Antoni Włodzimierz Madaliński „Profesor”

Archiwum Historii Mówionej

Antoni Włodzimierz Madaliński, pseudonim „Profesor”. W czasie Powstania byłem w 7. pułku piechoty „Garłuch” na Okęciu. Moja data urodzenia jest skomplikowana, bo moja właściwa data urodzenia to 18 listopada 1925 roku, a ta, która została zarejestrowana i jest urzędową, to 18 stycznia 1927 roku.

  • W jakim domu się pan urodził i gdzie?

Urodziłem się z rodziców Zygmunta i Kamili Madalińskich. Mój ojciec był dyrektorem technicznym fabryki papieru w Jeziornie. Urodziłem się w Płocku. To była druga fabryka. Ojciec z pierwszej fabryki przeprowadził się do Soczewki, która jest miejscowością pod Płockiem. Tam była jedna z najstarszych fabryk papieru w Polsce. Tam [ojciec] przez jakiś czas był dyrektorem fabryki. Krążył, bo raz był w Soczewce, raz w Jeziornie pod Warszawą. Urodziłem się w Płocku i przez pięć lat byłem w Soczewce. Jako młode dziecko jeszcze się nie uczyłem, ale pamiętam te czasy. Stamtąd przeprowadziliśmy się do małej posiadłości ojca pod Warszawą. Ojciec kupił to jeszcze przed I wojną światową.

  • Co to była za miejscowość?

Dawidy. To jest znana wieś pod Warszawą. Jej nazwa pochodzi od tego, że to były dobra zakonne. Tam śpiewali pieśni Dawida czy coś takiego i zrobili z tego Dawidy. Ojciec kupił to od ich plenipotenta, który załatwiał sprawy parcelacji tych dóbr. Kupił niedaleko niego nieduży odcinek [ziemi]. Tam było niecałe piętnaście hektarów wszystkiego.

  • Gdzie pan zaczął chodzić do szkoły?

Tu były trudności, bo tam szkoła była na bardzo niskim poziomie, więc rodzice zatrudnili jakąś osobą, która mnie uczyła, młodą panią, która miała maturę i szukała pracy. Ona mieszkała u nas. Szkołę powszechną skończyłem właściwie w domu, nie chodząc do szkoły.

  • Kiedy zaczął pan chodzić do szkoły i gdzie?

Zdałem do Gimnazjum imienia Traugutta w Częstochowie. Dlaczego tam? Tam była możliwość przesłania… Wtedy były dosyć duże opłaty w szkolnictwie i państwowe gimnazja były niedostępne, bo musiałbym mieć jakieś lokum w Warszawie, komunikacji nie było. Myśmy nie mieli u siebie w domu światła, natomiast mieliśmy telefon (takie były dziwolągi), a radio grało na kryształek.

  • Do którego roku był pan w Częstochowie?

Byłem do 1939 roku. W 1938 roku poszedłem do szkoły. Skończyłem pierwszą klasę gimnazjum i na tym się skończyło, bo wybuchła [wojna].

  • Jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku? Gdzie pan wtedy był?

Pierwszego września 1939 roku byłem w domu, bo nie pojechałem do Częstochowy. Wtedy część pracowników sezonowych (którzy przyjeżdżali zwykle z Kieleckiego) się porozjeżdżała. Nie pojechałem do Częstochowy. W sierpniu już było wiadome, że prawdopodobnie wybuchnie wojna. W 1939 roku byłem w Dawidach. Widziałem bombardowanie.

  • Co pan widział 1 września?

Pierwszego września z rana najpierw usłyszeliśmy jakieś szumy, strzały i pukanie. Nie wiadomo było, co to jest, ale ojciec spojrzał i mówi: „Słuchaj, to zenitówki. Strzelają już do samolotów. To muszą być niemieckie samoloty”. Widziałem raz kiedyś walkę między naszymi…

  • Ile miał pan wtedy lat?

Miałem już wtedy czternaście lat, tak że byłem już zorientowany w różnych rzeczach.

  • Czyli 1 września widział pan, jak nasza obrona strzelała do samolotów niemieckich?

To było z samego rana. Wszyscy żeśmy się obudzili, nie wiedząc, że wybuchła wojna. Przecież to była niespodzianka, to było gwałtownie, bez wypowiedzenia wojny był rozpoczęty atak. Od razu z rana był nalot na Warszawę. Myślę, że to było około godziny dziesiątej, jedenastej. Nadleciały sztukasy i widać było, jak zaczęły bombardować. U nas nic się nie działo. Co prawda spadło parę bomb na biednych chłopców, którzy paśli krowy na pastwiskach niedaleko wsi. Tam nawet chyba ktoś zginął. Lotnicy niemieccy byli jeszcze niewprawieni, sami się bali, mieli dobrego stracha i zrzucali bomby czym prędzej, żeby się pozbyć tego i jak najszybciej odlecieć. Tak to potem rozumiałem. Zrzucili bomby i potem się zaczęło bombardowanie Okęcia, to znaczy lotniska.

  • To było we wrześniu?

Tak, 1 września. Cały czas mówię o 1 września. Zobaczyłem to, bo od nas do Palucha było około dwóch kilometrów w linii prostej, tak że było widać dokładnie, jak one pikowały na fabrykę samolotów. To była wytwórnia samolotów, właściwie pierwsza dobra wytwórnia. Nasze Karasie, Łosie były robione właśnie w tej fabryce. Tam pracowało parę tysięcy ludzi. Trafili widocznie jakąś beczkę z łatwopalnym materiałem, bo po wybuchu nastąpiło (pierwszy raz zobaczyłem, jak to wygląda) rozchodzące się… Tak, jak puszcza się kółko z dymu, to powstało olbrzymie koło z dymu i unosiło się. Coś tam wybuchło po ich [bombardowaniu]. Polecieli. Naturalnie były zniszczenia. Na drugi czy na trzeci dzień myśmy poszli to oglądać, to widziałem, że stała tam woda. W tej fabryce były podziemia wypełnione wodą, leje po bombach na runwayach, bo samoloty były wyprowadzane. Było widać dziury po bombach.
Myśmy mieli zakład ogrodniczy. Ojciec postawił dosyć dużą, jak na owe czasy, szklarnię. Była jedna szklarnia, miała 1200 metrów pod szkłem. To się końmi orało wtedy. To był dosyć duży zakład. Strach był o szyby, bo wszystko było ze szkła przecież. Myśmy mieszkali osobno. Mieliśmy swój [dom]. Ojciec zrobił rodzaj młodego, zarośniętego parczku, w którym był nasz dom. Ta willa stała osobno. Ponieważ bombardowania były, dużo ludzi się usunęło z podwórka i z domu, gdzie była służba, wobec tego myśmy się tam przenieśli. Przyjechała też jakaś uciekinierka z chłopcem z Okęcia, którą myśmy przygarnęli i umieściliśmy się wszyscy w domku ogrodnika obok, na drugim podwórku, a willa stała pusta. W pewnym momencie, to było chyba na drugi czy na trzeci dzień, zaczęli krzyczeć do mojego ojca: „Proszę pana, Niemcy przyjechali! Niemcy przyjechali! Są w domu!”. Ojciec pobiegł (a był słusznej tuszy i zawsze chodził z laską) do tych Niemców i po niemiecku zaczął im wymyślać. Patrzy, a oni kradną. Złapał Niemca, który akurat niósł nieduże akwarium z rybkami. Takie rzeczy wynosili. Przeprosili, zasalutowali i pojechali. To było widocznie rozpoznanie, bo za parę dni, może na drugi czy na trzeci dzień, zajechała olbrzymia ilość wojska niemieckiego. Zajęli nam szklarnię, tam się rozlokowali. To była jesień, więc już tam właściwie niewiele było, ale to, co było, to zniszczyli. Rozlokowali się w szklarniach. Zrobiło się o tyle bezpieczniej, że nie zniszczą nam tego, bo nie będą przecież sami siebie bombardować. Nie pamiętam w tej chwili, kto to był, wydaje mi się, że to był Guderian i taki z młodych generałów (tam było czterech generałów). To było dowództwo. Byli u naszego sąsiada, którego ojciec był dysponentem ziem zakonnych i dostał resztówkę, dom budowany chyba przez któregoś ze znanych architektów, którzy budowali „Czerwoną Karczmę” na Mokotowie. Już nie pamiętam nazwiska. Dom był dosyć pokaźny. Były tam stawy rybne i około sześćdziesięciu hektarów ziemi, tak że do niego przyjechał nawet Hitler. Rozrzucali cukierki.

  • Pamięta pan, kiedy Hitler tam przyjechał?

To było parę dni po wejściu, jak podeszli pod Warszawę. Wtedy była u nas część generalicji. Nie wiem, czy to było główne dowództwo, czy nie. Mieliśmy bardzo ładne, stare meble (niestety pozbyłem się już stołu) Ludwika Filipa. Odparzyli nam tym stół. Nie wypili wina, które było w beczkach w piwnicy. Widocznie się bali. Na ogół zachowywali się przyzwoicie. To był Wehrmacht.

  • Jak długo tam przebywali?

Byli chyba do chwili poddania się Warszawy.

  • Czyli przez cały okres okupacji ta generalicja tam mieszkała?

Tak. Pamiętam nawet taką rzecz, że myśmy wtedy mieli radio na kryształek. Ono było dosyć dobre i chyba jeszcze go wtedy nie wzięli. Myśmy już wiedzieli, że Anglia i Francja wypowiedziała wojnę, a wszyscy Niemcy byli utrzymywani w niewiedzy. Przyszedł do nas jakiś elegancki oficer, przedstawił się i do mojego ojca mówił, że przeprasza bardzo, on jest wrogą armią, zdaje sobie sprawę, że nie chciałby zrobić nam żadnych przykrości, ale on bardzo lubi Champignon, znaczy pieczarki. Tam rosło pełno pieczarek i mama z gosposią zebrała. One rosły między belgijkami, to rodzaj okien inspektowych, ocieplanych. Tam było widocznie dużo nawozu, rosło tego dużo. Ojciec zdecydował się go zaprosić, żeby nie myślał, że nie ma z przyzwoitym człowiekiem do czynienia.

  • Pamięta pan, kiedy to było?

To było trzy dni po ich przybyciu. Dokładnych dat nie pamiętam. Licząc od 1 września, to oni byli pod Warszawą już za tydzień.

  • Czyli cały czas mówimy o wrześniu 1939 roku?

Tak. Cały czas opowiadam, jak się zachowywali. Stół zniszczyli, jak powiedziałem. Pozajmowali, powyrzucali, różne rzeczy nam poginęły. Miałem na przykład niemiecką pikielhaubę z I wojny światowej, która była zdobyta, i to leżało niby jako pamiątka na szafie. Widocznie to ich zezłościło, że tu jest. Powyrzucali i porozrzucali książki z historii sztuki, które miałem w prenumeracie, w zeszytach „Trzaski, Eberta i Michalskiego” (znane wydawnictwo). Wyrzucili to. Część tego uratowałem.

  • Wspomniał pan, że rodzice zaprosili jednego z generałów.

Nie, nie z generałów. To nie był generał. To był jakiś oficer, ale nie pamiętam, jakiego stopnia. W każdym razie to był oficer niemiecki, który się wprosił, żeby go poczęstować. Była rozmowa i ojciec mówił: „Pan wie, że wojna się rozszerzyła i w tej chwili Anglia i Francja wypowiedziały wojnę?”. On się strasznie zaciukał, pamiętam, że zbladł. Mówi: „To jest niemożliwe”. – „Proszę pana, tylko dwie możliwości są: albo pan nie przyjmie tego do wiadomości i nie uwierzy w to, albo to jest rzeczywistością. Prawda?”. On mówi: „Tak, tak”. – „Ja nie mam żadnego powodu pana straszyć, tylko panu mówię, że taka sytuacja jest”. On powiedział: „To chyba już koniec”. Oni wtedy nie spodziewali się, że tak szybko będzie atak z zachodu i że taki słaby. Myśleli, że to będzie duże uderzenie od linii Machinota. Na tym się skończyło, poszedł. Nie mieliśmy z nim więcej kontaktu.
Potem, jak już Warszawa miała upaść czy też padła… Tego nie wiem, bo nie pamiętam dnia w tej chwili. Młody człowiek tak bardzo nie zapamiętywał takich rzeczy. Chyba pod koniec obrony Warszawy (względnie już były jakieś rozmowy) oni się zaczęli zwijać. Ojciec zobaczył, że zwijają druty. Mówi: „O! Już uciekają, bo już uderzenie jest Anglików i Francuzów”. Złapał pistolet. Przypomniało mu się, jak rozbrajali Niemców w Warszawie w I wojnie światowej. [Myślał], że będzie to samo. Moja matka z płaczem wyrwała mu ten pistolet i wrzuciła do studni. Wszystkich nas by wtedy rozstrzelali, nie było mowy. Poza tym okradli nas, ktoś się włamał. Część naszych cenniejszych rzeczy była schowana w betonowym spichlerzu. To było mocne. Były zamknięte w spichlerzu (na skobel, dużą kłódką) nasze rzeczy. Tam były nasze srebra, zastawy srebrne. To wszystko było przykryte ręcznikiem tureckim – bardzo ładnym – który ojciec przywiózł sobie z Konstantynopola. Oni to ukradli.
  • Nie wiadomo, czy to byli Niemcy?

No właśnie, nic nie wiadomo. Zginął tylko klęcznik, a tam nikt nie grzebał, srebra zostały. Ale ojciec [powiedział], że oni się włamali. O lasce poszedł do tych generałów i po niemiecku ostro na nich, że żeśmy zostali przez nich okradzieni. Co to za wojsko jest, że kradnie? Inne były pojęcia wtedy, niż po ich przybyciu. Mimo że to był Wehrmacht, to ci generałowie się postawili. Jeden z nich bardzo ostro do ojca, żeby się w tej chwili wynosił, że on ubliża wojsku niemieckiemu, wojsko niemieckie nic nie kradnie, żeby się rozliczył ze swoimi znajomymi czy sąsiadami, bo oni takich rzeczy nie robią. Całe szczęście matka wycofywała [ojca], jak mogła, żeby się nie awanturował. Myśmy nie zdawali sobie wtedy sprawy, czym to grozi. Później okazało się, że przedzierał się jeden z naszych żołnierzy z rozbitych oddziałów (to nam mówili) przy granicy naszego mająteczku. Został dostrzeżony przez Niemców i zastrzelony, bo był w mundurze. Nie wzięli go do niewoli, tylko strzelali. Później do cywilów strzelali. Potem to wszystko wyprowadziło się do Warszawy. Warszawa zaczęła żyć swoim życiem okupacyjnym.

  • Kiedy ponownie zaczął pan chodzić do szkoły?

Wtedy nie mogłem chodzić do szkoły, bo byłem na wsi. Wszystko było zrujnowane. Już byłem w gimnazjum. Gimnazjum tam nie było. Wszystkie gimnazja zostały zamknięte.

  • Co pan oficjalnie robił?

Nic nie robiłem. Pomagałem. Wtedy się znalazły młode ogrodniczki z SGGW, które się zgłosiły do mojego ojca, że uruchomią zakład. W lecie 1940 roku wyhodowały bardzo dużo pomidorów i dosyć dobry był z tego zysk. Nie było co jeść, to szło do Warszawy. Ojciec wiedział, że tego nie utrzyma, bo w okresie zimowym szła mniej więcej tona koksu dziennie do opalenia szklarni. To jest ze szkła, nie dostanie szkła do reperacji. W każdej chwili mogą to zbombardować i potłuką szkło. Postanowił to sprzedać. Sprzedał Dawidy w 1940 roku, na jesieni. Myśmy się wyprowadzili do Włoch. Kupiło to dwóch ogrodników z Marszałkowskiej. Byli tam bardzo krótko i odsprzedali to innemu facetowi.

  • Co pan robił?

Przeprowadziliśmy się z rodzicami na ulicę Wesołą (nie wiem, jak ona się nazywa w tej chwili, niedaleko „Makro Cash”, po drugiej stronie). Tam jest dawna ulica Graniczna i ulica Wesoła. Ojciec przez jakiegoś pośrednika znalazł mieszkanie, które wynajęliśmy. Była ciekawa sprawa, bo to mieszkanie było zajęte przez jakiegoś faceta, który zaczął już wtedy kombinować z Niemcami i miał jakieś powiązania, mianowicie sprzedawał im jakieś rzeczy. W każdym razie handlował dziełami sztuki, więc możliwe, że naszymi, polskimi.

  • Pamięta pan jego nazwisko?

Nie, w ogóle nie znałem go, bo się wyprowadził. On Niemców naciął, wziął od nich pieniądze, nie dał im tego i nawiał. Mieszkanie było puste i w tym pustym mieszkaniu żeśmy mieszkali. On to mieszkanie wspaniale odnowił. Pierwszy raz mieszkałem w takim mieszkaniu. Tam były ułożone przepiękne tapety, bardzo drogie. Wszystko było wykończone mahoniowymi listwami, złoconymi, ale to było bardzo nobliwie zrobione. Piękna łazienka, wanna wpuszczana w podłogę, umywalka stojąca osobno. Tam się znalazłem pod koniec lata 1940 roku. Tam również znalazł się mój kuzyn – brat przyrodni – syn profesora Kołaczkowskiego, polonisty z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego zresztą w swoich wspomnieniach papież mile wspominał.

  • Jak kuzyn miał na imię?

Hieronim Kołaczkowski. Rodzice zabrali go ze sobą, bo z chwilą, kiedy wuja aresztowano w Krakowie (prawie wszystkich profesorów zabrali do Oranienburga), ciotka została sama i ojciec chciał jej ulżyć. To była jego siostra. Zabrał Hieronima do nas, do Dawid, a potem z Dawid pojechał z nami na Wesołą. To był już dorastający chłop, w moim wieku, miesiąc starszy. Dzieci, jak zwykle, szukają kontaktów.

  • W dalszym ciągu nie chodził pan do szkoły ani na komplety?

Nie, nie było jeszcze kompletów. Może w Warszawie już były, ale myśmy nie mieli żadnych kontaktów. Szukaliśmy jakichś kontaktów. Wieczorem żeśmy wyszli na ulicę i zaczęło nas gonić dwóch, trzech łobuziaków. Jak się później okazało, była to mieszanina ludzi: jeden z nich to był mój późniejszy towarzysz broni, Witold Szwabe, który miał pseudonim „Branicki” (jego matka była spokrewniona z Branickimi), jeszcze jakiś inny był, drugi i Andrzej Rytel, krótko mówiąc: ciemna kanalia. Obracał się wśród inteligencji, ale jego ojciec był… Nieważne. Mówię o tym, dlatego że ten człowiek właściwie uratował mi kiedyś życie, zupełnie nieświadomie, co prawda, ale zawdzięczałem mu życie. To nie był ktoś, kto nie odbił się w historii mojego życia.

  • Jak to było, że uratował panu życie?

To późniejsze sprawy. W każdym razie tam był „Sęp”, to znaczy właściciel kamienicy, która była naprzeciwko, na ówczesnej ulicy Kościuszki. Duża, stara kamienica.

  • We Włochach?

Tak, we Włochach. Jakoś żeśmy się poznali i od razu przyjęli nas do swojego towarzystwa.

  • Czy pan zdawał sobie już sprawę, że to jest konspiracja?

Nie, nie było konspiracji, ale potem, jak myśmy się poznali, to oni mi zaproponowali wejście. Zobaczyli, kto ja jestem, poznali mnie, szczególnie Witek Szwabe i „Sęp”. „Sęp” był, powiedzmy, ćwierćinteligentem. Z nim były dziwne sprawy. Szwabe mnie wciągnął do grupy, która była zorganizowana przez Eugeniusza Lachowskiego, który później był aresztowany i osadzony w Oświęcimiu. Potem przeszedł do Buchenwaldu. Mam jego wspomnienia z tego czasu. On już nie żyje. […]. Zaczął organizować grupę. To był wtedy pluton, byłem w linii. Myśmy się szkolili z bronią.

  • Pamięta pan, kiedy to było?

Do nich byłem przyjęty w 1941 roku chyba, na wiosnę. To było jeszcze chyba ZWZ. To była linia. Dowódcą plutonu był wtedy Romuald Spokojski, pseudonim „Froncewicz”.

  • Na czym polegała wasza konspiracja?

Myśmy się uczyli wszystkich rzeczy, które były zapisane w podręczniku szkolenia. On się u mnie zachował. To był jedyny egzemplarz. Był ciekawy, bo był wydany przez ZWZ. To był reprint, czyli już było wtedy wydawnictwo konspiracyjne. Było tam czyszczenie i składanie broni, obchodzenie się z bronią, rozkładanie, składanie, zapoznanie się z najrozmaitszymi typami. Poza tym mieliśmy ćwiczenia w lasach. Przeważnie żeśmy jeździli koleją w kierunku Świdra. Mieliśmy szkolenia w lasach nad Świdrem.

  • Kto w tej grupie był z panem najbliżej zaprzyjaźniony?

Przyjaźniłem się z nimi wszystkimi. Myśmy byli ze sobą bardzo związani.

  • Ilu was było w tej grupie?

Wtedy kiedy ja byłem, to była chyba czwórka czy piątka. Potem zaczęli przychodzić następni. Ale zasadniczo. to był „Roman”, czyli Rocewicz, „Branicki”, potem był Maciej Milbrandt, który miał pseudonim „Kunka” i ja – „Profesor”, i „Sęp”. My byliśmy najwcześniej [przyjęci].

  • Czy otrzymywaliście jakieś zadania, czy tylko odbywaliście szkolenia?

Odbywały się szkolenie. Było nawet parę nieprzyjemnych zgrzytów, bo oni podobno brali jakiś udział (wtedy jeszcze mnie nie [było w tym oddziale]) opowiadali, że był ktoś, kogo oni musieli zlikwidować, bo to był donosiciel, który miał listę czy coś takiego. Już tego nie pamiętam. Wzięli go do lasu, niby na ćwiczenia i gdzieś przy torach kolejowych podobno zastrzelili. Szkolenia odbywały się dosyć poważne, na przykład pójście na azymut (szło się według kompasu) namiary i tak dalej. Potem (jeszcze się ta szkoła nie skończyła) zostaliśmy przeniesieni. Przy 7. pułku piechoty otworzono ODB (oddziały dywersji bojowej). To były trzy oddziały: pierwszy był okęcki, drugi był włochowski, trzeci był boernerowski. Teraz to się nazywa Nowe Boernerowo.

  • W którym oddziale był pan?

Byłem w drugim, czyli włochowskim. Moim dowódcą był „Froncewicz”, czyli Romuald Spokojski. Możliwe, że to było, jak myśmy skończyli szkołę młodych dowódców. Zostałem odkomenderowany 3 maja 1943 roku do II oddziału dywizji dywersji bojowej II baonu „Garłucha”. Wtedy nasz oddział został przekształcony w oddział dywersji bojowej i wtedy zaczęły się już bardziej poważne historie.

  • Czy w tym oddziale brał pan udział w jakichś akcjach?

Tak.

  • Jakie to były akcje?

To była likwidacja konfidenta z SIP-u (to był skrót, nie wiem, co to było). On był podobno fryzjerem, czego dowiedziałem się później. Nie wiem, co wiem z tego czasu, a co wiem z późniejszego czasu. To jest bardzo trudno rozróżnić. W każdym razie to był konfident, który miał listę osób do wydania Niemcom. On mieszkał na Okęciu. To była willa na Okęciu, niedaleko szosy.

  • Pan brał w tym udział?

Brałem udział, ale byłem w obronie. Widziałem pewne rzeczy, ale nie wszystko.

  • Co pan widział?

Myśmy tam przyszli. Przedtem była cała odprawa, organizowanie przyjścia. To była niedziela rano. Myśmy przyszli pod willę. Stałem (nie pamiętam już, z kim, ale chyba z „Sępem”) w obronie, na straży. A „Branicki”, „Kunka” i Roman Spokojski weszli na teren ogródka i weszli po schodkach, zadzwonili do drzwi. Okno było otwarte, bo było ciepło. Najpierw odezwała się jakaś kobieta: „Kto tam?”. Chłopacy coś powiedzieli (nie pamiętam, co), żeby im otworzyła. Otworzyła, a wtedy oni próbowali się wedrzeć, ale ona zastawiła drzwi. Nie mogli wtargnąć, ale on się wychylił przez okno (widziałem to) i pytał się: „Kto tam przyszedł?”. Roman nie zdążył do niego strzelić, bo stał przy drzwiach, ale za jego plecami stał „Branicki”. Wyciągnął pistolet. To był stary vis, niestety już podrdzewiały, reperowany, nie był pełnosprawny. Chciał strzelić do niego, ale pistolet się zaciął. Usłyszał stuk i zobaczył, że ten mierzy w niego. Ale on drugi raz strzelił, cofnął się i strzelił. Nie wiem, czy go trafił, czy nie, ale wtedy wyłamali drzwi i wdarli się do środka. To nie poszło po naszej myśli, bo myśmy myśleli, że go zaskoczymy, odczytamy wyrok i tak dalej. Nie było żadnej możliwości. Skoczyli i jakimś cudem ja się tam znalazłem, bo widziałem tę scenę.

  • Czyli wszedł pan do mieszkania?

Tak. Wpadłem do mieszkania, drzwi były otwarte. „Sęp” został na warcie, a ja wdarłem się do środka.

  • Czy miał pan przy sobie broń?

Nie. Co ja miałem? Miałem chyba mały pistolet „piątkę”. To był damski pistolet.

  • Ten pistolet miał pan przy sobie?

Chyba miałem ten pistolet, już nie pamiętam.

  • Co się działo dalej?

Nie wszyscy chyba mieli [broń]. Pamiętam, że ona podniosła straszny krzyk. Kazał być jej cicho i strzelił jej w rękę.

  • Kto strzelił?

Maciek. Ona wtedy wystraszyła się i uspokoiła. Reszta zaczęła do niego strzelać. To był chłop jak dąb, uciekał w koszuli nocnej na czworakach. To był makabryczny widok. Oni strzelali do niego jak do zwierzaka.

  • Pan był świadkiem tej sceny?

Tak. Widziałem, jak to się odbywało. Część widziałem, część mam pewnie z opowieści. W każdym razie taki był widok, że facet uciekał, oni nie mogli go zastrzelić. Dopiero któryś z nich, chyba Roman, trafił go w głowę mimo wszystko. On się chował pod stół. Dostał bardzo dużo strzałów. Żeśmy wybiegli stamtąd prosto do tramwaju, który akurat szedł. Wskoczyliśmy w pierwszy lepszy tramwaj. Pamiętam to dobrze, pierwszy raz byłem w takiej sytuacji. Do tego momentu działałem jak maszyna. A jak wsiadłem do tramwaju, stanąłem i czułem, że mi nogi słabną, że nie ustoję. Kucnąłem, bo nie mogłem ustać.

  • Ile miał pan wtedy lat?

Miałem siedemnaście lat.

  • Ile trzeba było mieć lat, żeby dostać się do oddziału dywersji bojowej? Nikt się nie pytał o datę urodzenia?

Nie. Brali po wyglądzie chłopaka, po jego zachowaniu, po jego chęciach i tak dalej. Uważało się za wielką zasługę, za wyróżnienie, że biorą, więc pchał się każdy. Miałem wtedy prawie osiemnaście lat.

  • W jakiej jeszcze akcji brał pan udział?

Jeszcze było parę akcji. To jest dosyć ważne dla ludzi, którzy nigdy tego jeszcze nie widzieli i nie mieli z tym do czynienia, że człowiek raczej był bezbronnym w dużej mierze. Część z nas nie miała w ogóle broni. To były akcje zupełnie młodych, nierozważnych ludzi, którzy nawet nie umieli się z tym dobrze obchodzić. To była nasza pierwsza akcja, przynajmniej moja, która wykazała zupełną nieumiejętność załatwiania takich spraw. Reakcja później, odreagowywanie stresu. Makabryczne, jak nogi się trzęsły i człowiek mdlał w nogach, siadał na kucki. Musiałem posiedzieć, potem przesunąłem się i usiadłem w tramwaju. Dookoła żeśmy kolejką trafili do Włoch. Druga akcja to była akcja postrzyżyn. Wykonywałam to znowu ja. Mianowicie był taki zwyczaj, że były kobiety, które zadawały się z Niemcami, handlowały z nimi, były pośrednikiem sprzedaży różnych rzeczy od Niemców. Były piętnowane. Ludzie, którzy tego bardzo nie lubili, dawali o tym znać, byli oburzeni. Wtedy dowództwo… Nie wiem, czy czasem się w to „Kedyw” nie mieszał, ale chyba tak, bo wszystko musiało przejść przez „Kedyw”. Był wyrok na nią, że ona ma mieć postrzyżyny.

  • Pamięta pan, kto to był?

Nie. Nawet nie znałem nazwiska. Nie znałem nazwisk innych ludzi. Na przykład znałem z pierwszego dowództwa, on się podawał za dowódcę w trzecim ODB w Boernerowie. Dowiedziałem się później, że on jest Kłodziński. Miał pseudonim „Linwit”. Znałem go, bo on przychodził do naszego zgrupowania. To był zwariowany facet, zupełnie nienormalny. Chyba miał skłonności patologiczne.
  • Proszę opowiedzieć o drugiej akcji, w której brał pan udział.

Pojechaliśmy całą grupą do Boernerowa. Był taki zwyczaj, że akcje, które się odbywały, nigdy nie odbywały się na terenie, gdzie się mieszkało (ze względów bezpieczeństwa). Akcje we Włochach robiło albo Okęcie, albo jakaś inna organizacja, albo ci z trzeciego oddziału Boernerowa. Nigdy nie było takiej sytuacji. Ona była z Boernerowa. Człowiek, który się tym zajmował, to był Lucjan Wiśniewski. To jest znane nazwisko, bo on się bardzo kręcił, niby przygotowywał wszystkie akcje. Potem się kręcił w „Kedywie”. Ale dla mnie to był nieodpowiedzialny człowiek. Był kaletnikiem. Powiedzieli nam, gdzie mamy iść. Była obstawa. W obstawie był na pewno „Sęp” i jeszcze ktoś, nie pamiętam, kto. Były dwie osoby w obstawie. Za żywopłotem była willa. Myśmy tam weszli. Wpuszczono nas, więc szybko myśmy wpadli. Czy tam nie zastaniemy Niemca? Ona z Niemcami handlowała. Zobaczyliśmy, że na przedpokoju nie ma żadnych rzeczy ani czapki, ani nic, więc wpadliśmy do pokoju. Krzyczymy: „Ręce do góry! Ręce do góry!”. Jakiś facet jest, cywil. Wszyscy podnieśli ręce do góry. Sprawdziliśmy, czy nie ma broni. Odczytano wyrok. Nie wiem, czy to ja odczytałem wyrok, już nie pamiętam, czy to Roman odczytywał wyrok, że w związku z tym, że ma kontakty z Niemcami, które są niekorzystne dla kraju (bo to jest współpraca z okupantem i nie wiemy, jakie ona może przekazywać wiadomości, ma pełno znanych oficerów i z nimi się zadaje, przyjmuje jakieś prezenty, które później rozprzedaje), to zostanie ostrzyżona według rytuału, jaki jest przyjęty, jako kara za to, żeby drugi raz tego nie robiła. Przystąpiłem do strzyżenia. Pamiętam, że ten młody facet, który tam był, trząsł się jak galareta. Była siostra, która zaczęła coś na początku krzyczeć, ale zastraszyli ją. Przeprowadzili ją do drugiego pokoju. Miałem maszynkę. Tą maszynką ściąłem jej włosy z przodu do tyłu i z tyłu na bok, tak że na krzyż było przecięte. Jeszcze było coś odczytane. Ona zaczęła płakać. Jak jej siostra zaczęła płakać i ją uciszali, to był hałas. „Sęp” nie wiedział, co się dzieje i wtargnął. Myśmy wszyscy skierowali broń w jego kierunku. Nawet nie wiem, czy miałem broń wtedy, bo miałem ją ostrzyc, ale wszyscy skierowali broń do wejścia i mówią: „Czyś ty zwariował?!”. Roman zaczął mu wymyślać: „Jak ty możesz tak nagle wchodzić?! Przecież mogliśmy cię zastrzelić przez przypadek!”. – „Bo słyszałem jakieś krzyki. Myślałem, co się dzieje”. Poszedł sobie. To się wszystko przeciągnęło trochę. Pamiętam, że facet, który był w tym mieszkaniu, spytał się, czy może zapalić papierosa. Dobrze. Zdaje się, że nie miał ognia, bo ktoś mu podawał ogień, Roman czy „Branicki”. Podsuwa mu zapalniczkę, a on nie może w ogóle trafić w ogień. Trzymał [papierosa] w ustach, ale trząsł się jak galareta ze strachu. Zapalił. Myśmy chyba sprawdzali mu kenkartę, czy to nie jest przypadkiem folksdojcz. Tego nie pamiętam, ale chyba był sprawdzany. Takie rzeczy robiło się rutynowo. Ponieważ nie był [folksdojczem], był tylko świadkiem.

  • Po ostrzyżeniu wyszliście z mieszkania?

Po ostrzyżeniu żeśmy wyszli i wróciliśmy. Najpierw wróciliśmy do punktu zbornego. Punkt zborny zawsze był u takiego, on się chyba Banaś nazywał. W tej chwili już nie pamiętam, ale mi się wydaje, że Banaś. To był właściciel sklepu spożywczego, u którego na zapleczu były zebrania. On był bardzo oddany sprawie i dla trzeciej grupy. Tam przychodził nasz dowódca „Bogumił”. Nie powiedziałem na początku, że oddziały ODB podlegały (on był wtedy chyba porucznikiem) „Bogumiłowi”. „Bogumił” to był jego pseudonim. Nazwisko poznałem już po wyzwoleniu, jak chodziłem na zebrania naszego środowiska.

  • Jak on się nazywał?

Henryk Malec.

  • W jakiej akcji brał pan jeszcze udział?

Następna akcja to była bardzo poważna akcja. Mianowicie na pograniczu Woli, w trójkącie Wola–Powązki–Boernerowo, było miejsce odsunięte od miasta, niedaleko Fortu Bema. Była przedwojenna fabryczka naczyń emaliowanych, która została przez Niemców zaadaptowana na wytwórnię części dla wojska. Tam były maszyny, które coś robiły, i ludzie, których oni zatrudniali. Okazało się, że Werkschutze, którzy tam byli, szczególnie dwóch tam było takich (w ogóle było trzech Werkschutzów), którzy ludzi sekowali, dokuczali im strasznie. Zrobili już spis tych, których Niemcy powinni oddać do obozu koncentracyjnego, bo niektórzy się stawiali czy coś. Zrobił się gwałt, że oni wydadzą. To znaczy ja tego nie wiem, znam to tylko z opowiadań, bo to Lucek Wiśniewski „Wierny” robił wszystkie rozpoznania przed akcjami. Werkschutze dostali wyroki śmierci przez rozstrzelanie. Mieliśmy stamtąd zabrać, zniszczyć dokumentację, która tam była. Tam był worek ze skórą na podeszwy do butów dla Niemców czy dla robotników, w każdym razie mieliśmy zabrać tę skórę i rozstrzelać Werkschutzów.

  • Ilu was zostało oddelegowanych do tego zadania?

Cały oddział poszedł. Wtedy było już nas dużo więcej. Nie powiem wszystkich [nie pamiętam wszystkich].

  • Ile mniej więcej wtedy osób było w oddziale?

Nas było chyba osiem, dziesięć osób może.

  • I wszyscy zostaliście oddelegowani do tego zadania?

Tak. Jak się nazywał jeden [z nich]? On był później zaopatrzeniowcem w stoczni gdyńskiej, przyjeżdżał do mnie po podpis, że on tam był. Poznałem go, a nie mogłem sobie przypomnieć, kim on jest. Ale zaczął mi opowiadać całą akcję, to wtedy podpisałem. To chyba on był. We wspomnieniach Lachowskiego są wymienieni ludzie, którzy doszli do tego zgrupowania. On się dowiedział od kogoś, nie wiem skąd. Był „Bajbus”, pamiętam, miał taki pseudonim. Ale to byli ludzie, których mało znałem. Oni przyszli na dwa, trzy miesiące przed Powstaniem. Akcja w Parysowie odbyła się w sobotę. Doszedłem do tego, kiedy to było po tym, że tej nocy był rosyjski nalot na Warszawę. Zawsze puszczali jeden samolot dla pucu, który zrzucał bombę na Śródmieście czy gdzieś, to wybuchało i nazywało się, że jest nalot. Takie były naloty rosyjskie. Rosjanie byli po drugiej stronie [Wisły].

  • Kiedy mogła mieć miejsce akcja, o której pan mówi?

To był lipiec 1944 roku. To była sobota i ten nalot był z piątku na sobotę. Myśmy mieli akcję w sobotę, więc w piątek myśmy pojechali. To było na dwa, trzy tygodnie przed Powstaniem, na początku lipca. Myśmy pojechali w piątek do Banasia. Tam żeśmy wszyscy spali pokotem. Wieczór był gwieździsty, pogodny, niebo rozgwieżdżone. Zaczęły się latarnie, poszukiwania samolotów, obrona niemiecka. Zaczęły się strzały z zenitówek. Potem była chyba jedna bomba, która spadła na miasto. Takich nalotów pod koniec okupacji było kilka, jak Rosjanie byli blisko. Niby miało to przeszkodzić Niemcom. Przespaliśmy się z piątku na sobotę i skoro świt żeśmy wstali, żeby zdążyć na ósmą do Parysowa. Parysów był miejscem, gdzie nie było domów. Było pole, nie było domów. To pole to było gruzowisko, gdzie były wysypywane (wiem, bo potem biegłem przez to wszystko) gruzy z Warszawy, z reperowanych domów z Woli. Tam rosły bodiaki, wysokie chwasty. Na górce czy podwyższeniu była ta fabryka. Była droga, dojście wzdłuż płotu. Łopianami żeśmy doszli do drogi. To było tak usytuowane, że fabryka była otoczona murem i było ugięcie muru, w którym była furtka. Wzdłuż muru szła ścieżka, którą ludzie szli do furtki, do pracy. Tam dzwonili, otwierał Werkschutz i wpuszczał wszystkich. Byli znani, bo tam pracowali. Weszliśmy razem z tymi ludźmi o ósmej. W ochronie była grupa boernerowska. Nas prowadził… Nie wiem, kto to był. W tej chwili nazwiska ani pseudonimu nie znam. Byłem młody, ale miałem dużo rozsądku, ostrożności. Uważałem, że trzeba wiedzieć jak najmniej, bo jak mnie zaczną męczyć, to mogę coś powiedzieć, a tak, to nie będę mógł nic powiedzieć, bo nic nie będę wiedział. To jest łatwo sobie mówić, że się wytrzyma, a to były ciężkie tortury. Tak że czasami nawet nie znałem ludzi, którzy do nas przychodzili. Prowadził nas, pamiętam, że miał na obronę granat ze sobą.

  • Pan miał wtedy broń?

Tak, miałem wtedy broń.

  • Jaką?

Miałem wtedy chyba visa, ale nie ten zrujnowany, tylko był drugi, jakiś lepszy vis. Jaką broń miał „Branicki”, bo „Branicki”… Najpierw odbyła się odprawa.

  • Jakie pan miał zadanie?

Najpierw była odprawa. Było powiedziane, jak to ma się odbyć. Potem powiedziano: „Słuchajcie, teraz losujemy”. To nie należało przecież do przyjemności, zabijanie człowieka. Miałem na tyle środowisko inteligenckie, że to się odbywało z losowania, z tego, na kogo trafi. Pamiętam, że były wyciągnięte zapałki. Były urwane dwa łepki, wszyscy ciągnęli zapałki. „Branicki” i ja wyciągnęliśmy zapałki bez łepków. Jak żeśmy wtargnęli, to natychmiast jednego pod ścianę. Drugiego Werkschutza nie ma. Była sobota. Tego nikt nam nie [powiedział]. Właśnie taka była organizacja tych wszystkich spraw. On po prostu pojechał jako konwojent po pieniądze z kasjerką, bo wypłaty były tygodniowe. Tego, który miał być zastrzelony, nie było, tylko został jeden, więc trzymali go pod bronią. Pamiętam, że „Kunka” wpadł pierwszy do centralki, do środka i kolbą czy jakimś przedmiotem rozbił centralkę telefoniczną, żeby nie było kontaktu z policją ani z wojskiem. Trzymałem z „Branickim” ludzi pod strażą. Ustawiliśmy pod płotem całą załogę, kazaliśmy im tam stanąć i trzymaliśmy ich pod bronią, ale część ludzi jeszcze plątała się w fabryce. W pewnym momencie zza fabryki zaczynają padać do nas strzały. Ktoś zaczyna do nas strzelać z karabinu. Co się okazało? Takie było rozpoznanie Lucka. Tam był stary Werkschutz, który pilnował węgla, żeby ludzie go nie kradli. Zobaczył nas, zobaczył, że tutaj coś się dzieje, że nie reaguje Werkschutz, że ludziom z fabryki kazano się ustawić pod płotem i zaczął do nas strzelać. Nie wiem, do kogo on zaczął strzelać, kule gwizdały. Przypuszczam, że kogoś chciał zastrzelić. Była dobra reakcja załogi, bo mówili, żeby iść z tyłu, że oni poprowadzą. Poprowadzili ich przez dużą halę produkcyjną. Nie byłem tam, ale od tyłu go zaszli, ludzie zaprowadzili. On siedział na kupie węgla i strzelał przed siebie do wejścia do strażnicy, w której oni byli. Z tyłu go zastrzelili. Pamiętam, że wtedy ja i „Branicki” poszliśmy wykonać wyrok. Weszliśmy do środka. On był w środku pilnowany.

  • Ten jeden Werkschutz?

Tak, ten jeden. Odczytałem mu wyrok. Powiedziałem, że został na niego wydany wyrok w imieniu Rzeczpospolitej, dostałem rozkaz wykonania. Strzeliłem do niego. Nie wiem, gdzie go trafiłem, w pierś czy gdzieś. Zachwiał się, ale jeszcze stał. Ze mną był „Branicki” (który miał [zastrzelić] tego drugiego, a tego drugiego nie było) i zaczął do niego strzelać, czyli we dwóch. Strzeliłem parę razy i on klapnął, był już nieżywy. Później myśmy wyskoczyli. Wyciągnęliśmy wszystką broń, która tam była. Tam były stare karabiny z I wojny światowej. Pamiętam, że francuskie. Męczyłem się, chciałem go rozbić. Znalazłem kamień czy krawężnik, czy coś betonowego i trzymając lufę, rozbiłem karabin. Pamiętam to, bo takie obrazy się utrwalają. Szczegóły jeszcze były, ale już ich nie pamiętam. Ktoś jeszcze znalazł worek ze skórą, zniszczyliśmy całą dokumentację fabryki. A że padły strzały, trzeba się było spodziewać, że się szybko zjawią Niemcy, więc to odbywało się szybko. Wszyscy prysnęli. Ja z „Branickim” razem uciekliśmy na tę przestrzeń. Wszyscy się rozproszyli. Zaczęliśmy uciekać przez bodiaki w kierunku… Teraz wiem, że to była Chomiczówka czy koniec Koła. Była wtedy duża aleja, której teraz już nie ma. Tam z dużych nadwiślańskich topoli była zrobiona droga, była nimi obsadzona. Tam były nawet domy w pewnej odległości, z daleka było widać domy. Myśmy szli w kierunku tej osady. Może odbiegliśmy dwieście, trzysta metrów od tego budynku, jak usłyszeliśmy syreny jadących bud. Niemcy to też byli idioci. Z jednej strony to byli mordercy, ale z pewnych rzeczy nie zdawali sobie sprawy. Po co były syreny? Syreny były alarmem, że oni jadą, więc ludzie mogli się kryć. Gdyby oni zajechali cicho, to mogliby nas złapać, widzieć, jak uciekamy. A jak myśmy usłyszeli ich syreny, że oni się zbliżają i zaraz wyjadą zza muru, i będą jechać drogą, gdzie się chodzi, tośmy padli na ziemię w bodiaki. Tam były nierówności terenu, bo było usypane gruzowisko. Tam były całe cegły, kawałki cegieł. To wszystko było przerośnięte trawą. Były bodiaki. Jak żeśmy położyli się w dołku, to nas nie było widać. Widzieliśmy, jak jadą do fabryki. Oni się nie spodziewali, że ktoś jest na zewnątrz. Pewno nie wiedzieli. Jak tylko oni wjechali, to zaczęliśmy biec dalej. Oni nas nie widzieli, bo byli za murem. Zanim się zorientowali, że myśmy uciekli, nikt z nich nie miał rozeznania, żeby poszukać nas obok i wszyscy żeśmy się rozbiegli, nikt nie zginął. Myśmy dolecieli do drogi. Pamiętam, jak ktoś się wychylił z domku i mówi: „Panowie! Panowie! Idziecie z tamtej strony? Co to za huki były? Podobno radziecka partyzantka wylądowała, bo była strzelanina. Zrzucili w nocy”. Z nalotem to skojarzyli. Mówimy: „Nic tam się nie dzieje. Nic tam nie widzieliśmy”. Pobiegliśmy dalej.

  • Czy przed Powstaniem Warszawskim brał pan udział jeszcze w jakiejś akcji?

W jeszcze jednej.

  • Proszę o niej opowiedzieć.

Dokończę: dobiegliśmy do zgrupowania, a stamtąd na jakiejś furze zabraliśmy się drogą w kierunku Włoch. Tam żeśmy przedostali się do domów. Broń zostawiliśmy w Boernerowie, bo nie chcieliśmy wracać z bronią taki kawał. Następną i ostatnią sprawą było zaniesienie broni na Okęcie, dla Powstania.

  • Kiedy to było?

To była połowa lipca czy koniec lipca. Pamiętam, bo po tę broń pojechali chłopcy. Pojechał Maciek Milbrandt ze Szwabem.

  • A pan?

Byłem w domu. Pojechali po broń, bo myśmy zostawili broń na Boernerowie.

  • Oni pojechali po tę broń?

Pojechali po tę broń, żeby ją przywieźć, bo Powstanie zaczynało się tuż, tuż. Była już napięta atmosfera. Oni opowiadali, jaka była reakcja ludzi, jak jechali tramwajem. Wszystko już kipiało. Jak przywieźli tę broń, nie brałem w tym udziału. Później dowódca „Bogumił” powiedział, że mamy przenosić broń, że jest broń u jakiegoś mieszkańca Szczęśliwic. To było w Szczęśliwicach, blisko torów, a właściwie wykopu na tory, bo wtedy jeszcze nie było torów kolei radomskiej, tylko był wykop zrobiony przed wojną. Niedaleko wykopu była willa i tam nas wszystkich zgromadzili. Był nasz oddział, ale nie tylko nasz. Jeszcze byli chyba z Boernerowa. Możliwe, że byli też z Okęcia. Był wtedy Bogdan Michałowski, który miał pseudonim „Kunka”. Jest warte opowiedzenia, bo zawsze mamy apoteozę Powstania Warszawskiego jako wielkiego zwycięstwa. Muzeum jest bardzo piękną i cenną rzeczą dla historii, ale ono powinno być chyba miejscem smutku, straszliwej klęski narodowej, jaką żeśmy ponieśli. Przecież wszystkie nasze nieudane powstania to były klęski narodowe. […]

  • Proszę opowiedzieć o atmosferze spotkania, w którym brał pan udział.

To jest charakterystyczne. Nie tyle atmosfera, co w ogóle sposób organizowania tych rzeczy. Myśmy się pokryli pod różnymi krzakami, które rosły w pobliżu willi, żeby nas nie było widać. Nas była kupa ludzi. To mogło być piętnaście, dwadzieścia osób. Do tego domu, z którego mieliśmy dostać broń do niesienia…

  • Czyli do willi przyszliście po broń?

Po broń do przeniesienia na Okęcie, do ogrodnika, którego nazwiska nie pamiętam. Jest możliwe, że to był Banaś. Nie pamiętam tego, ale on jest znany, później cała jego rodzina została wybita. To jest znana przez okęckich ludzi osoba. Rozlokowaliśmy się wokół willi i czekamy. Mija godzina, druga godzina.
  • To działo się w ciągu dnia?

Tak, to był biały dzień. [Mija] druga godzina, trzecia godzina. Cholera, nikt się nie [pojawia]! Nie wiem, chyba się z fabryki musiałem się zwolnić.

  • Pan pracował w fabryce?

Tak. Pracowałem w „Philips Werke”. Mam jeszcze legitymację.

  • Od którego roku pan tam pracował?

Chyba od 1942 roku, bo jeździłem na komplety, a przecież już stale były łapanki. Już miałem na tyle dorosły wygląd, że mogłem być w każdej chwili złapany w łapance, więc potrzebowałem jakieś papiery. Nasz sąsiad, inżynier elektryk, pracował u „Philipsa” na Woli, na Okopowej. On mi załatwił. Tam była niesamowita sprawa. Nie wiem, czy kiedykolwiek była przez kogoś relacjonowana. Treuhänderem fabryki był stary admirał z I wojny światowej. Inteligentny facet, arystokrata niemiecki z fajką. Raz niestety zostałem wezwany do niego. Byłem zatrudniony w dziale cewek Pupina. Miałem zaświadczenie z wszystkimi pieczęciami, że jestem jako goniec, że proszą policję i władze niemieckie o umożliwienie mi przejeżdżania, bo jestem zatrudniony w „Philips Werke”, w fabryce zbrojeniowej. A ja byłem zatrudniony w dziale cewek Pupina. To były zresztą dosyć drogie urządzenia przed wojną, które były wzmacniaczami głosu na dużych odległościach, przy telefonach. Co parę czy co kilkanaście kilometrów była wielka, żelazna, lana skrzynia, w której były cewki Pupina na wszystkie numery. Były transformowane na wyższe napięcia, żeby głos, który dociera z Warszawy do Poznania czy do Krakowa był dobrze słyszalny. To nie było czynne. Były tam chyba trzy osoby, był majster, pan Haze. Tam pracowałem, wierciłem dziurki, coś robiłem do tych skrzynek. Pracowałem w tej fabryce, żeby mieć papiery.
Wracając do Szczęśliwic: prawdopodobnie musiałem zwolnić się z fabryki. Można było sobie załatwić wyjście, odbijało się [kartę] czy ktoś odbijał, już nie pamiętam. Fabryka była bardzo ciekawym punktem w Warszawie. To był facet, który uratował wielu ludzi.

  • Ten admirał, szef fabryki?

Tak, ten admirał. On się zaprzyjaźnił później, w czasie Powstania z całym szeregiem osób. On przyjeżdżał do Warszawy na odwiedziny, znał Hazego, wszystkich. On tych ludzi po prostu tam chował. Miał własną straż fabryczną, bo to przecież była olbrzymia fabryka i jak ktoś szedł, to: „Poszli won!”. Oni też się żarli między sobą, z gestapo. „To jest tajemnica wojskowa, nie wolno wchodzić!”. Tam żaden Niemiec nie wszedł. Uratował wszystkich ludzi, karmił ich cały czas. Obiady były, bo miał zapasy, zupki co prawda dawał, ale wszystkich wyżywił. Okazał się fantastycznym facetem. Mówię o tym, że jednak i wśród Niemców byli ludzie normalni.
Wracając do niesienia broni: trudno mi powiedzieć w tej chwili, ile czekaliśmy, ale myśmy już nie mogli się doczekać, już się późno robiło. Ze trzy czy cztery godziny to może nawet trwało. Dochodziły do nas wiadomości, że składają stena i nie potrafią go złożyć. To był „Bogumił”, nasz dowódca, z Romualdem Spokojskim. Reasumując: w końcu wyszli, mając ze sobą (wzdłuż ramy na moim rowerze, który ode mnie pożyczyli) erkaem zawinięty w worki Szliśmy z workami. Ja na przykład niosłem worek (wiem, że nie wszyscy mieli) granatów bez zapalników.

  • Zapalników nie było w granatach?

Zapalniki były osobno, granaty nie były uzbrojone. Nikt ich nie uzbroił. Nie mieliśmy nawet po jednym uzbrojonym granacie na własną obronę.

  • Gdzie to przenieśliście?

Nie wiem, kto robił tam rozpoznanie. W każdym razie „Bogumił” poprowadził nas wykopem. Myśmy cały czas szli wykopem aż do szosy krakowskiej. Przy szosie krakowskiej była sytuacja, której nie widziałem, bo byłem mniej więcej w środku pochodu. Ale tak było i opowiadali to. Wiem z opowieści, bo dzielili się wszyscy wrażeniami z tego, że jak oni doszli do szosy, akurat mieli wychodzić, nadjechał… Oni mieli takie samochody jak amerykańskie dżipy, tylko były niemieckie. To był otwarty pojazd wojskowy na cztery czy na sześć osób, który ewentualnie nakrywało się brezentem. Tam jechało paru oficerów. Oni zwolnili, bo zobaczyli ludzi czy coś. Roman miał długi płaszcz, bo wtedy były modne długie płaszcze, prochowce się nazywały. Była elegancja w tym prochowcu. Połę od prochowca, gdzie miał ukrytego stena, odwinął i pokazał ten sten. Oni dali gazu i uciekli. To wszystko polegało na ocenie sytuacji przez młodego, niedoświadczonego człowieka. Jeżeli oni zobaczyli, że my mamy broń, że idą jacyś ludzie (a oni jechali na Okęcie), to już wiedzieli, że coś się dzieje. To było przed Powstaniem.

  • Dotarliście na Okęcie?

Tam był ogród Hosera. Był znany Hoser, [ogród,] który istnieje do dziś. Nie wiem, gdzie. Czasami pokazują w telewizji te ogrody. Był duży ogród Hosera. W środku ogrodów był budynek. To wszystko było otoczone żywopłotem i środkiem prowadziła tak zwana czarna droga. Czarna droga, bo dojazd był wysypany żużlem. Dochodzimy do czarnej drogi, wychodzimy, wąż wije się, jeden za drugim. Wchodzimy w drogę, a tam widać wojsko niemieckie. „Bogumił” się cofa. Takie rozpoznanie. Tam powinni być wcześniej porozstawiani ludzie, którzy powinni pilnować. Jaka fatalna organizacja była we wszystkim, jakie nieprzemyślenie! Przecież mogły stać kobiety, dziewczyny, ktokolwiek. Przecież było tyle sanitariuszek, które mogły obserwować, co tam się dzieje, i dawać znać, że nie tu, że idźcie tu. Myśmy skręcili wzdłuż żywopłotu, żeby obejść ten majątek dookoła. Idziemy, już jesteśmy mniej więcej w połowie długości żywopłotu. Zaraz za żywopłotem, za majątkiem był zakład ogrodniczy. Nie pamiętam, jak on nazywał. To miało być u nich ukryte. Dochodzimy mniej więcej do połowy żywopłotu i widzimy, że jest duża przerwa. To był stary żywopłot. Patrzę: „Bogumił” skręca w tę przerwę, chyba żeby obejść Niemców. Nie wiem, co on kombinował. Też facet w ogóle nie [był] zorientowany. W pewnym momencie ktoś chyba krzyknął. Już byłem wtedy blisko nich. Szedłem jako czwarty czy piąty, tak że byłem obecny przy tym. Krzyknął Romek czy… Widzieliśmy pole pomidorów, w te pomidory żeśmy weszli. Przez pomidory była ścieżka. Widzimy człowieka w białej koszuli, który zbiera pomidory. Wtedy któryś zauważył, on się chyba wychylił, było widać, że ma niemieckie, wojskowe spodnie. To był wojskowy, tylko wyszedł bez marynarki zrywać pomidory. Ich tam było pełno.

  • Co zrobiliście?

Zawracamy z workami, z tym wszystkim idziemy dalej. Co to za organizacja? Jak mogliśmy w ogóle wygrać cokolwiek? To były zrywy młodych ludzi. Jak zwykle nam organizacji we wszystkim owało. Wycofaliśmy się i poszliśmy dalej za żywopłotem. Jak tylko żeśmy się wycofali (to było parę metrów), patrzę, a tam leży gruby pęk przewodów, który idzie w kierunku Okęcia. To byli ludzie, którzy prawdopodobnie byli bezpośrednio połączeni z lotniskiem. Wszyscy zaczęliśmy sobie pokazywać przewody. Idziemy szybko. Zakręciliśmy za żywopłotem i nie dochodzimy już do czarnej drogi, która przechodziła na wylot, tylko skręciliśmy. Oddałem worek, ten oddał erkaem. Tam była drewniana budka, tam wzięli erkaem. Był tylko wycięty świetlik w drewnianych drzwiach. To był magazynek ogrodniczy. Oni to położyli zapakowane na stole w tej budce, zamknęli budkę na kluczyk i oddali kluczyk. Reszta doszła, wszystko oddała, a myśmy już czekali na nich, chodząc tam i z powrotem. Nam nie oddali jeszcze roweru. Myśmy czekali, aż będę miał rower. Jak my tak spacerujemy, to nagle zza rogu wychodzi dwóch lotników wojskowych, mają do połowy wyciągnięte pistolety z kabury. Idą wolnym krokiem i przyglądają się nam. My nie mieliśmy przy sobie w ogóle nic. Ale trzeba było coś mieć, żeby zostać zatrzymanym? Tylko tego nie robili ani w lotnictwie, ani Wehrmacht nie trudnił się. To robiły specjalne służby. Oni się zorientowali, że coś tu jest nie tak, bo to było widać. Skręcili w czarną drogę. Akurat dostaliśmy rower, wsiedliśmy. Jeden wsiadł na ramę, drugi kręcił. Żeśmy pojechali prosto w kierunku Szczęśliwic i naokoło, przez Szczęśliwice, przez budki szczęśliwickie wróciliśmy do Włoch.

Kontynuacja nagrania przeprowadzona 13 czerwca 2011 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna

  • Ile miał pan lat, kiedy wybuchło Powstanie?

Urodziłem się w 1925 roku, a Powstanie wybuchło w sierpniu 1944 roku.

  • Liczymy od 1925 roku, bo to jest faktyczna data pana urodzin?

Tak. Miałem chyba osiemnaście lat.

  • Gdzie pan był 1 sierpnia 1944 roku?

Pierwszego sierpnia była godzina „W” i wtedy wszyscy mieliśmy zgrupowanie na Okęciu. 7. Pułk Piechoty „Garłuch” miał (nie wiem dokładnie, w jakim czasie) przystąpić do walk o lotnisko. Był jeszcze oddział „Łużyce”, gdzie były olbrzymie straty. Rozpoczynało się to 1 sierpnia po południu. Niemcy spowodowali olbrzymie straty w oddziałach atakujących, które to oddziały były oddziałami polskiego lotnictwa podziemnego. Mieli zdobyć jakieś samoloty. My byliśmy na razie w odwodzie. Byliśmy piechotą i dlatego byliśmy w odwodzie. Nasza cała grupa dywersyjna znalazła się w tym samym plutonie na Okęciu. Tam oczekiwaliśmy dalszych wydarzeń od 1 sierpnia. Padał deszcz, leżeliśmy na… To akurat było na granicy zabudowań. Byliśmy ostatnim zabudowaniem przed czarną drogą, przez ogrodem Hosera.

  • Czy pamięta pan porę dnia, kiedy tam się pojawiliście?

O ile pamiętam, to zgrupowanie tam mieliśmy na godzinę trzecią, piętnastą. Wiadomo, że w różnych miejscach było to różnie. Myśmy byli punktualni. Wiem, że to było punktualnie. Myśmy się z pracy pourywali i byliśmy wszyscy na czas. Przyjechałem ostatnią kolejką, bo potem już kolejka nie chodziła. Przyjechałem nie kolejką włochowską, tylko do Leśnej Podkowy. Wyskoczyłem w biegu koło skrzyżowania. Tam jechało parę osób. Doszliśmy do Włoch już na piechotę. Mieliśmy czas, żeby się przebrać, zabrać rzeczy i poszliśmy na piechotę na Okęcie. Tam pierwszy dzień minął spokojnie. W zapleczu tego domu było ściernisko, gdzie były postawione kopce, wśród których było widać artylerię przeciwlotniczą.

  • Powstańczą?

Nie, niemiecką. Pamiętam, że chyba drugiego dnia byłem wystawiony na czujkę z jakimś kolegą. Już nie pamiętam z kim. Na placu tego gospodarstwa (to był wiejski albo półwiejski domek) był rodzaj drewutni. Nie wiem, czy to była drewutnia, ale to było murowane. To był bardzo mały domeczek ze strychem umiejscowiony w samym rogu. Był stryszek z okienkiem i myśmy tam siedzieli na czujce, i przyglądaliśmy się. Tam byłem świadkiem pierwszego przykrego zdarzenia. Mianowicie szedł człowiek od strony ogrodnika, gdzie była złożona broń za ogrodem Hosera. Z tamtego kierunku szedł sobie wolno miedzą. W pewnym momencie zobaczyliśmy, jak z kop zboża padły strzały z peemów, z pistoletu maszynowego. Zastrzelili tego człowieka. Pamiętam, jak on konał. Nam nie wolno było się ujawnić. Zresztą nic byśmy nie zrobili, to byłby nonsens. Niemcy z tego pola przychodzili. Raz przyszli, wszyscy byliśmy już przyszykowani, że będzie walka, a przyszli Niemcy i poprosili o wodę, że chcieli sobie wziąć wody ze studni. Nabrali wody ze studni. Tak by nic nie wiedzieli, że tam są [ludzie]. To był Wehrmacht. Nie wszyscy byli tacy chętni do tego, żeby się angażować, jak przypuszczam. Nie myślę, żeby oni byli tacy głupi. Wzięli sobie wodę, poszli i był spokój.

  • Jaką miał pan broń?

Miałem zwykły karabin. Miałem broń w dywersji, pistolet, to nie dali mi tego pistoletu. Nie wiem dlaczego. To był przyniesiony chyba przez „Froncewicza”. Wiem, że „Froncewicz” miał visa, a kto miał resztę, to nie wiem. W każdym razie dostałem karabin. Byłem na placówce. Pamiętam jeszcze, jak żeśmy mówili, że teraz tylko będziemy patrzeć, jak Rosjanie będą spuszczali desant. Naturalnie żeśmy się nie doczekali tego. Na drugi czy na trzeci dzień spadł olbrzymi deszcz. Do nas przyszedł dowódca i powiedział: „Słuchajcie, były straszne straty. Nie mamy szans na zdobycie lotniska. Musicie się rozproszyć, bo nas wszystkich Niemcy tu rozstrzelają. Kto może, kto ma papiery, gdzieś indziej mieszka, nie na Okęciu… Ci, co na Okęciu, niech się dalej chowają na Okęciu czy gdzieś się rozproszą, a z kolei ci, co nie są z Okęcia – tak jak my, myśmy byli z Włoch – niech się starają przedrzeć do domu i tam czekać na dalsze rozkazy”. Pamiętam, że poszedłem do „Froncewicza” i mówię: „Słuchaj, Romek, mamy wracać”. On miał nowe buty z cholewami. Patrzę, że on te buty obciął. Widocznie człowiek przed śmiercią coś czuje. Był taki podniecony, zdenerwowany jak nigdy, bo zawsze był opanowany. Obciął to, szedł. Mówię: „Po co ty…?”. Ładuje pistolet i bierze ze sobą. Mówię: „Co ty robisz? Ty sam idziesz czy z ludźmi? Ty chcesz kogoś…”. Wpakował całą grupę dwudziestu dwóch ludzi, którzy tam szli (zdaje się, że były dwadzieścia dwie osoby). Rozstrzelali ich. Oni weszli do wykopu, którym myśmy nieśli broń. Szli w kierunku Włoch, a mniej więcej w połowie drogi do Włoch był „Polmin”. Nie wiem, dlaczego to nazywało się „Polmin”. Tam był rząd baraków, które zajęli Niemcy, przy obecnej drodze łopuszańskiej. Był bity trakt i była miejscowa strażnica. Tam była bocznica kolejowa (dowiedziałem się o tym później, bo wtedy jeszcze nie wiedziałem tego), gdzie Niemcy [mieli] wszystkie kradzione kosztowności, które pokradli z domów, z urzędów, zdaje się, że muzeum też było częściowo okradzione. To wszystko szło do „Polmina” i tam ładowali to na wagony bydlęce, zamykali i wszystko szło do Rzeczy. Robił to jakiś facet. Dowódcą był Niemiec. Robił to Wehrmacht. To nie były żadne służby bezpieczeństwa. „Wermachtowcy” byli różni. Połapali tych chłopaków, którzy szli. To byli prawdopodobnie żandarmi z „Polmina”. Zeszli na dół, żeby zobaczyć, co się dzieje i natknęli się na tę grupę. Jak ten sięgnął po pistolet, to wtedy posunęli z peemów i wszystkich zabili. Do dzisiaj jest krzyż na tym miejscu przy torach kolei.
  • Gdzie pan był w tym czasie?

Miałem iść z nim, ale mówi: „Idź natychmiast, tylko przyjdź i weź jakąś siostrę”. Poszedłem, znalazłem jakąś siostrę, która chciała iść ze mną. Miała chyba pseudonim „Kamila”. Mówię: „Co ty tu masz?”. Miała wypchany chlebak. „Mam bandaże, to i tamto”. Mówię: „Won mi z tym. Albo się przebijamy grupą bojową – po co, do kogo, gdzie, nie wiadomo –albo idziemy jako normalni ludzie. Mamy największe szanse. Absolutnie się nie zgadzam”. Dosyć długo to trwało. Wyrwałem jej w końcu ten chlebak i wyrzuciłem do śmietnika, i poszedłem do Romana. Okazało się, że ta grupa już poszła. Pan Bóg mnie po raz pierwszy uratował.
Przyplątał się jakiś facet. Przedstawił się, że on jest podchorążym, ma pseudonim „Rawa”, przyszedł z Warszawy i nie ma gdzie iść, nie ma tutaj żadnych znajomych, żebym go zabrał do Włoch. Mówię: „Słuchaj, czym większa grupa, tym będą większe trudności. Ponieważ wiem, gdzie idę, to będę dowodził, a ty się musisz do tego dostosować. Weźmiesz drugą siostrę i będziesz szedł w odległości kontaktu wzrokowego. Będziesz widział, gdzie idę, ale nie będziesz się bardzo zbliżał, bo nie wiadomo i będziemy wszyscy narażeni”. Tak żeśmy szli i nawet po drodze, jeszcze na Okęciu, na Łopuszańskiej, z domów jakaś babka się wychyliła i mówiła: „Panowie, idźcie tędy. Tu jakoś Niemców nie widać, nie ma”. Jeszcze przedtem… Dlaczego myśmy tak łatwo przeszli na drugą stronę? Tam stał karabin maszynowy i strzelał do wszystkich, którzy przechodzili przez szosę. Postawili cekaem i kto się tylko wychylił na odległość wzrokową, to strzelali z karabinu. Pozabijali mnóstwo ludzi. Ale lunął straszny deszcz. Przyszła chmura, widoczność była prawie zerowa. Mówię: „Teraz chodu, przez ten deszcz!”. Myśmy wtedy przeskoczyli przez tę szosę. Wtedy przy obecnej Łopuszańskiej był bazarek, który potem też chyba był, kwiaty były. Ten bazarek był pusty, budki były pozamykane, ale myśmy między tymi budkami mogli się bardzo łatwo wyślizgnąć z widoku. W końcu wyszliśmy dalej na Łopuszańską. Tam nam powiedzieli, że nikogo nie ma. Idziemy. On stale się przybliżał, groziłem mu. Idziemy i o dziwo widzimy już „Polmin”. Widzę dwóch żandarmów z blachami Feldpolizei. Patrzę: na polu siedzi dwóch starych ciurów, starych Niemców (których pobrali jako ostatni ratunek) wkopujących słup telegraficzny. Widocznie oni coś tam ciągnęli. Zrobiłem następujący manewr: powiedziałem „Kamili”, żeby zaczekała, sam poszedłem prosto do tych Niemców i po niemiecku, łamaną niemczyzną (bo niemiecki słabo znałem, ale porozumiałem się) pytam się, czy oni wiedzą, czy to jest droga, która prowadzi do Włoch, bo my tam idziemy do Włoch. Tak, bitte, gerade aus. Poszliśmy. Zrobiłem to po to, żeby ci żandarmi widzieli, że rozmawiam (przeciągałem jeszcze tę rozmową w różny sposób, żeby to dłużej trwało), że się nie boję Niemców. Taki był skutek, że myśmy przeszli koło tych żandarmów. Oni nawet nie podnieśli broni, nie sprawdzali nas, tylko puścili nas do domu. Potem spotkaliśmy oddział jadący z jakimś oficerem, który był na krótkim aucie, jak to oni jeździli (podobne do dżipów) i stanął z pistoletem w ręku, zaczął krzyczeć: Halt! Hände hoch! Ale jedzie cała olbrzymi kawalkada i on się nie może zatrzymać ani nas sprawdzić. Pchnąłem „Kamilę” mocno ramieniem. Tam był płot i żeśmy w błoto upadli. Ten Niemiec się nie zatrzymywał, bo musiałby zatrzymać całą kolumnę. Pojechali dalej na Okęcie. Myśmy wtedy wstali. Ktoś strzelał do nas. Okazało się, że we Włochach jeszcze było dużo „własowców”, Niemców. Ktoś widocznie strzelał do nas, bo kulki gwizdały, ale to było z daleka. „Kamila” mieszkała na ulicy, która wtedy nazywała się Graniczna – pierwsza ulica, która była we Włochach od Łopuszańskiej. Doprowadziliśmy do domu, ona poszła, a ja z „Rawą” poszedłem dalej.
Nie wiedziałem, jak się przedostać na drugą stronę. Tam był przejazd kolejowy. Mieszkałem na ulicy Piłsudskiego we Włochach, obecnie Globusowej. Myślę sobie: „Tam nie przejdziemy, bo jest pełno wojska”. Wiedziałem, że Niemcy wywieźli wszystkich mężczyzn z Włoch. To wcale nie było proste. Wywieźli zaraz, jak Powstanie było, na dzień po tym czy coś takiego. Dość na tym, że poszedłem jeszcze… W składzie naszego oddziału dywersji bojowej jest wymieniony pseudonim „Wowka”. On się chyba nazywał Włodzimierz Szepielow. Miał rosyjskie nazwisko, ale to był kuzyn jednego z naszych, „Branickiego”. Wszedłem tam. Myślałem, że on może już przyszedł, bo niektórzy byli szybciej. Okazało się, że nie ma go jeszcze. „Pewnie go złapali na Polimnie” – myślę sobie. Poprosiłem rodzinę, żeby zajęli się Stefanem „Rawą”, a sam poszedłem do znajomej dziewczyny. Prosiłem, żeby mnie przenocowali. Przenocowali mnie ze strasznym strachem. Zgodzili się przenocować przez jedną noc, w opustoszałym sklepie mnie zamknęli. Dali mi siennik, na którym się przespałem.
Na drugi dzień cofnąłem się i poszedłem do domu „Sępa”. Tam byli znajomi profesora Kozakiewicza. Jakoś się do nich dostałem. Oni mnie przygarnęli bardzo przyzwoicie. Stamtąd dałem znać do domu (ktoś poszedł), że jestem u nich. Przyszła moja matka z naszą gosposią zwaną Manią, poszliśmy po „Rawę” i z „Rawą” poszliśmy do naszego domu na Piłsudskiego. Ponieważ mój ojciec po sprzedaży Dawid w 1940 roku (zakład ogrodniczy był nie do utrzymania) miał pieniądze, które musiał jakoś ulokować, kupił ten dom. To był jedyny rozbity dom przez jedyne bomby, które spadły na Piłsudskiego. Ojciec kazał to odbudować, wyremontował go i żeśmy się tam przenieśli z Wesołej, bo najpierw żeśmy zamieszkali w Wesołej, gdzie wynajęliśmy mieszkanie. Nie wiem, czy mówiłem o tym, że myśmy z Dawid z moim kuzynem, synem profesora Kołaczkowskiego, który został Oranienburgu, na piechotę przeszli do Wesołej. Tam później rodzice się sprowadzili. Nie, przepraszam, miałem rower, rzeczywiście. Przyjechaliśmy na rowerze. Jak żeśmy tam zamieszkali, to było przed Powstaniem, w 1940 roku. Wracam do tego, żeby powiedzieć, że najpierw mieliśmy mieszkanie wynajęte, w międzyczasie ojciec kupił ten dom i go remontował. To wynajęte mieszkanie było niesamowite, dlatego że było bardzo pięknie wykończone. Tam był facet, który handlował z Niemcami, a potem uciekł i ich oszukał. Myśmy stamtąd poszli na Piłsudskiego. Tam były trzy pokoje, bo w czasie remontu ojciec przerzucił jeden pokój z mieszkania środkowego, gdzie był pokój z kuchnią, do naszego mieszkania. Tam zostawił maleńkie miejsce (była dosyć duża kuchnia, łazienka przy tym została) dla samotnej osoby. W tymże mieszkaniu było zrobione tak, że w czasie okupacji (szczególnie pod koniec, już byłem zaangażowany w konspiracji) ten pokój był zasunięty szafą. Tam były drzwi z jednego pokoju do drugiego i myśmy postawili szafę na tych drzwiach. Szafa była dosyć lekka, odsuwało się szafę, wchodziło się do drugiego pokoju i nikt nie wiedział o tym, że istnieje trzeci pokój, może oprócz lokatorów, bo wszystkie mieszkania były jednakowe od góry do dołu. Było to bezpieczne. Tam często odbywały się spotkania naszego zgrupowania. Były trzy pokoje i jeden z nich był wykorzystywany dla tajnych zebrań naszego zgrupowania. Tam też zamieszkał pan Stefan. Czekaliśmy przez jakiś czas. Tam też i ja się kryłem, bo chodzili Niemcy i szukali, na przykład przyszli szukać mieszkania z kwaterunku dla oficerów.

  • To było w sierpniu?

Tak, to było chyba w sierpniu. Potem mnie już nie było, nie mogłem wiedzieć, a to był wywiad. Schowałem się za szafę. Niemcy zostali wpuszczeni razem z przedstawicielem urzędu, a był nim niejaki pan Cześnin, ojciec znanego Cześnina, który był później w telewizji. On dostał pięćdziesiąt złotych i już to do końca okupacji kłaniał się nam i czapkował za te pięćdziesiąt złotych. Ojciec znał niemiecki i po niemiecku powiedział, że żona ma gruźlicę, ma dwa pokoje i że on mieszka w jednym, a żona w drugim, bo jest chora i często gorączkuje. To zasalutowali elegancko. Jeszcze jak po niemiecku się z nimi rozmawiało… To było dwoje przyzwoitych ludzi z Wehrmachtu.

  • To nie było w tym czasie, kiedy Powstanie już wybuchło, tylko wcześniej?

Nie, później. Przecież my wróciliśmy ze grupowania. Myśmy przeszli koło „Polmina” i z łopatami żeśmy wrócili do naszego domu.

  • Czyli to już było w trakcie trwania Powstania?

Tak. Nawet było tak, że kiedyś było ogłoszenie we Włochach, że są potrzebni ludzie do kopania okopów, że pod grozą śmierci mają wszyscy iść. Matka mówi: „Wiecie, co? Nie ma co ryzykować. Już wszyscy poszli do tych okopów. Idźcie we dwóch z łopatami”. Żeśmy poszli. Myśmy prawie nic nie wykopali, Niemiec też olewał całą historię. Widziałem olbrzymią armatę, bo to było gdzieś koło Okęcia, tam nas zawieźli. Widać było pocisk, jak leciał. Pamiętam, jak byliśmy jeszcze w czasie okupacji w Dawidach. To było chyba rozłożone na dwóch wagonach. To było potężne działo. Stamtąd żeśmy wrócili do domu i czekaliśmy. Za jakiś czas ktoś się zgłosił, wręczył nam jakieś pieniądze.

  • Pamięta pan, którego sierpnia to mogło być?

Gdzieś około 10 sierpnia wyruszyłem z domu, więc to musiało być wcześniej, 6, 7 sierpnia. Ten ktoś przyniósł pudełko papierosów, które nazywały się junaki po polsku, a to były haudegeny. Jakieś pieniądze przyniósł, że niby był wypłacany żołd. Były jakieś ciemne sprawy w tej całej organizacji. Potem dali nam znać, że mamy się stawić… Nie, było inaczej. Było to tak, że tam przychodził „Branicki”, bo oni wszyscy znaleźli się w domu, popuszczani byli z „Polminu”. Okazało się, że jednak ten jegomość wiedział, o co chodzi, domyślał się ten Niemiec, dowódca. Oni mówili: „Panie, jest niedziela. Przepustkę chcemy, żeby pójść do kościoła, idziemy do domu, ubrać się, ogarnąć się”. – „Dobrze, dobrze”. Pisał przepustkę. Wiedział, że oni nie wrócą. Wszystkich powypuszczał.

  • Oni tam pracowali?

Tak. Tam pomagali w ładowaniu, a potem uciekli stamtąd. Dość, że „Branicki” przychodził, jeszcze ktoś. Tam mieszkała staruszka, od której jeszcze w czasie okupacji to mieszkanie wynajął jakiś podejrzany typ, który chodził w polskim mundurze bez dystynkcji, stale był pijany, strzelał kopytami w oficerkach. On akurat był pijany, widział któregoś z nich czy nas dwóch. Już nie pamiętam. Dość, że powiedział: „O! Jesteście Powstańcy!”. Rodzicie się wystraszyli i mówią: „Słuchajcie, musi ten Stefan…”. Ja miałem meldunek, a Stefan nie miał meldunku. Byłem mieszkańcem Włoch, a nie Warszawy. To było poza Warszawą wtedy. Stefan miał papiery warszawskie. Skąd się znalazł? Stefana żeśmy przetransportowali do naszego kuzyna, pana Sikorskiego, który był młodszy od nas, młody chłopak. To była nasza dalsza rodzina. U nich był przechowywany. Miał tam jakieś przygody. Opowiadali, że Niemcy ich zabrali, potem oni załatwili z Niemcami, że puścili tych ludzi. Myśmy już nie mieli kontaktu wtedy, bo oni byli dużo dalej, na innej ulicy. Później, jak się dowiedzieliśmy, kiedy mamy się zgłosić, to dałem znać „Rawie”, że tego i tego dnia idziemy do Kampinosu.

  • Pamięta pan, kiedy miało to być?

Około 10 sierpnia. Mieliśmy iść przez Babice, do grobu powstańców z 1861 roku. Tam jest pomnik i jest grób powstańców. To był punkt zborny dla wszystkich. Mamy iść we dwóch, ale w ogóle nie znamy drogi. Mówię tak: „My pójdziemy z Manią. Mania będzie nas prowadzić. Puszczę ją przodem i będzie rozpytywała, czy są Niemcy, czy nie. Zorientuje się. Da nam znać. My będziemy szli z tyłu”. Tak żeśmy zrobili. Wszystko bardzo się udało.

  • Doszliście do Kampinosu?

Tak, doszliśmy do suchego zagajnika, jak to w Kampinosie, bo to marna gleba. Byliśmy zgłodniali. Miałem w plecaku pół upieczonej gęsi i pół litra wódki. Dostaliśmy od ojca nalewki smarodinówki. Myśmy wypili pół litra wódki i zjedliśmy chyba całe pół gęsi. Pamiętam, że było mi strasznie trudno iść, jeden krok do przodu, jeden do tyłu. Miałem jeszcze do tego buty podbite skórą, a tam rosło pełno chrobotka reniferowego, więc on od razu wypolerował mi buty od przodu i nie mogłem iść, a byłem już trochę pod rauszem. Nim żeśmy doszli, to mi to wszystko wywietrzało, bo trzeba było jednak kawałek dojść. Doszliśmy tam akurat na czas.
Zaprowadzono nas do Wiersz. W Wierszach było dowództwo. Wtedy Zgrupowanie „Kampinos” było dowodzone już nie przez pułkownika Krzyczkowskiego. Dowódcą tego całego zgrupowania był pułkownik Krzyczkowski, który został ranny w jakiejś potyczce i był przechowywany przez siostry na brzegu lasu kampinoskiego, niedaleko Palmir. To było dla głuchoniemych czy niewidomych, duży, znany w Warszawie zakład sióstr, które się zajmowały różnymi [chorymi]. One przechowywały niektórych ludzi i między innymi on tam leżał. Tam się nim opiekowali. W tym czasie dowodził jego zastępca, niejaki porucznik „Dolina”. Znałem potem jego nazwisko z piśmiennictwa, ale wtedy nie znałem i teraz już nie pamiętam. […]
Była taka sytuacja, że myśmy byli w Wierszach. Najpierw w jakiejś stodole przenocowaliśmy. Tam nas zgrupowali, już był utworzony oddział czy pluton. Już nie pamiętam. Byliśmy w tym gospodarstwie zameldowani. Później ze Śródmieścia kanałami do Żoliborza przeszedł Batalion „Pięść” pod dowództwem „Porawy”. Oni zostali umieszczeni w Brzozówce. Brzozówka to była wieś dwa kilometry od Wiersz. Cały ten teren był wolny od lasu, ale i wolny od Niemców. To była pełna Rzeczpospolita. Tam przebiegała granica między Reichem a Generalną Gubernią. To było prawie że pod Warszawą. Jak się tam partyzantka zawiązała, była już duża, tam poprzychodziło wojsko. A skąd się tam znalazł „Dolina” z wojskiem? Mieli wywiad i dowiedzieli się, że Niemcy jego podejrzewają, że „na dwóch ramionach płaszcz nosi”. A on wystąpił do Niemców, że oni są bardzo zmęczeni, żeby ich wycofać z frontu na jakiś czas, na odpoczynek. Proszę sobie wyobrazić, że on przyjechał przez most w Dęblinie z całym umundurowanym wojskiem. Tu jest Powstanie, a on z całym wojskiem umundurowanym, to się nie chce wierzyć. Normalna konnica polska w dobrym stanie, bardzo dobrze wyposażona przejechała. To spory oddział. Nie wiem, czy to był pułk, czy ile, nie znam się na podziale konnicy, ale w każdym razie to była dosyć duża grupa.

  • Pan ich widział?

Tak. Mało tego, tam była przecież żandarmeria od nich, z żółtymi opaskami. To wszystko było zorganizowane tak jak przed wojną. Pamiętam, że raz było tak, że żeśmy poszli na Brzozówkę. Myśmy byli w dywersji, tam były to oddziały szturmowe. To był oddział szturmowy i dowodził tym „Porawa”. Były trzy plutony. Naturalnie ten pierś wypiął, że on jest podchorąży, że chce być tutaj dowódcą. Ja byłem tylko kapralem i piersi nie wypinałem, nie wyrywałem się. W jego plutonie byłem. On tył tam plutonowym.

  • Kto był plutonowym?

Stefan „Rawa”. On opisuje w historii pułku, że zorganizował grupę, którą zaprowadził do Kampinosu, a nas zaprowadziła gosposia. Nawet nie ja, tylko gosposia go prowadziła, więc właśnie tak to potem wszystko rosło w pióra.

  • Co pan robił?

Byłem strzelcem w jednym z plutonów.

  • Czy brał pan udział w jakichś akcjach?

Powstanie cały czas trwa. Akurat jak myśmy przyszli, widziałem ostatni oddział wychodzący na pomoc dla Żoliborza. Słynna pomoc z Kampinosu dla Żoliborza, która niestety skończyła się klęską. Chyba wtedy właśnie „Porawa” przeszedł z całą grupą. To byli ludzie ze Śródmieścia. „Porawa” to był bardzo miły człowiek. Miał oficerów. Byłem w kompanii (bo to był batalion), którą dowodził chyba „Kamil”. To był polonista, nauczyciel polskiego. Niebywały facet, przyzwoity człowiek. Zrobił nam awanturę za to, że ktoś tam komuś łapał kury. Pamiętam, że połapał tych, co te kury łapali, a to przeważnie byli największe łobuziaki. Przyszła żandarmeria i musieli skakać żabką. Byli tak zmęczeni! Potem wsadzili ich do szopy i zamknęli w tej szopie. Ale oni wyjęli sobie jedną z dachówek i przez te dachówki [uciekli]. Pozbierali zgniłe kartofle i celowali nimi w szefa kompanii, ojca „Porawy”. Była znowu straszna awantura. Były takie wesołe sytuacje.
Pamiętam swoją pierwszą placówkę. Stamtąd byliśmy wysyłani na placówki, które broniły całego terenu. To było na skrzyżowaniu dwóch dróg, z których jedna prowadziła poza Kampinos, poza nasz teren, do innych wsi. Jedna prowadziła do Wiersz, gdzie było dowództwo, a druga prowadziła do Brzozówki. Ustawili nas na tym skrzyżowaniu z erkaemem bębnowym, chyba był radziecki. Żeśmy pilnowali tego miejsca, czujka była wystawiona. Noc była fatalna, bo komary gryzły, żeśmy się chowali w siano. Nad ranem patrzymy, jadą jacyś chłopi jedni, drudzy. Mówią: „Panowie, wojsko niemieckie idzie. Pełno wojska idzie”. To co? Nie będziemy rozpoczynać walki, bo jesteśmy czujką, placówką, a to jest duży oddział. To wszystko przecież były niedoświadczone w bitwie chłopaki. Pamiętam, że zabrałem chłopu konia i wskoczyłem na kobyłę na oklep, żeby być szybciej w dowództwie. Jechałem na tej kobyle, a ta kobyła chciała mnie ciągle zrzucić i podchodziła pod wierzby, które rosły nad drogą. Tam były jeszcze druty kolczaste. Koniecznie chciała mnie zrzucić. Co ją kopnąłem, to ona stęknęła, zagrało w niej. Nie chciałem tego konia rzucić (na piechotę byłbym szybciej), bo mi było żal, że chłop straci tego konia. Obiecałem mu, że zostawię mu tego konia, a on po niego przyjdzie i go odbierze. Jakoś dojechałem. Wpadam zdyszany, zdenerwowany do dowództwa. Staję na baczność, melduję, a ten mi się przygląda. Mówię: „Duży oddział niemiecki, żeśmy spotkali chłopów, czujka przyszła, z nimi rozmawiała, ale oni idą stamtąd, [trzeba] obronę szykować”. − „Spokojnie. Usiądź sobie, kochany, odpocznij. Niech tam pojedzie zobaczyć zwiad, co tam się dzieje”. Pamiętam jak dziś ten zwiad, który miał chyba ze trzydzieści koni. Jak to ruszyło z kopyta, to czołg nie ma takiego huku, jaki jest od kopyt końskich, jak oni w galopie pędzą. Z proporczykami, normalnie ułani, pojechali. Nie ma ich. Wróciłem już do erkaemu, na pozycję, a ich nie ma. Co się dzieje? Strzałów nie było. Idzie jakieś wojsko. Patrzymy, a to idzie olbrzymi oddział Węgrów i prosi nas, żebyśmy ich przyjęli do partyzantki. Było już tak przeładowane w Kampinosie, że dowództwo im odmówiło. Oni pozostawiali jakieś nadajniki, jakieś rzeczy i poszli dalej. Przeszli przez Kampinos, nikt ich nie zaczepiał, ale myśmy ich nie mogli przyjąć, to nie było możliwe. Tak to się skończyło. Nie zawsze było tak wesoło. Potem były placówki, stale podchodzili Niemcy, mieliśmy potyczki.
  • Czy pan brał udział w takich potyczkach?

Tak. Była potyczka pod Pociechą. […]

  • Proszę opowiedzieć o potyczkach, w których brał pan udział.

Szczegółów nie będę opowiadał, postaram się skrócić. Brałem [udział] we wszystkich potyczkach, w których brał udział nasz oddział, oprócz jednej, którą bardzo dobrze pamiętam, bo zachorowałem na krwawą dyzenterię. Leżałem, leczyłem się nalewkami ziołowymi, które mi przysłali z domu, ale jak to przy krwawej dyzenterii, często trzeba wychodzić do WC. Była tylko latryna. Pamiętam, podeszły obozy „własowców”. To nie był bojowy oddział, tylko furmanki, pojazdy z różnymi rzeczami, które wieźli dla Niemców. Podeszli pod Brzozówkę. Akurat poszedłem do latryny, jak się rozpoczęła ostra strzelanina. A to było na górce. Byłem przyzwyczajony do tego, żeby się wystawiać na takie strzały, bo to gwizdało jak nie wiem. Szybko stamtąd się stoczyłem. Oni zostali rozbici. Dużo rzeczy zdobyliśmy – jakieś ubrania, buty i tak dalej, których owało, bo stale się chodziło po bagnach, po piaszczystych wydmach, jak to w Kampinosie. Było tego sprzętu.

  • Skąd mieliście żywność?

Nie wiem, skąd oni mieli żywność. Żywność była zawsze. Czym byliśmy karmieni? Dostawaliśmy pół bochenka chleba na osobę, może ćwierć, takiego jak w brytfannie, dosyć duży kawałek na śniadanie, do tego była kawa. Kawa była słodzona cukrem, ale bez mleka, zwykła kawa zbożowa. Na obiad była zawsze jakaś zupa. Przeważnie był to krupnik na baraninie. Dużo było baranów, widocznie zdobyli te barany i bili po kolei. Gdzie to się odbywało, to nie wiem. Pamiętam, że po raz pierwszy jadłem gotowaną baraninę, nie bardzo mi to smakowało, ale się przyzwyczaiłem do tego. Na kolację dostawaliśmy kawę z chlebem albo było coś z obiadu, jak upolowali coś większego.

  • Czyli głodu pan nie zaznał?

Nie, absolutnie, nie mogę powiedzieć, żebym miał głód w partyzantce. Było dobre zaopatrzenie, tym bardziej że jeszcze zdobywali jajka, ludzie się z nami dzielili, bo tam była wieś.

  • Czyli ludność cywilna wspierała was?

Tak. Ostatnia moja placówka, na której byłem, była przed wyruszeniem całej grupy z Kampinosu. Postanowiono przerzucić całe zgrupowanie do „Szarego”, który był w dużych lasach świętokrzyskich, ale one były połączone lasami blisko Żyrardowa, tak że przez Jaktorów mieliśmy przejść, przeciąć wszystkie szyny kolejowe, dwie drogi do Leszna i dalej mieliśmy iść do lasu.

  • Pamięta pan, kiedy ruszyliście z Kampinosu?

Którego dnia?

  • Tak.

Nie, takich szczegółów nie pamiętam.

  • Czy mógłby pan mniej więcej sprecyzować?

To było na dwa dni przed słynną bitwą pod Jaktorowem. W tej chwili nie pamiętam, to był zdaje się październik. Mam przebłyski, pamiętam, jak stałem na placówkach, zimno mi było i sobie marzyłem, czy będę mógł usiąść w dobrym fotelu, zapalić sobie cygaro i wypić dobre whisky. Pamiętam jak dziś, snułem takie marzenia, rozmawiałem z moimi kumplami, którzy byli razem ze mną na placówce. Nie będę opisywał wszystkich zdarzeń. Strzelałem albo nie strzelałem, albo inni strzelali, nigdy nie wiadomo, to były potyczki w lesie. Dopiero jak się okazało, ilu jest zabitych... Było sporo ludzi zabitych, część było rannych. Był duży szpital, w którym byli ranni.
Teraz my wyprowadzamy [z lasu]. Niemcy podeszli już blisko, pod Sowią Wolę, na której mieliśmy placówkę. Zmienili nas, bo myśmy byli z rana, następna zmiana przyszła po południu. Wśród nich był mój przyjaciel, Kazimierz (syn znanego architekta we Włochach). On nie był nawet trafiony, tylko tam trafiła „krowa” i ta bliska eksplozja spowodowała u niego śmierć przez wstrząs. On zginął, właściwie nie mając ani jednej rany. Przynieśli go i myśmy go zakopali przy Brzozówce, zaraz przy drodze. To był smutny moment. Mówią: „Ty nie masz butów, weź jego buty”. Myślę sobie: „Wezmę jego buty i oddam potem rodzinie, chociaż będą mieli buty po tym chłopaku”. Żeśmy krążyli po lesie cały dzień, [Niemcy] latali, z góry próbowali nas wypatrzyć. Jak się zbliżali do Brzozówki, jak myśmy wyruszali (wyruszaliśmy już wieczorem, o zmroku), to koło nas padały pociski artyleryjskie. Chyba strzelali z czołgów, ale wjechać tam się bali, bo to był las. Nie wiedzieli, co [mamy]. Mieliśmy PIAT-y zrzutowe, myśmy w czasie mojej obecności dwa zrzuty przyjęli z Anglii, ze zrzutowych spadochronów, na których leciały duże bańki z bronią, z pomocą, z herbatą. Tak jak z UNRRA była pomoc dla partyzantów. To zrzucał kukuruźnik rosyjski, okazuje się, widocznie ich zmusili do tego. Ale w Kampinosie była też jedna kompania AL-u, [więc może dlatego].
Myśmy zaczęli krążyć po lesie. Widziałem przepiękne, dziwne rzeczy, na przykład uroczysko, gdzie palił się torf. Torf się palił, leżały drzewa podpalone, a myśmy mieli przy sobie parę jajek. Żeśmy sobie z kolegą w popiele na twardo ugotowali jajka. Widziałem piękną (tak jak przy wypadku samolotowym, który był z prezydentem) mgłę. Jak ktoś zna, jakie są wypadki z mgłą, to tam można było zobaczyć. Otóż część tego była na górze i rosły stare drzewa. Myśmy byli akurat na tej górze. To był już późny wieczór, drugiego dnia. Szła konnica i najpierw było widać proporczyki. Potem, jak oni się wyłaniali pod górę, to było widać łby w tym mleku, które ruszało się jak woda, falowało od ruchów koni. Potem się wyłaniali jeźdźcy i konie. Taka potrafi być mgła, takie potrafi mieć formy.
Tam zobaczyłem po raz pierwszy, co my wieziemy i przeraziłem się. Dowództwo przy wyjściu objął major „Okoń”, który przyszedł z Żoliborza, który miał większą rangę. A porucznik [„Dolina”] to był [dobry] dowódca, jemu do pięt nawet nie dorastał „Okoń”. On zebrał to wszystko, patrzę, a to worki z solą. Zamiast rozdać i zrobić skok do lasów… Trzeba było przejść czterdzieści czy ileś kilometrów, żeby Niemcy nas nie zauważyli. Trzeba było ludziom dać żelazny ładunek do jedzenia i jak najszybciej przejść przez to z bronią. Był jeszcze cały tabuny pojazdów z rannymi, cały szpital był ewakuowany. Jak zobaczyłem, że oni sól wzięli, że oni nie mają pojęcia o organizacji takiej przeprawy, już wtedy się zorientowałem, mimo że byłem młodym człowiekiem i nie miałem doświadczenia. Ale któż taką organizację robi?
W końcu wyszliśmy w nocy drugiego albo trzeciego dnia z Kampinosu. Za Lesznem żeśmy wyszli, przekroczyliśmy rzeczkę, to pewnie była Utrata, która płynęła do Brdy. Tam było widocznie bagnisko. Pamiętam, że żeśmy jechali po drodze zrobionej z drewnianych kłód. Tam były takie oparzeliska, że krowy się pasły, a jak człowiek wchodził, to wszystko się huśtało. Był kożuch w zagłębieniach między wydmami, do dzisiaj jest tam. Jak myśmy wyskoczyli z lasu, to była noc. Trafiliśmy na jakąś wieś i w pewnym momencie doszliśmy do jakiejś drogi (okazało się później, że szosy, ja do tego jeszcze nie doszedłem). Po drodze zostaliśmy nakarmieni przez jakąś kobietę. Pamiętam, serem nas poczęstowała, bo byliśmy zabiedzeni. Ludzie się litowali nad nami. W tym momencie zaczęli do nas strzelać Niemcy od strony Leszna, od szosy. Okazało się, że to jest szosa i tam są oddziały niemieckie. Ktoś strzela do nas z cekaemu, ale z kulami zapalającymi. Co jakiś czas była świetlna kula. Zapaliła dwa stogi. Zrobiło się jasno jak w dzień. A ja z „Kunką” leżałem z erkaemem wymontowanym z niemieckiego samolotu. „Kunka” miał erkaem, ja miałem magazynki do tego. Jak baranie rogi to było, zakładało się, z jednej do drugiej przechodziła taśma. Zaczęliśmy strzelać. Nagle słyszymy, że nikt nie idzie, nikogo nie ma, zostawili nas widocznie. Cholera, co zrobić? On mi oddał erkaem i poszedł zobaczyć (akurat zapaliły się stogi) i krzyczy: „Ojojoj!”. Niemiec strzela. Ponieważ [„Kunka”] zaczął strzelać, to ten widział ogień naszej broni i próbował się wstrzelić, ale to było daleko. Bardzo dobrze strzelałem, bo miałem broń w domu i ojciec od małego mnie uczył broni. Miałem bardzo dobry cel. Zaczęliśmy pojedynek z Niemcem. Nie wiem, czy go trafiłem, czy nie, ale zamilkł za jakiś czas. Patrzyłem po torze świetlnego pocisku i widziałem, skąd on wylatuje. Wstrzeliwałem się w to miejsce, skąd wylatuje. Możliwe, że go trafiłem. Słyszę przez szosę: „Urrraa!”. Jak się odwróciłem, to mnie oślepił blask dwóch płonących stogów. Jak wszedłem za stogi, poczułem silne uderzenie w brzuch i myślę sobie: „Rany boskie, dostałem po brzuchu, to już po mnie!”. Przewróciłem się. Wstaję, a ja na dyszel wpadłem. Nie widziałem dyszla, bo był taki blask. A ten strzelał po kapuście, więc ja szybciutko za stogi i na szosę. Okazało się, że jeszcze idą wszyscy. Spotkałem jakiegoś dowódcę, który mnie poznał z Brzozówki. Pamiętam, że koniakiem zrzutowym mnie częstował z piersiówki. Wzmocnił mnie. Oddałem erkaem komuś, kto jechał na furze. Miałem łopatkę do okopywania i jak usłyszałem: „Urrraa!”, to człowiek nie wiedział, co ma robić. Tą łopatką [waliłem] na oślep w jakiś samochód. Okazało się, że samochód był dawno pusty, bo Niemców nie było, byli powystrzelani czy uciekli.

  • Dokąd pan doszedł?

Szliśmy całą noc. Nad ranem było już, skoro świt, godzina może szósta, może piąta, ale już zaczynało się robić widno. Okazuje się, że nie możemy iść dalej, bo zagrodził nam drogę pociąg pancerny i próbują nas otoczyć Niemcy ze wszystkich stron. „Kamil”, nasz dowódca, przyszedł i mówi: „Chłopcy, zaczynają nas otaczać. Kto z was ma papiery warszawskie albo jakieś inne, że może się w razie czego wylegitymować?”. Miałem ja, „Branicki”. „Wszyscy się rozpierzchnijcie teraz, póki jeszcze nie jest zamknięty kordon. Jak zamkną kordon, to nie będzie możliwości wycofania się. Jestem dowódcą, jestem z Warszawy, muszę tu zostać. Ale wy nie musicie ginąć”. Zginął ten człowiek.

  • A pan?

Z „Branickim”, z karabinami zaczęliśmy się przedzierać w kierunku północnym, na Warszawę. Spodziewaliśmy się, że oni wiedzą, że myśmy wyszli z lasu. Będą nas próbowali otoczyć od południa. Zorientowaliśmy się ze strzałów, z tego wszystkiego. Dużo ludzi poległo. „Dolina” się przebił, „Sęp” też się przedostał na drugą stronę, a my żeśmy się wycofali, tak jak chciał [dowódca]. Potem była wioska, myśmy znaleźli chałupę.

  • Nie pamięta pan, jak się wioska nazywała?

Nie. Czy to była wioska, czy to należało może do Bud Zosinych? To było w polu, a nie przy drodze. Pamiętam, rosły drzewa, dużo zwykłych, pospolitych drzew liściastych i było pełno opadłych liści. Myśmy w te liście zagrzebali broń. Poszliśmy do tego domu, wchodzimy. Nikogo nie ma, ale na kuchni stoi garnek i coś się gotuje w garnku. Patrzymy – zupa. Wychodzi (jak się okazało) uciekinierka z Warszawy. „A, wy jesteście partyzanci! Chodźcie chłopcy, to was nakarmię”. Dała nam zupy, zapaliłem haudegena i pamiętam, że mi się zakręciło w głowie. Byłem tak słaby, że mówiąc, zasnąłem. „Branicki” mnie za ramię chwycił i zaczyna potrząsać: „Włodek, obudź się! Obudź się!”. Ocknąłem się. Pierwszy raz w życiu i ostatni mi się to zdarzyło chyba, byłem tak zmęczony. Później stamtąd żeśmy poszli dalej, w stronę Grodziska. Znowu nas uratowali Niemcy. To jest dziwne wszystko, ale tak bywa. Myśmy szli przy torach i żeśmy spotkali małych chłopców. Pytamy się: „Gdzie idziecie?”. – „My z Grodziska. Idziemy do Jaktorowa, po chleb”. Myśmy się z nimi pożegnali i poszliśmy dalej. W pewnym momencie siedzimy, odpoczywamy na górce, niedaleko torów. Jest zagajnik. Z zagajnika wychodzi pluton SS, esesman z trupią czaszką i żelaznym krzyżem idzie. Mówię: „Teraz nas rozwalą, nie ma mowy”.

  • Nie mieliście przy sobie broni?

Nie mieliśmy, bo schowaliśmy w liściach. Podchodzę do esesmana, staję na baczność i mówię po niemiecku, że chcemy chleb kupić i idziemy do Żyrardowa, ale coś strzelają. „Czy możemy iść, bo tam są jakieś strzały?”. Niemiec: Nein, weg, nach Hause! Też był niezorientowany w ogóle, co się dzieje. Puścił nas, myśmy poszli. Potem żeśmy spotkali oddział Węgrów. Węgrzy nam [powiedzieli], że droga zaraz po prawej stronie, brukowana, prowadzi do Grodziska. I myśmy szli do Grodziska. Kiedy już byliśmy blisko Grodziska, zajechał łazik niemiecki. Wyskoczył z niego jakiś oficer (nie wiem, czy to był esesman, chyba tak) i było dwóch Niemców na motocyklach. On ich rozstawił, pokazywał im, gdzie mają stanąć. To się dosłownie dzieje prawie przy nas, a my idziemy. Przed nami idzie para, poznałem, że są z Włoch, też wyszli z okrążenia. Myśmy chcieli się zatrzymać i dać im kartkę. W tym momencie ten Niemiec zajechał i myśmy im tej kartki nie podali. Była ścieżka pięćdziesiąt metrów od nas i zajechał na tej ścieżce. Kazał stanąć i zatrzymywać ludzi idących drogą. Drugiemu też kazał stanąć, z drugiej strony. Idziemy, dochodzimy do niego, a on: Hände hoch! Badał, czy nic nie mamy. Mówię, że szliśmy po chleb, że my z Grodziska idziemy. Niemiec mówi: „Nie mogę was puścić. O dwunastej będzie wacha, zmiana, to was zabiorą na wachę, wylegitymują was i puszczą”. Myślę sobie: „Już wiadomo, co będzie”. Czekamy, czekamy i w tym momencie sobie przypomniałem, że mam zrzutowe rzeczy przy sobie. W pudełku po patronach od zapalników mam smalec z cebulą zesmażoną, mam łyżkę, widelec. I przypomniałem sobie, że w płóciennym portfelu mam zdjęcie Sikorskiego, jakieś angielskie fotografie. Ze zrzutów myśmy sobie jako pamiątki zabrali. Mówię: „Witek, słuchaj, musimy się czym prędzej tego pozbyć”. Ale myślę sobie: „Jak wyciągnąłem tę puszkę, to przecież Niemiec to widział”. Bezczelnie górę wziąłem pod spód i pytam się, czy „szpeku” nie będzie chciał zjeść trochę, mamy bardzo dobry, niech spróbuje. On mówi: „Nie, dziękuję”. Myśmy sobie usiedli. Była droga, rów, zagłębienie, trawa. Myśmy siedzieli na trawie, a zaraz było zorane. W tym zaoranym żeśmy pochowali te rzeczy. Po dwunastej przyjechała zmiana. Niemiec staje na baczność, melduje, że chcemy iść po chleb do Jaktorowa. Zamiast powiedzieć, że nas zatrzymał, to mówi, że chcemy iść do Jaktorowa. Niemiec zdenerwował się i mówi: Weg nach Hause! Puścił nas, to idziemy, ale tylko patrzę, kiedy nam posunie po plecach z broni maszynowej. Ale nic się nie stało. Doszliśmy do Grodziska, wsiedliśmy w EKD, dojechaliśmy do Milanówka. Wysiedliśmy w Milanówku. Tam jechał też facet z drugiej strony, w drugim wagonie, ale było widać, że my jesteśmy. On nas znał, jak żeśmy wysiedli w Milanówku, to do niego żeśmy powiedzieli, żeby dał znać rodzicom, że nas widział, że jesteśmy w Milanówku. Witek Szwabe „Branicki” miał jakiegoś kuzyna, który cebulę hodował w okolicach Błonia.

  • Do niego się udaliście?

Myśmy się do niego udali. Upał był i byliśmy zmęczeni po całonocnym chodzeniu. Żeśmy przeszli kawał drogi, obtarłem sobie nogi, bo buty na mnie nie pasowały i bez butów żeśmy szli dalej. Doszliśmy do gospodarza po dłuższym [marszu]. On nas nie chciał początkowo przenocować, w końcu się zgodził nas przenocować na jedną noc tylko, w stodole. Dziewczyny, które tam były, poleciały do Milanówka, szukać dla nas miejsca. To było parę kilometrów. Znalazły nam jakieś miejsce. Myśmy rano wyruszyli, skoro świt. Przychodzimy do Milanówka. Jest majątek obsadzony żywopłotem, dochodzimy do tego żywopłotu, a z żywopłotu wyskakuje Niemiec: Halt! Hände hoch! Znów się zaczyna. Obmacał nas. Mówię, że myśmy byli u kuzyna i idziemy na ulicę Żabie Oczko. […] Jak my mówimy, że idziemy tu i tu, to on dobrą polszczyzną, tylko śląską gwarą, mówi: „Ja was znam. Co wy będzie gadać głupoty, że wy nie jesteście partyzanty? Ja was nie widział, ale jak się tylko przyznacie, że ja was puścił, to pierwszą kulkę wam poślę. Idźcie po tej stronie żywopłotu”. Ta część żywopłotu była właśnie od strony Jaktorowa, oni tam polowali na tych, którzy... Mówi: „Tam nikogo nie ma”. Myśmy tam skręcili, doszliśmy na ulicę Żabie Oczko. Tak się nazywała, pamiętam jak dziś. Tam była jakaś baronowa, uciekinierka, która tam dostała miejsce u jakichś ludzi. Przechowywała nas przez parę dni. Stamtąd myśmy dali znać do domu. I znowu kolejką, z dwiema łopatami, że niby z jakichś robót wracamy, pojechaliśmy do Włoch. „Branicki” poszedł do swojego domu, ja poszedłem do swojego i tak właściwie się zakończyła nasza bojowa część. Nic więcej się nie działo.
  • Siedemnastego stycznia pan był we Włochach?

We Włochach.

  • Jak pan zapamiętał ten dzień?

Zrobił się szum, że idą, że przyszło nasze wojsko. Niektórzy, jak byli Polacy, jakoś ich witali. Była niepewność, co się będzie działo. Myśmy wiedzieli, co się działo w Powstaniu, więc nie byliśmy bardzo… To było na drugi dzień po wyzwoleniu. Nie było nic, była wysadzona elektrownia w Pruszkowie, w ogóle światła nie mieliśmy, były tylko świeczki. Pan Świątek, który produkował pastę, te świeczki sprzedawał. Tak żeśmy tam wegetowali. Bardzo krótko, bo jak przyjechało wojsko i zaczęło się rozgaszczać, to wyrzucali ludzi z mieszkań. Niemcy po oświadczeniu mojego ojca, że ma chorą żonę, zasalutowali i wyszli. Bardzo przyzwoicie się zachowywali u naszych sąsiadów, u których pozajmowali. To był Wehrmacht. Natomiast ci…

  • Mówi pan o Rosjanach?

Tak, o Rosjanach. Do dzisiaj mam jeszcze cetelek [?? –fonetycznie 35:28] tego generała z jego podpisem, że mamy się wyprowadzić w ciągu dwudziestu czterech godzin. Ale nie mówił gdzie. Opuścić mieszkanie, zabrać sobie meble (jeżeli chcemy) albo zostawić. Ale mamy zostawić wtedy tylko stół, szafy, krzesła. Myśmy się wyprowadzili do Włoch. Tam była rodzina państwa Białoszczyńskich. Oni przed Powstaniem wyjechali z Włoch. Pewnie wiedzieli, że będzie Powstanie, nie chcieli być blisko Warszawy, z córką wyjechali. Myśmy zajęli ich mieszkanie.
Tam była też uciekinierka z Warszawy. Z córką tej uciekinierki, Marysią, poszliśmy na Pragę. Dostałem jakieś drobne rzeczy, które matka chciała wymienić na jedzenie. Z Pragi żeśmy wrócili bardzo zmęczeni. Szliśmy po strasznych gruzach. Pamiętam leżącego króla Zygmunta, kolumna leżała, wszystko. Myśmy po moście pontonowym przeszli na Pragę. Tam przenocowaliśmy, [te rzeczy] nam spieniężyli, to był jakiś kołnierz. Z jakimś jedzeniem myśmy przyszli. Po tym wysiłku widocznie… Miałem zawsze jakieś kłopoty z wyrostkiem, ale przechodziły. Dostałem takiego stanu zapalnego, że już miałem zapalenie otrzewnej. Zabrano mnie do szpitalika. Tam mnie pseudochirurg operował bez żadnego znieczulenia. Dwa razy omdlałem, ale nie krzyczałem, bo jestem wytrzymały na ból Zoperował mi to. Najgorszy ból jest, jak wyjmują jelita, bo one są bardzo unerwione. To polewa się solą fizjologiczną, ale nawet nie wiem, czy mieli sól fizjologiczną. Cholernie mnie to bolało. W każdym razie mam dziurę jak pięść w brzuchu po tej operacji.
Leżałem długi czas z Rosjanami, którzy byli zawszeni, były okropne warunki. Nie było żadnych środków. Bóle miałem, bo to wstrzymanie perystaltyki jelit, gazy, wszystko się zbiera. Bóle są nieprawdopodobne, jak nie ma jakichś środków. Pamiętam, że nasza przyjaciółka (moja i mojej żony) była tam pielęgniarką. Wisia łyżeczką mi dawała czarną kawę. Powiedziała, że to jest jakieś lekarstwo na ból. Co znaczy sugestia! Mnie to ulgę sprawiało, stale chciałem tego lekarstwa. W każdym razie wyszedłem z tego wszystkiego. Rodzice zostali już łaskawie wpuszczeni do domu, do naszego mieszkania, do kuchni. Wolno im było [mieszkać] tylko w kuchni. W pokojach mieszkał jakiś polski wojak, który był krawcem, z jakąś swoją donną. Nawet sympatyczni ludzie, przynosili nam różne rzeczy, pomagali. A my w kuchni wszyscy ściśnięci. W końcu oni się zabrali, poszli stamtąd, ale naturalnie zaczęli kraść. Nasza dozorczyni zawołała ojca czy matkę: „Proszę pani, oni wywożą meble!”.

  • Ci Polacy, ten krawiec?

Tak. Mam serwantkę, z tyłu jest napisane „AHO”. Nie wiem, to po rosyjsku, oddział gospodarczy. Matka to jakoś uratowała: „Jak wy się zachowujecie? Co to za wojsko? Własny naród okradacie? Jak to tak jest?”. Myśmy się potem w końcu przeprowadzili.

  • Jak pan zapamiętał zakończenie wojny, podpisanie kapitulacji? Czy to jakoś utrwaliło się w pana pamięci?

W jakimś sensie tak. Już wtedy zacząłem chodzić. Wojna jeszcze trwała. Tak się szczęśliwie ułożyło, że we Włochach mieszkał profesor Szaniawski, który był biologiem i wykładał biologię u Reja, a ja chodziłem do Reja na komplety. Wobec tego mówi: „Słuchaj, organizujemy szkołę”. Potem się okazało, że znalazł się profesor Bartel, brat słynnego Bartla, historyk, jeszcze ktoś. Zorganizowali szkołę. To się nazywało: Samorządowe Gimnazjum i Liceum we Włochach.

  • Tam pan zrobił maturę?

Tam zrobiłem maturę i z tą maturą tego samego roku zgłosiłem się na politechnikę, na chemię.

  • W którym to było roku?

To był 1945, bo w 1944 było Powstanie. Weszli w lutym 1945, a w końcu sierpnia zrobiłem maturę.

  • Był pan represjonowany czy nie?

Nie byłem represjonowany, bo w czasie mojego pobytu, jak byłem w szpitalu, spalili budynek, w którym były wszystkie spisy tych, którzy się ujawnili. Tych papierów nie było, tak że nikt nie wiedział, kto jest kto.

  • Pan się nie ujawniał?

Ujawniłem się i mnie groziło później nie wiadomo co. Maćka w czasie mojego pobytu złapało NKWD i zamknęli na obecnej na Globusowej, dwa domy dalej od naszego domu. Tam były piwnice zasypane całkowicie, blachy położone. Tam znalazł się Merwiński razem z Milbrandtem, czyli „Kunką”. On nastawiał się nerwowo. To było w całkowitej ciemnicy, na stojąco, jak śledzie. A on nerwowo: „Mam żonę, mam dziecko, chcę żyć”. Dorwał Milbrandta, zaczął go dusić. Nie wiadomo dlaczego, w szoku był. Wtedy przyszli Rosjanie, NKWD go zabrało. Potem mówili… To już jest opowieść Milbrandta, bo się z nim spotkałem. Jego wywieźli później w głąb Rosji, na Ural, do kopalni węgla. Ciężko chory wrócił, nie przeżył, zmarł. Ale się jeszcze ze mną widział, rozmawialiśmy. Mogę to opowiedzieć jako osobną represję. Ale moja opowieść właściwie się na tym kończy. Nie byłem represjonowany, bo ten budynek był spalony, prawdopodobnie przez podziemie.

  • Czyli szczęśliwie los się ułożył. Udało się panu skończyć chemię?

Tak. Byłem na politechnice. Wtedy powiedziano: „Chłopcy − bo tam myśmy we trzech poszli − słuchajcie, tutaj jest jeszcze niezorganizowana politechnika. Zaczynają się zaraz egzaminy wstępne na Hożej, w Zakładzie Fizyki. Idźcie na uniwersytecką chemię. Co to za różnica”. Zgłosiłem się tam na egzamin wstępny, zdaliśmy i nas przyjęli na studia. Ale studia odbywały się w bardzo trudnych warunkach. To wymaga przecież pracowni. Najpierw z naszym mineralogiem, profesorem Łaszkiewiczem, żeśmy przerabiali krystalografię. Kleiliśmy kryształy bliźniaki, to dawał nam do roboty, straszne rzeczy. Ale na wiosnę znalazł się pracownik, Polak żydowskiego pochodzenia, fizyk, który pracował u słynnego Nielsa Bohra, który był twórcą teorii atomowej. On przyleciał tutaj naiwny, zaczął pertraktować z naszym rządem. Przylecieli samolotem, jakoś ich nie zestrzelili, wylądowali na Okęciu czy gdzieś. Wiem tylko, że tu przylecieli. Powiedzieli, że mają już z wydziałem farmacji w Kopenhadze załatwione miejsce dla nas na pierwszą pracownię chemii analitycznej, żebyśmy przyjechali na okres wakacji. Znowu był jakiś egzamin wstępny. Myśmy pojechali do Danii, część została. Wróciłem do domu, bo miałem matkę, rodziców i miałem już narzeczoną, dziewczynę, z którą później się ożeniłem.

  • Chciałam jeszcze prosić o pana refleksje na temat Powstania Warszawskiego. Co pan z perspektywy czasu powie na ten temat?

Wtedy rozumowałem tak, jak rozumowali wszyscy. Nie wiedzieliśmy nawet, co nas czeka. Było słynne „trzy razy tak”. Wiadomo było, że to była przemoc, że Mikołajczyka wywieźli, zdołał uciec przez granicę w bagażniku. Różne takie rzeczy, o których wiedzieliśmy, że to nie są ludzie przyjaźni. Samo postępowanie z nami przy zabieraniu mieszkania, przecież to można było inaczej, po ludzku zorganizować. Niemcy to by nam dali psią budę.

  • A refleksje na temat samego Powstania?

Później, jak człowiek już dorósł, zmądrzał, wiele rzeczy się nauczył, to stwierdziłem, że Powstanie było…. Nie byłem nigdy w partii, nie zapisałem się do partii. Proponowano mi, ale powiedziałem: „Przysięgałem komu innemu. Byłbym zdrajcą. Jestem potomkiem rodu, który walczył za Polskę. Nie o taką Polskę walczyłem, jaką wyście stworzyli. Nie miejcie do mnie pretensji, ale nie wstąpię”. Ale była taka sprawa, że później zaczęto budować Muzeum [Postania]. Uważam, że to jest bardzo ładna rzecz, tylko że ona poszła jakby po innej linii przedstawienia moralnego tej całej historii. To była klęska, my nie możemy się tym chwalić. My się chwalimy bohaterstwem, czyli chwalimy się śmiercią naszych najlepszych synów. Przecież w Warszawie zginęli ludzie, którzy byli najbardziej odważni, jak na przykład poeta Baczyński. Myśmy mieli takich ludzi mnóstwo, to wszystko zginęło. A zginęło tylko dzięki Rosjanom, którzy nie pozwolili nawet na lądowanie samolotów alianckich na wschodzie. Myśmy mieli potworną klęskę nie z naszej winy. Powstanie prawdopodobnie by i tak wybuchło, bo taka była atmosfera przed Powstaniem, że to musi pęknąć, bo już są blisko Rosjanie. Każdy liczył na to, w głupi sposób liczył. Nie liczył się z tym, że jak Polacy wyswobodzili Wilno, to wszystkich tych ludzi wywieźli do Rosji. Oni zginęli w obozach koncentracyjnych. Jak kiedyś leżałem w szpitalu, poznałem człowieka, który uratował się tylko dzięki temu, że zapomniał jakichś dokumentów. Wrócił się, bo miał iść na zbiórkę. Oni prosili, żeby przyszli Polacy, dowództwo, które brało udział w powstaniu w Wilnie. Mając takie doświadczenie, ludzie nie pamiętali tego, zapominali, że oni powiedzą co innego, a zrobią co innego. Dlatego byłem czuły na to, dosyć długo się nie ujawniałem. Potem zadzwonił do mnie Krzyczkowski, który wyzdrowiał, wyszedł od sióstr. Zadzwonił do mnie, bo się utworzyła grupa kampinoska, do której należałem.

  • Kiedy się ta grupa kampinoska zaczęła tworzyć?

Dokładnie nie wiem, potem też do niej przystąpiłem, jak się dowiedziałem, jak zadzwonił do mnie Krzyczkowski. Skąd on trafił, znalazł mój telefon? Jakieś dane mieli widocznie. Mówił: „Kolego, tak się nie robi, zgłaszają się wszyscy komuniści, że tylko oni tam byli, a nas się pomija, nikogo nie ma. Pan musi wrócić do tego zgrupowania, musimy się trzymać razem”. wtedy się z powrotem zapisałem do nich.

  • Czy to były lata pięćdziesiąte, czy to jeszcze czterdzieste?

Jak to powstało?

  • Mówimy o grupie kampinoskiej.

Ja tam byłem nawet do lat siedemdziesiątych. Jak jechałem do Stanów na zaproszenie mojego przyjaciela, chemika też, to pojechałem zapłacić składki. Wtedy się dowiedziałem, że jest grupa „Garłucha”. Utworzyła się w Śródmieściu, „Rawa” jest prezesem. Już wtedy był jako kapitan. Był dyrektorem „Harendy”, harcerzy. „Harenda” była na Krakowskim Przedmieściu, tam były nasze zebrania.
To właściwie byłoby wszystko, co można powiedzieć. Było to nieszczęście, które nas spotkało. Musimy o tym pamiętać, bo to jest nasza historia, tak jak pamiętamy o innych powstaniach. Na pewno bohaterstwo tych ludzi musimy szanować, ale nie ma się czym chwalić.





Warszawa, 6 i 13 czerwca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna
Antoni Włodzimierz Madaliński Pseudonim: „Profesor” Stopień: strzelec; kapral podchorąży Formacja: 7. pułk piechoty „Garłuch”, Grupa „Kampinos” Dzielnica: Okęcie, Kampinos

Zobacz także

Nasz newsletter