Zdzisław Krajewski

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Zdzisław Krajewski, urodziłem się 16 września 1933 roku w Warszawie. Ojciec robotnik, mama bez zawodu. Mieszkaliśmy na ulicy Podchorążych 57, to jest dla przybliżenia naprzeciwko dużych koszar, w których stacjonowali przed wojną Polacy, a w czasie okupacji były tam jednostki niemieckiego Wehrmachtu i chyba SS. To łączyło się z Łazienkami, ten cały obszar był praktycznie niedostępny dla Polaków. Ulica Podchorążych, po jednej stronie koszary, po drugiej budynki mieszkalne. Powstanie Warszawskie, to znaczy 1 sierpnia, przypominam sobie jako dzień, kiedy mama wracała z pracy, bo ze względów aprowizacyjnych pracowała u Niemców w takiej wiosce Zawady, to jest za Wilanowem. Tam była taka kolonia niemiecka i tam dzięki pracy otrzymywała jakieś produkty różnego rodzaju, jakieś fasole, groch, które służyły praktycznie do przeżycia. Ojciec pracował w pobliskiej fabryce wyrobu garnków aluminiowych mieszczącej się chyba na ulicy Stępińskiej. Tak że przypominam sobie, że mama wtedy przed godziną siedemnastą wróciła. Już były trudności, bo na rogu Stępińskiej i Podchorążych był taki pałacyk, tam mieszkali Niemcy i już tam nie przepuszczali mężczyzn, no ale w jakiś sposób [rodzice] dotarli do domu. No i o godzinie siedemnastej rozpoczęła się w zasadzie strzelanina. Ja tego nie widziałem, ale opowiadali, że tak naprzeciwko ulicy Iwickiej przez takie jakieś drabiny czy coś Powstańcy przeskakiwali mur do koszar niemieckich. Ale to było bardzo krótko, dlatego że prawdopodobnie Niemcy po prostu zgładzili Powstańców, bo to w zasadzie nie był atak dużej ilości osób.

  • Jakaś garstka Powstańców.


Garstka Powstańców, a obszar koszar był ogromny.

  • Za chwilę wrócimy jeszcze do okresu Powstania. Proszę powiedzieć, co pan zapamiętał z momentu wybuchu wojny, z atmosfery, która wtedy panowała?


Ja powiem, że ze względu na to, że my byliśmy naprzeciwko tych koszar niemieckich, tam praktycznie akcji Powstania nie widać było.

  • 1 września 1939 roku. Jak pan zapamiętał początek wojny?


Początek wojny byłem w zasadzie dzieckiem, wiem tylko i pamiętam bombardowania. Nasz dom był taki bardzo wydłużony, nazywał się zresztą „kozaki”, bo kiedyś przed I wojną światową tam stacjonowali Kozacy, wojska rosyjskie, i to był jednopiętrowy dom, na parterze w jakichś tam mieszkaniach, gdzie okna były w zasadzie zasłonięte pierzynami, tam przebywaliśmy. Później, jak były takie większe bombardowania, to rodzice przenieśli się na ulicę Hortensję do centrum Warszawy, ale to nie trwało długo, jeden, dwa dni, bo ciężkie warunki tam panowały, więc powróciliśmy do naszego domu na ulicy Podchorążych.

  • Jaka atmosfera panowała w tym czasie w Warszawie?


Trudno mi odpowiedzieć, ja wtedy byłem dzieckiem, miałem sześć lat praktycznie. Wiem, że dosyć duże przygnębienie, bo były przecież bombardowania, w sąsiedztwie spadały bomby, ludzie obawiali się o swoje życie.

  • Czy pan miał rodzeństwo?


Miałem siostrę, siostra akurat z trzydziestego ósmego roku, czyli roczek miała wtedy. Dodatkowo przecież mama musiała się opiekować szczególnie tą siostrą.

  • I co się stało z siostrą?


W dalszym ciągu żyje. Tak, przeżyliśmy Powstanie, później opowiem sprawę, jak wtedy zostaliśmy wyrzuceni z Warszawy, no to przez Siekierki, Sadybę, do wsi Janki. W Jankach było wyzwolenie, 17 [stycznia] tam wojska rosyjskie wyzwoliły.

  • Czy ktoś z rodziny działał w konspiracji?


Wiem, że mój wujek i ojciec także [działali], ale po prostu poszli na miejsce zbiórki, niestety nie mieli broni i odprawili ich. To było gdzieś w okolicy Czerniakowa, ulicy Czerniakowskiej, tak że w czasie tych pierwszych dni Powstania wrócili na ulicę Podchorążych.

  • Wróćmy teraz do okresu Powstania. Czy pamięta pan, czy byliście sami, tylko jako rodzina, czy ktoś ze znajomych z wami przebywał na Podchorążych?


To znaczy byli mieszkańcy całego bloku, bo to był ogromny blok i tam byliśmy w jakiś sposób zintegrowani, prawda. Bo jest taka sprawa, że nie można było ze względu na to, że Niemcy mieli wgląd na całe nasze mieszkanie, całe podwórko, bo po prostu były sztachety, widać było, tak że nie można było nic tam robić, a tam po prostu Powstańców nie było.

  • Czy w ogóle miał pan jakiś kontakt z Powstańcami poza domem?


Ja z domu się specjalnie nie ruszałem. Pamiętam, że jeszcze jak byliśmy, chyba około dziesiątego, za naszym domem widać było, jak przechodził jakiś oddział Powstańców, przypuśćmy, od ulicy Belwederskiej jak gdyby w kierunku Czerniakowa, Czerniakowskiej. Ale to był krótki epizod.

  • A czy z Niemcami miał pan jakiś kontakt, poza tymi, którzy byli w koszarach naprzeciwko?


Specjalnie nie. W czasie okupacji chodziłem do szkoły na ulicy chyba Górskiej i tam była akcja rozstrzeliwania Polaków na ulicy Nabielaka, to wtedy praktycznie szkoła była zablokowana i po prostu nie można było wyjść ze szkoły do momentu, kiedy Niemcy rozstrzelali i uporządkowali ten teren.

  • Czy zginął ktoś z rodziny w czasie Powstania?


Z najbliższej rodziny wtedy w tym okresie to nikt nie zginął, to znaczy ja myślę o rodzinie: ojciec, mama, dziadkowie, którzy mieszkali w pobliżu, bo mieszkali na ulicy Bończej. Tam znowu naprzeciwko stała jednostka wojskowa i tam też praktycznie Powstańcy zaatakowali, ale Niemcy mieli silne bunkry, Powstańcy zaczęli się wycofywać, tam były akurat takie schrony przeciwlotnicze i po prostu w tych schronach się schowali. Niemcy później granatami unieszkodliwili tych Powstańców, którzy tam się schowali. A tak no to do momentu wyrzucenia nas z Warszawy to wszyscy byli, to znaczy rodzice i ta najbliższa rodzina, bo ja już nie mówię o rodzinie, która była na Woli, tam przecież wiadomo, jaka gehenna była.

  • A proszę coś jeszcze opowiedzieć o swoim tacie.


Tato miał wtedy trzydzieści osiem lat, pracował, był spokojny, cichy, raczej nie był jakiś taki aktywny politycznie, żeby się udzielał czy tam coś, tak że mogę tylko to powiedzieć.

  • Ale nie przeżył II wojny światowej.

 

Nie przeżył, ale do tego momentu jeszcze nie doszliśmy. Mianowicie gdzieś w połowie sierpnia Niemcy zaczęli z sąsiednich domów w sąsiedniej okolicy po prostu wyrzucać mieszkańców i ci mieszkańcy przechodzili ulicą Podchorążych. Nasz dom był naprzeciwko bramy koszar i tam mieszkańcy przechodzili, [Niemcy] wyłuskiwali mężczyzn i zabierali do koszar. Kobiety z dziećmi puszczali dalej. To odbywało się, tak jak pamiętam, chyba przez jakieś dwa dni i rozpoczęło się od okolicy w pobliżu Czerniakowskiej, stamtąd najpierw ludzi wyrzucali i ci ludzie przechodzili przez ulicę Podchorążych, w pobliżu koszar. Tam stali wtedy Niemcy szeregiem i przepuszczali po prostu kobiety, a mężczyzn kierowali do koszar. Nadszedł, już nie pamiętam który, w każdym razie połowa sierpnia, zaczęli wyrzucać nas z naszego domu i z sąsiednich domów. I też wtedy każdy brał jakiś tobołek na plecy, bo przecież kiedyś nie było takich możliwości, walizek czy tam coś, dziecko na rękę, no i przechodziło się obok tego szpaleru Niemców, którzy stali i zabierali mężczyzn, kierowali mężczyzn w kierunku koszar, a kobiety przepuszczali dalej. I między innymi tak było z moim ojcem. Ojca zabrali wtedy, kazali mu kierować się w stronę koszar, mama z siostrą i mną poszła dalej do ulicy Sieleckiej, później na Chełmską i w kierunku Siekierek, tam przenocowaliśmy. I później od tego momentu jak zabrali ojca, to już żadnej informacji nie było. Dowiedzieliśmy się tylko później, że Niemcy sprawdzali mężczyzn, których zabrali, i ci, którzy mieli poniżej czterdziestu lat, byli na jedną stronę przekierowani, następnie ci powyżej czterdziestu lat na inną. I tak jak się orientuję, ci mężczyźni, którzy mieli więcej niż czterdzieści lat, oni tych mężczyzn zwolnili, a o tych młodszych słuch praktycznie zaginął. Mama bezpośrednio po wojnie starała się zorientować, co się stało z ojcem. Nikt nie umiał odpowiedzieć, dowiedzieliśmy się tylko, że prawdopodobnie zginęli na rogu ulicy Bagateli i Alej Ujazdowskich, bo tam były te ogromne groby i ogromne morderstwa dokonywane przez Niemców. I stąd moje wielkie takie jak gdyby zaskoczenie i to, że informacja o ojcu ukazała się na tych tablicach na grobach Powstańców Warszawskich na Woli, no i stąd moja chęć dowiedzenia się, co się stało i skąd jest ta informacja. Odpowiedziano mi, że prawdopodobnie to jest informacja z tego okresu, kiedy mama poszukiwała ojca i te informacje posłużyły w zasadzie, dały pewnego rodzaju upamiętnienie tutaj na Woli.
No i jak dalej się potoczyły losy. Mianowicie tak jak pamiętam, przenocowaliśmy w jakiejś stodole na Siekierkach, rano wszyscy wstają, budzą się, są strasznie pokąsani. Okazuje się, że tam było dużo pająków i ślady po prostu po tych pająkach zostały. Zatrzymaliśmy się później na Sadybie, tylko po drugiej stronie tego jeziorka, bo Sadyba była zajęta wtedy przez Powstańców, wtedy tam ewentualnie można było poznać Powstańców i poczuć się po prostu wolnym. Jako dzieci tam chodziliśmy i korzystaliśmy z tego jeziorka, no ale tam niezbyt długo mogliśmy zostać, bo Niemcy nas wyrzucili wtedy, kiedy zaczęli zdobywać Sadybę. Musieliśmy iść przez Wilanów i tam zatrzymaliśmy się u takich znajomych w pobliżu kościoła w Powsinie. Tam znowu przez kilkanaście dni pobyliśmy i stamtąd znowu trzeba było dalej iść. Znaleźliśmy się w Jankach i tam zatrzymaliśmy, przez ten okres do momentu wyzwolenia Warszawy mieszkaliśmy.


Może taki ciekawy był epizod, mianowicie chyba w listopadzie, zresztą już po upadku Powstania Warszawskiego, tam w tych Jankach stacjonowali jacyś żołnierze niemieccy, prawdopodobnie Wehrmacht i mama uzyskała taką jak gdyby przepustkę, to znaczy prosiła tam oficera, żeby dał jakieś takie zezwolenie, żeby można było odwiedzić Warszawę, chodziło po prostu o sprawy, żeby można było coś wziąć z jakiegoś dobytku, bo wiadomo, idzie zima. No i ten Niemiec po prostu dał taką kartkę. Nie wiem, co tam było napisane, w każdym razie z tą kartką wyruszyliśmy pieszo z Janek do Warszawy, ja z mamą. Doszliśmy do ulicy Podchorążych bez żadnych problemów, nie napotykaliśmy Niemców. Doszliśmy do naszego domu, był kompletnie spalony, rzeczy, które były tam zakopane… Bo niektóre rzeczy były zakopane – mama była krawcową, zależało jej na tym, czy ewentualnie maszyna jest do szycia, bo to jako możliwość zarabiania na życie. Niestety wszystko było zrabowane, nic nie zostało, a dom całkowicie spalony. W drodze powrotnej spotkał nas patrol niemiecki. Kazali nam iść na Belgijską, tam chyba było Gestapo czy coś, ale jednak nie skorzystaliśmy z tego i wróciliśmy przez ulicę Chełmską, tam był taki park Sielce, teraz tam jest kinematografia i w kierunku właśnie Wilanowa, i weszliśmy bezpiecznie do Janek.
Siedemnastego chyba, prawdopodobnie tak, wojska rosyjskie pojawiły się, no i nastąpiło wyzwolenie. Mama tam jeszcze przez dłuższy okres mieszkała, bo miała jakiś tam sposób, dziadek czy tam ktoś postarał się o maszynę, mogła tam szyć i względnie jakoś zarabiała na życie. W Warszawie nie mieliśmy mieszkania, potem mój dziadek wyremontował takie mieszkanie na ulicy Sułkowickiej, czyli w pobliżu Belwederskiej, no i wtedy się przenieśliśmy. To są wszystkie takie moje wspomnienia, które pamiętam z okresu wojny.

  • Jak się potoczyły pana dalsze losy?


Szkoła, później kończyłem gimnazjum i później technikum telekomunikacyjne, to jest na Poznańskiej, uczelnia WSI. Zacząłem pracować, mając siedemnaście lat. Po skończeniu gimnazjum rozpocząłem pracę w takim Przedsiębiorstwie Robót Telekomunikacyjnych, ale jednocześnie cały czas się uczyłem, tak że skończyłem WSI, Wieczorną Szkołę Inżynierską, później zacząłem pracować w Instytucie Radiotechnicznym, później w Przemysłowym Instytucie Telekomunikacyjnym, no i w dalszym ciągu się uczyłem, to znaczy kurs magisterski. No a w pracy to przez różne szczeble przechodziłem, tak że byłem kierownikiem zakładu w Przemysłowym Instytucie Telekomunikacji w zakresie tele- i radiokomunikacji, później takie systemy wojskowe. Pracowałem w sumie ponad pięćdziesiąt dwa lata, no i w roku chyba 2002 czy 2003 poszedłem na emeryturę i teraz jestem na emeryturze.

  • Czy pamięta pan odbudowę Warszawy po wojnie?

 

O tak, pamiętam. Szczególnie pamiętam sytuację, jak uczyłem się, chodziłem do kolegi, on mieszkał w pobliżu Starego Miasta i pamiętam te momenty odbudowy Starego Miasta, pamiętam całą odbudowę okolic Belwederskiej, Sielc, te wszystkie prace związane, te furmanki, które woziły cegły, ludzi, którzy pomagali, zresztą ja też już w szkole, starszy chłopak, no to chodziliśmy na te czyny społeczne i tam się odbudowywało. Pamiętam także, że raz jak przechodziłem przez Rynek Starego Miasta, wtedy jeszcze bardzo zburzony, to był chyba początek lat [pięćdziesiątych], jak tam ekipy i chyba nawet był prezydent ówczesny Bierut i tam zastanawiali się nad odbudową tego Rynku Starego Miasta. To utkwiło mi w pamięci ze względu na to, że to była dosyć duża grupa osób, ja wtedy przechodziłem koło tego i widziałem po prostu tych ludzi, którzy wtedy zastanawiali się nad odbudową tego Rynku Starego Miasta.

  • Wspomniał pan, że uczestniczył pan też w ramach tak zwanych prac społecznych w odbudowie Warszawy. Jaka wtedy panowała wśród was, młodzieży, atmosfera? Czy to był przymus, czy to była chęć?


Nie, to raczej była chęć, nie było przymusu, zresztą każdy się cieszył z tej wolności. Ja muszę powiedzieć, że wtedy, przynajmniej tutaj w Warszawie i przynajmniej z tymi moimi ewentualnie jakimiś kolegami najbliższymi, to nie czuliśmy jakiejś takiej niewoli związanej z Urzędem Bezpieczeństwa. Słyszało się tylko, że na krańcach czy na obrzeżach, w Białostockim, Podlaskim, tam była partyzantka czy tam coś, ale w Warszawie, przynajmniej w tym okresie, to ja tego nie czułem po prostu.


Może [powiem] taką rzecz: pracując w Przedsiębiorstwie Robót Telekomunikacyjnych, brałem udział w pracach takich jak na przykład telefonizacje czy tam jakieś [inne modernizacje] tych więzień, to były początki lat pięćdziesiątych. Jak byłem tam, to nas pilnowali, jak chodziliśmy i linie telefoniczne po prostu rozprowadzaliśmy czy coś – to było takim szokiem. Nas pilnowali, ktoś był z nami, strażnik czy tam ktoś i my musieliśmy tam po różnych salach chodzić i nieraz takie przykre widoki więźniów, którzy stali pod ścianą, twarzą do ściany, prawda, nie mogli się obrócić, bo tam ich pilnowali. Jak później odpoczywaliśmy w takiej centrali telefonicznej, tam widać było, jak chodzili ci więźniowie na spacer, i tam raz czy dwa razy poznałem ludzi, których po prostu znałem z gimnazjum i liceum, bo wtedy, tak jak mówiłem, chodziłem do gimnazjum telekomunikacyjnego. Do liceum chodzili już o wiele starsi koledzy, którzy brali udział w Powstaniu. I tam [na terenie więzień] jednego czy dwóch spotkałem, którzy krążyli po prostu, którzy byli na tym wybiegu i chodzili na te spacery. I raz poznałem też człowieka, to znaczy znajomego, który przyprowadzał więźniów do tego więzienia. Poznałem go po tym, że akurat jak byłem na tej dyżurce, on przyszedł, broń oddał i po prostu więźniów tam wprowadził.

  • Czyli był to jakiś współpracownik.


To był prawdopodobnie współpracownik, tak. No, tam wielu takich rzeczy się po prostu dowiedziałem, bo przez dłuższy okres pracowałem tam, robiliśmy te instalacje telefoniczne w więzieniu na Ratuszowej, tam było podobnież ciężkie więzienie dla tych, którzy oczekiwali na karę śmierci chyba. Pokazywali, tam była taka sala rozpraw w tym więzieniu. Przykre były rzeczy, bo to nieraz jak linie rozprowadzałem, no to przez te okienka wchodziło się po drabinie, z okienka widać było cele więźniów, którzy tam siedzieli.

  • Czy pamięta pan nazwiska któregoś z tych kolegów?


Nie, tego nie pamiętam, to już tak bardzo dawno było.

  • Z punktu widzenia cywila, dziecka, atmosfery, która panowała, uważa pan, że Powstanie było potrzebne? Jaka jest pana opinia?


Ja powiem tak, że teraz dosyć dużo naczytałem się i teraz zupełnie inne jest spojrzenie niż było wtedy. Wtedy człowiek się cieszył, że jest możliwość, nawet jako dzieci przeżywaliśmy to, że jest pewnego rodzaju swoboda, że można było czytać książki, prawda… Bo jak chodziło się do szkoły, to jak była taka atmosfera, jak na przykład, że Niemcy przychodzą na inspekcję, no to wszystkie jakieś takie książki czy tam coś, no to się po prostu chowało. Akurat szkoła była w takim budynku, to było chyba na Górskiej, tam gdzie był kiedyś szpital dla psychicznie chorych, no to tam wiem, że wszyscy ewentualnie starali się pochować te rzeczy, żeby nie narazić się później na jakąś niemiecką agresję po tym wszystkim.

  • Co by pan chciał jeszcze dodać do swojej relacji, do swoich wspomnień?


Tak jak powiedziałem, nie tylko ja, ale i siostra, bardzo przeżywaliśmy to, że nazwisko ojca, miejsce zamieszkania, jest upamiętnione na tych słupach, nie wiem, czy w alei Wyzwolenia, i to jest pewnego rodzaju dla mnie, dla siostry, dla moich najbliższych naprawdę bardzo duże przeżycie, stąd moja w zasadzie chęć dowiedzenia się, skąd to się znalazło, to nazwisko ojca po tylu latach.

  • Przez te siedemdziesiąt jeden lat w ogóle nic państwo nie wiedzieli?


Tak, no i po prostu symbolicznie zawsze, na tablicy na cmentarzu Powązkowskim, Wolskim, tam jest taka tablica: „Szczątki 6 000 osób spalonych w alei Szucha”, czy tam róg Bagateli i Alej Ujazdowskich. I tam zawsze jakieś kwiaty czy lampkę zapaliliśmy, a teraz to wiemy, że na pewno, bo nazwisko ojca jest tam w tej alei i dla całej mojej rodziny i żony, która praktycznie przecież nie znała ojca.

  • Wystawa będzie do 12 listopada. Później te nazwiska znajdą się na takim Murze Pamięci, ale to jeszcze chwilę potrwa. Cały czas uzupełniana jest baza.


Muszę powiedzieć, że naprawdę szkoda by było, bo naprawdę – to ogromne wrażenie sprawia. Bo przecież po tym, jak ja się dowiedziałem, to później nasi znajomi też po prostu chodzili, to byli bardzo zaszokowani, że tyle pracy zostało włożone w to, bo to przecież wymagało bardzo dużo pracy, umieszczenie tych wszystkich nazwisk i ich znalezienie i te słupy. Szkoda, że to zniknie.

  • Ale pojawią się te nazwiska, a nawet będzie ich więcej na Murze Pamięci, tak że pamięć o tych osobach nie zniknie.


Cieszy mnie to bardzo.

Warszawa, 23 października 2015 roku
Rozmowę prowadził Jan Wawszczyk

Zdzisław Krajewski Stopień: cywil Dzielnica: Mokotów, Sielce

Zobacz także

Nasz newsletter