Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Stanisław Henryk Rymaszewski „Maks”
Stanisław Henryk Rymaszewski
pseudonim
„Maks”
stopień
strzelec, dowódca sekcji
formacja
Pułk „Baszta”
dzielnica
Mokotów, Chojnów, lasy chojnowskie
Zobacz biogram

Nazywam się Stanisław Henryk Rymaszewski.

  • Co było przed 1 września 1939 roku, ile pan miał lat, co pan robił?

Przed 1 września 1939 roku mój ojciec, który był podpułkownikiem służby sanitarnej, przeniesiony został do Wilna, dosłownie przed samą wojną, w lipcu. Ojciec był komendantem szpitala wojskowego w Krakowie. Został przeniesiony do Wilna. Wilno to była Wileńszczyzna, Wilno było obozem warownym (bo to był taki język). Założenie było takie, że to będzie coś w rodzaju twierdzy; nazywał się obóz warowny, mój ojciec był szefem sanitarnym tego obozu warownego. Miałem niecałe jedenaście lat, zacząłem chodzić do szkoły 1 września, ojciec poszedł na front 6 września z dywizją piechoty pułkownika Szafrana (Szafraniec chyba), pojechał do Lwowa. Pojechał, potem była kapitulacja Lwowa, nie chcieli ich puścić do domu, pojechali na tamten świat, jak wiadomo, był w Starobielsku. Internowany w Starobielsku, ostatnie listy były na początku kwietnia 1940 roku, tak jak wszyscy, ale wiemy, że nie był rozstrzelany, wiadomość taka była (jestem w Rodzinie Katyńskiej), że został wywieziony z obozu przed rozstrzelaniem w nieznanym kierunku. Ojciec był lekarzem, kończył studia w Moskwie, znał świetnie rosyjski. Przypuszczamy, że był wzięty do jakiegoś gułagu jako lekarz. Był ślad potem po wojnie, moja siostra to złapała, mnie nie było tutaj, że taka osoba, Władysław Jan Rymaszewski, był w gułagu koło Kołyma na dalekiej Syberii, tam sądzę, tak czy inaczej zginął. Moja pociecha jedna, że nie był w tej piwnicy, jak było w tym filmie „Katyń”, rozstrzeliwali ich, jak wchodzili do piwnicy. […]
Rodzina cała była taka kresowa, mama była z Ukrainy, ojciec koło Nieświeża, tak zwana szlachta kresowa. Brat starszy był w 1. pułku ułanów, brał udział w wojnie u Kleeberga do końca, to były oddziały, które najpóźniej złożyły broń, potem był w oflagu, potem u Andersa, potem w Londynie, umarł. Starsza siostra, mężem był Wincenty Kwieciński [niezrozumiałe] artylerii, ranny ciężko w 1939 roku, działał w Świętokrzyskim, gestapo wpadło na jego ślad, wrócił, przeniósł się do Warszawy, był szefem kontrwywiadu Armii Krajowej na Warszawę. Wywołują Powstanie, oczywiście jego stanowisko polegało na tym, że przeważnie rozpracowywali konfidentów, złapanych folksdojczów, agentów, wykonywali wyroki. On nie wykonywał wyroków, tak że nie mógł iść do niewoli i jako lekarz opuścił Warszawę. Potem był w konspiracji, taka organizacja „NIE” tak zwana, w której [działał] „Niedźwiadek”, potem słynny proces szesnastu; on był trzecim prezesem WiN-u, aresztowany był w 1947 roku, skazany na śmierć, potem przemienione na dożywotnie więzienie, siedział do 1957 roku w więzieniu, rozmaite z panem Różańskim tortury i tak dalej. Umarł dość wcześnie, chociaż fizycznie był jakoś wybitnie sprawny. Młodsza siostra była też łączniczką w wywiadzie, pracowała w kontrwywiadzie, była delegowana, taki był sztab na Rakowieckiej, to była taka SS, to była operacja czołgów, pojazdów wojskowych, ona tam była, składała raporty. Była łączniczką w Powstaniu, nie doszła na punkt, pędzili ją parę razy przed czołgami przez Ogród Saski, w końcu udało jej się uciec. „Ukraińcy” złapali ich w końcu na tak zwany Zieleniak, siedziała w Berlinie, czyściła wagony metro, wróciła po prostu po wojnie.

  • Co się z panem działo, jak wybuchła wojna?

Jak wybuchła wojna, byłem zachwycony, z ordynansem kroiliśmy paski na szybach, kroiło się szyby, żeby od wybuchu nie wyleciały. Ojciec powiedział właśnie, że wybuchła wojna, powiedziałem: „Wojna, wojna” z wielką radością, ojciec na mnie popatrzył, bo przeszedł cała wojnę światową. Potem zaczęła się szkoła, chodziliśmy, kopaliśmy okopy trochę. Rosjanie weszli chyba 20 września do Wilna. Weszli najpierw Rosjanie, potem po jakimś czasie opuścili, oddali Wilno Litwinom; Litwini weszli chyba w listopadzie, byli do czerwca 1940 roku. To był okres dobry i zły. Dobry był, bo Litwa wspaniale stała, jeśli chodzi o spółdzielczość rolniczą, jedzenie, wszystko było okay, natomiast stosunek do Polaków tak, jak zresztą teraz jest dalej (byłem w Wilnie parę razy) był bardzo nieprzyjazny. Wilno, Wileńszczyzna w ogóle była polska, w Wilnie mieszkało parę procent Litwinów dosłownie, było dużo żydowskiej ludności, białoruskiej trochę i Polacy. Wsie głównie koło Wilna były polskie. Tak że mieli trochę kłopotu z tym. Przywieźli mnóstwo tego swego wojska, policji, wszystkiego, z tym że mówię, materialnie jakoś [było do wytrzymania]. Jeszcze był taki bardzo ważny moment, że moja mama w czasie wojny 1920 roku pracowała w Amerykańskim Komitecie Pomocy Polakom – American Committee of Poles, ten sam Amerykanin zjawił się w Wilnie, jak jeszcze byli ci, i ją zatrudnił. Tak że to było wiadomo, pieniądze, były jakieś deputaty, wszystko. Poza tym to było niesamowite, bo na nasz adres przychodziły listy Polaków wywiezionych, deportowanych z terenów wschodnich, południowych, bo z Wilna jeszcze nie było deportacji, mieliśmy dwie walizki listów od tych ludzi. To była niesamowita pamiątka, nie wiadomo było, co z tym zrobić, potem weszli znowu Rosjanie, był strach trochę, to był dokument zbrodni, co tu gadać.

  • Co się z nimi stało?

Oddaliśmy do klasztoru do jezuitów, nie wiem, co się z tym stało. Nawet jak byłem teraz w Wilnie, byłem w tym klasztorze, oczywiście nie ma jezuitów, tylko są inni księżą, nie można było się dogadać, tam zresztą zostawiliśmy nasze rzeczy, meble rozmaite, nie wiem, to jest rzeczywiście historyczna pamiątka, myśmy czytali rozpaczliwe zupełnie listy od tych Polaków, umierali z głodu nieraz. Jako dowcip – omawiali dzieła Lenina, Stalina, które były w płóciennych okładkach, zdzierali okładki, z tego szyli sobie ubrania, czytałem sam, to jest prawda. Taka to wielka szkoda, że to się nie udało jakoś, nie było jak [przechować]. Myśmy byli w tym Wilnie, weszli Rosjanie, zaczął się koszmar oczywiście, bo głód, stało się całą noc po bochenek chleba, był mróz czterdzieści stopni.
W szkole powszechnej zrobiła się szkoła litewska, przyjechała jakaś pseudo-Litwinka Dąbrowska, to była, okazało się potem, Polka. Pytała nas na lekcji, kto jest Litwin, kto Polak, nikt nie wstał oczywiście, że nie ma Litwinów. Jeden powiedział: „Mieszaniec”. Od tego mieszania dostał straszne wyniki. Miałem taki epizod śmieszny z nią, bo mnie popchnęli, upadłem na plecy, zacząłem się dusić, zanieśli mnie na kozetkę do pokoju nauczycielskiego, przełożona Litwinka, która tylko po litewsku mówiła, rozpięła mi mundurek, a miałem z czapki ojca orzełka, powiedziała: „Polski orzełek” po polsku, co było śmiesznie. Potem musiałem niestety do gimnazjum zdawać już po litewsku egzamin, oczywiście nazwisko było wymieniane Stanislas Rymaszewskis. Zdałem egzamin, to było dawne gimnazjum jezuitów, było świetne, ale już było oczywiście rosyjskie. Mieliśmy język rosyjski, litewski, niemiecki, polski, jak na pierwszą klasę gimnazjalną dość dużo. Oczywiście bzdury, historie rozmaite, nie chcę nawet o tym mówić. Epizod był taki jeden, mieliśmy te ławki dawne z kałamarzami, jeden z kolegów złapał kałamarz, rzucił w portret Stalina. Stalin zalany był atramentem, akurat był rosyjski, taka Żydówka nas uczyła rosyjskiego, przerażona absolutnie, uciekła, NKWD przyjechało, chłopak zniknął, on zniknął i jego rodzina pewno. Młodzież była bardzo patriotyczna. Kresowa młodzież naprawdę nie była gorsza od warszawskiej, a może lepsza.
Po prostu tak się działo, zaczęły się wielkie deportacje i to przed samą wojną z Niemcami, zaczęły się deportacje z Wilna w czerwcu, wojna wybuchła chyba 20 czerwca, coś takiego. Myśmy nie pojechali tylko dlatego, bo rodziny wojskowe wszystkie pojechały, bo zmieniliśmy mieszkanie, bo nie mogliśmy tego mieszkania utrzymać, mieszkaliśmy w takim domku z inną rodziną wojskową, nie znali naszego adresu po prostu. NKWD wpadło o czwartej rano, kopniakiem wywalili drzwi z naganem w ręku, tą rodzinę całą zabrali na samochody, wywieźli, całe Wilno jechało. Myśmy widzieli to – ciężarówka za ciężarówką, toboły, ludzie, [enkawudziści] z tymi bagnetami siedzieli w niebieskich czapkach. Moja mama kazała spakować rzeczy, wzięliśmy toboły, poszliśmy na dworzec piechotą, nikt nas nie zatrzymał. Dworzec pełen enkawudzistów, dosłownie niebiesko od tych czapek, myśmy wsiedli w pociąg, pojechaliśmy do Trok, siedzieliśmy tydzień w lesie, spaliśmy w lesie. Trochę mieliśmy zapasów. Potem wróciliśmy do Wilna właśnie do jezuitów, wybuchła wojna, czyli Niemcy jakby nas uratowali przed wycieczką na Syberię, tak to się działo naprawdę.
Po tych doświadczeniach chcieliśmy uciekać z Wilna, bo było wiadomo, że tam zawsze coś będzie się działo. Mama znała świetnie niemiecki, coś jakoś załatwiła w komendanturze, chociaż front niedawno przeszedł, dostaliśmy jakąś specjalną przepustkę do Guberni, pojechaliśmy transportem wojskowym zresztą, oni zawracający na urlop z frontu. Przejechaliśmy przez Prusy Wschodnie do Małkini, w Małkini była granica Guberni. Zobaczyliśmy Niemców, z pałkami oczywiście, tłuką tych przemytników żywności. Przyjechaliśmy do Warszawy do rodziny, mieliśmy dużą rodzinę. Mieszkaliśmy na początku nawet bardzo ładnie, bo na Wiejskiej, potem na Filtrowej, a potem w końcu na Lindleya, bardzo blisko.

  • Pamięta pan numery?

Tak, Wiejskiej nie pamiętam, hotel poselski obecnie, na Filtrowej 81 to moja ciotka nas przygarnęła, na Lindleya 14A, wszystkie budynki, w których mieszkaliśmy, ocalały, nawet Barska, bo przed wojną ojciec kupił mieszkanie na Barskiej, też dom stoi. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że to wszystko stoi. Z Lindleya 14A wyszedłem do Powstania.

  • Rodzina w jakim składzie przyjechała do Warszawy?

Moja mama, obie siostry, bo ojciec był, jak wiadomo, w Rosji, nie wiadomo, nie znaliśmy tych tragicznych spraw. Natomiast brat był w oflagu.

  • Co się wtedy działo, jak państwo przyjechaliście do Warszawy?

Do Warszawy przyjechaliśmy z dworca, wolno było, o godzinie policyjnej właśnie na Filtrową pojechaliśmy, nas rodzina jakoś rozparcelowała, jakoś tak przeżywaliśmy. Mieliśmy jakiś domek pod Warszawą, jakieś pieniądze z trudem [zdobyliśmy], mama sprzedawała, jakąś budkę miała na placu Narutowicza w końcu. Zacząłem działać w „Szarych Szeregach” od razu po przyjeździe, bo myśmy przyjechali w październiku, zacząłem chodzić na komplety. Komplety były przy gimnazjum Batorego, właściwie taka była mojej siostry Goldmanówny, wspaniała. Chodziłem przed wyjazdem do Zakopanego, bo mama była w Zakopanem komendantem w Kościelisku, chodziłem do drugiej klasy. Na kompletach, które mieściły się zresztą na Filtrowej 83, a ja byłem na 81, tylko na dół się zbiegało. Chodziłem trzy lata na komplety, zdałem mała maturę przed samym Powstaniem na kompletach.

A jeśli chodzi o konspirację, to właśnie mówię, w listopadzie zaczęliśmy, mnie ściągnęli do „Szarych Szeregów”. Oczywiście zaczęło się od pisania na ścianach. Pierwsza moja robota to była chyba w kwietniu swastyka na szubienicy, mieliśmy tylko paskudną dzielnicę, bo niemiecką dzielnicę – Belwederska i tak dalej – tam byli Niemcy przeważnie. Wtedy miałem pierwszy moment, jak chciałem napisać, wszedłem po schodkach w takim pięknym, małym domku, wyciągnąłem kredę, żeby narysować szubienicę, drzwi się otworzyły, wyszedł niemiecki oficer, uśmiechnął się ładnie do mnie. Potem pisaliśmy, gdzie się dało, ale ta dzielnica była fatalna, bo było rzeczywiście niebezpiecznie. Jak wracaliśmy po robocie, widziałem, jak jednego złapanego chłopaka esesman ciągnął na gestapo, na Szucha. Tak że to nie było takie miłe. Co robiliśmy? Pisaliśmy. Robota była taka, na przykład zamalowywaliśmy niemieckie nazwy ulic, bo na przykład Hoża była Victoriastrasse, tak że na patyku był pędzel, moczyło się w czarnej farbie, a to wtedy była zima, odmroziłem sobie kompletnie ręce. Takie były sprawy potem jakieś rozmaite, 1918 równa się 1940, takie rozmaite rzeczy się pisało. Zresztą mój brat cioteczny został złapany, siedział cztery miesiące, taki był obóz na terenie obecnego getta. Zresztą straszne to było, bo getto już było spacyfikowane, oni zatrudnili ich do wyciągania trupów z kanałów, bo kanały były kompletnie zatkane trupami.
W każdym razie byłem w „Szarych Szeregach”, był kolportaż prasy, pisanie. Bardzo śmieszny epizod miałem na rogu Niemcewicza i Grójeckiej. Byłem z dwoma kolegami, teczka pełna była „Biuletynów Informacyjnych”, oni poszli do sklepu, stałem na przystanku, oni patrzą przez drzwi, konają ze śmiechu, ludzie się ode mnie odsuwają, a teczka była rozpruta, cała sterta „Biuletynów…” leżała na chodniku, wiatr rozwiewa, to było koło placu Narutowicza, tam była przecież komenda główna policji niemieckiej. Jakoś pozbierałem to, ale radość mieli wielką, takie były śmieszne rzeczy trochę. To było tak, że w końcu właśnie mojego brata ciotecznego na takiej robocie mazania na Książęcej złapali lotnicy niemieccy, oddali go do policji granatowej na Krakowskie Przedmieście, oni kazali iść na Szucha, tam ich sprali, młodszych, bo dwóch wzięli do obozu na Gęsiówkę, a najstarszego naszego harcmistrza zesłali do Buchenwaldu, ale przeżył to, wrócił. Tylko była panika, bo jak ich złapali, to oczywiście była obawa, że przy biciu zaczną podawać jakieś adresy, mnie zabrali w Świętokrzyskie, gdzie siedziałem jakiś czas.

  • Kto panu zaproponował bycie w „Szarych Szeregach”, ktoś z rodziny?

Nawet nie wiem, to chyba się działo tak, że na kompletach były kontakty, jakoś samoczynnie to się stało tak jakoś, nawet nie bardzo wiem jak. Pamiętam przysięgę harcerską: „Mam szczerą wolę pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu”. To przysięga harcerska, potem była inna. Nie wiem naprawdę, jak to się stało, pół klasy było w jakichś konspiracjach, ale kto mnie konkretnie wciągnął, chyba może mój kuzyn, jak on był w Warszawie, miał jakieś kontakty.

  • Uczył się pan i był w „Szarych Szeregach” jednocześnie?

Tak, oczywiście. Taka była historia, że jak nie było nas w klasie, to nauczyciele wiedzieli, o co chodzi, nikt się nie pytał nawet, połowy klasy nie było raptem.
  • Jak pan pamięta dzień 1 sierpnia 1944.

Jeszcze powiem trochę o moich innych przygodach. Mianowicie, komplety były pod przykrywką szkoły zawodowej, byłem w szkole zawodowej malarskiej, lakierniczej, to była taka jakaś legitymacja szkoły zawodowej, że w razie czego chowało się [książki], że uczymy się fachu. Tak się złożyło nieprzyjemnie, że musieliśmy mieć arbeitskartę, zatrudnienie, więc byłem zatrudniony na Pradze w jakimś lakierniczym warsztacie, którego nigdy nie widziałem na oczy, ale niestety Niemcy warsztat przeznaczyli na wyjazd do Niemiec do jakiejś fabryki, łącznie ze mną, miałem trzynaście lat. Była trochę panika, ale właśnie pani Goldmann jakaś łapówka poszła do Arbeitsamtu, ale musiałem iść do Arbeitsamtu na Długą, Niemiec siedział, nie wiedziałem, czy ja wyjdę w ogóle, bo zostawali ludzie, wyjeżdżali, ale [mnie] się udało. Byłem zatrudniony w fabryce śmigieł na Bielanach, była fabryka, malowaliśmy śmigła do… wszystko jedno, duże śmigła.
Do konspiracji, do nauki wtedy miałem pracę. Miałem wspaniały ausweis niemiecki Rüstungskommando Warschau (czyli komenda uzbrojenia Warschau prosi się o pomoc każdego), ale musiałem się pojawiać niestety. Coraz przez ojca kolegów jestem jeszcze [wspierany], bo ojciec pracował w Warszawie jako lekarz, dawali mi jakieś zwolnienia lekarskie, potem przestali mi dawać, bo się bali po prostu. Kombinowało się, trochę nauki, trochę jakichś tych robót, jak to się mówiło, a trochę pracy. Praca była nieprzyjemna, bo zaczynała się o szóstej rano [a trwała] do drugiej, malowało się śmigła, to były ciężkie śmigła, trzeba było złapać za koniec wyspojowany, zakręcić, trafić na trzon, jak się nie trafiało, to esesmani walili w głowę, esesmani się kręcili cały czas, pilnowali nas, bo to było wojskowe jednak. Tak że tak było. W efekcie nie pojechałem do Niemiec.
Natomiast widziałem straszną rzecz (mam z tego wspomnienia napisane), bo jechałem do pracy na szóstą akurat tramwajem przez plac Krasińskich, jak wchodziły oddziały na pacyfikację getta. Byli Łotysze, Litwini, Ukraińcy, Niemcy, o tym się nie mówi, ale to nie tylko Niemcy byli. Litwinów sporo rozpoznałem, bo w Wilnie znałem ich mundury. Weszli na to [jako] pierwsze oddziały, to było wcześnie rano przed samą Wielkanocą, to było w kwietniu 1943. Potem, jak wracałem z pracy, to już plac Krasińskich był zamknięty, nie można było przejechać tramwajem, tylko się jechało takimi wozami konnymi z Żoliborza pod plac Krasińskich, tam już szedł tramwaj. Widziałem straszną rzecz. Zresztą napisałem właśnie wspomnienia, nie wydrukowali tego w „Gazecie Wyborczej”, bo pytanie było takie: Czy to prawda, że na placu Krasińskich było wesołe miasteczko w czasie mordowania Żydów, ludzie jeździli na karuzelach, bawili się? To jest prawda, bo to widziałem. Normalnie była karuzela, piwo, muzyka grała, na środku stało działko, z którego strzelali do getta, żołnierze wybierali sobie [okna], bo Żydzi usiłowali wyskoczyć przez okno, strzelali, mordowali Żydów, a hołota – bo inaczej nie mogę – się bawiła. Tak że to było [szokujące]. Zresztą przy mnie, wracałem kiedyś z pracy, [Żyd] wyskoczył z kanału, strażnik strzelił. Jak na młodego chłopca, to miałem przeżycia dosyć ciężkie. […] Dziwię się, że akurat prosili o jakichś świadków, byłem naocznym świadkiem akurat tego, wejścia do getta, tego z placu Krasińskich, całej zabawy, to było szokujące, naprawdę.
Potem, już chyba od lipca 1943 roku tego mojego brata wypuścili ciotecznego z „Gęsiówki”, weszliśmy do AK, właśnie do „Baszty”. Stała się już taka normalna wojskowa praca, bo myśmy byli naprawdę młodzi chłopcy. „Czas honoru”, taka jest seria [filmowa], to naprawdę jest parodia absolutna, nie było mowy, żebym z dowódcą mógł dyskutować, co mam robić, co nie robić – był rozkaz, w ogóle nie było gadania. To było takie cywilne wojsko, ale było wojsko, nie było mowy, żeby wyjść, coś zrobić bez rozkazu. W każdym razie to były ćwiczenia, było strzelanie ostre, wyjazdy pod Warszawę takie czy inne. Nie byłem żadnym bohaterem, miałem za dużą wyobraźnię, natomiast, jak głupi się wyrwałem na ochotnika. Był taki moment, że był karabin – mauzer – kupiony od Niemców, każda sekcja dostawała ten karabin, żeby się nauczyła z zamkniętymi oczami rozbierać zamek i składać, trzeba było to przenieść. Zgłosiłem się na przeniesienie tego karabinu z Filtrowej na Uniwersytecką, nie było to daleko. Tylko tam było tak, dom akademicki to było wszystko Polizei, a na rogu Uniwersyteckiej było SS, tak że było pełno Niemców. Zawinęliśmy to w papier, takie tyczki, bo były działki na Polu Mokotowskim, też mieliśmy działkę, niby idę na działkę z tykami, z tym karabinem. No i przeniosłem go i tyle. Pierwszy sierpnia to był właśnie chyba najbardziej groźny moment w moim życiu, bo ta moja niby pseudosekcja była na Akademickiej 1, dostaliśmy taki maleńki pistolecik, bojówka, chyba to była „piątka” nawet, żeby jakoś ci chłopcy [mieli] jakąś broń w ręku. Trzeba było przenieść na Filtrową 81 do drugiej sekcji pistolecik. Wsadziłem go za pasek, wyszedłem, taki byłem głupi, bo to można było iść Mianowskiego, ominąć narożnik. Polazłem jak głupi Akademicką na Filtrową, wszedłem na patrol Schutzpolizei. Ale miałem to szczęście, bo chyba naprawdę jak by mnie złapali z tym, to byłby koniec. Natomiast miałem szczęście o tyle, że oni byli zmęczeni widać po tym patrolowaniu, ci, którzy mieli za koszary Dom Akademicki, nie chciało im się po prostu [sprawdzać mnie], widziałem. Był taki moment, żeby mnie zatrzymać, potem poszedłem. Tak że to był chyba najgorszy moment w moim życiu, bo na miejscu bym został od razu z tym pistolecikiem. Potem byłem na punkcie alarmowym drużyny.

  • Też o siedemnastej?

To właśnie był 1 sierpnia, niebo pełne rosyjskich samolotów, to ostatni dzień, potem one zniknęły absolutnie. Siedziałem, to było gdzieś, nie pamiętam dokładnie, to było na Twardej czy na Żelaznej. Mój dowódca drużyny dał mi łopatkę saperską, taką krótką, żebym mu naostrzył, mówię: „Po co”. – „To już może być broń”, bo w czasie pierwszej wojny światowej oczywiście używali łopatki jako broni, ale nie wyobrażam sobie, żebym poprosił Niemca, żeby się schylił, żebym go uderzył łopatką, mniejsza z tym. W każdym razie ostrzyłem tą łopatkę, przyleciała dziewczyna łączniczka, że mamy na godzinę „W” piątą. Poleciałem biegiem, leciałem, pamiętam, koło Filtrów, jechała dorożka, dorożkarz zatrzymał mnie: „Skacz na kozioł – skoczyłem – to dzisiaj?”. Niesamowite było, Warszawa była niesamowita w tym. Jeszcze jest taki śmieszny szczegół, o którym nikt nie napisał. Kazali nam zrobić sobie takie ubranie na Powstanie. Na czym to polegało – że guziki się wszywało, takie zapięcia w kieszeniach od spodni, w bluzie. To było komiczne, bo nieraz w tramwaju widziałem faceta z guzikami, wiedziałem od razu, żeby mogli zgarniać ludzi na prawo i lewo, o tym nikt nigdy nie powiedział, ale tak było. O czwartej wyszedłem z Akademickiej na przystanek tramwaju (jeszcze z moim bratem ciotecznym drugim), starałem się jakoś tak wojskowo ubrać, miałem taką kurtkę oficerską mojego stryja, który umarł w Rumunii, wojskową, miałem orzełek, miałem pas wojskowy, wszystko. W tej kurtce wojskowej ta reszta była pochowana, jechałem, pamiętam tramwajem, „osiemnastką”, żeby się przesiąść na Mokotów. A mój stryj z drugiego końca tramwaju krzyknął: „Coś tak się ubrał?”. Takie były komiczne rzeczy.
Nasz punkt zbiorczy był w Królikarni na Mokotowie. Z Królikarni mieliśmy atakować właśnie Woronicza, koszary SS, to jest przykre, bo było straszne jakieś zamieszanie, mniejsza z tym. Dostaliśmy siedem pistoletów maszynowych na ileś osób, dostałem teczkę pełną łódek do karabinów, do mausera, to było jedyne moje wyposażenie. Ruszyło trochę z tymi pistoletami paru facetów, Niemcy ich ostrzelali, to myśmy z tej skarpy na głowie zjechali, błąkaliśmy się potem po tym Mokotowie. Był straszny deszcz, cała noc to był deszcz.
Nasz dowódca, podporucznik Zych, który był ojcem tego autora [niezrozumiałe], bardzo podobny, zdecydował, że to nie ma sensu wszystko razem, musimy wyjść, taki był plan ewakuacji. Myśmy tak wychodzili, przeszliśmy przez Wilanów, pamiętam, właśnie gdzieś przez Natolin, na Skarpie Natolińskiej znowu nas ostrzelali. Tak się dowlekliśmy do Lasu Kabackiego dopiero rano. W Lesie Kabackim było mnóstwo wojska, można powiedzieć „wojska”, tylko przeważnie bez broni, do nich się przyłączyliśmy po prostu. Był też taki epizod, że tam kiedyś były ćwiczenia podchorążówki naszej, było takie osiedle, gdzie byli folksdojcze, którzy wydali ich po prostu, zginęli ci chłopcy. Dowódcy wiedzieli o tym, złapali paru tych folksdojczów, podjechał na koniu dowódca, powiedział: „To trzeba dwóch katyńczyków”, facetów, ich pilnowałem przed rozstrzelaniem, akurat miałem przyjemność całą noc [ich pilnować]. Taki starszy facet i chłopak, jedyna broń, to miałem granat niemiecki trzonkowy, nie wiem, co bym z tym granatem mógł zrobić, ale jakoś oni siedzieli spokojnie. Było dużo jeńców niemieckich, bo oddziały miejscowe, terenowe atakowały stanowiska przeciwlotnicze, były rozrzucone stanowiska, działka jakieś, to jakoś udawało im się zdobyć trochę broni, karabinów maszynowych takich przeciwlotniczych, trochę było rannych… to miejscowe takie oddziały. Nie pamiętam, jak się nazywał kapitan – „Grzegorz”. Tam się tak błąkaliśmy, były mowy, że przejdziemy przez Wisłę na drugą stronę.

  • Który to mógł być dzień?

Pierwsze tośmy się dowlekli 2 sierpnia rano do tych Kabat, błąkaliśmy się, ostrzelali nas z granatników i tak dalej. Drugi, 3 sierpnia tak się błąkaliśmy. Czarnków, była taka jakaś wioska [tam byliśmy]. W końcu poszliśmy do Chojnowa, chyba nie wiem 5 sierpnia może. W tym Chojnowie siedzieliśmy cały czas. Jak Niemcy mogli tolerować takie duże w końcu zgrupowanie ludzi, wystarczy jeden czołg, żeby nas wszystkich rozwalić, ale jakoś nie zrobili, nie wiem dlaczego, to jest zagadka. Normalnie nas ćwiczyli, byli podchorążowie, był taki jeden sierżant przedwojenny, taki typowy sierżant sztabowy, który nas ganiał mocno. Dostaliśmy trochę zrzutów, mieliśmy amerykański taki mały pistolet maszynowy, uczyliśmy się rozbierać, strzelać. Tak to trwało chyba do 17 sierpnia.
Też następnie na ochotnika się zgłosiłem, bo była taka sprawa, że dołączył do nas oddział kawalerii lubelskiej, która się przeprawiała przez Wisłę, na przeprawie wystrzelali ich Rosjanie bardzo dużo, nie Niemcy, Rosjanie. Oni się dołączyli do nas, [dowodził] porucznik „Lanca”, taki typowy, przedwojenny oficer kawalerii. Była sprawa, że trzeba się zgłosić na patrol, żeby iść, zgłosiłem się na ten patrol, mieliśmy właśnie też atakować takie stanowisko obrony przeciwlotniczej, ale okazało się, że już nie ma tego stanowiska, leśniczy współpracował z nami. Przy szosie, która prowadzi do Góry Kalwarii, czekaliśmy na jakąś okazję, żeby coś w końcu zrobić, nadjechał samochód niemiecki, ostrzelaliśmy samochód tych Niemców, nie mogli przestać strzelać oczywiście, bo jak się zacznie strzelać, to trudno ich zatrzymać. Niemcy byli poszatkowani, niestety jeden Niemiec to był Polak, nazywał się Krawczyk, prawdopodobnie Ślązak, ściągnęli szybko buty z nich oczywiście. To był samochód, który wiózł amunicję artyleryjską do dział, które tam stały. Moją zdobyczą był taki duży koc, niemiecki, wspaniały, puszysty koc, wsadziłem [rękę], okazało się niestety, że cały mózg Niemca był w tym kocu, wtedy miałem rękę w mózgu. Tak że szedłem z tym kocem, ciągnąłem go po mchu, żeby go trochę wyczyścić, jakiś podszedł facet, mówi: „Może się zamienimy, to wezmę koc, a mam taki sweterek”. – „Dobrze, oczywiście”. Dałem koc z tym mózgiem, miałem sweterek bardzo fajny, który mi służył jeszcze po wojnie, wycerowany na rękach, na łokciach, jakaś Fräulein to uczyniła.
Potem nas rozpuszczono. Znaczy było tak, że oczywiście broni było na jedną trzecią ludzi, więc najmłodszych żołnierzy (miałem piętnaście [lat], w każdym razie byłem najmłodszy chyba) rozpuszczono po majątkach, byłem w majątku Chyliczki, zakonnice są, dotąd są, one nas przygarnęły. Ale w międzyczasie wiedziałem, że moja siostra jest na wakacjach w Zalesinku, tak że z tych Chyliczek się wybrałem, okazało się, kiedyś moja mama tam była, odwiedzała ją, chciała wrócić do Warszawy, był ostrzelany pociąg, nie mogła wrócić. Tak że moja mama była, starsza siostra, jej dziecko, przygarnęli mnie i mojego brata (jest na zdjęciu też). Jakiś czas siedzieliśmy, potem przyszedł rozkaz, że jednak musimy się do Warszawy w jaki sposób dostać. Próbowaliśmy się dostać znowu do tych Chyliczek, mój brat był, taki jakiś chłopak w krótkich spodenkach, oni postanowili iść jako dzieci zgubione, rodzice w Warszawie, prosto na niemiecką [stronę]. Udało się im oczywiście, bo dzieci, co mamy zrobić, puścili. Wyglądałem zupełnie inaczej, jakoś poważnie. Myśmy dostali cynk, że mamy nocować w Pyrach, przyjdzie po nas łączniczka z „Baszty”, weźmie nas na Mokotów. To było, nie wiem, pod koniec sierpnia. Myśmy wyszli przez Las Kabacki, w którym stała zresztą artyleria węgierska, strzelała przez Wisłę, doszliśmy do wsi Wolica, Wolica teraz jest tutaj, to była wieś. Trafiliśmy na pacyfikację Wolicy, strzelanina była, ludzie wychodzili, oni z płachtami z rękami do góry, ta łączniczka powiedziała: „Nie [idźcie], ja spróbuję, ale wy nie macie szans, was rozwalą”. Myśmy wrócili, tak się skończyło, dlatego rozmawiamy, szczęśliwie dla mnie dosyć.

  • Co się później z panem działo? Ona powiedziała, że nie możecie wrócić?

Ona powiedziała, że nie mamy szans po prostu, bo jest akcja akurat, na naszej trasie była duża akcja SS, [akcja] pacyfikacji, powiedziała: „Nie mogę was wyprowadzać teraz i koniec”. Potem już nie miałem żadnych kontaktów, tak się stało. Potem byliśmy w Ostrowcu Świętokrzyskim, znaczy ja z moją mamą. Zresztą moja mama dosyć przeżyła, wyprawiła mnie na Powstanie, potem drugi raz jeszcze do Warszawy, uważałem, że mam jakiś obowiązek zająć się tak samo trochę rodziną pomimo wszystko. Warszawa się paliła, widzieliśmy wielki nalot amerykański tych twierdz latających, było chyba ich sto sześćdziesiąt, piątkami, rzucali spadochrony, które poszły przeważnie do Niemców. Niemcy strzelali jak głupi, myśleli, że to jest desant. Potem siedzieliśmy już w Świętokrzyskim. Wróciliśmy do Warszawy, próbowaliśmy dostać się w styczniu 1945, nasz dom stał, ale nie było jak się urządzić, byliśmy w Lubelskim, mieliśmy w Nałęczowie taką willę rodzinną, właściwie pensjonat, w tym pensjonacie przetrwaliśmy do 1945 roku. Potem zacząłem chodzić do liceum Lisa-Kuli, które skończyłem na Bródnie, potem od 1947 (zdałem maturę) na Wydziale Architektury do 1952 zrobiłem dyplom magisterski, pracowałem w międzyczasie oczywiście. Taka jest [moja] historia.
  • Jeśli chodzi o takie bardzo prozaiczne rzeczy, jak w czasie Powstania było z ubraniami, żywnością, higieną?

W czasie Powstania? Byłem krótko, jak przeszli na Mokotów ci, co byli, dostali takie kombinezony, miałem to ubranko swoje, mundurek oficerski, jakoś było, mieliśmy jedzenie, zaopatrzenie jakieś od chłopów kupowane czy brane, nie wiem, jakieś było takie mięso nieraz z robakami, to fakt, jakoś żyliśmy tym.

  • Jaka była atmosfera w pana grupie, z kim się pan przyjaźnił?

Niefrasobliwa dosyć, powiedziałbym, mnóstwo kawałów, mnóstwo śmiechu, taka młodzież była fajna. To było naprawdę pokolenie bardzo wyjątkowe chyba, myślę, atmosfera dobra była.

  • Z kim się pan przyjaźnił, ma pan z kimś kontakt z innych oddziałów?

Mam z moim bratem ciotecznym, który przeszedł do Warszawy, był łącznikiem w czasie Powstania, Andrzej Hozer [?]. Mam [kontakt] z drugim kolegą, który zresztą był konstruktorem w moim biurze projektów, nawet z nim rozmawiałem niedawno, on miał taki wywiad też, jak mamy, on nazywa się Zdzisław Zawadzki. […] Poza tym już chyba niewielu żyje. Mam jeszcze paru [znajomych], czasami jakichś kolegów się spotyka, prawie już to są takie niedobitki.

  • Czy w czasie Powstania czytał pan jakąś prasę podziemną, słuchał radia?

Nie, wtedy nie. Przecież myśmy byli w Chojnowie. W Warszawie na pewno to było. Jeśli chodzi o radio, to taki epizod, myśmy mieli [lokatora] w naszym mieszkaniu, wynajęliśmy [pokój], to był Żyd na pewno, widać nie baliśmy się. Tego dnia, jak była inwazja lądowania w Normandii 6 czerwca, mój kolega kupił sobie radio, przyleciałem do tego, byliśmy w schronie, bo był nalot rosyjski, ponieważ Lindleya było koło linii kolejowej, to nie było przyjemne, bo walili, działko zresztą na rogu stało niemieckie, na dachu, powiedziałem, właśnie wylądowali w Normandii. Entuzjazm był, nie baliśmy się, mimo że to był Żyd, ludzie słyszeli, zasadniczo człowiek ufał, że ludzie są w porządku, naprawdę nie było tak wielu donosicieli. Ten moment bardzo dobrze pamiętam, wcale się z tym nie kryłem, wiadomo, że słuchałem radia, [chociaż] nie wolno było.

  • Co działo się z panem od Powstania do zakończenia wojny?

Siedzieliśmy w Zalesinku, potem pojechaliśmy do rodziny mojego szwagra właśnie, co był potem więziony w czasie komunistycznych czasów, do jego rodziców, on był dyrektorem szkoły, jego ojciec pozostał w Ostrowcu Świętokrzyskim. To było dość ciekawie, bo w Ostrowcu Świętokrzyskim był dyrektorem szkoły, w szkole stała kompania SS Galizien, ukraiński SS, zarekwirowali część mieszkania, tak że mieliśmy dwa pokoje, dwa pokoje było zajęte przez gestapo [niezrozumiałe], tak że były przesłuchania przez drzwi, tak to było. Przychodzili do nas pijani, strzelali do lamp, porucznik Graf – taki był dowódca, który po polsku świetnie mówił, on był w „dwójce” polskiej – powiedział: „W tej chwili mogę przejść front, bo mam swojego odpowiednika po rosyjskiej stronie”. To takie zbiry naprawdę. Jeden z nich był biegaczem, twierdził, że dali mu satysfakcję, żeby zastrzelił Kusocińskiego, tak że nie wiem, czy to prawda, takie było towarzystwo. Jak była Wigilia, oni przyszli do nas, powiedzieli: Ein bisschen Gemütlichkeit – siedli z nami do stołu. Bracia mojego szwagra byli w partyzantce świętokrzyskiej, byli w tych takich mundurkach, siedzieliśmy razem, śpiewaliśmy swoje partyzanckie piosenki, oni swoje, bo to był koniec, oni wiedzieli, że jest koniec w 1944 roku, tak że to tak było dziwnie.

  • Później do maja 1945 roku?

Potem front przeszedł, myśmy zaczęli rozpaczliwie szukać jakiegoś [miejsca], pojechaliśmy do Warszawy, która była zrujnowana. Chcieliśmy jechać tędy przez Pragę, most drewniany był, puszczali transporty wojskowe tylko [niezrozumiałe] nie puszczali na most, ludzie stali, myśmy stali. Rosjanie pilnowali tego mostu, [kazali] wziąć dwa brukowce, to wtedy nas puszczą, my wrzucimy kamienie na lód, to staliśmy z tymi kamieniami. Ale w końcu ludzie już nie wytrzymali, zaczęli się pchać, wziął pierwszy i pojechał, w ogóle facet był wysoki, dostał w łeb, na miejscu zginął, to szczęście, że byłem trochę niższy od niego, ludzie oczywiście uciekli w panice. Myśmy do tego Nałęczowa w końcu dotarli jakimiś transportami wojskowymi, wszy nas oblazły… W Nałęczowie siedzieliśmy właśnie do 1945 do jesieni. Potem dostaliśmy jakieś mieszkanko na Pradze przez znajomości, potem zacząłem chodzić do liceum na Bródnie. Zacząłem chodzić do Batorego, bo to było moje gimnazjum, ale dwa tygodnie chodziłem do Batorego, to trzeba było jechać, tramwaje dochodziły tylko chyba na wysokości mostu Poniatowskiego, potem był most pontonowy taki, trzeba było lecieć piechotą na Myśliwiecką. Tak trochę pochodziłem, nie dawałem rady po prostu. Moja mama dostała posadę nauczycielki w gimnazjum Lisa-Kuli, bo znała pięć języków. Poszedłem do gimnazjum, zresztą to nie było złe liceum, bardzo dobre gimnazjum, zdałem maturę w 1947, potem zdałem egzamin na architekturę.

  • Na Politechnikę?

Na Politechnikę. Zepchnęli mnie na kurs inżynierski, bo miałem akurat atak ślepej kiszki, nie zdążyłem zrobić egzaminów, oni szukali, żeby do pracy wszystkich pogonić szybko, ale potem jakoś pracowałem, zresztą od drugiego roku studiów pracowałem. Tak jakoś było, po prostu pracowałem w zakładach kamieniarskich. Miałem taką praktykę nawet, najpierw studencką. Myśmy łazili po gruzach Zamku Królewskiego, zbieraliśmy kawałki kamienia i odrysowywaliśmy profile, żeby można było potem [odtworzyć], profile kamienne gzymsów, obramień, to robiliśmy taką robotę. Poza tym pracowałem w zakładzie kamieniarskim, to było upaństwowione oczywiście, miałem takie budowy jak pałac Zamojskich, pałac Potockich, Sakramentki, pałac Sołtyka, to były roboty kamieniarskie wszystkie, Wilanów, Łazienki.
Jeśli chodzi o ciekawostkę – Wilanów, takie posągi z tyłu stoją, te posągi osobiście ukradłem z Niemiec, ze Śląska, znaczy z polskiego Śląska już wtedy, koło Oleśnicy. Dali mnie dźwig, ekipę, powiedzieli: „Potrzebujemy zejść”. Pojechaliśmy tam, to był taki niemiecki zrujnowany pałacyk koło Oleśnicy, stały posągi, myśmy posągi załadowali, przyjechały, stoją. To są moje posągi, nikt tego nie wie, tak było.
Potem pracowałem w „Miastoprojekt” Stolica Północ od 1951, dostałem nagrodę mistrza techniki, dostałem dwa wicemistrzostwa Warszawy, budynki na trasie Jana Pawła po prawej stronie są moje wszystkie. Potem była taka ankieta, że kto by chciał jechać na pracę za granicę, czy zna język? Anielski znałem, moja mama znała języki obce, angielski znałem od dziecka, właściwie jako jeden z niewielu wtedy znali angielski. Zapomniałem o tym, po dwóch latach dostałem telefon z Ministerstwa Handlu Zagranicznego, że mam się zgłosić, bo jest ewentualnie możliwość wyjazdu do Afryki do pracy. Zgłosiłem się, siedziałem w Ghanie w sumie osiem lat z przerwami. Potem wróciłem do Polski, wyjechałem do Nigerii, siedziałem następne sześć lat. Stan wojenny – zdecydowaliśmy, że nie ma co wracać, siostra moja, córka była w Anglii od 1977 roku już od dawna z dziećmi, ze wszystkim, syn akurat przed samym stanem wojennym przyjechał do nas, do Nigerii i doszliśmy do wniosku, że trzeba jakoś się urządzać. Pojechaliśmy do Kanady. Było bardzo łatwo wtedy, Polakom dawali wizę od razu. W Kanadzie nie było wiele szczęścia, pracowałem jakoś trochę tak, trochę owak. Potem w końcu byłem w ONZ takim wolontariuszem właśnie w Polsce. Tak się zaczął powrót do Polski.

  • Kiedy pan wrócił do Polski na stałe?

Pierwszy raz przyjechałem w 1991 roku, miałem taką wizytę tylko, a potem w 1993 przyjechałem już na kontrakt krótki do Świnoujścia, na pół roku, potem wróciłem do Kanady. Po jakimś czasie mnie znowu prosili, Kanada oficjalnie pomagała w tej wysyłce, pojechałem drugi raz na pół roku, a potem od 1995 już miałem kontynuację, roczne kontrakty do 2000. […]

  • Wracając do Powstania, czy później pan o nim rozmawiał z kimś, czuł, że pan jest jakoś szykanowany przez to, że pan brał w nim udział?

Za komunistów?

  • Tak.

Trochę tak, ale nie bardzo. Myślę, że to moja spekulacja, że wiedzieli dobrze, że mój ojciec został zabity, jakąś miałem tarczę ochronną chyba. Naprawdę nie powinienem mieć zgody na wyjazd na kontrakt za granicę, nie powinienem z moimi koneksjami. Moja mama pracowała w ambasadzie amerykańskiej, mój szwagier siedział skazany najpierw na śmierć, potem na dożywocie, rodzina nie była taka prawomyślna. Miałem pewne szykany osiągnięć pracy, później to nie, tutaj pracować to nie, chciałem jakąś ciekawszą pracę robić, robiłem. Tak że tego rodzaju sprawy były, ale jeśli chodzi o wyjazd pierwszy, to był pierwszy wyjazd w ogóle, nas pojechało dwadzieścia pięć osób, po prostu prawie nikt nie znał angielskiego. Musiałem z Murzynami, którzy przyjechali na interview rozmawiać, [bo] nikt nie bardzo [rozumiał], nie bardzo mogli mnie odrzucić, oczywiście oni byli zachwyceni, że mogli nareszcie z kimś się dogadać. Tak że dostałem ten wyjazd, sam się dziwię zresztą, bo chodzi o zaszłości polityczne, inne, AK – wiedzieli, że byłem w AK, to nie powinienem był wyjechać, ale jakoś tak się stało, że wyjechałem. Potem, jak już wróciłem trochę głupio po pierwszym kontrakcie, to uznali, że jestem bezpieczny, mogą mnie puszczać, tak to było.

  • Czy chciałby pan powiedzieć coś o Powstaniu, jeżeli chodzi o swoje własne przemyślenia?

Powiedziałem to. Byłem szczeniak, miałem piętnaście lat, miałem background wojskowy: ojciec był oficerem, pułkownikiem, brat był w wojsku, otoczenie moje prawie od urodzenia było wojskowe. Spotykali się z tymi generałami wszystkimi, bo ojciec był komendantem sanatorium wojskowego w Kościelisku, to było miejsce, gdzie przyjeżdżali wszyscy wyżsi wojskowi, łącznie z prezydentem, ze wszystkim. Miałem taki kontakt dosyć, jak to się mówi, dość bliski, naprawdę. Widziałem Piłsudskiego (to już niewiele osób, [które] widziało Piłsudskiego, [żyje]), widziałem ostatnią defiladę w 1934 roku, w listopadzie na Polu Mokotowskim, ojciec był z ramienia wojskowych prezydenta [dostał sygnet] – dwadzieścia takich sygnetów na świecie – ojciec dostał od prezydenta, reprezentował służbę sanitarną. Mieliśmy miejsca na trybunie. Przyjechał Piłsudski, on był ciężko chory już, to był jak prąd elektryczny, człowiek był jakimś magnesem, naprawdę, miałem siedem lat chyba, coś takiego. Wszedł na trybunę, była wielka defilada, listopad, pogoda marna, człowiek schorowany trzy godziny stał na trybunie, adiutant ciągle podsuwał krzesło, on odpychał to krzesło, stał trzy godziny. Tak że to było. Widziałem cały pogrzeb Piłsudskiego, ponieważ ojciec był związany z zamkiem, z prezydentem, dostaliśmy się do katedry świętego Jana, kolejka była taka, że aż deszcz parasoli do Kopernika sięgał od katedry, nas puszczono z boku, widziałem, trumna stała tak wysoko. Potem, mój wujek miał kamienice na Nowym Świecie, na balkonie widzieliśmy cały pogrzeb, który jechał na lawecie do Pola Mokotowskiego, gdzie była defilada. Zresztą mam bardzo ciekawą rzecz, bo mam Światowida oryginalnego z pogrzebu Piłsudskiego, mój ojciec niosący wieniec od prezydenta. To naprawdę jest jak relikwia, po prostu tych rzeczy nie ma, mnie się udało to zdobyć, nawet nie wiem gdzie. Tak że śmierć Piłsudskiego to było wielkie [wydarzenie], teraz [śmierć] papieża też oczywiście, nie byłem tutaj, byłem w Kanadzie, też tam było bardzo obserwowane. Ale Piłsudski był znienawidzony przez część społeczeństwa, przecież wiadomo, że zamiast Narutowicza to on miał być zastrzelony przez tego Niewiadomskiego. Moja rodzina była związana o tyle, że ojciec był związany z tym trochę, chociaż nie był piłsudczykiem, mama była, mama była w Legionach. Siostry chodziły do szkoły, takie było przedszkole wojskowe w Belwederze prowadzone przez panią Piłsudską, tam chodziły, potem do Szachtmajerowej, było takie słynne gimnazjum właśnie z córkami Piłsudskiego. Wanda Piłsudska przyjeżdżała do nas na wakacje do Kościeliska, znałem ją bardzo dobrze, to była urocza pani, Jagódki nie pamiętam, ale Wandę bardzo dobrze. Tak że takie mieliśmy ciekawe dosyć znajomości. Zresztą mogliśmy pojechać do Szwecji, panią Piłsudską spotkała mama we Wilnie, kiedy ta jechała z córkami właśnie do Szwecji, chciała jej załatwić przelot, ale ponieważ mama miała pod opieką narzeczoną mojego brata, to raz, a poza tym ojciec był w niewoli rosyjskiej, nie chciała tracić kontaktu, nie pojechaliśmy. Tak że to była taka decyzja też, mogliśmy wojnę przeżyć jakoś inaczej trochę, ale tak było.

  • Chciałby pan jeszcze powiedzieć coś na temat Powstania tak od siebie, swoje jakieś zdanie?

Zdanie moje jest jasne, mówiłem: mnóstwo entuzjazmu, wspaniała młodzież, dowództwo, które było, moim zdaniem, nie na poziomie, szafowało tym życiem ludzkim trochę za łatwo. Nie mówię o naszym, bo myśmy składali tą przysięgę, trudno, ale wziąć na siebie odpowiedzialność za tysiące ludzi zabitych, cywilnych, to nie wiem, jak bym mógł żyć nawet w takiej sytuacji, przecież to była makabra, widziałem tych ludzi, bo myśmy wracali do Świętokrzyskich, właśnie do Ostrowca, wtedy wychodzili ludzie z Warszawy akurat.

  • Dokąd pan szedł?

Jak z tego Zalesia (nie było co robić, zrobiła się już jesień) pojechaliśmy do rodziny mojego szwagra, jechaliśmy tak na obrzeżu Warszawy, wtedy wychodzili ludzie jeszcze z Warszawy w strasznym stanie. Tak że naprawdę jakoś lubimy się bawić w takie rzeczy, wszystkie powstania właśnie to były nieszczęścia. Rozumiem ludzi, którzy w tym momencie przeżyli pełnię swego życia, bo ludzie czasami, którzy nie byli może czasami ciekawi, ale w tym Powstaniu czuli się bardzo ważni. Dlatego nie chcę mówić nic takiego, co by ich zabolało, bo oni wiedzą, że to było potrzebne, że musiało tak być. Moim zdaniem nie musiało, ludzie mówią: „Ta młodzież była taka zapalona, to by wyszli na ulicę sami”. To jest nieprawda, myśmy byli szczeniackim wojskiem, nie wyszlibyśmy na ulicę bez rozkazu, o tym nie było mowy. Jakieś epizody mogłyby być, ale na pewno w masie nikt by takiej rzeczy nie zrobił. Myśmy słuchali rozkazów po prostu. Tak że takie tłumaczenie, że ono musiało być, to jest nieprawda, [tłumaczenie] w sensie jakiegoś zapału. Zapał był oczywiście, jakaś nadzieja, ale samo Powstanie raptem z siebie się nie stało, musiało być zorganizowane przez dowództwo, tak jest, jak mówię, po prostu przeżyłem duże rozczarowanie osobiście, bardzo duże rozczarowanie. Mówiło się, że to w nocy miało być, brygada spadochronowa wyląduje, takie brednie, wiadomo, że brygada spadochronowa w życiu nie byłaby wysłana, Anglików nie byłoby jak wysłać nawet, to było takie jakieś kompletne. Oficerowie wyżsi wierzyli w to, jak to jest możliwe, to nie wiem, ale tak było. Przed samym Powstaniem mnóstwo młodzieży zostało wysłanej z Warszawy w teren, całe transporty poszły w teren. Warszawa zasadnicza nie miała mieć Powstania, to zostało podjęte jakoś spontanicznie w ostatnich tygodniach lipca wydaje mi się, całe transporty zostały wywiezione z Warszawy, nic nie robili. Jest dużo literatury na ten temat, przeważnie jakoś takiej entuzjastycznej dosyć, ale nie wiem. […]




Warszawa, 17 stycznia 2011roku
Rozmowę prowadziła Joanna Faryna

Zobacz także


cywil

Jarosław Hulley

Jak wyglądała pana sytuacja rodzinna przed wojną? Urodziłem się w 1933 roku w Warszawie z...

więcej
cywil

Jerzy Wiesław Kowalczyk

Nazywam się Jerzy Wiesław Kowalczyk, urodzony w Warszawie 22 marca 1931 roku. W czasie Powstania mieszkałem na...

więcej
strzelec

Tadeusz Roszkowski „Komik”

Nazywam się Tadeusz Roszkowski. Mieszkam w Warszawie. Jestem wdowcem. Moja żona nie żyje już jedenaście lat. Była...

więcej
strzelec, amunicyjny, obsługa PIAT-a,

Wiktor Listopadzki „Wróbel”

Nazywam się Wiktor Listopadzki. Urodziłem się 2 czerwca w 1922 roku w miejscowości Przysucha, to jest na...

więcej