Adrian Gawerski

Archiwum Historii Mówionej

Ja się nazywam Adrian Gawerski, mieszkam na Bielanach od urodzenia, to znaczy [niemal] od urodzenia, bo urodziłem się na Długiej, na Nowym Mieście w Warszawie. Nie miałem jeszcze roku, kiedy przeprowadziliśmy się na Bielany i tam do dziś przebywam. Oczywiście jest to związane z tym, że na tych to Bielanach chodziłem do przedszkola, na tych to Bielanach ukończyłem szkołę podstawową i na tych to Bielanach ukończyłem średnie wykształcenie w pierwszym liceum, które powstało na Bielanach, na ulicy Barcickiej, a poprzednio jeszcze w 1945 roku, kiedy organizowało się szkolnictwo, ta nauka rozpoczynała się w prywatnych mieszkaniach.

  • W którym roku pan się urodził?


Urodziłem się w 1934 roku, w styczniu.

  • W czasie Powstania też był pan na Bielanach?


Tak, cały czas w czasie Powstania i w czasie wybuchu wojny i okupacji przebywałem na Bielanach.

  • Proszę powiedzieć coś o swojej najbliższej rodzinie.


No więc tak się złożyło, tragicznie nie tyle dla mnie, ale przede wszystkim dla mojej rodziny, że ojca, który uczestniczył w wojnie 1920 roku, dwa razy spotkało takie wielkie nieszczęście, że raz został wyrzucony z domu przez swojego ojczyma, a drugi raz został wyrzucony w 1944 roku, 17 września, z mieszkania, kiedy Niemcy wszystkich bielańczyków i pozostałych mieszkańców Warszawy wyrzucali ze swoich miejsc zamieszkania na tułaczkę. To ma trochę charakter dziwny, bo ojciec w 1920 roku został ciężko ranny i wtedy kiedy armia polska wycofywała się spod Kijowa, ta rana spowodowała, że jak wrócił do domu, to ojczym jego (oczywiście matka jeszcze wtedy też żyła) pochodził znad Zbrucza na Podolu… [Matka] nie miała wiele do powiedzenia, zadecydował o tym oczywiście ten układ rodzinny, który tam istniał, i ojczym mojemu ojcu, który wtedy był młodym człowiekiem, bo liczył sobie dwadzieścia parę lat, powiedział, że inwalida wojenny jest mu niepotrzebny do pracy w tym miejscu, gdzie oni tam mieszkali, i wyrzucił go z domu. […] To inwalidztwo [ojca] było bardzo poważne, bo to było 75% utraty zdrowia, był inwalidą pierwszej kategorii, ale ówczesne władze jednak doceniały jego udział w wojnie i przydzieliły mu w Warszawie koncesję, z której w dużym stopniu rodzina korzystała, gdyż była to koncesja bardzo popłatna. Ojciec prowadził w Warszawie sklep win i oczywiście z tego żeśmy żyli. Oprócz tego mama pracowała w zakładach zbrojeniowych w Pruszkowie. Ale ani jedno, ani drugie już w czasie okupacji nie stanowiło o tym, że można było w jakimś sensie egzystować, dlatego że mama straciła pracę w tych zakładach, a ojciec oczywiście stracił rentę inwalidzką, którą otrzymywał, no i musiał w jakiś sposób sobie organizować życie w tych warunkach, jakie powstały w okresie okupacji.

  • Przepraszam, użył pan wyrażenia, które dziś chyba nie jest oczywiste. Czy mogę dopytać, na czym polegało zdobycie koncesji?


Uzyskanie koncesji polegało na tym, że ci, którzy mieli duże zasługi albo jakieś tam zasługi znaczące po wojnie w 1920 roku, zostali w ten sposób wynagradzani przez władzę, że jeżeli byli niezdolni do pracy albo to inwalidztwo ich stanowiło o tym, że musieli się zająć jakąś lżejszą pracą, ponieważ ten stopień utraty zdrowia i pierwsza kategoria inwalidztwa decydowała o tym, że ojciec nie mógł iść do jakiejś pracy fizycznej, w związku z tym dostał koncesję i ta koncesja polegała na tym, że mógł wynająć w jakimś miejscu w Warszawie lokal i w tym lokalu mógł prowadzić handel. I prowadził taki handel, [który] polegał na sprzedaży win.

  • Czy ojciec miał jakąś rodzinę w Warszawie?


Nie, rodziny nie miał. Jak zawarł związek małżeński w 1933 roku, no to wskutek tego, co wcześniej powiedziałem, ponieważ został wyrzucony przez ojczyma, przyjechał tutaj do Warszawy. Oczywiście już nie będę wplatał tutaj w to, że z uwagi na to inwalidztwo pierwszej kategorii w Warszawie zjawił się nie przypadkiem. Bo ojcu groziła nawet utrata jednej nogi. Chirurdzy, którzy ratowali ojca, musieli wiele wysiłku włożyć, żeby ta noga mogła być jeszcze w miarę sprawna. Oczywiście noga była krótsza o osiem centymetrów, tak że to był poważny stopień inwalidztwa. Z tym problemem uporano się w ten sposób, że oprócz tego szpitala wojennego znalazł się jeszcze w szpitalu w Warszawie, w Alejach Ujazdowskich, a potem był trzy razy chyba, jeżeli dobrze pamiętam, w latach dwudziestych, w 1928 roku i następnych latach, na leczeniu w Busku.

  • Czy pan wie, jak nazywała się jednostka, w której ojciec walczył?


To była I Brygada, wtedy kiedy walczył na wschodzie, ale potem już nie pamiętam. Mam to zapisane, ale w takich dokumentach domowych, te dokumenty przedstawiłem w Dziale Historycznym Muzeum Powstania Warszawskiego i tam one powinny być.

  • Umknęło nam w ogóle imię i nazwisko pana ojca.


Więc ojciec miał nazwisko, które dał mu od siebie ojczym. Bo jego ojcem był człowiek, który mieszkał nad Zbruczem, tak jak już wcześniej mówiłem, i tym ojcem był Fedorowicz. Później, we wczesnej młodości, ojciec miał chyba w granicach trzy albo cztery lata, zmarł ten jego ojciec i matka znalazła sobie drugiego człowieka, który nazywał się Gaweł. Ojciec tym nazwiskiem posługiwał się po wojnie w 1920 roku, po odzyskaniu przez nas niepodległości w latach dwudziestych i trzydziestych, aż do roku, kiedy Niemcy opuścili Polskę po 1945 roku. Wtedy zdecydował się na to, że zmieni to nazwisko z uwagi na to, że ojczym jego, tak jak już wcześniej zaznaczyłem, wyrzucił go z domu. To była jakaś taka rodzinna zemsta ojca na człowieku, który w ten sposób go potraktował.

  • Zmienił nazwisko, które również pan teraz nosi?


Tak. Zmienił nazwisko i wtedy wszyscy [zmienili]. Rodzina liczyła w sumie pięć osób. Było jeszcze trzech moich braci, ale młodszych ode mnie, średni brat z 1938 roku i najmłodszy brat z 1942 roku. Andrzej miał na imię średni brat, a najmłodszy brat Sławomir.

  • Czy chciałby pan teraz dalej opowiedzieć historię ojca, czy opowie pan o matce?


No o ojcu to mogę jeszcze tyle powiedzieć, że… To może wiąże się bezpośrednio już z okresem okupacyjnym. Kiedy Polska znalazła się pod okupacją niemiecką, mój ojciec musiał sobie jakoś radzić w związku z tym, że utracił prawo do renty, mama straciła pracę w Pruszkowie, w zakładach sprawdzianów (tak to się nazywało, a w rzeczywistości były to zakłady wojskowe, produkowały przyrządy celownicze do różnych charakterystycznych rzeczy związanych z bronią), więc musieli zupełnie inaczej zorganizować sobie życie. I ojciec, będąc w jakimś sensie dość sprawnym człowiekiem i takim, który potrafił życie sobie organizować, w 1942 roku w tym domu, gdzie żeśmy mieszkali, na Zdobyczy Robotniczej (to takie charakterystyczne osiedle, jedno z pierwszych takich pierwszych osiedli na Bielanach), w piwnicach, dzięki uprzejmości swoich współsąsiadów w kilku piwnicach zorganizował z bliskim sobie przyjacielem olejarnię. Ta olejarnia w czasie okupacji była praktycznie źródłem utrzymania dla całej naszej rodziny pięcioosobowej i tego kolegi, który wspólnie z nim razem tę olejarnię prowadził. Ale pomagało to również i temu, że ojciec miał szerokie kontakty w tym czasie, no bo musiał organizować tę pracę w olejarni, musiał mieć kontakty z osobami, które organizowały i pomagały nam uzyskać nasiona do wytłaczania oleju. W związku z tym stanowiło to jakąś możliwość tego, że w bliskim sobie otoczeniu i czasie mógł nawiązać kontakty, które potem również pomagały mu w działalności w ramach oddziału WSOP. Oddział, w którym pracował, był to oddział żoliborski w układzie Zgrupowania „Żywiciel”. [Ojciec] w tym okresie w ramach tych kontaktów [poznał] wiele osób, które mogły z nami utrzymać kontakt nie tylko poprzez cele handlowe, ale również w takich celach, które wiązały się z walką z okupantem.

  • Czy to, że ojciec znalazł się w oddziałach WSOP, było związane z jakąś wcześniejszą działalnością konspiracyjną? Ma pan jakąś wiedzę na ten temat?


Tak, oczywiście. Jeszcze wcześniej nawet ja w tym w jakimś sensie uczestniczyłem jako chłopak. No bo Warszawa była jednak zagrożona w poważnym stopniu, szczególnie wtedy, kiedy były organizowane przez Niemców łapanki. Chodziło się w takich charakterystycznych spodniach, nazywały się pumpy. One na dole zamiast nogawek miały gumkę i ta gumka nie pozwalała, żeby z tych spodni można było coś zgubić. Ponieważ mieszkaliśmy [na Żoliborzu, bo] wtedy to była dzielnica Żoliborz, jeszcze dzielnica Bielany nie istniała, dopiero powstała 1992 roku. W tych pumpach, pamiętam to, przewoziłem różne rzeczy. Trudno mi powiedzieć, jakie przeznaczenie miały. Były tam pieniądze, to pamiętam, bo były jakoś spaczkowane. To się tak zaczepiało wewnątrz portek, że nie było to widoczne. Nawet miałem taki przypadek, że raz była łapanka na Żoliborzu i w tym czasie, kiedy przewoziłem te rzeczy, wszystkich z tramwaju wyrzucono, a ponieważ stał sobie taki chłopaczek dziesięcioletni, więc Niemiec nawet nie zareagował, jak wszystkich dorosłych wyrzucono z tramwaju. Potem tam następowała rewizja i jakaś selekcja tych ludzi, a ja dalej pojechałem i do miejsca, gdzie było ustalone dostarczenie tych rzeczy, dojechałem bez żadnych problemów. Przewoziłem również różne informacje na Żoliborzu do księdza Trószyńskiego, który był kapelanem oddziału „Żywiciela”. Jego parafia była na ulicy Gdańskiej. Zresztą ksiądz Trószyński przebywał również u nas w domu, osobiście to pamiętam, dlatego że ta olejarnia, którą ojciec prowadził… Ksiądz Trószyński w czasie okupacji był wielkim społecznikiem na terenie dzielnicy, prowadził takie ochronki dla dzieci, były tam szczególnie sieroty z wojny w 1939 roku i nie tylko. Ojciec starał się, żeby w jakimś sensie pomagać ze swoim wspólnikiem tym kuchniom społecznym, które [ksiądz] prowadził dla tych dzieci, bo one tam i przebywały, i trzeba było oczywiście zapewnić im wyżywienie. Więc ustalili jakieś zasady, takie, że często do tych kuchni z olejarni, którą ojciec prowadził ze wspólnikiem, dostarczany był tłuszcz, [to znaczy] olej rzepakowy, słonecznikowy, bo taki był produkowany.

  • Co może pan powiedzieć o swojej matce?


O matce mogę tylko tyle powiedzieć, że wiem, że pracowała w tych zakładach sprawdzianów w Pruszkowie. Skończyła szkołę średnią pani Szachtmajerowej. W szkole tej uczyły się dwie córki marszałka Piłsudskiego, ale były w starszych klasach niż moja mama. A moja mama pochodziła z takiej rodziny, która bezpośrednio poprzez okno, jak żeśmy wyglądali tam, gdzie mieszkaliśmy, na Zdobyczy Robotniczej, widziała domek, skromny domeczek moich dziadków, to znaczy jej rodziców. Przed wojną dziadek był stolarzem meblowym, prowadził taki zakładzik rzemieślniczy, a potem to stolarstwo meblowe przeniósł do siebie. W okresie powojennym, jak się sprowadził, to jeszcze była wieś wtedy Wawrzyszew, graniczyła z Warszawą do 1952 roku. Obok tego budynku miał taką małą stolarnię, w której robił w dalszym ciągu meble. Jeżeli chodzi o późniejsze czasy, no to już moja mama w okresie okupacji nie pracowała. Ponieważ tych dwóch moich braci było małolatami, no więc musiała się nimi opiekować, więc pomagała ojcu w tej pracy w tej olejarni. Dopiero po późniejszym czasie, już po wyzwoleniu, poszła do pracy. Tyle mogę o mamie powiedzieć, bo z zasady niczym, jeżeli chodzi o jakąś konspirację, się nie zajmowała poza wspomaganiem pracy ojca. No a ponieważ miała średnie wykształcenie, a trzeba było w olejarni prowadzić jakieś rozliczenia, takie bilansowanie, dostawę towaru, więc te wszystkie obowiązki formalno-biurowe wykonywała moja mama.

  • Jak się nazywała?


Mama się nazywała Janina Gaweł, tak jak ojciec oczywiście, ale z domu była Ziętek. Jej ojcem był ten właśnie człowiek, mój dziadek, który prowadził ten zakład stolarski.

  • Jakie są pana własne najwcześniejsze wspomnienia?


Moje najwcześniejsze wspomnienia wiążą się praktycznie z Bielanami, bo na Bielanach się wychowywałem. Tak się jakoś dziwnie kojarzyło, że w domu, który nazywał się Nasz Dom, obecnie jest to dom Maryny Falskiej, w alei Zjednoczenia, chodziłem do przedszkola. […] Jak skończyłem trzy lata, zacząłem chodzić do tego przedszkola w alei Zjednoczenia. Mam takie tylko wspomnienie związane ze swoją osobą, które pamiętam, że jeden z wychowawców w naszym przedszkolu organizował takie przedstawienia, z którymi te dzieciaki jeździły po Żoliborzu i po Bielanach. I pamiętam takie przedstawienie w AWF-ie i występowałem w charakterze wróbla. To tylko tyle pamiętam. No, pamiętam zabawy w tym przedszkolu, te zabawy były [typowe], jak dzieci [w tamtych czasach] się bawiły. Były takie taborety, które się ustawiało i tworzyło się takie namioty z tych taboretów; na terenie była taka górka, z której zjeżdżało się na sankach (dzisiaj już jej nie ma, bo została rozkopana i wywieziony urobek z tej górki). No to takie obrazki bardzo krótkotrwałe, taki błysk.

  • Czy pamięta pan wybuch wojny w 1939 roku?


Pamiętam, oczywiście. Pamiętam ze względu na to, że trzeba było w jakimś sensie wspomagać rodzinę. No i jak ofensywa stanęła pod Warszawą, a konkretnie na granicy miasta, no to było tak, że najpierw została wykopana przed budynkiem taka transzeja, która… Ponieważ domy był niestety nienadający się na to, żeby można się było w nim chować, więc wtedy kiedy były bombardowania, ustalili mieszkańcy tego domu, w którym mieszkałem, że trzeba wykopać taką transzeję. [Trzeba było] zdjąć wszystkie drzwi ze strychów, bo to był jeszcze taki stary dom, na którym były strychy, tymi drzwiami nakryto tę transzeję i oczywiście przysypano to wszystko ziemią. W tej to transzei ludzie z naszego domu (zresztą nie tylko z naszego, bo w sąsiednich też było podobnie) chowali się dla bezpieczeństwa przed bombardowaniem. Później rodzice moi i sąsiadów doszli do wniosku, że to jest kiepskie zabezpieczenie. Piwnice miały strop kleinowski, ale tylko nad parterem i piwnicami. [Mieszkańcy] przebili wszystkie piwnice z klatki do klatki tak, żeby przejście było umożliwione, i w tych piwnicach się chowali. Później no to już się działy takie sceny, że w okresie kiedy nastąpiło zawieszenie broni, to ja tylko miałem taki kontakt [z wojną], że chodziłem pod Warszawę… Ponieważ Wawrzyszew i dalsze wioski to były takie wioski, gdzie gospodarze mieli cały przybytek w postaci zwierzyny, chodziłem pod Warszawę dla zabezpieczenia – oczywiście nie sam, tylko przeważnie ze starszymi osobami – z bańką po mleko dla swoich młodszych braci. To tyle pamiętam.

  • Czy spadły tam jakieś bomby?


No spadły oczywiście i to poważne były uszkodzenia. Na przykład tak się złożyło, że nad naszym mieszkaniem, które było na pierwszym piętrze domu na Zdobyczy Robotniczej, w czasie ostrzału został poważnie uszkodzony dach. Dom był pokryty dachówkami, no więc kiedy pocisk spadł, no to oczywiście te dachówki się posypały. Ale oprócz tego Niemcy przeprowadzili takie bombardowania terrorystyczne, kiedy zrzucili wiele zapalających bomb. Dosłownie setki tych bomb spadło. No ale jakoś tam mieszkańcy potrafili się ratować, no bo byli na to przygotowani. W każdym domu na ostatnim piętrze przy strychach stały takie wielkie skrzynie z ziemią, no i wtedy kiedy taka bomba spadła i się tam zatrzymała na stropie, między strychem a pierwszym piętrem, były zasypywane tym piaskiem, żeby je ugasić. Bo to z zasady nastąpił wtedy tylko wybuch tej bomby, ale to był taki wybuch bardzo enigmatyczny – zapalało się odpowiednie paliwo, które tam w niej było, no i jak nie została zgaszona, no to oczywiście chałupa stawała w płomieniach. To tyle pamiętam z tego okresu.
No, z takich dziecinnych zabaw to też już pamiętam, bo już takim byłem chłopaczkiem w tym czasie i musiałem czymś się zajmować… Braćmi się nie zajmowałem, no bo to był obowiązek mamy, ale takie osobiste kontakty koleżeńskie polegały na tym, że w czasie okupacji organizowaliśmy sobie życie i zabawy wokół budynku i w najbliższej okolicy, w której były różne sezonowe zajęcia. W okresie zimowym, oczywiście na tyle, na ile ktoś miał jakieś środki do zjeżdżania, to jeździliśmy na sankach na górkach. W okresie letnim robiliśmy sami osobiście hulajnogi. Wtedy jeszcze nie było takiego przedsięwzięcia jak dzisiaj i sami żeśmy z dwóch desek, z dwóch łożysk i odpowiednich pasków od spodni robili takie hulajnogi. Tymi hulajnogami po okolicy żeśmy jeździli. Na jesieni się paliło ogniska, budowało się szałasy. Na wiosnę i na jesieni grało się w kliszę. Cięło się filmy przedwojenne, takie po pięć klatek, tak jak film ma w małym obrazu pięć klatek, i na tej zasadzie robiło się dytki z ołowiu albo z dachówek, które spadły z chałupy, i to była taka zabawa nasza przed domem. A oprócz tego, no oczywiście, jak była piłka, no bo wtedy piłka to był rarytas, żeby można było w piłkę grać, więc grało się wtedy w piłkę nożną, w dwa ognie, rzucało się również. I budowało się latawce. Między innymi bardzo blisko, w pobliżu nas, mieszkał Feliks Stamm, znany trener naszych bokserów. Ja zresztą z jego dwoma synami bliźniakami chodziłem do szkoły, która była na Bielanach. Ta szkoła miała też swoją historię, bo Niemcy wyrzucili ją z budynku szkolnego, który został wybudowany po wojnie na ulicy Zuga, i zajęli to jako przeznaczenie logistyczne dla lotniska bielańskiego, które na Bielanach było organizowane jeszcze przez nasze wojsko, ale zostało nieukończone. Niemcy go potem zajęli i na tym lotnisku utworzyli jednostkę wojskową, która praktycznie właściwie zajmowała trzy takie enklawy. Jedna to AWF, druga to była ta szkoła dwudziesta pierwsza imienia Artura Oppmana i trzeci to był Las Bielański, ale ten duży Las Bielański, wokół kościoła kamedulskiego, od Wisły poczynając, aż do ulicy Marymonckiej. I to takie jakieś osobiste refleksje… Ta osobista refleksja jeszcze polega na tym, że te baraki, które stawiali Niemcy… Bo oprócz baraków, które przejęli po naszym wojsku, i hangarów, to w Lesie Bielańskim wybudowali […] gdzieś około czterdziestu, pięćdziesięciu baraków, w których stacjonowali lotnicy obsługujący to lotnisko. Bo to nie tylko lotnisko obsługiwali dla celów wojskowych, ale głównie transportowych, wtedy kiedy uderzyli przeciwko Związkowi Radzieckiemu. I na tym lotnisku i w okolicach tego lotniska były spore składy…

  • Ale czy pan widział tych Niemców? […]


Oczywiście, że widziałem. No bo nie tylko widziałem, ale i bezpośrednio miałem z nimi kontakt, ponieważ dziadek mój, o którym mówiłem, był stolarzem i Niemcy okolicznych mieszkańców, a szczególnie fachowców, zatrudnili do budowania tych baraków. I ja w tym czasie, kiedy dziadek tam pracował (praca trwała od świtu do nocy, ponieważ Niemcom się spieszyło, żeby jak najszybciej te baraki postawić i wykorzystać), to nosiłem dziadkowi posiłki i miałem z nimi bezpośredni kontakt. Tam była strefa zamknięta już. Jak zaczęli budować te baraki, nie było już wstępu na teren tej enklawy, gdzie stawiano te baraki. No więc na tej zasadzie miałem tam kontakt bezpośrednio z wartownikami. Już mnie tam znali, że te posiłki dziadkowi przynosiłem. Posiłek najbardziej, że tak powiem, wymowny to był obiad. To było w odległości, ja wiem, gdzieś trzech kilometrów. Jak babcia ugotowała ten obiad, trzeba było dziadkowi go zanieść, bo wracał dopiero wieczorem, późno, o zmierzchu.

  • Wpuszczanie pana odbywało się bez żadnych problemów? Czy to było naturalne, że rodzina dostarczała posiłki?


Tak. Oczywiście. I mama wyrażała zgodę, i moi dziadkowie wyrazili zgodę na to, żeby można było tego mojego dziadka tam wspomagać w tej ciężkiej robocie. To nie była lekka robota, bo te baraki stawiane były z prefabrykatów.

  • To był jeszcze 1939 rok?


To już było po 1939 roku. To już było w okresie okupacji, kiedy Niemcy organizowali sobie tam tę bazę logistyczną dla lotniska bielańskiego. To się właściwie Młociny nazywało, no ale tak jak teraz jest osiedle Młociny, no to na terenie tego osiedla Młociny przed wojną było lotnisko wojskowe, którego budowę rozpoczęło nasze wojsko, a po wejściu Niemców lotnisko przejęte zostało przez Luftwaffe.

  • Chodzi mi o to, że sam pan chodził trzy kilometry w tę i z powrotem. Czy to nie był problem dla nikogo?


Dla mnie nie było problemem.

  • Dla rodziców też nie? Czy pan był sam, czy była jakaś grupa dzieci, która zanosiła posiłki jak pan?


Nie, nie, ja sam chodziłem, bo trudno byłoby organizować grupowo takie dostarczanie obiadu na terenie pracy dziadka. Głównie miejscowi zostali przez Niemców zatrudnieni. Oczywiście Niemcy im płacili, bo to nie było tak, że to była przymusowa robota, tylko Niemcy im płacili za wykonywanie tej pracy. I nie tylko ja nosiłem te obiady, ale wszyscy okoliczni, których ktoś z rodziny był zatrudniony przy stawianiu tych baraków.

  • Wspomniał pan sytuację, że był pan uczestnikiem łapanki. Czy pan ma więcej tego typu dramatycznych wspomnień […] z okresu przed Powstaniem?


Najbardziej dla mnie dramatycznym przeżyciem było, jak widziałem [egzekucję], kiedy jechałem do ciotki. Ciotka mieszkała na Marszałkowskiej przy Nowogrodzkiej i wtedy akurat tak się zdarzyło, że była jedna z pierwszych egzekucji, która była w Alejach Jerozolimskich. No to ten fragment pamiętam. Wszystkich, którzy z tramwaju mieli przejeżdżać przez Aleje, Niemcy zatrzymali, [to znaczy] ruch tramwajowy, który przebiegał wzdłuż Marszałkowskiej w kierunku placu Unii. To było dla mnie tragiczne wydarzenie, jak widziałem tę egzekucję.

  • Czyli pan był wtedy w tramwaju?


Byłem w tramwaju, tak. Byłem w zatrzymanym tramwaju, który nie mógł już przejechać na drugą stronę Alej Jerozolimskich, jadąc od strony Żoliborza czy od strony Ogrody Saskiego, i z tramwaju widziałem tę egzekucję. Potem, już po uprzątnięciu tych nieszczęśników rozstrzelanych, od ciotki jak wychodziłem, widziałem również – to był przykry moment – jak była spłukiwana krew z chodników do rynsztoków.

  • Czy pan pamięta, który to rok? Jaka pora roku?


Jeżeli pamiętam, to to było gdzieś tak na przestrzeni między wiosną a latem.

  • W którym roku?


O, tego nie pamiętam. Nie dam głowy, ale zdaje mi się, że to było w 1941 albo 1942 roku. Jest to miejsce, oznaczone do dzisiaj, stoi koło tego miejsca [hotel] Forum (ten pierwszy gmach budowany przez Skanską w Warszawie, ten wysokościowiec).

  • Teraz Novotel.


Tak, Novotel się nazywa.

  • To jest bardzo dramatyczne przeżycie.


No to było dla mnie ciężkie przeżycie. Ale oczywiście byłem świadkiem takich tragicznych wydarzeń, kiedy w okresie walk powstańczych do oddziałów [VII] Obwodu Armii Krajowej, które były w Puszczy Kampinoskiej, przedzierało się [kilka osób] z miasta. Ja nie wiem, skąd oni byli, w każdym razie była to rodzina dwóch tramwajarzy, ojciec z synem i jakichś dwóch młodych ludzi. Zostali zatrzymani przez patrol niemiecki na rogu, dosłownie od mojego domu jakieś dwieście metrów. W tym czasie, kiedy byłem na tym terenie, Niemcy ich złapali. Ponieważ oni nie posiadali żadnych dokumentów przy sobie (zresztą wydaje mi się, że było chyba takie zabezpieczenie z ich strony), no to widziałem w jakiejś tam odległości, nie dalej niż jakieś sto metrów, pod tym domem właśnie, o którym tu mówiłem, o Zdobyczy Robotniczej, zostali wszyscy rozstrzelani.

  • To okres Powstania. A czy z okresu okupacji ma pan jakieś wspomnienia związane z ludźmi narodowości żydowskiej?


No mam. Akurat u mojej babci po powstaniu w getcie warszawskim przebywała taka osoba. Ja się nie orientowałem, babcia mówiła, że to jej kuzynka.

  • To była ta babcia, która była żoną…


Była żoną dziadka, który był tym stolarzem i pracował dla Niemców, którzy go zatrudnili, kiedy były budowane baraki w Lesie Bielańskim. I była taka kobieta w wieku gdzieś koło trzydziestki, może dwadzieścia parę lat. Wtedy to się tam takimi rzeczami młody chłopak specjalnie nie interesował. Ona tam u babci była przez pewien okres, myślę, że gdzieś ponad rok. To była Żydówka z getta warszawskiego. Potem ja miałem tylko na tyle z nią kontakt, że jak tam do dziadków przychodziłem, to ona tam [była], oczywiście korzystała, że mogła tam przebywać, spać i być żywiona. I to wszystko. Co się później z nią stało, nie wiem, nie mam pojęcia.

  • Czy pan jako dziecko wtedy był poinformowany, kim jest ta osoba?


To znaczy nie byłem przez dziadków poinformowany, ale powiedziano mi, żebym na ten temat z nikim nie rozmawiał i się w ogóle tą sprawą nie interesował, bo ta kuzynka musiała uciekać przed Niemcami. Tyle tylko wiedziałem, specjalnie nie dochodziłem. Dopiero po wojnie, jak wróciłem z wygnania, ponieważ dziadkowie z nami byli na wygnaniu, na ten temat się tam wiele mówiło, to się wtedy dowiedziałem, jaka była rzeczywistość.

  • Czyli ona była nazywana dla pana po prostu…


Tak, kuzynką była nazywana. Ja wiedziałem, że to jest jakaś tam kuzynka babci. Nie orientowałem się absolutnie ani nie dochodziłem. Tym bardziej że tam była taka niebezpieczna sytuacja, bo obok babci – może to była i dobra sytuacja, że wtedy bezpieczniej było mieć taki układ – po sąsiedzku mieszkali ludzie, którzy mieli bardzo bliskie kontakty z lotnikami z lotniska bielańskiego czy młocińskiego. Tam ci Niemcy byli goszczeni, a dosłownie taka uliczka wąziutka, węższa od tego pokoju, dzieliła babci dom z tymi sąsiadami, którzy jak się okazało, jakieś tam kontakty mieli, ponieważ część tych ludzi, która mieszkała w tym domu, to byli Ukraińcy. To tyle tylko mogę powiedzieć. Jakoś to się wszystko potem rozmydliło, nikt tam do nich nie dochodził tego, że mieli takie bliskie kontakty osobiste z tymi lotnikami niemieckimi. Bo to już przychodzili piloci. To tyle pamiętam, że byli to w większości oficerowie.

  • Czy w okresie okupacji pan jako dziecko widział coś, miał świadomość tego, że Warszawa walczy, że jest jakiś ruch oporu? Czy ma pan tego typu wspomnienia?


No miałem o tyle, że w naszym domu oprócz tych kontaktów ojca handlowych i okupacyjnych związanych z ojca… Z tym że ja nie wiedziałem oczywiście, że ojciec realizuje jakieś zobowiązania wynikające z walki z okupantem. Tego nie wiedziałem, bo ojciec mnie w to nie wtajemniczał, zresztą chyba słusznie. Natomiast wiem, że te kontakty miały jakieś przeznaczenie, dlatego że w naszym domu oprócz tego kontaktu z księdzem Trószyńskim również odbywały się takie kontakty, które polegały na tym, że głośno się o sprawach nie mówiło, a przychodzili jacyś ludzie, których ja absolutnie nie znałem. Ojciec miał takie zamiłowanie, że grał często w brydża, te osoby się zmieniały. Potem po wojnie się dowiedziałem, że byli to niezmiernie ciekawi ludzie. Między innymi jedną z tych osób był uczestnik akcji na Kutscherę, „Kruszynka”. Ale to już się po wojnie dowiedziałem. Dzieciaka takiego jak ja to nie wtajemniczano. Nie mówili mi, dlaczego pieniądze woziłem w tych pumpach; nie mówili mi, z czym jadę, z jakimś tam zawiadomieniem, że dostawałem tam jakieś informacje, które były gdzieś tam zapisane i schowane w karmanie u mnie, jak przewoziłem to. Uważam, że to było słuszne, bo taki chłopaczek mógłby się wygadać. Zresztą takie zdarzenie miałem już po wojnie.

  • Czy z okresu okupacji jest jeszcze jakieś wspomnienie, które chciałby pan przekazać, a o którym nie powiedzieliśmy? Czy ma pan jakieś szczególnie pozytywne wspomnienia?


No mam takie wspomnienie i uważam, że to jest sympatyczne wspomnienie tych zabaw, które żeśmy organizowali, w których rodzice nas wspomagali w jakimś sensie. No bo tak, skromnie trzeba było żyć, może akurat byli biedniejsi ode mnie chłopcy, moi koledzy i te wszystkie zabawy, które żeśmy organizowali, polegały na tym, że właściwie wszyscy korzystali z tego, co się dało samemu zorganizować i zrobić. Więc rzecz polegała również na tym, że kolega starszy, który wiele więcej potrafił i wiele więcej umiał, to ci młodsi z tego korzystali i niejako byli przez nich przysposabiani do tych lepszych umiejętności. To było bardzo cenne.

  • Pan wspominał o jakieś zabawie, która była związana z kawałkami taśmy filmowej i kawałkami dachówki. Nie bardzo zrozumiałem, na czym to polegało.


Gra w kliszę polegała na tym, że robiło się takie dytki okrągłe, wielkości może trochę większej niż denko od szklanki. To było zrobione albo z ołowiu, albo z dachówek, które spadły z dachu. Się siedziało, tłukło się, wykuwało się taką okrągłą dytkę, a ołów to się odlewało, z jakichś tam kabli się korzystało, szczególnie wtedy, kiedy były te kable ołowiane, [to znaczy] otulone druty przewodów telefonicznych. Zdejmowało się ten ołów (ten ołów się łatwo topił, bo on się topił w temperaturze paruset stopni), robiło się z tego taką dytkę (to się dytki nazywało) i koledzy (tam było pięciu, sześciu, więcej, tylu ile chciało się bawić w to), cięliśmy te klisze na odcinki pięcioklatkowe. Pięć klatek było wyciętych i to była zapłata za sprawność tego, który grał w dytki. Rzucało się taką dytką na taką odległość, jaką się oceniało, że była bezpieczna, i drugi, który chciał coś wygrać, no to usiłował trafić w tamto, na odległość taką, że albo ręka rozpostarta, albo dwa place, albo jedna na drugą upadała i wtedy to była najwyższa zapłata. Jak upadła dytka jedna od drugiej, moja i pańska, w takiej odległości, że pana ręka sięgała między moją [dytkę] a pana, to wtedy należało się za to pięć klatek. Jak upadła na dwa palce, to wtedy musiał pan dziesięć klatek zapłacić. Jak upadła jedna na drugą, to wtedy piętnaście. Czyli trzy takie odcinki odcięte kliszy.

  • Czyli klisze były jakby…


Zapłata za pańską sprawność. Jak pan miał taką sprawność, że pan tak trafił. Każdy z każdym mógł rzucać. Mógł pan rzucać do mojej, do kolegi, do innego, który w całym procederze uczestniczył.

  • Czy ta gra miała jakąś nazwę?


W dytki się nazywało, tak żeśmy to nazywali. No i to było zajęcie bardzo ciekawe, bo trzeba było latać. Tak samo się w okresie okupacji i po wojnie latało z fajerką, [prowadząc] na popychaczkę, nie wiem, czy pan widział taką zabawę, trzeba było kilometry przelecieć, cały czas biegiem. Tak że zajęcie było bardzo [angażujące], nie takie, że przed komputerem, jak dzisiaj siedzą, tylko się wstawało rano, jak ze szkoły się przyszło, czy w sobotę, czy w niedzielę najczęściej, i po ulicy się z tą popychaczką latało. Różne były, jeden z fajerką, drugi miał obręcz od koła rowerowego, drewnianą czy metalową, różnie to było, no i takie zabawy się organizowało bez przerwy. Przychodził sezon i zajmowaliśmy się jakąś taką pożyteczną zabawą, a trzeba było przy tej zabawie się zdrowo nabiegać. Stąd może i ludzie z tego okresu, ta młodzież, ma trochę lepsze zdrowie niż ci dzisiejsi [w tym wieku]. No ale oprócz tego jeszcze, to było też charakterystyczne, że zabawa polegała nie tylko na przyjemnościach, ale i na psotach. Bo te klisze, które żeśmy cięli, to były najczęściej palne. Jak się podpaliło, to ona wybuchała, ale jak się stłumiło i ona się żarzyła, to się robiły tak zwane kopcie. No i zabawa polegała na tym, że trzeba było gdzieś napsocić, więc jak ktoś nie za bardzo się pilnował, to byli tacy moi koledzy i ja też wśród nich, że taki kopeć się wrzucało do chałupy przez lufcik albo na klatkę schodową i wtedy smród był niesamowity z tych kliszy, z tych tlących się kliszy. Ona się nie zapalała, ale cały czas się tliła i ten dymek był bardzo uciążliwy. No więc takie psoty się urządzało. Puszczało się latawce, mimo że tam koło nas było lotnisko. No, umiejętność polegała na tym, że ci, którzy więcej umieli, uczyli tych młodszych. Na początku tego nie potrafiłem robić, ale potem kolega starszy mnie nauczył, jak budować latawce. Dzisiaj pan idzie do sklepu i kupuje latawiec dla dziecka. Wtedy trzeba było samemu to robić. No i takie zabawy bardzo były pouczające. No, hulajnogę też się samemu robiło.

  • Przejdźmy do okresu powstańczego. Czy pan pamięta okres jeszcze chwilę przed wybuchem Powstania? Czy pan pamięta, że coś wisiało w powietrzu, że coś się zmieniało?


Proszę pana, oczywiście, że pamiętam. Najbardziej charakterystyczną rzeczą, która w jakimś sensie mnie osobiście już dotyczyła, to było wtedy, jak Niemcy uciekali ze wschodu. Dwie rzeczy były. Jedna była bezpośrednio związana z miejscem, gdzie mieszkaliśmy. I znowu wrócę do tej olejarni. W 1944 roku, w czerwcu albo nawet może i na wiosnę, może nawet i w maju, ponieważ ta olejarnia była w piwnicy, ojciec miał kontakty z sąsiadem, który był w okresie okupacji grantowym policjantem. Oczywiście więcej pracował na rzecz swojego środowiska niż Niemców. Jego syn zresztą był w oddziałach żoliborskich, nazywał się Spoczyński i poległ w ataku na Dworzec Gdański. Mój kolega starszy ode mnie, nieraz się z nim kontaktowałem. A rzecz polegała na tym, że to był dwudziesty szósty komisariat i szefa tego komisariatu zastrzelono tuż przed Powstaniem. To było też takie wydarzenie strasznie przykre, bo ja akurat znałem jego dwie córki, które chodziły razem ze mną do tej szkoły, kiedy Niemcy wyrzucili szkołę z Zuga na Hajoty. W takich dwóch prywatnych budynkach potem żeśmy się uczyli, ja tam chodziłem od pierwszej do czwartej klasy. Ale wracając do tego zdarzenia związanego z Niemcami tuż przed Powstaniem. Pewnego dnia przed południem, jeżeli sobie przypominam, kiedyśmy się bawili na podwórku, przyszło dwóch Niemców, ale bez broni, oczywiście w mundurach i nieśli takie bańki. Nie wiem, po czym one były, w każdym razie przyszli i czegoś szukali, ale nie mogli się z nikim dogadać, o co im chodzi. Oczywiście po polsku nie rozmawiali, ale po niemiecku. W końcu w naszym budynku znalazła się osoba, taka pani, która znała niemiecki, i spytała ich się, kogo oni szukają, więc oni powiedzieli, że oni przyszli po olej. Panika była olbrzymia, no bo tu spokojni ludzie mieszkają sobie, a tu nagle dwóch Niemców się zgłasza, nikt nie wiedział w jakim celu, a oni się okazało, że handlowo przyszli, żeby kupić oleju. Oni ten olej potem od ojca jeszcze paręnaście razy kupowali do wybuchu Powstania. Nie pamiętam, ale jeżeli sobie przypominam, to chyba było z osiem albo więcej razy. Oni ten olej kupowali i wysyłali do kraju, dla swoich rodzin. I to jest jedno takie wydarzenie charakterystyczne. Popłoch był olbrzymi i…

  • Czy olejarnia była nielegalna?


No znaczy legalna była taka, że musieli płacić jakiś podatek, z tego, co wiem, bo mama prowadziła taką buchalterię dla tej olejarni. Ale wiele rzeczy było nielegalnych. Na przykład zakup wszystkich produktów związanych z tłoczeniem olejów to na pewno był nielegalny. Gdzieś były kradzione te nasiona słonecznikowe, rzepakowe i jeszcze chyba jakiś surowiec był. One były przywożone na zasadzie takiej, że ktoś, kto miał kontakt pod Warszawą z jakimiś hurtowniami, ten olej przywożono i ja te pieniądze woziłem tam. Czasami to było sporo gotówki. Tak miałem wypchane te portki, że czułem nawet, jak szedłem, że to stanowi jakiś ciężar. I to była ta działalność. Nie wiem, w jakim sensie ten pan Spoczyński poprzez komisariat w jakimś sensie może i chronił tego mojego ojca. Po wojnie to z ojcem miał takie bliskie kontakty, że nawet u siebie w piwnicy… Bo to był dom niewykończony, przed wojną on zaczął ten dom budować. To było po sąsiedzku, dosłownie przez uliczkę po drugiej stronie. Jak zaczął ten dom budować, to go nie wykończył i z ojcem potem miał kontakty, że uruchomili w piwnicach tego jego domu wytwórnię wód sodowych. Ojciec z nim miał kontakty. Ja też się z nim kontaktowałem przecież, różne rzeczy załatwiałem. Chodziłem po zakupy, kupowałem barwniki, takie tam handlowe różne rzeczy. Ojciec mnie posyłał i trzeba było załatwiać. No a w konsekwencji się okazało, że w jakimś tam układzie prawdopodobnie z podziemiem był bardzo związany. Musiał wiedzieć, skoro jego syn jak poległ, z tego, co ja wiem, miał chyba dziewiętnaście lat i działał już wtedy w podziemiu, więc musiał się ojciec orientować, co jego synek robi. Co do tego nie mam wątpliwości.

  • Wielu jednak ukrywało to przed swoimi rodzicami.


No ale nie wszystko się chyba dało ukryć. W tym przypadku chyba to się nie dało ukryć, tym bardziej że on miał kontakt z takim kolegą Andrzejem Koskowskim, ten Janusz Spoczyński, który mieszkał dosłownie w następnym budynku i po wojnie potem się okazało, że… Żeśmy już wtedy koleżeńsko ze sobą współdziałali na takiej zasadzie, że ja jako chłopaczek już trochę starszy, a tamten, ponieważ był i działał w Powstaniu Warszawskim, uczył nas, jak się do fundamentów rzuca tłuczki, granaty niemieckie. Niemcy mieli olbrzymie zasoby uzbrojenia w AWF-ie. Myśmy chodzili do AWF-u i tam było mnóstwo broni. Myśmy tę broń przynosili i takie zabawy były, że koło nas był taki budynek niewykończony, fundamenty i tam żeśmy się uczyli te granaty rzucać. Odbezpieczało się, wyciągało się zawleczkę i fru ten granat do tych fundamentów. Taka zabawa była. Nawet paru chłopaków, tylko od innych rzeczy, po sąsiedzku, zginęło tam na Bielanach przy klasztorze kamedułów.
Drugi taki obrazek, to pamiętam, jak Niemcy się wycofywali tuż przed Powstaniem. To było chyba w lipcu, upał był straszny i ze wschodu ci osadnicy niemieccy wycofywali się, jak już Armia Czerwona się przesuwała ku granicom Polski. Wycofywali się i jechali przez Warszawę, ale jechali również taką szosą Marymoncką i do ulicy Wólczyńskiej, tutaj przed lotniskiem bielańskim – całe tabory. Oni byli uzbrojeni, ci osadnicy, bo nawet nie mieli niemieckiej ochrony, i oczywiście cały transport był konny, cały dobytek był na wozach. Dzieci, rodzice, wszyscy przejeżdżali i uciekali na zachód. To pamiętam osobiście. Nawet miałem takie zdarzenie, że ponieważ nie wolno było stać… Myślę, że oni sobie nie życzyli, żeby ktoś stał i patrzył, żeby jakiś sznur ludzi stał przy tej drodze, gdzie oni się wycofywali. Weszliśmy z kolegą na dach i obserwowaliśmy ich z Bielan, a to jest jakaś odległość, tam gdzie oni się tą ulicą Wólczyńską wycofywali, no nie więcej niż jakieś sześćset, siedemset metrów. I w pewnym momencie musieliśmy uciekać, chować się do dymnika czy tam do tego, gdzie kominiarze wychodzili, bo jeden z tych Niemców strzelił do nas z karabinu. Dachówki się posypał – nie trafił w nas oczywiście – no więc zorientowaliśmy się i szybko żeśmy się schowali na strychu. No to takie wydarzenia pamiętam, jak się Niemcy wycofywali z Warszawy tuż przed Powstaniem.

  • Jak pan zapamiętał wybuch Powstania Warszawskiego?


Wybuch, proszę pana, samego Powstania, to wiele nie pamiętam, natomiast pamiętam wydarzenia, które wiązały się z wycofywaniem oddziałów „Żywiciela” w pierwszych dniach Powstania. To było chyba 1 sierpnia w nocy, jak [oddziały] wycofywały się z Żoliborza i szły do Puszczy Kampinoskiej po uzupełnienie uzbrojenia. To miało na tym polegać, ale potem, jak dowódca Powstania „Wachnowski” dał rozkaz, żeby powróciły, no to wtedy tylko pamiętam te wydarzenia, które wiązały się w pierwszych dnia Powstania z walkami, kiedy te oddziały w nocy wycofały się na Bielany i kiedy znalazły się na Bielanach, Niemcy ich zaatakowali od strony Powązek. Te zdarzenia pamiętam z uwagi na to, że już wtedy takie większe nieszczęścia związane były ze szpitalem, który istniał w Naszym Domu, tam gdzie chodziłem do przedszkola. To było w pierwszych dniach sierpnia, chyba gdzieś czwarty, piąty. Wtedy jedna z sąsiadek, która była sanitariuszką w tym to szpitalu w Naszym Domu, zabrała mnie kiedyś do pomocy, żebym jej coś pomógł przenieść. Jeżeli pamiętam, to chyba były jakieś artykuły spożywcze. Wtedy z nią do szpitala dotarłem i na tej sali, gdzieżeśmy się bawili w przedszkolu, gdzie ci przedszkolacy przebywali, oczywiście razem ze mną, wtedy była taka sala szpitalna. No to doskonale pamiętam. Później jeszcze parę razy [chodziłem] przez ogródki… Bo już nie można było ulicą chodzić, bo snajperzy siedzieli na wieży AWF-u i strzelali do poruszających się osób, więc trzeba było ukradkiem przebiegać. W przejściach między budynkami siatki były wyprute. Bo tam wszędzie przy domach były ogródki przydomowe i te siatki były wyprute i można było przebiec wtedy między tymi budynkami w miarę bezpiecznie, poza ulicą Aleją Zjednoczenia. Wtedy zrywałem na tych ogródkach różnego rodzaju owoce, głównie pomidory i inne rzeczy, strączkowe, i kilka razy zanosiłem do tego szpitala powstańczego. To tyle pamiętam.

  • No a czy pamięta pan chwilę, kiedy po prostu zrozumiał pan, że to, co się dzieje, jest Powstaniem? Czy to rodzina przekazała?


Nie, przecież nie musiała rodzina przekazywać, bo te walki, które były na Zdobyczy Robotniczej, to bezpośrednio można było zaobserwować. Niemcy patrolowali wtedy całe Bielany od strony AWF-u. Przecież tam było duże zgromadzenie wojska i w lesie i bezpośrednio patrolowali.

  • No tak, to można było zaobserwować, ale niekoniecznie można było rozumieć, że to nazywa się Powstanie.


A nie, nie, to już wiedziałem, już tedy nie było żadnej [tajności]. Wie pan, już wtedy wszyscy o tym wiedzieli, co to jest Powstanie. Mieliśmy między sobą kontakt, dzieci o tym wiedziały. Myślę, że i ten mój młodszy brat o tym wiedział, a ja […] już ponad dziesięć lat miałem, to już wiedziałem, o co idzie ta walka.

  • Czy pamięta pan, co mówili o tym rodzice? Jaki był ich stosunek i ocena?


Nie no, ojca nie było. Przez pewien czas nie było ojca. Nie wiem, gdzie on się poniewierał, jak był w tych oddziałach WSOP, w tym oddziale minerskim. Z nami była matka. Musiała nam jakieś posiłki organizować, przygotować i tak dalej. Poza tym sąsiad, który był w Puszczy Kampinoskiej w oddziałach [VII] Obwodu Armii Krajowej, ponieważ wtedy jeszcze Niemcy nie stworzyli takiej strefy ochronnej wokół Kampinoskiego Parku Narodowego, w związku z tym wiele razy kontaktował się z rodziną i wtedy też się orientowałem. No bo jak przyszedł do domu, a jego żona była w dobrych kontaktach z moją mamą, no więc wiele rzeczy się wtedy [słyszało]. Wtedy już nie było żadnych wątpliwości, o co tu biega w tej całej historii z walkami. Wprawdzie na Bielanach te walki były minimalistyczne. Wtedy kiedy oddział „Żubrów” zaatakował Akademię Wychowania Fizycznego (przedtem CIWF), no to niczym się to skończyło, bo Niemcy za dobrze byli przygotowani, już o wszystkim wiedzieli. Tym bardziej że na Żoliborzu walki się grubo wcześniej rozpoczęły przecież, przynajmniej parę godzin wcześniej.

  • Kiedy pan się zorientował, że ojciec bierze aktywny udział w Powstaniu?


Zorientowałem się już po Powstaniu, wtedy kiedy byliśmy wysiedlani z Bielan. Wcześniej absolutnie się nie orientowałem. Wiedziałem, że ojciec jakieś interesy prowadzi, ale jakie, nie wiedziałem, oprócz tych interesów handlowych, związanych, tak powiem, z egzystencją naszą i życiem.

  • No właśnie, jak było z jedzeniem podczas Powstania? Czy był kłopot, czy nie?


No był kłopot. Oczywiście, że był kłopot, ale jeżeli chodzi o nas, to ja takich spostrzeżeń nie mam, żebyśmy mieli jakieś wielkie trudności. Jak Powstanie wybuchło, to zostało sporo artykułów tłuszczowych z produkcji. Ojciec zawsze był bardzo zapobiegliwy i były różne rzeczy, które można było przy tych tłuszczach wyprodukować. Mama sobie świetnie radziła, nie odczuwaliśmy jakiegoś głodu. Mieliśmy ogródek, w ogródku rosły pomidory, fasola, inne rzeczy. Przed każdym domem na Zdobyczy Robotniczej były ogródki. Oprócz tego przy dzisiejszej trasie Kasprowicza mieliśmy drugą działkę, na tej działce uprawialiśmy kartofle. Ja jeszcze tylko pamiętam, że w okresie wybuchu Powstania Niemcy na ulicy, która teraz nazywa się Lindego, a przedtem to była ulica przy Lasku Bielańskim, uprawiali osobiście dla swojej kuchni kartofle. Jak wybuchło Powstanie, to oni się tam ukryli wewnątrz lasu, a ja chyba dwa razy chodziłem na te kartofle i tam dziabałem te kartofle z sąsiadką, która była taka zapobiegliwa, przynosiłem te kartofle, gotowało się. Tak że niespecjalnie odczuwałem jakieś trudności. Oprócz tego, co było [dla nas], no to musiało być [więcej], skoro jeszcze byłem w stanie zanosić owoce do szpitala w Naszym Domu, w alei Zjednoczenia.

  • Czy pamięta pan powstańców?


No pamiętam. Wie pan, pamiętam powstańców, którzy przechodzili… Wtedy kiedy wychodzili w nocy z Warszawy do Puszczy Kampinoskiej, to wtedy nie było takiego zdarzenia, ale kiedy wracali, to pamiętam, bo byli również w naszym domu. To było, jeżeli dobrze pamiętam, albo drugiego, albo trzeciego sierpnia.

  • A później?


Później to tylko pamiętam taką rzecz, że kiedy jeszcze nie było wokół Puszczy ustalonego kordonu zabezpieczającego, to […] takie kontakty były, kiedy przychodzili przewodnicy, którzy prowadzili przerzut broni z Puszczy Kampinoskiej na Żoliborz. Tylko to pamiętam, ale to były takie migawki.

  • Czyli nie przechodzili tamtędy powstańcy, którzy brali na przykład udział w ataku na Dworzec Gdański?


Przechodzili, ale ja ich nie widziałem. Oni nocą przechodzili, a wtedy taki koleś jak ja to musiał spać w domu. Po nocy się nie włóczyłem. Raz się po nocy włóczyłem, to Niemcy mnie pognali, że… Wtedy żeśmy ogniska rozpalili, a ponieważ to było, przy lotnisku, więc już do domu nie mogliśmy wrócić, bo na polu żeśmy byli, to musieliśmy uciekać aż prawie pod lotnisko na Bemowie i w nocy, chyba o drugiej albo o którejś, żeśmy wrócili do domu. Nas była tam grupa taka, chyba pięciu czy sześciu.

  • To było przed Powstaniem?


To było przed Powstaniem.

  • Bo jeśli chodzi o okres Powstania, to teren, na którym pan mieszkał, był wolny czy zajęty przez Niemców?


Nie, nie, tak jak panu już wcześniej mówiłem, powstańcy byli na Bielanach tylko w tym okresie, kiedy było pierwsze uderzenie na AWF, czyli na CIWF, ale to było nie od mojej strony, tylko to było od strony Marymonckiej. Tam był oddział „Żubrów”. To nie był taki wielki oddział, więc oni nie musieli tutaj z tą strefą, gdzie mieszkałem, się kontaktować. Drugi [okres], wtedy kiedy mieli rozkaz powrotu na Żoliborz, no to wtedy pamiętam, a tak to już żadnych działań w tym rejonie, gdzie myśmy mieszkali, praktycznie nie było.

  • A samoloty, naloty? Czy gdzieś tam było…


Samoloty to pamiętam. Wtedy jak ta wielka armada amerykańska przelatywała nad Warszawą, to ten obraz pamiętam. Widzę jeszcze do dzisiaj te latające fortece i obok nich chroniące ich myśliwce. Ale to było takie wydarzenie, wielkie wydarzenie, demonstracyjne bardziej niż jakieś militarne.

  • Czy oni przelatywali na pana terenem?


Nad Bielanami przelatywali. Nawet jedna z tych fortec została strącona na Górach Szwedzkich.

  • Czy są jeszcze jakieś wspomnienia z okresu Powstania, które panu utkwiły w pamięci, zanim nastąpił moment wyjścia z Warszawy?


No z zasady chyba wszystko, co jeszcze pamiętam, to już powiedziałem.

  • Proszę opowiedzieć, kiedy pana rodzina musiała opuścić Warszawę i jak to wyglądało.


No więc proszę pana, po tych wszystkich [wydarzeniach], kiedy właściwie walki na Żoliborzu dogorywały, a Bielany były już oczyszczone ze wszystkich działań, jakiekolwiek mogły tam zaistnieć, no bo już nie zaistniały, 17 września rano od strony Wawrzyszewa weszły oddziały, które były zorganizowane. Tak przypuszczam. Nawet jeżeli dobrze pamiętam, to chyba w tym uczestniczyły również wojska Luftwaffe, które stacjonowały na lotnisku młocińskim czy bielańskim (dzisiaj się Bielany nazywa, kiedyś to się Młociny nazywały). Jak to wyglądało, to jeszcze dzisiaj widzę: Chałupa nasza stoi frontem do Wawrzyszewa, od strony Wawrzyszewa idą takie grupy, drużyny może, bo gdzieś wielkości drużyny, kilkudziesięciu Niemców. Stawiają karabin maszynowy przed budynkiem i każą wszystkim ludziom wychodzić, na tę stronę, gdzie stoi oczywiście ten karabin maszynowy. Domyślamy się, że może być wszystko, co się może wydarzyć tylko w takiej sytuacji. Dokonują rewizji w poszczególnych lokalach. Ludzie stoją, a oni wchodzą do lokali, każą otworzyć wszystkie mieszkania i po rewizji każą z powrotem wrócić, żeby się spakować. Dają na to chyba pół godziny czasu wszystkim. Oczywiście jest przy nich tłumacz, który informuje, że wszyscy się mają zgromadzić na terenie Naszego Domu. Czyli wracam z powrotem do miejsca, gdzie jest przedszkole. Jest to jedyny dom na Bielanach, który ma dookoła ogrodzenie, z bardzo solidnej siatki, parkanu. Niemcy dookoła tego ustawiają wartowników i wszystkich ludzi gromadzą tam na terenie tego placu. Na tym placu, jak mówiłem, dzieci kiedyś się bawiły, tam była górka. To jest spory plac, tam jest parę hektarów. Oceniam, że tam było gdzieś około pięciu tysięcy ludzi. [Oczywiście] nikt ich nie liczył. Na tej zasadzie dokonują tam selekcji, część ludzi zabierają od razu do jakichś tam rzeczy. Potem się dowiedziałem, że zostali wywiezieni do Niemiec albo do obozów koncentracyjnych (przeważnie to dotyczyło młodych ludzi). Natomiast wszystkie rodziny w takim układzie jak nasze są grupowane w grupy około stuosobowe. Ponieważ Powstanie jeszcze trwało na Żoliborzu, no więc [okupanci], okrążając te strefy walki, wyprowadzają nas w kierunku Pruszkowa. Oczywiście idziemy na takiej zasadzie, że od Żoliborza jesteśmy oddaleni, prowadzą nas w kierunku Powązek, tam gdzie jest Fort Bema, ale ja tam nie dochodzę. To tylko wiem z opowiadań tych, którzy szli do Pruszkowa. Po drodze ojciec [rozmawia] z jakimś takim starszym Niemcem, który tę naszą grupę dozoruje, daje mu jakieś precjoza złote, między innymi na pewno oddał mu swoją obrączkę, i cała nasz rodzina w oddaleniu, może było pięćset metrów, może siedemset metrów od domu, gdzie mieszkaliśmy… W tych domach już nikogo nie ma, bo wszystkich już tam wygruzili i wyprowadzali te grupy. Nie wiem, którą grupą byliśmy, która wychodziła do Pruszkowa. Dostajemy się do takiego budynku, która stoi na naszej ulicy, tylko w drugim końcu. Ten Niemiec przymyka oko, my czmychamy – bo wzdłuż ulicy idziemy, ulica jest wąska – czmychamy do tego budynku i tam się dostajemy na parter tego budynku, do kuchni. W tej kuchni siedzimy do rana następnego dnia. Aha, Niemcy mówili jeszcze wtedy, kiedy byliśmy tam na tym placu, że nikomu nie wolno powrócić do mieszkania, bo jak złapią kogoś, to go rozwalą od razu, całe rodziny rozwalą. No więc jak żeśmy się znaleźli w tej kuchni, to żeśmy doszli do wniosku, że to jest zbyt niebezpieczne, żeby te pięćset metrów iść z powrotem i znaleźć się w swoim dawnym miejscu zamieszkania. Rano z tymi tobołkami wychodzimy i mama mówi: „No to idziemy do Nadarzyna. Tam mamy jakąś bliską rodzinę – już nie pamiętam, kuzynka czy ciotka, nie wiem, w każdym razie jakaś rodzina – i tam się u nich zatrzymamy”. No i tak żeśmy doszli do Babic. W Babicach żeśmy przenocowali jedną noc w takiej przybudówce, tam gospodarze nas wpuścili i dalej mieliśmy iść do tego Nadarzyna. Daleko żeśmy nie uszli, bo już wtedy cała Puszcza Kampinoska od strony Warszawy była otoczona kordonem Ukraińców. Siedzieli w takich okopach płytko okopanych i uniemożliwiali kontakt między walczącym Żoliborzem a Puszczą Kampinoską. I gdzieś niedaleko od Babic, już nie pamiętam, chyba gdzieś przed Ożarowem, zatrzymali nas Niemcy. No, trudno było, żeby nas nie zatrzymać, bo widać było, że to nie idą swoi, tylko idą obcy, prawdopodobnie nie ma wątpliwości, że z Warszawy, niosą tobołki, więc zgarnęli nas, taką całą grupę. Jak myśmy szli po takich polach uprawnych, zgarnęli nas taką grupę sporą, bo tych osób było sporo, którzy się tam jakoś uratowali, i doprowadzili nas do Ożarowa.

  • Przepraszam, a jak szliście, zanim was zatrzymali…


Nie, nie, prowadzili nas cały czas pod nadzorem. Już wtedy nie mogliśmy gdzieś czmychać na boki.

  • Ale to wtedy, jak was złapali w Ożarowie.


Nie, jak nas złapali przed Ożarowem. Tę grupę całą, którą złapali na polach, gdzieśmy się przemieszczali w kierunku Nadarzyna, prowadzili pod dozorem. To byli Ukraińcy.

  • Aha, bo pan powiedział też, że Niemcy?


Nie, to Ukraińcy byli, bo widziałem te wachy, które były na tym otoczeniu między Puszczą a Żoliborzem czy między Puszczą a Warszawą – to byli w większości Ukraińcy. To odnotowałem, bo rozmawiali nie po niemiecku, tylko rozmawiali po ukraińsku. I doprowadzili nas do fabryki kabli w Ożarowie.

  • Potrafił pan odróżnić rosyjski od […] ukraińskiego?


A nie, nie, po ukraińsku. Po ukraińsku rozmawiali. Inaczej byli trochę umundurowani ci, którzy służyli w tych oddziałach ukraińskich, RONA czy tej armii ukraińskiej. Inaczej byli troszeczkę umundurowani. To się rzucało w oczy. Zresztą mój ojciec szedł z nami i trochę na ten temat więcej wiedział niż ja.

  • No dobrze, wracamy do Ożarowa.


No i w Ożarowie żeśmy zostali zgrupowani w fabryce kabli. Już teraz się dowiedziałem, grubo po wojnie, że w tej fabryce kabli byli również i powstańcy, był tam wstępny obóz dla powstańców warszawskich. I tam żeśmy przebywali w tej fabryce. Tam były zdecydowanie lepsze warunki niż w Pruszkowie, bo w Pruszkowie to później byłem parę razy i oglądałem. Nawet teraz byłem, bo zostałem zaproszony do Pruszkowa, do Dulagu 21, no to wiem, że w porównaniu z tymi warunkami, jakie tu były w Pruszkowie… Zresztą w Pruszkowie była moja teściowa z moją żoną przyszłą, więc też po wojnie się wiele rzeczy dowiedziałem. W tym to Ożarowie były warunki w porównaniu z Pruszkowem nieporównywalne. Przede wszystkim można było jakoś przez te parę nocy, które tam żeśmy przebywali, po ludzku urządzić sobie posłanie, na regałach od produkcji tych rzeczy. Oni produkowali przeważnie izolatory, na słupach takie były. Kiedyś jak kable szły na powierzchnię, to były takie izolatory przy słupach. Te produkty znajdowały się na tych magazynowych regałach. Sprytniejsi, starsi ludzie… No, mój ojciec tam nie wszedł, bo był inwalidą, więc nie ma mowy, ale ci sprytniejsi zgrupowani ludzie wchodzili [wyżej]. Tych regałów było chyba trzy albo cztery piętra. Wiem, że spałem na najwyższym piętrze. Na deskach się spało, nic innego nie było, czym można się było nakryć, tylko to, co żeśmy nieśli z sobą. Na tych regałach żeśmy przespali parę nocy. Ale można było w międzyczasie… Niemcy pilnowali oczywiście, ale ta fabryka, jak to fabryka, było różne to ogrodzenie, w ogrodzeniu były dziury. No więc jak rodzice mieli pieniądze, które wtedy obowiązywały w Generalnej Guberni, to chłopaczki takie jak ja wychodzili przez te dziury na miasto. [Niemcy] tylko tolerowali, jak wychodzili dzieci, nikt z dorosłych nie mógł wyjść. Przynajmniej ja nie wiem, żeby ktoś wychodził. Bo potem jak żeśmy się znaleźli na wiosce, to się to okazało prawdą, że tylko dzieciaków wypuszczali. Dzieci wychodziły i na mieście w sklepach kupowali przeważnie chleb. Bo tam żywienia żadnego nie było, Niemcy nie stworzyli kuchni w tej fabryce kabli. I ja chyba kilka razy [wychodziłem]. Dostałem od rodziców jakieś tam grosiaki, to wychodziłem na miasto kupowałem chleb. Po paru dniach – prawdopodobnie to trwało nie więcej niż około tygodnia – zostaliśmy załadowani w Ożarowie na przystanku kolejowym do wagonów, tylko już nie pamiętam jakich. Zdaje mi się, że to były wagony osobowe, takie, które przed wojną były, że z obu stron się wchodziło i wychodziło, i był tylko jeden przedział – przedział, przedział koło przedziału. Tak mi się zdaje, ale nie dam głowy. Albo towarowe. Zostaliśmy wywiezieni do Bełchowa koło Nieborowa. W tym to Bełchowie prawdopodobnie z inicjatywy albo na rozkaz Niemców gminy (to była gmina Nieborów) zostały zobowiązane, żeby tych wysiedleńców warszawskich przejęli miejscowi gospodarze. Przyjechały furmanki i na chybił trafił kto tam do kogo się dopasował, no to wsiadał na furmankę i ten gospodarz wiózł go do swojej chaty.
Myśmy trafili w Bełchowie do takiego bogatszego gospodarza, który dysponował sporym areałem, jak na owe czasy, dziesięć hektarów. Miał zupełnie przyzwoicie urządzone gospodarstwo i w tym to gospodarstwie dostaliśmy [miejsce] w jego mieszkaniu, w jego domu. W domu po jednej stronie była jedna izba, po drugiej druga izba, a w środku była kuchnia, kuchnia zimowa, bo letnia kuchnia była na zewnątrz. W tym to gospodarstwie zadysponowano nam kuchnię i myśmy w pięć osób mieszkali w tej kuchni. W kuchni oczywiście była duża kuchnia czterofajerkowa […]. Tam znaleźliśmy się pod koniec chyba września, tak to oceniam. Na początku rodzice spali na łóżku, bo było tam łóżko w tej kuchni, ona miała jakieś tam koło dziesięciu metrów kwadratowych. Rodzice spali na łóżku, a my na podłodze. Gospodarz nam zadysponował dwa czy trzy snopki siana i we trzech żeśmy spali na tym sianie, nawet bez siennika, bo nic takiego nie było. Tam żeśmy przebywali aż do wyzwolenia 18 stycznia. Siedemnastego Warszawa wyzwolona została, osiemnastego czołówki Armii Czerwonej przyszły już pod Nieborów. Bo Nieborów jest sąsiednią odległością, taką, gdzie jest takie, no ja wiem, miasteczko w stosunku do tego Bełchowa. I co ja tam robiłem, proszę pana. Zajmowałem się u tego gospodarza pasaniem krów. Za to pasanie krów siadałem z nimi tak jak swój. On miał trzech chłopaków, jeden był w moim wieku, jeden był młodszy, i córkę. Najstarsza była córka. Razem z nimi rano przed wyjściem do roboty z tymi krowami dostawałem posiłek, wracałem z tymi krowami, dostawałem posiłek. To była obiadokolacja taka. Ja razem z nimi jadłem. Oni stawiali jedną michę na stole, każdy dostawał swój talerz, a jak było na przykład zsiadłe mleko czy coś, to kartofle były razem, wszyscy z tej jednej michy się żywili. I to było takie jedzenie, że ja byłem jeden jedyny wpisany do wyżywienia tej rodziny. Natomiast nie powiem, czy to oni powiedzieli, w każdym razie chodziła taka fama, że „jak się wam chciało Powstania, to teraz zdychajta z głodu”. Takie obrazki były powszechne. No oczywiście [w przypadku naszej rodziny] było gorzej, bo ten mój młodszy brat to miał parę miesięcy, miał wtedy pięć miesięcy, ten starszy miał […] sześć lat, no i ja byłem ten na wyżywieniu. Mama była w kiepskiej sytuacji. No więc jeżeliśmy pomagali, ponieważ to był okres jesieni, więc ja z ojcem pomagałem. Oprócz tego jeszcze, jak się nadarzyło po tym, jak krowy spędziłem z pola, no to uczestniczyłem w czynnościach zbioru zbóż i tak dalej, ojciec również, no i ojciec też wtedy dostawał – czuli się w obowiązku, żeby nam dać posiłek. Natomiast jeżeli chodzi o wyżywienie, to wiem, że poza mlekiem dla tych moich braci i poza kartoflami to nic nie chcieli dać. W Nieborowie szef, pan… nie pamiętam, jak on się nazywał… Ale ja już panu nie powiem, jak wyglądała sytuacja, bo się nie orientuję, natomiast z ojcem chodziłem do pałacu w Nieborowie, czekałem gdzieś w części gospodarczej, a ojciec miał jakieś tam kontakty wewnętrzne z szefostwem. Pani Izabela działała tam bardzo aktywnie w tej pomocy wysiedleńcom. Wiem, że partyzanci, którzy się tam przemieszczali w lasach, bardzo się interesowali wykwaterowanymi z Warszawy mieszkańcami. I były takie sytuacje, że nawet i przychodzili do wsi w nocy. Pamiętam, że ojciec w nocy wychodził i jakieś tam kontakty miał. Oprócz tego miał jeszcze i kontakty w pałacu w Nieborowie. No i zimą to tylko pamiętam, jak po chrust chodziłem. Mieliśmy specjalne zezwolenie, że mogliśmy te dolne, uschnięte gałęzie w lesie zbierać i przynosić, żeby palić. To pamiętam, bo z ojcem chodziłem do lasu [nawet] wtedy, jak już śniegi były.
W tej wiosce gdzieżeśmy stali, była jednostka łączności Niemców. Niemiecka jednostka wojskowa i w tej to niemieckiej jednostce wojskowej było paru Austriaków. Jeden z tych Austriaków zwrócił na mnie uwagę. Nie wiem, jakiś sentyment miał, może miał syna w moim wieku, nazywał się Paksa (tylko to pamiętam), był z Wiednia. Dogadać się z nim nie mogłem, no bo trudno się było z nim dogadać, mogłem się tylko na migi dogadać. W każdym razie miałem takie zaszczytne możliwości, że w drugiej części wioski oni kwaterowali, bo tam była jakaś możliwość, żeby… A, w szkole kwaterowali i w jeszcze jakimś innym budynku gospodarczym. To była spora jednostka nawet. Kuchnia, ta niemiecka, była w tamtej części wioski, tego Bełchowa. On mnie paręnaście razy w miesiącu zapraszał na takie resztki z tej kuchni. Ja przychodziłem z taką bańską, z takim baniakiem, on resztki z tej kuchni kazał kucharzowi mi do tego baniaka wrzucać i ja te resztki nosiłem do domu, do rodziców. Z tych resztek korzystała moja mama, mój brat jeden i drugi. No ojciec to tam sobie jakoś radził, bo trochę handlował. Rzucił się na handel, ale ten handel mu źle wyszedł, bo go w Koluszkach Niemcy ogołocili ze wszystkiego. Całe szczęście, że ze względu na to, że był inwalidą wojennym, miał dokumenty potwierdzające swój udział w wojnie, a Niemcy bardzo szanowali tych, którzy walczyli z bolszewikami, [dlatego] zwolnili go w tych Koluszkach, ale nic nie przywiózł. Ale parę razy mu się to udało.
Wiem, że w tej wiosce oprócz nas przebywali również inni mieszkańcy, bo tam trafili do tej wioski ci, których wywieziono do tej wsi, i w tej wiosce żeśmy między sobą mieli kontakty. Nawet był taki mój kolega serdeczny, który już nie żyje, a był olimpijczykiem, złotym medalistą olimpiady w Londynie, szermierzem, Piątkowski się nazywał. Walczył razem z Zabłockim, z Pawłowskim w drużynie. Oni wtedy zdobyli złoty medal olimpijski w szermierce. To taki miałem zaszczyt, że razem z nim te krówki pasałem na takim pastwisku wewnętrznym w wiosce. Bo wszyscy tam wyganiali krowy na to pastwisko. No ale trzeba było pilnować, żeby w szkodę gdzieś nie weszły, bo obok tego były uprawy chłopskie, no więc wtedy można było się bardzo narazić. No i to by było na tyle, jeżeli chodzi o pobyt w tej wsi.
Pamiętam jeszcze ten moment, jak Niemcy uciekli. Rzecz się działa w ten sposób, że wieczorem, bo to był styczeń, mróz siarczysty… Niemcy uciekli gdzieś po południu. To nie było tak, jak ci kolonizatorzy niemieccy uciekali, że nie życzyli sobie, żeby na nich patrzeć – tutaj można było wyjść i patrzeć, jak Niemcy uciekają. Przeważnie mieli transport o napędzie niemechanicznym. Na tych wozach się załadowali i uciekli koło osiemnastej, a przed północą weszły już czołówki Armii Czerwonej. To tyle pamiętam. Wiem, że tam przy naszej chałupie blisko stanął czołg. Ojciec poszedł do tego żołnierza ze mną, ale [żołnierz] nie dał do siebie podejść, krzyczał, że uchadi, uchadi. W każdym razie wróciliśmy i przebywaliśmy tam do… Ojciec przebywał, mówi: „Ja pójdę jak najwcześniej na Bielany, do Warszawy”. No bo i tak domyślaliśmy się, że tam będzie spory szaber, że po prostu ci okoliczni chłopi, którzy mieszkają na Wólce Węglowej, w Izabelinie i tam dalej, będą szabrować, co się da. Więc ojciec 20 stycznia poszedł do Warszawy. Poszedł… Jakoś tam kombinował transport, bo pociągi jeszcze nie chodziły, nie było żadnej komunikacji. Chyba w ciągu trzech dni dotarł na Bielany. To jest odległość gdzieś około stu kilometrów. A ja wyruszyłem… Mama mnie puściła z takim młodym sąsiadem, który kiedyś studiował w Warszawie, był na politechnice, miejscowy gospodarz, tylko z innego gospodarstwa, takiego tam pod lasem. Poszedłem [z nim] gdzieś pod koniec stycznia do Warszawy i dołączyłem do ojca. Po drodze tylko pamiętam ten [sprzęt] zrzucony przez oddziały, które szły na zapad, pod Żyrardowem, takie rozbite jednostki niemieckie, w których część tego sprzętu była w rowach pozrzucana z szosy. No i jechałem – właściwie w większości jechałem, trochę musiałem per pedes iść – ale w większości jechałem taborem wojskowym. […] Żołnierze jak widzieli, że idziemy i machamy, zatrzymujemy, no to takie jednostki pozafrontowe, zaopatrzeniowe nas zabierały i tak po kawałku nas dowozili. Dowieźli mnie chyba aż do Włoch i z Włoch już piechotą wróciłem na Bielany.
Potem ja zostałem w domu, pilnowałem chałupy, żeby… Sporo było tam tego szabru, obrobione było wszystko. Już nie chcę mówić, jak to wyglądało, bo to trochę satyrycznie wyglądało, jak dorośli ludzie, moi rodzice i sąsiedzi, zabezpieczyli piwnice. Wszystko, co wartościowsze, zniesiono do piwnic i w tych piwnicach zamurowana, ale mur, który został postawiony w takim przesmyku między dwoma piwnicami, był wymurowany gliną. Cała reszta korytarzy w piwnicach była nieotynkowana i był mur normalnie z cegły, ale wapienną spoiną ustawiony. Więc zostało to oczywiście rozbite wszystko, rozszabrowane, wywiezione. Ale to już [zobaczył] ojciec, jak wrócił. Ja już potem tylko resztki z tego dobywałem. Schodziłem do piwnicy i szukałem takich wartościowszych rzeczy dla rodziny. Bo jedną taką piwnicę żeśmy wspólnie z sąsiadem mieli zamurowaną i z tej piwnicy, oczywiście za zamknięciem, bo jeszcze drzwi były, ale to już wewnętrzne, żeśmy ratowali. Mam nawet takie zdjęcia przez szczury pogryzione, fotografie stare, przedwojenne albo międzywojenne, albo wojenne, albo okupacyjne, i to było wszystko. I ja na tych Bielanach zostałem jako nadzorca, a ojciec pojechał po mamę, po żonę i po dwóch braci młodszych do Bełchowa. Już wtedy wrócili pociągiem, bo już pociągi zaczęły kursować. Też jeszcze do Warszawy nie dojeżdżały, dojeżdżały chyba do Warszawy Zachodniej, jeżeli pamiętam […]. I przyszli na Bielany. Tak się skończyła moja eskapada w okresie okupacji i Powstania Warszawskiego. […]

Warszawa, 14 września 2022 roku
Rozmowę prowadzi Sławomir Turkowski

Adrian Gawerski Stopień: cywil Dzielnica: Żoliborz, Bielany

Zobacz także

Nasz newsletter