Nazywam się Zbigniew Kacprzak, urodziłem się w Warszawie 15 marca 1935 roku. Mieszkałem z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Byłem najmłodszy. Mama rocznik 1908, ojciec 1906 rocznik. Mieszkaliśmy w mieszkaniu babci czy w domu babci – to parterowy dom, rodzinne takie domy – z jednej strony moja rodzina, czyli rodzina Kacprzaków, a z drugiej strony rodzina Ostaszewskich, czyli moja ciocia, która wyszła za pana Ostaszewskiego Edwarda, z dwójką dzieci. Siostra moja, doktor, obecnie Longina Zadrożyńska, urodzona w 1935 roku, bodajże 1 stycznia. No i brat Bogdan Ostaszewski i później jeszcze młodsze rodzeństwo, to już dalej, ale to…
Były takie momenty w 1939 roku, gdzie razem wszyscy mieszkaliśmy w ogrodzie. Ogród, owoce, dzieci – bawiliśmy się spokojnie i życie wtedy było, nazwijmy to, sielankowe. Ale jak wybuchła wojna, ponieważ mieszkaliśmy w strategicznym miejscu, na rogu Żeromskiego i Marymonckiej, Wojsko Polskie wysiedliło nas, całą rodzinę. A, przepraszam, wcześniej ojciec został powołany na ćwiczenia – nie wojna jeszcze, ale ćwiczenia, bo poszedł bodajże w maju czy w czerwcu na ćwiczenia wojskowe. Za Warszawą siedział. Nie wiem, gdzie dokładnie pojechał, bo tego nie wiedziałem i nie wiem do dzisiaj, gdzie te ćwiczenia były. W każdym razie nie wrócił. Dopiero wrócił koniec trzydziestego dziewiątego roku, bodajże przed świętami w grudniu, w grudniu trzydziestego dziewiątego roku. I wracam myślą do [momentu], jak nas wysiedlono. Wysiedlono nas – mama z trojgiem dzieci – do domu na ulicy Słowackiego, do domów oficerskich. Tam było duże zgromadzenie dzieci, małych dzieci z rodzicami. [Mieszkaliśmy] na którymś tam, czwartym czy którymś piętrze, korytarz taki długi, pokoje poszczególnych oficerów czy coś. Tam mieszkaliśmy krótki okres, jak zaczęła się wojna w trzydziestym dziewiątym roku. W momencie kiedy Warszawa poddała się, bodajże koniec września, my wróciliśmy do swojego domu. Wracamy do domu, a tam stoi tylko komin, dom spalony, jeszcze się żarzy wszystko. Ja przeżyłem to w ten sposób, że… Starsze rodzeństwo, brat z mamą trzymali się za ręce, a ja podobno patykiem szukałem swoich klocków. Miałem wtedy cztery i pół roku. Taka była sytuacja. Pierwsze spotkanie z wojną. To było straszne to wszystko. Jak przypominam sobie, to…
Ojciec pracował na budowie. W ogóle rodzina robotnicza, nazwijmy to tak. Ojciec pracował na budowie, między innymi budował CIWF, czyli [dzisiaj] AWF, a przyjechał ze wsi. Z bratem przyjechał, z Kazimierzem, swoim młodszym bratem. Dostali pracę w Warszawie i pracował na budowie. Wtedy w zimę nie pracowali, bo jak były zimne te mrozy, to… Ale między innymi budował CIWF. A mama pracowała na ulicy Okopowej w fabryce Pfeiffera. […] Mama tam pracowała gdzieś od trzydziestego bodajże drugiego roku, w tej fabryce. Ale pracowała na różnych stanowiskach. Między innymi później, ponieważ była długoletnim pracownikiem, pełniła rolę jakby kontaktu z właścicielem, z Pfeifferem i Temlerem. Pfeiffer i Temler – taka oficjalna nazwa. Ale Pfeiffer był w Warszawie, na miejscu był, w fabryce. Prawdopodobnie wyszedł za Polkę i prowadził swoje życie tutaj. [To była] fabryka skóry. Wtedy były różne elementy, obuwie czy inne takie rzeczy, robione ze skóry. No i jak wojna wybuchła, to okazało się, że fabryka produkuje między innymi buty dla wojska niemieckiego i inne takie rzeczy. […] Była pod nadzorem niemieckim i cały czas w czasie wojny brała jakby udział w działaniach okupacyjnych na specjalnych prawach, że pracują dla wojska niemieckiego. I [było to ujęte] w zaświadczeniu. Mama często korzystała z tego zaświadczenia. Jak Niemcy nas złapali w czasie przejścia czy w czasie łapanki, jak mama to pokazywała, to było „gut” i szliśmy do domu, puszczali. A niektóre osoby zostały zatrzymywane, w samochody zabierane. Co się z nimi działo, to wiemy, bo to różnie było. O tym będę mówił w dalszej, że tak powiem, kolejności.
Mama to jest Janina Kacprzak z domu Kościelska. Ojciec Zygmunt Kacprzak, mieszkał koło Sochaczewa. Nie wiem na pewno [gdzie]. Kiedyś wybraliśmy się, ale nie pamiętam [miejscowości], w każdym razie Błonie, Sochaczew. Chopin mieszkał…
O, za Żelazową Wolą, dwie wsie za Żelazową Wolą to były, tak.
Najstarszy Rysiek był, brat.
Rocznik 1928. Rysiek działał, ja będę opowiadał. Wprowadzał mnie przez całe życie tutaj, w czasie okupacji i tak dalej, dawał mnie polecenia, inne działania tutaj robiliśmy – dokuczaliśmy Niemcom. W każdym razie taka była historia. A siostra, rocznik 1932, no, działała, ale raczej nie brała udziału w jakichś takich [działaniach] jak my, chłopcy, dzieci chłopcy. No, siostra raczej opiekowała się nami, żeby gdzieś zorganizować jakieś jedzenie czy coś takiego. Wszyscy, cała trójka chodziliśmy do szkoły. Szkoła to były dwie izby na ulicy Bolecha. Starsi chodzili pierwsi, ja chodziłem później. Starsi – to znaczy brat chodził od razu w trzydziestym dziewiątym roku, ale to na Żoliborzu. Bo w czterdziestym roku wysiedlono nas z domu strzeleckiego, otrzymaliśmy mieszkanie na Kole.
Tutaj, jak powiedziałem, przyszliśmy, dom spalony, nie wiadomo było, co robić. Nie wiem, kto tam nas zabrał, ale wiem, że mieszkaliśmy na Wyspiańskiego. Piękna willa prokuratora czy sędziego. Bo to było takie, jakby to powiedzieć, osiedle to może za dużo, ale [mieszkali tam] ludzie [tacy jak] sędziowie, prokuratorzy i cała obsługa wkoło tego budynku. Oni wyjeżdżali w trzydziestym dziewiątym roku, wyjeżdżali różnie, później wrócili do tych domów. [Ten], w którym my mieszkaliśmy, to z ogrodem z tyłu, no, ładna willa, pojedyncza. Teraz są połączone wszystkie te wille, bo stoją te budynki. Akurat ten nasz, w którym my byliśmy, nie był spalony. Bo niektóre były spalone, ale ten, w którym my byliśmy, nie. Jak wrócili [właściciele], musieliśmy to opuścić. Poszliśmy do domu… Przenieśli nas, no bo troje małych dzieci, ojca jeszcze nie było, nie wrócił jeszcze z wojny. Nie wiem, dlaczego nie wrócił, bo przecież wojna się skończyła. Czy działał gdzieś w lesie, czy coś takiego, nie opowiadał tego i nie znam szczegółów, ale ojciec wrócił dopiero w grudniu gdzieś, na święta. A nas przeniesiono do domu Strzeleckiego przy placu Henkla, plac Henkla 2 bodajże czy coś. Duży dom, może dwupiętrowy albo trochę jeszcze wyższy, który też nie został spalony. Bracia Strzeleccy, którzy urzędowali w tym domu, mieli takie jakby muzeum myślistwa. Sala gdzieś dziesięć na metrów na dwadzieścia na parterze była pełna różnych rogów, głowy dzików, nie dzików, różnych zwierząt, [na które] oni polowali. No i działali wtedy w Australii Strzeleccy, bracia. Bodajże jest Góra Strzeleckiego w Australii. Tak, taka była. Jak ten pan przyszedł, no, podziękował nam, że żeśmy się opiekowali tymi zabytkami jego, no bo to było [cenne], i nie wiedzieli, co z nami zrobić. I w czterdziestym roku dostaliśmy mieszkanie na Kole. To był gdzieś, nie wiem, marzec, kwiecień. Jechaliśmy furmanką. Tamte rzeczy, które tam mieliśmy z sobą… niewiele tego było, bo tak na dorobku byliśmy, [mieliśmy] pojedyncze przedmioty, co tam babcia dała czy coś do takiego.
W międzyczasie działo się, bo byłem świadkiem bombardowania Warszawy. Samoloty niemieckie latały, nie były zestrzeliwane, swobodnie się czuły. Aż się dziwiłem, gdzie ta artyleria nasza. Pamiętam takie zdarzenie, że ponieważ pozostawałem w domu… Starsze rodzeństwo już wtedy chodzili – nie wiem, czy do szkoły, czy do przedszkola – w każdym razie ja zostawałem w domu, a mama pracowała. Mama pracowała, jeździła do pracy, bo musieliśmy z czegoś żyć. Zamykali mnie w domu. I była taka sytuacja. Jedzie furmanka… To już było po [walkach we wrześniu], to znaczy zawieszenie [broni], Warszawa już była poddana. Jechał wóz, zaprzężony w konia, nie miał tam chyba nic na tym wozie, dosyć wysokie miał te boczne osłony przy wozie. I ten samolot, pamiętam, obserwowałem go, jak krąży. Raz zakrążył, drugi raz i zaczął strzelać do człowieka, który prowadził ten wóz. Człowiek, nie wiem, czy był ranny, czy nie był ranny, w każdym razie koń padł.
To był październik 1939 rok. Już było już zawieszenie broni i tak dalej, a te samoloty krążyły i pozwalały sobie na wszystko, co było nieprzewidziane, że tak powiem, w tej umowie. I ja pamiętam to jeszcze, bo bardzo to przeżyłem: Ten koń jeszcze ciepły, padł, dogorywa, porusza nogami, ale przybiegli mieszkańcy z domu obok. Nie było co jeść wtedy i nie wiem, czy dobili tego konia, czy nie, w każdym razie jak odkroił kawał mięsa tutaj z tyłu tego konia, to ta para, to wszystko… Ja nie mogłem już patrzeć na to wszystko. Ale wiem, że koń został w przeciągu pół dnia, może trochę dłużej zabrany, bo już nie było co… Był straszny głód, nie mieliśmy co jeść. À propos głodu tutaj, jak mieszkaliśmy właśnie na Wyspiańskiego, bodajże 6, bo to środkowy budynek… Ładny teren, w środku tego terenu był kort tenisowy, widziałem ten kort tenisowy i tak dalej – jako dziecko widziałem to wszystko. A ponieważ nie było co jeść, Niemcy zatrzymali się przy ulicy Potockiej w straży ogniowej (istnieje ten budynek do dziś, straż ogniowa była), Niemcy tam się zatrzymali i rozdawali chleb, wojskowy chleb jakiś. Mama mnie wzięła na ręce czy poszliśmy i wzięła mnie tam na ręce, jak w kolejce tam staliśmy. I jakaś Żydówka była. A mama znała, bo wcześniej pracowała z różnymi dziewczynami, bo pracowała od młodych lat u Plutosa, u innych Żydów, którzy cukiernię prowadzili na Marymoncie. I [mówi]: „Salcia: stań w kolejce”. Jak ten Niemiec [usłyszał], że mama tam się porozumiewa z tą Salcią, Salcię wygonił, mamę pociągnął za rękę, bo ja tam siedziałem mamie na ręce, ja upadłem i podobno krzyczałem: „Nie chcę chleba! Nie chcę chleba!”. Bo uderzyłem czy tam coś… Historia była dramatyczna, to za mną później chodziło. Jak mama dzieliła chleb w czasie okupacji, to było: „A, ty nie chcesz chleba” – śmieli się ze mnie. Mało tego, ponieważ nie było co jeść, ja się najadłem jakichś owoców, które były w tym ogrodzie. No i byłem już dzieckiem na stracenie: wymioty i górą, i dołem – byłem na stracenie. Podobno palili już przy mnie świece, gromnice. Ale przyszła babcia Kościelska, mamy mojej matka, i jak zobaczyła to, przyniosła worek sucharów i te suchary uratowały po prostu.
To był 1939 rok, październik, listopad może – to takie były trudne czasy. Zima była dosyć sroga, ale nie pamiętam zimy, bo chorowałem. Nie pamiętam zimy, ale pamiętam te owoce, które tam zrywałem, czerwone były. Nie wiem, czy to róże były, czy jakieś tam zawiązki. Jadłem coś, żeby zjeść, bo po dwa dni nie jadło się, tylko woda jakieś… No, nieprawdopodobne rzeczy. Jak to wspominam, to jak patrzę, jak te chleby wyrzucają czasami, to ja podnoszę go. Ten okres… I zostaliśmy przeniesieni do domu Strzeleckiego. W domu Strzeleckiego już było może trochę [lepiej]. Nie wiem, mama przynosiła jakieś jedzenie i ojciec już wrócił. W każdym razie opiekowała się mną najmłodsza siostra mamy, ciocia Zosia, rocznik chyba dwudziesty, może osiemnasty, taka panna była wtedy, w trzydziestym dziewiątym roku, […] może dwudziesty drugi rocznik była. No i ponieważ [mama] pracowała i ja sam zostawałem w tym domu Strzeleckich, ona tam po prostu opiekowała się mną. Wysadzała mnie, wyprowadzała mnie do [toalety], opiekowała się, umyła mnie jeszcze wtedy i tak dalej. Bo byłem może nie to, że niezdolny, tylko nie wiedzieli, jak się poruszać po tym domu, bo ten dom był piętrowy. Tak że były makabryczne sytuacje. Ciężko się bardzo żyło, ale rodzice musieli radzić sobie z nami. Później jak wrócił pan Strzelecki, nie wiedzieli, co z nami zrobić. Osiedle robotnicze na Kole przyjmowało takich ludzi, co byli spaleni, z trojgiem dzieci. U nas ja najmłodszy wtedy, cztery lata, brat już starszy, o siedem lat starszy ode mnie. No i zamieszkaliśmy na Kole, na Obozowej 62 mieszkania 24. To były bloki, dziesięć bloków. Na ósmy blok na Kole na Obozowej spadła bomba. Tam też było strach, że bomba spadła, jedna z pierwszych bomb. No i tam całe dzieciństwo, całą okupację przeżyliśmy. Różne momenty były w życiu, o których mogę opowiedzieć, bo to też są drastyczne historie. Brat był energiczny dosyć. Wśród kolegów miał pseudonim Bomba – silny był. A ja z takimi dzieciakami, mogę wymienić parę nazwisk, bo pamiętam…
Na górze mieszkał Motylewski, nad nami. My mieszkaliśmy 24, oni na drugim piętrze. […] Mieszkało dwoje dzieci, Jurek Motylewski z siostrą, ona Danka – tak samo moja siostra, też Danka – a na nią Daśka tam mówili. Daśka to w wieku mniej więcej mojego brata, może ciut starsza, tak, prawdopodobnie starsza była. Dlaczego to wspominam? Ponieważ ja w mieszkaniu, mama poszła do pracy, ojciec też poszedł do pracy. Nie wiem, co tam robił. W każdym razie prawdopodobnie z początku pracował, a później gdzieś handlował, woził jakieś mięso do Warszawy ze wsi i tym handlował. Ale do tego jeszcze wrócę. Wśród osób tutaj mieszkających z nami pod dziewiętnastym mieszkała pani Zofia Kamińska ze swoją matką. O Zofii Kamińskiej mam duży temat do rozmowy, ponieważ ona jakby była bardzo aktywna, w sensie takim, że przechodziła różne strony swojego życia. Do Zofii Kamińskiej, jak ja sobie przypominam, w czterdziestym pierwszym roku spotykała się z oficerami niemieckimi. Oni czekali na nią. Czekali, Niemcy czekali. Nie wiem do dziś, gdzie Zosia Kamińska pracowała – czy w magistracie, czy coś. Taka była historia. W późniejszym okresie opowiem szczegóły. Co jeszcze? Mieszkali ze mną tutaj na pierwszym piętrze – Waldek Galicz z siostrą. Galiczowa karmiła mnie w przerwie, jak nie było co jeść, bo była inna taka sytuacja, ale do tego też jeszcze wrócę. Wyżej mieszkała Opiłkowa. Heniek Opiłko grał dobrze w piłkę. [Mieszkał] też z rodzeństwem, ale nie przypominam sobie tej starszej siostry. W drugim rogu, vis-à-vis Motylewskich, mieszkał… Abrahamowski. Pamiętam go. Dlaczego go pamiętam? Bo jak chodziliśmy do lasku na Kole… Bo lasek na Kole to był taki pełny dziecięcych [atrakcji], można się było bawić, zbierać grzyby i wszystko, i tak dalej. A ojciec jego pracował na kolei, chodził w mundurze kolejowym, sokista czy coś tego rodzaju. Ale stosunki sąsiedzkie były idealne. Pozostałych sąsiadów nie bardzo pamiętam, bo może byli mniej aktywni albo zajmowali się swoimi sprawami. Raczej ci, co mieli dzieci, no to z tymi dziećmi żeśmy razem – jedni byli starsi, drudzy byli młodsi i tak dalej – to żeśmy dużo spędzali czasu.
No, jak my się sprowadzaliśmy, to w pokoju – pokój z kuchnią, 28 metrów – mieszkał kasjer z banku z Jasnej. I w momencie jak my się sprowadzaliśmy, to jeszcze był jego telefon służbowy. I była taka sytuacja, że on jeszcze zabierał… Bo nagle [się przeprowadzał], żeby był pod ręką w banku – trzeba było działać w banku, więc zamieszkał w banku i nie zdążył zabrać swoich rzeczy. Wiem, że przyjechał później jeszcze, pozabierał te wszystkie rzeczy swoje, ale telefon został. Mieliśmy telefon, ale nie korzystaliśmy z tego telefonu, bo trzeba było robić opłaty, ale nie mieliśmy do kogo dzwonić. I była historia tego typu – ja zostałem ukarany przez to, to taki epizod. Słyszałem rozmowę mamy przez telefon, jak mama rozmawia, bo ojciec rzadko bywał w domu – mama rozmawia przez telefon, mówi: „Proszę pana, to proszę zabrać ten telefon, bo my nie będziemy korzystać. Ale ja dopiero będę po szesnastej w domu, tak że proszę przyjść”. Ja to słyszę. Siostra i brat chodzili już na Obozową do szkoły podstawowej. I ten gość przyszedł wcześniej – przyszedł o wpół do czwartej czy o trzeciej, nie wiem, o której. W każdym razie ja go wpuściłem i mama przyszła, wróciła. „No, gdzie telefon?”. Ja mówię: „Przyszedł już, zabrał, zostawił pokwitowanie, to wszystko zostawił”. – „A jakby ciebie udusił? A jakby ci zrobił krzywdę?” I ja zostałem ukarany, że później nie miałem dostępu, nie mogłem otwierać drzwi, tylko zamykali, jak wychodzili do szkoły. Czekałem, dopiero aż mama wróci, mogłem wyjść do piaskownicy, bo była piaskownica między pierwszym a drugim blokiem do tego, a tak to siedziałem zamknięty. A żeby się mnie nie nudziło, to z początku mama dała mi kłębek jakichś poskręcanych nici czy różnych takich: „Żebyś to ładnie poukładał, powyciągał te nitki”. Miałem zajęcie. Nie, nie było gazet, nie było tego… Natomiast pierwszy raz jak zaprosił mnie Jurek Motylewski w czterdziestym pierwszym roku na swoje imieniny, pytał się, czy znam litery. Ja niektóre litery znałem, ale „h” na przykład nie wiedziałem, jak się nazywa litera. „A”, „b”, „c”, gazeta była, to takie litery znałem, ale nie znałem z [nauki], po prostu nikt mnie nie uczył. Siostra z bratem mieli tabliczki – nie zeszyty żadne, tylko na tabliczkach takich rysikiem się pisało. Ale jak przychodzili do domu, to ja tym się nie zajmowałem, tylko próbowałem wyjść troszeczkę, żeby nie siedzieć tak w domu. Czasami mnie siostra brała, pokazywała, jak trafić do domu, żebym trafił do domu w ogóle. A ze mną był trochę problem, ponieważ ja „r” nie wymawiałem wtedy i po prostu trochę się śmiały ze mnie dzieciaki, a prosili później starsi, jak było tam jakieś spotkanie: „To powiesz wierszyk?”. To dostawałem dwadzieścia groszy albo czasami poklepali mnie po plecach, jak powiedziałem: „Czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę, kręcąc mordą” – tak sepleniłem to. Albo: „Na rogu stogu strażacy…” – to też była taka druga opowiastka. Opowiadałem to, to była moja wielka atrakcja. Bili mi brawo, że ja tak ładnie to im opowiadam, a ja po prostu „r” nie wymawiałem. No, dzisiaj też mam taki akcent, ale pani Cudna w szkole powiedziała, że dobrze po francusku będę mówił, uczyłem się francuskiego w szóstej klasie. To był taki pierwszy okres okupacji. Działo się różnie. Niemcy początkowo, czterdziesty rok, jak byliśmy, jakby przyjaźnie się zachowywali. Nie było jakichś takich drastycznych łapanek. Wywozili ludzi, mężczyzn wywozili, zabierali na roboty, na to. Tam się mówiło, że gdzieś tam budują lotnisko czy coś na Bemowie, czy coś. Ale zabierali, już nie wracali ci ludzie, bo wyjeżdżali albo do obozu, albo coś takiego. No nie wiem, jak to się tam działo, w każdym razie byliśmy dobrej myśli, że to wszystko się roz tego… Niemcy próbowali nawiązać przez – ja tak sądzę – przez panią Kamińską kontakt jakiś ze społeczeństwem, żeby ktoś wyszedł, żeby się opiekował pod nadzorem niemieckim, żeby podjąć jakieś działania takie, jakby to powiedzieć… Jeszcze jak był Starzyński i tak dalej, z nim rozmawiali, z innymi przedstawicielami z rządu, żeby podjąć jakieś działania, żebyśmy my byli pod nadzorem niemieckim, ale jakoś unormowani prawnie. Nie doszło do takiego związku. Ponieważ powstawały organizacje różne i dokuczaliśmy Niemcom, to Niemcy… No, dokuczaliśmy, no bo przecież prowadzili łapanki, prowadzili wywózki ludzi. Co tydzień Niemcy wchodzili do domu, kontrolowali, kto jest i tak dalej, i jak był mężczyzna, zabierali. Czasami wrócił, bo Motylewskiego akurat puszczali – nie wiem, czy on pracował w jakiejś księgowości, czy coś. Buchalterem był wtedy, przed [wojną]. W każdym razie takie były historie. No i ciężko się żyło, bo po prostu nie było co jeść. Niemcy wprowadzili kartki, wszystko było ograniczone, dyscyplina była coraz większa i tak dalej.
My, dzieci na Kole, byliśmy zorganizowani. Na przykład opiekował się z drugiego bloku Wiesiek, rodzina Kłosińskich, opiekował się jego brat Heniek Kłosiński, w wieku mojej siostry, może trzydziesty rocznik. Heniek Kłosiński uczył nas, jak wyskakiwać z pierwszego piętra, jak wychodzić przez szpary jakieś, jak było ogrodzenie. Bo Obozowa, Bolecha – w koło dziesięć bloków było ogrodzonych siatką. Słupki były, wjeżdżało się i tak dalej, osobne wjazdy. I czasami, jakbyśmy gdzieś zabłądzili czy coś, jak wrócić… Bo dozorca, pan Tomczyk, też dwie dziewczynki miał, mieszkał w tym samym bloku i pilnował porządku, pilnował czystości. Godzina policyjna – zamykał bramę i wtedy trzeba było jakoś nawoływać. Później chyba jakiś dzwonek zamontowali przy tej bramie, że dzwoniło się i on w nocy też otwierał, jak ktoś wracał w nocy. Niezadowolony, płaciło mu się złotówkę czy jakiś pieniążek mu się tam wkładało. Ale my jak czasami byliśmy później, w latach czterdziestych, dalszych, to staraliśmy się, żeby on nas nie widział, kiedy wracamy. W każdym razie bokiem wchodziliśmy przez różne szpary, przez różne dziury. To tak tylko odbiegam od tematu. Co się działo. No, zajmowali nas w ten sposób, że po prostu graliśmy. Ja jeszcze nie grałem w piłkę, ale było boisko przed domem, piłkarskie boisko, może nie o pełnym metrażu jakimś, tylko takie polne boisko, ale były bramki normalne, bez siatek, tylko bramki z jednej i z drugiej strony. No i na tym boisku w sobotę czy w niedzielę, czy w [zwykły] dzień, jak już byłem troszkę starszy, to graliśmy tam w piłkę. Jedna piłka była dla tych… Mieszkał w drugim bloku Janek Czerwiński z rodzicami i tam wujek mieszkał jeszcze u niego. Małe mieszkanie mieli, pokój z kuchnią, nie wiem, jeszcze chyba mniejsze jak nasze, bo to pierwsze było Obozowa 64 mieszkania 10. Pierwsze drzwi po lewej stronie, jak się wchodziło do Janka Czerwińskiego – mała kuchenka, pokój i tak dalej. I on jeden miał piłkę. Ojciec prowadził sklep meblowy. Wcześniej to nie wiem, co robił, bo później wiem, że prowadził sklep meblowy. Na Wolskiej miał sklep meblowy, bo tam po Powstaniu byłem u niego i widziałem, że działał tam w tym. I nami się opiekowali w sensie takim: próbowali nas nauczyć, jak padać. Jak wyskakiwaliśmy z pierwszego piętra, żeby padać na ręce i dopiero na kolana. Ja umiałem skakać z takiego pierwszego piętra na nogi i na ręce. Zrobili próbę u Janka Leśniewskiego, też rodzina w drugim bloku. Pręty były w piwnicy, te pręty troszkę rozszerzyli: „Czy przejdziecie tędy, jakby bomba padła?”. Bo my często siedzieliśmy w piwnicy, jak coś się działo. No i próby były, wychodziliśmy tam. Ja akurat byłem szczuplutki, malutki, przechodziłem, ale Leszek… Leszek był starszy troszkę ode mnie, o dwa lata chyba, bo Janek był młodszy o rok. Jeszcze Luśka była, ich siostra, też Leśniewscy. Ojciec był piekarzem, ratował nas trochę. Oni czasami mi dali kawałek bułki czy coś, jakiś kawałka chleba. Często żeśmy się kolegowali, no i bawiliśmy się razem. I próby były takie: „Czy przejdziecie przez to?”. No to przychodził Heniek: „No to próbuj, próbuj”. I Leszek, ten starszy taki, co był, to głowa mu przeszła, a później nie mógł przejść. No i doszli do wniosku ludzie dorośli, że pręty w piwnicach trzeba usunąć, że w razie jakby bombardowanie było, to żebyśmy mogli swobodnie uciekać.
Później, jak już miałem sześć lat, to już z nimi chodziliśmy do lasku, bawiliśmy się na polanie przed wejściem do lasku. I tam przechodziły dzieci niemieckie, szły do ogródka jordanowskiego. Ogródek jordanowski był, jakieś dwieście, trzysta metrów trzeba było przejść laskiem do tego ogródka. I była sytuacja taka: obserwując, [widzieliśmy, że] wychowawczynie szły i te dzieci grupami: najmłodsze, średnie – gdzieś około setka tych dzieci była. Tak ja liczę, bo tych młodych było więcej, tych starszych, takich dwunastoletnich, było trochę mniej. I jak oni szli, mnie kazali, żebym poszedł z nimi, zobaczył, co oni tam jedzą i tak dalej. Ja szedłem do tego ogródka jordanowskiego, ale tam była zjeżdżalnia. Oni weszli do budynku, mieli śniadanie czy coś, a ja zjeżdżałem tam na tej piaskownicy, bo dla dzieci kraty takie były i to była nowość dla mnie. W pewnym momencie ta przełożona czy jedna z tych opiekunek zdziwiła się, co ja tu robię. No, ja mówię: „Przyszedłem…”. Nie rozumiał po polsku. Ja jakoś tam się wytłumaczyłem. Ona mnie grzecznie za rączkę: „Nie wolno ci tu wchodzić. To jest dla dzieci, nur für Deutsche” – to było tylko dla dzieci niemieckich. Drugi raz próbowałem wejść, to już mnie przy bramce zatrzymali, już nie pozwolili. O co chodziło? Czy wśród tych dzieci rozmawiał ktoś po polsku. Nikt nie rozmawiał. Ja robiłem takie próby: zaczepiałem niektóre [dzieci], nazywałem go jakoś, mówię: „Mama cię szuka” czy coś takiego. Nie było. Tak mnie kazali robić. Dzieci jak wracały do tramwaju, bo tramwajem przyjeżdżały te dzieci, to pierwszy wagon trzeba było opuścić… Dwa wagony jak były, dwadzieścia dwa bodajże chodziło, nie pamiętam dokładnie, „betka” chodziła, „jedynka” chodziła, takie były różne. W każdym razie pierwszy wagon był dla Niemców. I ja wchodziłem do tego wagonu albo jak szły te dzieci, to niektórych się pytałem: „Jak się nazywasz? Gdzie mieszkasz?” czy coś takiego. Nie dostałem nigdy żadnej odpowiedzi. Wchodziłem do środka, do wagonu, brat mi kazał: „Krzyknij, że Janek, mama cię szuka” czy coś takiego. I ja to powtarzałem. Takie próby kilkakrotnie [podejmowałem], ale nie było nikogo, kto mówi po polsku. Te przełożone też nie mówiły po polsku. Przedtem to ja nie wiedziałem, o co chodzi – kazali, to robiłem to, co kazali. Taka była sytuacja z tymi dziećmi. Ale później te dzieci spacerowały, nie chcieli nas tam przyjąć do siebie. [Inni] powiedzieli: „Co będziecie… Rzucajcie w nich kamieniami”. My, małe dzieci, takie dziesięcioletnie – Leszek był starszy, byli też inni starsi, Galicz był starszy, Opiłko był starszy – z kamieniami. My, takie siedmioletnie czy sześcioletnie, jak ja jeszcze wtedy, zbieraliśmy kamyki wielkości cukierka i zza tych drzewek, jak oni przechodzili tą alejką, próbowaliśmy rzucać w nich tymi kamieniami. Nie wiem, czy ktoś dostał, czy nie dostał, w każdym razie Niemcy się skarżyli i chodził wartownik z nimi. Jeden wartownik, wtedy to starszy dla mnie, gdzieś taki czterdziestoletni, z karabinem na plecach. Rozglądał się, taki był zadowolony, szczęśliwy, że nie był na froncie. I gdzieś po którymś tam razie – nie wiem, który to był raz – w czterdziestym drugim roku tego Niemca rozbroili. Ja widziałem to wszystko. Doszło dwóch ludzi tam, przystawili mu, nie wiem, czy pistolet, czy palec. „Hände hoch!” – Niemiec podniósł ręce do góry, ten mu zdjął [karabin], jak on miał przewieszony, drugi mu odpiął pas i kazali mu tak iść. Niemiec szedł długo, nie wolno mu się było oglądać. Dopiero my, co rzucaliśmy, zaczęliśmy się śmiać, że tak go rozbroili, że on nic nie zrobi. I on wtedy obejrzał się i już tych ludzi nie było. Karabin i pas z nabojami – zabrali to.
Nie, nie, to nie było blisko Obozowej. To było w lasku.
Teraz tamtędy przechodzi droga. A to był albo któregoś z banków ogródek jordanowski, albo jakiejś dużej instytucji, bo to ładny teren był, dosyć duży. Polska chyba to dostała od Szwedów albo od Norwegów – nie wiem na pewno od kogo, bo to ładne budynki, baraki, ładne, duże, trzy chyba były, jeden taki główny, duży. Ale ja w środku nie byłem, tylko zaglądałem przez szybę czy coś takiego, jak byłem na tym terenie. A Niemcy byli uparci, że te dzieci prowadzali – dzieci oficerów wyższych, oficerów niemieckich. Dzieci były różnie ubrane, i po bawarsku niektóre, w tych skórach takich i tak dalej, w spodniach, ale ładnie ubrane, czyściutkie dzieci, ładne. Bo my chodziliśmy boso, ja tam w majtkach jakichś po siostrze czy po kimś – strasznie biednie było nam z początku, zanim się zagospodarowaliśmy. W każdym razie zazdrościliśmy tego wszystkiego. Oni śpiewali czasami, jak przechodzili, „Heili Hailo” śpiewali czy inne piosenki po niemiecku. No, złościło nas to, że my nie możemy tak się zachowywać, i rzucaliśmy kamieniami. […] Później chodziło dwóch Niemców, jeden z przodu, drugi z tyłu. Tego z tyłu znów rozebrali, mimo że ten z przodu był, ale nie strzelał ni nic, tylko jak my rzucaliśmy kamieniami, to strzelali w naszym kierunku. Wiedzieli mniej więcej, skąd to [leci]. A my żeśmy się już wycwanili – kazali nam: „Jak rzucisz kamień, padaj”. Mieliśmy dołki takie zrobione, ja wiem, dwadzieścia metrów od tego. Może nawet te kamienie nie dolatywały, ja może nie dorzuciłem tego kamienia, ale w każdym razie te kamienie [rzucaliśmy]. Umawialiśmy się, że rzucamy i padamy. Jak było nas pięciu czy sześciu – pach, rzucił i padamy. Były strzały w naszym kierunku, było słychać, jak leci nabój. Trwało to dosyć długo. Później Niemcy byli z automatami – już nie z karabinami, a z automatami. W pewnym momencie trzech Niemców z automatami, to był czterdziesty trzeci rok… My [byliśmy] przygotowani, bo żeśmy takie kamyki zbierali, przynajmniej ja i Jurek Motylewski, Leśniewscy, Włodek Zygmunciak, no tacy w moim wieku i troszkę starsi. Bo Galicz i Heniek Piłko to już zajmowali się innymi sprawami, to nie wiem, co oni tam robili. A jeden syn, ten starszy, tego sokisty to z nami przebywał. On taki był troszeczkę jakby nie… Dlaczego pamiętam to? Bo uczył nas skręcać papierosy z liści akacji i stąd go pamiętam. Nieszkodliwy, ale z nami przebywał, mimo że był w wieku mojej siostry. Taki był starszy, ale i wyższy był, znacznie wyższy. […] Grzeczny był, robił nam te papierosy, przypalał, pokazywał, jak się pali. Uczył nas robić papierosy i uczył nas palić te papierosy.
Wracam myślami do tego prowadzenia. Idą [dzieci niemieckie]. My już się szykujemy, bo czekaliśmy na nich na polu tam przed laskiem, jak szli. „Ale damy wam!”. Idziemy na tę górkę, bo takie wzniesienie było małe i z tego wzniesienia lasek się zaczynał, i ta droga dosyć szeroka, taka ja wiem, dziesięć metrów szerokości. Tą drogą taką półkolistą [idziemy] do tego ośrodka. Stoimy już na tej [górce], bo z tej górki było widać mniej więcej, było lepiej rzucać. I schodziliśmy, żeby zbliżyć do nich. Ale biegnie jakiś starszy mężczyzna… „Starszy” – młodzieniec jakiś, ale nie żaden z naszych kolegów. Biegnie i krzyczy coś. Ja nawet mówię do Jurka: „Zobacz, kto biegnie”. – „A, to jest sąsiad, Mirek Pisarski”. Trochę starszy był, w drugim bloku mieszkał, w mieszkania 1, z siostrą Zosią, z rodzicami. Też małe mieszkanie, ile tam, dwadzieścia pięć metrów chyba te mieszkania, one są do dzisiaj, te bloki stoją. Wracam tą myślą do tego człowieka. Biegnie on: „Nie wolno wam rzucać! Rozkaz! Jak będziemy chcieli, żebyście rzucali, to was powiadomię, a teraz na razie nie wolno wam rzucać aż do odwołania”. Taka historia, coś takiego powiedział, że nam nie wolno. Ja nawet nie wiedziałem, co to znaczy „rozkaz”. Potem do brata mówię: „Biegł taki i powiedział »rozkaz«. Co to znaczy?”. – „No, trzeba się podporządkować. »Rozkaz«, to trzeba wykonać polecenie”. I od tamtej pory nie rzucaliśmy. Te dzieci przechodziły aż do Powstania i już się nimi nie interesowałem, w sensie, czy ja, czy Jurek Motylewski, czy któryś. Żeśmy nie próbowali się dowiedzieć, czy są wśród nich dzieci folksdojczów, i na tym się skończyła taka, że tak powiem, „opieka nad dziećmi”.
Ale wracam jeszcze do zdarzenia, jakie miało miejsce na Kole w latach czterdzieści dwa. Niemcy prowadzili więźniów, [właściwie] nie więźniów, tylko ludzi z Europy.
Tak. Ja byłem, bo ja im podawałem papierosy. Bo ja później jeszcze w domu jak siedziałem, to robiłem papierosy. Ojciec przynosił setkę papierosów… Gilzy przynosił, nauczył mnie robić te papierosy. Ja miałem zajęcie, miałem dobrze, robiłem te papierosy szybciej jak brat. Bo brat też pomagał, robił, bo później handlował tymi papierosami i już żyliśmy na wyższej stopie, stać nas było na jakieś rzeczy, żeby kupić i tak dalej. I co było: jak prowadzili tych jeńców, grupy takie… Kilkakrotnie prowadzili, nie wiem, z Dworca Głównego, to [grupy] szły Obozową, Młynarską; Obozową wychodzili spod wiaduktu i ten odcinek spod wiaduktu do pierwszego bloku to szły grupy podzielone jeńców. Mnie dawali papierosy, które przeważnie ja robiłem, może brat. Niedużo tych papierosów, w bibułkę zawinięte. Ja szedłem wśród tych jeńców i widzieli, że ja idę. Na bosaka szedłem i to czasami jak Ukrainiec, bo Ukraińcy prowadzili tych […] jeńców. I jak podszedłem, kiwnął, żeby dojść. Dałem te papierosy. Jeden mi dał nożyk ebonitowy do cięcia papieru. Drugi kiwnął, już nie miałem papierosów, dał mnie na gazecie napisane coś. To mi zabrał Ukrainiec. Jak ja wracałem tutaj, żeby oddać im ten… Bo brat z Kostrzewą i z innymi swoimi kolegami starszymi byli za budką, chowali się, widzieli, jak to się wszystko odbywa i tak dalej. […] Ja chciałem to brać, ten mi to zabrał. W drugim razie nie pozwolił mi iść, wypędzał mnie, ale zdążyłem dać tam te papierosy. Nic nie dostałem, tylko dałem te papierosy. Oni tam dziękowali mi w jakiś sposób, chcieli mnie uściskać, ale temu nie podobało się i zaczął repetować do mnie, więc ja uciekałem w pole, ale się przewróciłem, ale padł w tym czasie strzał. Nie wiedzieli, czy on oddał ten strzał i ja też usłyszałem strzał i może dlatego się przewróciłem. A może się przewróciłem i patrzał, i nie wiedzieli, [czy dostałem]. Ale patrzą, że ja po chwili – nie wiem, ile to trwało – wstaję i uciekam dalej w to pole. Rozstrzygnęło się. No i jeszcze ze dwa razy były mniej drastyczne historie, co też udało mi się dać te papierosy i dostałem w łeb tylko od tego, co prowadził, albo kopniaka, próbował mnie kopnąć. I po prostu tak się kończyło. [To był] sygnał, że dbamy o tych ludzi. Prowadzili ich na ulicę Księcia Janusza do obozu. Później była taka drastyczna historia, że dymu pełno było – podobno ich rozbierali, ponieważ to było zawszone towarzystwo. […] Ten dym był, ale baliśmy się, czy to nie krematorium, że tam ich palą czy coś, ale prawdopodobnie tam ich nie palili, tylko palili to ubranie, żeby zniszczyć [wszy]. Niemcy bardzo się bali tego, żeby nie popaść w epidemię, bardzo tego przestrzegali. Tak że były historie z takimi właśnie… Dorośli próbowali nawiązać kontakt z tymi ludźmi, żeby dać im [sygnał]. […] Chyba ze dwie kartki doniosłem, to na jednej z tych kartek było, żeby powiadomić – był Serbem – jego rodzinę, że on jest w Polsce i żyje. Ale to nie było kawałka jakiegoś odcinka do tego. Drugiego, co ja dałem, to nie mogli odczytać. Tak było napisane jakimś ołówkiem, że to nie było do odczytania, co tam było, jakieś tam imię czy coś. Ale nie wiem, czy powiadomili kogoś, czy nie, w każdym razie były takie wiadomości od tych od tych ludzi. Szli spokojnie i dziwiłem się, że ochrona była niewielka – może dziesięciu ludzi prowadziło sto ludzi. Ja się dziwiłem. Oni mieli… No, tu było niebezpiecznie, bo przecież [była] „Naftówka”, tutaj były te wieżyczki, to przecież strzelali do nas – w czasie Powstania to strzelali do nas z „Naftówki”. Nie można było wyjść na zewnątrz swojego mieszkania, bo miał lunetę i bał się, że my ustawiamy jakąś coś przeciwko nim. Taka była historia. Ale to jak się zaczęło? No i „berta” taka jeździła…
Nie, „berta” jeździła w czasie okupacji. Jak było powstanie żydowskie, też „berta” się odwracała i strzelała w tamtą stronę. Mówimy: „Jak strzeli, jak »berta« się odwróci”. „Berta” jeździła gdzieś z Dworca Zachodniego do Dworca Gdańskiego. Przejeżdżała swobodnie, Bema, tutaj tędy, cały ten pociąg. No i baliśmy się właśnie, bo oni czasami takie manewry robili, że ta lufa była w naszą stronę skręcona, że jak strzelą, to po prostu… Jak już Powstanie się zaczęło, to cały czas żeśmy siedzieli w piwnicy i tak dalej.
Na czym skończyłem? Mówiłem o tych takich sprawach, które działałem, bezpośrednio działałem. No, kazali mi, to chodziłem. Przecież to nie wypływało ze mnie, bo co ja tam mogłem. Ja mogłem tylko się cieszyć, jak nie było co jeść i gdzieś udało mi się znaleźć rzodkiewkę, że tam ktoś posadził. Bo przed domem później sadziliśmy, żeby sałata była, rzodkiewki, jakieś takie nowalijki żeby powstawały przed domem. Ale sadziliśmy i drzewa, bo ja pamiętam, miałem swoją morwę. Morwę wsadziłem, morwę, którą podlewałem, opiekowałem się w czasie okupacji. Tabliczka moja była, że ja się opiekuję, że ten Jurek się opiekuje tamtą. Bo morwa da owoce, to będzie można wykorzystać to do… Jedliśmy te owoce morwy też, jedliśmy owoce akacji. Takie różne rzeczy były, które, że tak powiem, nadawały się zjeść. Nie nadawały się zjeść – głód był straszny. Tak jak mówię, później jak brat już zaczął pracować, bo brat później poszedł do pracy. […] Wracam teraz do pani Zofii [Kamińskiej] […]. Zofia Kamińska mieszkała Obozowa 62, na naszej klatce. […] Jak ja wyrzucałem śmieci czy coś takiego, to zabierałem i wyrzucałem jej śmieci. Ona mi czasami dawała coś do zjedzenia, może cukierka, może to, i obserwowałem ją, kiedy ona wróci czy coś takiego. I ona spotykała się z Niemcami. Czekali na nią Niemcy na zewnątrz, nie wchodzili do domu. Oficerowie niemieccy w tych długich [butach] z cholewkami. Ona jak wyszła, szli, spacerowali tą ulicą, do Bolecha dochodzili, dochodzili do lasku, nie wchodzili tam z nią, dyskutowali z nią dużo. Ale to było nawet w czterdziestym pierwszym roku albo może i w czterdziestym. Zofia Kamińska została przez organizację „przecięta” – włosy przecięli. Te dziewczyny, które się spotykały z Niemcami, miały przecięte włosy albo ostrzyżone w ogóle do łysego. Ona miała przecięte włosy, chodziła w takim turbanie.
Tak, była strzyżona. Później wchodziła w takim turbanie, ale też się z nią spotykali. Jest moment taki, że ja czekam – to był czterdziesty trzeci rok – czekam na mamę. Już wychodziłem, bo chodziłem do szkoły, do pani Wiśniewskiej. Szkołę prowadziła pani Wiśniewska, klasę pierwszą, ale starsze też chyba. Były tam jeszcze inne nauczycielki czy nauczyciele. Starszacy chodzili rano, a my chodziliśmy prawie po południu, bo ja czekałem, jak siostra wróci, to dopiero szedłem do szkoły, żeby wziąć buty i tabliczkę, pepegi. Bo my jak zimno było, to w jednych pepegach chodziliśmy. Ale to tylko tak nawiasem. I Zofia Kamińska… Bo ni stąd ni zowąd Niemcy otaczali nasz budynek czy ten cały rejon. I jak wybiegam z podwórka, wpadam do klatki schodowej i krzyczę: „Budy przyjechały!” czy coś takiego. Ona otwiera, ponieważ jej były pierwsze drzwi na pierwszym piętrze, otwiera drzwi i mówi: „Tego mężczyznę – czy tego pana, czy tam kogoś – trzeba gdzieś schować” – do mnie się zwraca. A ja znałem bloki, przejścia, uczyli nas, jak uciekać, jak na dach wchodzić, to powiedziałem jej: „Najlepiej będzie, jak ucieknie do suszarni” I w razie czego, jakby słyszał, że Niemcy idą do tego, to pokazałem mu, mieliśmy takie przejście swoje, bo to przepierzone było, że można przesunąć jedną deskę. Ona na tym winklu wisiała, że jak my się bawiliśmy, to uciekaliśmy z jednej klatki na drugą. To mówię, żeby w razie czego przeszedł, ale z tego chyba nie skorzystał. W każdym razie zaprowadziłem ich tam i poszedłem do mamy, krzyczę też do brata, że budy są, żeby pochowali wszystko, co mają do schowania i tak dalej. To były takie historie z panią Zosią Kamińską, że takie było spotkanie. No, ten człowiek się uratował, Niemcy go nie złapali, bo nie wchodzili już wyżej, tylko sprawdzili te [lokale], co mieli podane. Bo mi się zdaje, że tam ktoś działał, tak że Niemcy mieli podane, bo przychodzili do niektórych czasami. A może były zamknięte niektóre drzwi czy coś. Ale jak przychodzili rano, to wszystkie drzwi musiały być otwarte, albo w nocy jak przychodzili. A tutaj była jakaś taka doraźna historia, ni stąd ni zowąd, że w południe Niemcy przyjeżdżają, budy takie. W każdym razie jego udało się uratować. Skończyło się, to: „Cicho, nie mów nikomu”. Coś tam mnie dała albo nie dała. W każdym razie takie były historie, że ja dosyć dobrze z nią…
Jest następna sytuacja. Któregoś dnia w czterdziestym trzecim roku – ja już wychodziłem, bo już chyba miałem osiem lat – wychodziłem już samodzielnie, czekałem na mamę na przystanku. Jak mama wracała, to musiałem pomóc. I zawsze mama miała coś do jedzenia, bo to głównie nie chodziło o jedzenie, ale już było jakoś tak łatwiej, bo no… Ale o ojcu to opowiem osobno, skończę o Kamińskiej. I ja czekam tam na mamę, ale mama nie wysiada, to czekam. I Zofia Kamińska zobaczyła, że spacerują ci Niemcy, czekają na nią. Nie wiem, czy nie wiedziała. Zobaczyła, że są Niemcy tam, chodzą, czekają. Bo oni przed blokiem spacerowali na odcinku, ja wiem, pięćdziesięciu metrów czy coś. Zobaczyła, wróciła i mówi: „Zanieś tą torbę do domu”. Torba z zakupami, ziemniaki na wierzchu. No ja wziąłem, zaniosłem do domu i wróciłem do mamy. Czekam na mamę, kiedy przyjdzie. Postawiłem w domu, mama przychodzi, pomogłem tam mamie i tak dalej. Patrzy: „A co to za torba?”. Ja mówię: „Dała mi pani Zofia Kamińska”. Mama: „A skąd ta amunicja, skąd to wszystko?”. Ja mówię: „To ona dała”. Mama poszła z tym do niej, porozmawiały i Zofia Kamińska stała się, że tak powiem, sąsiadką normalną, nie była jakaś taka, że z Niemcami ma konszachty. Tak że takie były sytuacje. Z tej sytuacji [wynika], że ona działa w organizacji, i tak się to skończyło. Po prostu nie wolno mi było nikomu nic powiedzieć. A mama opowiedziała Galiczowej, Opiłkowej, innym, bo [Zofia Kamińska] tak jakby była odrzucona od tego środowiska. Tak że taka historia była. Łączyło mnie to z Zosią Kamińską, z panią tą Zosią Kamińską, bo przecież to nie była koleżanka, tylko już dorosła osoba.
Ona była młodsza od mojej mamy, rok 1915, może osiemnasty. Miała gdzieś dwadzieścia [lat], elegancka pani, w kostiumie chodziła takim, do tego dużo włosów miała, ciemne włosy. No w każdym razie elegancka pani, wyróżniała się swoją elegancją z tym, co byliśmy. Mało tego, żeby skończyć o niej, bo intryguje mnie to wciąż. No, ona działała później już oficjalnie, bo przecież… W czterdziestym piątym roku, dwudziestego pierwszego, z Bożej Woli wracamy do Warszawy. Ojciec zbadał, że nasz dom nie jest spalony. Jakoś tam u Łuczaków mieszkaliśmy. Wynajął wóz, bo pracował tam u Słomków na wsi. Wynajął ten wóz i co mieliśmy tam te manele i tak dalej, to to zapakowaliśmy. Kupił ojciec czy dostał, nie wiem, jak to było, pięćdziesiąt kilo mąki, cały worek, od młynarza, co pracował. Dostał jeszcze jakieś jedzenie czy jakiegoś kurczaka zabili. W każdym razie mieliśmy trochę tego jedzenia na pierwszy rzut. Przyjechaliśmy do Warszawy, jechaliśmy tą drogą, co idzie na Błonie do Warszawy. Zimno, jak nie wiem co. Ja czasami siadałem na [wozie], a tak to więcej szedłem pieszo za tym wozem. Trupy leżały po boku. Niemcy jak uciekali, Rosjanie jeździli, atakowali z samolotów, ostrzeliwali te całe kolumny. Oni się rozpryskiwali, to znaczy uciekali w pole, ale część tutaj leżała, jeszcze leżała. Trupy były, które widziałem. Co było charakterystyczne, że wszystkie trupy były bez butów. Pościągali ludzie, bo nie mieli w czym chodzić. […]
21 stycznia 1945 roku Zofia Kamińska jest już w Warszawie, jest w stopniu podporucznika albo porucznika, chyba podporucznika. No, ucieszyła się, że żyjemy. To takie było serdeczne przywitanie. Ale za tydzień czy coś wyjechała na front, bo front jeszcze [szedł na] Wrocław i tak dalej, w kierunku na zachód. A jej matka została jeszcze i ja tej matce, że tak powiem, trochę [pomagałem]. Wyrzucałem śmieci, jak mi dała jakieś pieniądze, żeby kupić coś – starałem się, żeby pomóc tej osobie. I gdzieś za miesiąc, może krócej, [Zofia Kamińska] przyjechała i zabrała matkę. W mieszkaniu jej mieszkał [potem] taki pan Gniadek z rodziną, też liczna rodzina była. To takie historie były, które, że tak powiem, no wspominam, że spotykałem się ze strachem, ale i z serdecznością, że ludzie jeden drugiemu pomagał.
[Chciałbym] opowiedzieć teraz, co się działo z bratem. Brat mój […] wśród kolegów był najważniejszy, jak było coś. Czy oni należeli do organizacji, to ja tego nie wiedziałem, i do jakiej organizacji, bo z tego, co później się dowiedziałem, to organizacji na Kole było kilkanaście podobno, ale to już [inna] historia. Natomiast brat spotykał się ze swoimi kolegami i działali: rozbierali broń. Na przykład ja siedziałem w oknie i patrzyłem, czy Niemcy gdzieś nie jadą, a spotykało się ich pięciu czy iluś przychodziło, składali pistolet, rozbierali, uczyli się, jak go czyścić, zabierali się i uciekali. Był taki bramkarz, wtedy w jakiejś drużynie, nie pamiętam w tej chwili, Sarmata bodajże czy coś, wysoki taki, Kocoń, wielki taki. Miał taką dziewczynę małą, co opiekowała się nim. Był Tadek Kostrzewa, później był Kazik Kostrzewa, Świderscy chyba jacyś, no w każdym razie różni. Ci jego koledzy, z takich, których ja [znałem], było tych czterech czy pięciu, ponieważ oni dosyć blisko, ale byli jeszcze tacy, których nie znałem w ogóle. Przychodzili, no i tam: „Uważaj tutaj, nie wchodź do pokoju, przyglądaj się przez okno, czy Niemcy tutaj nie robią łapanki”. Takie były historie. A jak kiedyś podjechał jakiś samochód, to oni uciekali, ale nie uciekali klatką, tylko spuszczali się po balkonach. Jak Niemcy wchodzili klatką, to oni balkonami uciekali i rozbiegali się do swoich budynków. To były sporadyczne historie, akurat z tym uciekaniem to było raz. Ja mówię: „Uważajcie, bo tutaj podjechali Niemcy”. No i Niemcy jak podjeżdżali, to wyskakiwali i obława jest już. Ale to moment był – wchodzili do domu i zabierali. To były takie historie, że brat miał kontakt i robił to.
Natomiast ojca nie było w domu. Mój ojciec się ukrywał. Przychodził do domu od czasu do czasu, ale tylko przychodził do domu. Czasami doniósł jakiś boczek czy jakieś coś takiego, jak handlował tym wszystkim. I była sytuacja, że złapali go. Obława była na Dworcu Wschodnim. Złapali wszystkich ludzi, co wysiadali z tego dworca. No nie wiem, czy wszystkich, bo przy tym nie byłem, tylko znam [z tego], co ojciec opowiadał, jaka to była historia. Wysiedli, próbowali uciec gdzieś z boku, jak zobaczyli, że łapanka, ale wszystkich złapali. Na Skaryszewską zaprowadzili. Ale ponieważ tam było setka albo więcej tych ludzi, policjanci pilnowali porządku i tam jakiś młody człowiek, młodszy od ojca czy zdolniejszy od ojca, przekupił tego policjanta i ten policjant tam niby że zaprowadził gdzieś i wypuścił czterech czy pięciu, nie wiem. Wypuścił i ojciec uratował się, uciekł. Wpadł do domu i mówi, że w domu już nie będzie mieszkał, że będzie mieszkał na wsi. A mieszkał przeważnie, pracował na wsi w Bożej Woli, to za Błoniem osiem czy siedem kilometrów, u Słomków. Najbogatsi byli, mieli trzydzieści mórg. Łuczakowie mieli pięć, a oni trzydzieści, więc to byli bogacze. […] U Słomków było dwóch synów. Ale to później, już jak Powstanie się zaczęło i nas wygonili, to żeśmy tam przebywali trochę u Słomków, później u Łuczaków. Tak że to takie historie były.
Ale wracając do brata, brat się skontaktował… Przyjeżdżał wujek Kościelski. Wujek miał motor, przyjeżdżał na motorze. Figura jakaś była. „O, wujek przyjechał! Oj, na motorze! Ojej, co to było…” Kontaktował się z bratem. Nie wiem, jakie tam mieli [sprawy]. Kontaktował się jeszcze z innymi osobami, wymieniali się czymś czy handlowali czymś. Nie wiem, bo nie byłem przy tym. Tylko że jak wujek przyjechał, to mama mówi – bo to mamy brat bezpośrednio – to: „Stefan przyjechał, to coś się dzieje”. Mama się zawsze bała, że jak wujek przyjechał, to już coś musi być. No i się działo różnie. Bo co było? My chłopcy mali, w latach 1942, jak się bawiliśmy tam przed laskiem, tamte dzieci poszły sobie do ogródka jordanowskiego, a Niemcy niektórzy mieli panienki i przychodzili z tymi panienkami do lasku. My chłopcy… Przyszedł człowiek, mówi: „Zobaczcie, co oni będą robić, gdzie oni się zatrzymają”. Znaliśmy lasek jak własną kieszeń. Wiedzieliśmy, która dróżka gdzie prowadzi, bo zbieraliśmy przecież tam maślaki, czasami prawdziwka się znalazło. No lasek znałem tak, że pamiętałem każdy krzak, gdzie co było. I jak żeśmy zaprowadzali, naprowadzaliśmy tych ludzi, tą parę zakochaną… Czasami dotykali się, pieścili się. Jak się kładli, nas wyganiano: „Idźcie już, idźcie, uciekajcie na polankę”. I były momenty takie, że załóżmy, szliśmy za jakąś parą, wygonili nas – słyszałem strzały. Bo ja byłem równolegle, że tak powiem, dwadzieścia metrów oddzielała ta transzeja, drugą drogą szedłem. Strzały słyszałem i tak dalej. No ale uciekałem, bo strzelają, to nie będę czekał, nie złapię kulki – nie wiem, czy do mnie strzelają, czy nie, w lasku to nigdy nie wiadomo, skąd strzelają. Ale był jeden moment taki, który doskonale pamiętam. Naprowadziliśmy, oni już się tam rozłożyli, położyli się już tam. „Uciekaj!” Już tutaj to mnie bardzo się nie podobało, że my żeśmy tutaj kombinowali, żeby ich ustalić, bo oni czasami krążyli tak. A czasami, jak zorientowali się, że idziemy, to strzelali do nas. Wyciągał pistolet i strzelał w naszym kierunku, odstraszał nas. Dzieci byliśmy, ale my się specjalnie nie baliśmy, że tam trafi, nie trafi. „Mały, to nie trafi” – żeśmy się specjalnie nie bali. Postrzelał sobie, ale już wycofywali się wtedy. Przeszedł się z tą panienką i wycofywał, jak się zorientował, że my jesteśmy. Była taka historia: Krążyli, krążyli, krążyli, nareszcie tam gdzieś usiedli. I jak nas wygonił – ja jestem, ja wiem, pięćdziesiąt metrów może od tego, gdzie byli, tylko z innej strony lasku – i słyszę strzały. Biegnie ta dziewczyna, która była z tym Niemcem, biegnie na bosaka, w koturnach takich wysokich, bo widziałem, te koturny miała w ręku, tak trzymała te koturny, takie duże damskie buty na podwyższonym [obcasie]. Ja się zatrzymałem, co się tam dzieje, i patrzę, ona biegnie: „Ja już nigdy się nie zgodzę, ja już więcej nie przyjdę!” – krzyczała tak, uciekając, bo jej kazali też uciec. No i taka była historia drastyczna, że ten Niemiec zginął, bo [Polacy] mieli przewagę, bo ich było paru, trzech czy czterech tych ludzi. Wiem, gdzie były groby tych pokonanych Niemców. Bo nie zawsze ja musiałem być, bo inni chłopcy też – akurat jak mnie nie było, a potrzebni byli, no to też Mirek Pisarski często przecież, Janek, Leszek, Leśniewscy byli aktywni, Janek Czerwiński, Włodek mniej, Włodek był mniejszy.
No nie wiem ilu. Ja w każdym razie widziałem dwa groby, które były świeżo posypane, groby pod murem, jak się wychodzi na cmentarz południowy z lasku, pod takim wałem. Tam ciężko było wykopać to i nie wiem, czy dzisiaj by ekshumowali to, czy nie. Prawdopodobnie tak zdobywali broń, zdobywali mundury, zdobywali dokumenty, zdobywali tam jakieś inne… [Tak działały] organizacje [konspiracyjne], ale jak te organizacje się nazywały, to ja tego nie powiem i sam jestem ciekawy. […]
Opowiem jeszcze historię, jaka miała miejsce w czterdziestym pierwszym roku. Jestem mały chłopak. To była niedziela wtedy. Wyszedłem na podwórko, a któryś z kolegów, ale [nie pamiętam], czy to Jurek, czy [inny]: „Słuchaj, twój brat stoi pod ścianą w siedemnastym bloku!”. To ja pobiegłem tam. No faktycznie – pięciu siedzi pod ścianą, a Niemców chyba ze dwudziestu lata wkoło. Strzały jakieś są, wybuch, nawet granat rzucony, bo taki duży huk, a tutaj erkaem, Niemiec pilnuje erkaemu. Ja wpadłem, że to mój brat, on mnie tam za głowę: „Raus! Raus!”. W każdym razie odepchnął mnie ten Niemiec, bo ja szczun taki mały, ile wtedy miałem, sześć lat. Odepchnął mnie ten Niemiec, w każdym razie wygonił mnie, ale ja nie uciekłem, tylko obserwowałem, co z tym bratem będzie. Więc o co chodzi. Uciekł, do budynku wpadł Sipak. Bo było kilku braci, Sipakowie byli bardzo aktywni, cała rodzina Sipaków była znacząca, że oni tam rządzili Kołem. W każdym razie blok siedemnasty, osiemnasty, to tam Sipakowie rządzą. No i ten Sipak uciekł, a przejścia były takie, że jak wpadł jedną klatką, mógł wyjść drugą klatką. Ale ten blok siedemnasty to jest Ożarowska, cała jednostka transportowa Niemców, ze dwie kompanie, samochodów ze trzydzieści, może i więcej – w szkole na Ożarowskiej, do której ja chodziłem, siostra chodziła, brat. Naszą szkołę zajęli Niemcy. Okazuje się, że ten Sipak wpadł, a [nie wiem], czy złapali ślad, czy coś takiego później. I ja obserwuję to wszystko. I strzelanina jest tam, strzelanina. On się broni czy tam ktoś się broni, no strzelanina jest po tej piwnicy. Później się dowiedziałem, co się działo: Bracia Sipakowie zabili Niemca na Bolecha. Knajpa była na Bolecha. Nie wiem, czy to Tuszyński prowadził tę knajpę.
Tak, tak, tak. I brata, ale brat stoi. No i jak się okazało, on w ostatniej chwili popełnił samobójstwo – ostatni strzał, zabił się tam.
Sipak. Sipak się zabił w tej ostatniej klatce schodowej.
Tak. Jak się zabił, no to Niemcy powychodzili, ze dwudziestu było, pełno. Cała grupa duża Niemców, że akcja się skończyła. A tę piątkę, mojego brata, zabrali w samochód i na przesłuchanie. Ja nie wiedziałem, czy brat wróci, czy nie wróci, bo przecież on miał wtedy już dwanaście czy trzynaście lat.
To byli różni. Zakładników brali, bo oni wychodzili z kościoła i jak akcja trwała, to kto przechodził, pach! Mężczyzna stoi. Taka była historia. Tak brat mówił, że szedł z kościoła normalnie.
Nie, nie, jako zakładnik to stał pod ścianą tutaj, a później zabrali ich samochodem, przesłuchiwali gdzieś na komisariacie po tej całej akcji. Brat wrócił i jeszcze jeden wrócił. Trzech pozostałych – nie wiedzą, co się stało. Czy zostali w więzieniu, czy dalej zostali, czy wywiezieni, no nie było wiadomo. To byli przypadkowi ludzie, co przechodzili, z kościoła wychodzili. […]
Czterdziesty pierwszy rok, po imieninach mojej mamy. To było w czerwcu prawdopodobnie, bo były mamy imieniny i później tydzień chyba była następna niedziela czy coś takiego. To się działo w tym czasie.
[…] Proszę pana, więc my nie chodziliśmy wtedy do szkoły. Ja byłem w domu z siostrą. Brat gdzieś tam w mieście jest, ale pracował już u Pfeiffera, bo mama załatwiła mu pracę u Pfeiffera, żeby go nie wywieźli na [roboty]. Mało tego, załatwiła mu wcześniej jeszcze, jak miał trzynaście lat, że dostał zaświadczenie (nie wiem, czy on nie miał tego zaświadczenia, jak go wzięli pod tą ścianę i później go przesłuchiwali, czy miał to zaświadczenie już wtedy), że on jest praktykantem u Pfeiffera. Mały taki – „mały”, no już dwunastoletni – miał takie zaświadczenie, że nie pracował jeszcze, ale że był na praktyce. Mama dostała taki świstek, taki dokument miał i wrócił. […]
Nie, jeszcze opowiem panu o mamie. Mama działała też w jakiejś organizacji, nie wiem, w jakiej. Przypuszczam, że nie angażowała się jakoś [bardzo], no bo miała nas, małe dzieci, ale była sytuacja taka, że mama zwołała siostry… A mama pracowała w getcie, bo fabryka Pfeiffera była w getcie, mama miała przepustkę specjalną. Warta była, mama przychodziła, miała ausweis czy przepustkę specjalną i wchodziła do getta. Jak wchodziła do getta – a może to było przed – ale w każdym razie dzieci żydowskie obtaczały mamę… Mama dawała chleb, co dostała na kartki, oddawała tym dzieciom. A nam gotowała Opiłkowa, sąsiadka Galiczowa, inne czasami, Pisarska też – żywiły nas tym, co ugotowały, a te jedzenie szło dla tych dzieci i one też się dzieliły. A ponieważ mama miała taką możliwość, to dostarczała to jedzenie. Kiedy przychodziła, to już dzieci ją obtaczały, oddawała, szła do fabryki dalej. Któregoś dnia mama zwołała siostry, przyjechały. Miała trzy siostry: Stasia Ostaszewska, co mieszkaliśmy przed wojną, o której wspominałem, ale była jeszcze jedna siostra Fela, o tym samym nazwisku, Kacprzak. Wyszła też za mąż za Kacprzaka, może z tej samej wsi czy coś takiego, ale koneksji takiej jakiejś bezpośredniej z Kacprzakami nie było. Fela i Zosia – najmłodsza była ciocia Zosia, która mną się opiekowała. W trzydziestym dziewiątym roku, jak zostawiali mnie samego, to czasami właśnie przychodziła. Najmłodsza była, miała z osiemnaście lat może wtedy. I odbyło się takie spotkanie. Ni stąd, ni zowąd jest spotkanie. Nie wiem, czy wujek to zainspirował, czy coś – wujek Kościelski, czyli brat mamy. Rodzina najbliższa: siostry i brat. Mama mi kazała wyjść do kuchni, bo oni coś tam rozmawiali między sobą, ale ja jako chłopak zacząłem nasłuchiwać. Chodziło o to, tyle usłyszałem, że jak mama wyprowadzi dzieci żydowskie, kto je przechowa. Gdzie je przechować? Jak ja to usłyszałem, to mama mnie wygoniła: „Idź sobie na dwór, idź”. I nie wiem, co ustalili, kto odbierał, ale z tego, co się zorientowałem, to Fela się później tłumaczyła, że zostawiła gdzieś dzieci, które mama wyprowadziła. To taka była historia, że te dzieci – nie wiem, czy przeżyły, czy nie, i czy to były dziewczynki, czy to chłopcy, w każdym razie małe dzieci. Ale [nie wiem], jak mama wyprowadzała [dzieci]? Czy znała tych Niemców, którzy stali na [warcie]? Mama była dosyć aktywna, że stała, wychodziła. Czy brała [dziecko], że to jej syn? Czy jakoś samochodem wywozili może? Bo była też taka możliwość, że mogli dwie osoby czy trzy osoby [ukryć] w szoferce czy coś takiego. Tego nie znam, nie widziałem. Tylko mama czasami rozmawiała, pytała, co z tymi [wywiezionymi].
No więc z mamą rozmawialiśmy, to mama nie chciała tego wspominać. To były trudne chwile dla nas wszystkich, bardzo trudne. Tak że to były takie historie. […] Wujek Kościelski, brat mamy… Czasami wujek zapraszał czy mama brała mnie i szliśmy przez lasek, przechodziliśmy.
Wujek czasami przyjeżdżał na motorze. Ale czasami mama szła do wujka, bo tam owoce były, wiśnie były, jabłka, śliwki jakieś były czy inne. Ale chodziliśmy tak do wujka, bo babcia była przecież, babcia Kościelska, z wujkiem mieszkała, to mama szła do mamy, jak to rodzina. Ale mama za często nie mogła, to było w niedziele tylko. I ja po komunii świętej któregoś dnia – ale to albo Święta Wielkanocne, albo Zielone Świątki, chyba raczej tak gdzieś było – mama mnie zabrała [do wujka]. Ubrany byłem w jakiś płaszczyk, bo do komunii miałem [iść jak] wszystkie dzieci. Brat starszy Rysiek miał swój dyplom komunii, siostra Danka miała, no i później ja już… Mama bardzo, że tak powiem, wymagała od nas. Może nie wymagała, tylko tak się musieliśmy zachować, jak mama sobie życzyła. Mieliśmy ołtarzyk zrobiony w domu, Matka Boska, dosyć duża figura i codziennie pacierz, na kolanach przed tym modliliśmy się. I później te wszystkie sakramenty, wszystko to było. […] I czasami jeździliśmy do wujka, kontaktowali się, ale o czym oni rozmawiali, jakie dyspozycje były… Kazali mnie obserwować, co się dzieje na Naftówce, kiedy wjeżdżają te pociągi. Liczyłem pociągi, liczyłem samochody. Kazali mnie, nie tylko mnie, no bo tym chłopakom wszystkim, z którymi obcowałem. To wszystko tak było, że jak wujek przyjeżdżał, to było: „Dwadzieścia samochodów pojechało” – Rysiek meldował. Rysiek meldował wujkowi, że tam było to, że tutaj zmieniają się warty, zmieniają się co dwie godziny czy co ileś godzin. Takie żeśmy spostrzeżenia mieli. Kazali nam, a my żeśmy chodzili. Udawaliśmy, że zbieramy grzyby, że zbieramy tam jakieś coś, bo też kazali nam [udawać], nie że przyglądamy się, tylko się bawimy, coś robimy. Przecież ja pamiętam, jak nas uczyli skakać z tramwaju: ja w pełnej szybkości wskakiwałem i wyskakiwałem z tramwajów. Tramwaje były odkryte, nie tak jak teraz, tylko ażurowe miały te pomosty.
A, jeszcze to właśnie wrócę do tego jednego z takich [przejazdów]. Wybieraliśmy się do babci. Bo to „do babci” się mówiło, że my jedziemy do babci, a wujek mieszkał z babcią. Jechałem i tu nie bardzo to mogę ustalić, chociaż widzę dokładnie, jak ten tramwaj przejeżdżał. To już był czterdziesty trzeci rok, wzdłuż muru przejeżdżał tramwaj. Ja siedziałem w tramwaju z mamą, [poza nami] chyba ze dwie osoby tylko siedziały [w części] dla Niemców, bo wagon był podzielony, Nur für Deutsche, cztery siedzenia mieli z przodu. Ludzi nie było dużo, może jeszcze jedna osoba, ale to nieważne. Ja siedzę, patrzę w okno i widzę, jak tramwaj się zatrzymał, tak jakby to było na początku Okopowej. I wzdłuż tego muru tramwaj przejeżdżał do Konwiktorskiej prawdopodobnie, taka trasa była. I widzę, na górze muru getta, mur gdzieś trzy i pół metra, w białym płaszczu jakiś młody człowiek (nie wiem, dwadzieścia lat, może mniej, może więcej) wygląda tak. A tu warta. Jak się tramwaj zatrzymał, dwóch Niemców zatrzymało się i czy ktoś wysiadał – nikt nie wysiadał z tego tramwaju. Niemcy poszli, tramwaj rusza. On zeskoczył. Ale jak zeskoczył – Niemcy byli gdzieś dwadzieścia metrów dalej, to było słychać. Ale on zdążył wskoczyć do tego tramwaju. Ja to wszystko widzę. I jak Niemcy zatrzymali tramwaj, ja mówię: „O cholera, złapią go”. Zaglądam, jego nie ma na tym pomoście, wyskoczył na drugą stronę. Ja patrzę, on tam już w bramie jest. Widzę go jeszcze w bramie tam dalej, z tyłu, jak Niemcy byli [po drugiej stronie]. Niemcy wchodzą do tego wagonu. Dosłownie ile to trwało, minutę, może pół minuty nawet. […] I Niemcy zatrzymują tramwaj, bo byli tak z przodu z pięćdziesiąt metrów. Zatrzymują ten tramwaj, hamują. Oczywiście [tramwaj] zatrzymuje się. No Niemcy to już… A ja zauważyłem, gdzie on jest, i nie widziałem, jak przeskakiwał, ale widziałem, że już w bramie jest, uciekł na tle tego tramwaju, że Niemcy go nie widzieli. I tu się dzieje rzecz taka. Niemcy wchodzą do wagonu, szukają go, nie ma go, zaglądają i mnie każą wstać. Ja wstaję – to parę razy było – wstaję, no nie pasuje im. No przecież taki dzieciak, dziesięć lat, ale w płaszczyku białym, taki za krótki ten płaszczyk, gdzieś tam mama wypożyczyła albo dostała. I trwało to z pięć minut, że Niemcy nie dawali spokoju. Wylegitymowali mamę i trochę się żachnęli, że mama jest pracownikiem Pfeiffera, i to nas uratowało, że nas nie zabrali. Byli tak wściekli, że by mnie chyba pobili ze złości, że uciekł im ten człowiek. A to było jak z filmu. Ja nawet myślałem, jak kręcili film, żeby opowiedzieć tę historię, bo to autentyczna historia. Ja to wszystko przeżyłem i widziałem. Wstawałem parę razy i tym Niemcom nie [pasowało], wrócili jeszcze raz, zaglądali pod te siedzenia, bo to takie przecież drewniane, to czy tam się nie schował. No nie mogli sobie podarować, że tak im uciekł ten człowiek, który zeskoczył z tego. A ja widziałem to wszystko. Wskoczył do tego, wyskoczył na drugą stronę. Ja to też umiałem, też tak umiałem przeskakiwać, wyskakiwać z jednej na drugą stronę. Kontynuacja nagrania zarejestrowana 14 kwietnia 2026 roku w Warszawie.
No, z wujkiem to były częste spotkania, bo zdarzało się, że jak czasami wysyłali mnie w nocy, nie w nocy, ale wieczorem, to wujek nie pozwalał mnie wrócić do domu.
Wujek to Stefan Kościelski. No, mieszkał na Słodowcu, na Marymonckiej przy…
Tak. Historycznie rzecz biorąc, to ja pamiętam, że wujek prowadził – czy to było w święta, czy tak – salę tańca. Jego siostry rodzone: moja mama najstarsza Janina, później Stasia, Fela i Zosia zaczynały tańce na tej [sali]. Ale to są bardzo przedwojenne czasy, kiedy święta czerwcowe obchodziliśmy w lesie na Bielanach. A tak to wujek tę działalność prowadził bardzo dyskretnie, dlatego że my… Kontaktował się bardzo często z mamą i z bratem. Ja mało rozmawiałem, czasami tylko miałem kontakt z wujkiem w sensie takim, że zaprosił mnie, dał jakieś owoce czy coś takiego. Ale o latach konspiracji nie rozmawiałem nawet i po wyzwoleniu, kiedy już byliśmy dorośli i wujek prowadził taką firmę, ja wiem, chałupniczą, można to tak nazwać. Bo Warszawa była bardzo zniszczona, a ludzie się budowali na wsi i potrzebowali takie tregry, belki metalowe, które wydobywali z gruzów, przywozili i chcieli, żeby to wyprostować. Ja nawet brałem udział w tym czasami, jak już byłem dorosły, ale to tylko tak towarzysko, nie to, żebym był [pracownikiem], tylko żeby wujkowi coś przekazać. To wszystko działo się w ogrodzie takim dosyć dużym, bo tam były i jabłonie, i dużo wiśni. Ja przychodziłem z Koła przez lasek na Kole, wzdłuż Cmentarza Powązkowskiego, przechodziliśmy przez Powązki – „przechodziliśmy” mówię, bo czasami byłem też z kolegami, żeby po prostu ich ugościć – przechodziliśmy przez ten lasek i zbieraliśmy wiśnie, z których kompot i inne można było zrobić. Ale w czasie okupacji co wujek robił, to ja nie mogę powiedzieć nic, bo ja mogłem tylko wiedzieć, że brat dostał jakieś polecenia i czasami brał mnie za rękę i szliśmy do kina albo pod kino. On szedł do kina, nie wiem, co tam robił dokładnie. Podobno rzucał jakiegoś peta, bo modne było takie powiedzenie: „Polskie świnie siedzą w kinie”.
Coś takiego, może przekręciłem. W każdym razie takie [to były działania], żeby Polacy nie chodzili do kina, no bo to była propaganda niemiecka. I jak z bratem szedłem, to on kazał mi poczekać, później szliśmy dalej. I na przykład – to już był rok chyba czterdziesty drugi – przechodziliśmy Lesznem i Niemcy kazali po prostu, by wszyscy, co przechodzili, musieli przejść… Przy ulicy Chłodnej była brama do getta i obok tej bramy były wiszące cztery osoby, może nawet więcej, bo ja widziałem dwóch z jednej strony i jedną z drugiej strony bramy. Osoby męskie wisiały na tym i trzeba było przechodzić koło tego, patrzeć. Chodziło o to, żeby zastraszyć Polaków, żeby nie pomagali [Żydom]. To ja to widziałem na własne oczy, a Niemcy przeganiali nas, żeby to wszystko zobaczyć. Nie można było iść w bok, tylko trzeba było przejść przez to, żeby zobaczyć. Później innego dnia brat gdzieś mnie zaprowadził w granicach Arsenału przy ulicy Długiej. Doszliśmy do Miodowej. On się tam zatrzymał długo i kanał taki przechodził, który prowadził z getta, kanał kanalizacyjny, duży. W pewnym momencie jakiś stukot był i otworzyli to – nie tylko brat, ale były jakieś inne jeszcze osoby – otworzyli ten kanał, a brat jakby dał komendę czy może nie komendę, tylko powiedział: „Nie wychodźcie tutaj, bo Niemcy stoją pod Pałacem Krasińskich”, bo to tuż przy pałacu. Jest [nadal] ten kanał. Wiem, gdzie on jest. I przechodzili tam. No i oni powiedzieli coś tam. Tej rozmowy to ja nie pamiętam, jaka tam była wymiana [zdań], w każdym razie zamknęli ten kanał i: „Rozejść się, bo tu zaraz Niemcy przyjadą i może być kłopot”. Byłem świadkiem tego wszystkiego. Odeszliśmy kawałek, może pięćdziesiąt metrów, bliżej kościoła tutaj, bo tam kościół jest niedaleko. Patrzyć, przyjechały samochody niemieckie z taką butlą karbidu – nie wiem, ile tam, dwadzieścia kilo – otworzyli ten właz do kanału i wrzucili jedną czy dwie [butle], wrzucili ten karbid tam. Efekt tego, można się spodziewać: jak tam była woda, karbid był, to jak nie było [możliwości], żeby się to ulotniło, no to ludzie ginęli. Albo przynajmniej ci, co szli następni, to już też nie mogli przejść, dlatego że to przejście było zablokowane. Ja byłem osobistym świadkiem i to widziałem. Ja wiem, ile wtedy miałem, może dziewięć lat […], ale to była może taka pora wiosenna.
Jeszcze przed powstaniem, tak.
Nie, nie, brat szedł – tak się zastanawiam – jakby specjalnie wiedział, że tam będzie przejście, że trzeba tych ludzi poinformować, żeby nie wychodzili. Bo doszliśmy i tam krążyliśmy wkoło tego kościoła i tego placu – po prostu pilnował jakby tego wejścia. Nie wiem, czy on się znał na tym, czy miał jakiś wykres, czy po prostu może i był w kanałach w czasie okupacji, tego nie wiem, w każdym razie tam żeśmy spędzili dosyć długi okres czasu, dwie godziny czy może półtorej godziny, trudno mi powiedzieć. W każdym razie ta informacja poszła, że poszli dalej, mieli gdzieś przy Siennej następny kanał: „Tam wyjdziecie”. Z tego co pamiętam, taka była informacja. A autentycznie Niemcy – to było widać – warta niemiecka była przy Pałacu Krasińskich. To jest sto pięćdziesiąt metrów gdzieś od tego kanału, wszystko widać na rysunku. Może to nawet mniej było, może nie sto pięćdziesiąt, a sto metrów. W każdym razie pomyślałem, że na przyszłość iść kanałami to jest duże ryzyko i po prostu człowiek nie może się wycofać przeważnie, a nie ma gdzie uciekać. Bo przecież jak zrzucili tyle tego karbidu, no to to się rozeszło przynajmniej na kilometr w prawo czy w lewo. Stamtąd później poszliśmy, wracaliśmy do domu. To też było różnie, bo szliśmy czasami bokiem albo wręcz Powązkami, żeby nie wracać Obozową i Młynarską, tylko przez lasek na Kole, który znałem jak własną kieszeń, bo tam spędzaliśmy dużo czasu i bawiliśmy się. Opowiadałem o Niemcach, którzy tam przechodzili, to ich wyprzedzaliśmy. Tak że taka była sytuacja z bratem, co sobie przypominam.
Brat był dwudziesty ósmy rocznik, on był siedem lat starszy ode mnie, taki już był dorosły chłopak. Był bardzo energiczny, handlował papierosami później, jak miał trzynaście, czternaście lat. Notabene mówiąc, papierosy, które ja robiłem. Kupował paczkę gilz, jakiś tytoń i tak dalej. No i wtedy jakby troszkę nam się lepiej powodziło.
No więc z tym mam problem, powiem panu. Bo kontaktowali się dużo, Kostrzewa tam był, Kocoń był… Niektórzy grali w piłkę jeszcze, bo z początku, w czterdziestym pierwszym roku to jeszcze boisko było przed blokiem na Kole. Ale ponieważ tam były takie zdarzenia, że jak odbywał się jakiś mecz, bo z Sarmatą grali czy z kimś innym, […] podjechały budy z jednej i z drugiej strony boiska i wszystkich nas włożyli do samochodu, takiego zwykłego ciężarowego samochodu z budą, ale Niemiec siedział w szoferce, nie w środku. Te dwa samochody odjechały. Ja wsiadłem chyba na końcu z Leszkiem [Leśniewskim]. Bracia byli, Janek i Leszek. Ich ojciec miał problemy, ale często się kontaktowaliśmy, bardzo byliśmy zżyci ze sobą. Ojciec pracował w piekarni i czasami mu się udało coś [przynieść], a oni mnie kawałeczkiem bułki czy chleba poczęstowali, bo z tym było bardzo kiepsko. Nie wiem, czy państwu mówiłem, ale mama jak wchodziła do pracy do getta, to dostawali… W ogóle w czasie okupacji były kartki, kartki się dostawało. Akurat my na pięć osób dostawaliśmy bochenek chleba (nie bochenek, tylko taki jakby wojskowy chleb), no i było to tak dzielone, była dla każdego pajda. Nie było co jeść, bo na kartki była jeszcze pseudomarmolada, wycinano kartki i dawano, ile przysługiwało. Z jedzeniem było bardzo kiepsko.
Ja sądzę, że brat był na pewno w konspiracji. Był na pewno, dlatego że nie wiem, czy wujek mu to mówił, czy tutaj z Koła [dostawał polecenia]. Bo jak już byliśmy dorośli, to [dowiedzieliśmy się, że] na Kole cztery czy trzy organizacje działały. Ale tego nie powiem, bo ja dostawałem rozkazy czy polecenia, ale nie wiedziałem od kogo. Dorosły przyszedł i powiedział: „Idźcie albo stańcie, nie wolno wam to czy wolno wam to” – takie były polecenia.
Wujek często przyjeżdżał też, bo mama [siostra] rodzona. W międzyczasie taka przykra historia była, bardzo smutna, bo mama była w ciąży w czasie okupacji i w czterdziestym piątym roku urodził się braciszek, który przeżył półtora roku. No i takie były spotkania, rodziny się spotykały, te ciocie, czyli siostry mamy, przychodziły często. Oprócz tego mama chorowała, miała taki problem, bo miała otwartą jakąś ranę na nodze tutaj. No, musieli nam pomagać. Taka była historia, może trochę śmieszna, bo poszła do szpitala i przyszła z dzieciątkiem, a w szpitalu była przez pół roku, bo ta noga to była otwarta rana – leczyli ranę, a przyszła z dzieckiem. Ale to był już gdzieś czterdziesty szósty rok. A siostra moja, rocznik trzydziesty drugi, to była już taka rosła dziewczyna, to wszyscy myśleli, że to dziecko siostry. No ale okazało się, że to dziecko było mamy, po prostu miało wadę serca i zmarło po półtora roku. To taka była smutna historia w rodzinie. No bo oprócz tego brat mamy, Wacek, nie wrócił z wojny, bo w trzydziestym dziewiątym roku był podchorążym, skończył szkołę podchorążych, no i gdzieś w obozie zginął. Poszukiwaliśmy go przez PCK, przez inne takie historie. To dorośli się zajmowali tymi sprawami, nie ja, tylko dorośli. Były smutne rzeczy, ale były i [lepsze]. Jak się spotykaliśmy na [imieniny] Agnieszki u babci, to była nas gromadka chyba z piętnaścioro małych dzieci. Nas było trójka, siostry drugiej trójka, drugiej dwójka. Tam jeszcze takie dosyć sympatyczne historie, co wspominam. […]
Powstanie w getcie pamiętam o tyle, że to działo, które przejeżdżało na Kole, od czasu do czasu strzelało. No i powstanie pamiętam o tyle, że jak mama przychodziła, płakała, nie była zdolna do życia. No, jak mama płacze, to i my płakaliśmy razem. No i wtedy się zaczęło dzielenie tego chleba. A polegało to na tym, że mama zabierała ten chleb w całości, a porozumiała się z sąsiadką Galiczową, z Opiłkową, że one dla nas gotowały tam jakąś zupę i to takie było sąsiedzkie. […]
No, po okupacji…
W getcie pracowała mama, wróciła do tego, i brat pracował już wtedy.
Brat też pracował do sierpnia czterdziestego czwartego roku. Dlaczego? Bo powiem jeden moment taki, jak się zachował Pfeiffer. Nie wiem, czy to on był bezpośrednio w tej fabryce, w każdym razie dostali deputat i wypłatę dzień wcześniej, przed Powstaniem. Może oni wiedzieli, co się tam dzieje, ale ja nie wiedziałem. Bo dostawali deputat w formie skór do obuwia, co mamie czasami się udało sprzedać szewcowi na zelówki. Szewc tam kombinował i robił z tego, wykorzystał tę skórę. I wtedy dostali te dwa kupony. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić, to doszli do wniosku, że wykopiemy dół i schowamy to, no bo Powstanie się zaczęło i nie wiadomo, co z tym zrobić. Wierzba rosła przed domem i jakby z boku tej wierzby żeśmy kopali ten dół, w jakiś tam kocioł czy coś mama to próbowała schować. A w międzyczasie – mama miała taką dużą Matkę Boską, dużą taką figurę, którą przenosiła, jak między blokami była taka ad hoc tworzona szopka. Kobiety się zbierały, bo mężczyzn było tam chyba wtedy mało. Niemcy przychodzili i wybierali mężczyzn, zabierali albo do obozu, albo do pracy, albo… po prostu różnie, to nie powiem, co się działo z tymi mężczyznami. Bo ojciec nie mieszkał z nami, bo się ukrywał, bo uciekł z łapanki. […] Była taka historia, nie wiem, czy opowiadałem, że w czasie okupacji, żeby przeżyć jakoś, to robiliśmy całą beczkę kapusty, zwykłej kapusty. Mama czy ojciec gdzieś wypożyczył szatkownicę, tą szatkownicą robiliśmy kapustę. I też się zastanawiałem, że ojciec nie został wtedy w domu, a rano żandarmeria przychodzi. Nawet taka scena była: ponieważ nie skończyliśmy tego szatkowania, a ta szatkownica ma taki [kształt] jak deska do prasowania, stała pod kątem na stole. A żeby się nie zakurzyła, to mama przykryła ją prześcieradłem. Jak oni weszli, zarepetowali broń, bo myśleli, że to jest jakieś… Nasze okno było szczytowe, to myśleli, że to jest jakiś pistolet. Mama tam się umiała porozumieć po niemiecku. Odsłoniła to i mówi, że „tutaj są tylko moje dzieci”. Po niemiecku powiedziała i ten Niemiec powtórzył po polsku, oficer niemiecki taki był. No i właśnie: „Gdzie ojciec? Gdzie jest ten?”. – „Pracuje u bauera”. To było takie alibi dla ojca. Mnie zastanawiało to, że tylko jak ojciec się pokazał, to tak jakby… No nie wiem, czy ten Tomczuk, który był dozorcą, czy on musiał meldować, że [ojciec] jest w domu, czy coś takiego. Jakaś taka historia była, że to aż dziwne było, że ojciec nie mógł zostać nawet na jedną noc, nigdy nie nocował. A dlaczego mówię, że ojciec… Nie wiem, czy on w Babicach mieszkał, bo tam był taki znajomy mamy, z którym pracowała, pan Klimek, to było jakby jedna trzecia drogi. Może [ojciec] tam nocował czy gdzieś indziej, nie wiem. Bo nie sądzę, żeby aż jechał do Bożej Woli, bo Boża Wola to za Błoniem jeszcze, ponad trzydzieści kilometrów od Warszawy […]
Więc między tym powstaniem żydowskim to żeśmy działali dosyć ostro, dokuczaliśmy Niemcom. Wtedy jakieś takie było zaostrzenie [działań], że po prostu co się działo, to my tam wykorzystywaliśmy to. Zrywaliśmy te wszystkie ulotki, jakieś obwieszczenia, bo była lista zabitych osób też wywieszana, żeby postraszyć ludzi.
No my, chłopcy tacy. Leśniewski…
No to było tak: „Dlaczego żeście nie zerwali tych obwieszczeń czy coś?”.
Dorośli przyszli: „Mieliście to zerwać”. To były takie jakby polecenia może nie wprost do mnie, ale generalnie jakby byliśmy grupą: „To zerwaliście już te ulotki? Dlaczego żeście nie [zerwali]?”. Kłosińscy byli, starsi, Heniek Kłosiński, bardzo porządny człowiek, a Wiesiek Kłosiński to mój rówieśnik, chodziliśmy [razem] do szkoły. Ojciec ich, nie wiem, czy się ukrywał, czy się nie ukrywał, w każdym razie nie widziałem nigdy ojca. Podobno należał do PPR-u, jakiejś organizacji, takiej że od czasu do czasu podobno był, ale ja go nigdy nie widziałem. Kłosińskiego nie widziałem, tylko [wiem], że był działaczem partyjnym. A Kłosińska była dobra, bo jak graliśmy czy się bawiliśmy, czy coś, to przynosiła nam wody troszeczkę czy coś takiego. No, kontakty takie społeczne, sąsiedzkie były bardzo porządne. Vis-à-vis Kłosińskiej mieszkała Żydówka, Hanka Adamczyk z rodzicami.
To w czasie okupacji, w czasie okupacji całej, do Powstania mieszkali tutaj. Później, jak żeśmy uciekli z Koła, bo to z Koła była bardzo trudna sytuacja.
Jak było Powstanie Warszawskie, nie było brata. Mama płacze: „Nie ma, zabili. Zginął, bo nie wrócił”.
Nie wrócił pierwszego, drugiego, trzeciego.
To już wiedzieli, dorośli już wiedzieli. I jak to się objawiało: W pierwszym bloku te okna, co wychodziły na Naftówkę, no to już nie można było się pokazać w oknie, bo strzelali Niemcy. Ta armata, ta „gruba berta” – ja nie widziałem, tylko mówili, że „berta” jak się odwróci, jak walnie w ten blok, to z nas nic nie będzie. Jak brata nie było, to mama, żebyśmy nie zginęli wszyscy, to nas [zabrała] do piwnicy. I ja tutaj niewiele pamiętam. Siedziałem w tej piwnicy. Byłem zły, bo chłopaki niektóre grali w piłkę. Janek Czerwiński jedną piłkę miał, no to Kłosiński i Leśniewscy może grali w piłkę, a mama twardo: „Pilnuj siostry!”. Siostra była starsza ode mnie o trzy lata, ale: „Pilnuj siostry, nie wolno wam nigdzie wychodzić”. Co żeśmy wyszli, to tylko żeby się załatwić i tak dalej. I ja z tych rzeczy z Powstania tylko słyszałem, że jakaś tragedia była na Woli, że ludzie z Woli przyjeżdżali tutaj. Ci, co się znali, to [mieli] jakiś kontakt, pomagali i tak dalej. Później jakaś tragedia się działa na Powązkach – znów przyjeżdżali na Koło. A ja tam wyszedłem, żeby napompować wodę, bo studnia była w [podwórku], albo wyrzucić śmiecie – to wszystko, co ja widziałem, co się działo. Widziałem z tych z opaskami, którzy przechodzili i jakby była w pewnym sensie euforia, bo był taki moment, że zwyciężamy, że wszystko idzie po naszej myśli. Ale później było załamanie, jak ludzie z Woli przyszli, stracili bliźnich czy rodzinę. I później było polecenie, żebyśmy wyszli z Koła. Niemcy kazali opuścić te lokale. Ale to było takie, że nas wyprowadzali i szliśmy, tylko każdy jakby na swój sposób starał się, żeby gdzieś się ukryć.
Wszystkie dzieci były w piwnicy, to znaczy my, Opiłko, Motylewscy, Galiczowie – wszystkie dzieci, które były w tej klatce, w której my mieszkaliśmy, były przeprowadzone do piwnicy. Żeśmy nocowali nawet w tej piwnicy, bo strach było, że po prostu walną w ten nasz dom, bo ta „berta” jeździła, mogła się odwrócić i faktycznie walnąć w ten dom. I był strach.
No światło to było na lampy naftowe.
Nie, nie światła, światła nie było, lampy naftowe były. No i ja wiem, takie jakby… Ja w każdym razie byłem bardzo niezadowolony, ja chciałem wyjść na zewnątrz, ale mi nie wolno było wyjść.
No inne dzieci właśnie, więc grali, próbowali grać w piłkę. Ta piłka uciekła.
Między blokami.
Na zewnątrz, tak, między blokami. I grali w tę piłkę przez moment jakiś, bo…
Nie, nie. Jak ja wyrzucałem jakieś śmiecie, to widziałem, że tam coś się dzieje, że Kłosińscy, Czerwiński czy coś takiego, że próbowali grać. Ta piłka uciekła za siatkę, ale już tej piłki nie sięgnęli, dlatego że jak była próba przejścia między jednym blokiem a drugim blokiem, to już byli ostrzeliwani [przez Niemców]. I brat jak wracał, to było gdzieś piątego, może szóstego dnia, to wpadł do klatki, a za nim dziewczyna to już została ranna w szyję. Czyli Niemcy to wszystko ostrzeliwali. Nie wiem, którędy on wracał, czy od strony lasku wracał, czy od strony Obozowej, wieczorem, już po ciemku. Tak że to był moment taki: „O, jest, żyje Rysiek!” i tak dalej, więc mama odetchnęła troszkę. No i też tutaj: „O, jesteś, już nigdzie nie chodź, już chodź z nami!”. Był, że tak powiem, płacz i radość jednocześnie.
„No, co robiłeś?”. Ja nie widziałem tego, ale mama mówiła, że robił barykadę przy cmentarzu [prawosławnym]. Młynarska, Obozowa jak się kończy, jest cmentarz prawosławny. I w tym cmentarzu, w katakumbach była broń chowana. […] Tam była amunicja, pistolety i tak dalej. Brat jak wrócił, to nie miał ze sobą broni, […] ale mówił, że nie przyszedł, bo budował [barykadę] i był zajęty tam w tych czynnościach. Czy to odsuwali, czy dostarczali, czy coś takiego. Ale sądzę, że przeszedł przez lasek bokiem jakoś i się dostał tutaj […] Ale żeby opowiadał, że: „A, byłem, a zrobiłem, a to, a tamto”, to tego mnie nigdy nie powiedział, co zrobił. Mama może wiedziała, może go wypytywała więcej. Wujek Kościelski, który przyjeżdżał, nie wiem, czy raz na tydzień, czy czasami częściej, czy czasami rzadziej, to już się nie pojawił. Tak że to była taka historia. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje z babcią, z wujkiem, z innymi – już nie mieliśmy kontaktu. Mama postanowiła, że nas wyprowadzi z Koła.
No mieliśmy wodę, bo studnia była, woda była w studni. No i gotowanie to było na jakichś lampach spirytusowych czy czymś. Nie wiem, na czym te dziewczyny tam robiły to wszystko, czy było ognisko jakieś. Z początku był gaz, ale później już nie było. Ale ja nie wchodziłem na górę już wtedy, no bo jeżeli Niemcy ostrzeliwali te mieszkania, które były vis-à-vis nas… Bo nasze mieszkanie wychodziło jednym oknem na podwórko, na Obozową, a drugie mieszkania, te frontowe, które na ulicę Magistracką wychodziły (ulica Magistracka przechodziła wzdłuż bloków), no to one nie funkcjonowały, tylko [ludzie] przeszli do naszego mieszkania. Tam przeszli ci ludzie z przeciwka, ponieważ tam jak się ruszyli czy coś, to – nie wiemy, czy miał noktowizor, czy coś – po prostu [Niemcy] strzelali, obstrzeliwali te okna, tak że nie było możliwości [przebywać]. Tak samo nie było możliwości wejścia na dach, ale już później to nawet zabarykadowane to było, żeby tam nikt nie [wchodził], bo tam ktoś próbował wejść i zginął. Próbował coś tam obserwować z dachu, ale znieśli go. Tego to ja nie widziałem, tylko słyszałem, że: „Żebyś czasami tam gdzieś się nie [zapuszczał]”. Taki był rygor mocny, że nam się nie wolno było poruszać za bardzo. Mama postanowiła któregoś dnia – nie wiem, czy to był ósmy, może dziesiąty dzień, bo ja straciłem po prostu rachubę – wyprowadzić nas z Koła. Szliśmy na Dworzec Zachodni, żeby pojechać pojechać do Błonia czy pojechać tam właśnie do Bożej Woli, czy coś takiego. Mama wiedziała, że do Bożej Woli trzeba jechać pociągiem i tak dalej.
No ja to niosłem jakieś takie rzeczy niby że do jedzenia. Nie wiem, czy to mąka była, czy coś, co mama dała, i jakieś, nie wiem, swoje ubrania może jakieś, buty czy coś. W każdym razie miałem jakieś takie drobne bagaże, ale nie za dużo tego miałem. Mama coś miała, nie wiem, ale też miała w jakiejś takiej… Bo miała Matkę Boską, tę swoją figurę, ta Matka Boska była z nami na wsi też, jak byliśmy tutaj…
Tę figurę zabrała. Miała takie [nosidło], jak to kobiety noszą, takie przewiązane z przodu i z tyłu tutaj. Tam miała te rzeczy podstawowe. Brata nie było, brat został na miejscu, w Kole. Ale czy on został, czy poszedł gdzieś dalej, tego to ja nie wiem, bo jak nas mama wyprowadziła, to z siostrą jak szliśmy, to było to pod napięciem: czy nas trafią, czy nas nie trafią.
Też próba była czy to było polecenie, żeby iść do Dworca Zachodniego, w każdym razie w tym kierunku szliśmy, Księcia Janusza w kierunku Dworca Zachodniego. Ja tam zatrzymałem się, że siusiu potrzebuję, i mama temu Niemcowi, który sprowadził, powiedziała, że tutaj, że meine kleine i tak dalej, że tutaj zrobi tutaj, no to oni poszli dalej. Jak mama się zorientowała, że nie ma [Niemca], odeszliśmy w kierunku Boernerowa. Mama miała swojego znajomego w Babicach i doszliśmy do Babic. W Babicach było więcej dzieci, ale ja ich nie pamiętam tak, żebym mógł wymienić imię, coś takiego. Był chłopak taki jak ja, bo mnie zaprowadził do latryny, bo latryna była gdzieś z boku, w kącie, ale było niebezpiecznie, dlatego że mogłem wpaść tam, taki był duży [otwór]. Nie załatwiałem się tam, tylko z boku gdzieś, dlatego że mama mówi: „Wpadniesz mi jeszcze”. Tam byliśmy może dwa dni, może trzy dni i ojciec przyjechał, ojciec zabrał nas. Właśnie nie wiem, jak oni się kontaktowali, przecież nie było telefonu. Jak oni się kontaktowali, jak to było, że ojciec wiedział, gdzie jesteśmy, że przyjechał, zabrał nas do tych Słomków. A mama wróciła jeszcze do po Ryśka, po brata. Miała ten ausweis mocny, że pracuje w fabryce Pfeiffera, i tam było, że nie wolno zatrzymać jej czy coś takiego. Nie wiem, co tam było, w każdym razie Niemcy czasami zachowywali się tak, jakby mama była Niemką. […] Była scena taka, nie wiem, czy opowiadałem o tej scenie w tramwaju. W każdym razie Niemcy honorowali ten ausweis mamy. No i ja zostałem… Jak ojciec zabrał nas do Słomków, mieszkaliśmy w Bożej Woli. Ta gospodyni przyjmowała nas serdecznie. W czasie Powstania to nie wiedziałem, co się dzieje. Ojciec więcej wiedział. Nie wiem, jak on się tam kontaktował, ale informował. Bo o co chodziło? Słomkowa miała dwóch synów dorosłych, może w wieku brata jeden był albo starszy, i Niemcy ze wsi, oprócz tego, że były kontyngenty i tak dalej, były kolczykowane te zwierzęta, obliczone co do sztuki, nie można było jakiegoś uboju zrobić… Niemcy jednego z tych synów zabrali do Niemiec. No więc rozpacz Słomkowej, jak zabierają jednego. Ale chcieli dwóch zabrać, więc jakoś mama między innymi wynegocjowała to, że na razie żeby [jednego] zabrać. Słomkowie byli już wtedy starszym małżeństwem, starszym jak nasze, bo rodzice moi to byli czterdziesto- czy trzydziestoparoletni, a tamci już byli pięćdziesięcioparoletni, może jeszcze starsi. Ale byli aktywni, bo ten syn taki był dosyć energiczny. No, Słomka pracował, ale nie widziałem, żeby kosił. Bo ojciec mój umiał kosić. Jakiś kuzyn o tym samym nazwisku też był i ojca brat, czyli mój stryjek, też pomagali w tym koszeniu. […] No i mieszkaliśmy tam u tych Słomków.
Tak, po brata i przyprowadziła go. Mama była taka, że jak coś sobie postanowiła, to nie można było [się jej] przeciwstawić, ale chciała dobrze. I potem jak byliśmy już razem, to było lepiej, ale nie mieliśmy [mieszkania], bo u Słomków nie mogliśmy mieszkać i po prostu trzeba było gdzieś zamieszkać. Nie wiem, jak tam pertraktowali. Z początku to spaliśmy w stodole, a później, zima jak nastała czy zimno już się robiło, to gdzieś to mieszkanie rodzice [znaleźli] w tej samej wsi, u najbiedniejszych, Łuczaków. U Łuczaków to było skromne to całe [obejście], jeden koń i chyba krów nie mieli, bo ja tam nie pasłem, przynajmniej nie pamiętam. Bo u Słomków to pasłem tę krowę, to i mleka się napiłem, i barszcz dostałem rano, tak że już przynajmniej było co zjeść, nie było głodu takiego. Ale później, jak się wyprowadziliśmy do Łuczaków, no to kombinowaliśmy, żeby gdzieś troszkę jakichś owoców [zjeść] czy coś takiego. No, różnie to było, żeśmy chodzili tak, żeby pozbierać, i nie było tak na wprost, że coś nam dają czy coś takiego. Ta ta kuzynka pseudo – o takim samym nazwisku, tylko Kasprzak się pisała – to czasami zaprosiła kiedyś mnie na jakąś zupę z mlekiem czy coś takiego, bo znów było dziecko. A u Łuczaków co mieszkaliśmy, ciekawa historia. Dlaczego ciekawa? Bo przychodził Niemiec z tego… Nie wiem, jak to określić. Bo Niemcy mieli w dworku swoją stację taką jakby… no, jakaś jednostka stała, taka gospodarcza. Czy oni dostarczali jedzenie, czy coś takiego, nie wiem. I ten Niemiec później… Ale to już było całkiem zimno. Wiem, że była nędza taka, że nie wiedzieliśmy co [robić]. Była taka dziewczynka, Zosia chyba, ruda Zosia, tak, była ruda, ruda ta dziewczynka była. Miałem z nią kontakt większy, w polu też, jak zbierali ziemniaki. To był już chyba koniec września, resztka takich ziemniaków tam była, to żeśmy chodzili, zbieraliśmy te ziemniaki. Pamiętam taki moment, co wsadzili mnie na konia. Nie wiem, czy tam bronowali, czy coś takiego. Rodzice pomagali u tego gospodarza. Nie siedzieliśmy, tylko żeby każdy był aktywny, jak coś trzeba było to robić, to [robiono], a dzieci jak dzieci. I wsadzili mnie na tego konia. To taka była starsza szkapa. No nie wiem, ile miała lat, bo to trudno mnie było wnioskować. Wsadzili mnie, a ja się troszkę bałem. Mówią: „Zaprowadzi cię do domu”. Ciekawe, co było. Koń był taki inteligentny: Jak wchodził do tej obory, widział, że się nie zmieści. Zatrzymał się, poczuł, że ja się złapałem tej framugi, to dopiero odszedł. To mnie bardzo zaimponowało u zwierzęcia, że taki stary koń i że on tak czuje mnie pod sobą. No i później jeszcze miałem inną przygodę. U Słomków był taki koń, roczniak czy półtora roku miał, w każdym razie jeszcze nie chodził w kieracie i bawił się. [To było] u Słomków. Ja tam byłem, bo chodziłem, bo gospodarstwa sto metrów jeden od drugiego, a starałem się, no bo jak gdzieś się przyszło, to zawsze się tam dostało kawałek chleba czy trochę mleka, czy coś takiego, nawet nic nie pomagając. No bo czasami jak trzeba było coś pomóc czy popchnąć czy coś, to zawsze służyłem swoją pomocą. I u tych Słomków był ten koń, miał taką jakby przegrodę zrobioną, ja wiem, dwadzieścia metrów, żerdziami ogrodzone i biegał ten koń po tym pastwisku, bo to było zaraz za [podwórkiem]. I ja próbowałem wejść tam do tego [ogrodzenia], próbowałem rozmawiać z nim, bawić się. Wszedłem za te żerdzie, ten koń się rozpędził, to pamiętam jak dziś, a ja sprytny byłem, bo już wtedy przechodziłem, że tak powiem, kursy, jak się zachowywać, żeby uciekać, żeby się chować. I tak między te żerdzie rzuciłem się, on się zatrzymał tymi kopytami i zarżał tak, jakby zaczął się śmiać, co mnie bardzo, że tak powiem, ujęło, że on jest taki inteligentny, że chciał mnie nastraszyć, chciał mnie rozbić. Dostaliśmy wiadomości. Była sytuacja taka, z Kampinosu u Łuczaków przyszedł człowiek z partyzantki. Nie wiem, czy przyniósł jakieś wiadomości mamie, że wujek żyje, czy coś takiego, bo wujek Kościelski był w Kampinosie – nie wiem tego. W każdym razie chodziło o przenocowanie. Łuczak mówi: „Ja nic nie wiem”. O co chodziło. Że z tego dworu, co Niemcy mieli, przychodził Niemiec do dziewczyny, która tam mieszkała, do Łuczakowej; dorosła, ja wiem, dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Przychodził, przynosił jakąś wałówkę nawet z sobą. Pamiętam moment, bo była taka [rozmowa], że on się nie boi przyjść tu. On się nie boi, bo on jest bardzo szybki: [chciał] zaimponować i strzelił w sufit. Ja byłem przy tym. [Był] z tym dzieckiem, z tą drugą, i ta dorosła, do której przychodził. Wiążę to z tym: jak ten z Kampinosu spał tutaj [umówiono się], że [jakoby] nikt nie wie, że on spał. Nikt nie wiedział, że śpi, i nie wolno było mówić, dlatego że palili całe wsie po drodze – jeżeli Niemcy się dowiedzieli, że ktoś tam mieszka czy przebywa, to nie szukali, tylko podpalali i paliło się całe gospodarstwo. Więc Łuczak nie chciał nic wiedzieć o tym [partyzancie]. [Możliwe, że] brat mu podstawił drabinę, wszedł na tę drabinę i spał na strychu nad domem. Na strychu spał, tam było siano i tę drabinę zabrał. Patrzymy rano, żeby tą drabinę [dać], żeby on poszedł, to już go nie było. O, to taka była sytuacja. Ja byłem świadkiem i wiedziałem, że jest taka historia. […] W każdym razie rano drabinę zabraliśmy stamtąd, niosłem tą drabinę z bratem. Jak brat rano wstał i tą drabinę podstawił, to już go nie było. [Brat] wszedł na górę patrzeć, bo chciał mu tam dać coś do picia, to już go nie było. Ale mieliśmy wiadomość, że wujek żyje, że jest w Kampinosie, że nie mamy gdzie wracać, dlatego że wojna trwa, że jest okupacja. Po Powstaniu już było to, ale nie można było [wracać]. W styczniu cała kompania szła pieszo marszem od Warszawy. Takie samoloty, te kukuruźniki latały, ostrzeliwali ich Rosjanie. Niemcy rozpraszali się, różnie to było. Wracam jeszcze do tego Niemca, który przychodził tutaj. Przyjechał, żeby pożegnać się – to było już w styczniu, początek stycznia – ale zabrał tę dziewczynę z sobą. Więc znów wielki płacz, że zabiera (nie pamiętam, jak ona miała na imię) tę dziewczynę. Ona chcąc nie chcąc musiała [się zgodzić]. Ta dziewczyna… dojechali podobno… Ale mnie tam nie było, bo jeszcze byliśmy w Łuczakach… A ojciec krążył tak między tym wojskiem, czasami znalazł coś do zjedzenia, bo to głównie chodziło o jedzenie, żeby znaleźć coś, żeby coś przynieść. I pamiętam, przyniósł taką walizkę ze słodyczami – jakieś tam dropsy, jakieś herbatniki czy coś takiego. Mama: „Nie wolno tego ruszać, bo to może być zatrute”. A ja może nieładnie powiem, ale byłem głodny i ciekawy, jak te cukierki [wyglądają]. Bokiem jakoś tam otworzyłem i tam dostałem się do jakichś dropsów i te dropsy jedne, no może nie całe, ale w każdym razie zjadłem z dziewczynką gospodarzy. A jakie warunki tam były, to powiem w dwóch słowach. Miałem wszy, bo nie było się gdzie umyć. Ta dziewczynka też miała. Mama smarowała nam głowy naftą. Siostra miała długie włosy. Ja miałem niewiele tych włosów, bo mama mnie obcinała nożyczkami, żeby były jak najkrótsze. I co jeszcze było takiego: jak spaliśmy w komórce takiej, która była przy budynku, to jak mama stawiała wiadro na noc… Bo spaliśmy na takiej pryczy po kolei, ja spałem obok brata i ojca chyba, bo był ojciec, brat, ja, mama, siostra. Jakoś takżeśmy spali wszyscy na tej pryczy jednej. To jak robiłem [siku], to zamarzała ta woda, lód się pokazywał, czyli była temperatura około zera stopni. Co jeszcze było takie w tej [wsi]… Mimo że Niemiec przychodził do tego [domu], to Łuczak pędził alkohol, tam mieli taką aparaturę. Ze dwa razy [do mnie mówili]: „No spróbuj, spróbuj”. Mnie to odrzucało, bo to jakieś mocne, niesmaczne czy coś. Nie miałem ciągot, żeby próbować, tylko tyle [widzieli], że mnie to nie smakuje. „A, no to już dobre. Jak on wypluwa, to znaczy, że już dobre, że już ma swoją moc”. Tam robili wódkę i handlowali tym prawdopodobnie. Warunki były bardzo, bardzo trudne. Chodziło się za stodołę i z jedzeniem było tak: a może się uda coś, a może się coś nie uda. Po tych gospodarzach ojciec gdzieś [chodził], coś przerzucał czy robił, coś przyniósł, ale żeby tak było regularnie, że mama coś ma do ugotowania, [to nie było]. Ojciec, jak wojna się kończyła, to wchodził do Warszawy. Nie wiem, jak on to robił, że sprawdzał, że jeszcze nie możemy wrócić, bo Niemcy są na Kole, w naszym bloku mieszkają. Wiedział ojciec o tym, że Niemcy mieszkają w naszym bloku. No i autentycznie mieszkali w blokach. W pierwszym bloku, w naszym, jak my wróciliśmy, 21 […] stycznia 1945 roku… Ojciec w międzyczasie był w Warszawie, [dowiedział się], że nasz dom nie jest spalony, wrócił i jechaliśmy. Wypożyczył furmankę małą. Nie wiem, co tam narzucał. Wiem, że dostaliśmy czy to od Słomków, czy od kogoś, pięćdziesiąt kilogramów mąki, jeszcze coś do jedzenia, żeby było jakieś na początek. No i wyjechaliśmy gdzieś o godzinie dziesiątej, może wcześniej, może później, w każdym razie zajechaliśmy od strony Górczewskiej, ale nie mogliśmy przejechać tym wozem, bo były te wykopy czy rowy przeciwczołgowe. Kazali nam gdzieś objechać, do Bema czy gdzieś. W każdym razie zajechaliśmy do naszego mieszkania. Jak weszliśmy do mieszkania, nie było Niemców, na dole był gnój, [bo wcześniej tam] stały konie, ale koni już nie było. Cały ten transport poszedł widocznie. Było stanowisko przy wejściu, gdzie stało działo, ale nie było już działa, tylko stanowisko jeszcze było wykopane, że tutaj było działo przeciwlotnicze czy jakieś inne (nie wiem, jakiego kalibru, bo nie widziałem). Jak weszliśmy do pokoju, był kredens – nie nasz kredens, jakiś cudzy – i była fasola czy grochówka namoczona […]. „Nie ruszać, bo to jest zatrute!” – mama. Przez jakiś czas było zatrute. Ale trzeba było coś ugotować do jedzenia, więc mama z tej mąki coś zrobiła. No to spróbujemy to ugotować. A w mieszkaniu nasz pokój to był gdzieś około dwadzieścia metrów, bo całe mieszkanie dwadzieścia osiem metrów, a może nawet niecałe. Taki pokój był, jeden pokój z wnęką, to Niemcy mieli powbijane haki, jak leżeli tutaj, spali, że miał tutaj hak taki, że tu wieszał mundur czy coś takiego. W ubikacji pełno karbidu, bo karbidówki palili. […] Ja pamiętam naftówki, że były, knot był i – „O, nafta się kończy, to już trzeba przykręcić knot”. Oszczędzało się w każdym momencie. W każdym razie były trudne historie. No i przy piecu kaflowym był dostawiony taki dodatkowy piecyk, który ogrzewał to i na tym prawdopodobnie gotowali Niemcy. No i my żeśmy skorzystali z tego. Wiem, że ojciec, to już była noc, jak żeśmy wrócili, […] przywiózł jakiś kawałek słupa drewnianego, taki telegraficzny czy tam od czegoś, że jak włożył ten słup, paliło się to wszystko, wreszcie ciepło mieliśmy. „O, jak tu dobrze, jakie tu szczęście mamy. Jesteśmy w swoim mieszkaniu, jest ciepło”. No i mama jakoś nas rozlokowała, nie wiem, jak to było, czy ojciec przyniósł jakieś łóżko, czy stało, ale chyba nie stało łóżko. Przyniósł jakieś łóżko czy coś no i żeśmy się rozlokowali. Było nieciekawie. Dlaczego? Dlatego że mieliśmy świerzb. Ale było tak, że dwie osoby miały świerzb taki bardzo mocny, chyba ojciec i siostra, a ja z bratem i z mamą nie mieliśmy tego świerzbu mocnego. Bo to, że świerzb był taki lekki, to nie było problemu z tym. To żeśmy chodzili, żeby coś zdobyć jeszcze jakieś naczynie, jakieś coś, żeby znaleźć. I tak się zaczął żywot. Jak mama zrobiła kluski, poczęstowała Galiczową, bo Galiczowie wrócili. Jak poczęstowała Galiczową, tą mąką podzieliła się, to przyleciała jakaś sąsiadka z innego bloku: „Proszę pani, musi pani dać, bo dziecko nie ma co jeść” i tak dalej. Więc mama jakąś wymianę barterową robiła, oddawała część tej mąki, żeby przynieśli coś innego za to, żebyśmy mogli to użyć. I no i tak te pierwsze dni – nie było sklepów, nie było jeszcze nic, tylko trzeba było się jakoś urządzić, żeby przeżyć to wszystko – to żyliśmy tą mąką. Mama jakieś placek rzuciła z tej mąki. Część rozdała tej mąki, bo jeszcze jedna przyszła, jeszcze jedna przyszła i ojciec powiedział: „No to przecież ja ci nie przyniosę następnej. Nie rozdaj wszystkiej, bo przecież nie mamy co jeść”. [Później] chodziliśmy, to znaczy ja z tymi moimi kolegami rówieśnikami. Leśniewscy byli aktywni bardzo. Czerwiński Janek był, Kłosiński Wiesiek. Ale Kłosiński już się [ograniczał] troszeczkę, bo ojciec należał do PPR-u i on jakby tak troszkę nas obserwował, chociaż nie mieliśmy żadnych [obaw]. Tylko jak poszliśmy do szkoły w maju, to Kłosiński nie chodził na religię. A ja należałem już do harcerzy, do drużyny harcerskiej, 65. WDH, i działałem w tej drużynie harcerskiej. Wiem, że już na Wielkanoc urządzili nam wartę, że braliśmy udział przy grobie, jak na Wielkanoc wartę taką harcerze wystawili do [grobu]. Na Ożarowskiej w szkole Niemców już nie było i tam żeśmy urzędowali. I właśnie drużynowy był… uciekło mnie to nazwisko, ale legitymację mam i tak dalej. To wszystko mam, to jest do wglądu. Najpierw była legitymacja tymczasowa, później była inna. Drużyna harcerska była taka dosyć energiczna, bo żeśmy chodzili na spotkania, występy jakieś tam zorganizowali. To wszystko działało, pamiętam, że capstrzyk jakiś był tutaj na Sowińskiego, w parku na Sowińskiego. Wiem, że brałem udział w tym, śpiewaliśmy wszyscy. Była już jakaś pełna radość, że życie powstanie, mimo że w międzyczasie chorowałem też na ten świerzb. Mama nas tam malowała, wszystko i tak dalej. No i była smutna historia, bo brat zmarł, ten, którym mama chodziła w ciąży. To to była taka smutna historia, no bo rodzina się zjechała, nie ma tego wujka Wacka, to brat mamy… „Nie ma Wacka. Co z Wackiem?” Stefan jest, babcia Kościelska jest… Nie wiem, co było z dziadkiem, czy dziadek wcześniej zmarł, czy gdzieś zginął. W każdym razie liczyli się jeszcze, że tej nie ma, tamtej… […] Było niełatwo. Brat był bardziej energiczny, już się tam gdzieś zadawał. Na Płockiej chodził, gdzieś dolary były pod lodem, bo zima była sroga. Gdzieś mieli coś i brat już coś kombinował. Brat dwudziesty ósmy rocznik, to on już był taki dorosły chłopak, miał grupę swoich kolegów, ale ja już się z nimi nie [spotykałem], tylko czasami mnie brat – ale to w czasie okupacji raczej – zabierał, że jakby nie wrócił, żeby powiadomić, że nie mógł wrócić czy został zatrzymany. […]
[…] Powiem panu, że przeżyłem Powstanie bardzo w sensie takim, że byliśmy bezradni. No jak Niemcy przyszli, trzeba było stać ładnie, grzecznie, ze strachu. Nie wiem, czy płakałem. Ja chyba nie płakałem, siostra płakała. Brat był z tyłu chowany, żeby go Niemcy nie zabrali, bo chcieli go zabrać. Ale mama już wtedy miała od Fajfra…
No to po wojnie, jak wróciliśmy, no było trzeba było kombinować, żeby przeżyć.
Powiem panu, zostało mnie takie wrażenie. Wchodziłem z taką dziewczynką do szkoły. Rówieśnica, to była czwarta klasa czy piąta klasa, tego nie powiem dokładnie. W każdym razie do szkoły podstawowej na Ożarowskiej chodziliśmy, a ponieważ na Ożarowskiej było dużo dzieci i nie mieścili się, to naszą klasę wyrzucili na Deotymy. Za kościołem było, że jak szedłem, to codziennie przechodziłem koło kościoła na Deotymy.
To był rok 1945. Z początku byłem na Ożarowskiej, siostra została na Ożarowskiej, brat już pracował. […] Ja zbiórki harcerskie miałem, bo już do harcerzy należałem, na Obozowej, w tej dużej szkole głównej… […]
Wracamy ze szkoły. U niej zostawał młodszy brat. Miał pięć lat, może cztery lata, w każdym razie młodszy brat. Nawiązując do tego – ja też zostawałem, zostawiali mnie w domu.
Tak, tak, chcę [powiedzieć] dla przykładu, że to dla mnie nie była straszna jakaś historia, że on zostawał w domu. I ja z nią wróciłem ze szkoły i tu dowiadujemy się, że jej matka zginęła – zabiła ją cegła, jak przechodziła na Młynarskiej czy coś takiego. No i był straszny płacz, ta dziewczynka do tego… Ja przychodzę na następny dzień i ich już nie ma. Jak ta matka zginęła, to te dzieci, z którymi ja się bawiłem w pewnym sensie, to już nie ma ich. No i to przeżyłem bardzo: byli – nie ma.
No tutaj podsumować… Byliśmy zorganizowani w jakimś sensie, że Heniek Kłosiński, brat Wieśka Kłosińskiego, z którym ja chodziłem – Heniek był starszy. […] Organizował nasze życie, organizował nam zawody, skoki, inne zabawy. Organizował nam to, że nie siedzieliśmy bezczynnie, każdy tam chodził, robił. Załóżmy, Leszek Leśniewski i z sąsiadem swoim Kowalewskim, i ja też, rozbiegaliśmy filipinki, takie co były w lesie przeciągnięte. Było takie nieszczęście w czterdziestym piątym roku – to był jeszcze luty, wojna jeszcze trwała tutaj – my tę filipinkę, bo był wykręcony zapalnik… Bo takie filipinki były rozciągnięte w lasku na Kole, że jak się zaczepiło, to wybuchały, takie miny były. Ale jak były rozbrojone, to my rzuciliśmy tę jedną filipinkę. Opowiadam taki fakt z naszego zabawowego życia. To styczeń jest albo luty, czterdziesty piąty rok. Nazbieraliśmy gałęzi, wrzuciliśmy tę filipinkę, a idzie kobieta, może dziewczyna, z chrustem, żeby coś palić, bo przecież nie było czym palić. Krzyczymy, żeby się zatrzymała, żeby z tego… Ona przeszła, uszła jakieś z piętnaście metrów, ta filipinka wybuchła. A we żeśmy byli schowani w takim jakby dołku i obserwowaliśmy tylko, co się dzieje. Uciekliśmy stamtąd, mówimy: „Zabiliśmy kobietę”. No ale po jakimś czasie trzeba wrócić. Patrzymy, tylko ten jej worek, taka płachta z [chrustem] leży, a jej nie ma. No to odetchnęliśmy, że jej nie ma. Wtedy jako chłopcy bawiliśmy się różnymi wybuchami, żeśmy rozbierali takie naboje armatnie, wyciągaliśmy proch. Leszek Kowalewski zginął, bo rozbierał jakąś filipinkę czy jakąś inną minę. […] Drugi był raniony. A ja w to ognisko to przynosiłem im, tylko że odszedłem dalej, żeby do ogniska dolać tego. Jak to wybuchło, to było nieszczęście takie. No to mieliśmy tylko pogrzeb na Cmentarzu Bródnowskim. No i troszkę tak jakby [wprowadziliśmy] reżim, przestaliśmy się bawić tą bronią, no bo było sporo pocisków różnego rodzaju, granatów i tak dalej. Na Żytniej znalazłem cały magazyn granatów. Nie baliśmy się tego, nie rozumieliśmy tego bardzo. No, później po pogrzebie tego Leszka Kowalewskiego… Janek i Leszek Leśniewski – obok, sąsiedzi obok siebie. No takie, takie były różne… No i byliśmy oswojeni z bronią. W międzyczasie zaproszono mnie do organizacji młodzieżowej na Kole. […] Taka była organizacja młodzieżowa na Kole, z której były aresztowania i tak dalej. I ja wstąpiłem, składałem przysięgę do tej organizacji, tak aby koledzy przyjmowali przysięgę. Było ich tam paru, tworzyliśmy grupę. Byliśmy trochę prześladowani przez ówczesne władze, lata czterdziesty szósty, czterdziesty piąty, bo później jak aresztowali tam sporo tych ludzi na Kole, to dowódca zawiesił działalność – nie rozwiązana, tylko zawieszona. [Dowódca] Juszczyk. Mieszkał w 60. w bloku (u mnie 62, 64, 66), 68 albo 66 on mieszkał. Jak przyjęli mnie do tej organizacji, zaprosił mnie, rozbieraliśmy, pokazał mi, jak się czyści – miał pistolet, krótką broń – rozbieraliśmy tę broń. Pokazywał mi, jak się rozbiera tę broń, jak się czyści tę broń. Do dzisiaj wiem, gdzie to było przechowywane. Można by było to sprawdzić, jakby ktoś chciał, bo wiem, gdzie on przechowywał to wszystko, ale nie miałem okazji, żeby komuś o tym opowiedzieć. To było w tak wielkiej tajemnicy, że ja byłem dopuszczony do tego. Miała być działalność przeznaczona przeciwko Związkowi Radzieckiemu i tak dalej – to było w tajemnicy, bo z tego tytułu organizacje dorosłych były zatrzymane i siedzieli w więzieniach niektórzy po trzy, po cztery, po pięć lat i tak dalej. Takie były tamte czasy.
Ja go nazywam Juszczyk.
Nie. Bo tak: Zygmunciak to był Włodek, a on był Władek prawdopodobnie. Mówił nam, mieliśmy szkolenia w organizacji na Kole. Opowiadał nam o Sikorskim, jak zginął. Już wtedy ja wiedziałem, jak zginął. Opowiadał nam o sytuacji bieżącej, bo słuchał Wolnej Europy. Miał radio Wolna Europa, z ojcem słuchał, bo mówił, że ojciec mu tam nastawia. Był nieco starszy ode mnie, może o trzy lata, może o cztery. Jak go spotkałem później w [wojsku], to był w stopniu porucznika albo kapitana – w wojsku służył, miał takie ciągoty. Żeśmy się spotkali na koncercie w Sali Kongresowej. Ja akurat [tam byłem], ponieważ parałem się muzyką później, bo grałem w zespole już jako chłopak, zresztą później też i w orkiestrze wojskowej grałem i tak dalej, i chodziłem na koncerty. Brałem udział w budowie Sali Kongresowej, bo pracowałem w spółdzielni pracy „Drewno”. Jako piętnastoletni chłopak zacząłem pracować. Nie było łatwo. Chodziłem do dziewiątej klasy do Słowińskiego, ale były trudne warunki rodzinne, bo brat już się ożenił, siostra wyszła za mąż, a ojciec zgubił się troszeczkę, mama chorowała. Mama była wtedy chora w szpitalu. Ja poszedłem do mamy, do szpitala i tak jakby trochę się skarżę na ojca, że nie ma jedzenia, nie ma tego, nie ma tamtego… Bo ja już sam byłem, bo starsze rodzeństwo wyszło, a brat się ożenił wcześniej, a siostra troszkę później wyszła za mąż. Ja chodziłem do ósmej klasy do Sowińskiego i do dziewiątej klasy chodzę, i raz mam co zjeść, raz nie mam co zjeść. Poszedłem do szpitala do mamy i mówię o tej historii, że jest taka. A mama do mnie mówi: „Ja w twoim wieku już pracowałam”. Ja miałem piętnaście lat. Przychodzę za dwa tygodnie do mamy, mówię: „Mamo, ja już pracuję”. – „No i dobrze, będziesz samodzielny, nie musisz czekać”. I tak się zaczęło. Pracowałem. W międzyczasie skończyłem liceum, w międzyczasie skończyłem Uniwersytet Warszawski, skończyłem Wydział Matematyki i Mechaniki na Uniwersytecie Warszawskim. No i pracowałem w instytucie, skąd mnie ściągnęli później do policji, bo pracowałem później w milicji – ściągnęli mnie stamtąd. No i tak zaczęła się funkcja moja, że pracowałem w policji już później, miałem tam takie różne zadania, bo skończyłem oficerską szkołę w Legionowie i tak dalej. Później to życie tak przebiegało, różnie się układało. Ale byłem taki troszkę może niespokojny, ponieważ jak tworzyła się Solidarność, ja ich zacząłem wspierać, a to się nie podobało ministrowi Kiszczakowi. Wtedy bardzo działała organizacja partyjna i postanowili mnie zwolnić pod pretekstem, że jestem… Bo później przeszedłem swoje różne koleje losu, pracowałem w łączności i wyjechałem na placówkę do Berlina Zachodniego. Też jest o czym opowiadać, dlatego że nie było lekko.
Warszawa, 31 marca i 14 kwietnia 2026 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski