Edward Zamiara „Hrabia”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Edward Zamiara.

  • W którym roku się pan urodził?


16 listopada 1934 roku.

  • Gdzie pan był w czasie Powstania?


W czasie Powstania byłem zasadniczo w dwóch miejscach. W miejscu mojego starego zamieszkania przy ulicy Marszałkowskiej 31A mieszkania 66. Ten gmach już nie istnieje od czasu Powstania Warszawskiego. 3 sierpnia musieliśmy stamtąd uciekać i przez Mokotowską, 6 Sierpnia, w kierunku Śródmieścia. „Ukraińcy” palili dom po domu, mordując wszystkich kolejno, między placem Unii Lubelskiej a placem Zbawiciela. I kiedy dostaliśmy wiadomość od jednego z uciekinierów poprzednich bloków, że już palą poprzedni blok, wtedy uciekliśmy. Była taka możliwość, bo były już zrobione dziury, otwory pomiędzy jednym domem a drugim, w fundamentach budynku. I tak przeszliśmy przez trzy fundamenty budynku w kierunku kościoła Zbawiciela. Tam musieliśmy wyjść na górę z tych podziemi, żeby przejść przez ulicę Mokotowską. Niemcy strzelali z lewej wieży kościoła, jedynej zresztą wtedy, kościoła Zbawiciela. I niestety ze skutkiem strzelali. Wtedy zobaczyłem już drugiego nieżyjącego Powstańca, młodego chłopaka, który nas przeprowadzał przez Mokotowską. Podobnie rzecz się miała na ulicy 6 Sierpnia, gdzie była barykada w poprzek ulicy. No i tam się zgubiłem z moją mamą i siostrą, bo ja zdążyłem się przeczołgać, Niemcy zabili trochę starszego ode mnie chłopaczka, który się czołgał… No, to nie był wykop, to był taki dołek. Jego trafili, mnie się udało, no ale Powstańcy już pozostałych, czekających ludzi na przejście ulicą 6 Sierpnia nie puszczali. Tam się zgubiłem z mamą. Ale wcześniej uzgodniliśmy, że spotkamy się u księży na Koszykowej. Dlaczego u księży na Koszykowej? Ja byłem ministrantem w kościele Zbawiciela przez cztery lata, od 1940 roku do dnia Powstania. Bardzo często ksiądz Cegłowski, mój ulubiony ksiądz, wysyłał mnie z różnymi poleceniami właśnie na Koszykową, gdzie mieszkało bodajże sześciu czy siedmiu księży. I tam mieliśmy się spotkać. Ojca mojego nie było, tata się z nami pożegnał 1 sierpnia, zaraz po śniadaniu. Okazało się – dowiedziałem się tego znacznie później – mój tata był żołnierzem 1112 plutonu [Dywizjonu] „Jeleń”; pluton, który był predysponowany do ochrony osobistej generała „Bora” Komorowskiego. Było ich tam takich chwatów trzydziestu sześciu, w tym cztery sanitariuszki. Tak że z ojcem pożegnałem się 1 sierpnia rano i zobaczyłem się z nim po pięciu tygodniach mojej zresztą już współpracy w czasie Powstania w Batalionie „Golski”. Zupełnie przypadkowo spotkałem mojego znajomego, starszego kolegę, który chodził do szkoły Wawelberga przy ulicy Mokotowskiej, róg Polnej. I Janusz zapytał: „Co ty tu robisz?”. Odpowiedziałem takim samym pytaniem. Okazuje się, on był już w „Golskim”.

  • A jak się nazywał Janusz?


Janusz… Księga. Księga Janusz, pseudonim Janusz. I on zorganizował takich chłopaczków jak ja, ja byłem najmłodszy, miałem wtedy dziesięć lat. I wtedy ówczesny dowódca 3. kompanii, pseudonim Zieliński, nazwisko Zdzisław Zakrzewski… On chyba się potem spalił od pocisku z krowy. No i zaczęła się nasza służba, takich chłopaczków. Pierwsze zadanie, które dostaliśmy, to było przygotowanie szpitala na ulicy Śniadeckich. Chyba Śniadeckich 8. Tam była wcześniej szkoła i tam mieliśmy wnosić wszystko, meble. Dla mnie, takiego dziesięcioletniego chłopaczka, była to bardzo, bardzo ciężka praca.

  • A ci inni w jakim wieku byli?


Pozostali? Nie przekraczali piętnastu lat. I nas było kilkunastu. Ciągle się zmieniało, bo wiadomo, ciągle ktoś ginął. Tam najgorsi byli w naszej okolicy… Bo między ulicą Koszykową i Śniadeckich było takie olbrzymie podwórze (nie wiem, jak to teraz wygląda, nie byłem tam już kilkadziesiąt lat), wybetonowane i „gołębiarz” przeważnie tam czatował. Wszystko, co się ruszało, nie miało prawa tam przejść. No i my przygotowywaliśmy szpital. Początkowo nas porucznik Zieliński nie wypuszczał na te akcje bojowe, zresztą nie mieliśmy żadnej broni – my, chłopacy, nie mieliśmy żadnej broni ze sobą. No ale potem przybywało coraz więcej obowiązków. Początkowo, ze szpitala, który powstał na Śniadeckich 8, nosiliśmy wymiennie różne leki między tym szpitalem na Śniadeckich a szpitalami na Poznańskiej, aż do ulicy Świętej Barbary. Chyba tak było. Ale potem jak trzeba było, czego się najgorzej bałem, to noszenia butelek zapalających, które produkowano w piwnicach szpitala na Śniadeckich, bo widziałem śmierć mojego młodego kolegi, którego „gołębiarz” trafił. On po prostu spalił się.

  • Pamięta pan, kto to był?


Nie pamiętam, nie pamiętam.

  • Czy pamięta pan, kiedy to było?


To mogło być pod koniec sierpnia, na pewno pod koniec sierpnia. To już wtedy nosiliśmy i granaty, ale osobno były granaty z zapalnikami, osobno. Tego się nie bałem. Najgorzej się bałem butelek zapalających. Pocisków, jak nosiłem, to się nie bałem, nie było się czego bać. Tylko właśnie najgorsi byli „gołębiarze”, którzy strzelali i na ulicy Koszykowej, i na Poznańskiej, i na wszystkie przyległe. Te ulice szczególnie… No, wysyłali nas też w kierunku Politechniki, bo już była Lwowska [w naszych rękach]. I przeważnie polecenia dostawałem albo od „Janusza”, tego Księgi, nie, albo ktoś, kto jego zastępował. Specjalnie się nami nie interesowano, tylko właśnie „Janusz” nami dyrygował. Tylko że nas było coraz mniej. Pod koniec Powstania było nas już pięciu, czterech… Pięciu. I tak wtedy wybiórczo, pojedynczo. „Ty pójdziesz tam, ty pójdziesz tam”. „Ty dzisiaj jak to załatwisz, to już masz wolne”.
No, do tej pory, mimo upływu tych siedemdziesięciu pięciu lat, ciągle się dziwię, że zachowanie mojej mamy… Moja mama mi nie broniła tego, że ja nagle znikam. Wiedziała, gdzie jestem, bo przeważnie mówiłem, że… Bo [byłem] w Wydziale Architektury na rogu Koszykowej i Lwowskiej. On potem runął 15 września od pierwszego pocisku Karla. Mógł to być drugi pocisk, ja byłem ranny od pierwszego, on był o jakieś sto metrów wcześniej wystrzelony, upadł jakieś sto metrów wcześniej, a od drugiego czy następnego pocisku został ten gmach zburzony. Tam się mieścił sztab [Batalionu] „Golski”. Tam dostawałem papu, a z jedzonkiem, jak pan wie, było bardzo źle w miarę upływu Powstania. I w międzyczasie mama moja wiedziała, gdzie ojciec jest. Tata zostawił jej w jakiś sposób namiar na siebie, na Wolską. Co było dalej z moim ojcem, tego mama nie wiedziała, ale wspaniale działająca poczta harcerska dostarczyła list, który mama wysłała, i ojciec wiedział, gdzie my jesteśmy, że jesteśmy prawdopodobnie… To było z moją mamą uzgodnione, między ojcem a mamą, że tam nas musi szukać, że tam my będziemy, tam się zatrzymamy. Bo było małe prawdopodobieństwo, że całe Powstanie przetrwamy na Marszałkowskiej, ze względu na sąsiedztwo alei Szucha – Szucha, Litewskiej, placu Unii Lubelskiej, prawda – ze względu na Niemców. [Tam] przeżyłem swój chyba najtragiczniejszy dzień w Powstaniu, który był pierwszym dniem, ale to jest wcześniejsza trochę historia, opisana w moich wspomnieniach, pod tytułem „Dlaczego nie strzelił?”. Ale to jest zbyt długie opowiadanie na dzisiejsze nasze spotkanie.

  • W skrócie może pan je opowie.


Życzy pan sobie pierwszy dzień?

  • Tak.


To na razie zostaniemy przy Koszykowej, a ja wrócę do pierwszego dnia Powstania.

  • Nie ma problemu, obyśmy tylko pamiętali dzień.


Przyszła pierwszego dnia, gdzieś koło południa, po południu (to mogło być gdzieś czternasta) przyszła mama takiego mojego kolegi dwunastoletniego, z szóstego piętra naszego domu i z Jankiem prosiła, żeby moja mama się zgodziła na moje wyjście. Mama się nie chciała zgodzić, ale widząc opiekę tej pani, w końcu uległa. Zresztą znało się te panie, bo ileś tam lat razem mieszkały w bloku 31A. I wyszliśmy na aleję Piłsudskiego. Skręciliśmy w prawo, idąc w kierunku Polnej i byliśmy już na wysokości szkoły Wawelberga. Wtedy nastąpiła, o czym oczywiście wówczas nie wiedziałem, godzina „W”. Wtedy zaczęły się strzały. Mama Janka natychmiast mówi: „Szybko do domu!”. Ale od strony alei Piłsudskiego nie było żadnego wejścia do naszego dużego bloku. Ten blok, który mieszkaliśmy, no, potęga, siedem pięter, strasznie dużo ludzi tam mieszkało. I zaczęliśmy biec w kierunku ulicy Marszałkowskiej, żeby dostać się przez bramę do domu. I będąc około trzydziestu, czterdziestu metrów od chodnika ulicy Marszałkowskiej, strzelanina się zrobiła tak potężna, że mama Janka zadecydowała, że [biegniemy] w kartofle, bo aleja Piłsudskiego była szeroka na około sto metrów i tam rosły kartofle. Janek wpadł po prawej stronie, po prawej mojej stronie, tam leżałem ja i około metra wysunięta, po lewej stronie, koło mnie, mama Janka. I tak leżeliśmy od godziny, no załóżmy, siedemnastej dziesięć gdzieś do godziny około dwudziestej pierwszej. Nie można było głowy podnieść, bo ciągle słychać było jęki, ciągle słychać było krzyki. Okazało się, że tam zginęło około siedemdziesięciu osób, między kawiarnią Lardelliego a ulicą Marszałkowską, na tym krótkim odcinku alei Piłsudskiego. I w pewnym momencie Janek został ranny. Jego lewe ramię dotykało mojego prawego, jak leżeliśmy ramię w ramię. Janek miał dwanaście, trzynaście… gdzieś dwanaście lat. I wtedy jeszcze nie wiedziałem, potem się dowiedziałem, że on dostał kulę dum-dum w obojczyk, która wyszła mu pod pachą i wyrwała kawałek ciała. No i początkowo mama Janka zaczęła rwać z siebie bieliznę i podawała mi kawałki materiału, i ja starałem się Janka [opatrzeć]. No ale każdy mój ruch od razu powodował, że ucinało gałązki rosnących ziemniaków, czyli był skądś namierzany, widoczny ten mój ruch. I w ogóle, jeżeli cokolwiek się tam działo. W pewnym czasie Janek się przestał odzywać, bo mdlał z upływu krwi. Krew była w tym rowku, w którym żeśmy leżeli obok siebie. Po prostu wypełniła to poletko, ten rowek. No i mama Janka nie widziała już innego wyjścia i mówi do mnie: „Edziu, bierzemy Janka i idziemy do domu”. No ale od rogu Marszałkowskiej do chodnika przy Marszałkowskiej mamy jeszcze trzydzieści metrów. A jeszcze była taka sytuacja, że mama Janka do mnie mówi: „Ja mam listy od męża, od ojca Janka. Jeżeli Niemcy to złapią, to nas rozstrzelają, co z tym zrobić?”. Ja mówię: „Niech pani mi da”. I ja to zakopałem pod krzakiem ziemniaków. I mówię: „O, tu będziemy widzieli, bo naprzeciwko jest takie maleńkie okienko, to, proszę panią, naprzeciwko tego okienka to my to znajdziemy, jak tutaj trafimy”. Dobra. W pewnym momencie wstajemy, mama Janka bierze go po lewej stronie, Janek w środku, ja po prawej i go nie prowadzimy, tylko go wleczemy te trzydzieści metrów, do rogu naszego domu.

  • Już ostrzał wtedy został wstrzymany?


Cały czas strzelają, cały czas strzelają.

  • Czyli mogą was trafić, tak?


Po przejściu, jak wlekliśmy Janka, to gdzieś po dziesięciu metrach widzimy, że idziemy wprost na ciężki karabin maszynowy. To wiedzieliśmy, jak to wygląda i co to jest. Trzech Niemców leżało przy krawężniku chodnika na ulicy Marszałkowskiej i strzelali. Ten chodnik wzdłuż alei Piłsudskiego był szeroki z osiem do dziesięciu metrów, bardzo szeroki był ten chodnik i potem te kartofle rosły, w których leżeliśmy. I my wleczemy [Janka] i idziemy prosto na ten karabin maszynowy. Prościutko. No i nie było już innego wyjścia. Janek jęczy, my go wleczemy i w momencie kiedy skręcamy i zostało nam jakieś siedem metrów do bramy, wtedy zauważyłem stojącą platformę i uwiązanego konia do drzewka, naprzeciwko naszej bramy. I teraz my skręcamy w lewo i ja końcem oka widzę, że Niemcy skręcają z tym karabinem maszynowym… I że strzelą nam w plecy. Przyszliśmy te siedem metrów do bramy i Niemcy nie strzelili. Janka zaraz zabrali ludzie, którzy po cywilnemu weszli do nas do bramy, a ja skręciłem w lewo, na klatkę schodową. Było już bardzo ciemno. I zobaczyłem jakąś leżącą gazetę czy coś. Okazało się, że to był trup woźnicy od tego konia, którego tam wciągnęli i przykryli prześcieradłem, o czym ja nie wiedziałem i stanąłem nogą na niego. Wtedy się zorientowałem, że stanąłem na zwłoki człowieka. Myśmy mieszkali na drugim piętrze. Na pierwszym piętrze była firma Ape, na trzecim była szkoła podstawowa, myśmy mieszkali na drugim. Pozostałe piętra były normalnymi mieszkaniami. No i wtedy na korytarzu wpadłem na swoją mamę, bo wszyscy się wynieśli z mieszkań na korytarz, bo tam było bezpieczniej. Tam jakaś elektryczna żaróweczka się tak ledwo, ledwo paliła. Mama dopadła do mnie, że ja jestem ranny, ale mówię: „Mamo, nie jestem ranny, tylko Janek jest ranny”. A mama była bardzo zapłakana, bo ktoś powiedział, że wszyscy na alei Piłsudskiego nie żyją. Okazało się to nieprawdą. Z tego co się potem dowiedziałem, to z alei Piłsudskiego z około osiemdziesięciu osób wyszło nas żywych siedem osób, nasza trójka i jeszcze podobno czterech. I tak się skończył mój pierwszy dzień Powstania.
I jeszcze jedno zdanie na ten temat. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie, proszę pana, dlaczego ten Niemiec nie strzelił. On miał obowiązek mnie zabić. Obowiązkiem jego było mnie zabić, bo ja byłem bandytą. To nie było ważne, że ja miałem dziesięć lat. Ja byłem bandytą. I ciągle mnie to gnębi, dlaczego ten człowiek nie strzelił, mimo że miał taki obowiązek. Ja nie uważam Niemców za normalnych ludzi. To jest naród morderców. Po tym, co przeżyłem, i po tym, co widziałem w czasie Powstania Warszawskiego i przedtem… A przedtem byłem w wielu miejscach. Tam gdzie rozstrzeliwali w Śródmieściu, tam gdzie mieszkali. To naród tak robi, ludzie? Nie, proszę pana. Takich rzeczy ludzie nie robią. Wrócę na Koszykową.

  • Ja tylko chciałem dopytać, czy wie pan, czy Janek przeżył?


Śliczne pytanie. Janka widziałem jeszcze dwa razy w życiu. Pierwszy raz widziałem go 3 sierpnia, jak Janek leżał na noszach i przenosili go dziurami, które były kute w murach między jednym a drugim i następnymi domami, którymi my 3 sierpnia uciekaliśmy z zagrożonego miejsca. Wspomniałem o „ukraińcach”, nie. I wtedy Janka na noszach, Janek był cały… To była taka biała kukła, tak wyglądał Janek. I ja tam przykucnąłem koło niego, koło noszy. Dlaczego? Bo on się nie mieścił w ten wykuty otwór. Nosze się nie mieściły i trzeba było zaczekać, żeby wykuć jeszcze w kilku miejscach, otwory poszerzyć, żeby te nosze przeszły przez tę dziurę. Wtedy widziałem Janka raz, pierwszy raz. I kończąc ten temat, po wojnie, po 1 września 1945 roku, mieszkałem wraz z rodzicami, można by powiedzieć… Wszyscy przeżyliśmy, cała nasza rodzina przeżyła, mama, tata, siostra i ja, i mieszkaliśmy w Szczecinie. Ja wyszedłem na ulicę, oczywiście ulica nazywała się Stalina, no i po drugiej stronie ulicy spojrzałem i zobaczyłem stojącego Janka. Zdębiałem. Wtedy już miałem jedenaście lat, z tym że jeszcze byłem trochę w takim opłakanym stanie po moim ramieniu 15 września, ale do tego tematu wrócę. Z krzykiem „Janek!“ przebiegłem na drugą stronę ulicy. „Co ty tu robisz?” Oni jechali, bo byli wysiedleni, gdzieś byli w Radomskim, w Kieleckim, gdzieś w tych okolicach i jechali na te nasze sławne Ziemie Odzyskane. Gdzie, Janek nie wiedział. Był ze swoją matką. Mama jego weszła do sklepu, a my w takim małym korytarzyku żeśmy z Jankiem stali. „To ty żyjesz? Jak to się stało?” I Janek w tym momencie… To było lato, bo Janek był w samej koszulce i w pewnym momencie zdjął tę koszulkę i pokazał mi te rany. I wtedy widziałem, że tutaj miał dziurkę od pocisku dum-dum. Pan wie, co to jest?

  • Wiem.


A tu miał wyrwane wszystko i straszliwy obraz zabliźnienia tych pozostałości. Janek ubrał tę koszulkę i poszliśmy do sklepu. Przywitałem się z jego mamą, kończyła zakupy, jakichś ciasteczek, cukierków, coś takiego, ale my szybko [przeszliśmy], bo tam dość daleko, około trzech kilometrów z tego miejsca było do dworca głównego w Szczecinku, i oni tam przez ileś godzin stali pociągiem w Szczecinku i gdzieś jechali dalej. I [wtedy] ostatni raz widziałem Janka. Zostało mi jakieś takie miłe uczucie, że Janek, mimo tego pierwszego dnia, mimo tej swojej tragedii przeżył. Ale jesteśmy dalej na Koszykowej.

  • Czy pan pamięta nazwisko Janka?


Nie. Nawet jak pisałem swoje wspomnienia parę lat temu… To nagle mnie coś tknęło. Nikt mi tego nie kazał, z nikim nie uzgadniałem, po prostu usiadłem i zaczęło mi się pisać. Ale to pisanie rozpocząłem w Linzu, to jest taka miejscowość w Austrii, gdzie zamieszkała moja starsza córka, która nie znalazła w komunie miejsca i po prostu wyprowadziła się z Polski. Widzimy się bardzo często, dzwonimy do siebie średnio co drugi dzień. Będzie tutaj za miesiąc czasu, będzie w Muzeum Powstania Warszawskiego moja córka starsza. Dzisiaj jest młodsza córka ze mną.

  • Dobrze, wróćmy na Koszykową.


Na Koszykową. Na Koszykowej dzień po dniu to było coraz gorzej. Czołgi od strony ulicy Polnej rozbijały barykady i przedostawały się… Nigdy nie doszły do Marszałkowskiej, nigdy. Dochodziło do Lwowskiej, kawałek za Lwowską i na tej barykadzie już albo któryś dostał, albo dostał butelkę z benzyną – albo został, albo potem Niemcy w nocy wyciągali. No i ja w tym dniu byłem w szpitalu na Poznańskiej 27, nie pamiętam. I wracając z powrotem, spotkałem z mojej drużyny takiego jak ja chłopaczka, który mówi: „Gdzie lecisz?”. – „No, ja do szpitala na Poznańską“. – „A ty idź szybko do domu, bo twój tata wrócił”. No więc ja nie piwnicami, tylko jak to mówiliśmy, lądem między barykadami, tylko żeby się „gołębiarz” nie trafił. I wpadam na parter, wpadam na bramę Koszykowa numer 27, w lewo, jeszcze raz w lewo i jestem w tym maleńkim pokoju, który udostępnili nam księża tam wcześniej mieszkający. Oni się przenosili co parę dni, przenosili się, zagęszczali się wręcz w cudzysłowie, żeby umożliwić ludziom, szczególnie tym, którzy uciekali z Woli, no i nam też przy okazji. I tam mieliśmy jedno łóżeczko, na którym się mieściła moja mama, moja siostra i ja. I wpadam do tego pokoju, a tam dużo ludzi obstąpiło jakiegoś Powstańca, w którym nie rozpoznałem mojego ojca po pięciu tygodniach. Był okropnie zarośnięty i miał wygląd średniowiecznego woja, po prostu zakuty w metal, łącznie z jakimś karabinem maszynowym, z taśmami i tym wszystkim, w dodatku w niemieckim mundurze. No, bez dystynkcji niemieckich, tylko z polskimi. Po prostu tata nas odnalazł. Mama tam klęczała i płakała. I tata dostał… A to już było wtedy, jak sztab generała „Bora” Komorowskiego przeniósł się na Piękną. I wtedy tata, ponieważ był dosłownie obok, bo Piękna z Koszykową się łączą, spotykają się … Jutro tam będę, bo moja córka sobie zażyczyła, żebym jej to wszystko pokazał, co w tej chwili panom opowiadam. No i dopiero po jakimś czasie tata mnie wziął pod ręce i tak do siebie chciał przytulić, a ja się odpychałem, bo widziałem w tej postaci jakiegoś zupełnie obcego człowieka, a nie mojego ojca. Potem dopiero, jak się odezwał do mnie po imieniu, „Edziu”, nie, no to poznałem, że to jest mój ojciec. Przeszedł cały szlak sztabu generała „Bora” Komorowskiego, całe Stare Miasto i potem znalazł się w Śródmieściu. Po kilku dniach musiał się z powrotem udać do swojej jednostki, na Piękną. Za godzinę czasu był z powrotem, bo jego dowódca przedłużył mu urlop o parę dni. I to już nas sięgnęło w dzień 15 września. I w dniu 15 września po raz pierwszy… Bo tak to Niemcy Śródmieście Południe albo bombardowali z samolotów, albo „krowy”. Najgorsze były „krowy”, najgorsze. Mógłbym opowiadać parę godzin na ten temat różne zdarzenia, ale to nie czas dzisiaj. No i artyleria. A wtedy, 15 września, pierwszy raz wypuścili to cholerstwo, tego Karla, który ważył 2000, o czym się już znacznie później dowiedziałem, 2200 kilogramów. No i ja, wracając z Poznańskiej, wstąpiłem… Bo mój tata się nie chował, nie schodził do piwnicy. Mama z siostrą byli zawsze w piwnicy, a tata leżał sobie na tym łóżeczku, wypoczywał. No i w tym momencie świat się zawalił, a to po prostu był wybuch – naprzeciwko naszego domu wybuch tego pocisku Karla. I tak jak powiedziałem, świat się zawalił i straciłem całkowicie orientację, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, gdzie jestem; nic nie widziałem, nic nie słyszałem i to niesłyszenie zostało mi do dziś. Ale ojciec nie stracił przytomności, mimo że dostał kawałkiem muru w kolana i już nie chodził, tylko pełzał na rękach. I ja ciągnąłem w jedną stronę, tam gdzie mieszkali księża, a tata mnie ciągnął w drugą stronę, do wyjścia, w tę prawidłową stronę, miał na tyle orientacji. No i tam nas wyciągnęli do bramy i tam już zacząłem widzieć. Tylko słuch mi wrócił, taki jest jak dzisiaj, po iluś miesiącach, tak sukcesywnie się polepszało. No i jakaś pani mnie wtedy złapała, bo [niezrozumiałe] miałem przecięty na pół i skóra na ustach, z głowy buchało krwią, no i najwięcej [problemu], bo tutaj jakaś tętnica została przerwana i ta krew się nie rozlewała, tylko tak jak serce puka, to wybuchało. Jakaś pani zerwała chustkę z głowy i ścisnęła mi, żeby ta krew nie leciała. I przeprowadzili mnie biegiem przez to betonowe podwórko do szpitala, który miesiąc wcześniej tam żeśmy urządzali, no i tam zrobili pierwszy opatrunek, rękę usztywnili na takich jakichś drabinkach metalowych, na głowie turban, twarz zaklejona, no i paszoł won, koniec. I wtedy widziałem jeden z najtragiczniejszych momentów. To długo trwało, zanim ojciec mnie wyciągnął, zanim ludzie nas tam wciągnęli do tej bramy, i jak już stanąłem i ta pani z tą chustką do mnie dobiegła, to już leżało kilkanaście, gdzieś piętnaście, osiemnaście, zwłok ludzi, którzy już nie mieli długiego życia przed sobą. Minutę, dwie minuty, parę minut. Kilku jeszcze jęczało, żeby ich dobić. Ta siła rozerwania tego pocisku była tak olbrzymia, że tak samo jak pocisk z „krowy” powodował, że ubrania zdzierały. Te zwłoki były w większości bez żadnych ubrań. Ale ojca wtedy zanieśli do piwnicy, do mamy, tylko powiedzieli, że „syn pani żyje”. No a ja w tym czasie już byłem w szpitalu na tych opatrunkach.
Pierwszego dnia nic się specjalnie nie działo, sam wróciłem do domu, ale za dwa dni kazali mi przyjść na opatrunek, no i wtedy niestety pierwszy raz w życiu zemdlałem. Potem już była końcówka Powstania. Już nie dostawałem jedzenia w gmachu Architektury. Pamiętam, jak mama zdjęła obrączkę i dawała żołnierzowi Powstania w mundurze, który niósł kilka chlebów – dużo tych chlebów niósł i mama mu dawała obrączkę za bochenek chleba. No niestety, transakcja nie doszła do skutku. I tam byliśmy już do końca Powstania. Ojciec miał jakiś dar przewidywania. Wiedział, że będzie musiał chodzić. On wiedział, czuł, że to są ostatnie godziny czy ostatnie dni Powstania. I tak się stało, bo jeszcze parę dni, a z nas, ze Śródmieścia Południowego nic by nie zostało, ten Karl by nas wykończył. Ponieważ potem się zajmowałem, właściwie zajmuję [się] przez kilkadziesiąt lat historią, to znam dużo faktów, które mieszają mit z faktami. Na przykład wiem, ile pocisk ważył, wiem, że Niemcy mieli tych pocisków, tych Karlów 248. A że jak wystrzelali wszystkie pociski, to zabrali tego gruchota z Woli i wywieźli gdzieś do Niemiec. W tej chwili jeden egzemplarz znajduje się w jakimś Muzeum Ciężkiej Artylerii koło Moskwy, jeden na świecie.
A to nie była straszna broń, najgorsze były „krowy”. Szedłem na trzeci opatrunek i na samym środku tego olbrzymiego podwórka między Koszykową a Śniadeckich usłyszałem „krowy”. Nie będę panów wprowadzał, co to było, gdzie to było, bo może lepiej wiecie ode mnie, ale to był taki – mimo tej mojej głuchoty – to był taki przeraźliwy głos tej, w cudzysłowie, ryczącej „krowy”. Tym bardziej że nie wiadomo było, w którą stronę polecą pociski, czy one są skierowane we mnie, czy gdzieś. No, okazało się, że niewiele się pomyliłem. Byłem na środku tej takiej dużej płaszczyzny betonowej. Przewróciłem się i leżałem na boku, a nade mną moja ręka lewa sterczała na temblaku. I tak leżałem na betonie. Po jakimś czasie wybuchy nie nastąpiły. Aha, to strzelali w innym kierunku. A Niemcy strzelali z Polnej albo z Politechniki, bo już Politechnika była zajęta przez Niemców. Ona przechodziła z rąk do rąk. I poszedłem na opatrunek, i wychodząc z opatrunku, zobaczyłem w lewym rogu tego olbrzymiego podwórka betonowego, dużą grupę ludzi. Podszedłem zobaczyć. Wyobraźcie sobie panowie, że to było chyba osiem… dwa, cztery, sześć, osiem pocisków „krowy”, z której ani jeden nie wybuchł, bo wszystkie wpadły w piasek, a potrzebowały większej siły uderzenia, żeby zastąpił wybuch. A piasek to nie powodował. I wszystkie osiem pocisków leżało. Nawet dotknąłem jeden, ale oparzyłem trochę prawą rękę. I te osiem pocisków. Gdyby nie leżący piasek… Skąd ten piasek się tam wziął? To była góra piachu, bo nie było wody. Woda była tragedia, nie było co pić. Było ujęcie wody na Koszykach, ale tam bezustannie cały czas strzelała niemiecka artyleria, tak że było strach pójść po wiaderko wody, bo mogłeś już nie wrócić. I tam Powstańcy i cywile kopali ujęcie wody w tym miejscu i obok była ta hałda piachu. I te pociski, zupełnie przypadkowo, [tam upadły]. Gdyby te pociski (nie wiem, czy one były z czołgu strzelane, czy z tych stawideł drewnianych), gdyby ten żołnierz, który strzelał, Niemiec, ustawił milimetr w lewo, to one by spadły na beton, a więc to, co było im potrzebne do wybuchu. Wtedy już bym nie istniał, a tak nic mi się nie stało. Takich przypadków, że udało mi się, to można mnożyć i mnożyć, bo to zdarzało się każdego dnia. Jeżeli Niemiec przylatywał, żeby bombę zrzucić na mój dom, na Koszykową, to ja tylko mówię: „O Jezu, żeby tylko nie w mój dom”. No, akurat nie trafił w nasz, tylko ten naprzeciwko, który był w widłach ulicy Pięknej i Koszykowej. I ciekawe, tam takie słupy stały, pięć czy sześć takich słupów. Początkowo tam ludzi zasypało, bardzo dużo ludzi tam zasypało. Początkowo krzyczeli, potem mniej krzyczeli, potem już przestali krzyczeć. Wiadomo, co się z nimi stało po prostu… I w ostatnich dniach Niemcy się dobrali do Śródmieścia Południowego, do tego naszego odcinka, że już jak w zegarku niemieckiej dokładności: dom po domu. Jeżeli nie zburzyli tego domu, to już następnego nie bombardowali, tylko samoloty latały dotąd, aż z niego została kupka gruzu. Wtedy dopiero brali się za następny. Byli tacy systematyczni, to taka niemiecka głupota, z czego oni są bardzo dumni. I wtedy przeżyłem taki ciekawy moment, warty, żeby został dla potomności. Niemcy bili, z czego tylko mogli, bo już im zostało tylko to Śródmieście Południowe (a, jeszcze Żoliborz, bo Żoliborz padł dopiero 30 czy 31). No i wszyscy byli w schronach. Tata leżał, ale już zaczął się uczyć chodzić. Człowiek przy człowieku, głowa przy głowie. I w tym momencie bomby wpadły w nasz dom. Ale nasz dom nie był całkowicie zrujnowany, bo to były takie słabe bomby z samolotu. Zasypało wpierw jedyne wejście, które było, ale jeszcze zostało przybite w tym murze, w fundamencie do następnego budynku, w kierunku ulicy Marszałkowskiej. Zasypało okienko, które było w tym pomieszczeniu, gdzie myśmy przebywali. Do tego okienka ciągle strzelał „gołębiarz”, którego zdjęli parę tygodni wcześniej i od razu go rozwalili, na miejscu, nie. Zresztą na nic więcej nie zasługiwał. I byli z nami księża. I jeden z księży, to uczestniczyłem jedyny raz w życiu (jeszcze niedawno pamiętałem po łacinie, jak to się nazywało), udzielał… Już nie było czasu, zresztą nie było słychać. Ja słyszałem bardzo źle, ale co się dzieje, odczuwałem po wstrząsach i po padającym początkowo kawałkiem muru, a potem cegły wylatywały, a potem całe bryły. Jak taką bryłkę dostałeś w głowę czy w ramię, no to też już nie było więcej potrzeba. I wtedy byłem… In altare… To taka była spowiedź…

  • In articulo mortis.


O, to już w starej głowie się nie trzyma. In articulo mortis, tak. I to była taka spowiedź powszechna, bo wiedziałem, że już jest koniec, już jesteśmy obok śmierci. No więc momentalnie w pewnej chwili podniósł się straszliwy lament, no bo nikt nie chce umierać, niestety. Ale ktoś jakimś tubalnym głosem uciszył to wszystko i potem był kompletny spokój. Tylko te mury drżały i te lecące cegły ze stropów. Całe szczęście, że nasi ojcowie te stropy tak solidnie budowali. Przeżyliśmy to, odkopali nas. Nie tak jak tych z naprzeciwka, spod tych filarów. Oni tam zginęli wszyscy, umarli, no a nas jakoś wydobyli stamtąd. To mogło być 29 lub 28 września, ostatnie dni Powstania. Dlatego jak nastała za parę dni cisza, to wszyscy wylegli, jak to się mówiło, na dwór. Każdy zaczął oddychać tym świeżym powietrzem i wszyscy byli zadowoleni, że idziemy do niewoli. Nikt nie wiedział, do jakiej niewoli. W ostatnim dniu, kiedy mieliśmy już wyjść z Warszawy, to było 6 października, poszliśmy z ojcem na pierwsze piętro. Tata jakimś tam dłutem czy czymś odsunął obudowę zlewu i tam zostawił swoją legitymację Armii Krajowej i moją, za tym zlewem, i z powrotem te śruby przykręcił. Jedynym dokumentem, który mówi, że byłem w Powstaniu Warszawskim, jest zaświadczenie, które w ostatniej chwili – mam ten dokument do tej pory – w ostatniej chwili mama poszła do szpitala na Śniadeckich i u pani doktór otrzymała zaświadczenie, że taki to a taki ja, lat… Mama poprosiła, żeby obniżyć trochę mój wiek, że nie dziesięć, dlatego mam napisaną dziewiątkę, dziewięć lat. Dlaczego? Bo wtedy można było dostać z PCK puszkę mleka skondensowanego dla takiego chłopaczka jak ja, a dziewięć lat to już robiło tę różnicę. I to jest mój jedyny dokument, który stwierdza, że ja byłem w ogóle w Warszawie w czasie Powstania.
Ja nie jestem warszawiakiem, ja nie jestem urodziny w Warszawie. Jestem urodziny w Porozowie, powiat Wołkowysk, wczesne, przedwojenne województwo białostockie, gdzie mój ojciec za zasługi w Legionach dostał od marszałka Piłsudskiego stanowisko komendanta policji w Porozowie. To był mądry człowiek, wiedział, co mu się od ruskich należy, wiedział, co się od Żydów mu należy. Wiadomo, że gdyby tam został albo by go ruscy złapali, to zostałby zamordowany w Ostaszkowie, gdzie zginęli jego wszyscy koledzy policjanci. Mój ojciec w czasie wojny w Warszawie potem był w Samodzielnej Grupie Operacyjnej „Polesie” generała Kleeberga i uciekł z transportu wiozącego jeńców polskich do Niemiec, Krzyki nie Krzyki, gdzieś na południe od Warszawy. Uciekł stamtąd i przedostał się do Warszawy. I nigdy tego nie będę wiedział, ojciec ze mną nigdy nie chciał rozmawiać na temat swojej historii, która została odtworzona w ramach moich możliwości kilkadziesiąt lat po wojnie. Wiele szczegółów nie mam, nie znam. Muzeum Powstania Warszawskiego, z którym prowadziłem korespondencję, powiedziało, że na temat 1112 plutonu nie ma żadnych dokumentów i nic nie wiedzą, tak że od nich się nic nie dowiedziałem. Dowiedziałem się z książek o Powstaniu Warszawskim, które mam prawie wszystkie. Tak jak wspomniałem, zajmuję się historią. No i tak zostało. I ojciec w czasie wojny, ponieważ Niemcy… Od razu trafił na [nakaz], że kto był policjantem, ma się do nich natychmiast zgłosić, bo inaczej kula w łeb. Ojciec się zgłosił. Ale o tym, że był w tym czasie żołnierzem Armii Krajowej, to dowiedziałem się w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego. Mimo że wcześniej rodzice wykorzystywali mnie, siedmio-ośmioletniego, dziewięcioletniego chłopaczka, do załatwiania różnych spraw, przenoszenia czy przekazywania meldunków. To długa historia, mógłbym godzinami to opowiadać, w jaki sposób do tego doszło, że ja o tym nie wiedziałem, co ja robię. To było w latach przedpowstaniowych. Tak samo jak zajmował się mną ksiądz Cegłowski z kościoła Zbawiciela, który zabierał mnie w niedzielę do kawiarni Lardelliego, róg Polnej i tam gdzie Danuta, jak się nazywała, co jest na pomniku…

  • Krahelska?


Tak. A ksiądz mnie zabierał i, proszę panów, po sześćdziesięciu latach u mnie w domu na Budziszyńskiej w Szczecinie mam dwóch gości. Kapitan Żeglugi Wielkiej, Jan Prüffer, który był, jak się okazało, ministrantem w kościele Świętego Wojciecha, cztery lata starszy ode mnie. On… Aha, i szef organizacji kapitanów. Ci kapitanowie…

  • Przepraszam, tak w skrócie proszę to opowiadać, bo trochę odchodzimy od tematu.


Dwa zdania. I słuchajcie, panowie, zacząłem coś o tym opowiadać. Kapitan Prüffer zbladł, nie? I mówi: „To ty wtedy byłeś? Ja przynosiłem meldunki księdzu Cegłowskiemu, a ty wtedy zawsze byłeś z księdzem Cegłowskim?”. – „Tak – mówię – to ja właśnie byłem, bo ksiądz mnie zabierał”, że niby zabierał mnie na ciastka, a on w międzyczasie… Doszliśmy z kapitanem Prüfferem, który był pierwszym kapitanem MS „Powstańca Warszawskiego”, doszliśmy, jak to się wszystko odbywało, kto te meldunki wysyłał z kościoła Świętego Wojciecha, kto odbierał w kościele Zbawiciela i szereg innych spraw, które są opisane w kronikach Klubu i Koła Powstańców Warszawskich, które prowadzę osobiście od 1981 roku, przez prawie trzydzieści osiem lat i dzisiaj, dwie godziny temu, ostatni, tom siódmy, przekazałem do Muzeum Powstania Warszawskiego. Dalszych tomów nie będzie, bo teraz już jestem członkiem… Bo musieliśmy się rozwiązać, bo zostało nas trzy osoby chodzące i sześć leżących, a było nas, według mojej wiedzy, 157 osób, którzy przyznawali się do Powstańców Warszawskich, którzy dostali Warszawski Krzyż Powstańczy, 30 kwietnia 1982 roku.

  • Wróćmy jeszcze na chwilę do okresu wojny. Proszę powiedzieć, wedle dokumentacji, pan ma pseudonim Hrabia. Dlaczego?


“Hrabia”. O, bardzo często mi jest zadawane to pytanie, bo biorę udział w różnych spotkaniach, szczególnie z młodzieżą, ale nie tylko, z dorosłymi też. Jak wspomniałem, byłem ministrantem w kościele Zbawiciela. To była bardzo prozaiczna sprawa. Moja mama zawsze bardzo o mnie dbała, i wcześniej, i w czasie wojny, i po Powstaniu, kiedy mieszkaliśmy w Szczecinku do 1952 roku, kiedy byłem wraz z rodzicami. I sama uszyła komżę, nową komżę dla mnie. I ja z tą nową komżą na ręku te kilka domów (trzy były między naszym z kościołem Zbawiciela) przeszedłem do zakrystii i tę komżę [trzymałem], żeby się przypadkiem nie pobrudziła. I to zobaczył w zakrystii ksiądz Cegłowski. Ministrantów tam była ponad setka, księży ponad stu, tak że tam ciągle ruch. I w pewnym momencie, to jest bardziej istotne, ksiądz się odwrócił i zobaczył mnie balansującego z tą komżą, krótką, małą, bo byłem niski, jestem niski. I ksiądz zobaczył, i mówi: „Zobaczcie!”. Aha, i ja założyłem tę komżę. I w tym momencie ksiądz powiedział: „Zobaczcie, wygląda jak hrabia”. I młodym więcej już nic nie było potrzeba, już zostałem „Hrabią”. I potem już wszyscy wiedzieli, wiedział ten „Janusz” potem w czasie Powstania Warszawskiego i mówi: „A niech on będzie »Hrabia« – nie – bo tak na niego wszyscy wołają”. I tak zostało.

  • Proszę jeszcze tylko w skrócie powiedzieć, co się z panem i z pana rodziną stało po Powstaniu.


Po Powstaniu poszliśmy piechotą do obozu niemieckiego w Pruszkowie, bo akurat w tym dniu i w tym momencie, w tych godzinach zabrakło pociągów, zabrakło wagonów – byle jakich, ale zawsze to były wagony – i dlatego Niemcy nas gnali piechotą. Wtedy też mało nie zostałem, drugi raz powinien był mnie zastrzelić, bo w pewnym momencie, jak żeśmy siedzieli na brukowanej drodze kamieniami, wyskoczyłem… Byłem jeszcze w tym moim białym hełmie i z tą ręką na temblaku, to w ogóle byłem tak słaby, że odcinkami nie mogłem iść i moja dzielna mama niosła mnie na ręku. Mnie, dziesięcioletniego chłopaka. Bo byłem tak słaby, że nie mogłem iść. I poderwałem się, jak zobaczyłem te rosnące pomidory, i wybiegłem z tej kolumny marszowej, która usiadła na tym bruku. Niemcy nie gonili nas, tylko co jakiś czas… Niemcy tak gdzieś byli co dwadzieścia, co trzydzieści metrów, każdy był z karabinem maszynowym. I ja wyskoczyłem, bo chciałem pobiec i parę [pomidorów] zerwać. I nagle zobaczyłem rów z wodą, obok drogi. Tego nie przeskoczę. Rodzice nie zauważyli, że ja mignąłem koło nich z tyłu i zacząłem wracać z powrotem. I w tym momencie Niemiec, który stał po prawej stronie i widział to, jak ja tam chciałem uciec w te ogródki działkowe, tam po pomidory załóżmy, wyciągnął rękę prawą i mówi: Komm, komm. Ja w tym momencie spojrzałem i zrozumiałem, że on mnie woła, i zacząłem udawać, że to mnie nie dotyczy, nie. Ale Niemiec był coraz głośniejszy i coraz ostrzej krzyczał na mnie, że woła mnie do siebie. W końcu mama rozładowała ten moment i powiedziała: „Idź, Edziu, ten pan ci nic nie zrobi”. Ja ociągając się, wstałem i te kilkanaście metrów, które miałem do niego, szedłem bardzo wolno, z przeświadczeniem, że to już jest mój koniec. Bo oni bezwzględnie strzelali po drodze – jak tylko zobaczą, że ktoś z kolumny wyszedł, to od razu du, du, du! Nie chodzili, nie sprawdzali, czy go zabił, czy nie zabił. Jak udawał, że tego, to mu się udało i potem uciekł, nie. A jak dostał, no to dostał, to jego. I szedłem, i widziałem jeszcze, on jakoś dziwnie ten karabin, tego. Koniec. Teraz każe mi iść pod tę górkę tutaj i tu zginę. I byłem całkowicie przekonany. Byłem zupełnie spokojny jakiś taki, zupełnie nie tak jak tego pierwszego dnia, co ten karabin maszynowy odkręcał, żeby nas zabić z tyłu, nie. I nie wiem do dzisiejszego dnia, dlaczego tego nie zrobił. I poszedłem do tego Niemca, moja głowa, moje oczy były na wysokości jego paska, gdzie oczywiście afiszowali się, że „My z Bogiem”, nie? I wtedy Niemiec wsadził prawą rękę do kieszeni, wyciągnął jabłko, piękne, duże, czerwone jabłko i daje mi, i coś mówi. Ja nie biorę. Taka rogata dusza, już od początku była, nie, taka została. Ja nie biorę. Mama to wszystko widzi i krzyczy z tych kilkunastu metrów: „Edziu, weź i podziękuj”. Wziąłem to jabłko, spuściłem głowę i powiedziałem: Danke. I wróciłem na swoje miejsce. Dlaczego on nie strzelił? Miał obowiązek, ja uciekłem z kolumny. Oni ostrzegali, że kto tylko krok [zrobi, to strzelą]. Tak jak Rosjanie gnali do gułagu. Krok w prawo, krok w lewo i koniec już twojego życia. I tak doszliśmy do Pruszkowa.
W Pruszkowie dostaliśmy jeść i tam byliśmy dwa dni. Dzięki wspaniałej umiejętności mojego ojca, [który] znał doskonale język niemiecki, bo był w niemieckim Wehrmachcie w czasie I wojny światowej, mając osiemnaście lat, ponieważ urodzony jest w poznańskim województwie… Tak jak Rosjanie brali za cara do swojego wojska, jak Austriacy brali do swojego wojska, a Niemcy brali Polaków do swojego wojska. Jak nie chciałeś iść, dostawałeś kulę w łeb i był koniec. No i jednostką macierzystą… Potem ojciec, jak odwiedził mnie w Szczecinie, poznał swoje koszary, w których przebywał parę lat w czasie I wojny światowej. No a że on sobie tam nagrabił, bo wcześniej był u marszałka, potem był w policji, potem był w policji, no i potem przed komunistami musiał cały swój życiorys bez przerwy ukrywać.

  • Czyli w czasie okupacji był policjantem granatowym?


Tak, tak. I jednocześnie był żołnierzem Armii Krajowej zgrupowania „Jeleń”, o czym ja oczywiście wtedy nie wiedziałem. Ale do tej pory mnie zastanawia, nigdy już tego nie będę wiedział, dlaczego mój ojciec chodził w zielonym mundurze w czasie wojny. Nie mam pojęcia, nie wiem, nigdy nie będę wiedział, nikt nie jest w stanie mi tego wytłumaczyć. Był w stopniu starszego sierżanta, był w komisariacie. Prawdopodobnie teraz jest ten komisariat na ulicy Wilczej, ale nie wiem, nie sprawdzałem. Ale, ciekawostka dla panów: 8-93-11, proszę sprawdzić, to jest numer ojca telefonu komisariatu w czasie II wojny światowej, bo ja pod ten numer dzwoniłem, przekazywałem mu wiadomości, których zupełnie nie rozumiałem, ale mama na mnie krzyczała, że ja nie mam rozumieć, tylko mam powtórzyć. „Powtórz jeszcze raz, powtórz jeszcze raz, a teraz zadzwoń do taty i do pani Wandy, zadzwoń do taty i powiedz to zdanie”, bo to ojcu do czegoś było potrzebne. Ale mnie w to wszystko nie wtajemniczali i nigdy na ten temat z rodzicami nie rozmawiałem, bo ojciec natychmiast ucinał wszelkie rozmowy. Ojciec musiał kryć całą swoją przeszłość, przez to chronił nas, nas. Mamę, siostrę i mnie, no bo…

  • A siostra w jakim była wieku, ile miała lat w czasie Powstania?


Rok i cztery miesiące starsza ode mnie. Jeszcze żyje, w Słupsku mieszka. Ona siedziała cały czas w piwnicy, była bardzo bojąca, ale wyrosła na bardzo fajną kobietę, bardzo fajną mamę. Z jej synem utrzymuję nadal kontakt. A co się ze mną stało? Tam skończyłem ogólniak.

  • Przepraszam jeszcze. Czy ojciec uzyskał władzę w nogach potem?


Tak, tylko tata był bardzo poharatany, bo Józef Piłsudski mu tam za darmo nie dał tego stanowiska, które miał tam na wschodzie, bo był jednocześnie wtedy w KOP-ie, w Korpusie Ochrony Pogranicza, dlatego się znalazł potem w samodzielnej brygadzie generała Kleeberga, nie, od razu pierwszego dnia, od 1 września 1939. I potem ojciec chciał to wszystko…

  • Nie, nie, ale ja mówię o nogach po bombardowaniu w czasie Powstania.


Chodził, z tym że jak szliśmy do Pruszkowa, to ojciec szedł o dwóch kulach, które, przez te dwa tygodnie, od momentu kiedy był ranny, do końca Powstania zrobił sobie kule i na tych kulach uczył się chodzić, bo wiedział, że będzie mu to potrzebne. Był przewidujący i to się spełniło, ale myśmy nie zrobili całego tego kursu do Pruszkowa, bo w międzyczasie przyjechał jakiś pociąg i pół trasy żeśmy dojechali, końcowe pół trasy. I nas wieźli do Oświęcimia, bo my byliśmy w takiej otwartej loży – w takiej węglarce otwartej było nas 127 osób. Dla nas małych nie było miejsca, my byliśmy ukucnięci między nogami starszych, a reszta, wszyscy dorośli stali jak śledzie, jeden obok drugiego, wszystko na stojąco. Już nie mówię o sprawach fizjologicznych, bo to makabra. Nikt nie jest w stanie oddać tego, co się działo. Tak jak moja córka dzisiaj zobaczyła tę zbombardowaną Warszawę, to się rozpłakała, nie. „Tato, ty za mało mi mówisz na ten temat”. Zawieźli nas… Bo w Krakowie przez jakąś nieuwagę, przez niedopatrzenie zostawili nas nie na peronie, tylko na torach przy peronie. I momentalnie, między nami, siedzącymi w wagonach a tymi ludźmi na peronie – myśmy ich nie widzieli przez burtę wagonu, bo ona była wyższa od naszego wzrostu – zaczęli nam rzucać jakieś bułki, jakieś [rzeczy]. Coś zaczęli nam rzucać do jedzenia, do wagonu, bo wiedzieli, kogo wiozą i gdzie wiozą. I wtedy wszyscy wiedzieliśmy, że… Na mnie to nie robiło żadnego wrażenia, chociaż znane mi jest słowo „Oświęcim”. Ale wtedy taki szum się zrobił, że tak, wiozą nas do Oświęcimia. I potem żeśmy jeszcze pojechali kilkadziesiąt kilometrów za Kraków, tam postaliśmy całą noc i nagle pociąg rusza z powrotem. Jedzie z powrotem przez Kraków i jedzie na północ, do Warszawy. Nie do Warszawy, do Starachowic. W Starachowicach na pierwszym peronie Niemcy otworzyli wszystkie wagony: Raus! Raus! Z krzykiem, wrzaskiem, z psami kazali wszystkim wysiadać na perony i zabierać trupów. W naszym wagonie było siedem trupów przez te dwie doby. I pozamykali drzwi pociągu i pociąg pojechał pusty, a myśmy tam zostali. I wtedy z okolic zaczęły zjeżdżać różne furmanki, różni gospodarze i my trafiliśmy… Na dwóch furmankach było nas jedenaście osób, w tym nasza rodzina czteroosobowa. Trafiliśmy do odległego o kilkadziesiąt kilometrów, około dwudziestu kilometrów, dużej wsi Prędocin, koło Iłży, na południe od Iłży. Tam byliśmy do zakończenia wojny.
W tym Prędocinie była niemiecka jednostka wojskowa Wehrmachtu, oni walczyli tylko z partyzantami. Mieliśmy dobrze, bo ojciec, dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego, był takim pomostem między Polakami a Niemcami, którzy mieszkali u sołtysa. W tym samym domu, gdzie był sołtys, Niemcy, sztab tej jednostki wojskowej i nasz skromniutki taki pokoiczek, gdzie ta czwórka się tam mieściła. Ojciec był pomocny w rozmowie, bo wtedy Niemcy przestali kraść, tylko Niemcy przedstawiali, co im potrzeba, i wioska im to dawała. Dobrze żeśmy żyli z tymi Niemcami. No a potem przyszedł styczeń 1945, Niemcy uciekli do Iłży. Rosjanie ich potem wszystkich rozstrzelali, ale to już jest zupełnie inna bajka i inna historia, opisana przeze mnie w moich wspomnieniach, ale to jest taki odskok. Tata pojechał do Warszawy, żeby zobaczyć, co się dzieje w Warszawie. No i wrócił z powrotem, mówi: „No, naszego domu nie ma, jest kupka gruzu”. I co robić? Jedziemy na zachód.
Wpierw tata pojechał i zaczepił się w miejscowości Czaplinek. To jest województwo szczecińskie obecne, ale tam przez pewien czas był w województwie koszalińskim. I tam został i został komendantem policji oczywiście. I musiał cały swój życiorys do tej pory, i te Legiony, i w sprawach walk na granicy z ruskimi, którzy się wdzierali niemal każdej nocy, tak jak ojciec opowiadał, na odległość do siedemdziesięciu kilometrów, mordowali, zabijali, kradli, podpalali i na drugą noc następna wioska… Ojciec z tym wszystkim, ze swoją gromadą policjantów walczył w tym Porozowie, bo to było blisko granicy. I teraz ojciec znowu został komendantem policji. Ponieważ wyróżnił się pozytywnie, to przenieśli go po dwóch miesiącach, po trzech miesiącach przenieśli do Szczecinka, do miasta powiatowego, które zaraz po wojnie liczyło koło 20000 ludzi, w tej chwili ma prawie pięćdziesiąt. I tata przyjechał do nas do Prędocina, i razem pojechaliśmy do Szczecinka i zacząłem mieszkać w Szczecinku.
No i tam szkoła, 1952 rok to była matura, no i potem pojechałem na studia do Szczecina, na Wydział Budownictwa Wodnego, zdałem bez żadnego problemu, ale potem zaczęły się sęki, bo dzięki uprzejmości sekretarki dziekanatu dowiedziałem się, że w mojej ankiecie personalnej mój dyrektor, łobuz, drań spod ciemnej gwiazdy, a jaki może być komunista, nie, napisał: „Zamiara Edward, lat siedemnaście – tyle wtedy miałem – niepewny politycznie”. Będąc na drugim roku, profesor Radecki zaproponował mi asystenturę na pierwszym roku z geometrii wykreślnej, która jest działem matematyki. No niestety, pan profesor od matematyki dostał polecenie partyjne, no i wyleciałem ze studiów, nie. A że jestem trochę uparty, skończyłem kiedyś te studia, o których tak marzyłem od najmłodszych lat, i przez czterdzieści dwa lata pracowałem jako inżynier budownictwa wodnego w przedsiębiorstwach morskich w Szczecinie, aż do emerytury, do 1995 roku. Ale całe życie została mi ta walka z tym słuchem, ze wzrokiem. Tu mam siódemkę, tu trzy i pół, bo nie widziałem przez jakiś czas. I, proszę panów, co zostało. Wszystko to, co człowiek przeżyje… Patrzę w telewizji, głos zabiera prezydent, premier, nie będę opowiadał nazwiskami, ministrowie, inni, pijacy, łobuzy, nikt z nich nic nie pamięta. Generał, prezydent, on nie pamięta, że on przedwczoraj podpisał wyrok śmierci. To jest nieprawda, to są wszystko kłamstwa. Człowiek pamięta do końca życia, tak jak ja pamiętam. Tak jak widzę te samoloty, które bombardują, i ten krzyk w nocy. Człowiek się budzi i słyszy jeszcze swój krzyk. I wtedy dopada cię, czy sąsiedzi słyszeli. I to zostaje w człowieku na całe życie, niestety, wszystko to, co przeżył. A potem, jak w 1981 można było już, za czasów komuny, jak się utworzył u nas w Szczecinie Klub Powstańców Warszawskich, to nie miał kto, chociaż byli profesorowie, nauczyciele, magistrowie, docenci, tacy, owacy, nikt się nie chciał podjąć prowadzenia kroniki. No i wreszcie, dosłownie z litości, podszedłem do ówczesnego prezesa i mówię: „Panie prezesie, a może ja spróbuję?”. – „A co ty umiesz na ten temat? A kto ty jesteś?”. No ja mówię, że jestem taki i taki. A co ja umiem? Nic nie umiem. „O, to będziesz dobry”. I trafił. I przez trzydzieści osiem lat, tak jak wspomniałem, muzeum państwa ma wszystkie nasze kroniki, pisane przeze mnie, tylko przeze mnie. Nigdy nikt mi nie pomagał przez trzydzieści osiem lat, wszystko robiłem sam. Bo to powinien robić jeden człowiek, żeby jakoś tę myśl oddać tak jak trzeba, nie. Tylko miałem jedną zasadę, którą wymógł na mnie, w pierwszej rozmowie chyba u mnie w domu, właśnie pierwszy prezes, nie. „Pamiętaj, Edek, mów zawsze prawdę”. Przepraszam: „Pisz zawsze prawdę”. To nie jest trudne, ale trudno jest znieść reakcję ludzi. Nawet sam prezes Roman powiedział: „Wiesz co, a to to wyrzuć”. Ja zacząłem się śmiać i mówię, że nie wyrzucę tego, boś mnie tego nauczył. I zawsze pisałem prawdę, która jest. Dumny jestem z tego, że to jest i będzie w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Warszawa, 29 lipca 2019 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski

Edward Zamiara Pseudonim: „Hrabia” Stopień: służby pomocnicze, łącznik Formacja: Batalion „Golski” Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter