Szmugiel w okupowanej Warszawie

Niezwykłym zjawiskiem w stolicy był czarny rynek, czyli rynek nielegalny, którego skala i charakter były niespotykane w innych okupowanych przez Niemcy krajach europejskich. Pojawił się niepodziewanie, szybko wybił się na samodzielność, a do tego potrafił przetrwać okupację tak brutalną jak niemiecka.

Czarny rynek nie powstałby, gdyby nie postać przedsiębiorcy nowego typu, czyli szmuglera (w języku niemieckim – przemytnika), w realiach wojny dostawcy towaru. „Stworzyła” go mała wartość odżywcza artykułów, które można było dostać na kartki. W sytuacji gdy konsument pochodzenia polskiego mógł na początku 1941 r. zdobyć dziennie na kartki żywność o wartości 611 cal (nieliczne produkty, m.in.: chleb, marmolada, kartofle), przy fizjologicznej normie dla pracującego człowieka wynoszącej 2400 cal, by przetrwać, musiał szukać innych źródeł zaopatrzenia. Prawdziwym rynkiem w absurdalnej gospodarce okupacyjnej był więc rynek nielegalny, na którym ceny drastycznie różniły się od tych oficjalnych.

Niemieckie zdjęcie z okresu okupacji: Targowisko na pl. Mirowskim w Warszawie, między Halami Mirowskimi. Ujęcie z wylotu ul. Mirowskiej w kierunku południowym. Fot. Autor nieznany/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

W styczniu 1941 r. kilogram mąki pszennej kosztował oficjalnie 50 gr (tyle, ile tuż przed wojną), na czarnym rynku ponad 8,5 raza więcej (867 proc. ceny oficjalnej), w lipcu 1941 r. cena czarnorynkowa wynosiła już 2830 proc. ceny oficjalnej, w lipcu 1942 r. 3285 proc. ceny oficjalnej, zaś w lipcu 1943 r. 6108 proc., czyli w ciągu 2,5 roku cena na czarnym rynku wzrosła ponad 60 razy. Było to spowodowane niewielką podażą przy olbrzymim popycie. Szmuglerzy zaczęli więc przywozić żywność do Warszawy ze wsi i wkrótce powszechnym widokiem na placach miasta stały się stoiska handlowe.

Pierwszymi szmuglerkami były żony warszawskich robotników pochodzenia wiejskiego, które dzięki znajomościom umiały zdobyć towar na wsi. W mieście część żywności odkładały na własne potrzeby, a resztę sprzedawały. Już wkrótce szmuglowaniem zajmowali się bezrobotni, którzy starali się uniknąć wywózki na roboty do Niemiec. Doszło do powstania prawdziwych przedsiębiorstw szmuglerskich, mających swoje biura, prowadzących księgowość, dysponujących własnymi środkami transportu i bazą magazynową. Pojedynczy szmugler nie zarabiał dużo, bardzo przy tym ryzykując. Miał jednak stałe źródło utrzymania. Prawdziwy zysk czekał na kupującego towar od szmuglerów właściciela największego straganu na targowiskach, takich jak wolski Kercelak czy Wielopole przy Halach Mirowskich.

Produkty ukrywano m.in. pod ubraniem, np. mięso zawieszano na wszytych pod kołnierz palta hakach, a wędlinami się obandażowywano. Żywność chowano także w koszach i torbach. Przez punkt kontrolny na granicy miasta można było przewieźć w ten sposób do 40 kg towaru.

Lepiej zorganizowana grupa szmuglerów działała we współpracy z kolejarzami. W podłogach i ścianach wagonów kolejowych oraz w parowozach tworzyli oni skrytki na żywność. W taki sposób wwożono do miasta do 200 kg dóbr. Prawdziwą elitą wśród szmuglerów byli wpływowi biznesmeni, zatrudniający wielu ludzi, sowicie opłacający niemieckich żołnierzy i niższych urzędników. Do miasta wjeżdżały całe wagony pełne ich towarów, niekiedy konwojowane przez Niemców. Większość szmuglerów mieszkała w Warszawie lub pod miastem. Zwykle przeprowadzali wyprawy, tzw. rajzy, do miasta 2 lub 3 razy w tygodniu. Na wieś zawozili narzędzia, odzież, artykuły przemysłowe i wymieniali je na jedzenie.

Niemieckie zdjęcie z okresu okupacji: Warszawa. Niemieckie kobiety wybierają futrzane szale. Fot. Autor nieznany/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

Stresującym momentem był przejazd koleją – z uwagi na obławy żandarmerii w pociągach i na dworcach; niektórzy więc wysiadali pod miastem i dalej szli pieszo wzdłuż linii kolejowych. Im bardziej ryzykowny był wwóz żywności, tym szybciej rosły jej ceny. Jeśli Niemcy odkryli szmuglera, zabierali mu na miejscu cały towar, bili, karali grzywnami, kierowali na roboty albo do obozów koncentracyjnych. Żywność zazwyczaj konfiskowali na swoje potrzeby. Próba ucieczki mogła się skończyć śmiercią.

Poszczególne miejscowości podwarszawskie wyspecjalizowały się w dostarczaniu pewnych kategorii dóbr: z Karczewa zwanego Prosiakowem przywożono wieprzowinę, z Rembertowa warzywa i tytoń, z Piaseczna i Góry Kalwarii mąkę i pieczywo, a z Jabłonny wódkę.

Z racji ogromnego wzrostu pijaństwa w okresie okupacji bimber stał się towarem bardzo pożądanym. Szmuglerzy wypuszczali się coraz dalej, poza dystrykt warszawski, docierając m.in. do Lublina. Wśród nich byli ludzie traktujący swoją działalność po prostu jako biznes, dla części z nich była to jednak forma walki z okupantem, gdyż poza produktami na handel przewozili także konspiracyjną prasę („bibułę”), a niekiedy nawet broń dla Podziemia. Żołnierze niemieccy, w tym ich sojusznicy – m.in. Austriacy, Węgrzy czy Włosi – wchodzili w relacje z polskimi handlarzami, sprzedając im broń krótką, długą, a nawet maszynową oraz wyposażenie, węgiel, benzynę. Broń przechowywano w dobrze ukrytych magazynach, zaś żołnierze skarżyli się, że napadli ich „bandyci”, co było wielce prawdopodobne. Szmuglerzy zaangażowani w tę działalność zazwyczaj pojawiali się na bazarze Kercelak i Dworcu Głównym, regularnie odwiedzanym przez rekrutów niemieckich w trakcie postoju w drodze na front wschodni.

Niemieckie zdjęcie z okresu okupacji: Grupa mężczyzn przy straganach na targowisku przy pl. Mirowskim. Fot. Autor nieznany/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

Przedstawiciele podziemia kupowali od nich broń w astronomicznych cenach – za karabin maszynowy MG 42 płacono nawet 40 tys. zł (warszawski robotnik zarabiał wówczas miesięcznie 200300 zł). Zyski szmuglerów zależały od tego, w jaki sposób byli zorganizowani. Najwięksi zarabiali krocie, większość jednak ledwo wiązała koniec z końcem, do tego nie zawsze znajdowała nabywców. Wyjazd do Warszawy mógł trwać nawet kilkanaście godzin; jeśli tych „rajz” było 23 tygodniowo, to miesięcznie potrafiono zarobić 12001600 zł. Najpotężniejsi szmuglerzy kupowali towar od samych Niemców. Okupanci przywozili do Warszawy luksusowe kosmetyki, alkohol, pończochy z Paryża, by tutaj sprzedać je z dużym zyskiem. Pośrednicy w handlu z Niemcami zarabiali już po 3040 tys. zł miesięcznie.

Historyk codzienności okupacyjnej Warszawy, Tomasz Szarota, opisał zabawny przypadek, gdy polski pośrednik „nie dogadał się” z Niemcem, wskutek czego w maju 1943 r. nabył kilka wagonów żółwi greckich wiezionych do Niemiec, do przerobienia na konserwy dla Wehrmachtu. Udało się je jednak spieniężyć. W cenie 25 zł na warszawskich bazarach można było nabyć żółwia, z którego gotowano zupę. Dla większości Warszawiaków nie dobra luksusowe, ale chleb, cukier czy ziemniaki były towarem najbardziej poszukiwanym.

Na początku Niemcy tolerowali czarny rynek, by przeciwdziałać drastycznym brakom żywności, zwłaszcza wiosną 1941 r., kiedy Generalne Gubernatorstwo musiało wyżywić kilkumilionową masę żołnierzy Wehrmachtu, koncentrujących się tu przed uderzeniem na Związek Sowiecki. Wkrótce jednak czerpali korzyści z uderzeń w szmuglerów, których nazywali pogardliwie Polnische Hamster (polskie chomiki). Zabierany towar kradli, wymuszali sowite łapówki. Z Berlina płynęły żądania likwidacji czarnego rynku, lecz w realiach GG nie było to możliwe, więc proceder dotrwał aż do wybuchu Powstania Warszawskiego.

Niemieckie zdjęcie z okresu okupacji: Handlarze przy straganie z narzędziami na jednym z warszawskich targowisk. Fot. Autor nieznany/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

Pierwsza wielka obława na sklepikarzy miała miejsce w marcu 1941 r. koło Hali Koszyki, następna  na wolskim Kercelaku. Policja zablokowała wówczas targowisko; grabiono towar, aż 6 tys. handlarzy aresztowano i wywieziono do obozu przejściowego przy ul. Skaryszewskiej, skąd trafiali na roboty do Niemiec. Strzelano do uciekających, były ofiary śmiertelne. Aż 150 ciężarówek trzeba było, by wywieźć skonfiskowane dobra. Handel się jednak odrodził; w lipcu 1942 r. na Kercelaku działało 1500 straganów, aż do tragicznego nalotu sowieckiego, gdy samoloty armii czerwonej przy użyciu bomb zapalających spaliły 1000 straganów. Łapanki, wywózki, a do tego rosnące zagrożenie nalotami – wszystko to zwiększało obawy społeczeństwa, iż celem Niemców jest wywołanie głodu.

Niemieckie zdjęcie z okresu okupacji: Pl. Kazimierza Wielkiego po sowieckim bombardowaniu w nocy z 12 na 13 maja 1943 r. Widoczne zniszczone budynki: dom przy pl. Kazimierza Wielkiego 1 i hala targowa. Na  pierwszym planie samochód strażacki. Fot. Autor nieznany/ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

Wiosną 1943 r. Niemcy zezwolili jednak na działanie wyznaczonych targowisk: hal mirowskich z własnym bazarem, Koszyków, bazaru na pl. Szembeka, bazaru Różyckiego. Pozostałe targowiska musiały przestać istnieć, a handlarze – wynieść się. Volksdeutsche również współpracowali ze szmuglerami, zarabiając na spekulacji. Heinz Unruh kupił od rolnika 6 świń po zaniżonej cenie, następnie sprzedał je polskiemu handlarzowi z dużym zyskiem. Sprawa jednak wydała się i Unruh został skazany przez sąd specjalny na 3 miesiące więzienia za przestępstwo gospodarcze w okresie wojny. Zwykle jednak ścigano głównie Polaków, Niemcy zaś mogli pokątnie kupować na własne potrzeby na czarnym rynku, o ile nie zarabiali na tym jako pośrednicy. Okupanci mieli pieniądze i chcieli słać luksusowe prezenty rodzinom, ale także im nie wystarczała uboga oferta na rynku oficjalnym. Jeśli jednak wysyłali do domu zbyt wiele towarów czarnorynkowych, także narażali się na kary, choć nie na tyle wysokie, by mogły odstraszyć. Sprzedaż Polakom żywności czy węgla z niemieckich magazynów państwowych dla zysku była karana niezbyt surowo. Jednak handel własnością Wehrmachtu, niezależnie od tego, czy chodziło o sprzedaż silnika samochodowego, czy np. półtora kilograma stali, oznaczał dla Niemców karę wieloletniego więzienia.

Najtragiczniejsza była historia szmuglerów żywności do getta warszawskiego, zazwyczaj dzieci. W getcie od lutego 1940 r. wszelkie zakupy były możliwe tylko na kartki. Na początku 1941 r. w żydowskiej „dzielnicy zamkniętej” dzienna porcja żywności na kartki wynosiła 237 cal, czyli 10 razy mniej niż norma 2400 cal. W sytuacji braku możliwości uzyskania stałego zatrudnienia i zarabiania pieniędzy jedyną szansą dla najbiedniejszych rodzin żydowskich było sprzedanie na czarnym rynku w getcie wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość, i nielegalne wysłanie dziecka na zewnątrz, by za pozyskane pieniądze kupiło chleb i wróciło z nim do domu. Tylko tak można było przetrwać głód.

Dzieci, których żydowskie pochodzenie nie rzucało się w oczy Niemcom, nie nosiły opasek z gwiazdą Dawida i jednocześni dzięki niewielkiemu wzrostowi były w stanie przedostać się przez dziury w murze getta, stawały się jedynymi żywicielami rodziny. Wyprawy na aryjską stronę nierzadko kończyły się śmiercią małoletnich szmuglerów.

Mimo to codziennym obrazkiem był widok setek dzieci, gromadzących się przy bramach getta, by się z niego wydostać. Dzieci, poubierane w obszerne marynarki i sukienki o podwójnych podszewkach, by móc napchać je kartoflami i chlebem, korzystały z chwili nieuwagi strażnika i przebiegały niepostrzeżenie na aryjską stronę. Powracały z towarem – wyżebranym, kupionym lub ukradzionym. Nastolatkowie przenosili więcej, zasilając czarny rynek getta, gdzie sprzedawali towar, a za uzyskane pieniądze kupowali żywność na zewnątrz, podczas następnego wypadu. Archiwum Ringelbluma zawiera dramatyczne opisy, gdy dzieci ginęły na oczach matek, zastrzelone przez niemiecką żandarmerię zaraz po wyjściu z getta. Szmugiel był przez władze okupacyjne zwalczany jako przestępstwo gospodarcze, śmierć groziła jednak już tylko za opuszczanie getta. Policja granatowa, niemiecka żandarmeria i żydowska służba porządkowa organizowały w getcie brutalne obławy na szmuglerów i czarny rynek. Niemcy, którym oficjalnie wstęp do getta był zabroniony, bezkarnie ignorowali zakaz. Jednakże handel z Żydami (sprzedaż im żywności w zamian za futra czy pościel) również dla nich mógł skończyć się surowymi karami. Kiedy wyszło na jaw, że niemiecki piekarz Heinrich W. wraz z pomocnikiem sprzedawał kilku żydowskim kontrahentom pieczywo ze swoich magazynów, został skazany na 10 lat więzienia, zaś pomocnik na śmierć. Ukarano ich za „stwarzanie zagrożenia dla żywotnych potrzeb ludności” po stronie aryjskiej – w rzeczywistości za pomoc w przetrwaniu Żydom jako wrogowi rasowemu nazistowskich Niemiec.

Autor artykułu:

dr Paweł Brudek
Dział Historyczny Muzeum Powstania Warszawskiego
 

Zobacz także

Nasz newsletter