Nazywam się Maria Szybisz.
W Warszawie w 1937 roku.
Byli małżeństwem od 1936 roku. Bolesław Matuszewski i Mieczysława Matuszewska z domu Gierczak.
Mieszkaliśmy w Warszawie, w dzielnicy Mokotów. To była młoda para małżeńska, mieszkania były wynajmowane. Z tego momentu mojego urodzenia nie pamiętam, gdzie to było, pamiętam dopiero późniejsze etapy życia.
Tak, ten adres najważniejszy to dom, w którym mieszkaliśmy około trzech lat, był na Mokotowie i jest do dzisiaj: ulica Szustra 67, obecnie Dąbrowskiego. Tam się [zaczęła] większość mojej świadomości okupacyjnej i początku Powstania, wyjścia ojca do Powstania – tam się wszystko zaczęło. Mokotów.
Nie, miałam siostrę pięć lat młodszą ode mnie. Urodziła się w czasie okupacji niestety, w 1942 roku, tak że była malutka, dwuletnia, jak już zaczęło się to Powstanie.
Alicja, Alicja, niestety świętej pamięci.
Losy taty i mamy są, powiedziałabym, w pewnym sensie wstrząsające – ich oboje. Oddzielnie żyli do pewnego momentu, ale ich dzieje były bardzo trudne. Więc moja, domyślam się, wspaniała babcia Katarzyna Matuszewska z domu Zdrojek – nigdy mnie nie poznała ani ja jej, z oczywistych powodów – niestety bardzo młodo umarła. Urodziła trzech synów. Najstarszy był ojciec, Bolesław, średni wujek Edward Matuszewski i najmłodszy Jan Matuszewski. I teraz sytuacja ojca mojego była taka, że po śmierci mamy ojciec, czyli mój dziadek, ojciec mojego ojca, rozdał, jeżeli tak można powiedzieć nieładnie, swoich synków w rodzinie, każdego synka w jakiejś ich rodzinie. No i te dzieci, można się domyśleć, nie miały wspaniałego dzieciństwa. Ojciec był bardzo samodzielny, był w wojsku, był tam kawalerzystą. Mamy piękne zdjęcie ojca na koniu. Ale chcę powiedzieć głównie, że tak z perspektywy tych przeżytych lat wyobrażam sobie sytuację mojej babci Katarzyny, która urodziła trzech synków. Oni rozdani w rodzinie jakoś szczęśliwie dorośli, wyrośli na młodych mężczyzn i w ‘39 roku byli wszyscy powołani, zmobilizowani. Ojciec do wojska zmobilizowany i jego bracia również. Skończyło się tak, że ojciec był w czasie okupacji w organizacji podziemnej. Wujek Edward Matuszewski zginął w ‘39 roku, jego grób jest na Powązkach. Bardzo dawno tam byłam. Nie wiem, czy teraz jest ta kwatera – kwatera brzozowych krzyży. I tam Edward Matuszewski [pochowany jest] jako żołnierz, który zginął w ‘39 roku. A wujek Janek najmłodszy jakimś rządzeniem losu – dokładnie nie wiem, prawdopodobnie był w niewoli – dostał się do armii Andersa. Przysyłał listy, w Anglii i w Szkocji był dosyć długo. Stamtąd w jednym z listów przysłanych przeczytałam właśnie taką wiadomość, której oczywiście nie kontrolowałam, bo rodzice w czasie okupacji bardzo skrzętnie chronili dzieci, wyjątkowo, moja mama w szczególności… [Wuj Janek] był wtedy jako żołnierz armii Andersa najpierw w Anglii, potem w Szkocji dosyć długo, a potem (zaraz powiem ten wątek o liście) stamtąd wyemigrował do Australii. Bo andersowcy mieli dwie możliwości: Kanada albo Australia. Kanada była trudniejsza z formalnych powodów. On jest, sprawdzałam w Internecie, był na liście tych na statku – trzysta któryś tam numer jest tego jego transportu do Australii. Ale czego dowiedziałam się z listu wujka Jana Matuszewskiego, mojego chrzestnego ojca. Zresztą w tym liście on pisze, że kilka dni przed Powstaniem, czyli to było już ex post to wszystko, to wspomnienie, był w naszym domu na Szustra i rozmawiał z rodzicami. Pisze w tym liście, że bardzo prosił mojego ojca, że on, wujek Janek, pójdzie za ojca do Powstania, a ojciec żeby nie szedł, ponieważ ma rodzinę i dzieci, a wujek Janek był kawalerem. Ojciec się oczywiście nie zgodził. Ale co chcę przez to powiedzieć, że było wiadomo, że będzie Powstanie, ale niestety nie było wiadomo dokładnie kiedy. Mówię „niestety”, dlatego że miał miejsce dosyć dramatyczny moment. Tego dnia, kiedy wybuchło Powstanie, to ja miałam wtedy swoje pierwsze wakacje szkolne. To było piękne lato. Te pierwsze wakacje szkolne moje były takie, ponieważ ja byłam absolwentką pierwszej klasy szkoły podstawowej na Mokotowie na ulicy Racławickiej. I w te oto wakacje 1 sierpnia w pewnym momencie dnia był ojciec z nami z siostrą i ze mną w domu. Mamy nie było, bo pojechała do swojej siostry, która była po drugiej stronie Wisły, na Pradze. Czyli do tego stopnia była sytuacja [niepewna], że ojciec do ostatniej chwili nie wiedział. W trakcie nieobecności mamy dostał wiadomość. Ja po latach jako dorosła osoba dopiero zrozumiałam, jak straszne musiało być dla niego to, że nie było jego żony, czyli naszej mamy, a on musiał odejść, zostawić nas same. A jeżeli chodzi o sytuację mojej mamy, to zbieg okoliczności był dosyć wstrząsający. Ona była nad Wisłą, czekała w kolejce do transportu łódką na drugą stronę Wisły, bo most był zajęty przez wojsko. […] Czyli nie wiedząc, że będzie Powstanie, tak układali sobie [plan] dnia. Tam miał miejsce taki przypadek, powiedziałam, zupełnie niesamowity, kiedy znajomy taty zobaczył mamę w tej kolejce i gwałtownie ją wyrwał z tej kolejki i jak mama mi opowiada, mówi: „Pani Matuszewska, co pani tu robi? Proszę natychmiast wracać do dzieci”. No i mama to zrobiła – jakimiś tramwajami, na piechotę, jakoś dostała się do domu i wróciła do nas. I w tej opowieści, którą mam nagraną, ona mówi nam o tym, jak stało się, że do nas wróciła, a ojca już nie było. A moje rozstanie z ojcem było takie, że w drzwiach mieszkania żegnaliśmy się i tata powiedział: „Pamiętaj, nie zapomnij. Powiedz mamie, żeby przygotowała bieliznę. Ja za trzy dni przyjdę. Za trzy dni przyjdę”. Nigdy więcej już nie przyszedł. Według zeznań jego kolegów zginął już 2 sierpnia. Nie wiem, czy to jest w stu procentach pewna wiadomość. Nigdy jego ciała nie znaleźliśmy, poszukiwania były bardzo długie, po wojnie już. No, skończyło się, jak się skończyło, zaświadczeniem o śmierci, o tym, że jego już nie ma. Tak że to był ten wstrząsający moment, który naznaczył całe nasze życie, mojej mamy, moje i siostry – to rozstanie w dniu Powstania.
Tak. Mamy może było jeszcze trudniejsze. Ona urodziła się w Połocku w 1917 roku. A dlaczego tam była babcia? Babcia mieszkała w Opolu Lubelskim, na Lubelszczyźnie, a tam była ta wielka akcja bieżeńców. Rosjanie naganiali społeczeństwo polskie do wędrówki na wschód. To jest ten słynny temat bieżeństwa w latach pierwszej wojny światowej. I właśnie babcia moja – jej mąż został powołany do wojska, a babcia znalazła się w kolumnie bieżeńców. Jej ostatecznym przystankiem był Połock i moja mama tam się urodziła. To jest jeszcze odrębna historia babci, ale tego już nie będę przywoływać. W każdym razie moja mama urodziła się w trudnej sytuacji. Potem to życie było bardzo trudne, bo w przeciwieństwie do rodziny mojego ojca, który pochodził z rodziny ziemiańskiej, pod Górą Kalwarii wieś Potycz… Ojciec urodził się we wsi Czaplinek. Tam były, domyślam się, spore majętności ziemskie i myślę, że sytuacja była nienajgorsza. Zresztą wspomniany wujek Janek Matuszewski w swoich listach potem pisze, były sprawy spadkowe, jakaś ziemia była do podziału, co my dziedziczyłyśmy z siostrą obie, i wujek się tego zrzeka. Mama oczywiście bała się to przejąć, bo nie dość, że była prywatną inicjatywą, prowadziła pracownię rzemieślniczą, to jeszcze byłaby kułakiem. To było straszne w tych czasach. Ona z przerażenia bała się to przejąć, wydzierżawiła i tak się to wszystko skończyło. Ale wracając do wątku mojej mamy, domyślam się, że jej dzieciństwo nie było łatwe. Była bardzo piękną kobietą. Potrafiła pracować, zarobić, utrzymać dzieci, wyposażyć dzieci, ale jej wielkim problemem były to odwołanie do dzieciństwa i na przykład dramatem jej osobistym było to, że nie mogła się uczyć tyle, ile by chciała i jak by chciała. To było jej jako dorosłej osoby wielkie, głębokie przeżycie, smutne. Tak że domyślam się, że rodzice mieli ten trudny czas, ale jak powiedziałam, wszyscy bracia Matuszewscy wyrośli na dorosłych mężczyzn mimo wszystko i mobilizacji w ‘39 roku.
Ojciec skończył jakieś szkoły zawodowe i pracował w dziedzinie takiej metalowej, że tak powiem, w takim warsztacie na ulicy Grażyny 7, czyli też na Mokotowie. Tam – w czasie okupacji, wcześniej to nie wiem, jak było – produkowali sprzęt laboratoryjny, te wszystkie kuwety i inne takie rzeczy dla wojska i tak dalej. Reperowanie dachów, również to ojciec umiał. Tam właśnie pracował w czasie okupacji i to było źródłem utrzymania. Od kiedy przeprowadzili się na Szustra… Transakcja jaka była, na czym polegała, jak to się stało, [nie wiem]. To był wolnostojący dom, ostatni na ulicy Szustra od strony pola Mokotowskiego. No i tam część okupacji spędziłyśmy, mama i my obie, aż do pewnego momentu, kiedy Niemcy wypatrzyli ten dom, że tam ktoś jest. Strzelili i siostra moja została zasypana. Akurat była w miejscu domu, kiedy to na nią akurat spadło, i był taki wstrząsający moment, bo byli tam jeszcze jacyś inni ludzie. I my uciekaliśmy z tego domu i uciekliśmy, zaraz powiem gdzie. I ci ludzie, którzy byli koło nas – ja to pamiętam i słyszę – mówili do mamy: „Rzuć to, to dziecko nie żyje, ratuj to, które żyje”. A mama dźwigała tę siostrę. Okazało się, że ona była zastraszona. W trudnej sytuacji mama jakoś ją odratowała. A przedostaliśmy się stamtąd, z tego domu na Szustra, ostatniego domu, blisko Pola Mokotowskiego, do domu również na ulicy Szustra, ale do domów, które są również blisko ulicy Puławskiej (ulica Szustra mieści się między Polem Mokotowskim a ulicą Puławską), do tego wysokiego, piętrowego domu, do piwnic tego domu. Tam mama odratowała siostrę i tam spędziłyśmy cały ten czas do momentu wyprowadzenia Warszawiaków do Pruszkowa.
To było w pierwszych dniach Powstania. Tam długo nie byłyśmy. To były pierwsze dni Powstania, czyli większość te wszystkie tygodnie spędzałyśmy w tamtej piwnicy i tam odbyły się, nie wiem, czy mogę to teraz powiedzieć, czy…
Tak, tak jak powiedziałam i z opowieści mojej mamy już po wojnie wiem, jakie wydarzenia dotyczyły ojca, który chodził na akcje, po dwa, trzy dni go nie było, wracał pokrwawiony, podarty, bo rozkręcali jakieś tory. Brał udział w takich akcjach, oprócz tego pracując. To była codzienność rodziców, przed dziećmi to było bardzo starannie ukrywane. Ale była jedna taka scena, którą zapamiętałam na całe życie i to jest tak, że małe dziecko nie objaśnia sobie zjawisk, nie myśli o przyczynach, o skutkach, widzi tylko obrazy i taki obraz, te kolejne sceny, które opowiadam, są moimi obrazami całożyciowymi. To jest moja galeria obrazów całożyciowa. Pamiętam taką scenę, że była rewizja na tej ulicy Szustra 67. Była rewizja, przyszło dwóch panów i ja w ogóle nie pamiętam, co oni mieli na głowie, jakie mieli twarzy. Ja w ogóle tego nie pamiętam. Natomiast pamiętam tylko jakieś długie płaszcze i buty tych panów. Widać nie miałam odwagi patrzeć do góry. Oni wszystko kontrolowali. Tam cudem boskim było to, że w ogóle zostawili ojca. Ale odbyła się tam scena taka dosyć niesamowita. Moja mama z przerażenia, że będzie ta rewizja, wrzuciła lalkę, moją lalkę do… Wtedy tam na parterze tego domu była kuchnia węglowa i ta kuchnia węglowa wiadomo do czego służyła i mama tę moją lalkę rzuciła tam właśnie, w ogień. Ale to nie byłoby takie zwykłe, ale było nadzwyczajne, dlatego że wtedy były lalki szmaciane, miały tylko buzię z masy plastycznej. W tej lalce były zaszyte jakieś dokumenty i mama z przerażenia tą lalkę wrzuciła w ten ogień, ale był straszny zapach w mieszkaniu z buzi tej lalki, z tej masy. Ten zapach pamiętam do dzisiaj. To był jakiś fatalny znak dla tych, którzy tam przyszli. Nie wiem, jakiś cud boski miał miejsce, że ojca nie zabrali. To była jedna ze scen. Potem pamiętam, ja tak nawet czasami myślałam o tym. Dwa lata temu z wnuczkiem na Mokotowie byliśmy przy tym domu na Szustra, blisko Puławskiej, przy tym domu piętrowym, gdzie spędziłyśmy większość [czasu], do ostatnich chwil, do wyjścia do Pruszkowa. Tam rozegrała się scena zupełnie niesamowita. Kolega taty przyszedł do tej piwnicy i powiedział, że weźmie mnie, pójdziemy po mleko na Pole Mokotowskie. Oczywiście pomysł sam w sobie był wspaniały, dziecko wyciągnąć z piwnicy i wziąć na spacer. Ale wiadomo, jakie były okoliczności – że temu człowiekowi przyszło do głowy w ten sposób, żeby mnie zabrać, a nie iść tam samemu. Ale jeszcze nadzwyczajne było to, że mama się na to zgodziła. Bo kilka razy w życiu, zresztą bardzo mądrze, czemuś się przeciwstawiła, na coś się nie zgadzała i miała głęboką rację. A mama się zgodziła. I co miało miejsce? Musieliśmy przecież pokonać całą ulicę Szustra, od Puławskiej do Pola Mokotowskiego. To gospodarstwo było na Polu Mokotowskim. I myśmy tam dotarli z tym panem i z tym mlekiem – siostra miała dwa lata, to też chodziło o małe dziecko – wracaliśmy. Biegliśmy tym polem i ja pamiętam do dzisiaj te momenty, kiedy [słychać było] kulki – dosłownie, nie koloryzuje, tak było – świst kulek wzdłuż nóg, przy kostkach nóg, nisko; nie wysoko, tylko świst był na dole, przy ziemi, tak za nami. Ale my biegiem uciekliśmy i udało nam się wrócić do tego domu piętrowego na Szustra. A to co tam zastaliśmy, jest obrazem wstrząsającym. W tym czasie, kiedy mnie tam nie było, żołnierz niemiecki z domu na ulicy Puławskiej (tam ten dom jest, ja to widziałam z piętra drugiego albo trzeciego, bo potem to okno było oglądane przez ludzi) z otwartego okna strzelił do dzieci, które były wypuszczone [na zewnątrz]. Przepraszam, nie dopowiedziałam, te domy na Szustra, te piętrowe, wszystkie kolejne miały bardzo maleńkie podwórka, ogrodzone każde, malusieńkie podwóreczko. Ale było wyjście na powietrze i te matki wypuściły dzieci na to podwóreczko. W tym czasie ten Niemiec, ten żołnierz niemiecki strzelił do tych dzieci. Jak ja wróciłam z tym panem z mlekiem, to był jeden wstrząsający płacz i rozpacz. Mama oczywiście schowała mnie i zabrała, oddzieliła. To było w jej stylu, żeby mnie chronić. No więc tak sobie pomyślałam: Boże kochany, moja eskapada na Pole Mokotowskie i cały ten zabieg, a tu ta sytuacja. Tak że tak pomyślałam, że to podwórko ma taką swoją pamięć wstrząsającą. Nawet tak myślałam o tym, że tam może w gruncie rzeczy jakaś tablica czy coś powinno być, ale jak byliśmy dwa lata temu, no to teraz wszystko jest nie do wejścia. Klatka schodowa była zamknięta, nie chcieliśmy się do ludzi dobijać. Tak zostało to w mojej pamięci.
Nie. Siostra to przetrwała. Potem były takie sceny zupełnie surrealistyczne. W pewnym momencie znalazło się dwoje dzieci niemieckich. Mama chyba mówiła, to była Basia i Michał, ale nie jestem pewna. W każdym razie chłopczyk i dziewczynka, w wieku takim przedszkolnym to były dzieci bądź wczesnoszkolnym.
O pobycie w czasie [Powstania]. Tam jesteśmy w tych piwnicach. No i znalazło się tych dwoje niemieckich dzieci. Można sobie wyobrazić, że różny mógł być ich los, prawda, no ale mama w swoim usposobieniu psychicznym, no już taka zawsze była, wzięła te dzieci pod opiekę, proszę sobie wyobrazić. Potem mówiła, że karmiła ich również, jak karmiła nas. A ja chcę powiedzieć coś takiego, że przypominam sobie, niektóre sceny bardzo wyraźnie widzę, natomiast usilnie próbuję sobie przypomnieć, co ja jadłam w czasie bycia w tej piwnicy. Absolutnie nie mogę sobie przypomnieć ani jednej potrawy czy jednego jedzenia. Nie wiem – jest absolutna pustka. Nie wiem też, jak spałam tam. Zupełnie tego nie pamiętam.
Nie, właśnie nie, również nie pamiętam. Mama była na tyle inteligentną osobą (to jeszcze może wrócę do tego wątku), że robiła, co mogła, żeby dzieci nie były głodne z całą pewnością. Więc ja żadnego głodu nie pamiętam, ale również tego, że coś jadłam. Ale chcę skończyć ten wątek z dziećmi. […] W każdym razie jeszcze chcę powiedzieć, że tak, w domu na Szustra, tam bliżej Pola Mokotowskiego, oczywiście były nasze rzeczy. Mama uciekając wtedy, nic nie wzięła. Trzeba było od czasu do czasu przedostać się z tego piętrowego domu na Szustra do naszego domu. To chyba miało miejsce ze dwa razy. Jak się można było tam dostać? Oczywiście ulicą Szustra nie, bo to był ostrzał. Więc ogródkami. Były tam okopy też zrobione w niektórych miejscach i ogródkami. I teraz jak te dwa lata temu byliśmy tam z wnukiem, oglądając też te wszystkie domy i wille, to patrzymy, a tam ogródek od ogródka oddzielony mocnymi żelaznymi płotami. Wtedy to były siatki między domem, w którym we mieszkaliśmy, a kolejnym domem obok (mam na zdjęciu zresztą ten dom, który jakoś przetrwał) była siatka. No i to przejście było oczywiste, możliwe, więc tymi ogródkami, część okopami, które były, dostawałyśmy się do domu tam i z powrotem, gdzie w piwnicach byłyśmy. I co najmniej dwie sceny mogę opowiedzieć, jeżeli pani pozwoli. Jedna to była taka, kiedy byłyśmy tam z mamą i patrzymy, na parapecie okna są pomidorki czerwone i żółte – pamiętam, mam ten obraz – leżą tak ułożone. Tam byli Powstańcy jakiś czas i zostawili te pomidory. Ale w tym samym czasie odegrała się taka scena, że chłopiec jak ten na pomniku, na Starym Mieście, chłopiec pod murami Starego Miasta, ten mały Powstaniec biegł przerażony i wołał: „Krzyż, Krzyż”. Pseudonim to był widocznie, jego ojciec czy żołnierz opiekujący się. To był uczestnik Powstania, który się zgubił, który właśnie szukał tego „Krzyża”. To była taka scena. Ale jedna jeszcze była makabryczna scena, nie wiem, czy mogę ją w ogóle powiedzieć. Straszna scena. Kiedy się przedostawałyśmy z tego naszego domu do [piwnic], wpadłyśmy z mamą do miejsca, gdzie był wstępnie pochowany człowiek, bez zakopania. Przepraszam, że to mówię, bo to jest nie do wyobrażenia i dla nas wstrząsające przeżycie, ale miało to miejsce. Niestety pamiętam to wszystko bardzo dokładnie. To było dosyć głębokie wykopane to miejsce. No, inni nie zdążyli dokończyć.
To było na trasie, tak między jednym domem a drugim, gdzieś na terenie tych ogródków, na tej drodze. No i cały czas pobytu Powstania był w tych piwnicach, aż do momentu kiedy Niemcy postawili czołg przed domem na Puławskiej, blisko Puławskiej. Jak się idzie w stronę ulicy Puławskiej, to jest po lewej stronie. Nasze domy były [Szustra] 67, parzysta strona. Przed tym domem postawiony był wielki czołg. Mama też korzystała, jak byłyśmy w tych piwnicach, z takiego mieszkania na parterze; czasami tam ktoś pozwolił nam wejść do tego mieszkania i tam z tego mieszkania na parterze… Bo Niemcy wywołali: Schnell, schnell! – mieli swoje w tym interesy – żeby szybko wychodzić, opuszczać te domy. Więc mama tam nerwowo szykowała, ponieważ oni krzyczeli, że szybko, to mnie kazała już wyjść i ja wyszłam i byłam dosłownie pierwszą osobą przed tym czołgiem. I pamiętam, zadziwiała mnie ta lufa ogromna nade mną. Jakieś takie głupie małe dziecko, chronione, które nie bardzo wiedziało, co się koło niego dzieje.
Tak, tak, w dużym stopniu ja dopiero jako dorosła osoba zrozumiałam znaczenie pewnych scen, po latach. I zaczęła się gehenna tej strasznej procesji w stronę Pruszkowa. Wspomniałam wcześniej o tym, że mama zaopiekowała się tymi niemieckimi dziećmi. Jak Niemcy się pojawili, to mama oddała te dzieci Niemcowi.
Jak był koniec Powstania, tak. Mama te dzieci oddała.
W piwnicach siedziały razem z nami.
Nie, ja nie wiem, czy te dzieci mówiły po polsku. Mama nie znała niemieckiego, prawdopodobnie był też taki problem, ale nie wiem tego dokładnie. Żadnych informacji mama nie miała. W każdym razie oddała dzieci Niemcowi i na tym się skończyło. I odbyła się ta makabryczna podróż – makabryczna podróż na piechotę. Jesteśmy na ulicy Szustra przed czołgiem pędzeni w stronę Pruszkowa. Nie wiem, czy wszyscy wiedzieli, dokąd jesteśmy pędzeni. […] Jak już wszyscy z tego domu wyszli… Ale podejrzewam, że tak nie było, bo w tym czasie, kiedy przyszli Niemcy z tym czołgiem, to byli Powstańcy też w tym domu, oni na wysokich piętrach byli. Co się z nimi stało, nie wiadomo. Mnie nie wiadomo. I zaczęła się gehenna podróży w tej makabrycznej procesji. Mama dźwigała moją siostrę dwuletnią, a ja szłam i pamiętam ten marsz, pamiętam zmęczenie. I stała się tam scena zupełnie niesamowita, na wysokości Okęcia, co spowodowało, że nigdy nie dotarłyśmy do Pruszkowa. To było coś nadzwyczajnego. Interpretacja mojej mamy była taka, że to było zorganizowane przez Niemca, który przejął te dzieci niemieckie, ale nie wiemy tego oczywiście do końca. W każdym razie stało się tak, że z tego pochodu wyciągnęła nas jakaś kobieta i kazała uciekać. Ja pamiętam jak dziś, były jakieś krzaki, jakieś kartofliska i mama, ale to było zupełnie nie à propos, bo te krzaki były niskie, a mama mówiła: „Nisko, nisko”. I tak było nas widać. W każdym razie rzecz się stała taka, że zdołałyśmy uciec do domu, który tam był w pobliżu, na Okęciu. Tam był spory fragment, kilka dni pobytu na tym Okęciu. Pochód poszedł dalej.
Tak, tak. W tym domu było kilka bardzo znaczących scen. Jakieś było duże zamieszanie między kobietami, ja dopiero po latach zrozumiałam, o co chodzi. Tam dziewczynę ukrywali w takim drewnianym dużym łóżku na samym dnie, a na niej kładli kolejne pierzyny i to jak to kiedyś w tych mieszkaniach prowincjonalnych były łóżka z wysoko położoną pościelą i nakryte kapą. Ta dziewczyna tam właśnie na samym dnie tego łóżka była, pierzyny na niej i to łóżko było elegancko zakryte. No i słusznie, że tak było, wiadomo dlaczego. Bo jak był ten postój, a Niemcy robili od czasu do czasu takie postoje dla tych cierpiętników z trasy, to działy się różne rzeczy. Ja tam pamiętam – widocznie postój jakiś dłuższy czas miał miejsce – ja pamiętam, że znalazłam się w jakimś pomieszczeniu bez drzwi, ponieważ z drzwi były zrobione piętrowe łóżka, tam było przygotowane na możliwość położenia się. I ja właśnie siedziałam na wysokim, nie na tej części dolnej, tylko na górnej, na tych drzwiach, to miało być moje miejsce do spania tam na tym Okęciu. Mamy nie było, więc ja byłam sama. Mama prawdopodobnie tak samo ukrywała się jak te inne młode kobiety. I w tym momencie pijany żołnierz – pamiętam to, obraz wyraźny – dosyć niski i krępy, w tych pustych drzwiach bez drzwi rozparł się. Tak stanął i dosyć długo stał, patrzył na mnie. On nic nie mówił, ja nic nie mówiłam i sobie poszedł. Cała ta kolumna poszła dalej, my zostałyśmy na Okęciu. Tam było kilka dni tego życia. Jacyś znajomi ojca i mamy zaproponowali wyjazd, ucieczkę z Warszawy do Grodziska, że niby będzie tam spokój, że niby tam da się przetrwać. Zaprowadzili nas do jakiegoś mieszkania i w tym momencie właśnie walnęła bomba i tam zaczął z sufitu gruz znowu lecieć na nas.
To już było w Grodzisku, tak. Jakimś cudem tam się dostałyśmy. Kursowały – bo powrót potem był do Warszawy – samochody ciężarowe, odkryte, bez plandek nawet były, taka była komunikacja. Więc tej trasy w tamtą stronę nie pamiętam. Ale byłyśmy w tym Grodzisku, to trwało jakiś moment i potem z tego Grodziska mama koniecznie [chciała wrócić] do Warszawy. Wiadomo było, styczniowe terminy, jakie były, jak to wszystko [wyglądało] – wracamy do Warszawy. I to pamiętam bardzo dokładnie, tylko ja byłam, mama i siostra, no i w tej szoferce tam ktoś był poza kierowcą, a my byłyśmy na tej części ciężarówki bez plandeki. Był styczeń i wielki mróz. Pamiętam ten mróz. Takie ławeczki były postawione tam. Mama tylko mówiła, żebym przechodziła z ławeczki do ławeczki w wiadomych celach, żebym się poruszała. To było bardzo trudne. Pamiętam to zimno.
Miałyśmy, tak, mama zadbała o to, gdzieś wychodziła, na jakieś bazary, coś tam ktoś dawał, nie było z tym problemu. Z tej całej podróży do Warszawy pamiętam taki, powiedziałabym, dosyć niesamowity metafizyczny obraz – teraz to tak widzę. Wjeżdżaliśmy, a tu jeszcze gdzieś był dym, nisko gdzieś się jeszcze coś tliło, gruzy, gruzy, gruzy. I raptem wielki dom – dla mnie wtedy okazał się wielkim domem, wysokim – cały ciemny, a w jednym okienku było światełko. To dla mnie było jakieś wielkie przeżycie, które pamiętałam do dzisiaj. To była jakaś taka wielka metafora potrzeby życia. Widocznie przy jakiejś świeczce ktoś tam był. To był ten wjazd do Warszawy. No i wtedy znaleźliśmy się u mojej cioci, przyrodniej siostry mojej mamy, która pomogła nas, przygarnęła, potem mama wynajmowała mieszkania. No i potem zaczęło się życie już po wojnie.
Muszę powiedzieć, że tego nie pamiętam. Natomiast dokładnie pamiętam mieszkanie, które mama wynajęła na Pradze: Otwocka 7. Byliśmy tam niedawno, też oglądaliśmy. Podwórko jest, jak było, dom jest. Tam [mieszkaliśmy] jakiś czas, potem się wyprowadziliśmy do swojego domu, na Grochów, ale jakiś kilka lat tam [mieszkaliśmy]. Tam jest wspaniała bazylika z tymi słynnymi schodami. Takie mam miłe wspomnienie, nie chcę zabrzmieć jak dewotka, to nie mam z tym nic wspólnego, natomiast ze wzruszeniem pamiętam księdza Zalewskiego. To był salezjanin (tam salezjanie jeszcze do dzisiaj mają swoje działanie), opiekował się dziećmi w ten sposób, że organizował tam spotkania, bożonarodzeniowe, różne choinki i wielkanocne. W każdym razie był potrzebny taki ojciec, taki tata. On był wzruszający, ten ksiądz. To mam takie miłe wspomnienie, wspaniałe wspomnienia, ale to powojenne, z tej szkoły na ulicy Otwockiej. Jest tam ta szkoła, chodziłam tam też do szkoły muzycznej. To był piękny okres kilku lat. No ale to tylko kilka lat, a potem się przeprowadziliśmy na Grochów.
Tak, próbowała, ale nie za bardzo, najprawdopodobniej… Przecież to był czas okupacji. Oni prawdopodobnie to kupili od kogoś, kto wyjeżdżał na przykład do… Ja byłam na tyle głupia, że nie dowiedziałam się tego. W każdym razie żadnych dokumentów [mama] nie miała, żadnych uprawnień. Było to załatwione tylko tak między właścicielami a nami. Pewnie wykupili to na ten czas i tyle, no ale żadnej dokumentacji nie było. Mama dała spokój z tym wszystkim. To było też trochę zawalone. Teraz to istnieje ten dom. Jak byliśmy na Szustra dwa lata temu, to właśnie byliśmy przy tym domu. Znalazła się właścicielka prawidłowa, że tak powiem, która żyje w Anglii, ale w ogóle nie dochodziliśmy tego, mama się tym nie interesowała. Sama była w stanie sobie życie zorganizować i dom i wszystko i nie potrzebowała tamtej sprawy. Już nie wracaliśmy nigdy do tego.
Nie, nie, pani zadała bardzo ważne dla mnie pytanie. Niestety to jest nie do odtworzenia z wiadomych naturalnych powodów: mama umarła w ‘94 roku. Ja mam bardzo dużo ważnych dokumentów, nawet te, które dzisiaj do biogramu ojca przyniosłam, moją cenzurkę po pierwszej klasie, po niemiecku zresztą, i wiele innych jeszcze pamiątek. Jak mama to zrobiła przy tych ciągłych napięciach i strachu, jak ona to zorganizowała, nie wiem.
Nie wiem tego, nie wiem tego. Ona być może do siostry swojej na Pragę wyniosła, nie wiem zupełnie, czy gdzieś zakopała. To był dom wolnostojący z ogródkiem i tam w czasie okupacji akowcy zakopywali broń, którą zdobyli na Niemcach. Być może miała to zakopane, być może, nie wiem. Więc dla mnie bardzo smutne to jest, że o wiele rzeczy nie… W każdym razie jestem absolutnie pełna podziwu, jak mama to zorganizowała, że to wszystko jest, że te pamiątki są – zadziwia mnie to wszystko.
Nie za bardzo. Natomiast jeden taki mały artefakt miał miejsce już po wojnie, niejednokrotnie miałam to w rękach: statuetka postaci Piłsudskiego z białej porcelany, wielkości jakichś dwudziestu, trzydziestu centymetrów. I to było w domu. Ale proszę sobie wyobrazić, jak był przerażający strach komunistyczny i przerażenie, że mama, ponieważ była rzemieślniczką, czyli była prywatną inicjatywą, co należało zniszczyć…
Bieliźniarstwem i kołdziarstwem. Nauczyła się tego po wojnie. Koleżanka ją wciągnęła, wspólnie prowadziły taką pracownię, a potem mama się usamodzielniła, nauczyła się tego. Zawsze ją podziwiałam. Próbowałam kiedyś szyć taką kołdrę, to mi się nie udawało. To bardzo trudne. To były ręcznie szyte kołdry, przepiękne.
To było na Brzeskiej. Pracownia była na Brzeskiej, na Pradze właśnie. I wracam do statuetki Piłsudskiego. Jakie musiało być przerażenie, że mama powiedziała: „Wiesz, musimy to głęboko gdzieś schować. To nie może tak być, bo jak przyjdzie rewizja, to od razu…”. I tak dalej, i tak dalej. Było wiadomo, co nam grozi w związku z tym, że mamy statuetkę Piłsudskiego.
Już jej nigdy nie znalazłam, tak. Potem były różne przeprowadzki, dalsze losy i tak dalej. Tak że myślę o tych wszystkich obrazach i do końca mojego życia one oczywiście będą.
Warszawa, 27 stycznia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk