Włodzimierz Andrzej Grzybowski

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Włodzimierz Grzybowski, urodzony 26 września 1932 roku w Warszawie. Na Żoliborzu mieszkałem wtedy w domach ZUS-u.

  • Gdzie pan był podczas Powstania, w jakiej dzielnicy?


Już od trzydziestego szóstego roku i podczas Powstania mieszkałem na Mokotowskiej 36, mieszkania najpierw 3, a potem nas przerzucili do mieszkania numer 2, z kwaterą niemiecką.

  • Proszę pana, proszę opowiedzieć, w jakiej rodzinie się pan urodził. Kim byli pana rodzice?


No więc mój ojciec był oficerem, kończył szkołę kawalerii oficerów w Grudziądzu. W dwudziestym roku brał udział w obronie Warszawy jako młody ochotnik, a potem tę szkołę skończył i służył chyba w 7. pułku ułanów i w szwoleżerach. A od trzydziestego szóstego roku mieszkaliśmy już na tej Mokotowskiej i tam się już urodził mój brat, ojciec przeszedł do cywila i zaczął pracować w Ministerstwie Skarbu, u ministra Kwiatkowskiego. Dyrektorem gabinetu ministra był pan Jan Tatarkiewicz, znana osobistość i ojciec był takim pracownikiem.

  • Proszę podać pełne imię i nazwisko ojca.


Włodzimierz Antoni Grzybowski [„Poraj”], a przed wojną to był chyba przydomek szlachecki, Grzymała-Grzybowski.

  • Proszę pana, urodził się pan w trzydziestym drugim roku. Co pan pamięta z tego okresu do wybuchu wojny? Jaka ta Warszawa była, co panu się utrwaliło w pamięci?


No więc ja się urodziłem w rodzinie dość zasobnej, można powiedzieć, to była rodzina ziemiańska. Mój ojciec urodził się i pochodził z Ciechanowskiego, miejscowość Ojrzeń. I ponieważ tak tam się stało, że bolszewicy od razu przyszli, już dwudziesty rok, ojciec dostał się do wojska, brat ojca też do wojska, siostra zmarła, rodzice zmarli i tam po wojnie gospodarzem w tym majątku… To nie był tam wielki majątek, ale był, znaczy to się nazywało właśnie ziemiaństwo, prawda… No i… A ojciec tutaj pracował potem w Ministerstwie Skarbu. No, moja mama była raczej takim, powiedzmy, w domu, trochę w radio występowała, takie tam chwilki różne, lotnicze. Zarabiała w ten sposób na swoje sprawy.

  • Proszę pana, jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku? Gdzie pan był?

 

Tak. 1 września trzydziestego dziewiątego roku byłem w Józefowie, niedaleko Świdra i zaczęło się w ten sposób, że zawyły syreny, leciały samoloty, usłyszeliśmy bomby. W pewnym momencie za tym letniskiem naszym, bo to było letnisko, spadł samolot, rozbił się. Jako takie małe dziecko naturalnie pobiegłem zobaczyć. No, zobaczyłem, straszna rzecz. Rozwaleni ci lotnicy, części od samolotu, wszystko. Pierwszy, okropny wstrząs.

  • Miał pan wtedy siedem lat.


Tak.

  • Czy rodzeństwo też z panem pobiegło?


Nie, rodzeństwo to był malutki braciszek, miał… Zaraz, to ja miałem siedem, to on miał trzy latka, to on nie zdążył za mną. Całe szczęście, bo nie było co oglądać. W każdym razie tam żeśmy po prostu na drugi dzień… tu matka nas zabrała, tego, tam sąsiadka przyszła też, też dzieci i na drugi dzień przyjeżdża platforma z końmi. Ojciec przysyła z Warszawy: „Natychmiast uciekajcie tam gdzieś na wschód”. Do jakiej miejscowości, nie wiem. Dość tego, żeśmy zebrali taką ucieczkę i w tej ucieczce brali [udział] sąsiedzi, my, państwo Wąsowiczowie i jeszcze ktoś. I uciekaliśmy tutaj na Garwolin, tędy, omijając Warszawę, bo taki mieliśmy przykaz od ojca i od tego furmana, co przyjechał, wioząc tę platformę. To było niepotrzebne, bośmy dojechali aż do granicy tej obecnej na Bugu, tam przy tej Białorusi.

  • Jak pan tę drogę wspomina?


Okropnie. Garwolin był strasznie zniszczony i w tym czasie myśmy przez Garwolin jechali. Waliło się, paliło się, myśmy biegiem po prostu, biegiem koni, pędem uciekali do jakiegoś lasku. Tam żeśmy się położyli na ziemi i mama nas kocami przykryła, co wydało się śmieszne, bo co to za ochrona, ale jednak jest ochrona. No i tam żeśmy przeczekali to bombardowanie Garwolina i tam tych wszystkich okolicznych [miejscowości]. I stamtąd żeśmy jechali dalej na wschód, aż do Bugu. A zza Bugu to już szli Rosjanie, co było znowuż wspomnieniem okropnym, bo w tym momencie wpada ta taka, no, jak to się nazywało wtedy, chłopka taka, gospodyni wiejska, wpada i mówi: „Słuchajcie, przebierajcie moje szmaty, dawajcie swoje ciuchy pańskie, bo was pomordują”. My się przebieramy w straszliwym strachu i że jesteśmy jakieś kuzyny tych ludzi, bo Rosjanie mordują inteligencję. Pamiętam, że miałem takie spodnie założone jakieś, śmiesznie to wszystko wyglądało. No i rzeczywiście, wpadli bolszewicy i tu dostałem, ja dostałem wtedy jakiegoś szoku, bo oni wpadli, zaczęli dusić drób, a ja całe życie kocham zwierzęta, wszystkich. To było makabryczne wspomnienie i straszne. Nie to, że to było normalnie jakieś obcięcie, tylko łapali i tak dusili, w ten sposób. Takie biedne, trzepotały się. Ja od tego czasu nie jem drobiu, po prostu nie mogę.

  • Co pan jeszcze zapamiętał z tego przyjścia bolszewików?


Oczywiście bolszewików, to że oni tam zaczęli wrzeszczeć, matkę zaczęli szarpać, ale ta gospodyni była jakaś fajna, bo coś tam do mamy mówi, że cieżej budie… i trochę zaczęła mówić, nie rosyjskim, nie polskim, tylko tą taką gwarą, jaka była. I oni się wszystko porozumieli z tym ruskim. Wodku! Jak woła wodku, to będzie dobrze wszystko. Oni zaczęli chlać, my żeśmy się schowali tam jak najbardziej od nich, no i sekunda, ci bolszewicy do drugiej wsi przeszli i przyjeżdża nasz ojciec.

  • Czy pamięta pan, w jakiej wsi się zatrzymaliście?


Nie pamiętam, to była nad Bugiem wioska, nie pamiętam, nie pamiętam.

  • I co, przyjeżdża ojciec?


Przyjeżdża ojciec z panem Wąsowiczem, łapią nas, mają drugie jakieś konie. Tutaj kupują od tych jakieś te, ładują nas, wszystkich tych warszawiaków i jeszcze jakichś innych i [uciekamy] od bolszewików – lepiej u Niemców, jak u bolszewików.

 

  • A czy ojciec był w mundurze, czy już był w ubraniu cywilnym?


Ojciec już był w ubraniu cywilnym, bo był już w ogóle z wojska reklamowany, dlatego że opiekował się skarbem państwa, bo pracował w Ministerstwie Skarbu, więc ci panowie oficerowie to raczej pilnowali pewnych, ja wiem, zasobów… jednocześnie Bankiem Gospodarstwa Krajowego. To takie były jakieś coś… Też nie wiem, co to było, ale coś było, że był ojciec takim bardzo ważnym człowiekiem. Aha, i dalej do Warszawy.

  • Czym jechaliście do Warszawy?


Tymi końmi.

  • Też końmi.


Tak, ale już lepsze konie, ojciec to inaczej [zorganizował], nie takie biedne „uciekiniery”. Przyjechaliśmy do Warszawy, Niemcy byli wszędzie. Przerażenie.

  • Pamięta pan, kiedy to było, jaki miesiąc?


To było miesiąc po tym, jak Niemcy się dostali do nas i potem jeszcze jakieś defilady robili, coś. To już niedawno było zaraz. Myśmy przyszli, to już nasze mieszkanie było…

  • Czyli to już było po kapitulacji Warszawy?


Po kapitulacji Warszawy. Już było po tym przejściu defilady z Hitlerem, jak myśmy przyjechali. Akurat wtedy było, myśmy tam przyszli do mieszkania, mieszkanie rozwalone, pokradzione wszystko, co cenniejsze.

  • Proszę przypomnieć, na jakiej ulicy państwo mieszkaliście?


Cały czas już wtedy mieszkaliśmy Mokotowska 36 mieszkania 3, a potem żeśmy zmienili na 2. To Niemcy nas przesadzili, ponieważ tam była kwatera wojskowa u nas, a tam uparła się jakaś folksdojczka mieszkać w naszym mieszkaniu, koniecznie chciała mieć to mieszkanie.

  • Jak pan zapamiętał przyjazd do Warszawy? Pełno Niemców, tak?


Pełno Niemców, legitymują, zatrzymują, ale jakoś tam ojciec sobie dawał [radę]. Jest jedna rzecz, co chciałem [opowiedzieć] z wspomnień ojca, bo ciągle jest… Ojciec znał perfekt język niemiecki, dosłownie mówiąc takim berlińskim akcentem. I on zaczął z nimi rozmawiać. Inna rozmowa była. No i wskazywali: „Ja jestem polskim oficerem, proszę tego… ale teraz jestem w cywilu, to moja rodzina”, tam coś tak mniej więcej ja słyszałem. Tam mama powtarzała. Mama w strachu, tylko dzieci trzymała.

  • Mówił pan, że ojciec się przyznał Niemcom, że jest polskim oficerem?


Tak, że jest polskim oficerem, ale nie brał udziału w wojnie i wraca teraz do domu z rodziną, tam coś mówił w ten sposób i Niemcy, nie można powiedzieć, w tym wypadku puszczali. No w ogóle Niemcy byli… Raczej oni wtedy szukali Żydów, a taka inteligencja polska to na razie [nie], dopiero później ich zaczęła obchodzić. W tym momencie, teraz puścili, a potem dopiero się zaczęło w czasie okupacji. Niemcy zaczęli się interesować wszystkim, zaczęli szarpać ojca, zamknęli w alei Szucha i został wykupiony przez moją mamę. Zresztą powiem, że Żyd pomógł. To był świetny Żyd. Oni się dzielili, Żydzi się dzielili, dawali takie łamy. Biedota, hołota żydowska, niesamowita, brudna, krzycząca, wrzeszcząca i wielcy, bogaci panowie. I ten był właśnie właściciel dwóch fabryk, czegoś tam takiego, ten Żyd.

  • Pamięta pan, jak się nazywał?


Gagucki. On wiedział… Mama nie mogła dojść, gdzie ojciec jest, a on mówi: „Pani Grzybowska, pani wie…”, bo wiedziała, że on… Na przykład przyjeżdżał do niego jakiś gestapowiec i płacił olbrzymie pieniądze. Ruble, dolary, nie polskie, to nie było warte. I on się tak opłacał i on cała wojnę przeżył w Komorowie pod Warszawą. I on podał adres Niemca, który, jak to się mówiło, bierze. Mama nawiązała w jakiś sposób, to już nie wiem, ten kontakt z tym Niemcem i Niemiec, tu powiem ciekawostkę, pierwsze, co zaproponował mojej mamie, to zapytał się, a polskie pochodzenie, absolutnie polskie, nie żydowskie, nie takie. „To ja pani zaproponuję, zginęła moja żona, dwoje moich małych dzieci, ja zwolnię pani męża, pani moje dzieci weźmie teraz, bo pewnie i ja zginę, i wychowa ich. Widzę, że pani mówi po niemiecku”. Mama na to odpowiedziała, że nie może tego zrobić, ponieważ dla dzieci niemieckich nie będzie prawdziwą matką. A on to inteligentny [człowiek], jakiś tam Obersturmbannführer. Mówi: „Proszę pani, wobec tego musiałbym kogoś innego znaleźć, a to będzie kosztować”. Ona mówi: „Proszę bardzo, mam złote ruble, carskie jeszcze”. – „To pani zdobędzie jakąś sumę, to powiemy”. No, ona naturalnie pojechała do swojego ojca i do swojej cioci. To byli państwo, którzy uciekli przed bolszewikami i właśnie mieli te ruble złote.

  • Jak się nazywała pana mama z domu?


Zakrzewska. I pojechała do dziadka i potem do tej cioci. Ona była strasznie bogata ciocia. Znaczy „ciocia” – dla mnie to była absolutna staruszka (jeszcze jej zdjęcie tu mam). W każdym razie mój tatuś ją nazywał Rokoko, tak sobie, bo ona taka: Kto, tego…”, tu wszystko. „O, tu idzie Rokoko”. – „Cicho bądź – mama mówi – bo babcia najważniejsza. Babcia Teresa ze straszliwym złotem uciekała przed bolszewikami”. I ta babcia, dziadek naturalnie dali mamie. Jak ja zobaczyłem to złoto, to dzisiaj to majątek byłby. To z pół teczki złotych, carskich rubli.

  • Mówił pan o tym, że mama dostała od rodziców ruble.


I od tej cioci przede wszystkim, od tej bogaczki, która uciekała przed bolszewikami, ale z rublami, tak że kupiła sobie jeszcze apartament piękny w alei Róż, przy Chopina. Ojciec na Pradze miał, dom kupił i sklep. No i z tego tak musieli żyć. To byli już tacy uchodźcy, prawda.

  • No a mama wzięła te pieniądze i poszła do tego Niemca?


Znaczy nie, on kazał czekać. I przyszedł ten Niemiec. „Zgadza się, jutro pani ma męża”. No i jutro czekamy. I rzeczywiście, tak jak on powiedział, w południe otwierają się drzwi, wchodzi ojciec. Ja, bujając się na huśtawce, dosłownie głupieję w tym momencie. Mama, akurat jeszcze była taka przyjaciółka, sąsiadka, pani Florianowa, w płacz, krzyk, rzucają się. I wszystko jest dobrze, to uciekamy do Komorowa. Uciekamy do Komorowa, bo w Komorowie mamy letnisko. Wtedy mieliśmy w Komorowie, bo przedtem gdzie indziej, a tu już w Komorowie było letnisko. Uciekliśmy wtedy do Komorowa, a to był czerwiec. Aha, to jeszcze się zbiegło z imieninami mamy, 16 czerwca, ona Alina.

  • Czyli to był rok czterdziesty?


Czterdziesty czwarty.

  • Zaraz, zaraz. Mówimy o tym, że ojciec był aresztowany przez Niemców i był w alei Szucha.


Tak, ale to było już w czterdziestym czwartym roku.

  • To dopiero w czterdziestym czwartym, tak? To wróćmy do początku okupacji.


Aha, początku okupacji. No to ojciec dostał konie z tego majątku od stryjka.

  • Wróciliście do Warszawy?


Do Warszawy. I założył przedsiębiorstwo przewozowe.

  • Aha. A pan kiedy zaczął chodzić do szkoły?


W czterdziestym roku.

  • W czterdziestym.


Tak.

  • Pamięta pan, jak się szkoła nazywała, jaka to była szkoła?


To była szkoła prywatna pani Chrząszczewskiej, na rogu Pięknej i Mokotowskiej.

  • Jak pan tę szkołę wspomina?


Szkołę bardzo dobrze, ale znowuż tragiczne zakończenie po dwóch latach, bo to było potajemne, bo Niemcy niby pozwolili, ale kontrolowali, ciągle badali, czy nie ma Żydów, czy nie ma tego, czy nie ma tamtego. Któregoś dnia wpadli, wtedy byłem chyba (ja się dostałem od razu do drugiej klasy) w czwartej klasie, już nie pamiętam dokładnie. I aresztowali panią Chrząszczewską, aresztowali panią Gutakowską, dyrektor i jeszcze naszą wychowawczynię, nie pamiętam nazwiska, a nas, jak takie psiaki, [puścili] do domu i poszli.

  • To był który, czterdziesty drugi rok?


To był czterdziesty drugi rok, tak mniej więcej. Już wtedy nie wolno było – żadnej więcej, nie wolno żadnej szkoły, bo to więzienie, bo to straszliwe rzeczy. Ja, w każdym razie, jeszcze się potem uczyłem w Komorowie w tej wiejskiej szkole, tak że ja po wojnie miałem zaliczone sześć klas i tam potem jeszcze mnie prywatnie profesor Bieda z Liceum Krzemienieckiego przygotowywał.

  • w czasie okupacji pan w Komorowie się też uczył?


Tak, w szkole tej. To znaczy po prostu chodziłem tam tylko. To była taka forma, jak się to dzisiaj nazywa, eksterna. Przychodziłem, coś tam z profesorami, pytali mnie to, dobrze wszystko.

  • I wracał pan do Warszawy, tak?


Nie, bo tam mieliśmy to letnisko na ulicy Słowackiego.

  • Dobrze, czyli pan w Warszawie był w czterdziestym drugim roku, potem w Komorowie tylko na letnisku i potem wracał pan na rok szkolny w tym okresie do Warszawy?


Tak. Albo była szkoła, albo nie było szkoły. Siedziało się, przychodzili do mnie koledzy czy do kolegów, kto jakie miał warunki. Między innymi moim kolegą był Andrzej Sieroszewski, to jest wnuk pisarza naszego. Jak on miał na imię? Wacław chyba, Sieroszewski, tak, dobrze mówię, pisarz, znany pisarz. To był jego wnuk, mieszkał niedaleko nas. On do mnie przychodził, Andrzej Siedlecki przychodził do mnie, Rochowicz Wojtek i tak żeśmy urządzali wojny. To znaczy masę miałem… chłopaki się zawsze interesują takimi rzeczami. Miałem fortecę, miałem wojsko ołowiane, oni mieli też, przynosili.

  • Bawiliście się, a nie uczyliście się razem?


No, w pewnym sensie mama tam nas od czasu do czasu, a to historią, a to geografią, a to takie te, ale już tych ścisłych, matematycznych, nie, w ogóle nie było komu nas uczyć. Bo jeszcze u nas była gosposia, taka fajna dziewczyna, Anielcia, i ona gimnastykowała nas, prowadziła nas na spacery i tam takie różne.

  • Gdzie pan na te spacery chodził?


Do parku Ujazdowskiego, do Łazienek. O, i tu mieliśmy jedno też straszne przeżycie. Mianowicie byliśmy z mamą, bodajże to było w Łazienkach, to było po śmierci stryjka z Mauthausen-Gusen.

  • Jak się stryjek nazywał?


Grzybowski Bogdan z Ojrzenia. Był tam właśnie, prowadził to gospodarstwo, ale wtedy nie prowadził, bo przecież Niemcy w czterdziestym roku go zamknęli w Mauthausen-Gusen i przyszło zawiadomienie o śmierci stryjka. I mój brat, który miał wtedy… Czterdziesty jakiś drugi rok, może coś takiego, to on miał wtedy trzy, pięć latek, mały był taki dzieciak, ja byłem już starszy, rozumiałem wiele, strasznie był rozżalony, bo stryjek do nas przyjeżdżał, przywoził, bawił się z nami. W tym parku zobaczył Niemca, lotnika niemieckiego. Jak podskoczył do tego Niemca, kopnął go, krzycząc: „Ty, Niemcu, ty zabiłeś mi stryjka”. Niemiec odwrócił się i za nim. Naturalnie uciekał gdzie? Do mamusi, a mamusia siedziała na ławeczce w żałobie, bo to stale była w żałobie, stale ktoś umierał, ktoś ginął i zaczął mamusię bić po twarzy. I: „Ty taka, owaka”. Potem pyta się, czy Polka, czy Żydówka, czy jak. Mama pokazuje, że Polka. „To nie ucz mi dzieci tak, dzieci mają wiedzieć, że Niemcy to dobrzy ludzie, to Żydy paskudne”. Tak jak to Niemiec wtedy. W końcu on sobie poszedł, mama nas wzięła, siną twarz miała całą.

  • I pan to widział?


Ja to widziałem. Ja jeszcze dopadłem i złapałem braciszka, bo on przerażony patrzył, aż miał ochotę go drugi raz kopnąć, jak to taki dzieciak. No i mama nas wzięła i poszliśmy do domu. To było takie wspomnienie bardzo przykre z tego czasu.

  • Co pan jeszcze pamięta z okresu okupacji?


To z czasów okupacji, tak. No i potem przyszło znowu to, że tego, ale ojca aresztowali zupełnie nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, nie wiadomo co. I było wykupienie ojca, i siedzieliśmy w Komorowie, w ogóle baliśmy się.

  • Przepraszam, czyli wykupienie ojca i powrót ojca do domu był w czerwcu czterdziestego czwartego roku?


Tak jest, tak, bo wrócił ojciec, potem wrócił w czerwcu, żeśmy tam przesiedzieli w lipcu, ale dla Powstania ojciec miał rozkaz stawić się w Warszawie, bo będzie to i tamto.

  • Czyli ojciec był w konspiracji?


Ojciec był w konspiracji.

  • Oczywiście pan o tym nie wiedział.


W pewnym sensie może ja się domyślałem wielu rzeczy, dlatego że u nas najpierw mieszkał pułkownik niemiecki Klein, ale był on bardzo fair, nie można powiedzieć. Jak wchodził do mieszkania, wykręcał sobie ten Hakenkreuz, a był w cywilu, on był kwatermistrzem jakimś. Koniec końców on tam się czymś naraził i wysłali go na wschód, a u nas zamieszkał niby Węgier i chorągiewka węgierska, mieszkanie. Bo nas, jak przerzucili z mieszkania tego, jak mówiłem, do mieszkania numer 2, to było mieszkanie chyba pożydowskie, bo tam mieszkał doktor Krauze, ale doktor Krauze był chyba ożeniony z Żydówką i musiał za nią iść do getta czy chciał po prostu, jak ją wzięli. Tak że nam dali to mieszkanie, a to nasze mieszkanie zajęła Niemka. I to było na samym rogu Pięknej i Mokotowskiej. To było jeszcze w czasie wojny. I teraz tam żyjemy, tak jak mówiłem, jeździmy na letnisko do Komorowa. Tutaj z ojcem ta historia w czerwcu i zaczyna się Powstanie. A zaczęło się wcześniej, gdzieś o godzinie drugiej przyjeżdża cysterna z benzyną pod naszymi oknami.

  • 1 sierpnia?


1 sierpnia. I w tę cysternę któryś z Powstańców rzucił butelkę z benzyną. Ta cysterna się zapaliła, ogień z całej cysterny poszedł na cały nasz dom i głównie na to nasze narożne mieszkanie. Tu zaczęło się palić… To się tak dziwnie jeszcze paliło, jak sobie przypominam, że ta jakby woda ognista leciała, a to leciała ta benzyna. Mój ojciec wpadł i naturalnie jego ratunek, powiedział i to bardzo dobrze powiedział, że to nie leje się woda, nic nie tego, tylko złapał jakieś koce i dusił, że to trzeba w ten sposób gasić. No, ja stałem przerażony i w tej chwili wali ktoś do drzwi. Otwieramy drzwi, stoi ten szofer przerażony i po śląsku tak tą gwarą mówi: „Ja Polok, ja Polok”, ja tamto… A za nim już Powstaniec, już tego… No i ojciec go tutaj wpuścił do korytarza, on pomagał ugasić tamto, razem lali. Ten Ślązak potem przeżył, ojciec go obronił, on tam prosił o to, że on ma dzieci i był przymusowo wzięty do wojska niemieckiego, tak jak było. No i potem go widziałem w tych takich zespołach Niemców, co chodzą, sprzątają, w czasie Powstania. A myśmy zeszli do piwnicy. I w tej piwnicy, i pani Wierzchoniowa, i państwo Szpakowscy, i Florianowie – wszystko to na kupie siedzą i trzymają nas tam. Tutaj jacyś dziwni jeszcze byli, tam właśnie Powstańcy byli dziwni, bo to byli…

  • Co to znaczy, dziwni?


Bo to byli akowcy, ale byli jeszcze PAL-owcy, czyli nie AL, Armia Ludowa, tylko Polska Armia Ludowa. Jak się dowiedziałem od ojca, to byli tacy, co współpracowali właśnie z AK trochę, żeby nie zabierali ze Lwowa i tak dalej, i oni się robili takimi współpracownikami ludowymi. To była bardzo mała organizacja, ale była taka organizacja, PAL, Polska Armia Ludowa, nosili takie opaski nawet. I oni byli trochę dziwni, myśmy się ich bali, bo tacy ostrzy, tacy nie bardzo zachowujący się wobec ludzi, bo akowcy to pomagali wszystkim. Cały czas żeśmy radia słuchali, cały czas.

  • W czasie Powstania?


Tak, w czasie Powstania i w czasie okupacji było radyjko w piwnicy, schodzili starsi, dorośli też czasem tam.

  • Czyli pan wiedział o tym radiu?


Tak, wiedziałem o tym radiu i wiedziałem o tym, że Żyd ukrywa się w piwnicy.

  • Kiedy się pan dowiedział?


A, to dowiedziałem się dopiero w czasie Powstania. To był sąsiad, który mieszkał w oficynie i panie jego tam wspierały potem.

  • Pamięta pan, jak on się nazywał?


Wiktor miał na imię, a nazywał się, to nie pamiętam, Radwański czy jakiś. Moja mama też mu [pomagała], jakieś zupy zanosiły mu tam. On siedział w piwnicy na Mokotowskiej 30, a obok był dom Mazurów. Mazurowie, potem żeśmy się do tego w czasie Powstania przenieśli, bo ten dom był podniszczony już, 36, to przenieśliśmy się do tamtego. Mazurowie to byli też bogaci Żydzi. Żydów bogatych była cała masa, ale z nimi się można było dogadać, tylko najgorzej to…

  • Czyli oni w getcie nie byli, tylko…


Nie, ci, co się opłacali. Bogaci Żydzi się opłacali, tylko oni woleli się opłacać właśnie jakiemuś zaufanemu Niemcowi, który brał to na siebie, a tacy Niemcy, którzy ich zabijali i wpadali, zabierali im zegarki czy inne rzeczy… No, musieli wszyscy o tym wiedzieć, musieli się dzielić Niemcy, to im się opłacało lepiej tak dogadać się z tymi Żydami. Wie pani, jak to było w takich czasach. I to byli tacy, dużo Żydów, ten pan Gagucki, on się całkowicie… Właściwie on był taki, ja wiem, jak to się mówi… Oni chodzili do kościoła, wszystko, żona była Polka, a dziecko to była Marysia, moja koleżanka, z tym wszystkim. Czyli absolutnie przeżyli całą okupację w Komorowie. No a tu wracam do Powstania. Więc po Powstaniu Warszawskim weszliśmy ostatniego dnia, ale ojciec był ciężko ranny.

  • Ale proszę jeszcze więcej opowiedzieć o Powstaniu. Zaczęło się Powstanie, mieszkaliście na Mokotowskiej i jak przebiegał ten czas? Czy pan siedział cały czas w piwnicy?


A skąd. Przerzucili nas na Mokotowską 34 i żeśmy mieszkali też w pięknym, dużym mieszkaniu, takim kilkupokojowym. Mama tam gotowała jakieś zupy, „plujkę”, nie „plujkę”, różnego rodzaju, a tutaj obok nas mieścił się właśnie Oddział Delegatury Rządu. Czwarty Oddział to był właśnie Warszawa-Śródmieście i ojciec został… Bo on nie był chyba głównym, chyba był zastępcą, w każdym razie za swoją postawę i za to, że tam zawsze działał, dostał Złoty Krzyż Zasługi z mieczami od AK.

  • Ale w czasie Powstania został odznaczony?


W czasie Powstania, tak, i awans do stopnia majora. Ojciec działał, a ja to tylko plątałem się.

  • Co pan robił?


No więc tak, na Pięknej była taka studnia artezyjska pod ostrzałem. Trzeba było przebiec i przynieść wody. Kto najlepiej przebiegał? Szczeniak. Schylił się, pobiegł, przyniósł wodę.

  • Czym pan tę wodę przynosił? Przecież pan był dzieckiem.


W kankach. Co to można? Nie można było, bo to było pod ostrzałem, ludzie biegali i tę wodę to się nabierało, potem mama ze strachu umierała, no ale myśmy jakoś przebiegali pod tym wszystkim, a dorosły to często kulka i koniec.

  • Jakie pan miał jeszcze zadania do wykonania?


To było to, to nieważne, ale ważne było też – to było strasznie przykre – zakopywanie poległych.

  • I pan w tym uczestniczył?


Tak, uczestniczyłem w tym. Jak padła PAST-a numer dwa, to było tam na Pięknej, uciekali Niemcy, ich tam chowali w tym takim, taki był placyk, ulica Piękna, ulica Mokotowska i ulica Krucza, tam był taki placyk i tam chowaliśmy tych Niemców.

  • Niemców?


Niemców, tak. Tych, co uciekali, bo niektórych zabili, a niektórzy uciekli. Bo oni uciekali po dachach, z tej właśnie PAST-y numer dwa. Tam umieszczono tablice, tam pokazuje. To przy tym byłem i to było bardzo okropne.

  • To znaczy pan chował Niemców czy chował Polaków?


Ja chowałem i tych, i tych. To znaczy, czy chowałem… Ja po prostu kopałem tam, potem przesypywałem, pomagałem. No i wtedy, proszę pani, przyszedł znowu szok straszny. Chowaliśmy jakiegoś Niemca, taki gruby był strasznie i w pewnym momencie on tak strasznie odetchnął. To wychodziły te gazy, a ja myślałem, że on żyje, ja sypię na niego. Ja, taki dzieciak.

  • Czy nad tymi grobami odbywały się jakieś uroczystości religijne?


Jeżeli chodzi o Niemców, to nie, a jeżeli chodzi o Polaków, to tam chodził ksiądz kapelan AK, odbywały się w ogródkach msze święte od czasu do czasu i tam poznałem też tego kapelana Armii Krajowej.

  • Pamięta pan, jak się nazywał?


Właśnie nie pamiętam, jak się nazywał, chociaż dużo mnie z nim łączyło.

  • Mianowicie?


Bo ja byłem u Pierwszej Komunii w czterdziestym drugim roku na tym, tam też widziałem się z nim, potem on mnie poznał i o tyle, że ze mną dużo rozmawiał i myśmy się potem z nim spotkali. Po wojnie w Międzyborowie on był proboszczem. Ale jeszcze przedtem uciekał z Warszawy, to myśmy byli w Petrykozach i on do nas przyszedł. Takie były zbiegi okoliczności. Janek, ksiądz Janek, ale więcej nic nie wiem, nie pamiętam.

  • Czyli on tam grzebał tych ludzi, odprawiał.


Tak, grzebał, odprawiał msze i na podwórkach odprawiał msze takie inne, normalne. I on mnie, że tak powiem, uczył pierwszych kroków religijnych, a potem on jeszcze tam, jak myśmy go spotkali… Znaczy był w Petrykozach, też żeśmy go widzieli.

  • Do tego dojdziemy później, a na razie jesteśmy w czasie Powstania. Czyli tak, pomagał pan przy grzebaniu zmarłych, nosił pan wodę. Co jeszcze?


Przy grzebaniu zmarłych, przy noszeniu wody. Pomagałem nosić rannych, jak również nosiłem meldunki na ulicę Chopina do kogoś tam i na ulicę Wilczą.

  • Kto panu dawał te meldunki?


To ojciec mi dawał. Ojciec mi dawał, bo ojciec już chodził w tych oficerkach, w tym wszystkim, normalnie, z opaską „Armia Krajowa” i był oficerem, i dysponował wieloma rzeczami. Bodajże taki był znany. Potem ludzie zaczepiali po wyjściu jeszcze: „Dzień dobry, panie majorze”, ojca. Się bronił przed tym pan major.

  • Co pan jeszcze zapamiętał z Powstania?


Z Powstania. Aha, tutaj było Zgrupowanie „Ruczaj” i był taki… Ach, mówiłem o tym Węgrze, co u nas mieszkał.

  • W czasie okupacji?


Tak, ale on wcale nie był Węgrem. To był Mundek Szaniawski, późniejszy filmowiec. On był jakimś dyrektorem, coś, tego, po wojnie. On był w AK i tylko pod przykrywką tej ambasady węgierskiej zajmował u nas kwaterę.

  • Stąd pan wie, że ojciec był cały czas aktywny w podziemiu?


Tak, ojciec był w podziemiu cały czas. Ojciec był cały czas, najpierw był ZWZ, Związek Walki Zbrojnej, a potem Armia Krajowa. I stąd to ja wszystko wiem. Gdzie takiego smarkacza wkręcić, jak się tu takie rzeczy dzieją? No, to takie rzeczy wiedziałem. Co tutaj było dalej… Aha, jeszcze straszną rzecz, której nie mówiłem, mianowicie, jak czołgi szły przez ulicę Piękną i przed czołgami pędzili kobiety. Niemcy. To widziałem, to było na Pięknej, zaraz na początku, straszne było. I te kobiety pędzili, a jeszcze jakaś była uwiązana na czołgu, to rzucali tą benzyną, ona się spaliła, krzyk straszny tych kobiet. Jeszcze ten wstrząsający moment. Ja się tak staram nieraz odrzucić [z pamięci] – to są strasznie wstrząsające [wspomnienia]. No i potem to Powstanie.

  • Pominął pan, że był pan ranny w czasie Powstania. Jak to się stało?


Tak. Byłem ranny, ale właściwie nie wiem czym. Waliło się z dachu wszystko i raptem dostałem w głowę. Zalałem się krwią i ktoś mnie złapał, jakaś dziewczyna i wciągnęła, no bo ja naturalnie pchałem się na podwórko, a to było na podwórko, bo tam coś robiłem, już nie pamiętam co. No i taki oszołomiony, ogłupiały, okrwawiony. Matka mnie zobaczyła, krzyk, płacz, lament. Zobaczyli co, no, przecięte było tam coś, nie wiem. Chyba nawet lekarz, bo tam był jakiś lekarz, chirurg jakiś, coś tam, zszył to nawet i skończyło się. Ale nie skończyło się… To ja mówię sobie teraz tak lekko, ale dla mnie niestety się nie skończyło. Ja byłem…. Obandażowana głowa i byłem bohaterem. To śmieszne jest, ale taki chłopak tak przeżywa.

  • Wspominał pan, że ojciec też był ranny.


Ojciec był bardzo ranny.

  • No właśnie, proszę powiedzieć, kiedy to było?


No właśnie, jak była walka o tę Piękną, ojciec [szedł] ulicą Kruczą, kilkanaście osób szło tam i padł granatnik. Ileś tam osób zabitych, siedem czy ileś, a kilkanaście osób rannych. I ojciec był ranny w nogę i w kręgosłup. W kręgosłup to był tak strasznie ranny, że w ogóle jak wychodziliśmy już, bo to było we wrześniu, po tym, jak wychodziliśmy z Warszawy, to ojciec z laską, o kulach i z cywilami wychodził. Nie chciał wyjść, broń Panie Boże, do niewoli, bo po prostu go zabiją i koniec.

  • Czyli ojciec w jakiś sposób, mimo tego zranienia w kręgosłup, był w stanie się poruszać?


O kulach szedł, ale do tego stopnia był zraniony, żeśmy potem… Po latach miał jeszcze odłamek w kręgosłupie.

  • Proszę pana, kiedy wyszliście z Warszawy?


6 października, dosłownie ostatnie [dni]. I był moment taki, że Niemcy ogłosili zawieszenie broni na jeden dzień, żeby cywile wychodzili… Mama powiedziała: „W żadnym wypadku, my z ojcem wyjdziemy na końcu”. No i jeszcze ogłosili, że to będą kombatanci, ci, co zostaną i tak dalej, ale „nie będziemy się z nimi liczyć”. To Niemcy, że „nie będziemy się liczyć”, a kombatanci to mówili o akowcach. No i rzeczywiście, zaczęli potem rąbać, to się nic nie liczyli, ale się cały czas nie liczyli. To była taka, ja bym powiedział…

  • W dużej grupie wychodziliście?


W dużej grupie, koło Politechniki i zostaliśmy wywiezieni do Pruszkowa. A w Pruszkowie ja się zorientowałem, że my stoimy na takiej, jak to się mówiło, na bocznicy i nie ma Niemców. A my stoimy. Słyszmy gdzieś tylko jakieś strzały i wszystko. I mówię do ojca i jeszcze do jakiegoś pana, który też tam był, też siedział, znaczy takich mężczyzn ogólnie, że nie ma Niemców, wiejemy. No, ojciec mówi: „Tak, otwieramy”, ale tam krzyczą: „Nie, nie, bo nas zabiją”, no ale tego… I uciekliśmy. Na Dworcu Zachodnim nie doszliśmy, nie wywieźli nas do obozu, tylko przed obozem żeśmy uciekli. Idziemy i…

  • Jak ojciec dawał radę?


No, szedł o kulach, ale szedł. W tym wypadku to musiał dawać radę. Było tam jeszcze dwóch mężczyzn, jeszcze jakiś ktoś, moja mama szła, ciotka moja szła i jeszcze parę osób, już nie pamiętam kto. Jedna taka starsza babcia, też ona idzie, idzie, ale ona była chora i też sobie przypominam, co chwila się coś z nią działo. Ale myśmy po drodze dzwonili do ludzi. No, patrzymy, jest tutaj światełko, chcemy tam wejść, ale jeszcze chciałem zobaczyć. Ja spoglądam, słyszę radio. Radio to mają Niemcy, my nie możemy wejść. I za Pruszkowem w bok na Komorów, cały czas do tego letniska żeśmy wracali. Jedzie furmanka, chłop z końmi. Zabrał nas na tę furmankę i zawiózł nas do Komorowa. Ale do letniska nie mogliśmy wejść, musieliśmy znowuż iść do państwa Gaguckich, właśnie do tego samego Żyda.

  • Dlaczego nie mogliście tam wejść?


Dlatego, że tam byli ronowcy, kwaterowali i śpiewali „Oczy cziornyje” i tak dalej, a tych żeśmy się bali jeszcze gorzej jak Niemców. I, proszę pani, wtedy w jakiś sposób ojciec dał znać naszemu wujkowi, to był też Jerzy Górski, syn tego, co ma liceum założone Wojciecha Górskiego, pedagoga słynnego przed wojną. I Wojciech Jerzy Górski był… Wojciech to był ojciec, to był dziadek, a ten wujek, który był jednocześnie chrzestnym mojego brata, przesłał konie i do swojego majątku Księżowoli nas zabrał. Ale stamtąd AK, kto na liście – ojciec jest – poszukują go, tego. W nogi znowuż. Do Leszczyńskich, do Kopanej. Jak to urządzali wtedy, proszę pani, te sprawy akowcy, to ja po prostu… Gdzieś już oni mieli jakieś systemy telefoniczne. Mało tego, w międzyczasie dowiedzieliśmy się, że córka naszej mamy przyjaciółki jest w domu wariatów z babcią, bo zginęła jej matka, a ta córeczka była taka malutka, Okułak Magdusia. To tę Magdusię jeszcze mama zabrała, znaczy ktoś tam przywiózł ją z tych Tworek, bo babcia dostała szajbę. Córka jej zginęła. No i mamy jeszcze jedno dziecko. I potem do tego wujka, potem znowuż… I tutaj w jakiś sposób ojciec dostał papiery (nie wiem [jak], podziwiam), że jest repatriantem zza Buga, uciekającym z Niemcami przed ruskimi, i w związku z tym dali nam gospodarkę taką (znaczy żeby się zatrzymać, nie żeby gospodarzyć) w Petrykozach, słynnych Petrykozach. I tam żeśmy poszli do tej gospodarki i tam żeśmy byli. Tam się z tym księdzem żeśmy jeszcze spotkali, kapelanem Jankiem, potem go w Międzyborach [spotykaliśmy], potem ojca mojego jeszcze chował. Cały czas żeśmy takie… splot tych naszych [przeżyć] był. I myśmy z tym Jankiem… Z tym że ten Janek naturalnie już nie jest księdzem, bo mają przyjść ruskie, to ksiądz już na indeksie. To był parobkiem. I mieliśmy krowę stale, było mleko, było jedzenia, a głodowali przecież tam całe Powstanie. To pamiętam, tutaj woda, tutaj zupka „plujka”, zupka taka, skórka chleba, to ojej.

  • Pamięta pan to uczucie głodu?


O tak, to było straszne uczucie głodu. I ponieważ rodzice mieli te konie, co tam chcieli, żeby zostawić, coś, ale nie mogli się tam dostać, to gdzieś ktoś, Powstańcy jacyś, przynieśli nam kawał mięsa. Ale to konina, to nie chcę tego jeść. Ale nie patrzyło się, jadło się. Kota by się zjadło. Okropne. Jak przez cały dzień nic innego, tylko… Aha, jeszcze były, co dziwne, skądś kostki cukru. To te kostki cukru na wzmocnienie. Potem, pod koniec jeszcze, jakieś gdzieś wino dali. I dawali nam kostkę cukru i lampkę wina. No to taki dzieciak jak wypił lampkę wina… A to jeszcze, wie pani, dobre wina, burgundy jakieś Niemcom jakimś tam gdzieś odbili. Ale głód był, straszna rzecz. Myśmy właśnie głodni byli całe Powstanie Warszawskie. Troszkę to, co opowiadam, to były tylko… Udało się tam coś. No i wtedy, pamiętam, całe życie mleko z kartoflami, co od tego chłopa dostaliśmy, jak myśmy uciekali.

  • W tych Petrykozach?


Nie, wcześniej, jak żeśmy uciekali. Ja tak trochę chaotycznie mówię.

  • Ale jak żeście uciekali z Warszawy w trzydziestym dziewiątym?


W czterdziestym czwartym.

  • W czterdziestym czwartym, aha.


Od Dworca Zachodniego do Komorowa, gdzieś jakiś chłop się znalazł, podwiózł nas: „Nagotowałem wam kartofli”. O Jezus Maryja, jak żeśmy się rzucili, największy przysmak. No i potem żeśmy w tych Petrykozach to różnie już jedli. Tam żeśmy sami gospodarzyli.

  • Czyli dostaliście pusty dom, w którym mogliście zamieszkać?


Pusty dom, w którym mogliśmy zamieszkać. Mieliśmy swoje konie, swoją krowę. Świniaka chyba nie mieliśmy, ale jakieś kury się znalazły, coś tam było, a potem jeszcze, co najdziwniejsze, przyszli ruscy i ja od ruska takiego miałem buksiaka. Kupiłem konia za tego buksiaka.

  • Od Rosjanina?


Tak. I on do tego buksiaka jeszcze mi dodał złotą obrączkę i jeszcze coś. Malczik, charoszyj on, czasy, czasy, dawaj czasy. Tacy byli łasi na te czasy.

  • Pan miał dwanaście lat?


Tak, ale zmysł handlowy już miałem.

  • Proszę pana, jak długo byliście w tych Petrykozach?


W Petrykozach żeśmy byli do wyzwolenia i potem wyzwolili nas właśnie ci Rosjanie. Ja tu mówię, kupiłem, to to jest wesołe, ale widziałem, jak oni też traktowali swoich ludzi, Rosjanie. To było straszne.

  • Proszę powiedzieć.


Jadą samochody i spada rusek z jednego samochodu, pewno uchlany, bo oni strasznie pili, a drugi samochód nic, tylko jedzie i nie pomaga, tylko przejechał. Ruscy ruskich. Przejechał, rozgniatał go na miazgę. Matko Święta. Moja matka coś zobaczyła, wyskoczyła, jakichś ludzi wyciągnęła. Niczewo, u nas ludzi mnogo, mnogo ludziej. „Dużo ludzi, u nas” Niczewo. „Nic się nie stało”. Tacy byli dla swoich żołnierzy, tacy byli ruscy.

  • Czy pamięta pan, kiedy było wyzwolenie w Petrykozach?


Wyzwolenie w Petrykozach to było w styczniu. Już potem żeśmy za nimi pojechali, uciekali do Warszawy, zobaczyli, że wszystko zrujnowane.

  • Czyli po tym wyzwoleniu ruszyliście do Warszawy?


Tak, przyjechaliśmy do Warszawy. Ruiny, spalenizna, pełno rusków. Przedtem było pełno Niemców, tu pełno rusków. Uciekamy tam do tego… Aha, jeszcze potem pojechaliśmy do dziadka, bo dziadek był na Pradze, mieszkał. Pojechaliśmy, a tu co okazuje się, że tylko grób jest na tym, tego Zakrzewskiego, co mówiłem.

  • A jak dziadek zginął?


Dziadek zginął w ten sposób, że zasłaniał okiennicę sklepu swojego i buchnął szrapnel, ręce mu obcięło i miał cukrzycę, no to… I nie było ratunku już wtedy. I pochowali go na tym. Jest ekshumowany i pochowany na Bródnie.

  • Proszę pana, mówi pan, że widział pan tę Warszawę zburzoną.


Strasznie.

  • I gdzie się udaliście?


No, myśmy wtedy do dziadka. U dziadka żeśmy się dowiedzieli o tym nieszczęściu. Babcia to była babcia już druga, bo pierwsza babcia już nie żyła, więc ta babcia idzie tam do swojej rodziny, tu zamyka, tutaj już pakują, sklep zabierają, bo to wszystko zaraz upaństwawiają.

  • Babcia Zakrzewska?


Tak, to już… Ona umarła parę lat po nim, to była druga jego żona, babcia Helena, czyli macocha mojej mamy. Babcia umarła w trzydziestym ósmym roku, w sylwestra trzydziestego ósmego na trzydziestego dziewiątego, to już pamiętam. To żeśmy potem uciekli, proszę pani, do tego więzienia. Tam nieszczęście, przyszli ludzie: „Uciekajcie prędko, bo tam przekracza ileś tam hektarów ten majątek, więc parcelują, a wy do Kazachstanu”. No to my wolimy na zachód. No i uciekamy na zachód.

  • Czym uciekaliście?


Końmi. Tu my jeszcze jedne konie dostaliśmy. Ojciec miał pieniądze, miał to przedsiębiorstwo, miał to, dość tego, jeszcze coś tam dokupił i teraz już tymi wozami jedziemy do Torunia. W Toruniu ojcu ktoś poradził, bo akowcy się trzymali, żeby się nie tłumaczył, że jest też z Powstania, tylko że jest nie Powstańcem, tylko repatriantem zza Buga. O. I dostaliśmy gospodarstwo poniemieckie pod Toruniem. I tam poszliśmy. I gospodarzył ojciec do czterdziestego siódmego roku, a w czterdziestym siódmym roku doszli panowie ważni, że to żaden gospodarz, tylko to warszawiak. Nie wiem, czy doszli, że był oficerem czy jak, bo u Niemców to trzeba było być oficerem, a tutaj to nie, tutaj lepiej było być pomywaczem. No, w każdym bądź razie zabierają nam, za duże gospodarstwo, za tego, za owego, i tych takich pakują tam ze cztery rodziny do tego gospodarstwa, bo to było trzydzieści parę ich tam, a nam… Ale ojciec znowuż tam się wstawił, znowuż znajomości akowskie i dostaliśmy pół domu poniemieckiego z ogrodem. Bardzo ładny, w Toruniu.

  • Gdzie?


W Toruniu. Tylko żeśmy musieli ze wsi się przenieść, ojciec się musiał przekwalifikować z gospodarza na urzędnika, zaczął pracować. Ja też skończyłem maturę, zacząłem pracować, bo tam się już uczyłem. O, tutaj jeszcze uczyłem się, będąc w podziemiu, prywatnie, u profesora Biedy, to jest profesor z Liceum Krzemienieckiego, słynnego na wschodzie Liceum Krzemienieckiego. On tam emigrował, że tak powiem, gdzieś się tam ukrywał i on mnie prywatnie przygotował z tego całego okresu, to była taka nauka bardzo dobrze [przygotowująca] do szkoły.

  • Średniej, tak?


Tak, do średniej. Już nawet do drugiej klasy. Potem tam zmieniali, potem była dziewiąta, dziesiąta klasa. No i tam normalnie już skończyłem maturę, już w Toruniu, mieszkając już w Toruniu.

  • A co ojciec robił tam?


No, ojciec w pierwszej wersji kombinował różne rzeczy prywatnie, jakiś handel, jakiś coś, ale potem spotkał znowuż znajomych, w przemyśle ziemniaczanym został inspektorem, potem kierownikiem okręgu. Ja też pracowałem tam potem.

  • Czy ojciec był represjonowany, czy nie doszli do tego nigdy, kim był ojciec?


Kim był, całkowicie nie doszli, ale to, że był oficerem przedwojennym, doszli. Do tego doszli, bo dość długo się musiał ratować, ale byli tacy ludzie, którzy go ratowali. Tam rusek, generał Hulej, tam było Centrum Szkolenia Artylerii, była szkoła ta, jak się nazywała… OSA, Oficerska Szkoła Artylerii, centrum szkolenia… No i jak dostaliśmy te pół domu, to drugie pół domu mieszkał też major, ale już obecny, Szydłowski. Ojciec się z nim zapoznał i on ojca chronił, dosłownie. Więc kwaterę dostawaliśmy wojskową też, teraz mieszkali oficerowie, mieszkali tacy, a ojciec pracował już w tym, dostał pracę w tym przemyśle ziemniaczanym. [Tam] pracowali tacy sami byli akowcy. Byli tacy pamieszczyki, co mieli większą ilość ziemi i to jakoś już potem przeszło. To żeśmy potem… „A, to niepotrzebnie tak wracać do Warszawy”. Ciągnęło i…

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy?


To było, już jak Gomułka był, w pięćdziesiątym siódmym roku.

  • Na studia czy…


Studia to ja już kończyłem, bo ja tam byłem na polonistyce. O, tu miałem też straszną aferę.

  • To znaczy gdzie na polonistyce? W Toruniu, na Uniwersytecie Toruńskim?


Tak, tak, na Uniwersytecie. Nie dali mi skończyć polonistyki, doszli mi właśnie też, że jestem wróg klasowy, tam taki, owaki i czepiali się. I pan dziekan, bardzo zresztą przyzwoity człowiek, profesor, już zapomniałem nazwisko, Świerski, Świderski, coś takiego, był wtedy dziekanem, on wezwał mnie i mówi: „Nie możesz już tutaj być, bo cię będą prześladować, dam ci urlop dziekański”.

  • Który to był rok?


To był rok pięćdziesiąty drugi albo trzeci, trzeci, coś w tym czasie.

  • I dostał pan ten urlop?


Dostałem urlop dziekański i zacząłem pracować. I studiować zacząłem rolnictwo.

  • Też w Toruniu?


Nie, to już w Olsztynie i Wyższa Szkoła Rolnicza, Wydział Rolny. Najpierw zacząłem normalnie, potem przeszedłem zaocznie i pracowałem, i skończyłem. To już mi dawali spokój, już mnie tam nie szarpali, już nie byłem pamieszczyk i akowiec. A to najlepsze, bo ja akowcem nie mogłem być, jak byłem taki mały, ale jak mnie posądzali o to… I zapisałem się do ZMP, Związku Młodzieży Polskiej i dali mi spokój. Ale tak, mnie szarpali w Toruniu na UMK, tu mnie szarpali.

  • Proszę pana, rodzice nie wrócili nigdy do Warszawy?


Nie, wtedy razem wszyscy wróciliśmy.

  • W którym roku?


Pięćdziesiątym… Gomułka, siódmym, w pięćdziesiątym siódmym wróciliśmy do Warszawy.

  • Gdzie tam mieszkaliście?


W Aninie. Najpierw żeśmy… Ale to tak niebezpośrednio w Warszawie. Najpierw zamieszkaliśmy w Aninie, mały domek [rodzice] tam kupili, a tam odstąpili to mieszkanie, kwaterę wojskową, jak to nazywali.

  • Czyli w Toruniu, tak?


W Toruniu. Ale też żeśmy odstąpili, przecież ojciec sprzedawał nawet tam coś. Dość tego, że jakieś pieniądze miał i kupił ten mały domek w Aninie. I to było bardzo dobre miejsce. Potem się zamienił na pół domu w Podkowie Leśnej, mieszkaliśmy w Podkowie Leśnej, potem się ożeniłem i pracowałem już jako inżynier agronom.

  • W Warszawie czy w Aninie, czy w Podkowie?


W terenie. Nie, ja już pracowałem w Podkowie Leśnej, miałem najcudowniejszy okres. Byłem takim agronomem rejonowym i miałem kilka gmin pod opieką. Rowerek, motor i po tych wszystkich chłopaczkach jeździłem i udzielałem im instrukcji. Poletka różne. Najcudowniejsza praca. Parę lat to naprawdę pięknych miałem, młodych lat takich.

  • Proszę pana, wracając do Powstania, jak pan dzisiaj postrzega Powstanie?


Powstanie postrzegam, że powinno być. Początkowo uważaliśmy, że po co to Powstanie, tylu ludzi ginie. Powinno być, bo ono zwróciło nam jakby, powiedzmy, godność. To, że my jesteśmy Polakami, że będziemy Polskę bronić, nie damy. A jakby te ruskie wlazły i tak nas stłamsiły od razu, to byśmy tej wolności już od początku nie mieli. A to jednak nam zwracało godność. I jak ja tych ruskich widziałem, czołgi na moście i oni się cofnęli… Uuu…

  • Mówi pan o Powstaniu?


Tak. Pierwszy raz użyłem słów takich jako dzieciak, jakich nigdy w życiu nie miałem, mówiąc o nich właśnie, o ruskach. Bo w końcu nie wiem, kto gorszy, czy Niemiec, czy rusek. Chociaż właściwie Niemiec nas mordował. Obozy koncentracyjne, wszystko… Żyd nam podał rękę, ten, a potem przyszli ruskie, to cały czas nam to życie zatruwali. Żeby nie to, że mi się udało te studia rolnicze skończyć, to ja w ogóle byłbym wyrzutek społeczeństwa, mogłem tam gdzieś się bardzo stoczyć, ale udało mi się [dostać] na to rolnictwo i jako ten agronom to już byłem potrzebny. Agronom to było bardzo ważne stanowisko.

  • Proszę pana, czy jeszcze chciałby pan coś dodać do tych swoich wspomnień z okresu Powstania, wojny?


Powstania, wojny… To już mówiłem o tych…

  • Okupacji.


Okupacji. O tych strasznych przeżyciach, o tych aresztowaniach ludzi.

  • Widział pan to? Widział pan rozstrzeliwania?


Tak. Widziałem na Pięknej ulicy. Przywieźli ludzi i rozstrzelali ich na Pięknej ulicy. Właśnie tam, jak mówię, PAST-a 2.

  • Ale był pan na ulicy czy przez okno?


Nie, przez okno, w domu mieszkałem. Najpierw ich wieźli, potem ich wyrzucali z samochodu, stali na Pięknej i rozstrzeliwali, a ja tam byłem u jakiegoś kolegi, też na Pięknej, chyba Wojtka Rochowicza. I ja się tam patrzyłem. Nie dali tam patrzeć starsi, tylko żeśmy się udali do kuchni. Siedzieliśmy cicho, tylko żeśmy strzały już słyszeli. Straszne. Ludzi prowadzali pod mur i od razu strzelali. I tu jeszcze zalepione usta, żeby nie krzyczeli. To pamiętam, to był taki straszny moment z Powstania i z okupacji. Potem Powstanie, jak mówiłem, chowanie tych trupów, bieganie, strzelaniny, walenie się gruzu z góry i ze wszystkich stron. No, masę ludzi zginęło, z naszej rodziny masę ludzi. Ten, co zginął, porucznik, kapitan „Biały”, to wujek Czesiek Lech, był w obronie Wytwórni Papierów Wartościowych. To był mój wujek, mąż cioci, która była moją chrzestną mamą, bo już nie żyje też, ale ona z dwojgiem dzieci została sama. I takich w rodzinie było dużo, bardzo dużo. To mówię o Lechu. Potem Remigiusz Zakrzewski, to znowuż też był, jako bohater zginął, od „Żywiciela”, z tego zgrupowania, to był podchorąży. Masa ludzi zaginęła w czasie Powstania Warszawskiego. Zresztą o tym Lechu to nawet gdzieś piszą książkę. Kapitan „Biały”… To były okropne wspomnienia. I dlatego mówię, moja mama jak założyła żałobę na początku, tak zdjęła ją w czterdziestym piątym roku.

  • Czy dużo kobiet chodziło w czerni?


Tak, bardzo dużo kobiet chodziło w czerni. I to nie denerwowało, bo te welony, to wszystko…

  • Takie typowo żałobne stroje?


Tak, typowo żałobne stroje. […]

  • Proszę pana, wracając do naszej rozmowy, czy jeszcze chciałby pan coś dodać na temat Powstania?


Powiem, że Powstanie powinno być wtedy, bo jeżeli byśmy nie zrobili tego Powstania, to tak jak mówiłem o godności, to byśmy całe życie sobie wypowiadali, że jesteśmy tchórzami, żeśmy chcieli wyzwolenia od rusków, oni przyszli, wyzwolili i robią z nami, co chcą. A tak, myśmy im pokazali, że my się możemy nie dać. Co prawda, za to oberwaliśmy potężnie, ale… Godność też jest ważna.

Warszawa, 6 marca 2018 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna

Włodzimierz Andrzej Grzybowski Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter