Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Zbigniew Galperyn „Antek”
Zbigniew Galperyn
pseudonim
„Antek”
stopień
strzelec
formacja
Batalion „Chrobry I”
dzielnica
Wola, Stare Miasto
Zobacz biogram

  • Proszę powiedzieć do jakich szkół pan chodził w Warszawie?

To może już złączę z pewną działalnością, w czasie okupacji oczywiście i przed wojną chodziłem do szkoły podstawowej to się nazwało powszechnej. Powszechna szkoła imienia Osuchowskiego. Mieściła się na Żurawiej 9 do przed wojny, a po wojnie została przeniesiona i wędrowała po Warszawie .

  • A jeszcze jeśli chodzi o ten okres przedwojenny, żebyśmy na razie na tym mogli się skupić, proszę powiedzieć kilka słów o nauczycielach z tej szkoły?

Mieszkaliśmy wtedy na Chmielnej, w czasie okupacji też na tej ulicy mieszkaliśmy, ale przed tym mieszkaliśmy na Poznańskiej. I na Brackiej 22 chyba był sklep z zabawkami o dwóch wystawach z wejściem. Myśmy, jak mówię, z rodzicami wracali. Ponieważ na jednym tym oknie wystawowym sprzedawczyni puszczała takie zabaweczki, bo to był okres przedwojenny proszę pamiętać, więc były one nakręcane i tam poruszały się. Więc tłumek dzieci, bo to niedziela, przyglądał się. I ja również się przyglądałem z moim bratem a rodzice poszli już do domu bo Chmielna jest tuż, tuż przecież. Pamiętam, że jakiś oficer wychodził z tego sklepu otworzył drzwi. Ja jeszcze przed tym, żeby lepiej widzieć to wszedłem na stopień do tych drzwi. Za futrynę te drzwi złapałem i wyglądałem na tą wystawę. Jakiś oficer otworzył drzwi, mnie się ręka wsunęła i przytrzasnął mnie tymi drzwiami, obcinając mnie tutaj. Oczywiście nie mogłem otworzyć tych drzwi. Brata zawołałem ale on też nie mógł tych drzwi żelaznych otworzyć. Dopiero tam ktoś i otworzyli. Krew się leje bo dwa palce skaleczone, tutaj wisi kawałek palca. Po przeciwnej stronie była apteka, tam mnie zabandażowali i koniecznie trzeba jechać do szpitala przyszyć. Więc ja przyszedłem do domu. Oczywiście dozorca stoi w bramie tak jak to przed wojną bywało. I poszedłem do domu. A ten pan co nas przeprowadził przez Bracką na drugą stronę do apteki, nie bardzo wierzył czy do tego szpitala pojadę czy nie. Więc przyszedł. Myśmy już wyjechali. Rzeczywiście pojechałem z ojcem do tego szpitala a on przyszedł do domu dowiedzieć się co słychać ze mną. W tym szpitalu oczywiście na żywca mnie przyszyli, ja się strasznie darłem tak, że jak przyjechałem na opatrunki do tego szpitala to mnie znali: „A to ten chłopiec co tak się darł, tak głośno krzyczał i pobudził wszystkich. Mówię o tym dlatego, że już kiedy mój palec się goił, nosiłem od rękawiczki taki, żeby nie zakazić go i kiedy szedłem z ojcem ulicą Bracką, jakiś pan zatrzymał nas i pyta się: „Czy to ja jestem tym chłopcem, który ten palec miał obcięty w drzwiach?” Mówię: „Ja”. On wtedy do ojca mojego powiedział: „Będzie z niego dobry żołnierz”. I to całe życie właściwie ze mną jak gdyby było związane. Taką rolę musiałem odegrać, ale jeszcze raz powtarzam, że żadnym bohaterem w czasie Powstania nie byłem.

  • A proszę powiedzieć jak pan pamięta sam wybuch wojny?

Oczywiście. Chmielna 21 to jest dom braci Jabłkowskich, na Brackiej mieli wielki sklep, właściwie cały dom był poświęconym różnym działom handlu. Tam myśmy mieszkali. W 1939 roku, w czasie bombardowań byliśmy na klatce schodowej od frontu, bo wydawało się, że front jest o mocniejszej konstrukcji i uderzyła bomba. Jedna oficyna został zburzona i na całe szczęście, to znaczy bomba przeleciała przez ileś pięter i zatrzymała się na parterze i wybuchała. Myśmy wtedy wyskoczyli z tej klatki i schowaliśmy się w piwnicach domu towarowego braci Jabłkowskich. Co ciekawsze, że tam gdzie w tych piwnicach byliśmy, to były duże magazyny tej firmy, to później powiedzieli nam, że to pomieszczenie gdzie przebywaliśmy, że akurat było pod podwórkiem numer 19, że to żadne schronienie. Zaś pamiętam 1939 rok dobrze dlatego, że jako mały chłopiec mieliśmy złote rybki w akwarium i po jednych z bombardowań kiedy przyszedłem do domu złote rybki pływały brzuchami do góry i powiedziałem: „Nigdy więcej nie będę miał żadnych zwierząt w domu dlatego, że to ich niepewny los”.

  • A czy pan rozumiał co to jest wojna ?

No oczywiście, przecież ja miałem 10 już. Więc oczywiście i konie, które padły na ulicach z rozdartymi brzuchami, które leżały, to doskonale to pamiętam. Jak się Szwajcarska paliła, to jest róg Zgoda i Szpitalnej i róg Brackiej na frontonie piękny neon był przed wojną, jakiegoś wina chyba „Cinzano”, które nalewało się z butelki do kieliszka i neon gasł - przed wojną bardzo taki efektowny neon. To wszystko doskonale pamiętam.

  • A jak sobie radzili pan rodzice z codziennością, z życiem codziennym podczas okupacji?

Brat starszy, czyli skończył wcześniej szkołę podstawową, poszedł do... była taka szkoła kupców Warszawy, męska szkoła, handlowa szkoła imienia Gesslerów na Karolkowej na Woli. On zaczął chodzić do tej szkoły. W międzyczasie ojciec został załapany w łapance na ulicy i został na Skaryszewskiej. Wtedy był taki obóz przejściowy, tam wszystkich z tych łapanek przywożono. Przywieziono jego mimo, że miał papiery bo pracował. Nic nie pomogło i groziło mu wywiezienie do Niemiec na roboty. Myśmy wtedy wszystkie pieniądze jakie były zgromadzili, żeby go jakoś wykupić i rzeczywiście udało się po iluś tam dniach. Ale proszę sobie wyobrazić jak wyglądało to na Skaryszewskiej. Bardzo wysoki dom, tutaj parkan, siatka i tłumy ludzi stojących przy tej siatce, wołających do tych ludzi, którzy są w oknach i czekają na transport, wywózki z Warszawy. To wszyscy krzyczeli, tamci z okien krzyczeli, tu, właściwie nic nie było słychać ale jakaś twarz się tam ukazywała, wystarczyło pomachać. Ten obrazek tego domu i ludzi w oknach wołających tutaj do rodzin i rodziny próbujące się skontaktować to jest niezapomniany obrazek.W szkole włączyłem się do „Szarych Szeregów” w grudniu 1942 roku. Powinienem w 1943 skończyć szkołę i skończyłem ją. Ale połowa grudnia... już mogłem nie chodzić do tej szkoły podstawowej bo to po 6 klasach można było iść od razu do szkoły średniej a ci którzy nie szli do szkoły średniej to zostawali na siódma klasę i dlatego ja zostałem na siódma, tą ostatnią klasę szkoły podstawowej, żeby przeczekać wojnę. Ale wojny się nie przeczekało. Tylko jak skończyłem tą szkołę to poszedłem zaraz do pracy. Dlatego, że na kompletach to się płaciło, zresztą ta szkoła to też była prywatna do której brat chodził, i też się płaciło jakieś czesne.

  • I gdzie pan pracował?

Pracowałem w rzemiośle, no ale bardzo krótko, chociaż mam z tego rzemiosła papiery czeladnicze, książkę czeladniczą mam nawet.

  • A proszę powiedzieć jak pan wstąpił do „Szarych Szeregów” to na czym polegała pana działalność jako harcerza, na początku?

Roznoszenie ulotek, pisanie „kotwic” na murach, poszukiwania przejść różnych. I to uważam była dobra robota myśmy. Dam przykład: na ulicy Zgoda do budynku, normalna brama, wchodziło się na podwórko i tam z podwórka było przejście na Szpitalną. Więc tego typu rejestrowanie takich przejść jak na przykład: była stara zabudowa o dwóch, o trzech podwórkach, to w razie ucieczki bardzo ważne jest jak ktoś się znajduje, czy tak jak pasaż z Nowego Światu na Chmielną się wychodziło pasażem takim, jak na przykład z Nowego Światu tu gdzie Blikle miał ogródek na zapleczu i przez ten ogródek, to znaczy przez sklep, przez ciastkarnię do tego ogródka, gdzie były stoliczki z kawą można było przejść na tyły ulicy Górskiego.

  • I te wszystkie plany właśnie pan dostarczał?

Poza tym notowało się ruchy wojsk, ale to mało interesująca zabawa. Obstawialiśmy na przykład koncerty fortepianowe, gdzie na klatce ludzie stali bo w mieszkaniu nie mogli się pomieścić a chcieli słuchać tego typu koncertów. To myśmy stali na ulicy żeby dać znać, bo jednak to głośno, koncert.

  • Czy pana rodzice wiedzieli?

Tak, oczywiście. U nas w domu był taki punkt, gdzie przenosili różne rzeczy, zabierali inni. Żeby nie wchodzić na górę to nawet mieliśmy tak umówione, że się stawiało na parapecie kwiatek. I jak z drugiej strony ulicy Chmielnej jest kwiatek to znaczy, że coś jest i przychodziła łączniczka wtedy a jak nie ma kwiatka to znaczy, że nic dla niej nie ma i nie wchodziła, bo jednak ta łączniczka nabiegała się chodząc po różnych takich punktach wchodząc na górę tak, żeby jej ulżyć, że tak powiem.

  • A proszę powiedzieć od kiedy był pan przygotowywany do Powstania?

W 1944 roku na początku już byłem w Armii Krajowej po przysiędze. Młodzież pochodzenia robotniczego, ze środowisk robotniczych. Przeszkolenie polegało na znajomości mapy czyli terenowych historii wszystkich związanych z tym. Przeszkolenie dotyczące broni: trzeba było rozkładać składać pistolet IPM i to wszystko.

  • Kiedy dostał pan przydział do swojej jednostki?

Właściwie nie było takiego przydziału, przecież nikt się nie znał. W tej grupie, w której ja byłem, był mój brat, był Antoni Kowalski z Powiśla, był podchorąży, który był dowódcą tej grupy. Z niektórymi myśmy się znali ale chcę powiedzieć, że tak było, że jeżeli było pierwszy raz zgrupowanie 31 o szóstej rano w kościele na Woli to nikt z nas nie mieszkał na Woli. W innych dzielnicach był, żeby oderwać od rodzin.

  • A jak pan pamięta już sam moment wybuchu Powstania?

31[lipca] o szóstej rano mieliśmy po kościele, po paru godzinach rozejść się. Następne było o godzinie 15 na ulicy Karolkowej...

  • Gdzieś na Woli?

Tak.

  • To już nieistotne.

Rozdano nam opaski. Jeden był automat i chyba ze trzy pistolety tam na miejscu i rozdano nam granaty, to całe było uzbrojenie. Oczywiście nie wychodziliśmy z domu i nie wzięliśmy udziału w żadnej akcji, natomiast pełniliśmy wartę w bramie . Niemcy jeździli. więc drzwi były zamknięte, brama zamknięta i myśmy pilnowali – dyżury [były] tam na dole. Również pierwszego pod koniec, wieczorem już, z drugim kolegą poszliśmy do piekarni, w tamtym rejonie [była] mała piekarenka i przynieśliśmy chleba trochę dla tych wszystkich, którzy byli w tym mieszaniu. Dopiero 2 sierpnia zostaliśmy, przeszliśmy do szkoły, która na Krochmalnej, bliżej Młynarskiej tam się mieściła. W tej szkole, jak tylko dostaliśmy się tam, było bardzo dużo ludzi z różnych oddziałów. Niektórzy nie doszli do swoich oddziałów więc też się tam zgłosili. Ktoś wbiegł na salę, bo to była szkoła, wbiegł na salę: „Czy jest mechanik?” Potrzeby mechanik do uruchomienia czołgu, który został 2 sierpnia zdobyty na Woli. Ze smutna miną ten nasz drużynowy, podchorąży: „No ja jestem, chyba pójdę im pomóc”.

  • Dlaczego ze smutną miną?

Bo, że zostawia swoich ludzi. I on poszedł i miał tam wrócić jak uruchomi te silniki czy tam co potrzeba zrobi. Już nigdy nie wrócił i zginął po paru dniach. Wiem, że zginął bo po wojnie byliśmy na mszy w jego intencji i byliśmy u jego rodziny w Alejach 3-go Maja . Po jego odejściu, przeszliśmy do „Haberbuscha i Schiele” bo tam było dowództwo już. I tam się znaleźliśmy w tej u „Haberbuscha”. Tam browar był i tam olbrzymie takie kadzie stały i myśmy na tych kadziach spali. Tam również w garażach jeńców trzymano. Przechodząc zobaczyłem pierwszego Niemca zabitego. A mianowicie jakiś „gołębiarz” tak zwany, który został zastrzelony i go wywleczono, po ulicy za nogi ciągnął go powstaniec a ten z gołą głową, w mundurze, ta głowa o chodnik podskakiwała, on go ciągnął za jedna nogę w saperkach, taki żołnierz zwykły. Zrobiło to na mnie takie wrażenie... Aha i doskoczył w tym czasie jak ten ciągnął, drugi powstaniec, że to on właśnie tam strzelał i tam kogoś ranił, doskoczył i nogą tak mu głowę…To właśnie zrobiło na mnie takie wrażenie, że jak można się mścić już właściwe na trupie, że to jest bez sensu.

  • A jak pan pamięta tych jeńców z którymi miał pan kontakt?

Tych jeńców trzymano jak mówię w garażach czyli budyneczek bardzo mały. Natomiast utkwiło mi też w pamięci prowadzenie młodziutkiego chłopaka, niewiele starszego od nas, w takim brązowym mundurze z opaską, ze swastyką pod karabinem prowadził go chłopak. A myśmy wszyscy doskoczyli zobaczyć. I ten chłopak tak się trząsł, że ja nigdy nie [widziałem], ja mówię o tym Niemcu, oczywiście w okrągłej takiej czapeczce brązowej z daszkiem, strasznie był... Wiedział, że nic dobrego go nie czeka, prawda. Wśród tego szpaleru poszedł do tych garaży. Mówię o tych garażach dlatego, że jak wycofywaliśmy się już z tego terenu, przedtem jeszcze różne były akcje typu patrole, typu walka z czołgami na piętrach i z butelkami. Ale to cały, tego typu tylko mój udział był. Natomiast jak się wycofywaliśmy no to, niestety, trzeba było zlikwidować wszystkich jeńców wrzucając granaty do środka, jak się wycofywaliśmy. Myśmy stamtąd, od „Haberbuscha”, przeszli na ulice Ciepłą. Granatowa policja tam miała swój posterunek, właściwe to komenda była dość duża. Tam dostaliśmy umundurowania policyjne, takie granatowe spodnie i bluzy. Jeszcze przedtem to udział mój w walkach- to byłem na barykadzie róg Wroniej i Karolkowej, tam jakaś ulica, która...

  • A chciał pan powiedzieć o tych garażach czy pan właśnie wycofując się obserwował jak tam ktoś wrzuca te granaty czy to może pan dostał taki rozkaz?

Nie, ja nie wrzucałem, zobaczyłem i byłem z tych, którzy przyglądali się trochę z niesmakiem, trochę z... Wycofaliśmy się tam. Może jeszcze ciekawostka, bo dyżury na barykadzie co jakiś czas się wymieniali na nowych ludzi. Tam po raz pierwszy z gruzu czołgi strzelały i po raz pierwszy marynarkę mi poszarpało, jakiś odłamek ale tam nie bardzo, zarysowało tylko. Bardzo efektownie, właściwie, wyglądało strzelanie w nocy przez Niemców, bo oni całą serię… I co któryś pocisk to był pocisk świetlny. Słychać było ten karabin, i co chwila pocisk świetlny, który uderzał. Tam na Woli jeszcze brałem udział, kiedy Niemcy pędzili cywilów przed czołgami i szli na te barykady, myśmy wtedy w bocznych tych domach na piętra wchodzili. No ale nasze butelki nie były skuteczne. Co prawda tam jeden czołg się zapalił ale jechał dalej i strzelał i pocisk na wysokości pierwszego piętra, wywalił kawał ściany w tym pomieszczeniu, w tym mieszkaniu, co myśmy tam byli.

  • Czy na Woli był pan świadkiem jakiś zbrodni?

Przez Niemców nie.

  • A przez kogo?

Nie, no bo jeszcze „własowcy” brali udział przecież,

  • Coś się takiego działo co pan widział co można nazwać zbrodnią?

Ja mogę powiedzieć, że o ile 2 sierpnia idąc ulicą w drużynie ludność wiwatowała na naszą cześć, o tyle już 6 sierpnia już ludność nie była... nie cieszyła się z naszego pobytu, dlatego, że właśnie już wtedy ludność cywilna na Woli została rozstrzelana, bardzo ucierpiała. Myśmy odeszli, przecież proszę pamiętać, że całe piwnice to były... można było tymi piwnicami wzdłuż ulicy przejść bo były dziury wywalone między jednymi piwnicami a drugim domem właściwie i tymi piwnicami, przecież tamtędy również chodziliśmy na akcję, żeby jak najbliżej dość się do miejsca gdzie będzie styczność bezpośrednia z wrogiem. Ale w piwnicach byli ludzie cywilni. Już bez światła, już bez wody i już oni nie byli entuzjastycznie do nas nastawieni.

  • Jak na przykład reagowali , co mówili?

Obojętnością, „Co z nami będzie?” Przede wszystkim: „Co z nami będzie?” Pytali się jak przechodziliśmy nie zależnie w którą stronę. Wiedzieli, że prawdopodobnie dla zwarcia jakiegoś terenu musimy się z pewnych terenów wycofać i co wtedy się stanie tymi ludźmi, którzy tam mieszkali.

  • Na to pewnie pan nie umiał odpowiedzieć ale proszę powiedzieć co się z panem działo dalej?

Przeszedłem na Stare Miasto łącznie z całym batalionem i zakwaterowany zostałem w Arsenale. Wtedy to był moment, kiedy mieliśmy trochę odpoczynku. Dlatego, że po prostu na okrągło zmiany w patrolach... Zresztą to trudno powiedzieć, bo wtedy przychodził ktoś do sali, gdzie wszyscy tam odpoczywali i mówił: „Czterech potrzebnych do akcji...” i wymienia akcję „Na ochotnika”. Wtedy się ludzie zgłaszali. To nie była organizacja taka ścisła: batalion, kompania pluton. Zresztą najlepszy dowód, że kiedy wycofaliśmy się na Stare Miasto, to zmieniono tę organizację tradycyjną, bym powiedział, że bezpośrednio plutony podlegały dowództwu już naczelnemu a nie poprzez kompanię i tak dalej.No i teraz Arsenał ale to była tylko krótka cisza. Zresztą z Arsenału też chodziliśmy na różne akcje: w stronę getta, czy nawet jako pomoc w obronie przed czołgami. Tam właśnie już były zrzuty i piaty były - wspaniała broń, którą nie bardzo się może nauczyli nasi chłopcy obsługiwać. W każdym bądź razie, tam gdzie ja byłem, a poszliśmy wezwani do obrony przeciw czołgom, to w tym pomieszczeniu było dwóch obsługujących tego piata: jeden miał amunicję , takie bombki małe a drugi miał naciągnąć nogami taką tą sprężynę. Tak jakoś, może nie naciągnął, nie wiem co się stało, w każdym bądź razie wystrzelono z tego piata ale ta bombka, która z piata wyskoczyła niedaleko upadła. Efekt był taki, że daleko od czołu, że właściwie ten pierwszy strzał był taki, że myśmy byli skuteczniejsi z butelkami niż ..tak przynajmniej nam się wydawało, bo jak się benzyna rozlała po pancerzu czołgu i się zapaliła to był efekt widoczny, że jednak się pali. W Arsenale, również, byłem na pierwszym piętrze z widokiem na getto dawne, które było już zburzone z obserwacją tam ruchu wojsk i strzelanie z karabinem. Po dwóch godzinach, to też takie charakterystyczne, zmienił mnie taki ciemny brunet, chłopak, któremu powiedziałem, że nie strzelałem mimo, że przeskok był jakiś ruch, bo po prostu uważałem, że szkoda naboi. Natomiast on mnie wymienił i po paru godzinach pod Arkadami w Arsenale, leżał na podłodze dosłownie w kulą w czole. Jakiś snajper odkrył go, to taka... W arsenale również taka bardzo charakterystyczna rzecz bo tam były magazyny i tam taki magazyn był z cukrem, który się palił. Nas między innymi wezwano do pomocy bo była sekcja strażacka, która się zajmowała tym ale to jak zawsze mało ludzi jest przy tego typu akcjach. I myśmy pobiegli tam. To ten żar topił cynę, która była na suficie, były szyny takie w tym murze, to ta cyna skapywała na nas, jak tą wodę podawaliśmy sobie, na ręce.

  • I co dalej się działo czy z Arsenału pan wyszedł i?

W Arsenale byli z „Gęsiówki” ci, którzy tam siedzieli i niektórzy pomagali nam. Pamiętam ich siedzących pod Arkadami takimi wzdłuż Arsenału i próbowali uzupełniać magazynki nabojami. Również jeszcze taką scenę pamiętam z Arsenału: przyszedł ranny i tam sanitariuszka go opatrzyła i mówi, że musi pójść jednak do szpitala, który był w Pasażu Simonsa, w piwnicach, a cały czas był obstrzał od ulicy Długiej. On tylko drzwi otworzył, wskoczył i dostał, więc wyciągnęliśmy go z powrotem, no i już niejedną ranę miał, nawet w twarzy poharatane miał, bo tam bandażowali. Stamtąd przeniesiono nas do Pasażu Simonsa. W Pasażu Simonsa ciągle wychodziliśmy na różne akcje: na stawki do magazynów, bronić tam białego dworku. Ale to po iluś godzinach wracało się jednak do Pasażu Simonsa. Tam był postój, tam dostawaliśmy jedzenie, fatalne jedzenie. Proszę sobie wyobrazić, że w tym Pasażu Simonsa było bardzo dużo biur a jedzenie było takie fatalne, a mianowicie to było sago takie kuleczki przeźroczyste wielkości kaszy jęczmiennej i olbrzymia ilość była soków, oczywiście w sztucznych butelkach, wiśniowych i tam innych i to było polewane - coś ohydnego! - i tym nas karmiono. Tak, że jak byliśmy w pomieszczeniach biurowych to nawet po szufladach szukaliśmy i znajdowaliśmy zeschnięte jakieś drugie śniadanie to znaczy chleb posmarowany margaryną z jakimś serem i to jedliśmy. Wyjadaliśmy z tych szuflad nie zjedzone resztki.

  • A proszę powiedzieć z tych akcji w których pan brał udział, która była taka najbardziej niebezpieczna dla pana?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że co jakiś czas była idea wycofania się przez Żoliborz do lasów. Między innymi tam też była taka idea: przeszeregowanie kto z bronią, kto bez broni. Ja wtedy miałem już hełm, miałem taki kolt, który bojowo wyglądał bo był na sznurku ze spadochronu, ale miał pięć naboi tylko. To była cała [amunicja] Oszczędzać trzeba było szalenie ale bojowo się wyglądało bardzo. A jeszcze nie powiedziałem, że przechodząc na Stare Miasto dostaliśmy panterki. Więc w takich spodniach grubych, policyjnych mundurach i na wierzchu panterka, hełm do tego i pistolet więc to bardzo bojowo się wyglądało.

  • A w jednej z akcji był pan ranny?

A to inaczej, to inna historia. To było w Pasażu Simonsa, kiedy Niemcy od Długiej wdarli się, na górze, tam na placu [!] Simonsa, na parterze tam była nasza placówka i oczywiście tam pilnowali nasi żołnierze. Niemcy przypuścili atak. Stamtąd było zejście do piwnicy, gdzie myśmy odpoczywali. Niemcy bali się zejść do tych piwnic tylko z góry kosili automatami, całe serie puszczali. No i wtedy tam padł rozkaz: „Wycofać się!”, i myśmy z tych piwnic wycofywali się, ostrzeliwując się w to miejsce gdzie było zejściem, gdzie byli Niemcy. Oni rzucali granaty, więc huku dużo. Przede mną biegł starszy sierżant, pamiętam, w hełmie też, został trafiony i przewrócił się i ten hełm z głowy tak zaczął się turlać. Ja biegłem akurat, nadbiegłem na ten hełm i potknąłem się o ten hełm i koniec - już nie mogłem wstać bo równocześnie dostałem w obie nogi. Mogłem się tylko podnieść na rękach na łokcie i zostałem już tam. Więc myśl jaka jest, że gdybym się o hełm nie potknął to bym dobiegł do tych drzwi. Koledzy zobaczyli, że się przewróciłem, wrócili po mnie i wyciągnęli mnie do korytarza i natychmiast, bo tam był szpital, do tego szpitalika. Ale nie było światła przecież, proszę pamiętać, wiec szpital przy świecach. Mnie odłamki wyjmowali przy latarce takiej „dynamko”. Taki „Szofer” pseudonim, on podporucznikiem później został, który był ranny w głowę i był w tym szpitalu, miał tą latarkę. A lekarz, który mnie operował, nie żyje już w tej chwili, to był zastępca tego szpitala, to był właściwie na piątym roku medycyny. On jeszcze nie ukończył medycyny i on był tam lekarzem i mnie te odłamki wyjmował. Oczywiście na żywca ale to ja w szoku bo to niedawno byłem ranny. Położono mnie, rozcięto spodnie, zdjęto i pierwsza lewa noga: tu nad kolanem wyrwane kawał mięsa, krew się leje, no mnie tutaj trzymają, żeby rękoma tam... a nożyczkami zbędne te skóry porozrywane z kawałkami mięsa poobcinał, dezynfekcja, rywanol był taki żółty i zabandażował. Drugie: „Wlot udo jest, wyjścia nie ma”. Ale on domacał się po drugiej stronie: „Słuchaj to trzeba usunąć bo inaczej to będzie gniło i ci nogę amputują”. Ładnie powiedzieć gorzej to zrobić. Ale jak to się odbywało: nóż na krzyż, przekroił i nożyczkami do tego odłamka. Oczywiście nie mógł się dostać, drugi raz nożem na krzyż i wreszcie wyjął taki wielki odłamek w którym te załamania tego odłamka były z tych spodni czarnych więc całe szczęście, że to mnie wyjęto i zabandażowano. Ale nie mogłem chodzić. Kazał mnie z tego szpitala zabrać, że tu nie ma miejsca, do normalnego szpitala. Więc na nosze mnie i niosą mnie. Niósł mnie: pierwszy był Kuczyński ten kolega a drugi był mój brat. Wykop był między Pasażem Simonsa a na Barokowej szkołą , którą też myśmy zajmowali. I tym wykopem, ale to wykop... nikt głębokich wykopów nie robił, także z getta było widać, schyleni ale jakiś ruch widać, więc z getta niosą mnie tym rowem łącznikowym do tej szkoły na Barokowej i zaczynają strzelać. I tu jak człowiek właściwie... nie wiem, pewnie muszę powiedzieć, że byłem dobrze wyszkolony bo mówię, że ci Niemcy... Leżę na tym i widzę jak za mną podrywają się z ziemi, pył się podrywa. Mówię: „Jak on jest źle wyszkolony bo ruchomy cel to nie strzela się od tyłu tylko od przodu i cel sam nadejdzie”. Nie chciało mnie się w głowie pomieścić, że Niemcy, którzy byli dobrze wyszkoleni na ogół, że tak strzela. Znowu ciekawostka: tak jakby on... moje myśli jakbym mu przekazał przestał strzelać, przeniósł do przodu i od przodu na nadchodzący cel. Ale już było za późno, jak myśmy w drzwi na Barokowej to tynk na górze posypał nam się, to było takie bardzo charakterystyczne.Stamtąd na Długą 23 - szpital jest. Na Długiej 23 położono mnie w bramie, zeszli koledzy dowiedzieć gdzie mają mnie położyć. „Szpital nie przyjmuje pełno. Proszę iść do Kościoła Świętego Jacka”. Leżę w tej bramie a dwóch powstańców rozmawia stojąc na tym rogu między bramą a podwórkiem. Nic nie było słychać, jeden się przewraca okazuję się jakiś „gołębiarz” strzelił do niego i go ranił. Zabrano go do tego szpitala na opatrunek a mnie szybko z tymi noszami... „Nie ma przejścia bo jest obstrzał przez plac Krasińskich na Długiej. Trzeba poczekać”. Poczekano i tam za jakiś czas przeniesiono mnie do Kościoła Świętego Jacka. Jak jest główny ołtarz i jest krzyż to tam pod ołtarzem mnie położono. Na ołtarzu, po tych trzech stopniach, na noszach leżał jakiś ranny, który strasznie jęczał. Miałem wrażenie, że on się na mnie stoczy. Więc następnego dnia, kiedy przyniesiono mi wino „Bo się wykrwawiłeś”, czerwone wino, to ja mówię: „Słuchajcie zabierzcie stąd bo całą noc leżę na wznak, widzę sklepienie, gdzie te okienka powybijane widać łuny pulsujące w tych okienkach i krzyk, gdzie echo się niesie, bo ranni tam z bólu krzyczą i ten, który, lada chwila na mnie się stoczy” . Przeciągnęli do korytarza obok jak była zakrystia. Dzisiaj jest ten korytarz. Na tym korytarzu część było łóżek a część tak jak ja przy drzwiach, na zasadzie posuń się, ten materac ze mną ulokowano. I już tam zostałem. Jestem oczywiście w panterce, z pasem a na dole tylko w kalesonkach i cześć i pod kocem tak leżę. Teraz już bombardowania... Kiedy kościół zbombardowano to tutaj był potworny kurz, miałem szczęście bo ci wszyscy to zginęli ci w kościele, którzy bezpośrednio leżeli, ciała były na ścianach porozbijane. To był nalot lotniczy. Tam weszli Niemcy. Powstańcy już się wycofywali. Oczywiście przyszła żandarmeria pana majora Barego, chłopcy fantastycznie uzbrojeni, że myśmy z zazdrością patrzyli. Że myśmy, każdy nabój to był wyliczany a oni i krótka broń i automaty więc z zazdrością na nich patrzyliśmy. Oni przyszli, żeby zrobić szpital cywilny więc każdy kto miał jakiekolwiek coś wojskowego to zabierali. Awantura tam słyszę bo jakiś chłopak ma pistolet, którego nie chce oddać, że jak wejdą Niemcy to chce się zastrzelić, żeby go nie mordowali i tak dalej, drugi chłopak granat miał więc też awantura. Ja nie mogłem się awanturować bo już w Pasażu Simonsa oddałem tego swojego kolta bezużytecznego właściwie. Ale jestem w panterce i w pasie, zabrali mnie to, zostałem koszuli. Weszli później Niemcy, oficer niemiecki z lekarzami bo było takie przejście w ośrodku i ci ranni leżeli. „Wszyscy, którzy się ruszają, którzy mogą chodzić proszę wyjść.” No i ta grupa chodzących została wyprowadzona, prawdopodobnie ich rozstrzelali, tam jest taki ogródek przy kościele Świętego Jacka, i tam ściana zresztą w tej chwili jest pod którą znicze się palą, bo tam wszystkich rozstrzelano.Nowi Niemcy weszli ale nikt już się nie rusza. Oni to byli właśnie „Własowcy. „Ja ciebie widziałem tam na tym...” i chce zastrzelić, więc lekarze, że nie, że to cywilny szpital, że tutaj był przytułek dla starców obok kościoła - no ale jak im się tłumaczyć. Wreszcie Niemcy z kanistrami idą, z benzyną do kościoła. Za chwilę podpalili kościół a my leżymy tutaj. Dym taki, że nie było czym oddychać już. Okazało się, że została jakaś siostra, pielęgniarka szpitalna i został jakiś kolega bo jego brat leżał i on był lżej ranny, mógł chodzić to też został. Tych dwójka zaczęła wyciągać tych rannych ale nie nadążali bo to przecież dym był potworny. To ta siostra, szmaty w wodzie moczyła i nam dawała i myśmy na twarz kładli, żeby to jakoś filtrowało. No i tak do mnie przyszyła ta siostra: „Jesteś młody to ciebie szkoda” i za ten materac i mnie wyciągnęła na tył kościoła na ulicę Starą. Ale dość blisko, w te gruzy, bo to na jezdni były gruzy, położyła a jak się to wszystko zaczęło palić to i ta oficyna od ulicy Starej też się paliła było gorąco tak potwornie, że myśmy nie mogli uleżeć tam ale nikt się nie mógł ruszyć. Chyba drugiego dnia tam pojawiał się jakiś Niemiec i za kawałek chleba: „Daj pierścionek, obrączkę”. Kto miał to dostał kawałek chleba albo w takiej tutce cukru. Tak cztery dni tam leżeliśmy bez jedzenia, bez picia. Po czterech dniach zobaczyliśmy chorągiewkę Czerwonego Krzyża, z noszami. Nas na te nosze pokładli i do ulicy Podwale wynieśli. Na Podwalu był taki dom, który do dzisiejszego dnia istnieje, jedyny dom na tej ulicy ze sklepami. Tam był krawiec i ten kleryk, tam pierwszy był odpoczynek, postawili te nosze, bo to był rząd taki duży, bo to przecież dość ciężko, on skoczył do tego sklepu wyciągnął jakieś mundurowe spodnie, wiem że granatowe. Wrzucił mi je na nosze i mówi: „Jak będziesz chodził to musisz mieć w czymś chodzić”. Dzięki temu miałem spodnie ale nie mogłem chodzić. Z tymi noszami przenieśli nas do seminarium do Karmelitów. Już Krakowskim Przedmieściem szli ludzie, którzy już do obozu szli z dziećmi z walizkami z wózkami i między innymi w tym tłumie zobaczyłem dziewczynkę, która niosła klatkę z kanarkiem. To było dla niej najdroższe i niosła tego kanarka. Ja będąc na tych noszach myślę sobie: Jak to dziecko biedne, ani jedzenia nie wzięła tylko tego kanarka, żeby go uratować”.W szpitalu zrobionym w seminarium przynieśli nas, no i zmiana opatrunków. Taką nereczkę podstawili bandaże przycięli jak chlupnęła ropa to ja odkręciłem głowę bo był taki smród tego gnijącego wszystkiego, coś niesamowitego. Lekarz z pielęgniarką to przemyli zabandażowali, to był straszny smród. Tam dostaliśmy już jedzenie i po paru dniach właśnie apelowano, żeby ci co są w takim stanie co mogą być przeniesieni, żeby pojechali do Milanówka do szpitala.I ja też, że mogę jechać. Na tych noszach do samochodu. W samochodzie żołnierz niemiecki, chorągieweczki czerwonego krzyża z krzyżykami na białym tle, czerwone, że to jest szpitalny autokar. Były kiedyś krótsze, nie takie długie autokary jak ten. Nas tym autokarem zawieziono na Dworzec Zachodni. Na Dworcu Zachodnim do wagonu i leżałem na siedzeniach wzdłuż. Tam właśnie znalazłem cebulę na podłodze, która mi smakował jak najlepsze jabłko, była taka słodka wydawała mnie się. [...] Pociąg się zatrzymał w Pruszkowie, więc wszyscy, że może nie do szpitala do Milanówka, ale może do tego obozu przejściowego w Pruszkowie, ale nie, pojechał dalej. No to odetchnęliśmy. W Pruszkowie czekały już siostry z różnych szpitalików, ja trafiłem do szpitala w PCK „[?] Gloria” położonym tuż przy torach, olbrzymi budynek.

  • Pamięta pan kiedy dokładnie to było? Kiedy pan trafił do tego Milanówka?

Nie wczesnej niż 9 września, ale może 9, może 10 gdzieś. Tam już normalnie, jest elektryczność, zmiany opatrunków , jeszcze dostałem czerwonki jakiejś choroby, więc byłem taki mizerny widocznie, że jedna z sióstr, miała młodszą siostrę i ta młodsza siostra zaczęła mnie przynosić domowe, to znaczy pierwszy rosół z kury, bo nie mogłem nic jeść właściwie, tylko takie coś delikatnego i kawałki kury. I od tego się zaczęło.

  • I tam pan już doszedł do zdrowia? To był ostatni szpital?

I z kolei powiedziano, że ci którzy lepszej opieki potrzebują to niech jadą do Krakowa, będzie transport. I wyobraźcie sobie państwo, że jechałem w wagonach takich, gdzie łóżka były dwupiętrowe albo trzypiętrowe... nie dwupiętrowe, na każdy wagon Niemiec z kanistrem, gdzie wodę miał do picia, po środku był piecyk na drzewo opalany. Myśmy jechali 36 godzin do Krakowa. W Krakowie do obozu... jak się nazywał obóz w Krakowie? Właśnie nie pamiętam, więc do tego obozu. Tam ja chodziłem o kulach. Tam od razu mykwa, oczyszczalnia, ubrania na wieszaki, do oczyszczalni i nas potem pod wodę umyć się. Później odbieramy gorące te ubrania. No i oczywiści tam stół był za którym siedzieli Niemcy i lekarze i klasyfikowali: kto się nadaje do roboty do Niemiec, kto się nadaje do szpitala i tak dalej. Ja o tych kulach doszedłem do tego stołu, przybito mnie takie „K” na dłoń, stempel [pokazuje] i skierowano mnie do szpitala. Szpital na dole wacha niemiecka, nie wolno było wychodzić. No ale Polacy chcieli pójść na miasto, tam dużo cywilów leżało i znaleźli możliwość wyjścia a mianowicie drewniany parkan był z podwóreczkiem i odcięli u dołu te gwoździe i te deski można było odsunąć no i wyjść.

  • Jesteśmy w Krakowie w szpitalu proszę powiedzieć do kiedy tam pan był i co się dalej działo z panem?

To już był grudzień, w listopadzie pojechałem do Krakowa, gdzieś do połowy grudnia to było. Koło 15 grudnia z kolegą właśnie uciekliśmy z tego szpitala. Chcieliśmy pójść do partyzantki. Nie dotarliśmy, jeszcze na jakieś wsi po drodze zatrzymaliśmy się i tam, ponieważ moje rany nie były zagojone ja postanowiłem, że nie pójdę do lasu, dlatego, że to jest kłopot dla zdrowych partyzantów, którzy się muszą przemieszczać z miejsca na miejsce, to ja będę tylko ciężarem i nie ma sensu, żebym tam szedł. Mój kolega poszedł a ja przyjechałem jakoś do Milanówka. W Milanówku byłem z powrotem na parę dni przed świętami Bożego Narodzenia. W między czasie oni wszyscy dostali żołd, został im wypłacony, mnie to ominęło. Dostaliśmy jakieś paczki świąteczne no i tam byłem w szpitalu, aż do zaleczenia ran, czyli do 1marca 1945roku.

  • To można uznać za jakiś etap końcowy pana udział w wojnie i teraz cofniemy się na chwilkę do samego Powstania. Chciałam panu zadać kilka pytań dotyczących pana wspomnień, jeśli pan by spróbował sobie przypomnieć jeszcze z tego okresu i Woli i ze Starówki to o czym się rozmawiało? Wiadomo, że to nie był okres w którym się w ogóle dyskutowało dużo, bo przede wszystkim trzeba było walczyć ale jeśli w ogóle był moment na to żeby porozmawiać to jakie to były tematy?

Nie było w ogóle czasu na to. Myśmy byli tak zmęczeni i niewyspani, że nawet meldunki, jak dzisiaj patrzę z tego okresu, to „Sosna” pisał meldunki w którym podawał, że jest stan żołnierzy fatalny, znaczy zmęczenie. Każdą wolną chwilę się drzemało. Bo to przecież nie było od godziny do godziny, tylko ciągle na ochotnika gdzieś się szło na akcje.

  • A czy pamięta pan na przykład taką rozmowę żeby ktoś zastanawiał nad sensem tego wszystkiego co się dzieje?

Nie, nie było. Uważaliśmy to za tak oczywiste i samą walkę za tak oczywistą ,że nie było o czym rozmawiać.

  • Chciałam się też pana zapytać czy miał pan kontakt z jakimiś cudzoziemcami bo pamięta pan kontakt z jeńcami niemieckimi ale może widział pan też jakiś...?

Tak oczywiście, tak jak powiedziałem, pod Arsenałem, tam cudzoziemcy, ale nie rozmawiałem z nimi, ładowali naboje do magazynków. Mieliśmy kontakt z Węgrem, który siedział na „Gęsiówce” i on leżał na jednej sali z nami w Milanówku.

  • I jak pan pamięta tego człowieka?

Jego.. po pierwsze myśmy trochę mówili po niemiecku bo była taka moda i nawet obowiązek, żeby znać trochę ten język. On opowiadał o Węgrzech a szczególnie Budapeszcie więc tak plastycznie nam opowiadał o tym Budapeszcie, że jak ja po wojnie pojechałem do Budapesztu to tak się czułem, jakbym znał to miasto wspaniale. Chodził na stelażu z ręką skąd skapywały robaki więc każdy się starał, żeby tą rękę trzymał między łóżkami. To był facet, to był oficer, który uczył matematyki, kto chciał się uczyć w tym szpitalu. Proszę pamiętać, że w Milanówki cały dzień się leżało w łóżku kto nie chodził, albo kto chodził o kulach tak ja, to wychodził, bo to jesień była bardzo ciepła. Wychodziliśmy na zewnątrz budynku i patrzyliśmy na przykład na walki samolotów, tam było cywili dużo, leżało w tym szpitalu. Przed każdym szpitalem przy wejściu była taka tablica, gdzie były wszystkie nazwiska leżących rannych i jak mnie wywieziono do Krakowa to mnie już poszukiwali. Córka tego pana u którego pracowałem w czasie okupacji, to jego córka, która też była w Powstaniu poszukiwała wszystkich znajomych i między innymi natknęła się na mnie ale mnie już nie było wtedy. Jak przyszedłem to mnie powiedzieli, powiedzieli jak wyglądała to ja już od razu skojarzyłem. Ona była trochę starsza ode mnie ale bardzo się przyjaźniliśmy.

  • A proszę jeszcze powiedzieć jak pan wspomina Powstanie który moment, czy jest taki moment który można by nazwać przyjemnym ? Czy ma pan jakieś dobre, przyjemne wspomnienie z tego okresu?

Na przykład w Pasażu Simonsa kiedyś, w chwilach odpoczynku, zrobiono taki, co dzisiaj by można nazwać, kabaretem. Pamiętam opowiadano dowcipy albo mim grał mimiką. Ten facet, który grał mimiką to ja z nim spotkałem się po wojnie i bardzo się... i powiedziałem mu i on był zdziwiony, że ja to pamiętam. A on mianowicie, to bardzo chwytliwe może było, jak przychodzi do knajpy i tam setkę bierze no i szuka kanapki, wypija, je kanapkę, druga setkę i coraz bardziej jest nietrzeźwy i to taka scenka, którą odgrywał. A dowcip, który opowiadał, to był ze Śląska ten facet, opowiadał taki dowcip, że dwóch cwaniaczków szło i zobaczyło zająca przy oknie, bo nie wiem czy państwo pamiętacie, że kiedyś nie było lodówek to zające się wywieszało na zimno, za okno, żeby skruszał. No i mówią: „Fajny zając, jak go ściągnąć?” Jeden z tych chłopaczków włazi po rynnie i już tego zająca, a drugi czatował, na straży był, chce zdejmować a tu policjant się zjawia. No to ten mówi: „Co ty tam robisz? I ten chłopka mówi, że tego zająca chce zdjąć, a ten na dole mówi: „A bo myśmy się założyli, że on tego zająca powiesi”. Ten mówi: „Zdejmuj go! Co za głupie żarty”. Z tym zającem on zszedł i oczywiście pogonił ich, że głupie żarty robią. To ten dowcip pamiętam.

  • To był taki moment przyjemny?

Taki przerywnik w tym codziennym szarym życiu, gdzie nie było jedzenia, nie byliśmy wyspani, głodni, no to wszystko.

  • To jednak były trudne przeżycia. A który dzień które wspomnienie jest dla pana najcięższe, najtrudniejsze?

Jak byłem rannym w tym kościele, kiedy go zbombardowali. To było straszne przeżycie, dlatego, że w czasie bombardowania tynk, taki kurz biało-czerwony, nie można tym [było] oddychać.

  • Proszę powiedzieć bo pan przeżył koniec Powstania jaka osoba ranna, ale pan na pewno wiedział co się dzieje, co pan wtedy myślał, co pan wtedy czuł?

Przede wszystkim to, że nastąpiło porozumienie, kapitulacja i że udało się pójść do niewoli, że potraktowano wszystkich... ale to myśmy odczuli już na Starym Mieście był inny stosunek Niemców dlatego, że...

  • Co się zmieniło?

To się zmieniło, że jakieś porozumienie musi w końcu dojść i zaczęli nas traktować jak żołnierzy normalnych a nie tylko tak jak na Woli. To najgorsze chwile to na Woli były dlatego, że banda, która wystąpiła tam zbrojnie musi być unieszkodliwiona. Każdy kto się stykał z tymi ludźmi to również jest pod rozstrzelanie od razu skazany. Najgorsze chwile to są na Woli.

  • Czyli na Starówce już byliście traktowani jako żołnierze i kiedy doszło do kapitulacji to pan odczuwał jakąś ulgę?

Przede wszystkim dlaczego uważałem, że inaczej nas traktują, po pierwsze wyniesienie nas z ulicy Starej do Karmelitów, gdzie przy chorągiewce z PCK idzie i siostra i żołnierz niemiecki, drugie: szofer w autokarze, który nas wiezie na Dworzec Zachodni do szpitala, po prostu traktowano nas inaczej i ludność cywilną też. To już był inny stosunek do całego społeczeństwa.

  • Proszę jeszcze powiedzieć jakie były pana losy powojenne co się z panem potem działo już po tym marcu 1945 roku kiedy pan wyzdrowiał?

W dwóch słowach mogę powiedzieć, a mianowicie to, że musiałem się utrzymać jakoś czyli musiałem żyć. Głupie pomysły, jeden z najgłupszych, które tak mogę ocenić to był handel pastą do butów pod Dworcem Głównym w 1945 roku, to był może koniec marca początek kwietnia. Przecież wpaść na pomysł, żeby sprzedawać pastę do butów to był idiotyzm po prostu. Później pojechałem do pracy, do Skolimowa, do tej pracowni rzemieślniczej w której pracowałem. Tam pracowałem cały czas ale chciałem zrobić maturę bo do szkoły zawodowej chodziłem w czasie okupacji no i przyjechałem w 1946 roku do Warszawy z powrotem. W międzyczasie wrócili rodzice z Niemiec bo byli wywiezieni, z Berlina.

  • Z rodzicami pan się zobaczył w 1946?

Nie, pod koniec 1945, to już jak się wojna skończyła to z Berlina było niedaleko. Oni pracowali przy wagonach tramwajowych: matka myła okna, szyby czyściła, a ojciec pracował szyny układał w Berlinie ale przyjechał też schorowany. Dalsze koleje. Zrobiłem maturę w 1950 roku w szkole handlowej i poszedłem na wyższe studia na Wydział Prawa UW. Odradzano mnie, żeby... bo znowu tu jest takie, że nie wszyscy o wszystkim wiedzą, przecież szkoła średnia to dawała na studia wyższe... była komisja, która kwalifikowała i tylko parę osób z klasy dostawało się na studia. Między innymi ja chciałem iść na SGPiS ale wówczas taka bardzo partyjna nauczycielka geografii odradziła mnie, że się nie dostanę, że to jest pierwsza socjalistyczna uczelnia więc nie mam się co dostać. A jej brat, dawała przykład taki, który był po prawie a był dyrektorem banku. Tak, że można skończyć prawo - niekoniecznie trzeba być prokuratorem albo sędzią i ja zdecydowałem się na Wydział Prawa. Ponieważ chodziłem do szkoły prywatnej średniej więc bardzo dobrze tam było wykładane zagadnienia współczesne a wstępny egzamin to się opierał na tych zagadnieniach więc ja to wszystko miałem w małym palcu. Za mną po tej komisji egzaminacyjnej wybiegł jeden z takich młodszych tam tych uczestników komisji: „Tak jest pan przyjęty.”
Warszawa, 5 marca 2005 roku
Rozmowę prowadziła Hanna Zielińska



Kontynuacja nagrania przeprowadzona 15 czerwca 2012 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Joanna Lang.

  • Pan przeszedł swój szlak bojowy podczas Powstania Warszawskiego i 24 sierpnia był ranny, tak?

Na Starym Mieście. Szlak bojowy to bardzo dumnie brzmi. Byłem po podstawowym przeszkoleniu wojskowym w Armii Krajowej. Koncentrację myśmy mieli jako oddział na Woli, róg Grzybowskiej i Wroniej. Zaczęła się moja kampania powstańcza. Stamtąd przeszliśmy do „Haberbuscha”. W czasie okupacji znaliśmy się w bardzo małym gronie, nawet niepełnym składzie drużyny. Odbyła się pierwsza koncentracja, byliśmy zdziwieni, że ujawniono nas wszystkich. Spotkaliśmy się w znacznie większym składzie i wszyscy ze zdziwieniem zobaczyli się naraz razem. W każdym razie tam byłem na barykadzie, walczyłem wraz z kolegami. Z 6 na 7 sierpnia w nocy już byliśmy umundurowani w panterki, co było fenomenem w stosunku do innych oddziałów, które nie dostały umundurowania. To umundurowanie było na Stawkach, tam były magazyny i umundurowanie. Przeszliśmy na Stare Miasto. Tutaj okazało się, że w porównaniu do Woli [panuje] cisza. Zostaliśmy zakwaterowani, przynajmniej mój oddział, w Arsenale. Część kolegów została w pasażu Simonsa. Ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że 6 sierpnia była defilada na ulicy Długiej. Nie było na Woli żadnych tego typu możliwości i stąd nasze zdziwienie.

  • Na Woli były ciężkie walki?

Tak, cały czas. Przyszliśmy bardzo niewyspani, właściwie słabo odżywieni. Na Woli nie było takich możliwości, poza pierwszymi dniami, gdzie był wielki entuzjazm i ludność cywilna nas karmiła i dawała nam papierosy. Byliśmy bardzo zdziwieni, zupełnie inaczej było na Starym Mieście. Ale na Starym Mieście też zaczęły się bombardowania i bezpośrednie ataki. Byłem w obronie Arsenału do końca, aż Arsenał padł. Po jednej stronie zabudowań Arsenału myśmy byli, po drugiej byli Niemcy, więc to odległość bardzo bliska. Do siebie nawzajem strzelaliśmy, aż wycofaliśmy się z Arsenału do pasażu Simonsa, a Arsenał zajęli Niemcy. Zresztą częściowo już Arsenał się palił. W pasażu Simonsa 24 sierpnia Niemcy szturmowali, obrzucili granatami, strzelali bezpośrednio w głąb piwnic, ale bali się zejść do piwnic, tak że tylko strzelali. W tym zamęcie, w tym ataku (ci, co byli na warcie, to zginęli, a do nas strzelano) zostałem ranny. Wydawało mi się, że z pistoletu automatycznego dostałem postrzał w obie nogi. Zrobiło mi się bardzo gorąco. Jeszcze śmieszna może rzecz: inny kolega też został ranny czy nawet zabity i hełm spadł mu z głowy i turlał się. Ja za nim wycofywałem się z tego pomieszczenia i potknąłem się o ten hełm, co spowodowało, że przewróciłem się do przodu i stwierdziłem, że już nie mogę się podnieść – tylko na łokcie. Koledzy, widząc, że się przewracam i zostaję, wrócili po mnie i za ręce wyciągnęli mnie do innych pomieszczeń. W pasażu Simonsa był szpitalik.

  • Czy to był postrzał z bliska?

Trudno mi powiedzieć, dlatego że były wybuchy granatów i serie z broni automatycznej Niemców.

  • Walczyliście razem, Niemcy i pana oddział, w środku pasażu Simonsa?

Tak.

  • Czyli typowa walka o każdy budynek?

Tak. Już byliśmy przyzwyczajeni, na Woli takie momenty były bardzo częste. Po opatrzeniu… Tutaj też ciekawostkę mogę powiedzieć, że kolega [miał] latarkę na dynamko, kierował światło na rany. Porozcinali mi spodnie. Widzę, że nad kolanem u lewej nogi jest dziura. Lekarz nożyczkami poobcinał strzępy (oczywiście bez znieczulenia to wszystko), części skóry i mięśni. Zrobiono opatrunek. Później druga noga. Wymacał, że odłamek wszedł z prawej strony i nie wyszedł, więc mówi: „To trzeba wyjąć, bo się będzie paprało”. Rozciął na krzyż tam, gdzie wymacał, i nożyczkami próbował się dostać do tego odłamka. Nie mógł. Drugi raz rozciął i złapał ten odłamek, wyciągnął. Całe znieczulenie to była kawa: „Może się napijesz kawy wzmocnionej?”. Koleżanka trzymała mnie za ręce, żebym odruchowo nie złapał lekarza, który obcinał czy bandażował. Zabandażował, mówi: „Ja ciebie tu nie chcę. Nie wiem, czy jest kość uszkodzona w prawej nodze czy nie, to trzeba by prześwietlić. Może gdzie indziej będą mieli warunki. Zabierzcie go stąd”. Zabierzcie, to znaczy [przenieście] do innego szpitala. Najbliższy szpital był Długa 23.
Przeniesiono mnie na Długą 23. Szpital załadowany rannymi – nie przyjmują, nie ma miejsc. Położono mnie w bramie, a koledzy poszli dowiedzieć się, gdzie mają mnie położyć w tym szpitalu. Przyszli z taką wiadomością. W międzyczasie dwóch kolegów w tej bramie rozmawiało. Strzału nie było słychać. Jeden z kolegów zwija się i na miejscu przewraca. Okazuję się, że wyborowy strzelec go trafił. Wszyscy zdziwieni, oglądamy się, skąd strzał. Nie było kierunku ani nic słychać. Zabierają mnie na noszach, przenoszą przez plac Krasińskich, ulicą Długą. Już wiadomo, że Długa 7 (drugi szpital z prawdziwego zdarzenia) nie przyjmuje. Informacja, że w kościele Świętego Jacka jest szpital zorganizowany z lekarzy, którzy przeszli z innych szpitali na Starym Mieście. Zanoszą mnie do samego kościoła i pod jednym z ołtarzy kładą mnie na jakimś sienniku, a na stopniach wyżej, pod samym ołtarzem, jest inny ranny. Zresztą w całym kościele było mnóstwo rannych i osób cywilnych. Siedzieli na siedzeniach, jak normalnie w kościele, po prostu traktowali to jako schronienie chwilowe.
Tam mnie zostawiono i jest pierwsza noc w kościele. Kościół bardzo akustyczny, wszystkie jęki echem wielkim… Potęga tych jęków jest coraz większa.

  • Czy z okna widać było pożary?

Leżę na plecach, więc mogę tylko patrzeć. Oczywiście widzę okna. Paliła się wtedy już Starówka, bo to było w nocy z 24 na 25 sierpnia, więc widać pulsujące ognie w oknach w nocy. Jęki, jedne głośniejsze, drugie bardziej ciche. Mam wrażenie, że ranny leżący pod samym ołtarzem sturla się po tych trzech stopniach na mnie. W ogóle nie spałem. Pierwsze odrętwienie po ranieniu to nie bardzo czułem, ale już parę godzin minęło. Każde ruszenie to jest ból niesamowity. Tak minęła noc. Może temperaturę miałem, w każdym razie w odrętwieniu tę noc przeleżałem. Rano przyszli koledzy, przynieśli mi trochę jedzenia i oczywiście butelkę wina: „Wykrwawiłeś się, musisz pić czerwone wino”. Zostawili to wszystko. Ale mówię: „Nie chcę leżeć w kościele, bo jest strasznie dużo jęków, w kościele się potęgują. Gdzieś mnie przenieście, gdzie nie będzie takiej akustyki i nie będę słyszał tych jęków”. Idą więc na zaplecze kościoła, znajdują miejsce na zasadzie „posuń się”. W zakrystii jest wejście do długiego korytarza i w tym korytarzu też leżą ranni. Leżą po obu stronach wzdłuż korytarza, bardzo długiego. Korytarz jest za zakrystią, aż do ulicy Starej. Na zasadzie „posuń się” przy wejściu z zakrystii do korytarza zrobili miejsce i mnie przeciągnęli spod ołtarza w to miejsce.

  • Na jakimś sienniku?

Były jakieś materace, siennik. Nie pamiętam, czy to był materac, czy siennik, ale na tego typu posłaniu.

  • To byli koledzy z oddziału?

Z oddziału.

  • Był też pana brat?

Jeden był brat, a drugi, żyjący dzisiaj (on mnie niósł, ale nie wiem, czy następnego dnia przyszedł) to kolega Kuczyński, z którym byliśmy razem w jednej sekcji. Tam mnie zostawiają. Koło mnie leży młody chłopak. Może się bardziej poruszać, bo tylko w jedną nogę był ranny. Zaczynamy rozmawiać. Ranni bliżej ulicy Starej leżą na łóżkach, podłączeni do kroplówek, inni na materacach tylko, bo nie było łóżek. Łóżka ściągnęli z zabudowań klasztornych. Tam był dom opieki starców, były łóżka, więc część łóżek stamtąd ściągnęli. Z tego korytarza było zejście na ulicę Starą. Jeszcze widać w zabudowie, gdzie było to zejście.

  • Ono ma być przywrócone.

Tam są dołożone cegły, więc to widać na murze. Tam leżę. Dwudziestego szóstego sierpnia słychać bombardowania, strzały. To wszystko słychać w tym pomieszczeniu oczywiście mniej, nie ma tej akustyki, jaka jest w kościele, więc jest zupełnie tam inaczej. Są zawodowe pielęgniarki, są siostry powstańcze z opaskami, które się nami opiekują. Dwudziestego szóstego sierpnia jest bombardowanie, bardzo blisko padają bomby. Wtedy zbombardowano komendę AL na ulicy Freta, to jest chyba Freta 16. Cały kościół w czasie bombardowania pulsował od wybuchu bomb. Ruszały się wszystkie mury, bardzo wyraźnie było czuć. A 27 sierpnia, według moich obliczeń, zbombardowano sam kościół Świętego Jacka. W tym miejscu, co leżałem, to z relacji kolegów, którzy po zbombardowaniu… Kościół wtedy nie tylko dygotał, ale wręcz mury falowały od wybuchów. Nurkujące samoloty również było słychać, to dodatkowy hałas. Zrobiła się cisza. Wołania o pomoc i jęki z kościoła, więc ci ranni, którzy byli na chodzie, pobiegli zobaczyć. Według ich relacji była wielka dziura w suficie na skrzyżowaniu nawy głównej z bocznymi. Okazuje się, że to wszystko były bomby z opóźnionym zapłonem, więc przebiły sufit i posadzkę, dopiero nastąpił wybuch. Były porozrzucane ciała rannych, którzy tam byli, nawet w kraty podobno wciśnięte były od wybuchu. Straszny widok według relacji kolegów, którzy tam byli. Oczywiście pył, po wybuchu to wszystko osiada, tynk biały, z cegieł, czerwony. Jak się uspokoiło, to zaczynamy dziwić się, że żyjemy, cieszyć się. Z drugiej strony rozpacz, że tamci wszyscy zginęli, radość, że udało mi się stamtąd wydostać, że przenieśli mnie koledzy tak, jak sobie życzyłem. Tak jak gdybym wyczuł, że tam nie mogę leżeć. To wszystko pomieszane.
Zaraz po bombardowaniu przyszła żandarmeria akowska od „Barrego”. Z zazdrością patrzyliśmy na ich wspaniałe umundurowanie i uzbrojenie. Każdy z nich miał pistolet maszynowy i jeszcze krótką broń. Chodzili po wszystkich, od posłania do posłania, rewidowali i co było wojskowego, to zabierali. Byłem w panterce i pas miałem wojskowy, który mi zabrali. U innego kolegi znaleźli pistolet, którego nie chciał oddać. Awantura, że woli się sam zastrzelić, niż go mają Niemcy zastrzelić. Dlaczego mu to zabierają? On przecież jest żołnierzem. „My robimy szpital cywilny”. Wszystko, co wojskowe, już nie mówiąc o broni… U drugiego kolegi znaleźli granat, który mu też zabrali. Wszystkie wojskowe rzeczy zabrali. Szpital cywilny, nie ma nic wojskowego, wszystkie elementy wojskowe zostały zabrane.
Trzydziestego sierpnia chyba to było. Weszli Niemcy od strony Nowego Miasta, czyli od zabudowań klasztornych, bliżej ulicy Starej. Pierwsze zetknięcie, to weszli i się natychmiast wycofali, bo widzą, że szpital. Ściągnęli lekarzy i z lekarzem wzdłuż posłań przedefilowali, patrząc, czy rzeczywiście szpital cywilny. Ale widzą: sami młodzi chłopcy. Zresztą żołnierze, którzy szli za grupą lekarską z oficerem niemieckim, repetowali broń, mówili (nawet niektórzy po rosyjsku): „Ja ciebie widziałem! To bandyta, strzelał do mnie, to nie jest cywil!”. Lekarz uspakajał, że wszyscy żołnierze zostali wycofani wraz z wojskiem, które się wycofywało ze Starego Miasta, że zostali sami cywile. Rzeczywiście, przed wejściem Niemców zrobiono listę osób chodzących czy słabo chodzących (z pomocą innych) do ewakuacji kanałami. Tych, którzy nie chodzili, ciężko rannych, podłączonych do kroplówek – zostawili. Bardzo dużo osób wtedy ewakuowano w ten sposób, ale tym niemniej szpital był, służba lekarska w postaci lekarzy, pielęgniarek. Tam zresztą były siostry zakonne w ubiorach tradycyjnych, na głowie w czepkach. Ci wszyscy zostali, nie byli ewakuowani. Tym wszystkim Niemcy kazali, kto jeszcze chodzi, kto może się poruszać, to wstać i zabrali. W grupach to robili. Nie ujawniali się niektórzy, tak jak jeden z kolegów, który opiekował się swoim bratem. Był ranny w nogę, chodził o jednej kuli, ale został, żeby nim się opiekować, bo on był ciężko ranny, niechodzący w ogóle. Niemcy wyprowadzili lekarzy, pielęgniarki. Słyszeliśmy pojedyncze strzały z broni maszynowej, więc (znając już zachowanie Niemców na Woli) przypuszczaliśmy, że oni wszyscy zginęli w ogrodzie przyklasztornym. Trzydziestego sierpnia, tak jak powiedziałem, weszli Niemcy, grupy Niemców wchodzących i wychodzących. To było parokrotnie – aż ze zdziwieniem patrzymy, że żołnierze niemieccy niosą kanistry z benzyną i idą do kościoła, że podpalą kościół. Nie jesteśmy chodzący, więc co będzie dalej? Za chwilę kłęby dymu z resztek porozbijanych ołtarzy, dym snuje się do korytarza, gdzie leżymy. Jest jedna pielęgniarka, która rozdaje nam namoczone szmaty, żeby położyć na twarz, że łatwiej nam będzie oddychać. Bardzo dużo było dymu. Zaczyna się wyciąganie. Ranni, którzy mogli się czołgać, to o własnych siłach się czołgali wzdłuż korytarza na ulicę Starą, a tych, którzy nie byli w stanie o własnych siłach, to pielęgniarce ten o jednej kuli pomagał jej wyciągać, ciągnąć za róg materaca korytarzem do schodków na ulicę Długą. Na ulicy Długiej tuż koło rynsztoka nas kładziono. Był gruz wszędzie, więc to uniemożliwiało położenie tak, jak na łóżkach się leży, tylko gdzie było miejsce, to tam wyciągnięto i biegli po następnego. Bardzo charakterystyczne było, że siostra spojrzała na mnie i mówi: „Ty jesteś za młody, żeby umierać”. Złapała mnie za róg mojego posłania i przeciągnęła na ulicę Starą. Tam bardzo blisko rynsztoka położyła i wróciła po następnych.

  • To była pielęgniarka?

To nie była pielęgniarka z tych młodych pielęgniarek, przyuczonych, tylko starsza pani.
  • W jakim wieku mogła być?

Wtedy wydawało mi się, że po czterdziestce. W stosunku do tych młodych dziewczyn to była starsza pani. Leżymy na ulicy Starej, tył kościoła, elewacja z oknami. Palą się ramy, bardzo gorąco, czujemy żar. Jestem kocem przykryty, nie bardzo mogę ten koc zrzucić z siebie, żeby było chłodniej. Żar z okien bucha, z pomieszczeń, które mogły się palić. Przyszła noc, zaczął kropić deszcz, trochę przygasił, zrobiło się chłodniej, czyli w dzień bardzo gorąco, w nocy chłodno. Chyba mam temperaturę, nie bardzo już reaguję na wszystkie zewnętrzne bodźce. Oczywiście leżą ranni, którzy jęczą. Jęki są coraz słabsze, niektóre w ogóle cichną, to znaczy, że umarł. Tak leżymy. Mija noc, mija następny dzień. Przychodzi Niemiec. Kto ma pierścionek albo obrączkę, to za to przynosi mu kawałek chleba wojskowego.

  • To był Niemiec czy tak zwany własowiec?

W mundurze niemieckim, trudno mi powiedzieć, z jakiej formacji był, ale zwykły szeregowiec. Cukier przynosił w tutkach, jak się skręcało przed wojną (dzisiaj pewnie nikt już nie pamięta), trochę cukru za obrączkę, za pierścionek. Niektórzy koledzy, żonaci oczywiście, mieli obrączki, to dostawali kawałek chleba. Tak przeleżeliśmy cztery dni. Tylko ten Niemiec nas odwiedzał. Nikt w ogóle się tam nie zjawiał.

  • Siostra była cały czas?

Nie, później jej nie było. Była przy naszym wyciąganiu, ale później nie było nikogo na ulicy, byli sami ranni. Patrzymy, od strony Nowego Miasta idzie jakaś ekipa z noszami. Idzie z chorągiewką pielęgniarka, z opaską Czerwonego Krzyża, koło niej idzie jakiś podoficer niemiecki w mundurze, a za nimi idzie grupa kleryków, którzy niosą nosze. Podchodzą do nas. Tych, którzy nie zmarli, kładą na nosze i we dwóch idą ulicą Mostową pod górkę. Mijamy ulicę Freta, idziemy Podwalem, dochodzimy do ulicy Kilińskiego. Róg Kilińskiego i Podwala jeden z ocalałych domów stoi nieopalony. Jest wielki napis: „Krawiec”. Tam stawiają nosze, żeby odpocząć trochę, bo pod górkę wnosili ulicą Mostową. Jeden z kleryków, który mnie niósł, wchodzi do sklepu, za chwilę wychodzi i niesie spodnie długie, niebieskie. Rzuca mi na nosze, mówi: „No, na pewno ci się przydadzą”. To mnie bardzo podbudowało, że będę zdrów, że będę chodził. Po niewielkim odpoczynku niosą mnie Podwalem do placu Zamkowego. Na placu Zamkowym widzę roztrzaskaną kolumnę (moim zdaniem to były trzy kawałki) z leżącą postacią króla. Idziemy prawą stroną Krakowskim Przedmieściem, cały rząd, ale niedużo osób, myślę, że maksimum czterdzieści, które udało się uratować z ulicy Starej, którzy przeżyli. Prawą stroną idziemy Krakowskim w stronę Nowego Światu, a lewą stroną idą cywile z małymi dziećmi i z wózkiem, z jakimiś bagażami, dzieci trzymane za rękę. Z rozrzewnieniem patrzyłem na małą dziewczynkę, którą ojciec czy matka prowadziła za rękę, a ona w rączce niosła klatkę z kanarkiem, że to, co najcenniejsze dla niej, to ten kanarek, że chciała go uratować i niosła tego kanarka, w klatce żywy kanarek.

  • To była ludność ze Starego Miasta?

Tak. Prowadzona oczywiście pod karabinami, ale nie szli regularnie, niektórzy nieśli bagaże, walizki. Tak doszliśmy do kościoła Karmelitów. Przed kościołem skręciliśmy na lewo, w głąb, na zaplecze. Tam jest seminarium duchowne, skąd właśnie byli ci klerycy. To jeszcze nie byli księża. Niosą nas do pawilonów. Ze zdziwieniem patrzymy: łóżka z białą, czystą pościelą, normalny szpital. Oczywiście nas na opatrunek, rany nie były przecież opatrywane przez ileś dni. Rozcinają mi bandaże, ropa wylewa się na podstawione naczynie, fetor niesamowity. Zgniły bandaż i zgniłe resztki ubrania w ranach, tak że ja odruchowo odkręciłem głowę.

  • Było znieczulenie?

Nie, do zmiany bandaży niepotrzebne znieczulenie. Przecięli bandaże, wywalają wszystko, przemywa rywanolem wszystkie rany. Zupełnie inaczej się czuję, odprężenie po tych opatrunkach, po zmianie. Jak to w normalnym szpitalu: na łóżko, jedzenie. Tak było chyba ze dwa dni, a trzeciego dnia zjawił się młody człowiek w długich butach, który namawia wszystkich, żeby opuścili Warszawę, że jest porozumienie polsko-niemieckie, że jest możliwość wywiezienia rannych do miejscowości podwarszawskich: Milanówek, Brwinów. Zgłaszam, że mogę jechać, dlatego że i tak już jestem w rękach Niemców, więc chyba lepiej pojechać do szpitala, gdzie jest światło, gdzie są różne możliwości, bo urządzenia działają, lepsze wyżywienie. Decyduję się. To było 9 września. Znoszą nas na noszach do autokaru, za którego kierownicą oczywiście siedzi Niemiec kierowca, dwie chorągiewki Czerwonego Krzyża, koło niego siostra z opaską Czerwonego Krzyża. Nosze układają na siedzeniach i na oparciach siedzeń, żeby jak najwięcej ludzi, którzy leżą na noszach, się zmieściło. Leżę na noszach na oparciach siedzeń. Widzę, że w tyle autokaru są ranni, którzy chodzą o kulach albo o laskach, więc chodzący trochę. Zapełniony autokar rusza. Nie bardzo widzę (bo wysoko leżę) przez kawałek okienka, którędy jedziemy. Ulice wszystkie, domy albo wypalone, albo gruz jest, ale jezdnia przejezdna. Wreszcie poznaję Aleje Jerozolimskie. Jesteśmy w Alejach Jerozolimskich i jedziemy do zachodniej stacji kolejowej. Cisza jest. Ani Niemcy, ani Polacy nie strzelają, nasz autokar przejeżdża. Przywożą nas na Dworzec Zachodni i z noszy przeładowują nas do pociągu. Kładą mnie na drewniane siedzenie, już bez noszy, i za chwilę pociąg rusza. Pociąg, jak to na zakrętach (nie tylko na zakrętach) w rytm się kołysze. Ze zdziwieniem patrzę: turlająca się mała cebulka po podłodze się wałęsa. Staram się ręką koło swojego siedzenia ją złapać. Za którymś razem, jak zwalniał pociąg, to ta cebulka potoczyła w moją stronę, udało mi się ją złapać. No to była słodka cebula, jakiej nigdy w życiu nie jadłem. To już była połowa drugiego miesiąca, w ogóle warzyw nie jedliśmy w tym okresie.
Tak dojeżdżamy do Pruszkowa. Pociąg przed Pruszkowem, przed stacją staje. Myśmy już wiedzieli, że Pruszków to jest obóz przejściowy dla ludności cywilnej, ale ten nas zapewniał, że jedziemy do Brwinowa albo do Milanówka, albo do Podkowy Leśnej, te trzy miejscowości mają najwięcej szpitali. Dojeżdżamy do Milanówka, w Milanówku na stacji tłum ludzi z noszami. Czekają już na pociąg, kładą mnie na nosze i przenoszą do najbliższego szpitala przy stacji kolejowej. Jest to szpital Czerwonego Krzyża, willa „Gloria” tuż przy torach, duża willa. Tam mnie zanoszą. Znowu biała pościel, lekarze, wszystkie urządzenia, tak że dochodzę do wniosku, że dobrze zrobiłem, że tutaj przyjechałem.

  • Polscy lekarze?

Polscy lekarze, tak. Tak że przeskok możliwości robienia opatrunków, zastrzyków, leków, bandaży. Zaczyna się normalne życie szpitalne. Ponieważ mam zdrowe ręce, wobec tego dostaję umyte bandaże z plamami krwi i żółtej ropy. Co się dało uprać, to uprano. Zwijam bandaże, żeby używać jeszcze raz.
Dalsze dzieje, to już chyba nie warto o tym mówić. Przychodzą koledzy i mówią, że jest możliwość wyjazdu do szpitala do Krakowa. Tam jest wszystko, co jest potrzebne. Moje rany się nie bardzo goją, rośnie dzikie mięso, które trzeba było lapisem neutralizować przy ranach. Decyduję się więc na wyjazd do Krakowa. Ale już chodzę o kulach, o kulach przyszedłem do pociągu. Pociąg to wagon bydlęcy z kucheneczką na środku i łóżka w nim dwupiętrowe. Siadam na łóżku, na niskim poziomie. Okazuje się, że tę kuchenkę, żeby ogień się palił… Już się jesień zrobiła, to był chyba koniec października, listopad. Trzydzieści sześć godzin jedziemy do Krakowa. Kuchenkę obsługuje Niemiec, który ma wodę w kanistrze. Jak się pociąg zatrzymywał, to biegł gdzieś, żeby zdobyć wody. Kawę parzył na tej kuchence i kto chciał się napić, to dostawał kawę. Obok kuchenki stało wiadro, to był wucet. Oczywiście towarzystwo jest mieszane, sporo jest chyba osób cywilnych, niemających nic wspólnego z Powstaniem, ale też rannych. Jest dziewczyna, która cały czas chodzi w chustce na głowie i czarne włosy wychodzą jej spod tej chustki. Mówię: „Ciepło jest, kuchenka się pali, może byś zdjęła tę chustkę”. – „Nie”. Śmieję się z niej, że nie chce zdjąć. Ona zdejmuje i wtedy okazuje się, że włosy ma tylko wokół twarzy, a reszta głowy jest wygolona. Wybuchł koło niej granat, i ma mnóstwo drobnych odłamków w skórze w głowie, które jeszcze nie zostały wszystkie wyjęte. Dlatego nosiła chustkę.
Tak dojechaliśmy do Krakowa. W Krakowie jesteśmy transportowani do obozu na Montelupich. Tam (Niemcy to zorganizowali) – odwszalnia, mykwa. Oczywiście ubrania wieszamy na metalowych wieszakach do odwszalni, a sami myjemy się. Jest później niemiecka komisja lekarska, na mundury pozakładane mają fartuchy białe. Kuśtykam o swoich kulach, prawa noga jest lepsza, mogę się na niej opierać, lewą ciągnę, nawet się nie mogę na niej oprzeć. Dochodzę do stołu. Niemcy miedzy sobą rozmawiają. Nie nadaję się na wywiezienie do Niemiec do obozu, do pracy. Biorą literę K, tuszkę i na dłoni wielkie K mi stemplują, czyli chory i przeznaczony do szpitala.
W ten sposób dostałem się do szpitala w Krakowie. Znany szpital, wacha niemiecka na dole, nie wolno wchodzić, wychodzić. Na pierwszym piętrze chyba leżę, z tłumem innych rannych, chorych, bo to już mieszanka jest, wszyscy, którzy zakwalifikowani byli na leczenie. Jest między nami na sali jakiś żołnierz z 1939 roku po amputacji obu nóg, ma stopy amputowane. Chodził na protezach, ale wtedy protezy nie były najlepiej wykonywane i sobie odleżyny porobił od tych protez, dlatego był w szpitalu. Od niego dowiedziałem się, że jednak można wyjść z tego szpitala. Od podwórka w ogrodzeniu są dwie deski, które się odsuwa i można przez to ogrodzenie wyjść na miasto. On tak wychodził i wracał trochę podpity. Było wiadomo, że wraca, bo śpiewał sobie wojskowe piosenki, idąc na kolanach po korytarzu, a protezy niósł pod pachą. Takie było życie w Krakowie. Wszyscy mówią, że warszawiaków nie kochają, ja Kraków mile wspominam. Zjawił się któregoś dnia przedstawiciel obecnego ZUS-u. Już wtedy pracowałem, więc wypytywał mnie, ile zarabiałem. Podałem (zgodnie z prawdą) jakąś bardzo małą sumę w jego pojęciu, więc mnie wypytywał, czy dostawałem śniadania, obiady, żeby tę sumę powiększyć. Dostałem od niego zaświadczenie, że ileś złotych mi wypłacą. I rzeczywiście. To była niewielka suma, ale każda suma się liczyła. W taki sposób znalazłem się w Krakowie.
Jeszcze muszę powiedzieć (jeżeli chodzi o pieniądze), że w Milanówku był na przykład kolega, który był w Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie. Opakował chleb w arkusz wydrukowanych pieniędzy, nierozciętych. Pożyczyliśmy żelazko od siostry, prasowało się starannie ten arkusz papieru i żyletką bardzo precyzyjnie… Zdziwieni byliśmy, że nikt nie kwestionował jakości tych pieniędzy. Na mieście można było te pieniądze wydać. Oczywiście życie w szpitalu już było zorganizowane. Mówię o Milanówku. Społeczeństwo świetnie się zachowało, jak się dowiedziało. Byłem chyba w jednej z pierwszych grup rannych, które przyjechały z Powstania Warszawskiego. Przynosili nam podwieczorki, czyli ciasto własnego wypieku, do tego czasem nawet kakao. To nas odżywiło po okresie Powstania. Byłem w bardzo złym stanie. Jedna z sióstr powiedziała, że muszę kurczaki jadać, to odżyję. Rzeczywiście, następnego dnia jej siostra przyniosła w menażkach rosół i kawałki kurczaka. Od tej pory dostawałem obiad przynoszony przez tę dziewczynę z Milanówka, dlatego wspominam miejscowe społeczeństwo, które bardzo dbało, przynajmniej w pierwszym okresie. Może jak później szpitali było bardzo dużo, to się zmieniło. Mój wyjazd do Krakowa też był spowodowany tym, że już mieli kłopoty z organizowaniem jedzenia, lekarstw, bardzo często wyłączano prąd, tak że leczenie już nie było takie wspaniałe, jak w pierwszym okresie.

  • Był pan leżącym rannym, ale informacje jednak napływały. Czy kościół Świętego Jacka był traktowany jako bezpieczne miejsce, gdzie ludzie się chronili?

Uważam, że tak, bo jak mnie przeniesiono 24 sierpnia, w drugiej połowie dnia, to w ławkach siedziało mnóstwo ludzi. Nie modliło się, tylko koczowało tam, tak jak w piwnicach na Woli.

  • Był oznaczony?

Po pierwsze to kościół – na ogół się nie bombarduje kościołów. Po drugie – zabudowa klasztornych czy przyklasztornych pomieszczeń, gdzie była opieka nad starymi osobami i nad dziećmi chyba też. Ale Niemcy nie przestrzegali, przecież to wiadomo.
Najciekawsza sprawa z takich historii, to że kiedy już chodziłem tylko o jednej lasce i wychodziłem na miasto, nawiązałem kontakt z krakowską grupą Armii Krajowej. Dostałem pieniądze. Uciekłem ze szpitala z kolegą i mieliśmy się dostać do partyzantki. Front już nadchodził, przeczekaliśmy na wsi. On chciał się spotkać z siostrą. Dowiedział się, że siostra tam gdzieś jest. Szukaliśmy na jakiejś wsi, już nie pamiętam w tej chwili nazwy. Prawie dwa tygodnie na tej wsi spędziliśmy. Pamiętam tę siostrę. Tam dopiero był głód! Były na polach niewykopane ziemniaki i warzywa. Myśmy kilofami rozbijali ziemię, żeby wydobyć marchewkę czy pietruszkę, z której (z kapustą w główkach) gotowano zupy. Nie miałem zaleczonych ran i doszedłem do wniosku, że nic ze mnie nie będzie w partyzantce. On pojechał do partyzantki. Później był jego pokazowy proces. Ja wróciłem do Milanówka i zostałem przyjęty do szpitala z otwartymi rękoma, byłem nadal leczony. W szpitalu leżałem do 2 marca, czyli cały styczeń, luty. Dopiero z zagojonymi ranami wypisałem się ze szpitala i pojechałem do Warszawy.
Do Dworca Zachodniego pociągi chodziły, a od Dworca Zachodniego szło się na piechotę. Wtedy jeszcze czuło się spaleniznę. Miliony kartek na bramach: „Poszukuję, jestem tu i tu”. To był widok, który pamiętam do dnia dzisiejszego: te kartki poprzyczepiane, poprzybijane, rodziny się poszukiwały. A ja naiwny, sam, bo rodzice zostali wywiezieni do Niemiec, brat poszedł do niewoli, mieszkanie rozbite. Nie dość, że rozbite, to okradzione do końca, nic nie było, nie było co sprzedać, żeby mieć trochę pieniędzy.

  • Mieszkanie na Chmielnej?

Tak. W domu Jabłkowskich mieszkałem, Chmielna 21. Proszę sobie wyobrazić, jaki byłem naiwny: zacząłem handlować pastą do butów (kto kupował pastę?), żeby mieć parę złotych. Dopiero spotkałem kolegów, dziewczynę z Ursusa i pojechałem do niej do Ursusa. Później z nią pojechałem do Gdańska, żeby zasiedlać Gdańsk. Zostawiłem nawet kartkę ze swoim nazwiskiem.
  • Kiedy pan wrócił na Freta, w to miejsce na Starym Mieście, gdzie pan żył?

To gruzy były i nie ciekawiło, żeby przychodzić, oglądać. Na dobrą sprawę [byłem tam] dopiero z tymi dwoma chłopakami. Jeden z nich leżał na ulicy Starej, a podawał inne daty. To poszliśmy. On mówi „Coś ci pokażę”. Pokazał mi cegły wmurowane, gdzie były schodki na ulicy Starej.

  • Jak pan się z nimi spotykał?

Na cmentarzu, 1 sierpnia, na różnych uroczystościach. W 1947 roku myśmy się spotykali na gruzach pasażu Simonsa, bo tam po zbombardowaniu pasażu Simonsa mnóstwo kolegów poległo. Nas było wtedy ze dwadzieścia, trzydzieści osób. „Ostoja” był prężny, spisywał wszystkich.

  • Pozostawił po sobie fotografie ze Starego Miasta.

Chyba więcej zostawił. I fotografie, i różne listy ewidencyjne. Później, kiedy został aresztowany, to wszyscy się rozbiegli i nie przyznawali się. Był taki przełom, parę lat, gdzie nie spotykaliśmy się, a później na nowo zaczęliśmy się spotykać – ci, którzy się znali.

  • Nie spotykaliście się podczas najgorszego czasu, stalinowskiego?

Tak, a właściwie jak „Ostoja” był aresztowany. Ponieważ miał ewidencje wszystkie, więc to groziło różnymi represjami i dlatego przestaliśmy się spotykać. Jeden z kolegów na przykład wyjechał do Szczecina, żeby zatrzeć ślady, i tam zaczął studiować. Oczywiście zapisał się do ZMP. Za szybko awansował, bo zrobili z niego jakiegoś działacza na wyższym szczeblu, gdzie odkryto, że brał jednak udział w Powstaniu. Szybko musiał uciekać ze Szczecina, znowu do Warszawy.

  • Jak było z „Ostoją”?

Później był zwolniony. Już nie prowadził sklepu. Róg Alej Jerozolimskich i Chałubińskiego, tam gdzie był „Pewex”, był taki dłuższy pawilonik. Koło tego dom stał, tam były jakieś związki zawodowe chyba i on był bibliotekarzem, bibliotekę prowadził. Stąd chyba jego zapał do prowadzenia różnych ewidencji. Miał ewidencję wszystkich naszych kolegów i stąd przerwa.

  • Pamięta pan posługę kapelanów w Powstaniu?

Tak, na Woli, jak szliśmy na akcję czy na patrol. Chyba Cybulski się nazywał nasz kapelan. Udzielał rozgrzeszenia, że jak ktoś zginie, to czyściutki pójdzie prosto do nieba.

  • A w szpitalach?

W szpitalach nie pamiętam.

  • Mówiono, że codziennie było nabożeństwo w bocznych pomieszczeniach. Było takie wspomnienie.

W kościele Świętego Jacka?

  • Nie w kościele, w jakimś bocznym pomieszczeniu.

Ci, co chodzili, mieli możliwość poruszania się po różnych obiektach, to bardziej wiedzieli, co, kiedy. Mieli możliwość pójścia na mszę.

  • Pamięta pan punkt opatrunkowy? Jak to przebiegało w ciągu dnia, czy były zmiany opatrunków?

Nie pamiętam, żeby były robione opatrunki w kościele, w tym korytarzu. Po prostu leżeliśmy, dostawaliśmy coś do jedzenia i koniec, cała opieka lekarska.

  • Z kolegami potem poszliście na Freta i spotkaliście tam ojca Rajmunda?

Myśmy chodzili i się kłócili, co, gdzie. Wtedy wyszedł starszy zakonnik: „Co, panowie?”. Myśmy się przedstawili, nie mieliśmy powodu ukrywać, że tu leżeliśmy w kościele. On się bardzo zainteresował i zaczął z nami rozmawiać, i nas namówił, żeby mu przekazać wspomnienia z pobytu w kościele. Pierwszy napisałem, później z Londynu Jurek Grach przysłał mi i ja przekazałem księdzu Rajmundowi. Zygmunt (nie wiem, jak on się nazywał) też za moją namową napisał i osobiście przekazał do księdza Rajmunda.

  • Jak funkcjonował Polski Czerwony Krzyż? Czy to było zauważalne w szpitalach?

Pierwszy raz zauważalne było, jak przyszli z opaską Czerwonego Krzyża, ze sztandarem, z klerykami.

  • Do szpitala zorganizowanego przez Czerwony Krzyż?

Tak.

  • To byli polscy lekarze?

Polscy lekarze. Później w szpitalu pod Warszawą.

  • To też było pod auspicjami Czerwonego Krzyża?

Tak. To był szpital. On też przeżywał różne dzieje. Pamiętam, jak się magazyny na którymś piętrze zapaliły i spirytus się palił. Jednostki straży pożarnej przyjechały. Jak się spirytus pali, to jasne płomienie buchają, bardzo efektownie to wygląda. Myśmy, leżąc w szpitalu, wychodzili (chodząc o kulach) do ogrodu, tam ławki były i siedzieliśmy. Widzieliśmy nawet walki samolotów nad Warszawą. Lekarze dostali od Niemców zgodę, żeby pojechać do Warszawy. Pojechali transportem do jakichś magazynów i między innymi (pamiętam to doskonale) jeden z tych lekarzy przywiózł (poza opatrunkami) spodnie z Warszawy. Ale okazało się, że te spodnie są niedobre dla niego, za szerokie. Koło mnie leżał w Milanówku na tej samej sali krawiec i on jemu dał do przeróbki te spodnie. On te spodnie ręcznie szył. Bardzo się zdziwiłem, on mówi: „Przecież kiedyś się tylko ręcznie szyło i nikt się nie dziwił, co się dziwisz”. Nawet z nudów pomagałem mu. On mówi: „Powinieneś krawcem zostać, bo umiesz szyć”. Dziurki obrębiałem. Jeszcze jedno: Kapitan „Lis” miał rękę na samolocie, to znaczy na stelażu. Tam były otworki powycinane (gdzie były niezagonione rany), przez które robaki spadały, więc nie bardzo chcieliśmy, żeby siadał na naszych łóżkach. On uczył matematyki, ludzie się uczyli. W Milanówku leżałem na jednej sali z Węgrem, po niemiecku opowiadał nam o Budapeszcie. To był, okazuje się, architekt. Miał dar plastycznego opowiadania. Jak pierwszy raz po wojnie pojechałem do Budapesztu, to tak jakbym znał to miasto, tak plastycznie mi opowiedział o Gelerta i moście Świętej Małgorzaty. Widziałem to miasto bardzo plastycznie z jego opowiadań.

  • Czy w szpitalach powstańczych jeszcze była konspiracja, ludzie dużo nie rozmawiali ze sobą?

I tak, i nie. Po pierwsze na furtce ogrodzenia szpitalnego wywieszono listy, kto leży. Jak już pojechałem do Krakowa i później wróciłem, to mi mówili, że mnie poszukiwano. Rzeczywiście, jedna z koleżanek, która w tym rejonie była, wstąpiła pytać o mnie, a mnie już nie było. Nikt nic nie mówił, ale cała sala to była wspólnota właściwie. Jak jeden z kolegów sprzedał długie buty (przyszedł w tych długich butach) na żywność, żeby się dożywić, to wszyscy jedli to, co kupił za te długie buty. Leżał chłopak z raną w głowie i miał wyciętą kość. Nawet mówiło się, że wstawią mu metalową płytkę i będzie okay. To ona, żeby go dożywiać, sprzedawała pierścionki, które miała na ręku, i kupowała na mieście różne rzeczy. To już ten dalszy okres był, kiedy przestało nam podwieczorki społeczeństwo przynosić, bo już zaczęło się komplikować życie. Jak już wróciłem z Krakowa, to początkowo było bardzo dobrze jeszcze, bo były magazyny i dostawał szpital wyżywienie. A później już Rosjanie powiedzieli: „Nie”. Pamiętam pęczak, który gotowano i kraszono surowym olejem. Pamiętam zapach tego oleju na gorącym pęczaku. Już nie było co jeść, dlatego że szpital nie dostawał przydziałów.

  • A jakie było wyżywienie w szpitalach podczas Powstania?

Na Starówce było dobrze, dopóki były konserwy z magazynów. Myśmy po przyjściu z Woli w szufladach biurek wyszukiwali drugie śniadanie, które pozostawiali urzędnicy. To był zeschnięty chleb posmarowany margaryną i plasterek żółtego sera w środku. Chleb był suchy, ale to było bardzo dobre, lepsze niż to, co nam gotowano, bo było mnóstwo sago. To są przezroczyste kuleczki kaszy.

  • Kasza jaglana?

Nie wiem. Te kuleczki gotowano i kraszono sokiem, oczywiście sztucznym. Soki były w litrowych butelkach. Nie można było już patrzeć na te soki wiśniowe.




Warszawa, 15 czerwca 2012 roku
Rozmowę prowadziła Joanna Lang

Zobacz także


strzelec

Zdzisław Jezierski "Zdzich"

Co robił pan przed pierwszym września 1939 roku? Skończyłem szkołę akurat. Chodziłem do prywatnej szkoły...

więcej
porucznik

Maria Raś-Grabowska „Kazimiera”

Co robiła pani przed pierwszym września trzydziestego dziewiątego roku? Studiowałam na Uniwersytecie Jana...

więcej
strzelec

Bożena Sas

Co robiła pani przed pierwszym września 1939 roku? Byłam razem z mamą w ucieczce, że się tak wyrażę. Nie...

więcej
strzelec, sanitariuszka

Hanna Komierowska-Staszkowska „Grażyna”

Co robiła pani przed 1 września 1939? Przed 1 września to chodziłam do szkoły. Chodziłam do szkoły do...

więcej