Zofia Cykalewicz „Jagódka”

Archiwum Historii Mówionej

Zofia Cykalewicz, obecnie mieszkam w Szczecinie, ale urodziłam się i do 1953 roku mieszkałam stale w Warszawie.

  • Jakie nazwisko nosiła pani w czasie Powstania?


Moje nazwisko rodzinne Chyła.

  • Ile miała pani lat w czasie Powstania?


W czasie Powstania miałam dwanaście lat, a przed Powstaniem już zapisałam się do harcerstwa, w jedenastym roku życia właściwie.

  • Wrócimy oczywiście do tego tematu. Proszę powiedzieć jeszcze kilka słów na temat najbliższej rodziny – rodzeństwa i rodziców.


Tak. No więc mieszkałam przy ulicy Wspólnej, to jest blisko Emilii Plater. Mieszkałam z rodzicami i z bratem, z bratem ode mnie o siedem lat młodszym. Pracował ojciec, a mama zajmowała się dziećmi i domem.

  • Jak nazywała się mama, jak nazywał się ojciec?


Mama… Ale czy też nazwisko podać mamy?

  • Jeśli pani nie ma nic przeciwko, to tak.


Aha. Władysława Wójcicka, po mężu Chyła, mój ojciec Adam Chyła. Jego rodzice mieszkali też w Warszawie.

  • Proszę powiedzieć, jakie jest pani najwcześniejsze wspomnienie, które pani zapamiętała. Jak rozumiem, to może być jeszcze wspomnienie przedwojenne.


No więc właśnie aż mnie to zastanawia, że pamiętam ten wielki orszak, jaki był na pogrzebie marszałka Józefa Piłsudskiego. Miałam wówczas trzy lata. I ojciec mnie mocno trzymał za rękę, bo było mnóstwo ludzi, ale ja to zapamiętałam na całe życie. Takie pojedyncze były różne inne, ale to było takie mocne, ale w tak wczesnym okresie, że dziecko jednak zapamiętuje jakieś rzeczy, które są jakimś dużym przeżyciem dla całego społeczeństwa.

  • Czy pamięta pani wybuch wojny?


Tak, pamiętam, bo wtedy już chodziłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej i pamiętam, że wszyscy mieszkańcy tego domu byli przekonani, że to za trzy dni się skończy, że przecież mamy układ z Anglią, Francją, wszyscy nam pomogą i na początku nie było takiej rozpaczy. Z tym że właśnie ten odcinek… Mój dom był vis-à-vis pomologii i tam było dużo wojska polskiego z końmi. I jak zaczęli Niemcy to bombardować, to były straszne rzeczy. To jako dziecko to pamiętam, że to było dla nas olbrzymie przeżycie, bo wtedy właśnie Niemcy i kościół bombardowali, którzy był bardzo blisko. No i później zaczęły się właśnie te ciężkie czasy okupacji.

  • Czy we wrześniu 1939 roku jakoś rodzina ucierpiała?


No więc mojego ojca zabrali, znaczy dostał powołanie do wojska, tak jak większość mężczyzn i ja zostałam tylko z mamą i z bratem. Miał na imię Edmund i był o siedem lat ode mnie młodszy.

  • Szacunkowo to miał rok albo niecały rok, był malutkim dzieckiem, tak?


Tak, tak, tak. No bo on się urodził w maju 1939 roku.

  • Mieszkanie ucierpiało czy nie?


Nie, nie, nasz dom nie był uszkodzony w czasie wojny, tylko to otoczenie, kościół blisko też był uszkodzony. No i Niemcy bardzo bombardowali te miejsca, gdzie były wojska polskie. A pomologia tam była dobrym miejscem, że mogli się, prawda, nasi się… I przy kościele, i w pomologii mogli znaleźć jakieś miejsce, ale samoloty bardzo atakowały te miejsca.

  • Czy ojciec wrócił do domu?


Tak, tatuś… Wielu mężczyzn właśnie powracało do domów, jakoś widocznie były już grupy rozbite. Ja dobrze nie wiem jak, bo byłam jeszcze za mała, żebym to wszystko rozumiała.

  • Czym zajmował się tata przed wojną?


Mój ojciec odnawiał antyki meblowe. Był bardzo dużo różnych takich albumów i jak ktoś potrzebował, żeby uzupełnić jakiś mebel, to właśnie w tym stylu, w jakim meble były wytwarzane, był odnawiany ten mebel.

  • W czasie okupacji to samo mogło być źródłem utrzymania?


Nie no, w czasie okupacji to już było, w zależności od tego, jakie były potrzeby ludzi, co przychodzili, bo ojciec miał swoją pracownię i różne inne rzeczy. Bardzo sobie ludzie nawzajem pomagali. Zresztą w każdym podwórku, ponieważ była godzina policyjna, to po godzinie policyjnej zbierali się wszyscy mieszkańcy i odprawiała się jakaś msza święta. W każdym domu wszyscy się spotykali na dole. Ponieważ myśmy mieszkali na parterze, to dużo osób, wyżej mieszkających, schodziło. Tam się czuli bezpieczniej, im niżej, bo te budynki miały naprawdę solidną budowę. Wiem, że nawet dzieci się doskonale bawiły na tych parapetach okiennych. Tak że dwie dziewczynki obok siebie mogły na parterze siedzieć na tym takim szerokim parapecie i bawić się, opowiadać coś.

  • Czy w okresie okupacyjnym było jakieś szczególne wydarzenie albo wydarzenia związane z Niemcami, z obecnością Niemców?


No więc oni nieraz przychodzili, robili jakieś rewizje, nie wiem, dlaczego. Jeden z moich [wujów], to znaczy rodzony brat mojego ojca pracował u Meinla, ale on był akowcem. I ja wiem, że oni bardzo często część rzeczy przerzucali do oddziałów akowskich, bo tam mogli w jakiś sposób coś zorganizować dla swojego wojska.

  • Czy ojciec był związany z konspiracją?


Nie, ojciec mój nie. Mój ojciec jakoś… Nawet mama mi… Ja mamie powiedziałam, że się zapisałam do harcerstwa, to ojciec był bardzo oburzony i nie pozwolił mi, a ponieważ mieszkaliśmy na parterze, mama mi otwierała okno i ja przez okno wskakiwałam. Wtedy kolejka EKD jeździła i jako harcerki, nie wolno nam było do jednego przedziału więcej niż dwie wsiąść, żeby to nie sprawiało wrażenia, że to jakaś grupa. I myśmy gdzieś pod Warszawę jechały do lasu, no i tam były już jakieś takie opowieści o tym, co się dzieje i nas po prostu uświadamiano, jak należy się zachowywać, że nie można nic nikomu powiedzieć, że się należy do jakiejś organizacji i tak dalej.

  • Jak to się stało, że pani trafiła do harcerstwa?


Bo mój cioteczny brat był o dwa lata ode mnie starszy.

  • Jak się nazywał?


Jacek Skroński. Z tym że on już należał do harcerstwa i umówił mnie na jakieś spotkanie, takie przed godziną policyjną, przy placu Trzech Krzyży, tam blisko placu i ten pan pytał, czy ja rozumiem, o co chodzi, czy ja się zdecyduję [należeć] do takiej nielegalnej [organizacji], jak mam się zachowywać, że nie mogę nikomu o tym mówić. Więc ja z wielkim jakimś takim nabożeństwem z nim rozmawiałam i uważałam, że to jest mój obowiązek, że muszę się tak zapisać. Ale brat, właśnie ten mój cioteczny, został… Jak wybuchło Powstanie, został od razu aresztowany z grupą ludzi i gdzieś Niemcy, no całe szczęście, że ich nie zabili, ale gdzieś trzymali przez całe Powstanie, gdzieś w piwnicy. I on dopiero [wyszedł], jak już była kapitulacja podpisana i już Niemcy puścili tych [jeńców], ale przez całe te dwa miesiące byli tam trzymani. I dzieci… To było gdzieś blisko Koszykowej. Ja dokładnie nie wiem. Tam mieli oni swoje zajęte tereny i wszystkich, których z tej okolicy złapali, to tam trzymali w piwnicach.

  • A jeszcze à propos pani przystąpienia do harcerstwa – czy ktoś pytał panią o wiek?


Nie przypominam sobie tego.

  • Były pewne ograniczenia wiekowe, od dwunastego roku życia.


No, ja jeszcze nie miałam dwunastu, miałam jedenaście.

  • Czy pani wie, jakie to było harcerstwo?


Wiem, że to była jakaś drużyna z Mokotowa i nasza grupa to nazywała się „Młody Las”. I mieliśmy te wszystkie pseudonimy takie leśne. Ja miałam „Jagódka”.

  • A dlaczego akurat taki?


Każda sobie wybierała. Można było sobie wybrać, bo tam były [różne], ale właśnie pseudonimy kojarzone z lasem.

  • Pamięta pani jakieś koleżanki, które tam były?


Ale ja ich, powiedzmy, poza harcerstwem nigdzie [nie spotykałam]. Ani do mojej szkoły nie chodziły te osoby, ani ja nie wiedziałam – żadna z nas nie wiedziała, gdzie która mieszka. W ogóle ani nazwisk swoich nie znałyśmy, tylko raczej…

  • A czy pozostały jakieś pseudonimy w pamięci?


Ja wiem, że jedna była wysoka i „Jeleń” na nią mówiłyśmy, to chyba ona sobie wybrała taki pseudonim.

  • Czy pamięta pani moment przysięgi, moment przyłączenia oficjalnego do tego harcerstwa?


To już raczej taką przysięgę… To jeszcze było to dawne harcerstwo, ale po Postaniu myśmy jeszcze mieli swoje drużyny. Jak już się wojna skończyła i dopóki jeszcze nie zlikwidowali tego harcerstwa, to myśmy jeszcze trzymali się razem i wtedy nawet ja już chodziłam do gimnazjum Słowackiego, i już kilka koleżanek, zresztą starszych ode mnie, też chodziły na te wycieczki. Jeszcze byliśmy razem w harcerstwie. A później to już wszystko zostało zlikwidowane. Ze Słowackiego część wspaniałych nauczycieli usunęli, no bo zaczęły się zupełnie inne czasy. Z tym że wiem, że nie można było, znaczy że nie było ani nauki języka, ani rosyjskiego, ani niemieckiego, tylko u Słowackiego był język francuski, angielski i łacina.

  • To już po wojnie?


Tak, po wojnie, tak.

  • Czy przed Powstaniem pani obiło się o uszy, znała pani w ogóle nazwę Szare Szeregi?


No bo ten mój cioteczny brat to już mi opowiadał różne rzeczy i ja właśnie bardzo… Ponieważ w dzieciństwie wyjeżdżali zawsze razem gdzieś poza Warszawę, to ja byłam z nim bardzo zżyta. On miał starszą siostrę, która nie należała nigdzie, ale ona była później mocno chora, tak że…

  • Czy jakieś spotkania odbywały się w mieszkaniach?


Nie, nie, nie przypominam sobie. W ogóle żadna z nas nie wiedziała, gdzie które mieszkania.

  • Czyli jedyne szkolenia, to były szkolenia, kiedy wyjeżdżała pani poza Warszawę?


Tak, tak, ale może były jakieś miejsca, takie przy tej… Bo ja chodziłam do szkoły podstawowej, więc może w szkole gdzieś pewne grupy się spotykały […]. Nie wiedzieliśmy o tym, że będzie Powstanie i miałam iść do Słowackiego, do takiej szkoły, do gimnazjum i to miała być szkoła jakaś zawodowa i mieliśmy się uczyć szyć czapek. I to Słowacki sobie taką wybrał rzecz, ale to dopiero ja do Słowackiego [chodziłam] po wojnie.

  • Czego uczyłyście się na tych spotkaniach poza Warszawą?


No więc tak. Nam mówili, jak sobie trzeba poradzić, z tym że żadnego ognia nie mogliśmy palić, żeby nikt nas nie odkrył, gdzie jesteśmy. Ale nam tłumaczono, w jaki sposób harcerze sami sobie przyrządzali różne rzeczy. Myśmy też tam próbowały zbierać jakieś owoce i zbierać jakieś takie… Zresztą wyjeżdżając, każda miała jakąś kanapkę ze sobą.

  • Ale to oznacza, że to jakby były trochę pogadanki, trochę jak wykłady, a potem były ćwiczenia typu rozpoznawanie terenu?


Tak. To znaczy nam tłumaczyli, jak się trzeba poruszać, żeby rozpoznać, w jakim kierunku się idzie, po drzewach jak rozpoznać, gdzie jest północ, a gdzie południe. Takich dużo, żebyśmy sobie poradzili, będąc na przykład w lesie.

  • No a co z powrotem, zachowaniem na terenie miasta?


Myśmy nie mieli żadnych takich spotkań.

  • Bo moment przystąpienia, to jaka pora roku albo który miesiąc? 1943 rok, a który miesiąc?


To już była jesień, jak było to pierwsze spotkanie z tym młodym człowiekiem, który ze mną rozmawiał i mi tłumaczył…

  • Czy ten młody człowiek w ogóle się przedstawił?


Nie, nie, ja nie wiedziałam.

  • Nie mówię o imieniu i nazwisku, ale o jakimś pseudonimie.


Nie, nie. Ale on mi powiedział, że on jest kolegą jakiegoś mojego kolegi ze szkoły, tak. Tak że on, powiedzmy, powiedział, że miał umówione przez kogoś ze mną spotkanie.

  • W okresie letnim, przed wybuchem Powstania, zmieniała się sytuacja na froncie. Czy pani pamięta, co się działo wtedy w Warszawie, czy pani pamięta lipiec 1944 roku?


No więc ja wtedy jakoś nie miałam kontaktów z tą swoją grupą, bo ciągle były wielkie niepokoje. Na Emilii Plater ciągle strzelali, z Niemcami były jakieś potyczki, Niemcy łapanki urządzali, więc to był już bardzo niespokojny okres. I w tym czasie ja byłam w domu i nigdzie [nie chodziłam]. Znaczy z mamą gdzieś chodziłam po mieście, jak musiałyśmy coś załatwić, ale ciągle gdzieś się chowałyśmy do jakichś… Jak już jechał jakiś wóz niemiecki, to obawialiśmy się, że będą zabierali ludzi, to myśmy gdzieś tam uciekali do podwórek, do piwnic, żeby uniknąć tego spotkania z Niemcami. Bo ja już poruszałam się wtedy tylko w tej [okolicy] Wspólna, Hoża i Emilii Plater, Wilcza i dalej już było bardzo niespokojnie.

  • Czy w czasie okupacji była pani świadkiem jakiejś łapanki?


Tak, tak, tak. I to właśnie na Emilii Plater. Tylko jakoś nam się udało uciec gdzieś z mamą do piwnicy, ale część osób zabrali. I pamiętam takich dwóch młodych panów. Oni charakterystycznie się ubierali, że od razu było widać, kto to jest. Mieli płaszcze, długie płaszcze, paski i oni zaczęli strzelać do Niemców, taka wymiana ognia była i właśnie wtedy ludzie wszyscy uciekali stamtąd, bo zaraz przyjeżdżały wozy niemieckie i…

  • Czy wiadomo, dlaczego zaczęli strzelać?


Oni może chcieli właśnie… Bo to byli jacyś oficerowie niemieccy, jadący samochodem – dwóch takich młodych, wysokich panów zaczęli strzelać do tego samochodu, tam do tych ludzi. Nie wiem, czy tych oficerów zabili, no bo myśmy już uciekli gdzieś do piwnic.

  • Proszę powiedzieć, jak pani pamięta wybuch Powstania Warszawskiego?


No więc ja nie wiedziałam, że będzie Powstanie, bo nam, dzieciom, to o tym nie mówili, tylko jak wybuchło Powstanie, to już część osób, która się tam zebrała, też byli pewni, że nam wszyscy pomogą, że to jakoś będzie bardzo krótko.

  • Ale jakie były obrazy towarzyszące momentowi wybuchu Powstania?


No, wszyscy byli bardzo przerażeni, bo Niemcy dużo bombardowali wtedy jakoś te nasze. Znaczy były już… Myśmy nie wiedzieli, że w naszych oficynach mieszka dużo Niemców. Mieszkała dentystka, taka starsza pani, do której w ogóle nikt nie chodził, i doktor Skaczewska, która była dentystką i miała zawsze mnóstwo pacjentów. A tam ta Niemka widocznie tylko miała kontakt ze swoimi. I w naszym domu też mieszkali jacyś Niemcy, o których nie wiedzieliśmy, że są Niemcami.

  • No tak. Ale kiedy wybuchło Powstanie, to zazwyczaj po prostu ktoś komuś powiedział, że jest Powstanie, albo zaczęli się kręcić ludzie z opaskami czy też uzbrojeni, słychać było jakieś strzały. Jak było w pani przypadku? Czy pamięta pani jakieś flagi albo momenty entuzjazmu?


Nie no, znaczy akurat ten dom, w którym ja mieszkałam, to wszyscy byli szczęśliwi, że wreszcie może się wyzwolimy. I jakoś był taki entuzjazm duży, że wreszcie jesteśmy na tyle chyba silni, że możemy coś robić. Zresztą wtedy niektórzy mówili, że już rosyjskie wojska to nam chyba pomogą. No a jak się stało, to wiemy.

  • Jak wyglądały kolejne dni Powstania?


Więc proszę pana, nasz dom istniał niecały tydzień Powstania. Bo to były trzy domy, od Emilii Plater, w głąb, Wspólna 75, mój dom 77 i ostatni, polski dom, 79. I tam już była bariera, tam dwadzieścia cztery godziny stali Niemcy uzbrojeni i tam nikt nie mógł się nigdzie dostać. I jak się zaczęło Powstanie, to oni też już mieli właśnie kontakt z tą dentystką. Ona im dawała widocznie jakieś znaki, bo przyszło kilku Powstańców, już przez piwnicę, bo już były otwory w piwnicach, żebyśmy mogli uciec, i zaaresztowali tę Niemkę, tę niby dentystkę. Nie wiem, czy ona rzeczywiście była, czy to było tylko tak. I Niemcy zaczęli te nasze… W przeciągu jednego dnia zrujnowali, zupełnie rozwalili, bo samolot bombardował te trzy kamienice. I myśmy uciekli dzięki temu, że były piwnice przez Emilii Plater na drugą stronę. Tam na rogu Hożej i Emilii Plater była jakaś lecznica i tam otworzyli nam drzwi i pojedynczo ludzie uciekali przez to. Niemcy strzelali, ale ludzie jakoś tak po tych strzałach przebiegali, później znowu, pojedynczo. Ja wiem, że z mamą przebiegłam, bo wcześniej mój ojciec z bratem przebiegł. I myśmy trafili do jakichś znajomych ojca i w piwnicy tam się zatrzymaliśmy. Ja nie miałam żadnego kontaktu ze swoją grupą, ale stałam u tych znajomych, bo wszyscy tam już byli cały czas w piwnicach, my domu już nie mieliśmy. Uciekaliśmy, nie mając ich przy sobie.
I jakiś kolega ze szkoły, w harcerskim ubraniu, mówi: „Co ty tu robisz, dlaczego nie jesteś ze swoimi?”. Ja mówię: „Ja nie wiem, gdzie oni są”. – „Więc ja cię zaprowadzę”. I zaprowadził mnie na Nowogrodzką, blisko placu Trzech Krzyży i to było na drugim albo na trzecim piętrze, i tam były już takie duże dziewczyny, które mogły być sanitariuszkami, a ja jedna byłam taka dwunastolatka. I mnie później gdzieś skontaktowali z tą młodzieżą, która zbierała żywność dla małych dzieci. Szczególnie chodziło o jakieś środki do odżywiania niemowląt, bo niektóre matki nie miały pokarmu. I te dzieci, jak były w piwnicy z tą matką, nigdzie nie mogły niczego zdobyć. Więc ta młodzież, taka niedojrzała, to zbierała właśnie pożywienia. Chodziliśmy po tych wszystkich piwnicach, prosiliśmy, czy ktoś ma, tłumaczyliśmy, że jest dużo właśnie małych dzieci, którym trzeba pomóc, żeby przeżyły. A nas później też organizowali. Ja na przykład dostawałam jakieś listy, musiałam nawet przejść przez Marszałkowską i na drugą stronę Alej, na drugą stronę i przenieść jakieś [informacje]. Nie wiem, czy to były jakieś rozkazy, bo mi tylko mówili, gdzie ja mam to komu oddać. I później jeszcze do Haberbuscha, tam, gdzie piwo robili, po te ziarna jęczmienia. I każdy dostawał w jakimś worku i to niósł, żeby to było na odżywienie dla wszystkich ludzi. Jakieś tam zupy z tego gotowali. Ja pamiętam, że jak mnie dali ten worek z jęczmieniem, to ja jakieś miałam zapalenie któregoś mięśnia, że w ogóle nie mogłam głową ruszać, i mnie gdzieś – blisko to było, gdzieś w okolicy Poznańskiej była jeszcze jakaś taka lecznica – gdzie mieli jakiś, nie wiem, sposób, prąd mieli, jakieś ogrzewanie mi robili i później mi obandażowali szyję i głowę. I ktoś ze znajomych moich rodziców mnie widocznie widział, bo powiedzieli rodzicom, że ja jestem w głowę ranna. A ja nie byłam ranna, tylko miałam uszkodzony mięsień szyjny, no bo chyba ten ciężar był dla dziecka trochę za duży.

  • Czyli właśnie po tym, jak pani nosiła worek, miała pani uszkodzony mięsień?


Tak, tak, tak.

  • Jak duży to był worek, ile ważył?


Nie wiem, kilka kilogramów. Ja z trudnością [szłam], bo trzeba było pod barykadami i w piwnicach. To było trudno przenieść, zwłaszcza ja byłam… Nie pamiętam, żebym była kiedykolwiek w Powstaniu głodna, że coś jadłam, bo nigdy o jedzeniu jakoś miło nie wspominałam, zawsze byłam niejadkiem.

  • Którędy pani przechodziła przez Aleje?


Na skrzyżowaniu Marszałkowskiej była dość wysoka barykada i pod tą barykadą żeśmy przebiegali. Bo tam się szło tymi piwnicami wzdłuż Marszałkowskiej, ale później trzeba było przejść, bo pod jezdnią nie było żadnej możliwości, tylko było dość wysokie przejście i przez Aleje się przechodziło na drugą stronę.

  • Czy była tylko barykada, nie było w żaden sposób przekopanej powierzchni?


Nie pamiętam. Wiem, że zawsze pod barykadami przechodziliśmy, zwłaszcza te niższe dzieci to nie miały kłopotu, bo tylko się tak nachylić i no. Może tam były jakieś inne przejścia, ale o tym nie wiedziałam.

  • A jeśli chodzi o to chodzenie w poszukiwaniu żywności, to pani chodziła samodzielnie czy to były jakieś grupy?


To po kilka osób nieraz, nieraz po dwie osoby. Nieraz były takie piwnice, że pojedynczo się później gdzieś wychodziło i ktoś odbierał, starszy odbierał do jakiejś torby czy na jakiś wózek odbierał, co nam się udało.

  • Czy pani szukała żywności do pewnego momentu, a potem właśnie zmieniła funkcję, czy to było cały czas takie mieszane?


Nie, nie. Później to raczej musiałam przenosić wiadomości w różne miejsca. Z tym że ja zawsze byłam w obrębie Śródmieścia. Nigdzie ani na Woli od nas nikogo nie było, ani w innych [dzielnicach], tylko Śródmieście, i to Centrum, znaczy przeważnie do Marszałkowskiej. Rzadko kiedy dostawałam jakieś [wiadomości], że musiałam przechodzić przez Aleje na drugą stronę. Raczej [chodziłam na] Śniadeckich, tak, tamte ulice, Koszykowa, Poznańska, w tamtym rejonie.

  • Czy w czasie Powstania pani używała pseudonimu?


Chyba nie, nie.

  • Czy pamięta pani jakieś koleżanki albo przełożone?


Wiem, że chyba była jakaś… „Jodła”, ale już teraz nie pamiętam tego.

  • A osoby, które pani to zlecały, to kto to był?


To mnie zawsze mówili, jak mam iść, gdzie mam iść, że tam dostanę polecenie, gdzie co mam zrobić.

  • Ale to byli mężczyźni, kobiety?


To przeważnie to była młodzież, tylko młodzież ode mnie starsza.

  • To z meldunkami podobnie było?


Tak, tak.

  • Czyli ktoś z młodzieży przekazywał pani meldunek?


Tak, ale nieraz mówili, że mam pójść gdzieś, na określone miejsce i tam mi ktoś dorosły coś mówił, gdzie mam iść.

  • Bo to były meldunki wojskowe czy takie informacje półprywatne?


Chyba były różne, bo nawet były prywatne listy.

  • To były słowne przekazy czy pani dostawała jakieś papiery?


Nie, papiery. I nawet listy jakieś, bo rodziny niektóre się starały, były porozbijane i starali się jakoś skontaktować. Ale ja w tej chwili zdaję sobie z tego sprawę, że nie wszystko wiedziałam. Po prostu miałam jakieś zlecenie, które wykonywałam tak, jak mi w danej chwili polecili.

  • Czy to było cały czas związane z jednym adresem, te wszystkie rzeczy, które wychodziły stamtąd, polecenia?


Nie, to były w różnych miejscach. Na przykład był taki – tylko nie wiem, w jakim okresie Powstania – Niemcy zbombardowali kościół na placu Trzech Krzyży i naszą tę kwaterę też, bo ona była na Nowogrodzkiej, blisko. I nas wtedy podzielili i na przykład ja trafiłam na Śniadeckich do jakiegoś prywatnego mieszkania, w którym nie było już nikogo z właścicieli, i nas kilka dziewczynek tam zamieszkało. Później nam powiedzieli, jak to już było przed końcem, że my nie będziemy z wojskim wychodziły, tylko musimy odnaleźć albo rodziny, albo znajomych i wyjść razem z ludnością, że nam nie będzie wolno z wojskiem, tym dzieciom, prawda, wychodzić. I mnie wtedy, właśnie już po Powstaniu w ogóle… Ja wychodziłam z rodzicami i z bratem, ale Niemcy z psami to w ogóle chwytali ludzi i ładowali do tych wagonów towarowych. I mnie załadowali zupełnie z nieznanymi mi [ludźmi], ani jednej osoby, pełen wagon i gdzie indziej moich rodziców. I dopiero później mi opowiadali, że moja mama chodziła gdzieś tam, chyba w Pruszkowie i mnie szukała, ale nie znalazła, bo ja byłam gdzie indziej.

  • Gdzie pani wtedy była?


Tak. I ja nawet nie wiem, jak się nazywało, bo ja byłam wtedy zupełnie sama. Gdzieś za Warszawą otworzyli te nasze wagony i kazali nam wychodzić. Wiem, że stały furmanki takie, i przydzielali ludzi z Warszawy do gospodarzy na wsi. I ja nie chciałam tam nigdzie iść, tylko stanęłam w kolejce, bo dawali jakąś zupę. I pamiętam, że ta zupa mi tak strasznie smakowała, a miałam jeden garnuszek, taki litrowy, że stanęłam, nalali mi i ja nie miałam nawet łyżki, więc wypiłam to, co było, a ręką zjadłam to, co było gęste. I tak mi to smakowało, że stanęłam jeszcze raz do kolejki. I do mnie podeszła jakaś młoda pani i mówi tak: „Dziecko, wyjdź z tej kolejki, nie możesz więcej jeść, bo ty jesteś wygłodzona i będziesz chora”. Ja na panią popatrzyłam, taka miła pani, mówię: „No, dziękuję”. I poszłam na tę stację kolejową – już przyjeżdżały normalne pociągi – i otwierałam drzwi i patrzyłam, czy nie ma kogoś znajomego. Otworzyłam drzwi i siedziała moja mama z bratem, moja babcia, jeszcze ciotki. I trafiłam. Oni już jechali do jakiejś rodziny, wiedzieli, dokąd jadą, bo gdzieś mieli pod Warszawą jakąś rodzinę. A ojca do Niemiec wzięli, bo ojciec wziął brata i myślał, że jakoś mu się uda z bratem, ale brata, on miał pięć lat, od razu osobno i wtedy mama skoczyła i zabrała brata ze sobą, dzięki temu nie został on w ogóle bez rodziców. A ojca do Niemiec zabrali, tak.

  • Wróćmy jeszcze do wspomnień powstańczych. Czy ma pani jakieś wspomnienia związane z wydarzeniami natury religijnej, typu msze, modlitwy.


No więc były na ogół także wieczorem jakieś modlitwy, ale ja tego tak bardzo, bardzo nie pamiętam, bo byłam już tak zmęczona, że na ogół jak gdzieś mogłam, to gdzieś kucnęłam i trochę spałam. Tym bardziej że to były ode mnie dużo starsze osoby i one, te dziewczynki, się trzymały razem, a ja byłam taka sama.

  • Nie było nikogo w podobnym pani wieku?


Nie. No właśnie byłam [sama]. Później to jak mnie już przydzielili, że chodziłam… Ale też, powiedzmy, miałam gdzieś przydział nie z jakąś swoją grupą, którą znałam w czasie okupacji.

  • Czy pamięta pani, co się działo w czasie wolnym? Czy pamięta pani w ogóle, że miała jakiś czas wolny?


Nie, nie. Ciągle coś było takiego, że trzeba było albo się chować, albo uciekać, albo coś komuś pomóc, bo ktoś był ranny, to trzeba było pobiec do kogoś i powiedzieć, że tutaj trzeba komuś pomóc. Ta nasza grupa nie miała jakiegoś takiego luzu, życia towarzyskiego, nie. Ja nie przypominam sobie czegoś takiego.

  • Proszę mi jeszcze wytłumaczyć: spotkał panią kolega albo pani spotkała kolegę. Skąd on wiedział, że pani jest w harcerstwie?


No, może on był dobrym kolegą mojego brata, bo on był starszy, ten chłopiec, ode mnie. Może brat już mu coś mówił, no, widocznie. Bo ja w ogóle w tej chwili nie pamiętam, jak on wyglądał, ale ja też nie bardzo wiedziałam, kim on jest, i się zdziwiłam, że on mnie pyta, dlaczego. Ale mu wytłumaczyłam, że zbombardowali nasz dom i ja nie wiem gdzie, i on mnie odprowadził tam.

  • A co z rodzicami? Bo pani była jednak z rodzicami, bratem. Czy nie oponowali, że pani…


No właśnie później, jak już byłam dorosła i miałam własne dzieci, to się dziwiłam, że rodzice jakoś nic [nie wzbraniali]. W ogóle jak ja powiedziałam, że muszę iść do swojej grupy harcerskiej, to oni uznali, że jak muszę, no to [muszę]. Bo oni też już nie mieli domu, byli gdzieś w piwnicy u kogoś i byli tak chyba przygnębieni tym, co się stało, że liczyli na to, że jak będziemy mieli szczęście, a nie wiadomo, jaki los w ogóle kogo [spotka], czy ich zły tu spotka, czy mnie gdzieś, jak będę sama.

  • Czy pamięta pani, który to był dzień sierpnia, kiedy pani poszła na Nowogrodzką?


Proszę pana, to był koniec pierwszego tygodnia, tak. Bo oni zbombardowali te trzy domy bardzo wcześnie, żeby Powstańcy nie mieli do nich dojścia.

  • To było tego samego dnia, kiedy państwo musieli wyjść z mieszkania?


Myśmy uciekali. Z tym że ojciec chwycił brata na ręce, tego pięciolatka, i uciekli, nie czekał ani na mamę, [ani na mnie]. A moja mama dostała jakiegoś stuporu i w ogóle przestała mówić i nie mogła się ruszyć. Ja stałam za mamą i jakiś taki, nie znałam tego pana, zaczął na mamę moją krzyczeć, żeby się ruszyła, bo my wszyscy tu zginiemy. Ponieważ to był silny, młody mężczyzna, uniósł mamę i mama wtedy chyba z tego odrętwienia wypadła. I on mamę popychał i ja wtedy za mamą przez te piwnice, później przez tę ulicę, prawda, dostałam się już na tę drugą stronę.

  • Czy jak pani potem działała, powiedzmy, w ramach tej służby, to miała pani kontakt z rodzicami, odwiedzała rodziców?


Nie, nie, w ogóle. W ogóle nie wiedziałam, gdzie oni są.

  • To kiedy pani ich znalazła?


Dopiero jak nam powiedzieli, że musimy szukać swoich rodzin, już właściwie chyba jak była kapitulacja zawarta, bo nam powiedzieli, że my musimy iść z ludnością cywilną.

  • I gdzie pani znalazła rodziców?


Wtedy znalazłam… Bo mój dziadek też mieszkał blisko, od Politechniki, na ulicy Śniadeckich, tylko bliżej właśnie Politechniki, a ja tutaj, na Śniadeckich, jak się zaczynała [ta ulica]. Tak że ja wtedy nawet nie szukałam, nie pamiętałam, że tam dziadkowie gdzieś mieszkają. Bo ja z tymi koleżankami mieszkałam na parterze, w jakimś domu, gdzie nam powiedzieli, że tu mamy czekać i później, jak już będzie się ewakuować, to musimy odnaleźć kogoś bliskiego i z nim wyjść.

  • Jak byliście na Śniadeckich, to jeszcze coś wykonywaliście?


Nie, nie, myśmy już tam siedziały i wtedy już byłyśmy jakieś takie mało energiczne, już zmęczone tym wszystkim i każda z nas myślała, jak trafić do kogoś bliskiego.

  • Mniej więcej od kiedy byłyście na Śniadeckich?


To chyba było nie dłużej jak dwa tygodnie.

  • Czyli mniej więcej od połowy września?


Tak. Nawet może więcej niż połowę.

  • Jak było wtedy z żywnością?


Więc mówię panu, ja jestem zdziwiona, bo ja w ogóle nie mam żadnych [wspomnień z tym związanych]. Jedno mam skojarzenie, że jak jeszcze trafiłam kiedyś, to widocznie z mamą, gdzieś do jej siostry, do ciotki, ona mieszkała [na Piusa XI] (wtedy obecna Piękna to była Piusa XI), mówiła, że ma jakieś płatki owsiane, i przyniosła. A tam były liszki, więc ja powiedziałam, że nie, ja tego jeść nie będę. Ja mówię: „To ja mogę umrzeć z głodu, to nie jest takie straszne, nie będę tego [jadła]”, a mój pięcioletni brat powiedział, że on jest głodny i żeby mu ciocia ugotowała. I on to jadł. Takie to były, tak. Tak że ja w ogóle nie pamiętam, co ja jadłam, kiedy jadłam, bo ja zawsze nie miałam apetytu, miałam anemię, takim byłam dzieckiem. Pamiętam, w czasie okupacji to lekarz pediatra powiedział mamie, żeby na parapecie okna ułożyła dużo jabłek i gwoździe powbijała do tych jabłek, że jak będzie rdza, to będzie żelazo i żeby te jabłka mi wtedy dawać. Ale to było coś tak obrzydliwego w wyglądzie i tak paskudnego w smaku, że ja tego nie chciałam przełknąć.

  • A czy pamięta pani z kolei rzeczy związane z higieną, myciem?


No, ja pamiętam tylko, że my wszystkie miałyśmy wszy, to było coś okropnego. To było coś okropnego, bo z myciem było bardzo… Właśnie nie było nigdzie wody, więc to było bardzo przykre i myśmy bardzo często, jak znalazłyśmy jakieś ubranie, to zrzucałyśmy to brudne i zakładałyśmy coś innego… Jak gdzieś właśnie w jakimś mieszkaniu, do którego trafiłyśmy, można było znaleźć coś, w co można się ubrać.

  • Proszę powiedzieć, czy jest jakieś przeżycie, które by pani uznała za najsilniejsze, takie które utkwiło w pamięci?


Tak, no najbardziej, najbardziej ja już chciałam wreszcie trafić do kogoś bliskiego, żebym nie była stale z obcymi ludźmi, i właśnie dlatego stałam na tym dworcu, jak nas już wypuścili z tych wagonów. Bo nawet tam były taka sytuacja, że był tak nabity wagon, że mężczyźni w narożniku nabili część, żeby była ubikacja, z której można korzystać. I jakaś pani podeszła do mnie i mówiła: „Ja ciebie zasłonię, dziecko, idź, zrób siusiu”. Ale ja miałam taki jakiś skurcz, że ja w ogóle się wstydziłam, nie poszłam tam.

  • To oznacza, że w czasie Powstania tak naprawdę czuła się pani mocno osamotniona.


Tak, tak.

  • Mimo że nie zakolegowała się z tymi dziewczynkami, które…


Nie, no bo one miały zupełnie inne zajęcia. One się znały i…

  • No tak, ale miesiąc pani z nimi spędziła, to można się poznać, jak na koloniach.


Ale nie, ale myśmy się rzadko, rzadko… Bo ciągle, powiedzmy, o różnej porze, jak ja zmęczona gdzieś położyłam się, spałam, one już później miały jakieś zlecenia konkretne i ja z nimi w ciągu dnia [rzadko się stykałam]. A po mnie ktoś zawołał, że mam iść na przykład zbierać te potrawy dla dzieci czy w czymś tam pomóc, to zawsze [szłam] z jakimiś przypadkowymi osobami. Nie byłam nigdy z kimś, kogo znałam dobrze, i to było dla mnie bardzo trudne.

  • A czy było jakieś miłe przeżycie, ciepłe, przyjemne?


No więc, jak na przykład gdzieś stanęłam i weszłam do piwnicy, i okazało się, że tam są ludzie, że coś wesołego opowiadają, to bardzo chętnie usiadłam i się śmiałam też z tego, co oni mówią. Bo to byli ludzie, którzy do końca starali się mieć i podtrzymywać nastrój, a byli tacy, którzy na początku Powstania byli szczęśliwi, a później bardzo narzekali i oskarżali, że to przez Powstańców taka ich dola dotknęła.

  • To znaczy że pani na przykład chodząc po piwnicach, spotykała i powoli rozpoznawała tych samych ludzi?


Nie, ja po prostu… To byli dla mnie obcy, tylko jedni byli bardzo sympatyczni, weseli i tam chętniej posiedziałam i posłuchałam, co się dzieje, i dalej szłam, jak miałam coś załatwić. A jak gdzieś było bardzo nieprzyjemnie i ktoś na coś narzekał, no to szybko stamtąd uciekałam.

  • Żywności pani szukała pojedynczo czy z kimś?


Nieraz było nas kilkoro i to przeważnie dziewczynki razem chodziły, a po ten jęczmień to i chłopcy, i to już nas prowadzili taką dużą grupą. Teraz wiem, że to przez Grzybowską, a wtedy to było tak, jak się szło tymi piwnicami, że ja nie wiedziałam, gdzie my właściwie idziemy.

  • Czy jeszcze z okresu Powstania jest jakieś szczególnie dramatyczne przeżycie, na przykład była pani świadkiem bombardowania albo widziała jakiegoś rannego w którymś miejscu?


No tak, tak, to przy placu Trzech Krzyży jak było to bombardowanie, to tam byli ranni. Z tym że tych młodzików to stamtąd wyrzucali, żebyśmy szli w inne miejsce, bo myśmy nie mogli pomóc, a raczej byśmy przeszkadzali w tym wszystkim.

  • Czy miała pani na przykład jakąś torbę ze sobą, gdzie miała na przykład jakieś opatrunki albo coś takiego?


Nie, nie, nie miałam, nie.

  • To jak na przykład ta żywność była przez kogoś przekazana, to w co pani zabierała?


Myśmy mieli jakieś takie torby, które trzymaliśmy gdzieś przywiązane, i jak już coś znajdowaliśmy, no to później to na plecach dźwigaliśmy czy coś takiego. I zawsze ktoś odbierał później po drodze, jeżeli mieliśmy czegoś więcej. Ale to było właśnie w okolicach Koszykowej, Poznańskiej, tamte domy. Ale wszędzie były przebite przejścia w piwnicach. To uratowało przecież życie wielu ludziom, bo nieraz dom był zawalony, a piwnice jeszcze [nie]. Bo to nie było takie jak teraz budownictwo, że jest takie bardzo lekkie.

  • Czy pamięta pani tak zwane zrzuty?


Ze słyszenia tylko. Bo nam mówili, że Rosjanie też zrzucali, ale tylko jakiś suchy, czarny chleb. A Niemcy bardzo często chwytali te zrzuty z takimi dobrymi jakimiś. Z tym że nigdy nie widziałam tych rzeczy zrzucanych, tylko młodzież opowiadała, mówili o tym, że właśnie są zrzuty.

  • Czyli samolotów na niebie też pani nie pamięta?


No tak specjalnie, przynajmniej w tej chwili, [nie pamiętam]. Wówczas to na pewno, bo jak samolot, to myśmy się bali, czy to nie Niemiec, który będzie do nas strzelał. No więc to też była bardzo… Przecież Niemcy w tych dzielnicach, gdzie ich nie było, to atakowali w różny sposób ludność, więc myśmy raczej nie byli tacy żądni wrażeń, bo raczej się chowaliśmy, jak leciał samolot.

  • Myślę, że możemy powoli przejść do okresu już po Powstaniu, chyba że jeszcze jest coś, co by chciała pani dodać.


Nie, wie pan, bo ja już w tej chwili nie przypominam sobie, a przecież nie mam zwyczaju, żeby fantazjować, bo to nie ma sensu. Nawet mam spośród swojego otoczenia dużo osób, które opowiadają jakieś rzeczy, które wiadomo, że nie miały miejsca, ale lubią opowiadać i bohaterów robić.

  • Gdzie po Powstaniu państwo się znaleźli?


Więc, po Powstaniu, jak nas wywieźli, to myśmy gdzieś trafili do jakiegoś gospodarstwa wiejskiego i tam ta moja mama z bratem i ze mną, ciocia jedna ze swoją córką i jeszcze ktoś z rodziny, razem, w jednej izbie mieszkaliśmy. I później reszta poszła i myśmy zostały tylko z ciocią jedną i ona z córką u tej jednej gospodyni, i moja mama z naszą dwójką. I nam przydzielili ziemniaki, ale tylko te, które zmarzły, więc z takich zmarzniętych ziemniaków coś tam robili. Wiem, że nie było tam co jeść, ale na przykład mój brat miał pięć lat i ciągle zazdrościł, że gospodyni córka, która była chyba w jego wieku, dostaje od matki kogel-mogel i on by też chciał, no ale nikt mu tego nie dał. No więc wiem, że on rozpaczał, że nie ma. Tam na tej wsi była gorzelnia, więc tam ludzie się upijali, a jak pierwsza grupa Rosjan dotarła, to byli ludzie wzrostu jakieś metr trzydzieści, tak niscy, i mieli karabiny na takich sznurkach, i oni w ogóle nie używali chyba sztućców żadnych, bo jak wpadali do takiej izby wiejskiej, to wszystko łapali do jedzenia rękoma. Rysy twarzy mieli, jakby byli z dalekiej północy. Ja po raz pierwszy takich ludzi widziałam.

  • Albo z Dalekiego Wschodu.


Tak, tak, tak. I ponieważ tam była ta gorzelnia, to tam się dantejskie sceny działy. No tak nasycone tym spirytusem ubrania, wystarczy jakaś zapałka i przynieśli do nas takiego pana, Polaka, który był tak poparzony… A wtedy nie sądzono, że można zrobić krzywdę, jak jeszcze jakieś prześcieradła w oleju maczali i okładali to. Przecież zatrzymywali tę wysoką temperaturę na skórze, ale takie były pojęcia wówczas. Zresztą trudno od tych ludzi wymagać, żeby wiedzieli, jak to [leczyć]. Ja wiem, że temu panu uszy poodpadały, nos. On tak cierpiał, on prosił, żeby go zabić. Później go gdzieś zabrali. Ale strasznie cierpiał. Mimo że go rozebrali i w śnieg wrzucili, to była straszna rzecz.

  • Proszę przypomnieć, jaka to była miejscowość?


Osuchów. Ta wieś nazywała się Osuchów. To było jakieś chyba, tak jak pytałam, około sześćdziesięciu kilometrów od Warszawy.

  • Czy po przejściu frontu, po przejściu Sowietów wyruszyliście stamtąd? Jak długo tam byliście?


Nie. No więc, proszę pana, mama zostawiła mojego brata u tej gospodyni, a ze mną zaczęłyśmy iść w kierunku Warszawy. Ale ponieważ ja też nie miałam butów odpowiednich, już nie miałam siły, bo miałam tak zranione nogi, że zostałyśmy jakieś chyba dwa dni po drodze i później dotarłyśmy do Warszawy. I mama gdzie znalazła jakieś miejsce, to przychodził na przykład jakiś pan ze swoją rodziną i nas wyrzucał, bo myśmy nie mieli żadnego opiekuna. I mama gdzieś znalazła na Litewskiej, vis-à-vis było wojsko nasze, miało [kwatery]. Ale tutaj domy były spalone, były tylko piwnice. Jakieś dwie starsze panie jedną piwnicę zajęły, a mama ze mną drugą. I mama mi powiedziała, żebym ja tutaj została, bo ona idzie po brata i z nim przyjdzie, i wtedy będziemy wszyscy we trójkę razem. Ale tam nie było ani drzwi w tej piwnicy, ani okien, więc ja się tam bałam być. Tam było jakieś łóżko takie (no, łóżkiem trudno to nazwać), jakaś taka prycza z czymś, więc ja na tym nie leżałam, tylko pod tym łóżkiem. Jakoś tak sobie myślałam, że jak ktoś wejdzie, to zobaczy, że nikogo nie ma, to pójdzie albo położy się na to łóżko, a ja pod tym łóżkiem jakoś ocaleję. No bo po prostu bałam się sama tam być. Wiem, że te panie obok gotowały szczury i mnie zapraszały na dietę jakąś, ale ja jakoś raczej stawałam w kolejce, bo w Warszawie były kolejki, jakieś zupy dawali. Więc ja miałam ten jeden garnuszek, to nieraz jakąś zupę kupiłam. No więc to były straszne czasy, tak. Później mama już przyszła z bratem i myśmy we trójkę mieszkali tam na Litewskiej i ja zaczęłam chodzić do gimnazjum.
Pamiętam, że poszłam po raz pierwszy w takiej tiulowej spódnicy, bo ktoś mi dał, taka jakaś w kloszu, jakiś taki kożuch podarty do tego i jakieś buty. I poszłam właśnie na pierwszą lekcję tak ubrana dziwacznie. I pani od francuskiego wzięła najpierw całą tą grupę, tych, którzy do pierwszej klasy się zgłosili, i bardzo namawiała, żebyśmy się uczyli francuskiego. Ja jakoś wiedziałam, że jest jeszcze angielski, jakoś bardziej mi podobało się chyba pójść na angielski. Ale pamiętam, że pani bardzo… To pani Szukszta, pamiętam, bardzo miła pani, bardzo ładnie mówiła po francusku. Ja z tego zapamiętałam, jak ona mówiła: Qu'est-ce que c'est? C’est la classe. Więc tyle z tego francuskiego pamiętałam. I poszłam na angielski. I tam pani Tabęcka, skrzypaczka, przepięknie grała. Najpierw nam zagrała na skrzypcach, pięknie grała. Ona miała syna, który walczył w Powstaniu, jedynaka i on niestety zginął. Jacek Tabęcki zginął, a ona nas uczyła angielskiego. Ona nie była nauczycielką. Znaczy uczyła nas z tego, co sama znała.

  • Wróćmy jeszcze do wspomnień dotyczących rodziny. Proszę powiedzieć, kiedy wrócił ojciec.


To dopiero, jak się już… No na razie, znaczy był gdzieś w tej strefie Niemiec, gdzie były fabryki, w jakiejś fabryce pracował. I później, jak Amerykanie już tam tamte, to mieli jakiś okres taki, że chcieli tych ludzi trochę ożywić, i później, kto chciał, to mógł już wracać, organizowali. No i oczywiście ojciec chciał wrócić do Warszawy. Każdy dostawał jakiś duży bagaż z jakimiś… Wiem, że ojciec [dostał] jakieś śliwki, jakąś czekoladę, coś, jakieś takie rzeczy, żeby trafiły do swoich rodzin i żeby po drodze też coś miał. Chyba nawet tego nie otwierał, ale były też jakieś punkty, gdzie karmili ludzi, którzy [wracali]. I ojciec wrócił do Warszawy. Oczywiście na naszym domu, na tym domu, gdzie mieszkaliśmy, to już były tylko gruzy, ale chodząc po Warszawie, znalazł gdzieś jakiś adres kogoś, kogo znał, i dowiedział się, gdzie my jesteśmy. Tak. I przyszedł do nas. A koleżanka z mojej klasy prosiła swojego ojca, żeby znalazł jakieś pomieszczenie, żebym ja nie mieszkała w tej piwnicy na Litewskiej, tylko blisko gimnazjum. I na Filtrowej był dom (to kiedyś były domy oficerów polskich), w którym były chyba te parterowe do utrzymania, ale ludzie tak sami zajęli. I od strony podwórka na balkon była przerzucana deska i po tej desce przechodziło się, można było na ten plac też wejść. I ten pan taką kuchnię z wnęką dla mamy i dla naszej dwójki znalazł. I później nas tatuś tam odnalazł. Później już rodzice znaleźli jakieś inne miejsce, wywieźli nas gdzieś, gdzieś później baraki na Kole zrobili i nas tam wszystkich [umieścili]. I bardzo dużo ludzi, oficerów o wysokiej randze, wszystko im pozabierali, bo już uważali ich za ludzi, których raczej trzeba mieć na uwadze, i poaresztowali wiele z tamtych osób. Ale tam bardzo dużo ludzi mieszkało, na barakach. A ja jeździłam już tramwajem do Słowackiego stamtąd, z tych baraków.

  • Czy jest jeszcze jakieś wspomnienie dotyczące okresu wojny, które chciałaby pani opowiedzieć?


No więc ja miałam takie przeżycie, które mnie szalenie wystraszyło. Szłam Wspólną (to jeszcze było, prawda, za czasów okupacji) i rozmawiałam z jakąś koleżanką, z którą chodziłam do szkoły. I szedł jakiś chłopak, który miał jakieś emblematy niemieckie, i coś do mnie mówi: Was? Tak jak myśmy wtedy mówili. A ja powiedziałam: „Kapusta i kwas”, bo tak dzieci odpowiadały Niemcom. I on zaczął biec za mną, a ja uciekałam, a to już było ciemno. Wpadłam w jakieś podwórko i byłam tak przerażona… [Wpadłam] gdzieś, na jakąś klatkę schodową i się bałam wyjść, a później już była godzina policyjna. I ja nie wiedziałam, gdzie ja w ogóle jestem. Po raz pierwszy się bałam, że gdzieś zgubiłam się i nie wiem, jak z tego wyjść. To było dla mnie bardzo.. Ale to był Polak jakiś, widocznie rodzice przeszli [na stronę niemiecką] i on się już czuł takim Niemcem. I nie wiem, czy on mnie chciał uderzyć, w każdym razie się jego przestraszyłam i pamiętam, że bardzo to przeżyłam. I już tam gdzieś pod schodami siedziałam i dopiero jak się dzień zrobił, to rozpoznałam, gdzie ja jestem, i trafiłam do domu.

  • Czyli spędziła pani tam noc?


Tak, tak, tak, tak, tak. Ale to było wielkie [przeżycie]. Wtedy się bałam, bo nie wiedziałam, gdzie jestem i czy on w ogóle mnie nie dopadnie później i nie zabije. No bo to już wtedy było tak… Byłam wystraszona po prostu.

  • Proszę powiedzieć, już tak na zakończenie naszej rozmowy, co pani dziś myśli o Powstaniu Warszawskim.


Proszę pana, więc ja jako dziecko czułam taką dumę, że mogę coś takiego zrobić, i wierzyłam w to, że jak Rosjanie są tak blisko, to pomogą, bo przecież mają wojsko, że jest nasze wojsko polskie, że nam wszyscy jakoś pomogą. No a jak się stało, to wiadomo. I byli ludzie, którzy byli już w czasie Powstania niezadowoleni, ale byli tacy, że byli dumni z tego, że mogą po tylu latach coś zrobić.

Warszawa, 29 lipca 2019 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski

Zofia Cykalewicz Pseudonim: „Jagódka” Stopień: służby pomocnicze Formacja: Obwód I Śródmieście; Podobwód „Sławbor” Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter