Zbigniew Bielawski „Mucha”

Archiwum Historii Mówionej
  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Kim byli pańscy rodzice, gdzie pan mieszkał, czy pan miał rodzeństwo?

Urodziłem się w Warszawie z ojca Kazimierza i matki Heleny Bielawskich. Miałem brata Jerzego, starszego ode mnie o siedem lat. Ojciec mój był zawodowym wojskowym. Mieszkaliśmy w pobliżu Cytadeli na Żoliborzu w Warszawie.

  • Gdzie pan chodził szkoły?

Szkołę rozpocząłem w Warszawie. W pobliżu parku Traugutta była szkoła powszechna numer 12 i tam ukończyłem pierwszą i drugą klasę. Wybuchła wojna w roku 1939 i Niemcy zajęli budynek szkolny. Nauka młodzieży rozpoczęła się w domkach wynajmowanych na terenie obecnego Żoliborza Oficerskiego w Warszawie.

  • Jak pan wspomina moment wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku?

Wspominam go jako wielkie zamieszanie, ataki lotnictwa niemieckiego na teren Warszawy. Pamiętam, widziałem sztukasy latające nad Warszawą i pikujące z ogromnym hałasem, i zrzucane bomby, odłamki. To były bardzo nieprzyjemne chwile. Byłem wtedy jeszcze małym chłopcem, miałem niespełna dziewięć lat.

  • Co się działo z państwa rodziną w czasie okupacji?

W czasie okupacji oczywiście chodziłem do szkoły (kontynuacja nauki), do klasy trzeciej, czwartej i następnych. Ojciec pracował, mama też utrzymywała dom w jakiś sposób. W sumie były to ciężkie bardzo chwile. Z tym że mieszkaliśmy w dalszym ciągu w domach w pobliżu Cytadeli. Taka była sytuacja aż do wybuchu Powstania. Z tym że wcześniej oczywiście wiele rzeczy się działo na terenie Warszawy, które w jakiś sposób przeżywaliśmy. Brat mój, prawie siedem lat starszy ode mnie, był członkiem zrzeszenia Armii Krajowej. Zresztą jego imię i nazwisko jest wypisane na murze, który jest w pobliżu Muzeum [Powstania]. Zginął w czasie Powstania, 17 września 1944 roku. Wstąpiłem do „Szarych Szeregów”.

  • W jaki sposób wszedł pan w kontakt z „Szarymi Szeregami”?

Poprzez młodszych kolegów. Sądzę, że mój brat również miał w tym jakiś udział, bo zostałem wprowadzony do szeregu młodzieży z rejonu Żoliborza Oficerskiego i z nimi utrzymywałem kontakt. Przez to, że szkoła była również na tamtym terenie, ta młodzież w jakiś sposób mogła się spotykać. Rozpoczęły się nasze zbiórki, zajęcia w ramach szkolenia młodzieży szaroszeregowej.

  • W którym roku to było?

To był rok 1943, o ile dobrze pamiętam.

  • Na czym polegała pańska działalność w „Szarych Szeregach”? Na czym polegały zbiórki?

Zbiórki w „Szarych Szeregach” polegały na tym, że uczono nas dyscypliny wojskowej i na przykład znajomości zachowania, i niemieckich stopni wojskowych, począwszy od najmłodszego szeregowca do stopni oficerskich. Tak że musieliśmy znać i trzeba przyznać, że rzeczywiście potrafiliśmy ocenić stopień wojskowy każdego z niemieckich wojskowych, którzy chodzili po terenie Warszawy. Później były zbiórki w terenie. Pamiętam, na obecnych Sadach Żoliborskich, gdzie w tej chwili stoją domy, były kiedyś piachy i domy. Tam się odbywały nasze zbiórki, ale również na terenie samego Żoliborza. Następnie umiejętność przygotowywania map, planów, poza tym rysowania, również znajomości alfabetu Morse’a, bo to był wtedy jeden ze sposobów przekazywania informacji przy pomocy alfabetu Morse’a. Tak że każdą literę umieliśmy wystukać: kropka, kreska, kropka, kreska. Już w tej chwili nie pamiętam oczywiście, jak każda litera jest oznaczona, iloma kropkami, iloma kreskami, ale tak było. Akcja propagandowa, przenoszenie „Biuletynu Informacyjnego”, który w tamtym czasie był rozprowadzany jako tak zwana bibuła między Polaków. Oczywiście przygotowanie do ewentualnych dalszych działań wojenno-wojskowych. Tutaj muszę wspomnieć, że jakiś czas przed wybuchem Powstania otrzymaliśmy polecenie przygotowania tak zwanych apteczek sanitarnych. Te apteczki sanitarne to były małe skrzynki, pudełka. To było chyba z dykty zrobione. Każdy musiał to przygotować i w tej apteczce umieścić najbardziej pilne i potrzebne sanitarne pomoce, to znaczy bandaże, watę, jodynę. Dokładnie nie pamiętam, ale tego typu medyczne artykuły, które mogłyby być potrzebne przyszłym rannym żołnierzom. I rzeczywiście tak się stało, że ta apteczka, którą każdy z nas przygotował, bardzo mi się przydała w czasie wybuchu Powstania, bo już 1 sierpnia pierwsi ranni Powstańcy dotarli do naszego domu i trzeba było się nimi zająć i opiekować. Tutaj przyznam, że to było moje pierwsze spotkanie i pomoc medyczna dla rannych Powstańców. Może słowa „pomoc medyczna” są przesadne, ale w każdym razie musiałem im pomóc nawet w załatwianiu pierwszych potrzeb fizjologicznych, opatrzyć ich rany i tak dalej. Tak było kilka dni.

  • Jak pan wspomina moment wybuchu Powstania?

Moment Powstania wspominam w ten sposób, że rozpoczął się ogromny ruch. W naszym domu, w którym mieszkałem, widać było duże ruchy, ludzie przemieszczali się z miejsca na miejsce. Z tym że osobiście pamiętam to bardzo jako moment, kiedy moja matka odprowadziła mojego starszego o siedem lat brata na Stare Miasto, na jego zgrupowanie. Brat był w batalionie Armii Krajowej „Gustaw” i zbiórkę mieli na Starym Mieście, na ulicy Kanonia. Brat musiał od naszych domów na ulicy Krajewskiego do Starego Miasta przejść Zakroczymską i minąć dom, w którym kiedyś chodziłem do szkoły powszechnej. Ten dom był zajęty przez Niemców, tam stacjonowali. Była obawa, że Niemcy mogą go zatrzymać. Wtedy moja matka zdecydowała, że pomoże mu przejść, minąć ten dom, szkołę okupowaną przez Niemców. Wzięła od niego broń czy granaty i je przeniosła. Spotkała się z bratem w kościele Franciszkanów na ulicy Zakroczymskiej i tam oddała mu materiały wybuchowe, granaty. Nie wiem, czy jeszcze broń tam była. To było jej ostatnie spotkanie z synem, a moim bratem. Od tej pory brata więcej nie widziałem. Matka wróciła do domu. Byliśmy w domu na Krajewskiego do 17 sierpnia. Już kilka dni wcześniej Niemcy zajęli ten dom i nie wiadomo było, co z nami się stanie. Wszyscy byli przerażeni.

  • Co się z panem działo na początku Powstania? Czy został pan też zebrany ze swoją drużyną?

Nie, zostałem w domu, bo tu nie było naszej drużyny. Nie otrzymałem żadnego rozkazu, nic do mnie nie dotarło. Tylko czekałem, co się dzieje. W tym czasie Niemcy zajęli cały budynek.

  • Już w pierwszych dniach zaczęli do państwa napływać ranni Powstańcy?

Tak, już pierwszego i drugiego dnia, bo oni atakowali pozycje, a może i Cytadelę atakowali, bo był również atak na Cytadelę. Z tym że to był atak nieudany, wielu żołnierzy poległo i później widzieliśmy nawet ich leżących na drodze prowadzącej do głównej bramy Cytadeli. Widzieliśmy leżące tam zwłoki Powstańców.

  • Dlaczego ranni zostali skierowani akurat do pańskiego domu? Czy był w okolicy jakiś szpital?

Nie, szpitala w okolicy nie było. To było szereg bloków i w tych blokach mieszkało bardzo dużo ludzi. Z tym że komunikacja odbywała się piwnicami. Między poszczególnymi klatkami bloku były przebite otwory i można było przejść cały budynek, nie wychodząc na zewnątrz.

  • Pańskim zadaniem stała się opieka nad tymi rannymi?

Tak, do czasu, kiedy Niemcy zajęli i wypędzili nas z domu: Raus! Wynosić się z domu, wychodzić!

  • Co stało się z rannymi?

Tego nie wiem, oni chyba wcześniej w jakiś sposób zostali wyprowadzeni. Wydaje mi się, że zostali wyprowadzeni chyba w kierunku Żoliborza. W każdym razie raczej nie wpadli w ręce Niemców, o ile jestem w stanie pamiętać.

  • Spodziewano się nadejścia Niemców?

Tak, oni byli kilkaset metrów dalej, w Cytadeli, która była opanowana przez Niemców.

  • Został pan wówczas wypędzony z domu razem z matką?

Tak, razem z matką.

  • Co działo się z ojcem?

Mojego ojca i wszystkich mężczyzn Niemcy wcześniej wyprowadzili, kazali wyjść, opuścić dom i zabrali ich gdzieś. Później okazało się, że wywieźli ojca do Niemiec. Ojciec przebywał w niemieckim obozie pracy.

  • Co działo się dalej?

Zostaliśmy wypędzeni. Szliśmy wzdłuż torów kolejowych rejonu Dworca Gdańskiego. Później wyprowadzono nas na ulice Woli i do kościoła Świętego Wojciecha na ulicy Wolskiej. Na ulicy Wolskiej, w kościele Świętego Wojciecha spędziliśmy całą noc makabryczną, śpiąc na kamiennej posadzce. Wypędzili nas 17 sierpnia, a na drugi dzień, 18 sierpnia zostaliśmy przewiezieni do obozu w Pruszkowie.

  • Jakie warunki panowały w obozie w Pruszkowie?

W Pruszkowie były warunki straszne. To były warsztaty taboru kolejowego, ogromne hale, w których kiedyś prawdopodobnie remontowano wagony towarowe. Myśmy tam musieli spędzić kilka nocy. Oczywiście wszędzie było pełno smaru, zapachu smarów, brudno. Spaliśmy, leżąc pokotem. Po kilku dniach pobytu (już trudno mi powiedzieć, ilu dniach, było to ładnych kilka dni, może tydzień, może więcej) zapędzili nas do wagonów towarowych bydlęcych i wywieźli nas z Pruszkowa w kierunku południowym, przez Żyrardów, Skierniewice, do Piotrkowa Trybunalskiego. Za Piotrkowem Trybunalskim jest stacja Rozprza i w stacji Rozprza kazali nam wysiąść z wagonów i popędzili nas wzdłuż pól do kilku wsi. Trafiłem z matką do wsi Łazy, do gospodarza, który przyjął nas na skutek polecenia sołtysa. Sołtys rozdzielał, gdzie, kto, do której chałupy może być przyjęty. Tam byliśmy z matką mniej więcej do listopada, może trochę wcześniej, trudno mi powiedzieć.
  • W jakich warunkach tam państwo mieszkali?

Już dokładnie nie pamiętam, ale to były bardzo prymitywne warunki. Dość na tym, że wszelkie potrzeby fizjologiczne załatwiane były poza domem.

  • Co pan tam robił?

Mnie tam kazali troszkę zadbać o bydło, a moja matka pomagała kobiecie w ubraniu, w jakichś takich pracach ręcznych, kobiecych.

  • Przebywali tam państwo do listopada?

Może to był koniec października, trudno mi powiedzieć, tak myślę. Na pewno cały wrzesień… Może to był środek października. W każdym razie już słysząc, wiedząc o tym, że zbliża się armia sowiecka, matka zdecydowała, że musimy wyjechać bliżej Warszawy, bliżej własnego domu. Opuściliśmy tę wioskę i przyjechaliśmy z powrotem do Pruszkowa.

  • Koleją?

Już nie pamiętam, chyba kolej była.

  • Czy w okolicy tej wsi byli Niemcy, dawało się odczuć ich obecność?

Tak, byli. Po wsi, w której mieszkaliśmy, chodził od czasu do czasu Niemiec i widać było, że troszkę starał się pilnować. Od czasu do czasu się pokazywał, nie był bez przerwy. Od czasu do czasu go widziałem, coś próbował interweniować.

  • Wrócili państwo do Pruszkowa?

Tak. W Pruszkowie zamieszkaliśmy kątem, poprzez znajomego lekarza, który mieszkał na stałe w Pruszkowie i polecił nam, że możemy mieszkać w mieszkaniu, gdzie było wiele innych rodzin. Tam myśmy w kuchni z matką na podłodze przespali półtora miesiąca czy więcej nawet, mniej więcej do 17 stycznia. Może to był 15, może 16. W każdym razie pamiętam, jak rosyjskie czołgi wkroczyły do Pruszkowa. W międzyczasie, już mieszkając w Pruszkowie, słyszeliśmy, jak Niemcy szykowali samochody, jechali do Warszawy i niektóre rzeczy wywozili z Warszawy, pewnie bardziej cenne. Siłą niektórych ludzi zabierali z Pruszkowa, żeby pomogli w Warszawie zabierać dobra. Przyszedł styczeń, już wiadomo było, że nie ma Niemców.

  • Jak pan wspomina wyzwolenie? Niemcy w pewnym momencie po prostu zniknęli?

Po prostu w pewnym momencie Niemcy zniknęli i na ulicach Pruszkowa pokazały się czołgi sowieckie. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma Niemców i chyba na drugi czy na trzeci dzień matka powiedziała, że idziemy do Warszawy. Piechotą przyszliśmy do Warszawy, do tego miejsca, gdzie mieszkaliśmy przed Powstaniem i w czasie Powstania.

  • Zachował się dom?

Niestety, jak przyszliśmy, dom stał, ale wszystkie mieszkania były wypalone. Tak że nie mogliśmy tam przenocować. W sąsiednim domu były mieszkania, które nadawały się do mieszkania. Pierwszą noc, pamiętam, spędziłem razem z żołnierzami, bo żołnierze też spali w mieszkaniu, które ocalało. Myśmy przy nich spędzili noc.

  • Co się potem działo?

Później, pamiętam, jedno z mieszkań było wolne, niespalone i wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Zostaliśmy w tym mieszkaniu przez następne lata.

  • Ojciec wrócił?

Ojciec w 1945 roku, gdzieś na jesieni, wrócił z Niemiec. Z tym że to też ciekawa sprawa. Ponieważ mieszkanie poprzednie, przedwojenne było spalone, matka, tak jak zresztą większość warszawiaków, zostawiała kartkę: nazwisko nasze, że jesteśmy tu i tu. Tą drogą ojciec nas mógł odszukać. Pamiętam rano wołanie, pod oknami głos ojca. Wystawiam głowę, wychylam się. Patrzeć: ojciec stoi pod domem, wrócił z Niemiec. To chyba była już jesień, trudno mi powiedzieć w tej chwili, który to był miesiąc, ale raczej jesień. Ojciec był w obozie i razem z kolegą wrócili do Polski.

  • Kontynuował pan potem naukę?

Tak, naukę kontynuowałem najpierw w liceum Poniatowskiego, a maturę zdałem w 1949 roku, ale nie w liceum Poniatowskiego.

  • Czy ma pan jakieś najlepsze i najgorsze wspomnienia z czasów Powstania? Coś panu szczególnie utkwiło w pamięci?

Zastrzeleni Powstańcy leżący na drodze, która prowadziła do Cytadeli. To było najbardziej przerażające. To był atak (z tego, co się w tej chwili orientuję), próba opanowania Cytadeli. Oczywiście nieudany atak, Niemcy strzelali i zabitych Powstańców tam widziałem. Drugie: przemarsz przez Warszawę, kiedy nas pędzili do kościoła Świętego Wojciecha. Przemarsz przez północną Warszawę, przez Wolę, to było bardzo ciężkie przeżycie. No i obóz w Pruszkowie, który był też bardzo przykry i ciężki, stanie w ogonku z garnuszkiem. Tam zupę dawali, pamiętam, z kotła. Stanie po tę zupę. Bardzo przykre to jest.

  • Czy ma pan do powiedzenia o Powstaniu coś, czego pańskim zdaniem nikt dotąd nie powiedział?

Nie, chyba byłem za młody na to, żeby umieć na tak postawione pytanie odpowiedzieć. W tej chwili już dużo rzeczy zostało powiedzianych przez wielu ludzi, szczególnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Wcześniej w zasadzie o Powstaniu nie bardzo wolno było mówić. To był temat niezbyt popularny. To znaczy popularny wśród społeczności warszawskiej, ale… Tak że na tak postawione pytanie nie odważę się odpowiedzieć, bo już tyle rzeczy zostało w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat powiedziane, że czuje się zbyt skromny i mały na to, żeby powiedzieć rzeczy, o których inni nie mówili.





Warszawa, 24 stycznia 2012 roku
Rozmowę prowadził Michał Studniarek
Zbigniew Bielawski Pseudonim: „Mucha” Stopień: służby pomocnicze Formacja: Szare Szeregi Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter