji. Przychodzili do domu młodzi ludzie: „Rysiek, chcesz się zapisać, to chodź ze mną”. Taki tramwajarz znajomy był, on tramwajem jeździł, motorniczy miał te wszystkie dowody, mógł jeździć, mógł broń przewozić w swojej komórce, bo ich tak nie sprawdzali. I się zaciągnąłem. To było bardzo proste: „Składaj przysięgę – bo to nigdy nie było czasu, nie było żadnych dowodów. – Jaki pseudonim przejmujesz?”. A później życie rozwijało pewne potrzeby według powstających sytuacji, które się działy. No i tak jak mówiłem, przeszedłem pierwsze [szkolenie], te „w lewo zwrot, w prawo zwrot, naprzód marsz”, i od tego się zaczęło. Spotykaliśmy się raz na tydzień, raz na dwa tygodnie. Wymienialiśmy gazetki i przekazywaliśmy informacje, jak przeżyć, jak wykiwać, jak oszukać Niemców, co najlepsze i tak dalej. Raczej to było takie samoobronne, jak się bronić. Jeszcze nie było takich bojówek odważnych, jak później napad na Kutscherę. To dopiero się rozwinęło z postępem doświadczenia konspiracji.
Te doświadczenia mogły być bardzo różne. Myśmy mieli mały magazyn broni gdzieś na Puławskiej, w kotłowni, już później, za jakiś rok, jak już troszeczkę tego. I tam coś nastąpiło, że Niemcy tam najechali. Ktoś wykapował. Kapusi było dosyć, bo to nie wiadomo, kto był kto, kto za ile i tak dalej. Jak tę placówkę tam zlikwidowali, to ktoś przyszedł do mnie i mówi: „Rysiek, ubierz się. Wyjedziesz na parę dni albo na tydzień, dwa na przedmieście”. Do Wawra czy tam gdzieś pojechałem, do prywatnych ludzi. Przyjęli mnie bardzo serdecznie, tak jak na przechowalnię. No bo to nie było tak zorganizowane, żeby było wszystko, dowództwo, żeby każdy wiedział, co robi, tylko po prostu podobne do Dzikiego Zachodu. [Have] gun, will travel – masz spluwę, będziesz mocny, nie masz, no to kaput. Tak człowiek doszedł do tych rzeczy, wie pan.
Później wysłali mnie raz do chłopców, do Otwocka i okolic. Tam było dużo badylarzy. Już jak trochę tych ćwiczeń przeszedłem, tych łapanek, tych lewych dowodów, to pojechałem tam nawiązać kontakt z chłopcami tam. Bardzo chętni byli, wszyscy chcieli należeć. Ja mówię: „Pomału, chłopaki. Nie myślcie, że tu już jest jakaś zorganizowana kompania, wy tylko wejdziecie, mundur założycie. To wszystko po cichu. Wy możecie tu zostać i stąd tylko czerpać informacje, pewne instrukcje. Wy musicie się coś uczyć”. I oni mnie... Nie pamiętam, który to rok był: „Panie kapralu, tutaj w nocy spadły takie baloniki i takie butelki były, po cztery, pięć butelek do tych baloników na takim pojemniku. Jak tu upadło – mówią – to te baloniki za godzinę, dwie klapnęły, a to zostało. Chce pan wziąć?”. Ja mówię: „To dawaj, jak masz”. Dał mnie dwie butelki, to co mogłem zrobić? Włożyłem do kieszeni, jechałem bojowo, a to podobno był jakiś płynny rosyjski gaz, o którym nigdy nie dowiedzieliśmy się [nic więcej], bo to ja oddałem dla kogoś, ten oddał do laboratorium, żeby sprawdzić, i gdzieś tam to poszło. I nigdy informacje do nas nie wracały. Ale ktoś z tych buteleczek musiał coś wiedzieć i korzystać. Myśmy się dowiedzieli, że jeżeli tam był taki jeden niedobry folksdojcz i miał kochankę, i on do niej przychodził, jak mu nasmarowali tym klamkę, to go szlag później trafił podobno. Ja nie byłem przy jego zgonie, nie byłem, jak smarowali klamkę, tylko to jest powtórka, co powtórzyli inni i tylko tyle. O takich zrzutkach, one były i później ucichło.
Bo były zrzutki rosyjskie nawet już i w Powstaniu. W Powstaniu ppanc. to były karabiny na wzór Mausera. Naboje były takie mocno działające, bo w hotelu „Polonii” Niemcy mieli gniazdo, u góry karabin maszynowy i kontrolowali ten plac przed starym Dworcem Głównym. To był dworzec drewniany i ten plac był duży, naprzeciw Marszałkowska i kino, i piekarnia Paryska, to bułki zawsze pachniały na pół Warszawy. No piękna była. Tam wysypywali koszami na wystawę te bułki, bo te pojemniki to były ze szkła, czyli część była wystawa, a część był pojemnik, razem wszystko. A zapach był na całą dzielnicę i człowiek pamiętał. I tam nie można było [dojść] od Chmielnej – tu Wielka, Chmielna, Wielkiej nie ma, Chmielna jeszcze jest. Tam był budynek i tam kiedyś przed wojną była piekarnia Gajewskiego, najpopularniejsza i tam ciastka były po dwadzieścia, tortowe po dwadzieścia, dwadzieścia pięć groszy. A u Bliklego na Nowym Świecie mniejsze ciastka były po pięćdziesiąt groszy, to kto kupował u Bliklego? Tylko ten, co miał forsę. A dla nas to były „na prigladku”. Nie wiem, czy pan rozumie „na prigladku”? Na popatrzenie. To są pewne słowa rosyjskie, które weszły do polskiego języka, jak nie było takiej różnicy, jak jest teraz w naszym usposobieniu, że co ze Wschodu, to jest niezdrowe i niepotrzebne, a może nawet i szkodliwe, a może nawet jeszcze gorsze. Ale to już jest obecnie, a wtedy to jeszcze [takie wyrażenia] były i takie słówka jak „prigladku” przetrwały. [...]
I tak dochodzimy do konspiracji. Najciekawsze to było, jeżeli ma się szesnaście lat i idzie się ulicą i idzie pięciu żołnierzy niemieckich, a ja idę ze znajomym, który jest ode mnie starszy o pięć lat, czyli on jest mężczyzną, a ja byłem, po prostu mówiąc, gówniarzem, który tylko ma słuchać i uczyć się, nic nie ma mówić. Ale wnioski może wyciągnąć, tego mu nikt nie zabroni. A jakie wnioski? Zależy, jaki ładunek umysłowy. Jeżeli jest baran, no to wiadomo, jakie wnioski będą. No i idą, to ja chciałem się przed nim popisać, bo skończyłem kurs języka niemieckiego. Jak komplety, do których chciałem chodzić, się skończyły, nauczyciel zaproponował: „Jak się ktoś chce z was uczyć po niemiecku...”. No to ten kolega mówi: „Ty, Rysiek, zostaniesz?”. Ja mówię: „Na pewno”. – „Więc i ja”. – „No to powiedz ojcu, że będzie trochę kosztowało”. [Będzie kosztowało] ileś tam złotych i czasami jakąś wałówkę, bo taki świat był, jaki był. No to ja się zgodziłem i tam odwaliłem tych kursów kilka miesięcy, ze sześć. I jeszcze miałem kontynuować dalej, ale już mogłem się dogadać. I żeby się popisać przed tym znajomym przyjacielem rodziny, który do nas przychodził iks lat, to zatrzymałem tych Niemców i do nich wesoło powiedziałem, czy mają coś do sprzedania, po niemiecku. Ten zaczął krzyczeć. Komm, er spricht Deutsch. To dla nich to też była sensacja, że ktoś mówi po niemiecku. No i pytam się: Was haben Sie zu verkaufen? (co pan ma do sprzedania). Was willst du kaufen? (Co chcesz kupić?) Mówię: Was haben Sie? No i tak to było. Ja mówię: Ich brauche Decken, Schuhe. Decken to były koce niemieckie, wełniane, bardzo dobre. Ludzie przerabiali, robili kurtki, bo to była wojna i już zupełnie świat tych materiałów, co były ze Śląska, te piękne pepitki... Cudowne robili materiały w Polsce, wełniane, [ale] to wszystko już kaputt, czyli upadło. (Kaputt po niemiecku to znaczy umarł, zdechł. Kaputt to wszystko znaczy to określenie). Już nie było [materiałów], to ludzie kupowali, co było dostępne. Jeżeli były koce, z których można było kurtkę uszyć, no to te koce były chodliwe i się sprzedawały. Prawie każdy żołnierz miał koce niemieckie. No ale nie mieli tego i tutaj się zaczyna prawdziwy, wie pan, dreszczowiec po polsku. On mówi: „Pistolet willst du kaufen?”. Ja mówię: Ja, was haben Sie? (co pan ma). A ten Felek, ten znajomy, myśmy go Felek nazywali, on panikuje i krzyczy: „Rysiek, spierdalamy stąd. Ty nie wygłupiaj się, człowieku. Przecież zobacz, ich jest sześciu”. Niemiec się pyta: Was ist los? Ja mówię: Er hat Angst. Das ist gefährliche Situation für uns. Für Sie nicht, aber für uns, ja. Sie haben pistolet, wir haben nichts. O – on mówi – keine Angst. Wir sind nicht Deutschen. Wir sind Österreicher. „Ty – mówię – oni Austriacy”. No to mu mówię: Wien, Wien nur… „O, o, tak...” No i daje ten pistolet. To był 7,65. W konspiracji już oglądaliśmy, jak go rozebrać, jak go załadować. No i handel się zaczyna. „Ile dasz, ile dasz?” No i w końcu osiemset marek. Dzisiaj dokładnie nie powiem, na czarnym rynku ile marka wtedy była w tym czasie, ale były u mnie, akurat ja byłem przy markach, bo kto handluje, ten żyje, było te hasło dalej. I zgodziliśmy się na osiemset marek. No i następuje przekazanie wartości marek. Tych pięciu, sześciu Austriaków stoi, patrzy, on mi daje ten pistolet i wziął te pieniądze, włożył do kieszeni. I później bierze ode mnie ten pistolet tak troszeczkę energicznie. Ten Felek krzyczy: „Rysiek, ja uciekam. Przecież ty chyba zwariowałeś. Zabrał ci pistolet, zaraz cię zastrzeli”. A ten Niemiec krzyczy: langsam, langsam, ruhe. Langsam to znaczy „pomału” i ruhe „cicho”. No i w dalszym ciągu sytuacja się zaczyna [dziać] błyskawicznie. Rozwój takiej akcji dzieje się w minutach, a waży na wagę życia. Co może nastąpić? Ten Austriak bierze ten pistolet ode mnie energicznie, a ten mój kumpel starszy, [teoretycznie] o pięć lat mądrzejszy, ale [w praktyce] nie był, tylko nerwowy, krzyczy: „Rysiek, on zabrał pistolet, zaraz nas zastrzelą”. Ten Austriak krzyczy: Keine Angst, bitte (nie bójcie się, proszę). Do mnie mówi: Komm, kuck mal (patrz). Z prawej strony pistoletu jest bezpiecznik. Wprowadził nabój do lufy, włączył mi bezpiecznik i teraz bierze ten pistolet. [Kolega] mówi: „Rysiek, on cię teraz zastrzeli”. Ja mówię: „Cicho bądź, człowieku, panikę robisz, zwariować można. Uspokój się”. No i ten Niemiec, co robi. Przykłada ten pistolet do swojej skroni i pyk, nie strzela. Mówi: Verstehen? (rozumiesz). Ja – mówię – danke schön, danke vielmals und viel Glück für Sie. On mówi: Für dich auch. I taka znajomość nastąpiła.
Sprzedanie tego ja uważam za mały dramat życiowy, że człowiek zaczynał wchodzić w świat rzeczywistości, że nie wszystkie mundury i nie wszyscy ludzie są jednakowi, choć wyglądają jednakowo. Jeszcze w szkole poruszałem z nauczycielem ten temat i powiedziałem: „Jak może być kompania dwieście dwadzieścia czy ile tam ludzi, żeby wszyscy jednakowo myśleli, jednakowo rozumieli, jednakowo reagowali, jak wszyscy jesteśmy ludzie i wszyscy jesteśmy inni”. Różnica nieraz jest tak wielka jakby [porównać] idiotę od geniusza. Ale geniusz w chwilach niebezpiecznych... On mógł [kiedyś] napisać wielkie odkrycia literackie czy inne, ale jego zachowanie w chwili niebezpieczeństwa jest zupełnie inne. On reaguje tak, jak jego system się ukształtował. No i jak wzięliśmy ten pistolet, ja schowałem sobie tu i poszliśmy. I Niemcy jeszcze machali, zadowoleni poszli, [właściwie] Austriacy. Może tak było, nie wiem. I to było pierwsze wejście, że moje zrozumienie życia, że mundur to jest dekoracja, a co jest w mundurze to my naprawdę nie wiemy i musimy podchodzić do każdego człowieka w mundurze jako do tajemnicy, żeby poznać, co on jest. Tak jak ta grupa ludzi, co była z nami, Austriaków. Oni wyglądali wszyscy jak szkopy, jak Niemcy. Strach, wielkie chłopy, a my takie małe małoludy. Mówię, to trudno zrozumieć, ale jednak człowiek się nauczył i doszliśmy do wniosku, że jeżeli jest dziesięć zdjęć żołnierzy i z każdym byśmy prywatnie rozmawiali, to się dowiemy, że to jest dziesięciu zupełnie innych ludzi. Nieraz mają [coś] wspólne, co ich łączy, tak jak u nas łączyła nas ta niedola, wspólny patriotyzm, czyli i samoobrona. Chcieliśmy się bronić. Bo to przyszła zagłada w historii nieznana. Nie było w podręcznikach, nie było w filmach. Były tylko akcje, że ci biją, ci wygrywają, ale jak to jest przygotowane, nie było przedstawione. I od tego się zaczęło, że musimy podchodzić bardzo delikatnie do człowieka, jak on ma mundur. Czy to jest rosyjski, czy to jest francuski, czy niemiecki, szukajmy w tym mundurze człowieka, żeby z nim porozmawiać. Żebyśmy się dowiedzieli, kto on jest, a on żeby widział nas, kto my jesteśmy. My nie patrzymy tylko, co my widzimy i co my chcemy widzieć. My chcemy widzieć w każdym Niemcu potwora, żeby go łatwiej było zabić, żeby człowiek nie miał wyrzutów sumienia. Ale tak nie jest. My naprawdę nie wiemy. My siebie bronimy, a zabijamy nieraz bardzo dobrego człowieka. I tutaj zaczął się ten dramat wojenny, że tak cała wojna się kształtowała.
Jeszcze kilka razy kupiłem broń w sytuacji… Raz od esesowca. Ja nie wiem, czy pan wie, co to była formacja SS. Te trupie czarne główki to były oddziały śmierci, formalnie oddziały śmierci. Oni byli do zadań takich wykonawczych: morderstwa, zabójstwa, mordowanie, zabijanie. Bez żadnych możliwości przemyśliwania tego, że to jest człowiek, tylko on jest wróg, zabijaj go. Nie badaj, czy on jest dobry wróg, czy on jest porządny człowiek, tylko wróg – buch i nie ma go. To była taka formacja. I siedzimy w Kowlu na lewych papierach niemieckich...

Mogę powiedzieć o papierach niemieckich? W Warszawie zaczęły obowiązywać kenkarty, czyli dowód osobisty niemieckiego wydania. No i spotkałem kolegę, on w kenkartach robił, i mówię: „Zdzisiek, kopalnia złota – mówię. – Na lewo masz może? Zrób mi”. – „Zrobię”. No i już nastąpił kontakt. „Zrobię”. Jak później powiedziałem w tej komórce konspiracyjnej, to od razu dostałem trzy zamówienia na lewe kenkarty. Tam ktoś miał majątek i jak jeździł, to nie chciał jechać na swoje nazwisko, żeby go nie wykapowali. A każdy człowiek mógł go znać, ale jaki dowód miał, to nie wiedział. To ludzie kupowali, jeszcze można było trochę zarobić na kenkartach. I służyły pożytkowi, bo chroniły ludzi i tak dalej. Jak spotkałem tego człowieka, który pracował dla organizacji Todta… Organizacja Todta niemiecka to była taka organizacja saperów. Oni robili wszystko, co było potrzebne, dla wojska – reperacje mostów, wszystkiego, natychmiast. Trzeba było drogę zreperować, ich ekipa pojechała i robiła. I on jako sierżant tej formacji jak nawiał od nich (on tam poszedł na spekulację, nie żeby dla nich robić), chodził z tą opaską z hakenkreuzem, ten mundur miał i tylko się rozchodziło, jak dostać papiery. No to spytałem się tego Zdziśka. Mówię: „Zdzisiek, niemiecka piekarnia. Potrzebowałbym dokument niemiecki”. Mówi: „Nie gadaj mnie, bo ja nie wiem, o czym mówisz. Wiem, że dokument niemiecki, ale co za dokument”. Ja mówię: „Dobrze. Jak ci kopię przyniosę, to będziesz wiedział?”. – „To spróbuję ci odpowiedzieć, bo naprawdę nie wiem”. Z kenkart to skorzystałem. Dużo ludzi dostało od niego kenkarty. Oczywiście za opłatą, bo bez opłaty by nikt nie chciał ryzykować. A dla niego to było życie, że zarabiał i żył lepiej w tej okupacji, no bo miał dostęp do tych dowodów i jak kilka zrobił na lewo, to były pożyteczne dla ludzi, co się chowali, dla Żydów i tak dalej też. Żydzi rezygnowali… To było po tym, jak były te arbeitskarty, czyli karty pracy, które były bez zdjęcia. Na początku Niemcy mieli, one służyły też. Ale kenkarty to był dowód osobisty do wylegitymowania. Tam były napisane te detale o nas i tak dalej, zdjęcie. No i tak to się zaczęło. I ja mu przyniosłem ten dokument i dałem. On mówi: „Ty, Rysiek, nie mam czasu, bo u nas roboty, wiesz. Ludzie wyrabiają kenkarty, to u nas pełną parą robimy i nie ma czasu”. – „Ale – mówię – tak za kilka dni dasz mi odpowiedź?” – „Postaram się”. U niego w drukarni, co była ta sekcja niemiecka, drukowanie dowodów osobistych niemieckich dla Polaków i tak dalej... Ale spotkał kolegę, co pracował w Wytwórni Papierów Wartościowych, którą Niemcy przejęli i dostosowywali do swoich potrzeb handlowych i tak dalej. I mówi: „Wiesz co, oddałem jemu”. Chyba tamtego imię było Adaś, Adam. Mówi: „Oddałem Adasiowi. Powiedział, że za dwa, trzy dni da znać”. Panie, niespodzianka. Za dwa, trzy dni ja dostałem pięć, sześć egzemplarzy tego dokumentu. [Jaki] był ten dokument. Ten dokument w języku niemieckim wydrukowany z takimi literami gotyku niemieckiego na początku, [to znaczy] nie całkiem, były czcionki [łacińskiej], tylko niektóre dekoracyjne były niemieckie. Myśmy dostali dokument, który się nazywał po niemiecku Marschbefehl. Marschbefehl po polsku to znaczyło „marszruta”, czyli żołnierz jak miał się stawić do punktu gdzieś i korzystać ze wszystkich lokomocji dostępnych w Polsce, mieszkał, powiedzmy, na Zaolziu, a miał jechać do Wilna, no to jechał pociągami i może jechał autobusami. Ale musiał mieć Marschbefehl, wtedy żołnierz nie płacił. A jakie było rozliczenie tych pojazdów, kolei z wojskiem to ja naprawdę nie wiem. Ale wiem, że to było dostępne tak jak w armii niemieckiej. W armii niemieckiej jak miał ten Marschbefehl i napisane było, ile ludzi, mogliśmy korzystać ze wszystkich tych lokomocji dostępnych, wojskowych, cywilnych, które by nam chciało użyczyć przejazdu czy coś. Najwięcej korzystaliśmy z pociągów. Z Warszawy pociąg pospieszny do Lwowa odchodził, ale mieszane były wagony Nur für Deutsche, tylko dla Niemców, a resztę było dla cywilów, dla polskiej publiczności czy ukraińskiej, która wtedy tam podróżowała. Ten pociąg chodził dosyć regularnie. Warszawa – Kraków były regularne pociągi i też na tych samych zasadach. No i jak on zobaczył, ten znawca, który tam kombinował, i odłączył się od nich, tylko znał te sekrety, jak to zobaczył, mówi: „To warte nie złoto, to warte brylanty – mówi. – „Jedziemy, dokąd jest armia niemiecka. Mamy dostęp, będziemy jeździć”.
W ten sposób przyjechaliśmy do Lwowa. Ze Lwowa pierwszy skok zrobiliśmy na Ukrainę, do Winnicy, Żmerynki. On już tam handlował trochę i miał trochę chodów ten wodzirej, który kierował tym. On z konspiracją nie miał nic wspólnego, tylko wiedział, że taka istnieje, i jak było potrzeba, jak zdobyliśmy karabin, to on sobie zarzucił na plecy i wyszedł. Ale ciekawe było, bo jak myśmy wrócili do Warszawy głównej, Hauptbahnhof Warschau, to wszyscy, co byli Nur für Deutsche a w mundurach, musieli przejść specjalne ostrzeżenie przygotowawcze. „Jeżeli wychodzicie, to...” – takie pouczenia mieli, zanim ich wypuścili na Warszawę. Warschau is gefährliche Stadt (bardzo niebezpieczne miasto). I uczyli nas, żeby nie mieć broni ze sobą, bo cię polnische… Nie było określenia tego, jak teraz są terroryści, tylko Niemcy używali, popularne było Banditen. Wszyscy partyzanci to byli Banditen nazwali. Banditen, Banditen. I to była uniwersalna nazwa wszystkich. Więc jak myśmy przyjechali do Warszawy i nie wyszliśmy w Warszawie Zachodniej albo wcześniej, we Włochach, jeżeli pociąg stanął, a W Warszawie Zachodniej stawały te pociągi, prawie każdy... No i tak to było. Jak się miało ten Marschbefehl, to się wychodziło przez kontrolę niemiecką. No i tam jak miał ten Marschbefehl, to wszystko szło, to znaczy „on jest nasz, on jest sprawdzony, on jest cząstką nas”, to jego nie będą przy każdym przejściu granicznym pytać. No i tak byliśmy na kilku „występach gościnnych” w głąb.
Najdalej dojechaliśmy do Dniepropietrowska, gdzie teraz się ten dramat odbywa, najdalej wysunięty kawałek tego. Dla nas to była Rosja wtedy. Nie było tej różnicy, Ukraina, po prostu była Rosja, jakaś prowincja ukraińska. Mieliśmy znajomych, spaliśmy u Ukraińców. Spotkaliśmy i Polaków. Bo my podlegaliśmy pod te żołnierskie przywileje. Na przykład jak zajechaliśmy do Wilna i był Soldatenhaus, to spaliśmy na ten papier w Soldatenhaus, czyli w domu żołnierza. Tam dawali koc, poduszkę i ciepły posiłek, chochlę gorącej zupy. Jak się jechało do Rosji, to na każdych takich przystankach stały kotły, te wielkie wojskowe kotły z zupą, i Schwester, czyli Czerwony Krzyż niemiecki obsługiwał te kotły i szpitale jako sanitariuszki i tak dalej. To taka pomoc była w ich wojsku, tak jakby było u nas prawdopodobnie to samo. No i na każdej stacji człowiek wyszedł, jak miał menażkę i jakiś lewy mundur. A myśmy kupili mundury na bazarze. One śmieszne były. On dobrze po niemiecku mówił. A ja mówiłem trochę, a on lepiej słyszał. Mówi: „Żebyś ty [słyszał], co te żołnierze gadają. Że my jesteśmy zwiastunami przegranej wojny, bo już mundurów porządnych nie mamy”. Tak że człowiek propagandowo miał pewne działanie.
Jedna dramatyczna sprawa. Jak w Dniepropietrowsku przyjechaliśmy, to już Rosjanie mieli front 120 kilometrów prawdopodobnie (z tych informacji, co myśmy dostali) i dworzec był pusty. I baraki wojskowe, które były pełne, był pusty i ciemny. Dla nas to było dobre miejsce, bo myśmy się mogli swobodnie przespać, pogadać sobie i już nikt nie słyszał. No i idę i mówię: „Janek, tu stoi karabin mauser, prawie nowy”. On mówi: „To bierz. Ja wezmę na plecy”. To już nie musieliśmy kupować, bo czasami można było od żołnierzy kupić. Człowiek musiał być ostrożny. Nie mógł publicznie, tylko gdzieś w takim odosobnieniu jak się żołnierz znalazł i był sam, to człowiek mógł go zagadać. Myśmy tłumaczyli, że mamy niebezpieczne roboty, boimy się partyzantów i dla nas by się pistolet przydał. W ten sposób kupowaliśmy od żołnierzy niemieckich czasami pistolet. To była moja sprawa, bo on się tym nie zajmował. Oni mieli handel. A tam szły towary takie jak farbki niemieckie. Firma AEG, co robi Bayera aspirynę, te farby robiła i jeszcze jedna korporacja niemiecka, która jest obecnie aktywna. Ich farbki były strasznie dobre, wypróbowane i znane na tych terenach, na których myśmy jechali w Rosji i na Ukrainie. Za te farbki dostawał najlepszą cenę, bo oni mieli samodziały i mogli farbować czerwony, granatowy, brązowy, szły jak złoto. Płacili nawet „piesiorkami”. Jeden w takim kiosku to „piesiorków” miał takie... po dziesięć rubli i po pięć rubli, takie [niezrozumiałe]. Jak tam obliczyliśmy, ile płaci... A myśmy kalkulowali na wartość w Warszawie, bo dolary złote... Dolary w Rosji jeszcze kupowaliśmy takie długie, to jeszcze z rewolucji były, stare. One były chodliwe, ale tylko u Amerykanów, jako antyki. Ale tak w chodzie to one miały dużo mniejszą cenę w Warszawie na czarnym rynku, od koników, niż normalne. No to tak to było. Wzięliśmy ten karabin i idziemy. A tutaj w tych ciemnościach odzywa się głos: „A chłopoki, a amunicyję mata?”. Głos słychać, rozumieć rozumiemy, podejrzewać podejrzewamy, że jest Ślązak, nie Ślązak, jakiś poznaniak. No i wychodzi gruby taki żołnierz niemiecki, mówi: „Amunicję mota?”. Czyli on już wiedział, że my nie jesteśmy Niemcy i on sobie w swoim rozumie wiedział, kto my jesteśmy. Chociaż my tacy nie byliśmy, bo ten przewodnik no to on był handlarz i on to robił w celu, żeby zarobić, a po drodze załatwialiśmy to, że kupiliśmy trochę broni czasami. No i wzięliśmy ten karabin, przywiózł do Warszawy. Ja przeważnie oddawałem na Złotej. Ten budynek jeszcze stoi blisko Żelaznej. I tam wypłacali gotówką, za pistolet parabellum to dawali mi wtedy sto dolarów. Oni mieli z zrzutku trochę zaopatrzenia. Już zaraz na początku wojny przyszły pewne zapasy w dolarach i tak te dolary kursowały po świecie. Tak że to się odbywało w ten sposób. No i jak kupiliśmy, jak wzięliśmy ten karabin, no to on przyniósł, dał nam dwa pudełka amunicji, to daliśmy mu na piwo dwadzieścia marek. „O... gut, gut. Alles gut. Viel Glück, chłopaki”. On wiedział, komu sprzedaje. Albo czuł, albo nie wiem.
To taki język był wojenny, to trudno było powiedzieć. My musieliśmy robić decyzję w minucie, w której coś się działo, okay, i to tak się odbywało. Armaty nie kupiliśmy, czołgu nie kupiliśmy, samolotu nie kupiliśmy. A były takie do sprzedania. We Lwowie chciał nam Rumun sprzedać samolot. „Ja wyląduję na łąkę, gdzie chcecie”. No ale co nam z samolotu. To są takie jak bajki do tego wszystkiego. I takie było życie. Więc życie było bardzo skomplikowane i wymagało doraźnej decyzji już teraz. A ryzykujesz własny łeb, bo tu innego wyjścia nie było. Przywieźliśmy trochę broni, przywieźliśmy dużo informacji od ludzi, bo Ukrainki nawet nam czytały ich prasę podziemną, ale to było wszystko komuna. Myśmy zdawali sobie sprawę... Myśmy nie wiedzieli, że nas czeka to samo w Polsce, ale że jest, istnieje i konspiracja, która była na Ukrainie, u tych ludzi, gdzie myśmy spali, bo myśmy unikali domów wojskowych, żeby nas ktoś nie podsłuchał i nie podglądał. Bo tak się zdarzyło i tak nas aresztowali, dlatego mam pseudonim „Lwowiak” (to już później powiem). Więc to się tak odbywało. Siedzimy w Kowlu na poczekalni, czekamy na pociąg. Kowel to było za granicą, Białoruś, Ukraina, do kogo to należało w czasie okupacji niemieckiej, nie wiemy, ale jesteśmy w Kowlu, w koszarach polskich, bo tam Niemcy się zatrzymali. Siedzimy... Nie siedzieliśmy na poczekalni dla wszystkich, bo tam pili piwo. Jeżeli tylu żołnierzy na nas patrzy, to jednemu [pojawi się pytanie] w głowie: „Co to za kombinatorzy? Trzeba ich sprawdzić”. No bo tak bywa, więc unikaliśmy, jak mogliśmy. Poszliśmy gdzieś, gdzie można było przesiedzieć, przeczekać na pociąg nieraz pięć godzin, dziesięć, swobodnie, nie żeby nas wszyscy widzieli, tak jak myśmy ich widzieli. I leci esesowiec, młody, strasznie piękny chłopak. No marzenie, dla Niemek to był raj na ziemi – zgrabny, energiczny, buzia fajna. Ubikacja była niedaleko i takie Warteraum, taka poczekalnia przed ubikacją, żeby się ogolić, ubrać, dla wojska. Ja mówię do Janka: „Janek, ale spluwę ma fajną”. On się odwraca: „A co, chcesz kupić?” – ten esesowiec, po polsku. Ten Janek mówi: „Rysiek, rób co chcesz. Ja nie biorę w tym udziału. Zwariowałeś”. Ja mówię: „Ja nie zwariowałem. On mówi, żeby przyjść do poczekalni tam, gdzie...”. No, powder room, do pudrowania, golenia i tak dalej. Ja mówię: „Ja idę”. – „No to idź na własne ryzyko. A – mówi – nas to już nie ma, jak ciebie zaaresztują”. Gdzie tam, gadam z nim, zgodziliśmy się. Parabellum wyjął, ta poczekalnia była taka, że nikogo nie było, dał obejrzeć. Mówi: „Fajna spluwa. Kupuj, nie przejmuj się. Będzie wam służyć, jak cholera”. On wiedział, komu sprzedaje. Mówił, był z Poznańskiego gdzieś. Ja mówię: „Ale po polsku…”. – „No przecież ja się wychowałem” – mówi. No i tak było. Dałem mu kilkaset marek, już nie pamiętam, siedemset czy ileś. Jeszcze dał kaburę do tego. Przyszedł, podał rękę, mówi: „Chłopaki, trzymajta się i nie dajta się”. I tak to następowało. Przecież ministerstwa zbrojeniówki konspiracja nie miała. Wagonami amunicji może kiedyś by się udało, jakby człowiek miał takie znajomości, że amunicję kupić od razu cały wagon. Ale gdzie go schować. Więc to jest tak w życiu naszym, człowiek się kształci przez pewne wydarzenia natychmiastowe. Każdy z nas działał na własną możliwość i własne zasoby, poziom inteligencji. Decyzja musiało następować w danej chwili. Wszystko miało się dziać wtedy, bo powtórki tych zdarzeń nie było. Raz i koniec. I ucz się dalej. Więc pożegnaliśmy się z tym esesowcem. Życzył nam szczęścia, zdrowia, magazynek dał ekstra. „Dziewiątka” to dobry pistolet był.
I tak to się odbywało w takich różnych sytuacjach. Przy okazji człowiek kupował. Kupował i w mieście, Warszawie też. Jak żołnierze szli, tak jak mnie oni zaczepili i oni mnie zaoferowali, tak nieraz trzeba było i im powiedzieć. On mówi: „Nie mam nic do sprzedania”. „Ale – mówię – masz może dobry pistolet?” A on mówi: Willst du kaufen? (chcesz kupić). I to tak się zaczynało, bo myśmy mieli w konspiracji później już wybryki takie, że po prostu trzech, czterech szło i zobaczyło samotnego Niemca, miał pistolet, no to nie zabili go za ten pistolet, ale unieszkodliwili go chwilowo. Taki gaz był, czasami używaliśmy, to człowiek na parę minut tracił przytomność. Wystarczyło, żeby mu zabrać ten pistolet i uciekać. Bo jak się zabiło Niemca, no to groziło konsekwencjami. Niemcy mogli przyjechać, gestapo... Gestapo to właściwie po polsku wiadomo, zła policja, ale to jest Geheime Staatspolizei, Tajna Policja Państwowa, która była rozszerzona podczas wojny również do działań wojennych. I doświadczenia policji kryminalnej niemieckiej Niemcy stosowali w takich [akcjach] jak pacyfikacja polskiej Guberni Generalnej, łapanki, zmuszanie ludzi i tak dalej, łapanie dziewczyn do prostytucji, bo to się też odbywało, a jest mało znane...
Na Chmielnej tam, gdzie była ta cukiernia Gajewskiego, tam byłem w Powstanie również, tam te zrzutki rosyjskie otrzymaliśmy dwa, tych ppanc. Bardzo długie dwa, dwa i pół metra, takie długie na wzór karabinu takiego jak Mauser, tylko ich pocisk był taki, że naprawdę wystarczył jeden strzał do tego gniazda w hotelu „Polonii” na ostatnim piętrze (te okno jeszcze jest, bo odbudowali tak, jak było), tam to gniazdo było i kontrolowali ten plac), to już więcej z tego placu [nie strzelano]. Jeden strzał tylko poszedł do nich tam i na tym był koniec. Myśmy złapali tam dwa zrzutki rosyjskie z tych ppanc., rusznikarze to wzięli. To było chyba osiem albo dziesięć tych karabinów ppanc. One były niewygodne, ale jak były ustawione i był czołg, ktoś wiedział, gdzie unieszkodliwić czołg, przypuśćmy, w gąsienicę, że nie będzie mógł jechać, to to już jest pierwszy krok do zniszczenia jego, już mniej szkodliwy jest. Tak że ja tylko miałem szansę wypróbować go raz i nie będę się mądrzył. Jeżeli inni dostali i jeżeliby wspomnieli i dali nam informacje, to byśmy wiedzieli więcej. Ale ja wiem tylko, że z ośmiu czy dziesięciu zrobiono z tego sześć czy siedem. No i mnie przyszedł honor, mówili: „Ty, »Lwowiak« – a „Lwowiak” to właśnie jest pseudonim – ty pierwszy, bo ty znalazłeś, to masz prawo wypróbować”. Bo to był przywilej, żeby dać takie coś. Tak jak ochotnicy na śmierć.
Jak zrzutek leżał na placu tamtym przy dworcu i leżał zrzutek... No leżał. My go widzimy, ale dojść w dzień nie doszedł, bo ten karabin maszynowy i inne pozycje, co oni mieli, człowiek by tam, nie wiem, żeby [nawet] jakieś szare ubranie założył, żeby było podobne do tego bruku, który tam był, to by go zabili. A Niemcy przyjechali wózkiem, pięćdziesięciu cywili mieli dookoła, kilku Niemców z karabinami maszynowymi (takie jak polskie „Błyskawice”, szmajsery się nazywały, to były bardzo cenne i bardzo potrzebne, „dziewiątka”, bardzo dobre), no to nie można było inaczej zrobić, tylko żeby dojść do tego zrzutu, no to oni wyjechali wózkiem, cywile przyszli, załadowali, a oni byli tylko obstawa. Myśmy nie mogli strzelać, bo było tyle cywili i wszyscy cywile byliby zabici, bo by Niemcy się zemścili na nich też.
To już dwa razy tak miałem. Tu na Krochmalnej, w tej dzielnicy, na Grzybowskiej Niemcy zajęli jedne podwórko, a myśmy mieli obserwacyjne stanowisko na te podwórko. To było bardzo długie, bardzo długie, no ja wiem ile metrów, cholera, trzydzieści metrów, czterdzieści. Niemcy tam bunkier zakładali... Bo Niemcy szli w Powstanie ulica po ulicy, piwnica po piwnicę i zaraz robili swoje bunkry. Już później nie można było spenetrować tego, chyba że drogą okrężną albo górną, no to jak, trudno było...

  • To już przyszliśmy do Powstania, tak? A jeszcze byliśmy przed chwilą w okresie konspiracji.

Tak, to już było Powstanie. No i tu na Grzybowskiej właśnie przyszedł taki podchorąży... Ja byłem dowódcą tej placówki tam, a on przyszedł, dowódca odcinka, porucznik, mówi: „Strzelajcie, zobaczcie, ile Niemców. Można go kijem zabić”. Ja mówię: „Panie poruczniku, proszę karabin, niech pan strzela. Niech pan nie daje rozkazu mordowania ludzi. Tam pracuje kilkadziesiąt Polaków. Pan zabije jednego Niemca, tak, a oni zabiją wszystkich tych, te ofiary tego Powstania, które są jak ich shield, ich ochrona. No i co, pan będzie strzelał? Proszę strzelać, ale rozkazu nie przejmę od pana. Proszę do dowódcy odcinka zameldować, że nie chcemy strzelać, a ja powiem, o co się rozchodzi. My musimy używać nie tylko namiętności zemsty, ale i rozumu też. Niemcy działają rozumem, idą i zajmują budynek po budynku, niszczą, palą, budują swoje bunkry. My się ściskamy, coraz mniej przestrzeni mamy, a oni panują”. Hala Mirowska, ta, która stoi jeszcze, my jesteśmy na Hali Mirowskiej, chłopak z tą „Błyskawicą” tylko się wysunął, dał pierwszy ogień, żeby wypróbować, gdzie Niemcy są, jak dostał serię, od razu ranny i cała jego sympatia do broni i ten zaszczyt, że dostał tę polską „Błyskawicę” jako wyróżniony strzelec – już został ranny i został ofiarą już chyba do końca życia. Więc w takich wypadkach, to trzeba decydować się rozsądkiem, a nie przepisem. Tutaj nie ma musztry wojskowej, „spocznij”, „baczność”, „naprzód marsz”, tylko decyzje zapadają o nasze życie i o życie okolicznej ludności. My nie możemy decydować, co dobrego dla mnie, zastrzelić jednego Niemca, jak oni mają pięćdziesiąt albo sto pod kontrolą.
Te decyzje następowały w Powstanie. Ja nie myślę, żeby to było gdzieś ujęte jako przygoda Powstania, bo w żadnych książkach tego nie ma. Jest tylko brawura, zabicie i tak dalej, ale sytuacji konfliktowych było prawie co dzień. Niemiec stał nie dalej jak przez ten pokój. No co z tego? On się nawet plecami wykręcił. Można było jego młotkiem zabić, wyskoczyć z tej kryjówki, gdzie człowiek siedział, a on sobie stał jak człowiek z marmuru. Oni byli obyci i bardziej doświadczeni w działaniach wojennych. Oprócz tego mieli tę przewagę, tych ludzi jako niewolników, jako zakładników używali, jako shield, czyli jako ich tarcza. Jak wypędzili do roboty sto ludzi, powyciągali z piwnicy, to co ludzie mieli do gadania? Nic. Ofiary. Przecież to była straszna wojna, straszne Powstanie. To nie były tylko zwycięstwa i wywiesić flagę.


Warszawa, 1 sierpnia 2014 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła

Kontynuacja nagrania zarejestrowana 7 sierpnia 2014 roku w Warszawie. Rozmowę prowadził Mariusz Kudła.

  • Podczas poprzedniego spotkania skończyliśmy na momencie, jak wyjeżdżał pan na Ukrainę i został pan tam złapany. Czy możemy od tego zacząć?

Możemy zacząć ten odcinek. Więc myśmy jeździli na lewe papiery Wehrmachtu, tak zwane marszruty po polsku, po niemiecku Marschbefehl. Papiery były lipne, drukowane w Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie podczas okupacji niemieckiej, bo kolega tam pracował i miał dostęp do niemieckiej drukarni. I jak to wydrukował, pojechaliśmy, spróbowaliśmy blisko wyjechać. Byliśmy w Wilnie, z Wilna do Smoleńska nie dojechaliśmy, tylko [zatrzymaliśmy się] przed Smoleńskim. Tam jest te miasto (jak się nazywa, zapomniałem w tej chwili), tam, gdzie Niemcy jak odkryli Katyń, to tam mieli te badania, otwieranie trumien, fotografowanie i tak dalej. To było czynne wtedy, tylko ze względu na ostrożność myśmy nie pojechali tego osobiście zobaczyć, bo obawialiśmy się, że tam będzie większa inspekcja i by nam groziło [wykrycie]. I tak jechaliśmy dalej aż... Do Lwowa jak wróciliśmy z Dniepropietrowska, to jest tysiąc kilometrów czy ile tam... Widzieliśmy fantastyczne panoramy. Setki lokomotyw leżały obok torów na lewo i na prawo, wysadzane przez partyzantkę rosyjską, sowiecką. Tory były i wtedy jak tor był zepsuty, lokomotywa była strasznie ciężka, dźwigów nie było, to tylko spychali na boki, albo na lewo, albo na prawo. Później Niemcy zastosowali [sposób], że mieli cztery, pięć platform przed lokomotywą. I jeżeli były ładunki automatyczne, no to zniszczyły dwa wagony platformy kolejowej, to zepchnęli prędko i jechali dalej. Ale mieli zapłony z opóźnieniem, że dopiero jak pierwsze trzy wagony przeszły i była lokomotywa, to wtedy następował wybuch. Myśmy to wszystko przejrzeli, jak wracaliśmy do Lwowa. Lwów to było miasto należące do Guberni i podlegało prawom i pociągi Warszawa – Lwów, pośpieszne, chodziły dosyć regularnie, tak jak Warszawa – Kraków. To były cele gospodarcze poruszania ludności i Niemców okupantów. Oni zajmowali urzędy, fabryki, różne przedsiębiorstwa. Również byli obecni na folwarkach, gdzie była produkcja żywności. Takie gospodarstwa wielkie miały pewne przywileje, jeżeli dawały, a musiały dawać, dostawy na czas. No i tak się jechało, aż przyjechaliśmy do Warszawy.
Do Warszawy jak myśmy przyjeżdżali wojskowym pociągiem, to wszystkich brali na odprawę. Dawali poznanie stosunków, jakie istnieją w Warszawie, i ostrzegali, że Warszawa to jest niebezpieczne miasto, jest dużo złodziei i dużo bandytów, dużo prostytutek. „Bądźcie bardzo ostrożni, bo Polacy są niebezpieczni”. A myśmy słuchali tych instrukcji. To było fajne. Jak wyszliśmy, no to myśmy wiedzieli, gdzie się poruszać. Jak ja mieszkałem na Złotej, to było pięć minut od Dworca Centralnego, który nie był wtedy wykończony. Bo stary dworzec, gdzie Warszawa Główna była, drewniany, to był z boku, już opuszczony, a ten, co jest obecnie, był dopiero zaczęty. Pociągi przychodziły i most kolejowy łączył. Dla Niemców Aleje Jerozolimskie, Dworzec Centralny i pociągi to była bardzo ważna linia komunikacji i transportu. No i tak się zaczęło. No i ja w Powstanie nie mogłem…

  • Jeszcze mówił pan o tym, jak dostali państwo informację, że w Ursusie jest jakaś ilość broni zakopanej w 1939 roku?

A tak, dostaliśmy, ale wie pan, w jaki sposób, to nie wiem. Radia nie było, telefonu nie było, nic nie było, tylko z ust do ust albo gazetki. No gazetki to były dosyć… Ale gazetki były z opóźnieniem nieraz i miesiąca od wydarzenia. Gazetki były drukowane w tajnych drukarniach. Czy mieli papier w tym czasie, czy mieli tusz i czy mieli inne potrzebne rzeczy, żeby drukować. Jak były wydrukowane, dla zaufanych trzeba było przekazać rozprowadzenie tego, więc przyjeżdżali. Do mnie przyjeżdżali harcerze ze Skierniewic. Oni nieraz brali ładunek dziesięć kilo, piętnaście kilo gazetek i oni pociągiem ryzykowali, bo to jednak nigdy nie wiadomo było, kiedy kontrola niemiecka wpadnie i co by się mogło stać. Ale wszystkie transporty, które odeszły z Warszawy, co ja mogłem trochę wiedzieć o nich, to doszły szczęśliwie. No i to takie było nasze życie.

  • A jeśli chodzi o broń w Ursusie?

No z bronią to było tak. To nie było w Ursusie, tylko w tym… Jak z Woli się wychodzi, to jest pierwsze przedmieście z Woli i tam było trochę gospodarstw i ludzie widocznie… Bo ja jako chłopak jak tam wędrowałem, jak okopy zostały opuszczone, to rzeczywiście karabiny leżały na ziemi. Niemcy tam panowali, te główne arterie, a okopy to były zapomniane, nieodkryte. Dopiero aż Niemcom ktoś doniósł, że tam broń leży, no to widocznie podjeżdżali i [zabierali]. Ale przedtem gospodarze może wzięli trochę tej broni, przeważnie karabiny wojskowe, te mauzery. Karabinów maszynowych nie widziałem, żeby były, i w naszym posiadaniu nie było, ale były, gdzieś istniały i gdzieś ktoś też przechowywał. Ale te karabiny, co przechowali, no to się tak odbywało. Trzymali gdzieś w stodołach, ale zawsze było zagrożenie, bo jak wpadła żandarmeria, mieli te czujniki swoje: „A co tu jest? Jak to snopki? A dlaczego snopki brzęczą? Tam metal jest”. No to ludzie się bali. Jak schowali, chowali, udało się, a później jak się dowiedzieli, że mogą się pozbyć i jeszcze im się trochę zapłaciło za fatygę, za trzymanie i ryzyko, to dali. Pierwsze to było tak, to było cztery czy pięć, trudno było to przewieźć. Przewoziliśmy rikszami, że niby coś innego. Ale doszliśmy tam do porozumienia z gospodarzami, że jak będą wieźli słomę na materace do Warszawy na sprzedanie, to w niektóre snopki pod spodem włożyli karabiny i dojechały szczęśliwie w okolicy ulicy Wolskiej czy gdzieś tam, gdzie mieliśmy metę, i tam te snopki z karabinami wzięli i poszły już w odpowiednie ręce.
I to były jedne z takich ważniejszych wydarzeń, bo żadnych warsztatów nie było, nikt nie robił. To, co robili tam „Błyskawice”, te maszynowe, rusznikarze to były „małe piwa”. Dużych karabinów nie było, dużych dział nie było. Przecież nikt nie sprzedał czołgu, bo go by nikt nie kupił. Bo co z nim zrobić, gdzie go schować? Karabin, pistolet, granat i inne rzeczy. Później zaczęli robić te „filipinki”, no to były naszej produkcji. Ale granaty, dobre niemieckie granaty, te szturmowe, co oni mieli, [takie] z rączkami, to oni mieli w takich walizeczkach, one były przypięte na klamry i tam sześć czy osiem było w takiej jednej walizeczce. No to to są [takie], że żołnierze mieli kontrolę nad tym. Czasami przywieźli, jak jechali, wracali z frontu. Jakie tam przepisy były, to nie wiem, ale jak jechaliśmy pociągami wojskowymi, przypuśćmy do Lwowa, to tych szmajserów leżało na kupie, a żołnierze spali. Przecież to tylko ludzie – jechali z wojny zmęczeni i miał szmajsera, to go rzucił na kupę i poszedł spać i spał, a szmajser leżał. Szmajser to był tak jak polska „Błyskawica”, bardzo dobry maszynowy karabin ręczny. No to to było trudno i kupić, i gdzieś go znaleźć. Trudno było, ale czasami z pociągu jak jechaliśmy, mieliśmy dosyć swobody, bo byliśmy bardziej poinformowani od Niemców, było okno otwarte, to się tam szmajsera wyrzuciło. Na przykład na trasie Dęblin – Warszawa, jakieś dziesięć, dwadzieścia kilometrów od Dęblina w kierunku… Do Warszawy było chyba około stu kilometrów, to pierwsze dwadzieścia od Dęblina to tam działały partyzanckie oddziały i ktoś tam z nimi miał kontakty, no to powiedział, tam było wyrzucone trochę opatrunków sanitarnych z tego pociągu i tam jakąś broń wyrzucili. No i jak tam znaleźli, to myśmy nawet nie wiedzieli, ale znaleźli, bo się pokazały, że mieli. Czasami to tak było. Żołnierz był odpowiedzialny do pewnego stopnia. Jak przyjechał do Warszawy – „Warschau is gefährliche Stadt, niebezpieczne miasto, uważajcie”. Tu ludzie się śmieją, a będą ci strzelać w plecy. Vorsicht! Vorsicht! Vorsicht! No i żołnierze mieli obowiązek stawienia się na zbiórkę. My nie, bo myśmy nie należeli do pełnej armii, tylko tej pomocniczej. To oni jak po Warszawie chodziły te oddziały, maszerowali i śpiewali te niemieckie piosenki patriotyczne i wojskowe do marszu, no to dla mieszkańców wydawało się, że Niemcy są wszędzie i jest ich cała kupa. A to nie, to była manipulacja Niemców, żeby trzymać zastraszoną Warszawę, ludność, że oni są wszechobecni i sobie maszerują, i śpiewają. A oni mieli obowiązek, jeżeli mieli przesiadkę w Warszawie, że mieli się stawić na zbiórkę i dołączyć do marszu jakiejś kompanii czy jednostki, którą oni tam nazwali po swojemu. I przeszli, przypuśćmy, ulicą Marszałkowską od Królewskiej do ronda i skręcili w Aleje i poszli, i byli zadowoleni, że już mają dosyć. To był ich obowiązek nakręcania tej propagandy, że oni są Deutschland siegt an allen Fronten (Niemcy zwyciężają na wszystkich frontach). No to stały takie pomniki zrobione propagandowe i było, że wygrywamy na wszystkich frontach. A czy tak było to, kto wiedział. Nie było tak, bo jednak wygrywali i przegrywali. W Afryce ten korpus przegrał zupełnie, musiał się... Był tam niemiecki marszałek Rommel, „Tygrys Afryki” po niemiecku. No to propaganda a rzeczywistość to były dwie rzeczy. Bujać umieli bardzo dobrze. Goebbels to był bardzo zdolny człowiek, który umiał kręcić wszystkim i tak dalej. I tak człowiek żył i taka była tego...
W konspiracji to było my jako dzieciaki i młodzież, no to pierwsze spotkania były w Warszawie w czyimś tam mieszkaniu. W sześciu, ośmiu nas, żeby nie za dużo. I te słówko – jak zapukał do niewłaściwych drzwi, to się pytał: „Tu jest karbid do sprzedania?”. – „Nie”. Ludzie już byli tak dowcipni, że mówili: „Konspiracyjne spotkanie jest piętro wyżej”. To humor z tego był. No i tak się żyło w tej Warszawie. Ale żeby żyć i broń mieć... Właśnie tu weszło pytanie, ponieważ nie ma żadnej literatury na temat zdobycia, jak się zdobywało broń. Było trochę zrzutków. Zrzutki były rzadkie i daleko, w różnych miejscach w Polsce. Wiemy, że spadały pieniądze, dolary były zrzucane. Były zrzucane zrzutki ciekawszych rzeczy. Ja nie byłem przy odbiorze zrzutków, tylko wiedziałem, że były zrzucane w tym terenie i inni poszli i dostali to. Ale to było rzadkie.
A w Powstanie co było? W Powstanie leciało trochę spadochronów, ale zawsze leciały tam, gdzie nie byliśmy. Jeżeli mam wspomnieć przypadek jeden, co mnie się trafił, to mogę. Przy wjeździe (Warszawa Główna była wtedy, nie Centralna) Warszawa Główna był ten wykop do odjazdu do dworca otwarty u góry. Myśmy mieli stanowisko na Chmielnej obronne przy ulicy Wielkiej, która nie istnieje chyba teraz, i tam był ten wielki plac dworcowy. Przed wojną to była piękna, na końcu tego placu była piekarnia Paryska, gdzie piekli pieczywo, bułki dwadzieścia cztery godziny. I tam całe kupy tych bułek leżały i pół Warszawy pachniało jak piekarnia Paryska. To znaliśmy. A już w wojnę ten plac to był niczyj. Myśmy byli na Chmielnej, a Niemcy byli w Alejach. Hotel „Polonia” to tam mieli w oknach kilka stanowisk Niemcy i tam wyjść nie można było, bo tam żył pięć minut. Oni mieli karabiny maszynowe, „prrt, prrt” i już nie ma. Tam nie mieliśmy dostępu. Do Chmielnej tak, a Chmielną do Marszałkowskiej też. No i tak się żyło. A odnośnie broni…

  • Pan miał mówić o zrzucie w tamtym rejonie.

O zrzucie. No to było tak. Ja zostałem w drużynowym jako młody, chociaż mieliśmy w naszej drużynie zawodowych żołnierzy, był sierżant zawodowy. Ale oni się nie nadawali do tej rozróby, co była partyzantka i Powstanie. Oni regulamin wojskowy znali i byli zacni ludzie, ale do myszkowania, do chodzenia to oni… No, byli żołnierzami, tylko nie byli takimi sprytnymi. I po południu, tak już późno, pod wieczór, porucznik „Luty” przyszedł i powiedział: „Ty, słuchaj, »Lwowiak«...”. Ja mówię: „Panie poruczniku, czujka siedzi…”. Bo to czujka, takie stanowisko tam było, tylko obserwacyjne i gdyby czujka coś wiedział, że jest, przypuśćmy, natarcie niemieckie (to był taki odcinek otwarty, że mogli to zrobić), no to on miał tylko uciekać i dać znać (telefonów nie było, inaczej nie mógł), że tam... sto dwadzieścia, dwieście kroków i by już dotarł do kogoś. No to ja mówię: „To ja pójdę, zmienię go, bo siedzi siedem godzin – mówię – wykituje i jeszcze będzie dalej siedział, a my będziemy myśleli, że mamy tam kogoś”. Telefonów nie było, nic nie było, komunikacji nie było. Pewno dowództwo miało pewne telefony i pewne łączności, ale nie my w terenie. Poszedłem, wymieniłem go.
No siedzę, spać się chcę, tam cicho było, Niemców nie widać. Zawsze się człowiek patrzy, czy się nie czołgają z tego wykopu. No nie, siedzę. Tam sobie człowiek czasami usnął trochę. No i siedzę, ale tu straszny nalot. Artyleria przeciwlotnicza wali jak cholera. No i lecą te spadochrony na lewo, na prawo. Ja się oglądam, a tu bum, jeden spadł przede mną dziesięć, dwadzieścia kroków. Beczka taka spadła i ten spadochron się rozłożył, pomarańczowy czy czerwony, na kilkanaście metrów. Co może robić człowiek młody, niedoświadczony? Ma taki prezent raz w życiu. Co tu zrobić? Telefonów nie ma, pomocy nie ma, jestem sam. Wyszedłem tam z tego obronnego stanowiska... Bo tam były semafory, różne zwrotnice, cały magazyn tego sprzętu kolejowego i właśnie w tym sprzęcie myśmy mieli taką obserwacyjną czujkę wystawioną. Gdyby coś było z tej strony, żeby dał znać, że Niemcy idą czy jak. Ale nic nie było, tylko ten spadochron. Co może człowiek zrobić? No wyszedłem, zacząłem zwijać spadochron, bo on widoczny. Teraz [pytanie], jak go odczepić od tej beczki. Poszedłem, podczołgałem się, szedłem, czołgałem się. Niemców nie ma, cisza, nikt nie strzela. Im dłużej w spokoju, tym ja bardziej odważny. No to poszedłem, patrzę, karabińczyki są, zacząłem odczepiać, odczepiłem. Wyciągnąłem to do góry. Zacząłem zwijać ten spadochron. Panie, spadochron to przecież bela materiału. No jakoś tam to ściągnąłem na bok, za te semafory, żeby nie był widoczny. No a ten zrzutek leżał, jak tu jest wykop, na wykopie leżał w pozycji tutaj. Zacząłem odkręcać, wyciągnąłem jeden… To chyba były trzy sekcje tego. Te śrubki, to wszystko było zrobione tak, że można było ręką odkręcić. Trzeba było trochę siły, ale te karabińczyki uwolniłem i wypchnąłem to do góry i schowałem. No i mam tam schowane wszystko, jak zmiennik przyszedł, to mówię: „Ty siedź cicho, bo ty na dynamicie siedzisz – mówię. – Tu jest spadochron, spadł”. A jak rozkręcałem te beczki, to patrzę, jest mundur amerykański. Wtedy to nie wiedziałem. Mundur amerykański, amerykański. Były spodnie bryczesy na te sznurowadła. No to mnie nie pasowały. Ale kurtka do tego wojskowa amerykańska to mnie pasowała, to po prostu sobie wziąłem. A więcej tam nic nie wyjąłem ani nie zaglądałem, bo przede wszystkim się bałem i nie było czasu, chciałem jak najprędzej dać znać. No i jak ten zmiennik przyszedł, to już było wieczorem ciemno, nie wiem, dziesiąta może była, no i mówię, melduję do tego [dowódcy], że mam zrzutek. Mówi: „Rysiek, czy ty normalny jesteś?”. Ja mówię: „Tak, normalny jestem. Mam zrzutek”. – „Dobra”. Łączność złapał z dowódcą odcinka – wszystkie zrzutki w naszym odcinku, w naszym rejonie złapane. No to mówię: „Powiedz – to był kapitan „Jednorożec” – powiedz, że jeszcze jeden jest złapany. W naszym posiadaniu, ale nie jego”. No i dobra, przysłali trochę chłopaków, wzięli ten spadochron. Spadochron to wzięliśmy dla siebie, bo spaliśmy na nim. Jak nas tam było kilkanaście osób, koło dwadzieścia, no to było gdzie spać. Ten spadochron dla wszystkich był i materacem, i przykryciem. Przecież to wielki kawał materiału. A tę resztę zabrali. No i kapitan „Jednorożec” dał mi pół litra wódki w nagrodę i pistolet. Bo to było trudne, dostać pistolet osobisty. Dał mi dobry pistolet, „dziewiątkę”, założyłem sobie za pas, to była moja zdobycz z tego. No i tak to się skończyło. Później po tym nasz oddział dostał wezwanie na…
  • Przepraszam, przeszliśmy do Powstania, a nie rozmawialiśmy jeszcze o początku Powstania. Może pan powie, jak wyglądał ten początek Powstania, i będziemy już szli chronologicznie.

Początek Powstania to był taki. Ja dostałem się przez przypadek do więzienia niemieckiego we Lwowie. Ten wodzirej, który to wszystko organizował, który mówił zupełnie dobrze po niemiecku, jak na zatrzymali i żandarmeria polowa, co robiła tam taką odprawę, sprawdzała papiery, żebyśmy mogli wyjść we Lwowie na miasto (to była feldżandarmeria, czyli żandarmeria wojskowa, polowa żandarmeria wojskowa), oni tam zaczęli kręcić nosem, że coś niedobrze, to ten Janek, ten organizator, dał im tam wałówkę, słoninę, różne inne rzeczy, co mieliśmy jako łapówkę. Wzięli, schowali pod stół i gut, i weg, geht weg, że nas uwolnili. My idziemy, a tu druga Streifa idzie (Streifa to jest oddział armii Todta, ten policyjny oddział). Oni jak nas widzieli, jak nas zaczęli bić po mordzie… Najpierw spuszczaj spodnie, czy nie Żydzi. No nic. I zaczęli nas lać. Taki wycisk nam brutalny dali, nosy porozbijali, krew się lała. Ale nikogo nie pobili, żeby zabić, tylko szykowali nas do aresztu. No i przez to dostaliśmy się do aresztu wojskowego, do więzienia niemieckiego wojskowego według tego dokumentu Marschbefehl. Innych dokumentów nie mieliśmy. Ten organizator to miał mundur z opaską hakenkreuz na ramieniu, to on miał Soldatenbuch, czyli książkę wojskową, a my nic. Tylko na podstawie tego Marschbefehl jedliśmy i spaliśmy na koszt armii niemieckiej. Czasami w takich hotelach niemieckich wojskowych przyszło się, pokazało się Marschbefehl. „A, Zimmer drei, sechs Betten. Pokój, sześć łóżek możecie wziąć, idźcie tam spać”. Tam poszliśmy spać, tam dawali później rano dawali zupę gorącą (to bardzo dobre było), kawałek chleba. I każdy przespał się, nie spał na dworcu, nie spał gdzieś w innych warunkach żołnierskich, tylko spał w tym przejściowym [hotelu], sypialni dla podróżujących wojskowych. Były prycze trzypiętrowe, były materace albo sienniki ze słomy i prześcieradło jakieś, koc do przykrycia i tak się spało. I tam jak przespaliśmy i wzięli nas do tego więzienia, w więzieniu było przesłuchanie. Wywieźli nas... Tego Janka wieźli pierwszego. Niemcy nie mieli takiej lokomocji, żeby były karetki, wszystko gotowe, samochody, tylko dali jednego żołnierza i on nas wiózł tramwajem we Lwowie do wyższej władzy, tam gdzie nas mieli przesłuchiwać. Wytarli nas trochę z tych rozbitych nosów, znaleźli dużo forsy, tam gdzie były takie [miejsca] na maski gazowe, to w jednym to prawie całe mieliśmy pieniędzy, tych marek niemieckich i karbowańców ukraińskich, to, co było chodliwe. Przecież ktoś musiał na tej podróży i zarobić… Jedzenie było za darmo, przejazdy kolejowe za darmo, ale żyć trzeba było i trzeba było płacić. Tak że forsy mieliśmy dosyć. Trochę się zabrało towaru z Warszawy, się sprzedało, to już biedni nie wracaliśmy. No ale to już wszystko przepadło.
Mieliśmy sąd, był pułkownik niemiecki, sędzia, no i sprawę odłożył. A ten Janek, on pierwszy znał te wszystkie chwyty niemieckie i przepisy, zaraz zapisał się do lekarza na badanie. Z więzienia wziął go jeden żołnierz i wiózł go do szpitala niemieckiego na badanie. A to był jego sposób, żeby uciec. Ten niemiecki sołdat, czasami starszy, taki jak „holzsturm”… „Holzsturm” to myśmy nazywali „drewniany szturm”, to przeważnie seniorzy, ale ci wojskowi to byli młodsi jeszcze. No to on wyskoczył z tramwaju we Lwowie, miał tam miejsce, gdzie znał ludzi, i uciekł. A nas trzech zostało. Jeden to był przypadkowy. Z konspiracji to ja byłem jeden. I ja przy okazji, żeby zarobić na życie, to jak się trafiła broń czy inne rzeczy kupić, mundur niemiecki złapać lepszy... Bo te, co myśmy mieli, to były kupione na bazarze na Kercelaku. Tam ktoś skombinował, dostał. Myśmy kupili i jechaliśmy w tych mundurach. Janek opowiadał, mówi: „Niemcy się śmieli, jak myśmy przeszli. Na peronie ich siedziało setki i patrzało na taką nędzę, że – mówią – myśmy już Krieg verloren (wojnę przegrali). Popatrzcie na nich”. No ale jakoś nikt nie doszedł do tego, żeby nas aresztować i sprawdzić. Tylko ten jeden raz. No i jak on uciekł, nikogo nie zostało, armia sowiecka doszła już do Stryja. Stanisławów, Stryj, tam jest sto, sto dwadzieścia kilometrów od Lwowa i Niemcy… Sprawa została odłożona, nie było decyzji. Mnie jeszcze brali dwa razy na przesłuchanie do feldżandarmerii. Drugi raz jak przyjechałem na przesłuchanie: „Gdzie jechałeś, co robiłeś, jak to było?” i tak dalej. Trzeba było udawać, że się robiło, że się reperowało maszyny i inne rzeczy. Bo saperzy mieli to robić. No i wypytywali, feldżandarm był wysoki... Przyszedłem rano, przywieźli mnie, nie uciekałem, bo gdzie miałem uciekać – Lwów, obce miasto. On miał chody już tam, znał ludzi, a ja nie miałem nikogo, no to musiałem wracać do więzienia. Ale jak już poznałem tę rutynę, to plany miałem, że kiedyś prysnę. Ale co tu prysnę? Pieniędzy nie ma, ubrania nie ma, nic nie ma, co to znaczy, ucieknę? Trzeba było szukać lepszej sytuacji. No i jak w tym więzieniu wojskowym sprawy odłożyli i miałem jeszcze przesłuchanie feldżandarmerii, przyszedłem rano, żandarm przyszedł, taki wysoki, uśmiechnął się, poklepał mnie po plecach, powiedział: Junge, keine Angst. Mówi: „Nie bój się. Nie bądź w strachu”. I miał dolmeczera, czyli tłumacza. Mówi do tłumacza: Ich brauche keinen Dolmetscher. Ukrainiec był, podziękował mu. Ich brauche keinen Dolmetscher. Er spricht gut Deutsch – [powiedział, wskazując] na mnie. Myśmy się dogadali. Na te pytania, co mnie dawał wszystko… On mnie jeszcze pouczał, jak mówić, żeby najprędzej sprawę zakończyć. Poklepał mnie, papierosów nie palił, dał mi swoją fajkę, nabił tym niemieckim tytoniem lipnym, zapalił, wytarł chusteczką, mówi: „Chcesz, to pal”. Ja jak podpaliłem, to usiadłem i piłem wodę, [a] myślałem, że wódkę piję. Ale odpocząłem naprawdę. No i tak to było. I z powrotem do więzienia. Więzienie było takie wojskowe, które przetrwało, jeszcze było za Austriaków i budynek może miał razem już wtedy osiemdziesiąt, sto lat. Było regularne więzienie, żelbeton, wszędzie kraty, wszystko. I jak oni likwidowali te więzienie wojskowe, różnych wojskowych Niemców mieli, przestępstwa różne, za chuligaństwo, za niesubordynację. Bo tam szpiegów to nie było, tylko takie przestępstwa, jak rekruci robią. Burdę gdzieś zrobił i już wsadzili go do więzienia. Za różne [przewinienia] siedzieli, ale i za jakieś większe tam odchylenia. Bo siedzieli Ukraińcy z armii Własowa, siedzieli Niemcy, siedzieli Ślązacy. Na naszą celę przypadał Ślązak Struzina. Przychodził i jak tylko wchodził rano na inspekcję, to krzyczał: Warschauer! Bo mnie Warschauer wołali, warszawiak. A ja mówiłem: Jawohl, Herr Obermeister. Mówi: Du bist erschossen werden. Kaputt. A ja mówię: Danke schön, gleichfalls! (dziękuję, nawzajem). Och, jak go ponosiło.
No i tak przeżyłem w tym więzieniu i jak Niemcy zaczęli likwidować, bo Rosjanie byli coraz bliżej, to znowu te więzienie zlikwidowali, co myśmy byli, przejściowe i wysłali nas do kombinowanego więzienia, gdzie była i polska policja. I w części więzienia siedzieli cywile, a takich jak ja, wzięli mnie i niemieckich kolejarzy (bo oni byli jako cywilni robotnicy, niemieccy kolejarze, ale podlegali niemieckie pod prawa wojskowe) i nas przesiedlili do więzienia mieszanego, gdzie siedzieli i cywile, i dwóch siedziało, których zwolnili z kacetu (z kacetu, czyli z obozu koncentracyjnego, jakiego, to nie wiem, bo to byli bardzo zgnębieni ludzie). No i tam zaczęliśmy siedzieć. I rano przyszedł jeden i pyta się, czy ktoś jest, kto się zna na Heizungu. Heizung to było ogrzewanie. I tam mieli tę kotłownię, a ja się nauczyłem w międzyczasie, z tamtych innych pobytów, kotłowni już od Warszawy. Bo w Warszawie na ulicy Puławskiej daleko były budynki i mieli kotłownię, ogrzewanie centralne. I tam mieliśmy jakiś magazyn broni. Ja tej broni nie widziałem, tylko wiedziałem, że tam był schowek.

  • Mówi pan, że nauczył się czegoś w kotłowni na Puławskiej, gdzie była…

Na Puławskiej poznałem kotłownię. Bo jak ja tam czekałem, to ten dozorca mówi: „Chodź, nie siedź, pomóż mi trochę. Tutaj woda gorąca. Jak ja pójdę, mnie nie będzie, pamiętaj, jak jest awaria czy coś się stanie, to masz to zrobić, to...”. I tak mnie pokazał tę kotłownię przez przypadek czekania w jego kotłowni. I tam byłem ze dwa, trzy razy i tam była jakaś wpadka. A jaka wpadka była, ja nie wiem, tylko że cały ten teren został skażony i z konspiracji dostałem [cynk], że lepiej, żeby… Dali mi adres w kierunku Otwocka, do kontaktów rodzin, które zaoferowały się mnie przyjąć na kilka dni pobytu, bo chryja z tej Puławskiej była i oni nie wiedzieli, kogo mają na liście, kogo nie. Zrozumiała sytuacja? I dlatego dali mi pobyt i wszedłem w kontakt. To było blisko Otwocka, a tu było już sporo badylarzy, no to badylarze mnie już traktowali jako konspiratora. Już mnie z Warszawy na przechowanie tam przesłali i tak z nimi w kontakt wszedłem. Później dostałem [wiadomość], że tam jest sporo chętnych, żeby założyli swoją komórkę, i tak z nimi w kontakt wszedłem i ta znajomość pozostała. I tam kiedyś do Otwocka przejechałem i spotkał mnie ten badylarz, ten chłopak jeden, i mówi: „Słuchaj, tutaj takie coś spadło w nocy. My nie wiemy, co zrobić. Ty jesteś nasz najlepszy kontakt. Poradź, co robić”. Jakieś baloniki były i jakiś pojemnik i w tym pojemniku było kilka butelek jakiegoś płynu. Białe, wszystko białe, żadnych napisów, nic. Prawdopodobnie to były rosyjskie zrzuty. Może na prowokacje, nie wiem, na co, bo to trudno zgadnąć. Ale wziąłem dwie butelki do kieszeni. To był gaz śmiertelny, płynny. Wskoczyłem na te podmiejskie pociągi, chodziły. Pociąg do Warszawy, no i do kontaktu. Mówię: „Słuchaj, mam takie butelki”. – „Daj – mówi – ja oddam do badania i zobaczymy, co z tego będzie”. Ale nigdy nie zobaczyliśmy, nigdy nie wiedzieliśmy, tylko dowiedzieliśmy się, że to był jakiś bardzo niebezpieczny rodzaj gazu. Jak tam jednemu folksdojczowi (on tam kochankę miał w jednym budynku) klamkę nasmarowali, to go szlag trafił. Więc to było coś, co człowiek wiedział i nie wiedział.

  • Czy możemy wrócić do momentu, kiedy pan był w więzieniu i ktoś zapytał, czy umie pan obsługiwać kotłownię?

Tak. Poszedłem do kotłowni do roboty. No i tam nawiązałem kontakt. Tadek siedział, taki młody chłopak, mówi: „Warszawiak...”. Ja mówię: „Ty, co ty robisz?”. – „Ja – mówi – jestem z AK, wiesz, ale tu siedzę za inne przestępstwo”. – „No to – mówię – sztama”. – „Sztama”. No i tak się trzymaliśmy. I za jakiś tydzień, dwa ja mówię: „Tadek, ja mam wszystko przygotowane. Chłopaki chodzili do roboty, dałem mi forsę i przynieśli mi Bukiel”. Oprawki nie mam, tylko te ostrze do cięcia żelaza. Później potrzeba tę ramkę przykręcić i wtedy jest pilnik. Ale ten nożyk mieliśmy. Mówię: „Ja chodzę po całym budynku, doszedłem do piwnic i okna z piwnic wychodzą na dziedziniec, gdzie jest policja. A tam – mówię – jak ja patrzyłem, to tam brama jest otwarta i nie ma, dopiero się kontrola zaczyna do więzienia”. No i zdecydowaliśmy się, że uciekniemy. No to ja mu rano dałem kubeł niby, że on mi pomaga, że awaria jest, tam gdzieś rura nawaliła, niby klucze mamy, reperujemy. Poszliśmy do piwnicy, zobaczyliśmy, były te kraty. On zaczął piłować, przepiłował jedną, wyciągnął, mówi: „Jeszcze nie wyjdzie. Jeszcze jedna jest”. No i piłujemy tę drugą. Przepiłował tę drugą, mówi: „Warszawiak, ty idź pierwszy”. Ja miałem taki płaszcz w rezerwie gabardynowy, co mogłem wszystką tę biedę przykryć i nikt nie wiedział, co ja jestem, tylko ten wielki płaszcz. Wyszedłem i czekam. On wychodzi. I ciągnę go, on mówi: „Kurwa – mówi – nie wyjdę. Rysiek, nie dam rady”. Ja mówię: „Tadek, próbuj, próbuj”. Bo ja widzę, że jest. No i tam przemanipulował się tymi ramionami, już przeszedł ten najważniejszy punkt, że resztą wyciągnął za sobą. No i stoimy na tym... Ja mówię: „Ja idę pierwszy”. Zarzuciłem ten płaszcz, to wszystko zostawiliśmy, idę pierwszy i macham do niego, żeby szedł za mną. On idzie. Wyszliśmy do bramy, w bramie nikogo nie było. Wyszliśmy na ulicę, on mówi: „Dawaj sztamę, jesteśmy w domu”. No i dał znać do domu, że jest. Ojca miał Ukraińca, a Ukraińców nienawidził. „Cholera – mówi – ten stary Ukrainiec idzie”. A ten Ukrainiec taki dobry był, w „dwojaczkach” co dzień nam na metę... Bo dali nas do rodziny, gdzie mogliśmy spać. Bo jakby go szukali, to on miał adres, a jakbym był z nim, no to by nas znaleźli. Ale nikt nie przyszedł, nikt nie szukał, to tam posiedziałem parę dni i on mówi: „Słuchaj, warszawiak, nawiązałem kontakt. Jutro przyjdą chłopaki i dziewczyny, zrobią ci zdjęcie. Podasz dane, co chcesz, żeby były napisane, i zrobią ci taki dokument”. No, zrobili ładny, że pracuję dla firmy niemieckiej, z fotografią. Podpis tam, po niemiecku wszystko. Jeszcze mi dali pismo, że mnie polecają, że firma przenosi się do Warszawy i ja proszony jestem, żebym zgłosił się do pracy w Warszawie. I mam się zgłosić do kasjera, to mi da pieniądze na transport do Warszawy. Ale to pismo było napisane nie gotykiem, nie charakterem niemieckim, tylko zwykłym pismem, takim jak my używamy. Ja z tego pisma nie korzystałem. Miałem w kieszeni, ale dowód był dobry: „Zawadzki Ryszard, urodzony w Warszawie”. I wszystko inne się zgadzało, tylko nie nazwisko. No i taki adres.
Przyjechałem, chodzę po tym Lwowie… On jest lwowiak, ma już kontakt, ma gdzie mieszkać, ma rodzinę, ma rodzinę za Lwowem, ma rodzinę we Lwowie. A ja sierota. Idę ulicą i idą kolumny dzieciaków i młodzieży. No i słyszę, po ukraińsku śpiewają, no to dołączyłem się, mówię: „Gdzie jedziecie?” – z takim trochę lwowskim akcentem, na bieżąco załapałem. „Na obóz, na ćwiczenia do Niemców”. Pokazali, a te większe jadą już do SS. „O, to – mówię – dobre. A gdzie to jest?” – „A my nie wiemy, gdzie tam, [niezrozumiałe] czy gdzieś tam, w kierunku Krakowa”. No to dobra. Ze Lwowa nie można było wyjechać. Pociągów nie było już pasażerskich, wojskowe chodziły, ale człowiek nie miał do nich dostępu. No to idę z nimi, wsiadam do pociągu. A że się nauczyłem szybko po ukraińsku śpiewać, zacząłem śpiewać. Przylatywał esesowiec, liczył ich tam, zapisywał. Jak tam czterysta dzieciaków było, to co on tam wiedział. Kupę dzieciaków jest i młodzieży trochę. Ze dwadzieścia, trzydzieści było tych starszych, co już do wojska by poszli czy tam do tego SS, czy do innych ugrupowań. Ale siedziałem z Ukraińcem z SS, bo on siedział na tej samej celi i też mnie wołał „warszawiak”. I Stefan mówił: „Jakbyś kiedyś potrzebował pomocy we Lwowie...”. Po polsku rozmawiał tak jak my, a miał mundur SS. Szkołę skończył polską jeszcze, wszystko. I mówi [że] jego siostra ma restaurację i mam się zgłosić, powiedzieć, że ja od Stefana, to mi pomoże w każdym wypadku. Ale ja nigdy nie dotarłem, tylko dołączyłem do tej grupy.
Przyjechaliśmy tam, gdzie oni musieli wysiadać. To było dwadzieścia parę kilometrów od Krakowa. Oni w kolumnach poszli do obozu, a ja się odłączyłem i niby poszedłem do ustępu i zostałem. Tam takie tymczasowe ustępy były zrobione widocznie dla tych, co korzystali z tego obozu. No i tam przeczekałem, oni poszli, wyszedłem na peron, spytałem się, gdzie jestem. Kobieta mnie opieprzyła, mówi: „Co, wariata grasz?”. Podlece czy jak to się nazywało, nie pamiętam do dziś. Może i widziałem, ale człowiek był tak zastraszony jak sparaliżowany, że chodził jak baran. Ale mądry baran. Bo jednak wsiadłem do pociągu, przyjechałem, Kraków Główny. Pociąg do Warszawy jest, przez Skarżysko-Kamienna jest. Dwieście osiemdziesiąt czy dwieście ileś tam złotych kosztował bilet. Nie mam. Miałem może sto pięćdziesiąt. Z miłości biletów w kasie nie dadzą. No i stoję. W rozpaczy człowiek szuka rozwiązania. Co tu robić? Mówię: „Wsiądę, będę jechał na gapę”. Ale patrzę, idzie taki handlarz. Widać, że jest spasiony, grubasek taki wesoły, widocznie sobie setkę wypili, no i przeprosiłem go. „Przepraszam pana”. – „Co chcesz, gadaj szybko, kurwa, bo ja nie mam czasu”. Ja mówię: „Chwileczkę, panie, uciekłem z więzienia niemieckiego. Chcę się dostać do Warszawy, mi pieniędzy na bilet. Chciałem pożyczyć ze dwieście złotych”. Spojrzał na mnie. Mówi: „Dowód masz?”. – „Mam”. Pokazałem ten dowód. „Dobra”. Wyjął „górala” i mi dał. Mówi: „Idź tam, bo biletu tu nie kupisz. Bilety były wczoraj sprzedane na Warszawę, już nie ma. Tylko oni mają tam, te kolejarze, co pracują na dworcu, ta obsługa różna, bagażowi”. Mówi: „Tam oni ci załatwią”. Dałem „górala”, załatwili. Jeszcze mi sto dwadzieścia oddali drobnych na drogę. No i wsiadłem do pociągu i przyjechałem do Warszawy. W Skarżysku była kontrola, SS i żandarmeria. Dwa razy była z Krakowa do Warszawy, a ta gorsza była w Skarżysku. Esesowcy byli, po polsku mówili, cwaniaki. No i spytał się: „Gdzie jedziesz?”. Ja mówię: „Ja jestem ze Lwowa, panie. Pracowałem w firmie już trzy lata. Powiedział, żebym jechał do Warszawy, jak chcę roboty” – niby [mówiąc] z tym akcentem lwowskim. Wziął ten dokument. „Innych dokumentów ja nie mam. Ja mam tylko to, co mnie Niemcy dali”. – „A kenkarty nie masz?” – „U nas – mówię – jeszcze nie dawali kenkarty”. Spytał tego drugiego kumpla. Er ist in Ordnung (jest w porządku). No i tak wróciłem do Warszawy.
Nie było orkiestry, nie było żadnego komitetu, nikt mnie nie witał. Teraz trzeba było wyjść z dworca i lecieć do domu. No i tak poleciałem. Zjawiłem się, a matka mówi: „Uciekaj, bo tu już żandarmeria była, szukali ciebie”. Raz polowa żandarmeria przyszła jak ja byłem. I ten dowód ze Lwowa pokazałem, mówią: „To nie jest ten”. Mieli moje nazwisko, wszystko, a tutaj była trochę inna data urodzenia i Zawadzki, i ten żandarm mówi jeden do drugiego: Er ist okay, er ist in Ordnung (oni okay nie mówili). No i oni pojechali, a myśmy zaraz uciekli, bo cała Warszawa miała przejścia wybite w murach przez budynki, żeby można było uciekać, bo to konspiracja, pomału wszystko się rozwijało. Ulica była niebezpieczna, czasami była łapanka, człowiek wpadł do bramy, żeby się schować, poszedł na podwórko, było przejście wybite, mury, dziury. Szło się na inną ulicę. I dużo takich budynków było zrobione właśnie do tego celu, żeby uciekać, chować się, przejść skrótem.

No i tak człowiek... zostałem w Warszawie. No i mówię, nawiążę kontakt z nimi. To było w lipcu, ostatniego lipca. Na drugi dzień o piątej jestem na ulicy Żelaznej, tej pięknej Żelaznej, teraz dla milionerów, a dawniej to była lumpenproletariacka i dla Niemców też. [To było] mniej więcej w okolicach tej metalurgii, co robili noże, widelce, jak się nazywała ta kompania... Gerlacha. Gerlach był tam, no i tam wyszedłem i stamtąd już poszedłem dalej. No i idę, a tu Powstanie wybuchło, draka. Patrzę, pierwszy Niemiec leży zabity, rozkraczony na Żelaznej. „O rany – mówię – już draka”. Jeszcze świadomości Powstania nie było. Draka. Poszedłem do tego składu drzewa, gdzie ciotka pracowała i tam całe machlojki robili, bo to wszystko czarny rynek, biały rynek. Ktoś miał do drzewa [dostęp], to miał deski czasami do sprzedania na reperację budynków czy innych straganów, tak że ona tam dobrze żyła. Mówi: „Rysiek, chodź tutaj. Już na Pańską nie idź”. Bo ona miała kawalerkę na Pańskiej. A ten jej boyfriend, z którym miała ślub brać, to był sierżantem wojskowym i służył w Belwederze jako podoficer, najwyższy podoficer ochrony marszałka Piłsudskiego. Jak marszałek umarł, to dalej tam był na Belwederze. No i tam posiedziałem, mówię: „Wiecie, ciocia co, ja pójdę na Złotą do domu, bo matka, ojciec sami są, to zobaczę ich”. – „Gdzie ty byłeś, co się stało? Sześć miesięcy, osiem miesięcy ciebie nie ma. Powiedzieli, że ciebie już zabili”. Ja mówię: „Ile razy?”. – „Chyba pięć”. – „No to – mówię – jeszcze mają szansę”. Humor mi dopisywał całe życie. Mówię: „To jeszcze mają szansę. I – mówię – idę na Złotą”. Poszedłem na Złotą, pytam się na Złotej wtajemniczonych, co opaski mieli, czy jest przejście przez Aleje. Mówi: „A idź i zobacz”. To była odpowiedź: „Idź i zobacz”. No ale pytam się tu, pytam się tam. „Skąd, Niemcy panują, Aleje Jerozolimskie to jest ich trasa Wschód – Zachód, oni pilnują. Tutaj nie przejdziesz, może gdzieś dalej”. No ale jak się dalej dostać. No i w końcu idę i idzie drugi wojownik. Mówię: „Jest u was jakiś dowódca?”. – „Jest tam porucznik”. – „Mogę dojść do niego?” – „Tak”. No to poszedłem, mówię: „Panie poruczniku, melduje się, nie mogę dojść do mojej jednostki na ulicę Poznańską, przy Żurawiej – tam, gdzie telefony. – Nie mogę się dostać. Mogę się zaciągnąć?”. – „Zaraz, akurat potrzebujemy”. Dał mi karabin, mówi: „Wiesz, tam na barykadzie będzie stał. Będziesz sprawdzał dowody, jak ludzie przechodzą”. Karabin był dwieście lat stary, dekoracja, on już nie strzelał, jeszcze był na proch. Ale stoję z tym karabinem na tym przejściu, już wchodzę w tryb tego życia. No i tak zostałem na Złotej.
Później przejął to porucznik „Luty” i jak przyszedł, to już zaczęło się rozwijać i Powstanie, i wszystko. I pierwsza nasza... Zostaliśmy cały czas w Północnym Śródmieściu, Złota, Wielka, Zielna. Byliśmy, braliśmy udział w zdobyciu PAST-y.

  • Jak pan zapamiętał zdobycie PAST-y?

Wie pan, to było tak: dostaliśmy rozkaz pójścia na PAST-ę. A PAST-ę znałem od dziecka, bo to była moja dzielnica, Złota, Prosta, Wielka, później jaka była następna... PAST-a była na jakiej, na Zielnej? Na Zielnej PAST-a i jeszcze Marszałkowska. Ten odcinek człowiek znał od dziecka, chodził i tego. I tam byliśmy. Myśmy z PAST-ą nie mieli nic wspólnego, tylko dostał rozkaz, żeby się zjawić, bo jest ostatni atak na PAST-ę, dlatego że do PAST-y nie można było wejść. Na początku Powstania to jeszcze Niemcy podjeżdżali czołgami i zawozili im zaopatrzenie. Jak te „Tygrysy” przyjechały, kilka obstawili tam, z pełnym ładunkiem tych dział, wszystkiego, no to dostarczyli i wycofywali się do Ogrodu Saskiego. Jak ich się nie zaczepiało, to oni nic nie robili. To chyba była jedna albo dwie dostawy, co oni zrobili przed tym, a to było chyba koło 20 sierpnia, jak myśmy dostali rozkaz, żeby iść do PAST-y. Ale odbyło się tak, że boczne wejście do PAST-y... Bo tam te mury strasznie grube, naprawdę. To była konstrukcja z żelbetonu i jak główna brama, wrota były zamknięte, to tam nie wszedł. To z takiego grubego drzewa, z belek było te wejście. Ale saperki założyły ładunek, gdzieś z boku było dojście, tam wysadzili w powietrze i nastąpił otwór do PAST-y. Nasz oddział był w rezerwie, nasz pluton z porucznikiem „Lutym” i czekaliśmy dalej. Jak już otwór był, saperki zrobiły to bardzo ładnie i wejście nastąpiło, to trzeba było wchodzić. No to inni poszli pierwsi, weszli i powiedzieli: „Wszystko w porządku, chodźcie, jest otwarty, Niemców nie ma”. No i tak było, Niemców nie było u góry na parterze. Niemcy się schowali, biedne, w piwnicy. Ze strachu się trzęśli, bo myśleli, że już ich przyszliśmy mordować. Oporu żadnego nie było wewnątrz budynku, strzałów. Tak że PAST-ę właściwie zdobyliśmy bez strzału, tylko wysadzenie wejścia i wejście do budynku. Niemcy się poddali i wychodzili, wszyscy ręce do góry. I porucznik „Luty” przejął... Pytania Niemców, tych parę słów, na lewo, na prawo, gdzie ich oddać, bo ludzie poznawali tam wśród tych, którzy byli na Paście, że byli gestapowcami, pamiętali ich za okupacji, że jakieś tam funkcje w Warszawie pełnili. No to tych brali na bok, a żołnierzy, którzy byli z łączności niemieckiej, na bok. I wzięliśmy sto piętnaście Niemców do niewoli. Na nasz pluton przypadło dwudziestu kilku.

  • A co się stało z tymi gestapowcami?

Reszta poszli tak samo gdzie indziej. Na podstawie tego, że dali nam do zrozumienia, żeby Niemców traktować tak, jak powinni być traktowani. Nie znęcać się, nie bić, bo to była tylko kompania łączności. Oni broń mieli, oczywiście jakby ich atakowali, może by się bronili i strzelali, ale tak oni nie byli agresywni. Jak pierwsza grupa przyszła do nas, to oni spali na Chmielnej róg Wielkiej w wyburzonym, spalonym domu. Legowisko im zrobiliśmy, parę nocy spali pod gołym niebem, bo nie było gdzie, tylko trzeba było ich pilnować. No i według zwyczaju niemieckiego, Mann das Vertrauen, mąż zaufania, który reprezentował tę grupę, to był Hans. Meine Name ist Hans, no to Hans. On był gdzieś z Düsseldorfu czy z Kolonii, już nie pamiętam. I ja z nim najwięcej rozmawiałem i mówiłem mu: „Ty, my nie mamy co jeść. Będziecie jedli to, co my mamy”. Tak po ludzku. Was ist wir essen, du kriegst auch. Verstehst? – Verstehe. Oni się tylko trzęśli, żeby ich nie zabić. Myśmy intencji nie mieli naprawdę ich zabić, bo to były ofiary wojny tak jak wszyscy inni i trochę współczucia było, że człowiek ich traktował jako ludzi. A nam to się opłaciło, bo on jak poszedł się zameldować, jak nastąpiło [zawieszenie broni]... Komorowski wydał ten ostatni warunek, że jeżeli nas przyjmą do niewoli na warunkach genewskich Czerwonego Krzyża, no to my podpisujemy umowę. To był początek i koniec, ale przebywanie – myśmy spali na tym spadochronie, Niemcy spali czasami na cegłach, ale nie narzekali, dostali chochlę zupy czy płatków owsianych... Ta mleczarnia, co była, naprzeciw był taki browar o niemieckiej nazwie Haberbusch i Schiele i tam oni mieli gdzieś przy Towarowej składnicę czy część tej piwiarni. Piwiarnia to właściwie się nazywało, jak piwo robią?

  • Gorzelnia.

No tak, to oni tam mieli, a naprzeciw były magazyny, gdzie żywność, produkty, mleko, wszystko zwozili tam. Niemcy to kontrolowali, dopóki była [okupacja], a jak się Powstanie zaczęło, to Niemcy zniknęli i te magazyny zostały. Myśmy te magazyny odkryli już po wzięciu niewolników, bo to było 21, 22 sierpnia. Tam mieliśmy kilka wypadów i później był ten wypadek ze złapaniem tego zrzutku, to myśmy sobie ten spadochron wzięli, rozłożyli w jednym pomieszczeniu i tam dwadzieścia, trzydzieści spało na tym spadochronie.

  • A do czego wykorzystywaliście tych jeńców niemieckich?

No oni byli niby tak do roboty. No ale jak człowiek wziął czterech Niemców, jak ja tego Hansa wziąłem i dwóch Niemców, żeby robili nam barykadę, [właściwie] nie barykadę, tylko strzelnicę w oknie z cegieł ustawianych, i mówiłem: Hans, kommt. Die deutsche Wehrmacht ist hier. Zwanzig, dreißig Meter. Sagt das. „Ich bin deutsche Kriegsgefangene. Ich arbeite hier. Bitte, nicht schießen“. [Krzyknął]: Wir sind deutsche Kriegsgefangene. Wir arbeiten hier. Niemcy byli przez ulicę i słyszeli, puścili mu serię. Na to, co on im przesłał, żeby mogli pracować, żeby nie strzelali, dali mu serię z karabinów maszynowych jedną, drugą. On dostał [napadu złości], jak zaczął krzyczeć: Verfluchte deutsche Hunden – po niemiecku tam im nawymyślał. Ale to nic nie pomogło, to była wojna. Nie wiadomo, kto tam siedział. Czy siedzieli fanatycy, czy byli oficerowie, nic nie wiemy, jaki oddział tam był. W każdym bądź razie ci „niewolnicy” sympatię przesunęli na nas jako na ludzi dobrych, a Niemcy byli jako ci najgorsi. I on krzyczał, mówił: Richard, ich will nicht vergessen. Die deutsche Schweinehunde (świńskie psy). Tak im wymyślał po niemiecku.
A ja rozumiałem po niemiecku, bo się nauczyłem w tych więzieniach i w tej jeździe. Oprócz tego wziąłem kurs języka niemieckiego na początku wojny, sześć miesięcy, bo szkoła skończona, szkoły średniej nie było, żadnych zawodowych nie było. Niemcy tylko zostawili prawo do szkoły powszechnej, jak się okupacja zaczęła, a reszty szkół nie było. To jak powstawały takie komplety i spotkałem kumpla ze szkoły, ten mówi: „Rysiek – mówi – komplety będą. Chcesz chodzić?”. – „Ale – mówię – kto prowadzi?” – „No – mówi – trzeba zapłacić trochę, tak jak prywatne, ale będziemy chodzić do szkoły. No to idziesz?” –„Tak”. To na Okopowej gdzieś było i tam poszliśmy, byliśmy kilka razy. I ze dwa miesiące te komplety braliśmy ogólne takie, czytanie, pisanie. Okay, wszystko dobrze, ale nauczyciel mówi: „Marnie idzie. Książek nie mam, brulionów nie mam, studentów znów czterech odpadło. Wiecie co, ja jestem poznaniak. Ja zamieniam to na kurs języka niemieckiego. Spytajcie rodziców, czy chcą, żeby mnie wspomagali, bo ja z głodu nie umrę, ale tu na czworaka do szkoły nie przyjdę”. Mówi, żeby podzielili się. No to niektórzy przynieśli mu paczki z żywnością, bo mieli rodziców, co handlowali i dobrze im się powodziło... Bo podczas okupacji było różnie. Okupacja była straszna, ale żeby żyć, trzeba było mieć pieniądze. Pierwszy kontakt z okupacją to był, [jak] dostałem dostęp do dwudziestu arbeitskart, po niemiecku blank, niewypełnionych. One były czerwone takie…

  • O tym już mówiliśmy. [...] Wróćmy do momentu związanego z jeńcami niemieckimi.

Tak się zaczęło zdobycie PAST-y. Tak jak powiedziałem, zakończenie było takie. Poszedłem do „Lutego”, mówię: „Poruczniku – dziewczynki były, sanitariuszki miały sztandar, ja wziąłem ten sztandar, mówię – to może wywiesimy”. „»Lwowiak« – mówi – czekaj na mnie, pójdziemy razem, bo jak ty zginiesz, to sam co ja zrobię?”. Podchorąży z jakiegoś innego oddziału stał, jego pseudonim był chyba „Czarny” czy coś takiego, mówi: „A ja mogę iść z wami?”. – „No pewno”. Co to było dla nas. Ja wziąłem ten sztandar, szukałem kawałek żelaza, jakiegoś młotka, żeby go przybić, ale te okna w Paście na ulicę Zielną to wszystkie były metalowe i framugi były też marmurowo-metalowe. I jak wywiesiliśmy ten sztandar, kawałek, trudno go było przybić, ale gdzieś tam szpara była pomiędzy tymi marmurami. Ja mówię: „Tu będziemy bili”. Przybiliśmy i ten sztandar tak został, odbyło się takie nieoficjalne zdobycie PAST-y. I tylko był ten porucznik „Luty”, on i ja. Ja przyniosłem ten sztandar, bo mnie dały dziewczyny na dole, bo miały już gotowy, a myśmy nie wiedzieli, że maszt był na dachu, gdzie jeszcze były te linki i można było wciągnąć tam sztandar. Ale tu ciekawsza rzecz. Tylko wywiesiliśmy ten sztandar, jest nas trzech, no to „Luty” się uśmiechnął, mówi: „No, »Lwowiak«, ty jesteś – przeklął, nie chcę przeklinać teraz – cholera niech cię weźmie. Operator jesteś jak cholera”. – „No, ale – mówię – poruczniku, idziemy, bo mi się jeść chce już też trochę. Może płatki owsiane będą, coś dobrego, to sobie podjemy”.
Bo tak, psy, koty to tam już wyłapali ludzie, zjedli, a reszta to było ciekawe, bo ludzie mieli piwnice, była wojna, ludzie czasami latem jeździli, zbierali owoce i grzyby, bo wszędzie Niemców nie było, wszędzie łapanek nie było, tylko było życie, były chwile, pociągi podmiejskie chodziły, nieregularnie, ale chodziły, [więc] ludzie zwieźli sobie zapasy, żeby mieli na zimę. No i raz stoję na Złotej i podchodzi do mnie taki człowiek i mówi: „Przepraszam, wiesz co, ty taki wesoły zawsze jesteś. Ja ciebie widzę, ty tutaj skaczesz. Ja ci coś powiem, tu jest klucz – mówi – ja ciebie wezmę teraz do piwnicy. My wychodzimy, bo mamy dwie godziny, cywile mogą opuścić miasto...”. Niemcy dali, żeby opuścili. Wychodzą z jedną, dwie walizki i idą do Pruszkowa i tam się odbywała kontrola, i wysyłali ich różnie. Niektórych zabrali do Niemiec na roboty, niektórych wysłali do innych miast okolicznych, jak tam zadecydowali Niemcy, jak rozładować ten problem, i tak było. No, jak nam dał ten klucz, jak się dorwaliśmy do tej piwnicy... Tam było żarcia, słoi, marynat, kompotów, owoców, jarzyn. To nas podratowało, chyba ze dwa tygodnie było co jeść. Hulaj dusza, piekła nie ma. Nawet i Niemcom jeszcze obciekło trochę. I tak człowiek przeżył, to są takie zdarzenia.
Wszędzie byli ludzie, niektórzy byli i źli, niektórzy ludzie są źli i dzisiaj. Niektórym się nie podoba ten świat, w którym my teraz żyjemy i ta demokracja w Polsce. Okay, odbiegam od tematu, ale i tak było wtedy podczas wojny. „Gówno zrobiliście. Po co żeście to zaczęli? Zobaczcie, wszystko spalone, wszystko zniszczone. Was wezmą do niewoli, wykończą was. Te szkopy was wykończą, przekonacie się”. Ja mówię: „No to będzie za późno. Jak już nas wykończą, to już nie ma przekonania”. No ale tak było, że ludzie się nie zgadzali wtedy. Jak doszły nas wiadomości z Wolskiej, co się tam stało, ta masakra, wszystko, no to rzeczywiście nastrój był bardzo smutny. No ale co tu było robić? W dalszym ciągu trwaliśmy do końca.
Jak już minęło dwa miesiące i zaczęły przychodzić informacje, że poddamy się i pójdziemy do niewoli niemieckiej, to w naszej drużynie był jeden Niemiec, nazywał się Eryk Ziebarth. On się wychował w Polsce, z Polakami i z Niemcami nie miał nic wspólnego, tylko język jego i dowód niemiecki miał. No to jak tych jeńców oddawaliśmy, no to on poszedł jako tłumacz, żeby się przedstawić. No to jak ten Niemiec Hans poszedł się zameldować tam do jakiegoś oficera, to Eryk mówi: „Ty wiesz, ten pułkownik niemiecki przyszedł może pięćdziesiąt metrów i ja mu się zameldowałem po niemiecku, to [pyta]: Wer bist du? – Ich bin Deutsch. Ten pułkownik – mówi – za głowę się złapał. Narrenhaus. Dom wariatów”. No ale on się zameldował i wrócił z powrotem, bo on był tylko tłumaczem. Powiedział mu, co on jest, że on jest Niemiec urodzony, jego rodzice wyjechali do Niemiec, on kończył szkołę w Polsce. „Zostałem i całą wojnę siedziałem jako Polak. Łapanki mnie nie złapały, do kacetu mnie nie wywieźli, nigdzie nie musiałem chodzić, miałem z czego żyć, bo rodzina była zamożna”. Jego ojciec był przedstawicielem firmy Pelikan. Pelikan to były pióra wieczne, ołówki, które były bardzo popularne w Polsce. Pierwsze pióra wieczne z pompką, że się pisało, już nie potrzeba było do kałamarza maczać. I on tak został i był taki polski Niemiec, to on nas zareprezentował ładnie przy oddaniu tych jeńców. To ten jeniec, ten Hans, musiał się tak zameldować do tego pułkownika, że ten pułkownik przyszedł do niego, do tego tłumacza może pięćdziesiąt metrów, podał mu rękę i powiedział mu: „Jeńcy będą tak dobrze traktowali, jak wyście ich traktowali”. No i jak dostaliśmy się do niewoli przez…

  • Zanim przejdziemy do niewoli, chciałbym zapytać, czy jeszcze może pan pamięta jakieś zdarzenia z samego Powstania oprócz tych, które pan powiedział.

No, jakie? Ciekawe?

  • Ciekawe, śmieszne?

No wie pan, śmiertelne były.
  • Mówię śmieszne, ale śmiertelne też.

Śmiertelne to trudno powiedzieć, wie pan. Nie mieliśmy Niemców, których byśmy przesłuchiwali i torturowali, wymuszali od nich zeznania, ale w naszej drużynie był zawodowy sierżant żandarmerii. On był bardzo wysoki, dwa metry może nie miał, ale blisko dwa metry. On po piwnicach nie mógł chodzić, bo wszędzie głową rozbijał mury, guzów pełno miał. I mnie prosił: „»Lwowiaczek«, poproś dowódcę”. Ja mówię: „»Lutemu« już mówiłem dwa razy, żeby ciebie przekazali do żandarmerii”. No i z tego wszystkiego przekazali go do oddziału żandarmerii. Na Złotej w jednym budynku mieli [miejsce], gdzie trzymali tych specjalnych asów gestapo, policja i tak dalej, podejrzanych, których i ludzie poznali, pokazali, że to był taki i taki sukinsyn (już nie powiem innego wyrażenia, że byli skurwysyny). Ale resztę on miał różnych, miał tych z SS... No to on był okrutny też. Ja poszedłem do niego, no to podziękował mi, dał mi pół litra, mówi: „Wiesz, »Lwowiak«, dziękuję ci. Teraz to już się dobrze czuję”. Jak otworzył celę, Niemiec wyskoczył, to mu buty całował. Ja mówię do niego: Auf Wiedersehen! (do widzenia). On był takim samym tyranem jak oni. Trafiła kosa na kamień. Ja mówię: „Dobra, jesteś zadowolony. Ja w tym udziału nie biorę, to twoja sprawa teraz”. Tak się rozstaliśmy, więcej go nie widziałem. Nawet nie widziałem go, gdzie on do niewoli poszedł.
Nas wzięli Niemcy, szliśmy na piechotę do pociągu, do Ożarowa. W Ożarowie, w fabryce przenocowaliśmy. Do Ożarowa doszliśmy ze sztandarem i mieliśmy dwa przypadki. Pierwsza czwórka szła – Niemcy to chodzili piątkami, a u nas czwórkami – pierwsza czwórka szła i niosła sztandar. Jak doszliśmy do Ożarowa, wartownicy niemieccy stali, tak co pięćdziesiąt kroków jeden stał, przeważnie starsi żołnierze. Ja ich nazywałem „holzsturm”. „Holzsturm” to jest drewniany szturm, drewniane wojsko, tak żartobliwie, tak ta nazwa się przyjęła. Więc myśmy szli do Ożarowa, tam nastąpiła segregacja na pociągi i my w pociąg.
Wywieźli nas do Łambinowic, po niemiecku to był Lamsdorf, na Śląsku (byłem po wojnie zobaczyć ten obóz). To był międzynarodowy obóz. Anglicy byli, Kanadyjczycy, Amerykanie, Rosjanie. Rosjanie mieli najgorzej, bo oni nie podlegali pod Czerwony Krzyż, to Rosjan używali do wszystkiego, do czyszczenia latryn... Latryny to te ubikacje dla jeńców, to był kawałek dachu, jedna belka i rów, trochę wody w tym rowie było. I tam szliśmy, jeżeli było czym, to się załatwialiśmy. Z tych Łambinowic... Tam nastąpiła segregacja. Ten dowód, co mam, to zrobiłem w Łambinowicach, w Lamsdorfie. No i ten dowód jako kartoteka jeńca szła do obozu przeznaczenia, gdzie nas wysłali. Z Łambinowic do wagonów towarowych, jedziemy, jedziemy. Czasami się zatrzymali i wypuścili nas, żeby się załatwić, nieraz blisko dworców głównych. Niemcy się śmiali, schweine Polen, krzyczeli, „świńscy Polacy”. A co, jak człowiekowi się zachciało, jechał cały dzień pociągiem, no to spuszczał spodnie i robił. Wagony były zamknięte, tam ustępów nie było, tylko tyle, że się spało. Siusiu robili tak jak mogli, przez szparkę albo na podłogę i koniec. No ale w końcu dojechaliśmy. Już w Lamsdorfie wiedzieliśmy, że jedziemy do St. Stephan Kirche. No i znawcy terenu Niemiec powiedzieli: „St. Stephan Kirche to jest tylko w Wiedniu”. – „O, tak – mówię – z Warszawy teraz nas wywiozą do Wiednia. Marzenia ściętej głowy”. A że tych Austriaków poznałem, no to już było troszeczkę lżej na sercu. Ale nas wieźli do kościoła St. Stephan Kirche w Bawarii, w Augsburgu. Piękne miasteczko, piękny kościół. Tam oni mieli salę gimnastyczną, bo Niemcy nie mieli baraków, nie mieli miejsc, gdzie tych „niewolników” ładować. Oni mieli tak samo problem, jak wszystkie narody świata – jeżeli się zwalił taki spadek, jak kilkadziesiąt tysięcy albo kilkanaście z Powstania ulokować, rozmieścić w Niemczech według przepisu Czerwonego Krzyża.
No i pierwsze nasze spotkanie to było z dzieciakami niemieckimi, którzy zaczynali Hitlerjugend. Dzieciaki jak dzieciaki, byli ciekawi, ale tylko pytali: Was hast du zu verkaufen? (co masz do sprzedania). Oni szukali coś specjalnego. Widocznie fama taka poszła, że to jakiś specjalny element jedzie. Z tymi dzieciakami to się dobrze dogadaliśmy. No, było nas tam czterystu i na sali czterystu nas tam jest, przychodzi Niemiec taki mały i krzyczy: Ich brauche eine Heizer. Mnie zadzwoniło w głowie. Heizer? Do kotłowni. Ja jeden podniosłem rękę. O... uściskał mnie zaraz. Komm mit mir. Już mi się niewola skończyła. Zabrał mnie do kotłowni. No i mówi: Erste Tag, lernen – mówi – Wie ist deine Name? Ja mówię: Richard. – Richard, gefährliche. Du machst Verwechslung hier – kaputt. Verstehst? Ja mówię: Jawohl! Mówi: „Zrobisz pomyłkę, to kula w głowę”. No ale kula w głowę nie była. Zacząłem się rozglądać, dał mi kupę kluczy. „Tu są klucze do piwnicy, jakby gdzieś awaria, rura była, żebyś pamiętał”. Rano przychodził, przynosił mi kanapkę z domu. Richard! – Jawohl! – ja się zawsze meldowałem po wojskowemu do niego. Och, podobało mu się. Mówi: [niezrozumiałe] Arbeit nicht... [Zuerst] essen und dann arbeiten. Mówi: „Najpierw jedzenie, później robota”. No i tak tam te kilka tygodni przeżyłem. Dał mnie klucze i... Chłopaki [i ja, wszyscy] strasznie cierpieliśmy na szkorbut, witaminy C. A ja już miałem doświadczenie od Żydów z getta, bo wychowany w dzielnicy żydowskiej, w kamienicy żydowskiej, gdzie czterdzieści procent mieszkańców to byli Żydzi. Byli Żydzi dorośli, ale byli i dzieci. Graliśmy w piłkę, chłopaki Żydki byli jak koledzy, no to człowiek się osłuchał z nimi i poznał ich sekrety. I tutaj nowe. W tym obozie w Memmingen byliśmy kilka tygodni. On mnie dał klucze do piwnic, zaprowadził mnie, mówi: „Jakby gdzieś rura pękła, pamiętaj, ten rodzaj kluczy do tej prawej strony, te klucze do lewej strony. Jakby woda była, to otworzysz, zobaczysz i daj znać, że potrzebujesz pomocy, żeby zreperować”. To był kościół i sale gimnastyczne i to wszystko było przy kościele. Ten kościół katolicki miał szkołę, tak w Niemczech było również. To był kościół katolicki, St. Stefan Kirche i ten Niemiec był też katolik. No i tak, jak mnie zapoznał, ja zobaczyłem, że w tych piwnicach leżą buraki, kapusta, marchewka, to poszedłem tam, dziesięć wziąłem i zaniosłem chłopakom. Na czterystu nie mogłem wziąć, ale razem ta wspólnota nasza ze Złotej, ze Śródmieścia, no to ten wziął marchewkę, ten wziął kawałek kapusty i jedli. Ratowaliśmy się, żeby tego szkorbutu nie mieć. Bo o tym szkorbucie to ja się nauczyłem od Żydów w getcie, w Warszawie. To też jest historia. Tam też byłem złapany. Nie wiem, czy to warto wspominać.

  • Proszę.

Jest Wigilia Bożego Narodzenia, rok 1941. Idę ulicą i idzie Janek. On był synem dozorcy na Żurawiej, a myśmy potem przed Powstaniem blisko niego mieli spotkania, to już miałem tam znajomego kolegę. On był raczej bliżej Kruczej, nie Poznańskiej, to kawał drogi, bo przez Marszałkowską, ale on tam znał, bo stryjek miał gdzieś też dozorstwo. To była „szlachta” warszawska. No tak, dozorca to był „złota rączka”. Jak on miał kamienicę sto apartamentów, to on żył jak król. Przed wojną żył jak król. I ten Janek idzie ulicą. Mówię: „Janek, ja mam zamiar iść do getta. Mam dobre przejście. Wiesz – ja mówię – byłem jeszcze miesiąc temu, tam jest coraz gorzej. Jeszcze chcę odwiedzić trochę znajomych. Żadnych bagaży nie bierzemy. Ja tam mam pół kilo cukru i pół kilo kaszy, to dam znajomym”. Ze Złotej 25, gdzie myśmy mieszkali, był Skowron w getcie. On był Żyd, miał magazyn butów. Jak miał przeprowadzkę do getta, to chyba wziął ze dwieście par butów, bo to było jego. Niemcy tam nie rewidowali, nie sprawdzali, tylko przeprowadzki były na ich własne... „Masz być w getcie i tyle. Ten lokal masz opuścić”. No to poszedłem go odwiedzić. A już miałem dostęp do tych arbeitskart i mówię: „Panie Skowron...”. On był wysoki, takie sześć stóp, strasznie przystojny Żyd i bardzo dobry. Żonę miał brzydotę rudą, a córkę jeszcze gorszą. Ja mówię: „Panie Skowron, jak pan by chciał wyjść na aryjską stronę…” – „Mów mnie Skowron, okay?” Nie, okay nie było wtedy, tylko: „Mów mi Skowron, nie ma pan”. Ja mówię: „Te dobre czasy już się skończyły” – człowiek miał humor zawsze. „Ach, ty – mówi – cholera jesteś. Chodź, weź sobie parę par butów, bo – mówi – mi to i tak rozszabrują i zabiorą”. Ja mówię: „Skowron, ja mam arbeitskarty”. Pokazałem mu. „Rysiek, widziałeś latarnie morskie?” Ja mówię: „Widziałem na obrazku”. – „No to ja jestem taki. Jak ja bym wyszedł na aryjską stronę, przecież na mnie każdy patrzy. Zawsze patrzyli w Warszawie – latarnia morska. Ja nie pójdę, a ta moja rodzina, zobacz, to żydostwo takie, że ich po ciemku w nocy poznasz. Nie, dziękuję, ja już tu zostanę. Może będzie jakieś rozwiązanie”. Na pewno zginął, bo z nim później kontaktu nie miałem. I to były te kontakty, co człowiek miał z gettem. Jak byliśmy cały dzień, nie handlowaliśmy, nic nie kupiliśmy, tylko z ciekawości – makabra. Setkami ludzie leżą na ulicach i konają, umierają z głodu. Ulica Gęsia usiana cała. Oni przywozili Żydów z małych miasteczek, z miejscowości do getta. Z ciężarówki wyrzucali ich na ulicę i gmina żydowska miała ich ulokować do mieszkania. Żydzi, co mieszkania mieli od przed wojny niektórzy, to nie wpuścili tej hołoty zdychającej. Bo to śmierdząca bieda, konający ludzie. No makabra była. Człowiek ma piętnaście lat i czerpie takie doświadczenie. No naprawdę... Jak myśmy szli tam, gdzie Sądy są... To była ulica Leszno, teraz była Niepodległości, a teraz jaka jest?

  • Solidarności.

Solidarności, a była Niepodległości. Teraz jest Solidarności, okay. Jak szliśmy tutaj, wiedzieliśmy, że przeskok tutaj przez Sądy jest, ale ja miałem metę przy kościele Wszystkich Świętych, bo to moja parafia, tu byłem chrzczony, tu się urodziłem, no to mówię: „Tutaj ja znam lepiej”. No i tak było. Znam lepiej, idziemy Lesznem, mamy te opaski z gwiazdą Dawida i idziemy. I jak szedł patrol niemiecki, to wszyscy Żydzi według prawa – tu był chodnik, a tu była jezdnia, a tu szedł patrol – to wszyscy Żydzi musieli zejść, zrobić miejsce dla patrolu. Jak szedł Niemiec, który miał jakieś oznakowanie niemieckie, a szedł Żyd, każdy musiał schodzić na jezdnię, ustępować miejsca. To był przepis getta. Może był i przepis w innych okolicznościach podobny, ale po naszej stronie tak źle nie było. No i człowiek się napatrzył. I jak ten patrol szedł, to myśmy zeszli, a tam idzie drugi patrol, no to my już idziemy z tymi Żydami razem. Już nie schodzimy tam. Idziemy, a ten Niemiec: Komm, komm. Ja mówię: „Janek – on miał na nazwisko Marchewka – marchewki ci się odechce. Niemiec nas woła”. – „Nie wygłupiaj się”. – „Ja się nie wygłupiam, musimy iść do niego. On tam stoi”. Komm. Stehen hier. Doszedł, zerwał te opaski – nie legitymował, tylko od razu nam zerwał, podeptał i zostawił. I komm. Wzięli nas wtedy, Wigilia Bożego Narodzenia, jeszcze był dzień. Myśmy tak szli do zmierzchu, czwarta, piąta to by było dobrze, ale było jeszcze widno. I prowadzi nas do… Ja mówię: „Janek, jedziemy albo na roboty, albo do obozu pracy, albo – mówię – kaputt”. On mówi: „Co to jest kaputt?” Ja mówię: „Teraz wiesz”. No ale idziemy z tymi Niemcami, zabrali nas na komendę. Na komendzie Christmas, bo Niemcy Christmas uznają, bo choinka przyszła do Polski z Niemiec. I oni tak są nastrojeni tego... Ja mówię: „Nie wiem, gdzie nas wyślą. Janek, ja nie chcę spekulować, bo głowa za mała, a możliwości duże. Czekajmy, co się stanie”. No i przyszedł jeden taki Niemiec i mówi do nas: Drain Hosen. Oni jak legitymowali takich podejrzanych, to: „Spuszczaj spodnie”, czy obrzezany, czy nie. Bo wyglądać mógł jak Niemiec, ale był obrzezany, no to już nie był ani Niemiec, ani człowiek, tylko Jude. No ale później, jak podciągnąłem te spodnie i tego, i przyszedł taki Niemiec z bykowcem dwa i pół metra długim, artysta, pięknie wyglądający. I strzelał tym bykowcem tak jakby z karabinu. A ten bykowiec był dla nas. Tam taka kobyłka stała jak ten stołek, trochę większa i kazał mnie się położyć. Spodnie mi spadły, co miałem, a majtki były też marne (kto to majtki miał [wtedy] dobre?). No i jak zaczęli bić, dobrze, że ja prędko to uchwyciłem. Jak mnie pieprznął jeden raz, bolało jak cholera, a ja krzyczałem na całą mordę: Danke schön! Strasznie im się podobało. Ja krzyczałem: Danke schön!, a oni klaskali. No nic. Jak mi dali dwunasty, ostatni, to ja krzyczałem [słabiutkim głosem]: Danke schön!. To jeszcze im się podobało, klaskali. No i przyszedł Niemiec i mówi, żebym łapał te spodnie, zapinał. Miałem jeszcze pasek, złapałem, żeby tylko mi spodnie nie spadły, bo miałem długie spodnie, nie pumpki, te co nosiliśmy, tylko takie normalne, no i idziemy. On do schodów mnie doprowadził i mówi: Raus! Rany boskie, jak ja usłyszałem raus, to schody... Ten budynek jeszcze na Królewskiej stoi, to jest prywatny budynek. Oni to okupowali, zajęli jako komendę jednostki policji, która służyła w getcie i dookoła getta. Bo tam było kilka rodzajów policji niemieckiej, ale ten rodzaj, co myśmy byli, to miał na Królewskiej swoją kwaterę. No i jak on powiedział: Raus, to dla mnie nie było... te schody trzy, cztery – ja skoczyłem na dół. A on mnie chciał kopnąć jeszcze. Te podkowy mieli takie, co ich w Rosji zgubiły. Podkowy i gwoździe żelazne, co oni walili, jak maszerowali, żeby wyglądało strasznie, to był mrozu przyciągacz. Oni zginęli przez to w Rosji, a on mnie chciał kopnąć i zjechał po tych schodach, ale mnie tam… Przekleństwa leciały, ale ja złapałem się w garść i przez Królewską do Ogrodu Saskiego. Usiadłem, śnieg już był trochę, usiadłem w śnieg i siedzę, patrzę, Marchewka leci. Mówię: „Janek, chodź tu. Spuszczaj spodnie, siadaj”. – „Jesteś głupi. Ja nie mogę stać, tak mnie boli – mówi. – Krew mi leciała, cały z tyłu jestem zakrwawiony”. Ja mówię: „Ty siadaj w śnieg, spuszczaj spodnie i siadaj”. No i w końcu dał się przekonać, posiedzieliśmy z pięć minut i już się zbieramy, bo bolało. Ja idę na Złotą, doszedłem bez przygód. Żadnego patrolu nie widziałem, szedłem Zielną, żeby nie iść Marszałkowską, i doszedłem do Złotej. Przyszedłem na Wigilię do domu. Matka mówi: „Gdzie ty byłeś, ja już myślałam na mszę dawać. Ciebie nie ma, Staśka zabrali do Niemiec, Zbyszka zabrali, postrzelili, teraz ciebie nie ma. Ja już nie wiedziałam, czy Wigilię będziemy mieli, czy iść do kościoła”. – „Niech mama – mówię – zostaje w domu. Jestem”. Tak, zostałem, ale nie siedziałem, całą Wigilię chodziłem. Nie mogłem usiąść. Poszedłem do szpitala Dzieciątka Jezus na pogotowie. Mówią: „Co chcesz, gówniarzu?”. Ja mówię: „Gówniarz, nie gówniarz, tyłek mnie boli, zakażenie mam. Chciałbym pomoc, żeby sanitariusz zobaczył, doktor może nasmarował oliwą, żeby mnie nie bolało”. No, w końcu ta pielęgniarka jedna widocznie się trochę skapowała, że ja naprawdę cierpię, i do doktora mnie wzięła. Doktor mówi: „Spuszczaj spodnie. Gdzie byłeś?”. – „W getcie”. – „A co dostałeś?” – „Baty niemieckie”. Doktor od razu mówi: „Dobrze ci dali? Po choleręś tam chodził?”. Mówię: „Panie doktorze, po cholerę pan doktor chodził do szkoły. Niech pan zrozumie ciekawość dzieciaka. Ciekawy byłem zobaczyć, co się dzieje za murami”. – „No i co?” – „No i Niemcy mnie złapali”. – „No to – mówi – już dostałeś za swoje, no to dobra”. Już przestał mi kazanie prawić i tak się skończyło. Za dwa tygodnie się wyleczyłem i zapomniałem.
I z tej niewoli, z tego Augsburga po dwóch tygodniach wysłali nas do obozu, stalag tak jak tam w dokumencie pisze, obóz numer VII i numer rejestracyjny więźnia. I tam dopiero zaczęło się przyjemnie, bo jak przyjechaliśmy do tego Augsburga pierwszy raz, to wzięli nas do izby na ten szkorbut. Takie pryszcze mi wyszły, a to było częścią tego szkorbutu, tej choroby. Zęby się ruszały i zapisałem się do sanitariusza. No to wzięli nas i dali nas... Poczekalni nie było, bo to wszystko wojna i tam byli jeńcy Anglicy i Francuzi, Anglicy, Kanadyjczycy, Amerykanie. I tam nam kazali poczekać, że tam będziemy czekać. Do ich izby nas wpędzili, światło tam było i myśmy stali na środku. Ja stałem na środku w tym mundurze i tamten krzyczy, ten Amerykanin, mówi: „Polak – po niemiecku to krzyczał – Was bist du?”. Ja mówię: Kriegsgefangener. On do swoich powiedział, że on jest prisoner. A mówi: „To ty z I wojny jesteś?” A ja głupi powiedziałem: „A co? A druga była?”. Im się spodobało, ta II wojna w mundurze amerykańskim z I wojny. Jak mnie rzucili papierosami, dwadzieścia paczek, to tylko chowałem. A te papierosy to było złoto. Złoto, handel – Niemcy kupowali, jak tylko człowiek wszedł w kontakt i w tym obozie nastąpiła znajomość.
A jeszcze jak szliśmy do Ożarowa, przyszedł jeden Niemiec i wziął tę chorągiew naszą z pierwszej czwórki i złamał, i rzucił na bok, to myśmy tylko burczeli. Nikt nie poszedł jej wziąć, bo by mogli zastrzelić. Tylko „uuuuu”, daliśmy odpowiedź, cała kolumna, i to było wszystko. Idziemy, stoi drugi szkop, wąsaty, mówi: „Chłopaki, nie bójta się. Jestem dumny z was”. I tak człowiek dojrzewał i tak dojrzał.
Później w obozie prędko nawiązaliśmy kontakty. Dostaliśmy paczki, jedną amerykańską, już sześć, siedem paczek papierosów, mała kawa, rodzynki, czekolada, tam jeszcze coś, płatki owsiane, jakaś konserwa mięsna. To były paczki regularne Czerwonego Krzyża, amerykańskie. Później nam dali dodatkowo jako wielce pokrzywdzonym kanadyjski prowiant, czyli zaczęliśmy się karmić. Te zdjęcie z obozu to właśnie było z tego obozu. W obozie już później ja prędko się połapałem i w obozie zaraz poznałem Anglika. „Ach – mówię – będę się uczył angielskiego, nie [będę] marnował czasu”. No i on był gdzieś tam spod Londynu. No ale za dwa dni już wiedziałem, dlaczego on mnie lubi. Zaczął mnie głaskać po kolanach, no ale był dobry i gadaliśmy. Ja mówię, czy ma coś do czytania po angielsku. On mówi, że ma. Przyniósł, ja czytałem, on mnie poprawiał. Głaskał mnie po kolanach, to wiedziałem, że pedał. Ludzie, którzy siedzieli kilka lat w obozie, zmieniali swoje usposobienie. My żywa krew, taka powstańcza, weseli. Ja momentalnie wiedziałem, bo ja się wychowałem w Warszawie.

Wykształcenie w Warszawie było. Jak myśmy chodzili do kina na Nowym Świecie, jak pedofile chodzili i przyszedł: „Ty, pobawisz się ze mną? Dam ci dwa złote”, To my jako chłopaki mieliśmy tylko jedną obronę. Nie było sądu, nie było policji, tylko jak taki frajer się zjawił i nam dokuczał, to krzyczeliśmy: „Hura – krzyczymy – pedał, pedał, pedał”. Pedał spierdalał jak cholera. I to była nasza obrona, nie było wykształcenia, nie było kościoła, nie było doradców, nikt nam nie doradzał, ale trzeba było się bronić. To była przedwojenna Warszawa, Piękna.
Dzięki temu, co ja po angielsku się nauczyłem i po niemiecku prędko, to było to, że... Ja byłem sierota. Ojciec miał przyjaciółkę, do domu rzadko przychodził, tylko żeby nas nakarmić i żeby było coś zjeść, a on tam swoim życiem żył, jak matka umarła. No to człowiek miał dużo swobody, człowiek tej swobody nie zmarnował. Jak grali firmy amerykańskie, pierwsze jeszcze w tym hotelu, co tu byłem, co byliście, to na Grzybowskiej było kino, cztery litery miało. „Orbis”... Nie, „Orbis” było później. „Capri” czy coś takiego się nazywało to kino i tam jeszcze grali pierwsze filmy amerykańskie nieme. Jak grali kowbojskie filmy, taki był Ken Maynard, Tom Mix w tym czasie, kowboje – to były znane nazwiska po angielsku w Warszawie. Tom Mix, Ken Maynard, inny... Były napisy, a muzyka to siedział pianista i pianino było i grał melodie różne. Jak grali Valentino, to grali miłosne piosenki Valentina. Jego film grali wtedy, niemy i napisy po polsku. To dwadzieścia pięć groszy na Grzybowskiej róg Żelaznej to kino kosztowało. Może to nie była Grzybowska, może trochę dalej, ale w każdym bądź razie w rejonie pięćdziesięciu metrów. No to jak człowiek od dziecka się nasłuchał tych filmów angielskich, niemieckich, to wszystko zostało w głowie. Ale człowiek się osłuchał niemieckich i angielskich filmów, że jak z tym Anglikiem zacząłem się uczyć po raz drugi, to mi wpadało do głowy momentalnie. Grali film taki, jedno kino było naprzeciw filharmonii i naprzeciw było, [ale] już zapomniałem nazwy. Tam grali serię „Miasto chłopców”, a nasz odpowiednik „Chłopcy z placu broni”. Czyli jak się wychowywali cwaniaki takie amerykańskie, to dla nich stworzyli miasto dla sierot, porzuconych dzieci ze złamanych małżeństw i tak dalej...
Z tej niewoli ta znajomość z Anglikami przydała mnie się, ale wszystko wpadało do głowy błyskawicą. Jak człowiek chodził nieraz na filmy angielskie, gdzie napisy były po polsku, ale dialog był po angielsku, to człowiek od dzieciństwa wsiąkał w to wszystko automatycznie. Po niemiecku to samo. W pasażu było kino niemieckie i na przykład jak był „Tygodnik...”... Przed każdym filmem był „Tygodnik...”. Telewizji nie było, radio było mało dostępne, było w domu, ale tam dziennika mało kto słuchał, jeszcze nie było tego wyrobienia kultury radiowo-telewizyjnej, która powstała, dopiero kiedy otworzył się rynek masowy, że wszyscy mamy, wszyscy wiemy i wszyscy korzystamy. Tak jak od dziecka korzystaliśmy z ustępu, dzisiaj korzystamy z telewizji. Naciśnie guzik i ma. No to dzięki temu właśnie, tym filmom wszystkim człowiek wsiąknął w ten angielski i widział te filmy. Do dzisiaj pamiętam, „Hiszpański motyl” grali w kinie. Nie w pasażu, tam był pasaż, to było niemieckie, grali filmy niemieckie i włoskie.

  • W którym pasażu?

Ten pasaż zaczynał się od ulicy Chmielnej i szedł, zamknięty był i drugie wyjście było na Nowy Świat przy cukierni Bliklego, o, w tym miejscu, trochę dalej. No to człowiek tam przeżył to wszystko, ale to wszystko było jak uniwerek. To wszystko się przydało kiedyś później, jak przyszedł życiowy egzamin z życia, to człowiek był przygotowany jak z „Miasta chłopców”. [...] Człowiek jak dostał takie przedszkole, no to jak poszedł do szkoły, to już i nauczyciela nie potrzebował, jeszcze poprawiał. Potrzebna była tylko książka, żeby uzupełnić, i taki Anglik, pedał, co mnie się trafił. Okay, paliliśmy razem, on mi przynosił gazety, co dla nich były dostępne po angielsku. Myśmy w niewoli siedzieli, mieliśmy całe dnie nieraz i sobie rozmawiałem z nim, on mnie poprawiał i tak człowiek się uczył. I człowiek uniwerku nie miał, ale poziom dostał uniwersytecki.
Kapitan był dowódcą obozu, ten, co zdjęcie jest. Było nas czterysta, a jak kapitan amerykański przyjechał na jeepie, z zaopatrzenia, czyli oni nam dostarczali żywność, on był głównym dowódcą, spytał mnie: What’s your name? Mówię: Richard. Mówi: Richard, you will be the captain of the kitchen. Mówi: „Będziesz kapitanem kuchni”. Dowódca obozu zawołał mnie, mówi: „Panie Fiks, dlaczego on pana wybrał?”. – „Panie kapitanie, ja się z nim dogadałem, a pan nie. I prosta rzecz – mówię – on ze mną się rozumie. Powiedział mi, gdzie dostanę supply, że jestem odpowiedzialny, żebym miał klucz, żebym miał magazyn i żebym kuchnię prowadził”. I oni chcieli, żebyśmy się karmili po amerykańsku, czyli tacę, marchewka, kartofelek, wszystko na tacy. A nasi lubili dobrą zupę i kawałek chleba, i to było lepsze. Poprosiłem, żeby mi dostarczył taki kocioł. On mówi: „Na co wam kocioł?”. Mówię: „Panie kapitanie, you will taste, when it will be ready to eat”. Poczęstowałem go grochówką, on był żydowskiego pochodzenia, mówi: You’re very smart. It tastes good. No i tak kilka tygodni czy dwa, trzy miesiące byłem kierownikiem kuchni dzięki temu. I tak człowiek przeszedł życie, aż spotkałem takich „chuliganów”, jak wy jesteście.

  • A jak wyglądało wyzwolenie obozu?

Wyzwolenie wyglądało bardzo prosto. Przed wyzwoleniem Niemiec, który był naszym supervisorem, czyli pełnomocnikiem ze strony niemieckiej (myśmy do niego raportowali zażalenia, prosili zgłoszenia do izby przyjęć zdrowia i tak dalej), przyszedł, powiedział: „Co będzie za dwa, trzy dni? Przyszedłem się z wami pożegnać, podać rękę”. On był dla nas... był dla nas człowiekiem. On od nas brał, palił, rano przychodził, stała kawa, papierosy amerykańskie, on sobie siadał, palił. Mówi: Ich habe Leben… Zaraz po wyzwoleniu był w obozie dla Niemców. A myśmy tam przejście mieli do miasta. Jak szedłem, to zawsze podchodziłem i zawsze mu dałem jeszcze paczkę fajek. Mówię: „Podziel tutaj tych wszystkich jeńców niemieckich”. On mówi: „Weißt du, Richard. Ich bin sehr Stolz (jestem bardzo dumny, że ciebie poznałem). Oni mnie wszyscy tu zazdroszczą. Fajki amerykańskie dałeś mi wczoraj, ale piętnaście rozdałem, tylko pięć sobie wziąłem, bo – mówi – jak oni palą, oni nie wyrzucą do końca, już nie ma nic, jeszcze ciągną”. No bo tak było. Kawa, papierosy to było złoto na wolnym rynku w Niemczech po wyzwoleniu. I tak nasz obóz został rozwiązany. Po prostu wyszliśmy, wrota otwarte, Niemcy uciekli.
A jeszcze ciekawe zdarzenie w obozie jenieckim było. Sekretarka zawołała mnie po niemiecku: Junge, komm Sie, bitte, für ein Moment. Ja przyszedłem, ona mówi: „Ale przecież pan mówi po polsku”. Ja mówię: „Tak”. Mówi: „Wie pan, bo jest taka sprawa. Jak was rewidowali, to tutaj wzięli taki pamiętnik od jednego żołnierza. Ten pamiętnik jest po polsku, ja go przeczytałam”. Ona po polsku do mnie mówi, a ona była sekretarką komendanta obozu. Mówi: „Komendant dał mnie, żeby mu przetłumaczyć z ciekawości, co tam te dzieciaki pisały. Panie, ja nie mogłam tego tłumaczyć. Gdzieś tam mieliście Niemca na czwartym piętrze, [który] mówi: »Chcesz wolności, to masz okno otwarte«. Ja nie chciałam tego tłumaczyć. A ty wyglądasz taki sprytny, zawsze z uśmiechem, ciebie tu znają, mówili, ten verrückt Kriegsgefangene, mówią, wariat”. No to mówię: „Bardzo dobrze”. Ona mówi: „To weź to i zróbcie, co chcecie”. Ona była folksdojczką z Łodzi. I tak jak w Warszawie, jak dochodziliśmy do Ożarowa, ten wąsaty powiedział... jeden nam sztandar zabrał, a drugi nas pozdrowił.
No i co, i tak się zaczęło nasze wejście na świat. W Niemczech człowiek został. Niemcy traktowali nas dobrze, znajomości nawiązałem dobre. Komendant policji, jak byłem u niego z prośbą, żebym dostał ten Vertriebenenausweis, niemiecki ausweis wysiedleńca... Nie mogłem dostać, bo wyjechałem przedtem do Francji i do Belgii, i opuściłem Niemcy. I jak z powrotem przyjechałem, to nie chcieli mi dać tego prawnego statusu wysiedleńca, czyli ehemalige Kriegsgefangene po niemiecku, były niewolnik niemiecki. I on był komendantem i jego poprosiłem. Keine Angst. Morgen kriegen Sie Ausweis. Ohne sorgen (bez kłopotu). I prosił mnie, mówi: „Nie wyjeżdżaj stąd nigdzie, nie jedź do Ameryki. Tu jest Ameryka, już się zaczęła. Wolność, to co Niemcom potrzeba – mówi. – Teraz, jak »wykończymy« resztę tych nacji, to będą prawdziwe Niemcy, będzie dobre życie. Ja ci pomogę, dostaniesz mieszkanie zaraz jako Vertriebene (jako wysiedleniec)”. To Niemcy dostawali. Jak z Polski ich wysiedlili, to pod jego jurysdykcją było rozdzielanie ich do pracy i do miejsca zamieszkania, tymczasowe mieszkanie i tak dalej. To on mnie dotyka, mówi: „Dostaniesz dwie sypialnie, mieszkanie. Nie jedź nigdzie”. Ja mówię: Sie verstehen, lustige Leben. Ich möchte fahren nach Brasil. – A, du bist verrückt (jesteś głupi)”. I tak człowiek żył. Dzięki językowi jednemu, drugiemu człowiek miał zbliżenie do ludzi.
A ze szkoły zostało mi to, co mówiłem. Weźmiemy sto zdjęć, sto niemieckich wojskowych, wszyscy wyglądają jednakowo. Ale jak tych Austriaków spotkałem, to przestali wyglądać jednakowo. W każdym mundurze jest człowiek, a człowiek ma inny charakter, jeden od drugiego. A kto on jest, to my nie wiemy. Dopiero jak go poznamy. Może jest zbrodniarz, a może jest zastępcą Pana Boga – nigdy nie wiemy. I na tym się skończyło i przez to jestem tu z wami, zniewolony przez wspomnienia z Powstania. I w Powstanie też tak było, tak jak powiedziałem. Polacy byli bardzo serdeczni. Mimo że ich chałupy, mieszkania, ich dobytek został zwalony, zniszczony, przyszli, dali klucz: „Macie, jedźcie”.


Warszawa, 7 sierpnia 2014 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła
Ryszard Fiks Pseudonim: „Lwowiak” Stopień: strzelec, starszy strzelec, kapral, strzelec, drużynowy Formacja: IV Zgrupowanie „Gurt”, 4. kompania, następnie 1. kompania Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter