Bohdan Kurella

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Bohdan Kurella.

  • Kiedy się pan urodził i gdzie?


Urodzony 1 marca 1939 roku.

  • A gdzie dokładnie?


Mieszkałem z rodzicami na Saskiej Kępie. Po wybuchu wojny, kiedy ojciec stracił pracę… Był z zawodu inżynierem rolnikiem, pracował w Ministerstwie Rolnictwa chyba (nie wiem, jak to się nazywało przed wojną) oraz trochę zarządzał majątkiem swojej stryjenki. No więc stracił pracę, bo po wybuchu wojny trzeba było zlikwidować nasze wielkie mieszkanie na Saskiej Kępie przy ulicy Saskiej. No a że z kolei u moich ciotek, czyli sióstr mamy, były trzy pokoje i dwie osoby, dwie siostry samotne tam mieszkały, no więc postanowiono przenieść się z Saskiej Kępy na Żoliborz przy Placu Wilsona. Tym bardziej że mój ojciec jako inżynier rolnik z zawodu dostał pracę jako zarządca i agronom w ogródkach działkowych na Żoliborzu, bo stracił tę pracę swoją w ministerstwie. No i prawdopodobnie na jesieni czy może zimą trzydziestego dziewiątego moi rodzice osiedli na Żoliborzu przy Placu Wilsona.

  • Pod jakim adresem dokładnie państwo mieszkali?


To był Plac Wilsona 4 albo Słowackiego 2, jak kto woli. To jest budynek przy Placu Wilsona, wychodzący takim pięciopiętrowcem na Plac Wilsona, a dwa jego skrzydła: jedno wzdłuż ulicy Mickiewicza w kierunku Potockiej, a drugie w kierunku, powiedzmy, Bielan, Gdańskiej, wzdłuż Słowackiego.

  • Powiedział pan o ojcu, że pracował w ministerstwie najprawdopodobniej rolnictwa. Jak miał na imię ojciec?


Jerzy Kurella.

  • A mama?


A mama Zofia z Kubalskich Kurella.

  • Czym zajmowała się mama?


Mama była kijowianką, urodzona w Kijowie akurat w 1900 roku [znalazła się tutaj] po przyjeździe rodziny tutaj, przeniesieniu się właściwie, częściowo nawet ucieczce, bo to różnie członkowie rodziny wyjeżdżali. Rodzina jak to rodziny kresowe, bardzo liczna: rodzina mojego dziadka, rodzina tak zwana stryjeczna, czyli brata mojego dziadka, i jeszcze rodzina wujeczna, czyli brata mojej babci. I to wszystko były rodziny takie, gdzie było sześcioro, siedmioro dzieci, ośmioro dzieci. Wszystkie te dzieci były jakoś tam kształcone i poza tym wszystkie dzieci w czasie okupacji też – no wszystkie, może nie wszystkie, ale brały udział w różnych akcjach, w różnych konspiracjach. No więc tak tutaj to wyglądało. No i potem w tym trzydziestym dziewiątym roku, jak osiedli na Żoliborzu, no to mieszkaliśmy tutaj. W czterdziestym roku była jakaś akcja, Sonderaktion, coś takiego, gdzie mieli Niemcy listy i w końcu o godzinie piątej rano przyszło Gestapo, zabrało ojca i już więcej nie wrócił. Po dwóch czy trzech miesiącach przyszedł – też swego rodzaju ciekawostka – oficjalny list: świadectwo zgonu w tutejszym obozie z powodu choroby nerek. Mam oryginał tego nawet, bo jakimś dziwnym cudem ocalał. Mama dokumenty ojca jakoś wyniosła z Powstania Warszawskiego, w takiej torbie jakiejś na brzuchu miała, gdzie miała dokumenty różne, i ocalało trochę dokumentów ojca.

  • Czy pan był jedynym dzieckiem?


Jedynym dzieckiem, tak.

  • Wróćmy do tego pytania o mamę. Czym ona się zajmowała?


No więc mama przed wojną, zanim wyszła za mąż, pracowała w Ministerstwie Spraw Wojskowych jakiś czas, a potem przed samą wojną pracowała w Ministerstwie Poczt i Telegrafów, jakieś takie ministerstwo też było, jako urzędnik kwalifikowany. W każdym razie miała jakieś dosyć już, jak na kobietę w tamtych czasach, no to stanowisko odpowiedzialne.

  • A podczas okupacji?


A w czasie okupacji, no więc tak jak mówiłem, tata został tym agronomem i zarządcą działek tych pracowniczych, tych ogródków działkowych. Zginął w Oświęcimiu. Natomiast mama – nie wiem, czy pracowała gdzieś, ale [jeśli], to jakoś dorywczo. Ciotki, czyli siostry mamy, miały sklep przy Placu Wilsona z galanterią i też – no wiadomo, jak to było w czasie okupacji – różne tam, trochę komis, trochę takie rzeczy. I po prostu mieszkaliśmy wszyscy razem, całą trójką, prawda: dwie moje ciotki, mama, no i ja jako czwarty.

  • Jak miały na imię siostry mamy?


Najmłodsza była Helena Kubalska, a starsza od niej, trzecia z rzędu chyba, to była Maria Kubalska. Były pannami, jak to się wtedy nazywało, no i tutaj tak jakoś się razem układało to wspólne takie bytowanie w czasie całej okupacji, no bo ojciec bardzo szybko został aresztowany, i już całą okupację i potem też aż do śmierci poszczególnych tych osób razem prowadziły też gospodarstwo. O mnie się mówiło, że mam trzy matki.

  • To wspaniale.


No tak. No ale nie miałem ojca, więc z kolei brat mojej mamy, mój wujaszek Edward, zawodowy oficer, mówił: „Ciebie to baby wychowały!” – był oburzony takim wychowaniem. „No ale – mówię – to trzeba było, wujaszku, wrócić z Londynu”.

  • Czy pamięta pan, jak wyglądał ten sklep ciotek?


To był sklep przy Placu Wilsona, w Feniksie. Jak ja byłem mały, to wydawał się ogromny. To był sklep z galanterią, oczywiście bardzo ładnie też umeblowany, jeszcze przedwojenny, bo osiadły tam w trzydziestym którymś tam roku. No i oczywiście w czasie Powstania byliśmy tam na miejscu, właśnie na Słowackiego 2. Zostaliśmy wysiedleni w pierwszych dniach października i po powrocie [okazało się, że] wszystko było spalone. Wszystkie partery Feniksa od strony Słowackiego były spalone i również wszystkie sklepy od Placu Wilsona, od Słowackiego i Placu Wilsona. Tak że to były czarne takie jaskinie po prostu. Nasze całe mieszkanie trzypokojowe z kuchnią, łazienką i tak dalej – to była taka po prostu czarna jaskinia.

  • Czyli nie mieli państwo do czego wracać.


Znaczy, z tego czasu fotografii to raczej nie ma, jak by wyglądało wnętrze, ale można to znaleźć jako Fenix. Ja nawet mam takie fotografie, nawet gdybym jakoś trochę bardziej się zorientował, to bym może coś przyniósł. Kilka dobrych lat temu na siedemdziesięciolecie spółdzielni Feniksa wydano książeczkę, wspomnienia członków, i tam trochę też fotografii było zamieszczonych, bo ktoś tam miał fotografię, ktoś tam, prawda, tutaj. U nas mieszkanie spalone całkowicie, tak że były po prostu czarne ściany, nawet opadnięte tynki i zawalony strop w jednym z pokoi.

  • Jak pan wspominał przed nagraniem, też pan napisał wspomnienia okiem dziecka.


No więc o tym właśnie wspomniałem, o tym, jak wyglądało to mieszkanie, jak tam było przed Powstaniem, jakich miałem kolegów też.

  • Kogo pan zapamiętał? Jakich sąsiadów, kolegów z tego czasu?


Z kolegów to był Andrzej Nazar, Maćkiem popularnie nazywany, to był mój rówieśnik, trzydziesty dziewiąty rocznik. Następnie był Andrzej Turski. Nie wiem, czy to jest jakieś powiązanie z dzisiejszym profesorem, ale podejrzewam, że mogło być jeszcze z tamtych czasów. Też tam mieszkał w tej spółdzielni. Któż jeszcze? Wtedy to jeszcze byłem stosunkowo mały, więc też tak na podwórko wybiegałem, ale to różnie bywało. Jeszcze był tam Andrzej Makowski, trochę starszy ode mnie, o jakiś rok czy dwa lata starszy. Byli koledzy tacy, których ja nawet nie znam nazwiska, bo się mówiło, że to jest Bober albo Bubek, więc taki był kolega też i jeszcze takich było chyba ze dwóch innych.

  • Czy pamięta pan sąsiadów, którzy mieszkali obok państwa?


Więc tak, na tej klatce schodowej mieszkało – patrząc do góry, trzypiętrowy budynek – osiem rodzin. Naprzeciwko nas była rodzina Smolińskich. Tam zostało parę osób chyba aresztowanych przez Niemców, w każdym razie któryś z synów został rozstrzelany gdzieś na ulicy. W każdym razie rodzina też z takich patriotycznych, zaangażowanych bardzo w jakąś konspirację. Z tego, co pamiętam, to u mnie w domu zawsze mama, ciocie: „Tylko nikomu nic nie powtarzaj, co dzieje się w domu”. Ja co prawda miałem pięć lat czy nawet jeszcze mniej, cztery lata, i coś się działo na pewno, ale co, to nie wiem. Wiem, że na noc dosyć często przychodzili moi dwaj wujeczni bracia. Nie nocowali w domu, a nocowali tutaj. Byli zaangażowani oczywiście w konspiracji i w Pułku „Baszta”.

  • Wujeczni bracia, czyli to byli synowie…


To byli synowie brata mojej mamy.

  • Jak się nazywali?


Stanisław i Tadeusz Kubalscy.

  • A brat mamy jak miał na imię?


A brat mamy miał Edward.

  • Powiedział pan, że był w Wielkiej Brytanii. Później, jak rozumiem.


Nie, brat Edward był zawodowym wojskowym, stacjonował w Równem, w KOP-ie głównie, i w trzydziestym dziewiątym roku, gdzieś marzec, kwiecień – ale to już wiem z opowieści – raptem przyjechał z tego Równego z całym samochodem bagażu. Wszystko to złożył w piwnicy u ciotek, prawda, u swoich sióstr, co wszystko spłonęło potem w czasie po Powstaniu, bo Niemcy podpalali tam wszystko. No i sam został wezwany do wojska jako zawodowy oficer przedwojenny, bo on w trzydziestym trzecim wyszedł z wojska, no ale tutaj już wrócił do wojska i wiem, że tutaj w trzydziestym dziewiątym roku, w czasie kampanii wrześniowej, nigdy nie widział Niemców. Dopiero zaczął walczyć, ale na wschodzie. No bo był w Równem jego pułk. Był z zawodu artylerzystą wojskowym, taki typowy wojskowy, który zawsze mnie by na wojskowego przerobił, już później, jak żeśmy się poznali. No więc to było tak. Później, jak mu rozbili cały oddział Rosjanie, to było żądanie po prostu takie w stosunku do żołnierzy, do oficerów – tam była tylko jakaś kompania, więc mogło być ich stu – żadnemu nie wolno iść do niewoli, zrzucić mundury, wziąć dziadowskie ubrania. I sam się przebrał za dziada. Tak jak w Sienkiewiczu, prawda, wędrował ten tutaj… I zaczął wędrować. A że świetnie znał rosyjski, ukraiński, polski, no więc wędrował, wędrował, aż złapali go gdzieś Sowieci. No i też [tłumaczył]: Ja idjit… – Kakoj ty idijot. Rubacha, aficer! Brzydził się tego dziada, którego rozebrał i zostawił koszulę. No i oczywiście go zabrali, został gdzieś tam zamknięty w jakiejś stodole, gdzie było kilkadziesiąt osób: polskich żołnierzy, oficerów, urzędników polskich, ziemian, chłopów polskich. No, wszystko, co tylko mówiło po polsku, to zostało tam zamknięte. No i potem… Już ja nie pamiętam tam, jego Rosjanie prowadzili cztery razy na śmierć. [Potem mówił]: „Ja już do Polski nie wrócę, bo do trzech razy sztuka, a mnie cztery razy się udało, to już więcej tutaj, prawda…”. No i już został w Londynie po wojnie.

  • A wracając tutaj do państwa, do życia na Żoliborzu, czy ten sklep ciotki prowadziły same, czy też kogoś jeszcze miały do pomocy?


Prowadziły same, same prowadziły zupełnie. Wiem, że jedna z ciotek miała w Kijowie handlówkę ukończoną, jakąś szkołę handlową, druga to raczej przy rodzinie się trzymała, bo to była dosyć spora rodzina. No w ogóle te kresowe rodziny były duże, tutaj sześcioro ich było akurat. No więc mama, ciotki to tutaj zostały. Ciocia najstarsza z rodu, Stanisława, poległa w czasie bombardowania Szpitala Ujazdowskiego. Ona była pielęgniarką, taką siostrą instrumentariuszką. Z tym że już nie poległa w Szpitalu Ujazdowskim, a Szpital Ujazdowski po zbombardowaniu pierwszym został przeniesiony na ulicę Chełmską. Tam był jakiś, jak te ciotki mówiły, Instytut Błagorodnych [Panien]. Tam były jakieś potężne, grube mury i tam przeniesiono szpital z rannymi. Niemcy znowuż go zbombardowali, te mury nie wytrzymały, no i ona tam zginęła, po prostu została rozszarpana, urwana ręka, urwana noga. [To wiadomo] już potem z ekshumacji, jak ciotki już jeździły i mama w poszukiwaniu zwłok. No więc tak to właśnie było. To była najstarsza w rodzie…

  • Chciałam pana zapytać o pana doświadczenie okupacji. Czy pamięta pan jakieś charakterystyczne obrazki, sceny okupacyjne?


Owszem, trochę pamiętam, okupacyjne i jakieś powstaniowe. Pamiętam jedną rzecz, nie wolno mi było niczego powtarzać na podwórku, na niczym. Fenix to była duża spółdzielnia, skrzydła mająca wzdłuż dwóch ulic i tam były dwa ogródki. Jeden był mały, bardzo ładnie utrzymywany, zawsze nie wolno było tam wchodzić, i drugi, taki bardzo duży, gdzie można było wszystko zrobić: piaskownice, huśtawki. Więc tam głównie dzieci buszowały po tym, ja też jako cztero-pięciolatek. Nie wolno było wyjść za bramę – dostałem klapsa raz i drugi i już nie wychodziłem za bramę nigdy. No więc to tak było. Teraz, co z tamtych czasów pamiętam. No pamiętam, że na noc dosyć często przychodzili ci moi starsi dużo bracia, dwudziestolatkowie mniej więcej, i u ciotek spali. Jakieś tam materace się rozkładało w dużym pokoju i oni na tych materacach spali. Poza tym z okupacji, sprzed Powstania, pamiętam na przykład wizytę u cioci Stanisławy, czyli tej najstarszej w rodzie, która była w Szpitalu Ujazdowskim pielęgniarką, i pamiętam, że ona miała tam jakiś taki pokój przy szpitalu. Nie wiem, czy to były jakieś pokoje dla sióstr. Ona była osobą samotną, dlatego że tragicznie straciła męża, zginął w dwudziestym roku, a syn z kolei zmarł w korpusie kadetów w Toruniu. Zakażenie krwi podczas jakichś ćwiczeń i zmarł, nie dało się go już odratować. Tak że ona została osobą samotną, poświęciła się całkowicie rannym, rannym żołnierzom. Bo dłuższy czas – ja to pamiętam – jak odwiedziliśmy ciocię Stasię, nie wiem, ile mogłem wtedy mieć lat, [widziałem] szpitalną salę, myśmy przechodzili jakoś tak korytarzem, otwarte były drzwi i, i tam wisiały na jakichś tam łóżkach marynarki od mundurów, kurtki mundurowe w kolorze naszym, czyli polskim kolorze. Więc czyżby ci żołnierze na leczeniu jakimś byli tam kilka lat? Nie chce mi się wierzyć. Wiem, że zawsze się bali siostry Stanisławy, bo trzymała reżim: kazał lekarz, tak będzie. Ale potem okazywało się, że matkowała im strasznie już po godzinach pracy. Powiesił któryś tam sweter na poręczy łóżka. Sweter zniknął gdzieś tam, nie ma, awantura cała: kto mu ukradł sweter. Następnego dnia sweter wisi. Tylko że ten sweter miał takie dziury. Siostra Stanisława wzięła go, spruła, siedziała przez noc i sweter wrócił na swoje miejsce. To już wiedzieli, że siostra Stanisława tak zrobi. Jeżeli coś zginęło, to znaczy siostra Stanisława…

  • I wróci w lepszym stanie.


Tak. No i potem bardzo załamała się jakoś. To słyszałem od ciotek swoich, że bardzo się załamała tym, jak wyrzucono wszystkich polskich żołnierzy z tego szpitala i zaczęto sprowadzać żołnierzy niemieckich albo jeńców rosyjskich, widocznie jakieś wyższe szarże, bo przecież nie [szeregowych] żołnierzy. Ten personel Szpitala Ujazdowskiego został i wtedy już to nie byli jej chłopcy, to nie byli koledzy w jakiś sposób, nieżyjących już męża i syna.

  • To są wydarzenia, które pan pamięta z okresu okupacji. A czy zapamiętał pan sam wybuch Powstania Warszawskiego?


Tak, ale wracając do okupacji, jest parę takich wspomnień, które jakoś tak mi utkwiły w pamięci bardzo mocno. Na przykład w czasie okupacji mama dostała gdzieś jakąś pracę dorywczą, może na parę godzin, ale w każdym razie chodziłem do przedszkola prywatnego pani Bieleckiej. Nie wiem, czy pani wie, gdzie był dom „Pod Matką Boską”. Kino Wisła jest frontem do Placu Wilsona, a potem od niego, przylegając, odchodzi wzdłuż budynek. To była już ulica Mickiewicza i to się nazywało domem „Pod Matką Boską”. Bo tam była taka nisza w ścianie i wmurowana figura Matki Boskiej. I tam było prywatne przedszkole. Znaczy po prostu ludzie zarabiali w różny sposób. Ta pani z kolei zbierała troje, czworo, może pięcioro dzieci, przy swoich również. Wiem, że byłem odprowadzany z butelką herbaty czy czegoś innego i własną kanapką, bo nie było jak wyżywić tych dzieci. To się grzało w takim kotle, te butelki były wstawiane do tego kotła i tam się grzały, no i potem było drugie śniadanie. Z tym przedszkolem związany był zamach na Kutscherę. Został pochowany na cmentarzu powązkowskim, na wojskowym cmentarzu. Plac Wilsona był troszkę inaczej skonstruowany niż dzisiaj, bo dzisiaj to jest rondo z wyjściami na poszczególne ulice, a przedtem to była raczej taka gwiazda, która się zbiegała na samym środku Placu. Tam był przystanek tramwajowy i tramwaje z Marymontu szły tam z Bielan, tam się zbiegały, a również– delikatesy, księgarnia tam jest – tam również biegła ulica, tak że można było skręcić i w Krasińskiego wjechać tamtędy. I pamiętam, że właśnie po tym zamachu raptem przybiegła ciocia Hela właśnie do tego przedszkola, szybko mnie złapała i: „Uciekamy, uciekamy, szybko do domu biegniemy”. Okazało się, że była ogłoszona w południe godzina policyjna, bo był pogrzeb Kutschery i on przejeżdżał przez Plac Wilsona. [Ciocia Hela] bała się – nie wiadomo, co to za godzina. Trzeba było mnie zabrać, żeby być w domu z mamą, z ciotkami, a nie gdzieś tam. Sklepy trzeba było zamykać, bramy zamykać, okna zasłaniać i tak dalej, i tak dalej. To pamiętam. Więc biegiem myśmy lecieli w poprzek Mickiewicza, wzdłuż jakoś tego Feniksa, i tam wpadliśmy do sklepu ciotek. Od razu zamknięte szybko drzwi, krata zasunięta od wewnątrz jakoś i obserwowaliśmy. Zasłonięte okna miały być, czy w sklepie, czy w mieszkaniu, tego nie pamiętam. Ale widać było przeciwną stronę Placu Wilsona, raptem pojawiło się kilka czy nawet kilkanaście samochodów z żołnierzami niemieckimi, którzy siedzieli tam wyprostowani, i potem jeden samochód, gdzie czterech stało i leżała trumna. Ja to pamiętam, jak to się przesunęło tam przed [sklepem] i pojechało dalej w Krasińskiego, w kierunku cmentarza, no i godzina policyjna została odwołana, jak oni przejechali. A myśmy leżąc na parapecie, obserwowali – to jest taki właśnie obrazek z okupacji. Jakie jeszcze inne obrazki? No z okupacji to może tutaj mniej… No biegałem do piaskownicy, byłem wywołany z piaskownicy. To dosyć było monotonne i wiedziałem, że coś tam się nieraz w domu odbywa, bo wiem, że przychodziły tam pewne osoby, gazetki jakieś się pojawiały. Znaczy to już potem wiedziałem, to nie jest z tamtego okresu, bo ja szedłem spać – cztero-pięciolatek – i ktoś tam przychodził. Wiem, że przychodzili ci moi bracia na noc czasami. No cóż jeszcze… To mniej więcej to jest z okupacji.

  • A właśnie, moment wybuchu Powstania. Powiedział pan, że pamięta pan 1 sierpnia, wybuch Powstania.


Do dziś pamiętam tę scenę. Fenix to są te skrzydła i klatki schodowe od wewnątrz, od podwórka, od ogródków klatki schodowe. Myśmy mieszkali na klatce numer cztery. Było tak, że był jeden blok, to była klatka pierwsza, druga, potem przerwa, brama stalowa i następny znowuż [klatka] trzecia, czwarta, potem wysoki budynek, stykający się, piąta, szósta, no i potem tak samo do jedenastej klatki powtórzenie. I jak ja się dowiedziałem o Powstaniu i jak zawiadomiłem rodzinę: Byłem jeszcze mały, pięć lat z czubkiem, byłem na podwórku, jakoś tak szedłem wzdłuż właśnie naszej trzeciej, czwartej klatki i tam raptem patrzę, taka gromadka kolegów stoi, czterech, pięciu też takich jak ja, na coś tam się gapią. A na schodkach siedzi chłopak, ma karabin i coś tam opowiada, już nie pamiętam co. Więc ja biegiem do domu: „Mamo, Powstanie wybuchło!”. – „A skąd ty to wiesz?” – „Bo tam Powstaniec siedzi”. – „A skąd wiesz, że to Powstaniec?” – „Bo tak ubrany byle jak”. No bo nie mieli munduru. Jakąś tam marynarkę miał, chyba jakąś taśmę z nabojami i karabin. I w ten sposób dowiedziałem się o wybuchu Powstania. Ale to jeszcze musiało być nawet chyba trochę wcześniej niż godzina „W”. Możliwe, że to już były zmobilizowane jednostki, rozesłane w odpowiednie punkty zborne, poszczególni chłopcy, że ten akurat należał do tej, prawda, Żoliborza, Placu Wilsona, Słowackiego – tutaj mieli już ten punkt wyjściowy. Wiem, że moi bracia to mieli z kolei Mokotów, mieli „Basztę”. To był Park Dreszera chyba czy gdzieś, dokładnie już nie pamiętam tego, co to oni opowiadali.

  • Oprócz braci w naszych zbiorach archiwum jest notka na temat pana ciotki. Kurella również, czyli ze strony ojca.


Więc ze strony ojca była ciocia Irena. To była rodzona siostra mojego ojca. Ona była nawet sierżantem Armii Krajowej, bo ona jeszcze walczyła w dwudziestym roku w kawalerii.

  • Sierżantem Wojska Polskiego.


Jeszcze Wojska Polskiego w czasie […] najazdu bolszewików w 1920 roku. Też na ochotnika poszła, świetnie jeździła konno, była taka dosyć energiczna. […] Była rzeczywiście w kawalerii, ale była w tak zwanej czołówce sanitarnej, więc najpierw lecieli kawalerzyści, a potem ona zbierała tych, którzy pospadali z koni w czasie ataku jakiegoś.

  • I ona również się zaangażowała w Powstaniu? Tak.


Nie, w Powstaniu nie, dlatego że ona mieszkała na Saskiej Kępie. I właściwie była też w Armii Krajowej, była sierżantem Armii Krajowej, z tego, co kiedyś powiedziała. Na ogół nic nie opowiadała, bo powiedziała: „Jak ty nie pytasz, to ja nie będę mówiła”. A ja jeszcze byłem za mały, za mało mnie to interesowało. Dzisiaj bym bardzo chciał dużo rzeczy wiedzieć, a wtedy no to jakoś tak… Była właścicielką szkoły na Saskiej Kępie. Pierwsza szkoła na Saskiej Kępie to właśnie szkoła pani Ireny Kurella i pani Albertyny Kurella, czyli jej matki. To była podstawowa szkoła na ulicy Elsterskiej chyba, coś takiego. Potem na Saską przeniesiona została. Tam były już pokoje ogromne, wynajęła cały taki pion na ulicy Saskiej i tam prowadziła już szkołę. No więc tak to było z tą ciotką. Ona oczywiście też była zaangażowana, ale dokładnie nie wiem, i w Powstaniu nie brała udziału, bo została po tamtej stronie Wisły.

  • Czyli nikt oprócz braci matki nie brał udziału w Powstaniu, to znaczy nie był żołnierzem, Powstańcem.


To znaczy mama oczywiście nie była żołnierzem, pilnowała mnie. Ciotki – pamiętam to dobrze, że rano gotowało się zawsze kawę u nas i z tą kawą chodziłem nawet nieraz, jak ciocia [szła] z bańką na górę. Bo tam kwaterowali AK-owcy, no to czasami ja tam też się wybierałem i stąd pamiętam taką scenę. Nie, to to trochę było inaczej, to na parterze było u nas. W każdym razie to był taki udział moich ciotek. Natomiast moi bracia wujeczni, czyli [synowie] wuja, który był w Anglii w tym czasie… Miałem dwóch wujów w Anglii. Jeden to był zawodowy wojskowy, to był bezdzietny, a drugi miał dwóch synów tutaj w Polsce, którzy brali udział w konspiracji, to już byli dwudziesto-dwudziestojednolatki mniej więcej, właśnie w Pułku „Baszta”. I oni przychodzili na noc, jak mówiłem. O nich nic nie wiedziałem. Przychodzili, owszem. Jeszcze czego bardzo nie lubiłem, to jeszcze Staszek brał mnie [na ręce] i podrzucał do góry, czego bardzo nie lubiłem. Bo ja byłem wtedy mały, on był kawał chłopa już. No i później, jak cały Pułkiem „Baszta”, kapitulacja, trafili do niewoli. O ile pamiętam, jakieś nazwa była Sandbostel, coś takiego. Mam to spisane, bo spisałem te wszystkie dzieje różnych członków rodziny, i Kubalskich, i Kurellów.

  • W każdym razie przeżyli obaj Powstanie i trafili do niewoli.


Trafili do niewoli, tak.

  • A jak wyglądał ten czas Powstania u państwa?


Więc czas Powstania to wyglądał tak, że chyba pierwszy okres to ja pamiętam, że chyba biegałem po podwórku, po tych ogródkach, bo na Żoliborzu jeszcze nic się chyba nie działo. Pamiętam słoneczne, ładne dni i to było tak. No i później oczywiście zaczęły się już walki, jak Stare Miasto padło, jak Śródmieście chyba też albo były walki w Śródmieściu, no to potem zaczęły się na Żoliborzu. I niektóre fragmenty utkwiły mi bardzo w pamięci. Na przykład myśmy mieszkali na parterze i w naszej kuchni była zawsze gotowana ta kawa dla Powstańców. W innym lokalu po drugiej stronie, u państwa Smolińskich, to chyba była zupa gotowana. Nie, tam były kanapki robione. Bo ja pamiętam, że panna Smolińska z taką tacą chodziła po schodach, tam były takie kawały chleba – łupane były, to nie były takie [typowe] kanapki – i na tym kawałek marmolady położony, taki odkrojony, takiej czerwono-buraczanej. A ciocia [nosiła] jakieś kubeczki właśnie z kawą. Nie wiem, gdzie były jakieś inne treściwsze posiłki, może w innych mieszkaniach gotowane, trudno mi powiedzieć. Każde miało swoje zadania. No więc to był ten okres, kiedy można było chodzić. Z kolei mama kiedyś, taki jakiś ładny dzień, woda się chyba pokazała raptem w kranach, [mówi]: „No chodź, ja cię jakoś umyję”. Poszliśmy na parter do nas. Słoneczny, piękny dzień, okna oczywiście na przestrzał otwarte, bo nie ma ani jednej szyby, i raptem jest warkot samolotów. Jakoś tak mama wyjrzała przez okno, mówi: „Patrz, zobacz! Chodź prędko, chodź prędko, jak one pięknie błyszczą”. A to było błękitne niebo, to pamiętam, trzy samoloty i błyszczą srebrem dosłownie. „To na pewno amerykańskie!” Bo była jakaś fama, że amerykańskie błyszczą, jak lecą. „Może wujaszek Dolcio leci tutaj z pomocą do Warszawy”. On był [pilotem] bombowca, latał nad Niemcy, miał dwie kolejki lotów i tak dalej.

  • To był ten drugi wuj?


To były rodziny bardzo rozrodzone, więc albo stryjeczny, albo wujeczny, albo rodzony. Oczywiście mogę odpowiedzieć na to pytanie. To był wujeczny brat Adolf. Adolf – strasznie tego nie lubił. Adolf Nowicki. Na szczęście drugie miał Jan, więc używał Jan Nowicki, no bo Adolf w tym czasie…

  • Powiedział pan, że jak pojawiła się woda, to państwo weszli do mieszkania na pierwszym piętrze. Czy państwo w czasie Powstania przebywali w piwnicy?


Tak. Na początku to chyba nie, już tego tak dokładnie nie pamiętam, więc pewnie nie. Bo jak nie było jeszcze walki, nie było jeszcze tych bombardowań Żoliborza… I właśnie wtedy, jak byłem z mamą i [mówiła]: „Popatrz, te samoloty błyszczą w słońcu”, i raptem gwizd, do dzisiaj ten świdrujący gwizd słyszę. To był gwizd spadających bomb. I wtedy mama mnie złapała jakoś, szybko do korytarza, tam były tak zwane kapitalne ściany – w tych dawnych domach się budowało grube takie kolumny jakby i tam dopiero ściany działowe. [Zaciągnęła mnie] do korytarza, rzuciła na podłogę pod ścianą jakąś i sama na mnie się położyła. I za chwilę, sekundy potem, huk straszny i Fenix, ten nasz budynek, podniósł się, opadł, podniósł, opadł, podniósł, opadł i zatrzymał. To było wyraźnie czuć, bo te bomby spadły w odległości dosłownie piętnastu metrów, dwudziestu od naszych okien, w każdym razie jedna bomba. I tam [powstał] lej ogromny i słup tramwajowy, który potem był…

  • Czyli bomba spadła na ulicę?


Spadła na torowisko tramwajowe, które było odsunięte kawałek od domu, środkiem gdzieś tam szło mniej więcej. I co jeszcze, i szyny tramwajowe pod trzecie piętro tak [sterczały], wygięte zostały – całe torowisko sterczało w ten sposób. I ten okropny zapach! Wtedy nie wiedziałem, [co to za] smród. Poznałem go później, na studium wojskowym, że to trotyl tak śmierdzi, jak wybucha. No ale wtedy tego oczywiście nie wiedziałem. No więc to było właśnie takie z tych… No i tam jeszcze jakiś czas chodziliśmy do tego mieszkania, no ale później już coraz rzadziej, rzadziej, bo coraz częściej zaczęły lecieć bomby. Poza tym pojawiły się „szafy” – na Żoliborzu były „szafy”, a nie „krowy”, bo to była różnica. „Szafy” miały zgrzyt tej odsuwanej szafy, a „krowy” ryczały takim jakimś basem. No więc tutaj to były „szafy” i „szafy” zaczęły tam rzeczywiście na Żoliborzu siać spustoszenie – nawet chyba nie samoloty, a właśnie „szafy”. No więc wtedy już oczywiście jakoś rzadziej [wychodziliśmy]. No i potem pamiętam taką sytuację, siedzieliśmy w piwnicy, były walki gdzieś tam jakieś i w pewnym momencie wpadła jakaś grupa Powstańców, kilku, z jakąś dziewczyną. Okazało się, to byli AL-owcy, którzy byli na Dolnym Żoliborzu. Tam gdzieś była grupka, kilkudziesięciu tylko tam było, zresztą dużo zginęło podobno też. „Proszę wyjść z piwnic, proszę opuścić piwnicę, wojsko musi wypoczywać”. Myśmy jakieś barłogi tam mieli w tych piwnicach i powyrzucali nas z naszych piwnic, tych, w których myśmy siedzieli. Zupełnie zachowali się jak jakaś… Dotychczas było takie braterstwo z tymi naszymi żołnierzami, ale to byli AK-owcy. No i potem raptem zniknęli, „oni się będą przebijać za Wisłę – tylko tyle powiedzieli – tylko muszą odpocząć”. No więc zniknęli raptem i cisza, spokój jakiś taki. Wpadł prezes spółdzielni, pan Bołdok, chyba z naszym takim palaczem – bo była kotłownia lokalna – palacz, hydraulik równocześnie, pan Nazar, taki bardzo fajny pan, i złapali jakieś skrzynie. Okazało się, [AL-owcy] zostawili skrzynie z amunicją czy z pociskami jakimiś, a sami uciekli. Gdyby Niemcy wpadli tutaj na te skrzynie leżące na samych schodach przy wejściu do piwnicy, to by wszystkich rozstrzelali prawdopodobnie. Oni po prostu zwinęli się. Wiem, że obydwaj wyciągali te skrzynie po schodach, bo to ciężkie musiało być, i wyrzucili do ogródków – jakoś tak przez siatkę, przez płot do ogródka te skrzynie wywalili. I dosłownie jakieś paręnaście czy parę minut później dopiero: „Raus! Schnell!”. Pamiętam, że wtedy szybko złapała mnie mama czy ciocia za rękę, [złapały] jakiś tobołek, tłumoczek, bo nic nie było wiadomo, i – w takie dosyć strome piwniczne schody. Tam stał niemiecki żołnierz, taki wielki, tylko hełm pamiętam, taki pochylony jakiś. I myśmy po tych schodach, szybko, szybko, szybko – wszyscy mieszkańcy, tam klatka schodowa, wszyscy tam koczowali, każdy w swojej piwnicy gdzieś tam siedział – [wybiegli] na [zewnątrz]. Nie wiadomo teraz, co będzie, czy my wychodzimy, oni sprawdzą, że tutaj nie ma Powstańców, nie ma broni i wrócimy do tych piwnic, do mieszkań, czy rozstrzelają. Bo takie też były [wieści] – Wola tutaj była [wspominana]. Nikt nic nie wie, co się dzieje. No i wyrzucili nas na taki beton, bo tam był między tymi [blokami] sam koniec podkowy był wylany betonem, bo tam się znajdowała kotłownia pod spodem, taka piwnica zalana… [My] na ten beton, potem przez szóstą klatkę, na Plac Wilsona żeśmy przeszli, tak jak staliśmy, dosłownie półbiegiem. Pamiętam do dziś dnia, to było też takie uderzające. Raptem Niemiec, który stał tam w klatce, w wejściu do klatki szóstej też w ten sposób, zatrzymał nas, coś takiego, i wyciągali za uszy nagich zupełnie, w obdartych bandażach, zakrwawionych, dwóch Powstańców z piwnicy. Bo tam zostawiono ich. I to byli AL-owcy. I natychmiast mama mnie jakoś tak wypchnęła do tej klatki schodowej, bo już ten [Niemiec] się odsunął, jak ich wyciągnęli. A że nie mogli oni iść, bo byli ranni, więc oni jakoś tak szli na pośladkach dosłownie. Jeden był jakiś taki zgięty, to do dziś pamiętam, taki wysoki chłopak, a drugi i trzeci jeszcze też, właśnie na pośladkach, goli zupełnie, tam pod jakąś ścianę – były strzały, więc na pewno ich rozstrzelali.

  • Znaczy pan…


I tego nie mogę zrozumieć, pojąć. Jeżeli tutaj w tym samym czasie Armia Krajowa już ładowała – to już wiem z literatury, to nie jest moje spostrzeżenie – ładowała swoich rannych na wozy podstawione pod Kościołem Świętego Stanisława. Nie można było tych dwóch chłopaków dołączyć? Ideologia?

  • Proszę powiedzieć, czy pan zna datę, kiedy państwo byli wyprowadzeni?


Wiem, że był słoneczny, piękny dzień, ale jaka to była data… […] To były pierwsze dni października. Powstanie wybuchło 1 sierpnia. Nie wiem, [którego dnia wyszliśmy], ale był słoneczny dzień i myśmy przez Plac Wilsona przeszli, potem wzdłuż tego pięciopiętrowca II Kolonii, w Krasińskiego w prawo i Krasińskiego, Krasińskiego piechotą, piechotą, jak mrówki taki sznur ludzi szedł, szedł… I teraz jaka była różnica między nami, czyli moją najbliższą rodziną i czwartą klatką schodową, a trzecią, pierwszą czy drugą czy innymi. Czyli już piąta, szósta nie, bo tam też byli AL-owcy. Że jak wycofywały się te ostatnie grupki naszych żołnierzy, Powstańców, to było tak już ściskane na Placu Wilsona, tak że z tego, co ja wiem raczej z opowiadań, z literatury, to Fenix jeszcze był w rękach Powstańców, czyli ta nasza spółdzielnia, prawdopodobnie II Kolonia WSM [także]. Już po tamtej stronie Placu Wilsona, tam, gdzie obecnie są delikatesy, to już było w rękach Niemców. Dalej, tam, gdzie dzisiaj jest Rada Narodowa czy ratusz miejski, ratusz warszawski, tam gdzieś przechodziła już granica, też już tam resztki chłopców się trzymały jeszcze jakoś na jakichś barykadach. I gdzieś tam, Krasińskiego, Toeplitza, gdzieś tutaj jakoś to się zamykało. Już wiadomo było, że jest kapitulacja. I tam, gdzie byli AK-owcy, mieli kwatery w poszczególnych budynkach, mówili: „Proszę państwa, wojsko kapituluje. Idziemy do niewoli, mieszkańcy są wysiedlani z Warszawy. Proszę zabrać ze sobą, co się da. Ubrania, żywność, co państwo uniosą”. W naszej klatce – piątej, szóstej – nic nie powiedzieli. Zniknęli, uciekli, zostawiając te skrzynki z nabojami. I myśmy tak nie wiadomo gdzie – wychodzimy. I wyszliśmy tak, jak żeśmy stali, mama w koszuli męskiej mojego ojca i w spodniach ojca, upalny dzień, ciotki tak samo, ja też czymś, a z innych klatek ludzie wychodzą w futrach, jakieś czapki, ciągną za sobą jakieś wózki dziecięce wypchane tak bagażami.

  • Ale powiedział pan wcześniej, że mamie udało się wynieść jakieś dokumenty.


Mama miała taką – i to do dziś dnia to jeszcze jest i trzymam – miała taką torbę płócienną, tu i tutaj zawiązywaną, i w tej torbie wyniosła to wszystko przygotowane. Może spodziewali się, może już słyszeli, że wyrzucają z Warszawy. Może to było jeszcze wcześniej zrobione po prostu, jak jeszcze z Kijowa uciekała. Może to było z tamtych czasów, nie wiem. I w tym właśnie były dokumenty, dużo dokumentów mojego ojca, świadectwa ukończenia studiów na SGGW (to się inaczej nazywało, jakaś tam Wyższa Szkoła Rolnicza i czegoś tam jeszcze), mamy dokumenty jakieś ze studiów na uniwerku, coś tam jeszcze. W każdym razie różne były te dokumenty, które mama wyniosła. Na przykład dyplom ojca to jest taka płachta z jakimiś pieczęciami.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądała państwa droga do Pruszkowa?


[Z drogi] do Pruszkowa pamiętam tylko fragmenty. Pamiętam, że [szliśmy] z Krasińskiego, Krasińskiego dalej prosto i aż tam, [gdzie] jest klasztor Zmartwychwstanek po lewej stronie. Po prawej stronie już nic nie było, od Stołecznej jakby. Tam były jakieś pola i parę [budynków], możliwe, że to były wille, może to były domki, w każdym razie kilka jakichś domków małych. I pamiętam taką historię, że jeden taki domek był kompletnie rozwalony, rozbebeszony i na stercie tych gruzów leżała taka emaliowana patelenka i taki sam emaliowany garnuszek. I ciocia Hela raptem zrobiła krok w bok z tej kolumny, dosłownie biegiem trzy czy cztery kroki, złapała to. Krzyk jakiegoś Niemca, który szedł wzdłuż kolumny, i ciocia, już trzymając te dwie [rzeczy], wróciła do [kolumny]. I to były nasze jedyne naczynia przez wiele jeszcze tygodni, nim w końcu gdzieś tam żeśmy… Potem byliśmy w Pruszkowie w obozie. Potem ja zostałem z mamą, ciotki zostały oddzielone na roboty do Niemiec, z tym że udało im się uciec jako z tego i uciekły do Komorowa, do naszych przyjaciół, którzy mieszkali w Komorowie, mieli willę, mieli tam dom i tak dalej. Bardzo serdecznie przyjęty został…

  • Jak się nazywali ci przyjaciele?


To byli państwo Pilewiczowie.

  • Mama z panem też się znalazła w Komorowie?


A ja z kolei zostałem załadowany do pociągu z mamą, tam wszystkie kobiety z dziećmi były pakowane. To takie bydlęce wagony, trzask, zamknęli te drzwi, pociąg pojechał. I potem gdzieś koło Skierniewic, gdzieś w tamtym rejonie – nie wiem, czy na stacji, czy to było gdzieś na jakiejś bocznicy, bo wiem, że była noc – otworzono wagony: „Wysiadać!”. Stały chłopskie wozy przed dworcem i tak prowadzili, [odliczając]: „Raz, dwa, trzy, pięć – na wóz zabieracie. Raz, dwa, trzy – ileś tam – zabieracie”. To byli chłopi z okolicznych wsi, którzy musieli zakwaterować, zabrać, zająć się mieszkańcami Warszawy – znaczy kobiety z dziećmi głównie, bo tam mężczyzn nie było. I myśmy trafili, nie wiem do jakiej wsi, tego to już nie pamiętam, ale pamiętam nazwisko gospodarzy: Capiga. Ale jak ja to komuś potem powiedziałem już teraz, jakieś tam parę czy paręnaście lat temu, że: „Wiesz, no chciałbym nawet może zobaczyć te [okolice]”. – „To możesz długo szukać, tam co drugi to Capiga” – w całym tym rejonie świętokrzyskim, znaczy Skarżysko czy Skierniewice.

  • Nie zna pan miejscowości, tak?


Nawet nie znam wsi, nie wiem.

  • Jak długo państwo przebywali u państwa Capigów?


Tam mieszkaliśmy u tych Capigów… Tam się okazało, że jest tych Warszawiaków tylu napchanych, że tam w poprzek się spało na jakimś łóżku. Mama zobaczyła, mówi: „Tutaj to nic [nie ma], ja muszę coś innego…”. Tutaj jesteśmy u tych chłopów, no to dostajemy tylko raz czy trzy razy dziennie żur z kartoflami i tyle. Skąd oni mieli brać, żeby utrzymać to wszystko?

  • Czy pamięta pan, z ilu osób składała się ta rodzina?


Nie, nie pamiętam tego. Tam chyba więcej było Warszawiaków niż rodziny w tym momencie. Tak, tak mi się wydaje, ale tego to nie wiem. I mama zaczęła ze mną wędrować w kierunku Krakowa. „Kraków jest niezniszczony podobno, no więc zobaczymy, tam się zaczepimy”. I tak żeśmy wędrowali piechotą, jakiś tam wóz jechał… Kiedyś nawet, jak pamiętam, jakaś kolumna żołnierzy niemieckich jechała wozami chłopskimi – poganiali, siedzieli woźnice w mundurach – no to siedliśmy na jakiś taki wóz, podwieźli nas gdzieś tam, potem: „Uciekajcie, bo już tutaj ja gdzieś skręcam”. I myśmy doszli do Krakowa.

  • To wszystko się działo jeszcze w październiku?


Już był październik, tak. No bo kapitulacja Powstania na Żoliborzu to pierwsze dni października, no więc tutaj też… W Pruszkowie ten obóz ze dwa, trzy dni pewnie, może więcej, zanim nas tam władowali – trudno mi powiedzieć. Ja pamiętam tylko z tego Pruszkowa, że były takie perony i kanały do rewizji podwozi, i były ogromne słupy co jakiś czas, takie z kratownic zrobione, które trzymały dach tej hali. To pamiętam z tego i właściwie nic więcej. Podobno, to żeśmy już dowiedzieli się później, tam był taki – też pamiętam ten element konstrukcyjny – że na czołowej ścianie tego, jak się kończyły te kanały, był balkon i tam się wiecznie kręcili jacyś ludzie, co coś krzyczeli. I potem dowiedzieliśmy się, że nasi przyjaciele z Komorowa, jak dowiedzieli się, że wysiedlają właśnie Żoliborz, to poszli tam i stamtąd krzyczeli: „Panie Kubalski z Żoliborza!”. Ale w tym harmiderze, gwarze, hałasie, tysiącach ludzi tam spędzonych, to tego nikt nie słyszał. Bo oni chcieli nas wyciągnąć z tego, bo można było wyciągnąć z tego obozu jakoś. No więc nas z mamą załadowano i wywieziono tutaj gdzieś, Skierniewice, gdzieś tutaj te rejony, i do Krakowa powędrowaliśmy. W Krakowie gdzieś trafiliśmy do jakichś zakonnic, gdzie też była jakaś ogromna sala, taka jak gdyby gimnastyczna czy coś. Takie materace leżały i tam pokotem leżało kilkadziesiąt, a może i więcej ludzi, dzieci i kobiet. Wiem, że tam zostaliśmy odświerzbieni, bo straszny świerzb dostaliśmy. Tam wtedy Niemcy wymyślili jakąś maść na świerzb i ta maść była tak rewelacyjna, że po paru godzinach znikał on. Do jakiejś łaźni nas zabrano, potem dostaliśmy jakieś takie mydło i cali żeśmy byli wysmarowani, ja, mama. Tam wszyscy tak chodzili, jak Murzyni wyglądali, tylko tacy szarzy, bo to był kolor takiego szarego mydła. „Proszę siadać, siadać” – wszyscy siedzieli na podłodze, na golasa całkowicie i siedzieliśmy tak przez kilka godzin. „A teraz do łaźni”. Spłukaliśmy to wszystko. W międzyczasie ubrania przeszły przez jakieś parowe czy inne nagrzewnice, [potem] jakoś odzyskaliśmy te ubrania i okazało się – świerzbu nie ma. No i wędrujemy dalej. No ale potem mama zaczęła zawracać znowuż w kierunku Warszawy i kiedyś, pamiętam, późną nocą też jakoś tak piechotą doszliśmy do Komorowa. Stanęliśmy, to była willa, otoczona ogrodem, siatką jakąś. Była ciemna noc, bo to musiał być już listopad pewnie, nie wiem, no i raptem otwierają się drzwi tej willi, światło pada. „Kto tam?”. No więc ten pan Jan: „A chodźcie szybko, chodźcie, czekamy na was. Już tutaj Maja i Helenka są”. Bo one też jak uciekły z Pruszkowa, to poszły właśnie tam. No i tam żeśmy w tym Komorowie byli pewnie od października czy listopada. Ciotki wróciły do Warszawy, po raz pierwszy przyszły w czterdziestym piątym, może luty, może marzec, gdzie stwierdziły, że mieszkanie całkowicie spalone – było wypalone kompletnie, piwnice wypalone kompletnie, tak że właściwie nie było do czego wracać. Ale ciotki mówią: „Wracamy do Warszawy. Wracamy do Warszawy”. No więc mieszkanie brata mojej mamy i sióstr, który zresztą był w Londynie, ale tutaj jeszcze była jego żona i synowie w konspiracji, jeszcze jakoś tam nie wrócili do Warszawy, więc tam żeśmy zamieszkali przez jakieś parę tygodni.

  • A na jakiej ulicy to było?


To była ówczesna Ulica Płońska, to jest obecnie Próchnika, tamte rejony. To jest któraś z tych kolonii wsmowskich. No więc tam żeśmy mieszkali, a równocześnie ciocie uruchomiły trochę ten sklep, zaczęły same po prostu mieszkanie remontować. Mama poszła do pracy już do ministerstwa. Wtedy powstało Ministerstwo Aprowizacji, takie było ministerstwo. A ciotki tam po prostu dosłownie z opadniętej ściany tynków pędzlowały na biało po prostu [ściany] tego mieszkania, sklepu swojego, który należał przecież do nich przed wojną, przed Powstaniem. No i tak powoli, potem już wypędzlowane, potem szlichta położona, podłogi też były spalone, więc na betonie przez rok mieszkaliśmy. Jakieś dywaniki były rzucone czy gałgany, żeby nie na samym takim betonie mieszkać. No i tak powoli, powoli, powoli… A jeszcze [pomyślano, że] w takim razie może ściany da się troszkę jakoś inaczej otynkować, więc otynkowane zostały. No bo trzeba jakieś pieniądze było zebrać dla tego murarza. Potem jakoś tam „klepkę położymy” czy tam coś innego, no to się położyło klepkę, a to znowuż coś tam…

  • Czyli powoli państwo próbowali sobie budować tę rzeczywistość na nowo.


Więc ciotki się uparły, że zostają. Bo mama nawet chciała w pewnym momencie wędrować na Ziemie Zachodnie. Mówi, że tutaj już nic nie ma. No ale nie: „Jesteśmy trzy, mamy tutaj do wychowania takiego, prawda…”. No i tutaj żeśmy tutaj zostali i bardzo szczęśliwie to wszystko potem już rosło, rosło, rosło, ładniało, ładniało to mieszkanie, ale to też trwało kilka lat, to nie było tak, że to od razu odbudowano. Mieli dużo szczęścia ci, którzy piętro wyżej mieli, bo tam nie było spalone. Ciekawa rzecz, że podobno na Żoliborzu Niemcom zabrakło ropy czy benzyny. Bo to było na zasadzie takiej, że jak chcieli spalić taką ulicę – i tak w Śródmieściu robili – to szli żołnierze z miotaczami płomienia. Na plecach mieli bak z benzyną czy z jakąś ropą, tutaj taką rurę, z której wtrysk się włączało i ona takim płomieniem buchała od razu. I w mieście, w Śródmieściu na przykład, oni robili tak: piwnice – taki strzał – parter i najwyższe piętro, i to wtedy szło wszystko tak [po kolei]. Natomiast na Żoliborzu już brakowało im, [więc podpalali] piwnicy i partery. I wtedy wyższe piętra ocalały. Tak że takie bajeczki.

  • Dziękuję panu bardzo za wspomnienia.


No więc tak to wygląda. A jeżeli chodzi o samo Powstanie. No to siedzieliśmy w [piwnicy]. Najpierw początkowo to było jeszcze jasno, widno i można było wychodzić swobodnie. Potem się ten front tutaj przesuwał, między innymi właśnie te bomby spadły tutaj przed nasz [budynek]. Były już jakieś walki, starcia, ale w samym tym centrum, ono było na samym końcu, Feniks nie był zdobywany. II Kolonia – nie, chyba Kino Wisła, tutaj ten rejon – nie. I tu już było po kapitulacji. To już była kapitulacja i myśmy wyszli z tego tylko pamiętam tego Niemca stojącego i żeśmy wędrowali do Pruszkowa. Pamiętam tylko tę drogę do Powązek, od Powązek nie wiem, co się działo. Może trochę już przysnąłem, może byłem niesiony, może coś, nie wiem. I potem pamiętam obóz w Pruszkowie, gdzie były te betonowe kanały rewizyjne. No i potem właśnie załadowanie do pociągu, jak nas tam wpychano, wpychano w takich jakichś deskach albo nawet i bez tego – tam się ci podnosili, którzy już siedzieli w wagonie do góry. No i tam wysiedliśmy. No i potem powrót tutaj do Komorowa. No i później już tam potem jakiś tam marzec, kwiecień i może trochę później, bo ciotki zagospodarowały troszkę to mieszkanie. No i później już z mamą wróciłem, no i potem szkoła od 1 września. No więc tak to wyglądało.

Warszawa, 20 lutego 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Bohdan Kurella Stopień: cywil Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także