Barbara Józefa Kosianowska-Berner „Baśka”

Archiwum Historii Mówionej


Barbara Kosianowska-Berner.

  • Nazwisko w czasie Powstania.


Kosianowska.

  • Pseudonim.


„Baśka”.

  • Miejsce pobytu w czasie Powstania, czyli dzielnica?


Śródmieście.

  • W którym oddziale pani była?


Okrąg Północny Warszawy Śródmieście, „Radwan”, dywizja „Bartkiewicza”, kompania 1150. kapitana „Lechicza”.

  • W którym roku się pani urodziła?


W 1930 roku.

  • Proszę opowiedzieć, gdzieś się pani urodziła, w jakim domu. Kim byli pani rodzice?


Urodziłam się w Toruniu, ponieważ mój ojciec był uczniem [Oficerskiej] Szkoły Marynarki Wojennej, która w tym czasie dziwnie się znajdowała w Toruniu. Była utworzona z oficerów rosyjskich z Petersburga. Potem przenieśliśmy się do Gdyni, gdzie ojciec stacjonował. Ojciec [doszedł do stopnia] komandora Marynarki Wojennej. Matka, z domu Mizgalska, była panią domu. Wszyscy bracia mojej matki zostali marynarzami, bo poszli w ślad swojego szwagra.

  • Czy miała pani rodzeństwo?


Tak, miałam starszego o cztery lata brata, Andrzeja Kosianowskiego.

  • Kiedy pani przyjechała do Warszawy?


Do Warszawy przyjechaliśmy tuż przed wybuchem wojny.

  • Cała rodzina?


Cała rodzina. Mieliśmy domek na Wzgórzu Focha w Gdyni. Sprzedaliśmy ten dom, zresztą za nic, tylko hipotekę opłacili, bo ojciec był przeniesiony do Sztabu Generalnego Marynarki Wojennej, do Warszawy. Chyba przez miesiąc mieszkaliśmy na ulicy Kosowskiej 20, po czym wybuchła wojna.

  • Już w Warszawie?


Tak, już w Warszawie.

  • Jak pani zapamiętała 1 września 1939 roku?

 

Ojciec poszedł od razu. Wyszedł z domu i powiedział: „Idę na wojnę”. Pamiętam jeszcze, że miał hitlerowską opaskę, taką zdobyczną, którą przybił do framugi gwoździem z czarną krepą. Rozwścieczyło to potem żołnierzy niemieckich, którzy tam przyszli. Zaczęły się bombardowania od strony Wilanowa. Moja matka zrobiła akurat, chyba pierwszy raz, zaprawy pomidorowe, które też zaczęły strzelać w sufit. Nie wiedzieliśmy, czy to strzelają, czy to te zaprawy strzelają. Tak właśnie zapamiętałam. Dołączyli do nas znajomi, z moją koleżanką i jej bratem. Postanowiliśmy nie zostawać na Czerniakowie, bo ulica Kosowska [należała do] Czerniakowa. To się wtedy nazywało Miasto Ogród Czerniaków. Wobec tego przeszliśmy na piechotę na ulicę Warecką, gdzie mieszkali znajomi tych naszych znajomych. [Myśleliśmy], że tam może będzie lepiej. Było nas tam razem może z dziesięć osób.

  • Jak się nazywali ci znajomi, z którymi przeszliście na Warecką?


To byli państwo Hildtowie, Stefania i Jerzy Hildtowie. On był dyrektorem banku w Gdyni, Marta była moją koleżanką ze szkoły, z jednej klasy, a Roman, którego nazywaliśmy Bajdek, był kolegą mojego brata z jego klasy. Jeszcze była pani Jakubowiczowa z synem Kazikiem, moja gosposia od urodzenia - Hilda i moja mama. W tyle osób przeszliśmy na tę Warecką do państwa, których już nie pamiętam nazwiska. Oni gdzieś wyjechali i nam zostawili to mieszkanie. Spaliśmy tam wszyscy pokotem w jednym pokoju, a jak zaczęły się bombardowania, to siedzieliśmy wszyscy w korytarzu bez okien, bo mówili, że odłamki lecą. Wannę mieliśmy napełnioną wodą i z niej czerpaliśmy, bo wody oczywiście nie było. Dzieciaki oczywiście rozrabiały, bo dla nas to była zabawa. Do piwnicy rzadko schodziliśmy. Tam było masę ludzi, którzy krzyczeli, wrzeszczeli: „O, zabity już jestem” albo: „Żyję jeszcze”. Woleliśmy więc być na górze, na trzecim piętrze. Oczywiście nie było jedzenia, ale sklepy wydawały wszystko, co mogły. Pamiętam, że chodziliśmy do Wedla, naprzeciwko Braci Pakulskich. Wedel wydawał czekoladę manilla, którą uwielbialiśmy. To były takie doskonałe czekolady przełożone waflem. Trzeba było tam stać w kolejce, ale zdobywaliśmy. Później ta moja kochana Hildzia biegała po ulicy z dużym nożem i jak jakieś konie padły, to wycinaliśmy kawałki mięsa i to się gotowało.


  • Jak pani na to reagowała? Miała pani wtedy dziewięć lat?


Dziewięć lat.

  • Na przykład na to wycinanie kawałków mięsa z konia?


To była potrzeba.

  • Nie miała pani z tym jakiegoś problemu?


Nie, ja byłam zawsze w domu ten diabeł, a mój brat to był ten aniołek.

  • Gdzie pani zaczęła chodzić do szkoły?

 

Zaczęłam chodzić do szkoły pani Górskiej. Wspaniała szkoła prywatna pomiędzy Gdynią a Wzgórzem Focha (mieszkaliśmy na ulicy Hetmańskiej, na Wzgórzu Focha). Była tam taka piękna góra, na której mieściła się ta szkoła. Ponieważ mój brat był cztery lata starszy, to ja zawsze strasznie garnęłam się do nauki, zresztą do tej pory, bo jeszcze ciągle studiuję. Gdy [odrabiał] lekcje, to ja z nim się zabierałam do robienia lekcji. Poszłam do szkoły (do pierwszej klasy), jak miałam sześć lat. Moja koleżanka, Marta, była już w drugiej klasie, bo była rok starsza. Ale ja wszystko już umiałam i przeszkadzałam dzieciom, bo mówiłam: „Ja wiem, ja wiem, ja wiem”. Przenieśli mnie więc do drugiej klasy. W tym momencie byłam z nią już w jednej klasie. Mając sześć lat, byłam w drugiej klasie.


  • Gdzie pani chodziła do szkoły po przyjeździe do Warszawy? Kiedy to było?


W Warszawie najpierw miałam iść do szkoły na Czerniakowie. Była to piękna drewniana szkoła. Strasznie chciałam tam iść, ale wojna przeszkodziła. Z Wareckiej przenieśliśmy się na Mazowiecką 11, do pięknego domu. To był nowoczesny, wspaniały dom, ze wszystkimi ówczesnymi urządzeniami. Mieliśmy zsyp do śmieci, łazienka była cała kaflowana, miała osobny basenik na mycie zębów. Nadzwyczajnie. Nie wiem nawet, jakim cudem dostaliśmy to mieszkanie. Chodziliśmy na piechotę na ulicę Kosowską, żeby zabrać stamtąd meble. Tam urzędowali już Niemcy, wściekli na tę opaskę, jak mówiłam. Niestety, zapaskudzili całą wannę, [używali jej] jako toaletę, wszystkie meble były pomazane marmoladą. Zwoziliśmy to na wózku i jakoś urządziliśmy się tymi meblami. Nie stać nas było, więc wynajęliśmy to mieszkanie jednemu panu. To było właściwie błogosławieństwo.

  • Pamięta pani, jak się ten pan nazywał?


Tak, pan Edmund Nagórski. Miał fabrykę chemikaliów pod Starogardem czy gdzieś. Nie chciał tego stracić, więc przyjął tak zwane Eingedeutsch. Były Eingedeutsche, Volksdeutsche i Reichsdeutsche. Eingedeutsch to był taki zniemczony, Volksdeutsch to był taki, który miał pochodzenie niemieckie, ale był w Polsce i chciał po prostu mieć lepsze życie. W ogóle tego nie uznawaliśmy, żeby coś takiego robić, ale ludzie robili. Reichsdeutsch to był typowy, urodzony Niemiec. On więc zrobił Eingedeutsch, żeby utrzymać tę fabrykę, albo przynajmniej pracować w niej i ją zarządzać. Co jakiś czas musiał być w Warszawie. Na szczęście, to było naprawdę błogosławieństwo, przyszedł do nas (ktoś go polecił). Zajął dwa największe pokoje, my mieszkaliśmy z tyłu w jednym pokoiku z matką i bratem. Oczywiście była jedna kuchnia, jedna łazienka, ubikacja była osobno. Miał takie przywileje, że nikt nie miał w Warszawie światła, a my je mieliśmy. Po czym wyjeżdżał na dwa tygodnie i właściwie zostawiał nam wszystko. Nawet zostawiał radio, które zamykał na kłódkę, ale my sprytnie wkładaliśmy w tę skrzynkę mój wąziutki pasek i poruszaliśmy gałkami. Zresztą on to zauważył i powiedział: „No, niestety zauważyłem na dole niebieski lakier”. Oczywiście zostawiał telefon, który zamykał też na kłódkę, ale [udawało się nam] wystukiwać. Byliśmy bardzo sprytni. Jak wyjeżdżał, to zostawiał nam kupony na jedzenie u Meinla. To było gdzieś koło placu Trzech Krzyży, już nie pamiętam. Dostawaliśmy tam kawałki masła, białe bułki i to była stała frajda. Jak jego nie było, to my z tego korzystaliśmy. Jego żona, pani Nagórska, nie pamiętam jej imienia, była bardzo miłą kobietą i rzeczywiście współczującą. Mieliśmy więc duże korzyści. Wszyscy sąsiedzi byli niestety pozbawieni światła (początkowo przy karbidówkach siedzieliśmy), więc przychodzili do nas. Do mojej matki przychodzili znajomi, [na przykład] ojciec mojej koleżanki Olgi, którą poznałam w Warszawie, pan Władysław Szczepański, i grali w pokera do nocy. Jak rano szłam do szkoły, to jeszcze było pełno dymu w kuchni. Jak mama wygrała, to mówiła: „Dziś będą kotlety”. Było bardzo marnie z jedzeniem.

  • Do której szkoły zaczęła pani chodzić?

 

Na Dynasach. Nie wiem nawet, jaka to była szkoła. Mam stamtąd jeszcze dwa zdjęcia.

  • Jak pani tę szkołę wspomina?


Wspominam tę szkołę bardzo dobrze, bo były koleżanki. Niektóre koleżanki mieszkały koło mnie. Chodziłyśmy razem z córkami pana stróża. Po drodze sprzedawali pańską skórkę, więc wołaliśmy: „Pańska skórka! Pańska skórka! Pańska skórka!”. Kupowałyśmy tę pańską skórkę. Niestety, ja oczywiście chodziłam na wagary. Chodziłam na nie nawet jeszcze w Gdyni, u pani Górskiej. Jak [rodzice] kupili samochód i mamusia dostała pierwsze prawo jazdy, to przyjechała po mnie do szkoły. Tam powiedzieli: „Nie ma Basi w szkole”. Nie było, bo byłam na wagarach. Potem to było dla mnie bardzo nieprzyjemne.

  • Gdzie pani w Warszawie chodziła na te wagary?


Tam chyba był jakiś stadion i chyba ogródek jordanowski. Tam chodziliśmy na wagary. Oczywiście kupowaliśmy tę pańską skórkę. Pamiętam, że jak w czterdziestym pierwszym roku wybuchła wojna między Niemcami [a Rosją], znaczy oni zaczęli atakować Rosję, to zrobili zdjęcie grupowe w tej szkole. Trzeba było je wykupić. Przyszłam do domu i mówię: „Mamo, trzeba wykupić”. A mama mówi: „Nie bardzo mam, ale ponieważ w tej chwili się rozpoczęła [wojna między Niemcami a Rosją] i Niemcy idą na Moskwę, to na pewno to się szybko skończy, bo oni dostaną w łeb. Z tego powodu dam ci pieniądze na to zdjęcie”. Tak to był jakiś ogródek, ale już naprawdę nie pamiętam. To się nie powtarzało często, byłam dobrą uczennicą, więc mogłam sobie trochę na to pozwolić.


  • Jak pani z tego czasu pamięta ulice Warszawy, chodzi mi o Niemców. Czy pani się ich bała? Czy uczono panią, jak się wobec nich zachowywać?


Matka urodziła się w Poznaniu, ale przed I wojną światową wyjechali do Berlina, bo mój dziadek był matematykiem i dostał tam posadę. Matka uczyła się więc w szkole w Berlinie, mówiła perfekt po niemiecku. Ojciec mówił gorzej, ale mówił. Jak nie chcieli, żebym coś zrozumiała, to mówili po niemiecku. Oczywiście musiałam jak najprędzej się tego wszystkiego nauczyć, żeby wiedzieć, co mówią. Mówiłam więc trochę po niemiecku, miałam dobry akcent i to wykorzystywałam. Jak Niemcy podchodzili do mnie i mówili: Schöne Mädchen (byłam blondynką, miałam niebieskie oczy), to zawsze coś tam powiedziałam. Nie bałam się. Z koleżanką Olgą chodziłyśmy po moście Poniatowskiego z lizakami. Jak chodziły straże, po dwóch Niemców, oni nigdy nie chodzili sami, to wyciągałyśmy do nich języki i [lizałyśmy ten] lizak.

  • Czułyście się bohaterkami.


Oczywiście, to było bohaterstwo. Pamiętam moment, jak Hitler przyjechał do Warszawy.

  • Proszę opowiedzieć.


Przechodzili chyba Marszałkowską. Postawili tam trybunę i wszystkim ludziom naokoło kazali wyjść z domów, żeby oczywiście kogoś nie było w oknie, żeby ktoś nie strzelał. Miały być puste ulice naokoło tego przemarszu. Ja stałam gdzieś, już nie wiem gdzie, ale widziałam przemarsz tych wojsk. To było niesamowite. Chłop w chłopa, wielcy, przystojni, murem szli, z tymi karabinami i z tą bronią. Po prostu struchleliśmy. Powiedzieliśmy: „Jezus Maria, to już jest koniec”. Wcześniej były bombardowania, bomby leciały na tę Warecką, ale dopiero wtedy to poczuliśmy, jak zobaczyliśmy żywym okiem tę niesamowitą armię, która nas opanowała. To było straszne. To był może najgorszy moment. Poczułam, że coś się dzieje.

  • Czy w czasie okupacji była pani świadkiem łapanek, rozstrzeliwań, jakiś innych groźnych sytuacji?


Nie, osobiście nie byłam. Z łapanek uciekaliśmy, bo ludzie [wołali]: „Buda jedzie, buda jedzie, buda jedzie”, to się uciekało. Raz miałam taką historię z tą Olgą. Znowu wagary. Gdzie na wagary? Teraz już wiem. Olga mieszkała na siódmym piętrze, na Mazowieckiej 11, pośrodku. Mazowiecka 11 miała trzy podwórka. Najpierw była biblioteka, do której uwielbiałam chodzić. Cały czas była otwarta, nawet jak już o ósmej była godzina policyjna. Potem było następne podwórko. Później było nasze duże podwórko z ogródkami, co było wspaniałe podczas godziny policyjnej, bo można było mieć oddech i wyjść pogadać ze koleżankami, pobiegać. Następne podwórko i plac Dąbrowskiego. Olga była starsza i chodziła do innej szkoły, zdaje się, że do Emilii Plater. Niestety, jak spotkałyśmy się w windzie albo po drodze, to już o szkole nie było mowy. Szłyśmy na Marszałkowską. [Wsiadałyśmy w] pierwszy napotkany tramwaj i [jechałyśmy] do końca. Jakikolwiek był tramwaj. Chodziłyśmy do Królikarni, tam były żaby, więc oglądałyśmy te żaby. Wracamy do domu jak niewiniątka, dzieciaki lecą: „Oj, co to będzie? Co to będzie? Uważajcie!”. Okazuje się, że były łapanki. Ojciec Olgi powiedział: „Idę po Olgę do szkoły”. Mama powiedziała: „Proszę cię, idź też po Basię”. Poszedł. Ja byłam wtedy na Jasnej. To już było po szkole elementarnej, po szkole powszechnej. To było takie jakby gimnazjum handlowe, bo nie można było normalnego gimnazjum. Oczywiście uczyliśmy się różnych handlowych przedmiotów. Poleciał na Jasną, Basi nie było w szkole. Poleciał do Emilii, Olgi nie było. Straszna rzecz, gdzie one są, łapanki były. Wyobrażam sobie, że rodzice przeżyli koszmar. Jak przyszłyśmy, to już trzeba było się przyznać, bo dzieci mówiły, że tu ojciec gromił. Zapłaciłyśmy tym, że się nie mogłyśmy widzieć przez parę dni, ale się komunikowałyśmy przez zsyp. Jak darłyśmy się do siebie, to ludzie się wściekali: „Spokój, spokój!”, bo echo szło przez ten zsyp. Tak się to skończyło. Łapanka była, ale nie widziałam jej bezpośrednio. Wiedziałam tylko, że jej konsekwencją było odkrycie naszych wagarów.

  • Gdy pani podróżowała tymi tramwajami do ostatniego przystanku, to czy widziałam pani jakieś sceny? Zapamiętała pani coś?


Nie. Z przodu [tramwaju] zawsze był [napis]: Nur für Deutsche. Zawsze coś tam komentowałyśmy, ale tak to nie widziałam.

  • Czy należała pani do harcerstwa?


Przed wojną należałam do harcerstwa, ale podczas wojny już nie. Wiem, że mój brat, on był starszy, należał ciągle do czegoś, czego nie mówił, jak jeszcze byłam bardzo młoda. Zawsze czekałyśmy na tę windę, żeby przyjechała do tej ósmej. Jak było później, to z matką truchlałyśmy. Jak się ta winda wreszcie pokazała i to przed ósmą… Zawsze dawali nam dwie godziny światła przed ósmą, żeby można było do domu wrócić windami i tak dalej. O ósmej był koniec światła. Jak były naloty, bo potem były ruskie naloty, to się zapalało światło i wszyscy [wołali]: „Do piwnicy, do piwnicy, do piwnicy”. Winda działała, schodziliśmy do piwnicy, ale my z Olgą uciekałyśmy z tej piwnicy, bo rosyjskie samoloty zrzucały coś na spadochronach. Nie wiem, czy to bomby leciały, czy coś innego na tych spadochronach. Szukałyśmy tych spadochronów, bo były ładne, takie jedwabne. Oczywiście też dostałyśmy za to po głowie. Latałyśmy po ulicy, po podwórku podczas bombardowania.

  • Kiedy się pani zetknęła z konspiracją? Miała pani świadomość, co to jest konspiracja?


Oj, tak, tak. Siostra Olgi, Danusia, zresztą w Powstaniu była też u Bartkiewicza, ale przy Komendzie Policji.

  • Proszę przypomnieć nazwisko Olgi.


Olga Szczepańska i Danuta Szczepańska. Ona miała mnóstwo kolegów. Przychodzili panowie Meisnerowie, nadzwyczajni ludzie. Byli: Jasiu Meissner, Zbyszek Meissner i najmłodszy Stefan Meissner, na którego mówiłyśmy Cieciek. Wiekiem był pomiędzy mną a Danusią. On się strasznie kochał w Danusi, zresztą potem mieli doskonały kontakt. Jasiu, najstarszy, został gdzieś rozstrzelany, to wiem…

  • Kiedy?


Chyba w czterdziestym drugim roku. Zbyszek zginął w Powstaniu.

  • Czy został rozstrzelany gdzieś na ulicy, czy w czasie jakiejś akcji?


Wiem tylko, że był rozstrzelany gdzieś na ulicy. Nawet nie znaleźli ciała. Wczoraj widziałam się ze Stefanem (mieszkaliśmy w jednym hotelu) i powiedział, że był na cmentarzu u Jasia, ale to właściwie był tylko taki grób...

  • Grób, gdzie było tylko nazwisko?


Tak, Zbyszek zginął w Powstaniu i tam był pochowany, więc dopisali tam też nazwisko Jasia. Może się mylę, w każdym razie nie pamiętam dokładnie. Wiem, że oni byli w konspiracji. Na piątym piętrze mieszkało dwóch braci Pasamońskich, Wiesiek i Jurek Pasamońscy. Wiesiek był właśnie narzeczonym Danusi i wiem, że oni byli w konspiracji, bo ciągle coś działali. Któregoś dnia przyszli Niemcy. Nie byłam tego świadkiem, ale wiem, że [była taka sytuacja], bo Danusia to bardzo przeżyła. Poszli do stróża i z tym stróżem weszli na górę o godzinie piątej rano. Zapukali. Tam się zapytali: „ Kto tam?”. Powiedzieli: „Stróż”. Otworzyli drzwi, a za nimi stali Niemcy i zabrali Wieśka, Jurka i pana Pasamońskiego. Pani Pasamońska została sama. Z relacji tego stróża [wiadomo, że] wzięli ich do samochodu (takiego jakby łazika, ale nie wiem, bo był niemiecki), położyli wzdłuż na tylnym siedzeniu i usiedli na nich. Po czym zostali rozstrzelali. Nie wiem, gdzie, zdaje się na Krakowskim Przedmieściu. Danusia by wiedziała, ale ona już nie żyje. Wczoraj była czwarta rocznica jej śmierci i msza. To było straszliwe przeżycie dla [nas] wszystkich. Wiedziałam, jakie są konsekwencje tej konspiracji. Zresztą mój brat też był [w konspiracji]. Nic mi nie mówił, dopiero prawie pod koniec dawał mi jakieś listy, jakieś przekazy, które nosiłam na Pocztę Główną. Zresztą nawet mówił: „Weź wózek – ja się nigdy lalkami nie bawiłam - i udawaj, że idziesz z lalkami”. Woziłam więc to.

  • Zawsze to pani zawoziła na Pocztę Główną?


Tak, tyle że ja nie byłam zaprzysiężona. To było tak: „Ach, zawieź”. Matka oczywiście nie wiedziała o tym.

  • Komuś pani to przekazywała na Poczcie Głównej?


Tak, do jakiegoś okienka.

  • Przejdźmy teraz do 1 sierpnia czterdziestego czwartego roku. Jak pani zapamiętała ten dzień? Czy pani już wiedziała wcześniej, że szykuje się Powstanie?


Oczywiście, już nie pamiętam daty, ale na pewno od 27 czy 28 [lipca] wszyscy staliśmy na pogotowiu. To był wieczór, pamiętam siedzieliśmy w ogródku, tam ludzie mieli pomidory, więc jeszcze im je zwinęliśmy i zjedliśmy. Danusia mówi: „Słuchajcie, zaraz się coś tu zacznie”. Po czym przyszedł rozkaz, że się nie odbędzie. Wiedziałam więc już na przód. 1 sierpnia u nas na podwórku, pomiędzy naszym domem a tym drugim podwórkiem od Mazowieckiej, tak jakby w jakimś sklepie, była zbiórka i wszyscy powiedzieli: „Tutaj jest rekrutacja”. Oczywiście od razu poszłyśmy tam z Olgą i nas zaprzysiężyli.

  • Jak zareagowała na to pani mama? Czy wiedziała w ogóle, że pani tam poszła?


Tak, oczywiście, że wiedziała. Tylko, że najpierw to było niby blisko, potem miałyśmy kwatery gdzie indziej. Mój ojciec cały czas gdzieś był. Był piłsudczykiem, walczył pod Radzyminem, był zresztą tam ranny. Później całą wojnę, o czym, wtedy nie wiedzieliśmy, pływał na francuskim statku-pułapka, Notre Dame d’Etel. Osobiście był odznaczony przez de Gaulle’a Krzyżem Lotaryngii. To była właściwie rodzina walecznych.

  • Czy w czasie wojny cokolwiek wiedzieliście o ojcu?


Nic, absolutnie nic.

  • Czy pani wie, gdzie brat miał się zgłosić 1 sierpnia?


Tak. Nie wiem, gdzie się miał zgłosić, ale w końcu był w kinie „Palladium” na Złotej. Chodziłam tam, co jakiś czas. Nawet kiedyś dostałam kawałek margaryny, to mu zaniosłam. Tam był ostatnio. Przedostatnio byłam u niego na początku września. To było ostatnie widzenie i potem poszłam chyba 10 września. Pytam: „Gdzie Andrzej?”. Oni powiedzieli: „Andrzej zginął”. Mówię: „Jak to zginął? Trzeba go szukać”. Po prostu nie doszło to do mnie. „Nie, zginął, umarł”. Okazuje się, że był ranny, dokładnie nie wiem, odłamkiem szrapnela. To było 5 września i dwa dni jeszcze żył. Nie wiem, czy się wykrwawił, czy nie miał odpowiedniego zastrzyku. W każdym razie 7 września zmarł. Oddali mi jego portfel, opaskę. Potem oddałam to matce, długo potem. Chodziłam do domu, do matki, ale nie mogłam, nie miałam serca jej tego powiedzieć.

  • Czyli w czasie Powstania miała pani z mamą cały czas kontakt?


Tak, mieszkaliśmy w tym samym pionie co Danusia i państwo Szczepańcy i tam chodziliśmy do piwnicy, to znaczy, oni tam siedzieli w piwnicy. Tuż przed samym Powstaniem pan Nagórski się wyprowadził, czy coś się z nim stało, i nie mieliśmy już możliwości utrzymać tego mieszkania. Zamieniliśmy więc je na malutkie mieszkanie w pierwszej klatce schodowej. Strasznie to przeżyłam. To mieszkanie było tuż pod takim podjazdem pomiędzy podwórkami i tam później mama siedziała w piwnicy. Byłam już wtedy w naszej nowej kwaterze na Świętokrzyskiej. To była nasza pierwsza kwatera, zabrali nas tam z Mazowieckiej. Pamiętam, że pani, która nas wpuściła, nie była bardzo zadowolona. Poprzykrywała wszystkie kredensy jakimiś dywanami, kocami, żeby jej nie zniszczyć. [Ktoś] przyszedł i powiedział: „Czwórka dostała”. Nasz dom był nazywany czwórką, nie wiem dlaczego. „Czwórka dostała bombę”. Podobno lotnik leciał i ręką wyrzucił w ten przełom i bomba dostała się prosto do piwnicy. To był żelbetonowy dom. Myśleliśmy, że to się wspaniale trzyma i do piwnicy nie dojdzie. Tymczasem tą stroną poszedł. Mówię: „Jezus Maria, przecież to jest nasza piwnica”. Poleciałam tam. To była zgroza. Zaczynali wyciągać tych nieboszczyków, te trupy na ulicę. Czterdzieści, pięćdziesiąt osób. Zaczęłam pomiędzy nimi szukać matki. Pamiętam na górze, na piątym piętrze była gosposia, nie wiem już u kogo. To była bardzo gruba pani i ona leżała odkryta z tym białym, wielkim brzuchem. Mówię: „Jezus Maria, szukam matki pomiędzy tymi trupami”. Nagle ktoś przyleciał i mówi: „Twoja mama jest z państwem Szczepańskimi”. Siedzieli sobie tam spokojnie, nawet przy sardynkach, nawet przy wódeczce. Miała przynajmniej to, że ją to uratowało w tym czasie. Przeżyłam wtedy swoje.

  • Jakie funkcje pani pełniła w czasie Powstania? Co pani robiła?


Oficjalnie byłam nazywana pomoc sanitarna. Miałam więc jakąś apteczkę. Druga nasza kwatera była „U Aktorek” na Mazowieckiej, obok nas. My byliśmy pod numerem 11, a 9 albo 7 to była kawiarnia aktorek. Pracowały w niej panie aktorki, które tam podawały. Nie wolno przecież było nikomu grać w tych niemieckich sztukach. Tam mieliśmy wspaniałą kwaterę. Pamiętam, że tam przychodzili ranni. Miałam wodę utlenioną, więc lałam im tę wodę, bandażowałam. Dodatkowo, to na przykład na pozycję trzeba było zanieść jakąś żywność, jakieś polecenie. Trzeba było od nich coś przynieść, co potrzebowali. Robiłam więc wszystko, co można. Przeskakuję, bo to są inne okresy. W pewnym momencie, jeszcze byliśmy na Świętokrzyskiej, powiedzieli, że na Powiślu jest fabryka marmolady i tam są jeszcze jakieś zapasy żywności. [Powiedzieli], żeby pójść zanim się poddadzą i oddadzą to Niemcom. Szliśmy przez Świętokrzyską, Jasna to była już kupą gruzów. Miałam wówczas jedyne takie modne buty, na koturnach, sznurkowe. Kaleczyłam się na tych koturnach, idąc po gruzach, w jakichś spodniach. Na placu Napoleona też była chyba poczta i tam znaleźliśmy worek z sukniami ze sztucznego jedwabiu. Obcinaliśmy te spódnicę i wkładaliśmy te bluzki do naszych spodni. Dzięki temu przez jakiś czas miałyśmy świeże ubranie, chociaż nieumyte, ale przynajmniej świeżo… W tych spodniach i bluzce szłyśmy do tej fabryki. Nabierałyśmy jakimiś naczyniami tę marmoladę i takie oblepiona wracałyśmy (z tą marmoladą) do kwatery. Takie więc rzeczy też robiłam. Cokolwiek było potrzebne, to nas posyłali.

  • Czy któryś dzień z Powstania szczególnie utkwił pani w pamięci?


Och, dużo takich było.

  • Proszę opowiedzieć.


To było jeszcze na Świętokrzyskiej. Ustawiliśmy się w czworoboku, to znaczy wszystkie kompanie, które tam należały i odbył się spis wszystkich. Mówili nazwiska kapitanów i stan broni. To było żałosne, bo mieliśmy bardzo mało broni. To było zupełnie na początku. Przyjechała kronika filmowa. Stanęli na środku tego podwórka i zrobili film o nas. Do tej pory nie mogę znaleźć tego filmu, prawdopodobnie jest zniszczony. Wszystkie możliwe filmy z Powstania oglądałam. Trzy dni temu byłyśmy z córką na filmie „Powstanie Warszawskie” i wypatrywałam, że może się znalazł i może jest, ale nie ma. To był bardzo znamienny dla mnie dzień. Potem przenieśliśmy się właśnie do tych aktorek. Tam wszystkie dziewczyny leżały w jednym pokoju, nakrywane kocami. Zaczęli kontrolować, jaki w tej kawiarni jest zasób jedzenia. Wszystko było na słodko, ale przynajmniej coś. Były więc worki rodzynek. No i wódki, ale wszystkie były takie: cacao-choix, curacao, ajerkoniak. Liczyli to i odkładali. Mój starszy kolega, Niebora, chyba z Polesia, który tak jakby się mną opiekował, bo byłam najmłodsza i najmniejsza, jak liczyli te butelki, to on odkładał mi pod koc i mówi: „To będzie dla nas, to będzie dla nas”. Na śniadanie wypijaliśmy cacao choix. Tylko że on mi nie pozwalał tego dużo [pić]. Mówił: „Ty nie pij za dużo, bo jesteś za młoda”. Potem poszedł na akcje, stanął na dachu i krzyczał: „Precz z Niemcami! Na pohybel z Hitlerem” (chyba niestety za dużo tego wypił). Postrzelili go w ramię. Całą serię dostał w łokieć i potem był w szpitalu. Na Świętokrzyskiej był szpital na drugim czy trzecim niskim poziomie. Tam było parę poziomów piwnicy i na jednym z nich zrobili szpital. Gdy chodziłam tam do niego, to on już majaczył. Mówił: „Matce powiedzcie, matce powiedzcie, że tu jestem”. Dostał zakażenia, więc mu przykładali słoik z czosnkiem do tego łokcia (gdzieś zdobyli słoik z czosnkiem). Proszę sobie wyobrazić, że ta ropa wyszła do tego słoika, ale niestety nie cała. To zakażenie było za duże i trzeba było mu tę rękę obciąć. Prosił, żebym była przy nim i trzymała go za tę drugą rękę. Jakoś zamykali mu buzię, bo mu siekierą obcinali tę rękę.

  • Była pani przy tym?


Tak, byłam przy tym. Potem mu wcisnęli kość i zawiązali. Niestety, to też nie pomogło, więc zmarł. Później byłam chyba gdzieś w akcji, więc nawet nie wiem, czy go pochowali, czy nie. Bardzo to odczułam, bo on był dla mnie taki przyjazny.

  • Mówi pani o jedzeniu, czy odczuwała pani głód?


Na początku nie było tak źle. Właśnie „U Aktorek” to jeszcze mieliśmy trochę [jedzenia]. O, jeszcze był jeden znamienny dzień „U Aktorek”. 15 sierpnia urządzaliśmy Święto Żołnierza. Pamiętam, że właśnie wtedy przyszedł ranny i lałam mu wodę utlenioną. To się tak pieniło, ja tego nie znałam, ale jakoś mu tam zawiązałam. Śpiewaliśmy, coś tam było do jedzenia, do picia. Nagle pierwsze „krowy”, które uderzyły na Śródmieście. [To były takie odgłosy]: zii, zii, zii, uh, uh. Nazywaliśmy to „krowy”, bo one tak wyły. Nie dotarło to do nas, ale któregoś dnia leciałyśmy z Olgą, chyba na ulicę Sienkiewicza, bo tam mieszkała jej ciocia, i nagle te „krowy”. To było o tyle dobre, że to uprzedzało ludzi, że idzie. Trzeba było więc się natychmiast schować do bramy, gdzieś tam, żeby nie na powietrzu. [Widziałam kiedyś,] to było straszne, jak leciał człowiek oblany tym fosforem, bo to był fosfor. Paliło się wszystko, kamienie, piasek, wszystko. Wrzeszczał i leciał jak żywa pochodnia. Podlecieli do niego, zaczęli go przykrywać jakimiś płaszczami, a te płaszcze się wtapiały w niego. Na to nie było ratunku. Pierwsze „krowy” pamiętam na pewno z 15 sierpnia.

  • Czy uczestniczyła pani w mszy świętej w czasie Powstania?


Tak, były. Na tym podwórku, w ogródku „U Aktorek” urządzono potem cmentarz. Jak ktoś tam został chowany, jeszcze wtedy był czas, że można było spokojnie chować ludzi, to szedł ksiądz i odprawiał mszę. Oczywiście tam byłam. Śródmieście było jeszcze właściwie najspokojniejsze ze wszystkich okręgów.

  • Czy pani brat był pochowany? Wie pani coś na ten temat?


On był pochowany właśnie tam na Złotej. Potem po wojnie przyjechałyśmy z mamą do Warszawy i zrobiłyśmy ekshumację. Początkowo był pochowany na kalwińskim [cmentarzu], właśnie tej Marty Hildt. Tam jest grobowiec rodzinny państwa Hildtów. On tam leżał jakiś czas. Po czym go przenieśli do Powstańców, na Cmentarz Wojskowym na Powązkach. Jest niedaleko głównej bramy, idzie się na prawo, koło „Gurta” (tam jest Zgrupowanie „Gurt”). Byłyśmy tam z kwiatami. Ładnie to wszystko urządzone, zawsze jest wszyściutko zrobione. Świeczki były, więc jeszcze kwiaty położyłyśmy z córką.

  • Co pani jeszcze pamięta z okresu Powstania? Jakie jeszcze sceny?


Też dobra scena. Przyszedł do nas jakiś nowy, że on się dołączy. Któryś z naszych kolegów powiedział: „Słuchajcie, ten facet mnie torturował na Szucha”. Po polsku perfekt i wszystko. On był w SS. Zaczęli się do niego dobierać. On mówi: „Ależ skąd, ale skąd”. Rozebrali go i on miał tutaj ten znaczek. Natychmiast została przeprowadzona egzekucja. Pochowali go, ale już nie w tym ogródku, tylko gdzieś po drodze. Właściwie powinnam skończyć już z tym opowiadaniem, ale już trudno. Któregoś dnia był deszcz. Szłyśmy z Olgą tą drogą i ona mówi: „Ty, zobacz, grzybki są”. Biorę w rękę i podnoszę, a to są duże palce jego nogi, tego faceta.

  • Przeżycie okropne.


Tak. Teraz jak ktoś powie grzybki, to mi zaraz się te palce przypominają.

  • Czy te przeżycia wracają do pani? Była pani przecież dzieckiem. W czasie Powstania miała pani czternaście lat.


Muszę pani powiedzieć, że nie są to [takie przeżycia], że ja bym ze zgrozy budziła się w nocy. To było tak, że poszliśmy wszyscy, bo musieliśmy iść. Nie było mowy. Były takie niesamowite momenty, jak na przykład powieszenie flagi na Prudentialu. Właściwie te rzeczy się bardziej pamięta, a tamto to jako ciekawostkę.

  • Co się z panią działo po śmierci brata? Czy pani dalej walczyła?


Tak, oczywiście. Od tego momentu to szłam na wszystko. Muszę przyznać, że przedtem to człowiek miał jakieś lęki, na przykład gdy posłali mnie na jakąś dalszą pozycję, że trzeba było wejść na górę. Od tego czasu kompletnie przestałem się bać. Poszłabym po prosty na wszystko. Jakbym zobaczyła Niemca, to bym go rozszarpała własnymi rękoma. Następna kwatera była na Mazowieckiej.

  • Czy pamięta pani daty, kiedy się przenosiliście z jednej kwatery na drugą?


Och, nie. Człowiek w ogóle nie miał pojęcia dat. Wiadomo były „Biuletyny”, to i tamto, ale zupełnie nie pamiętam. To było takie nieważne. Czas w ogóle nie istniał. Ważne było, żeby przeżyć, żeby się obudzić, żeby dalej walczyć. Przenieśliśmy się, ale to już było dosyć późno, bo tam była Mazowiecka 13, to się nazywało Arbeitsamt, a my mieszkaliśmy pod numerem 11, i tam już byliśmy w piwnicy. Już nie można było być wyżej, bo wszystko było powalone. Musiało to być porządnie daleko. Byliśmy w piwnicy, takie było przejście i piwniczki pośrednie, a po drugiej stronie te piwnice już były zasypane. Tylko jedna strona była dostępna. Szło się między piwnicami, tam jeszcze były takie drzwi, trzeba było się tamtędy przemknąć do następnych kwater, a po tej stronie, co było zasypane, to widziałam głowę, takie czarne włosy. Tylko włosy było widać. Nazywaliśmy ją Marysia. Przechodziło się koło tej Marysi i mówiło: „Cześć, Marysia”. Człowiek był jakiś, nie wiem, otępiały. Tam właśnie […] nad nami chodziły czołgi, ciągle się je słyszało. Potem powiedzieli, że „goliat” przeleciał. Te małe „goliaty”, radiowo kierowane, to była też straszna broń i szalenie nowoczesna. Były o tyle niebezpieczne, że szły wszędzie, bo tam nie było ludzi. Jak wybuchały, to dawały troszeczkę popalić. Po drugiej stronie był Kodak, przy Czackiego, już nie pamiętam, olbrzymi dom Kodaka. Chodziliśmy tam nocą, bo w dzień byli Niemcy, a na noc go opuszczali, bo to było za blisko pozycji powstańczych. Chodziliśmy tam do góry i na dół, penetrowaliśmy każdy kąt, bo znaleźliśmy kawałek jakichś butów albo jakichś kask. Najlepsze to były puszki z jedzeniem, które się bagnetem otwierało i było przynajmniej coś do zjedzenia.

Pamiętam, że kiedyś była taka uczta, że któryś z kolegów przyniósł jednego kartofla i kawałek słoniny. Była nas czwórka do tej uczty. Upiekliśmy tego kartofla na cegłach, podzieliliśmy go na cztery, tę słoninę też na cztery, ale nie było co do picia. Obok była gazownia. Nie można było się dostać, bo wszystko było zrypane, ale był taki mały otwór i na dole w piwnicy były szklane pojemniki i tam była woda. Zawiązali więc mnie na sznurku, bo byłam najmniejsza, i się w ten otwór zmieściłam. Dali mi jakąś butelkę, już nie wiem co, i zjechałam na dół. Otworzyłam jakimś kurkiem, bo w gazowni były zbiory wody. Nalałam tę wodę i mieliśmy ucztę. Woda ta była różowa i trochę pachniała gazem, ale co tam. Było co do picia.


  • Jak pani wspomina kontakty z ludnością cywilną w czasie Powstania?


Początkowo był entuzjazm, poza tą panią, która była bardzo niezadowolona, że zajęliśmy jej mieszkanie. Nie mogę sobie przypomnieć, żeby się ktoś buntował, może później, jak już było gorzej. Jak ktoś stracił kogoś, to wyzywali, mówili: „Po co to nam zrobiliście”. Ale na ogół było dużo pomocy. Musiałam [kiedyś] iść z rozkazem, gdzieś przez piwnicę i w ogóle nie znałam [drogi], bo pomiędzy domami były powybijane dziury. W ogóle pierwszy atak na PAST-ę, to my zrobiliśmy. To było zupełnie w pierwszych dniach Powstania. Przebijaliśmy się od Jasnej. Mieszkaliśmy chyba na Jasnej 2/4, a Jasna chyba 6 to była Główna Kwatera przez jakiś czas Powstania. Tam poprzebijali podziemne otwory pomiędzy piwnicami z domu do domu aż do Kredytowej. Potem wyszliśmy na Królewską, z Królewskiej do Marszałkowskiej i przed Ogrodem Saskim była barykada, między Ogrodem Saskim a Marszałkowską. Trzeba było przelecieć tamtędy, żeby się dostać na Zielną do PAST-y. Mówili: „Dwójkami”. Dwójka więc poleciała, słyszymy salwy: brrrym. Czekamy, następna dwójka i tak dosyć długo to trwało. Miałam nawet torbę z jakimiś przyborami. Trzeba było się pochylić, mnie było najłatwiej, bo byłam mała, i przelecieć. Poszliśmy na tę PAST-ę. Nie pamiętam dużo, stałam gdzieś i czekałam, że może coś się stanie i będę potrzebna. Niestety, nie udało się i wróciliśmy już nad ranem normalnie ulicami przez plac Dąbrowskiego. Tam zobaczyłam pierwszego trupa. Nie wiem, kto to był. Wracam do pani pytania. Któregoś dnia miałam zanieść gdzieś rozkaz. Było bardzo ciemno. Zupełnie nie wiedziałam, gdzie iść. Siedział tam jakiś pan z latarką i coś robił. Powiedziałam: „Proszę pana, poproszę o tę latarkę”. Nie chciał mi dać. Mówię: „Nie chcę jej zarekwirować, bo jak pan widzi, jestem w wojsku, ale jej potrzebuję”. „To ja mogę z panią pójść”. To dobrze, bo tam nie było nic takiego, żeby on nie mógł wiedzieć. Poszedł ze mną, poświecił mi, ja coś podałam i wróciłam. Tak więc nawet mi pomógł, ale dać mi jej nie chciał.

  • Kiedy pani wyszła z Powstania?


Pan Szczepański przyszedł do nas i powiedział: „Już się kończy wszystko, absolutnie, nie myślcie, że zostaniecie do końca. Matka jeszcze nie wie, że twój brat zginął. Nie możesz tej matki zostawić samej”. Zabrał nas z powrotem kopiące, krzyczące i warczące, ale ja zrozumiałam, że tak trzeba. Zabrał nas tam, gdzie oni już byli, nie wiem gdzie, już daleko poza naszym miejscem. Tam była też jego rodzina, jakaś ciocia, była pani Szczepańska, pan Szczepański, Olga Szczepańska, ja, moja mama, Antonina Kosianowska, jeszcze jakiś wujek. Dziesięć osób. Gnali nas na piechotę do Pruszkowa.

  • Czy pamięta pani, którego to było dnia? Jaka to mogła być data?


Nie.

  • To na pewno był wrzesień?


Oj, tak. Koniec.

  • Koniec września.


Wiadomo już było… Pamiętam tylko jedną rzecz, o którą mam okropny żal. Na początku września były rozmowy, żeby się wycofać do Lasku Kabackiego. Już nawet były plany, żeby zostawić jakieś czaty, żeby strzelali, żeby Niemcy myśleli, że jeszcze jesteśmy. Już było wiadomo, że to jest koniec i trzeba się wycofać, bo z tego już nic nie będzie. Po Starówce, po Woli, po Mokotowie już było wiadomo, że to jest koniec. Jak długo jeszcze wytrzymamy? Oni sprowadzili „berty”, grube „berty”, które leciały i waliły. Najpierw był huk, potem ona tak: wiii i łam, i taki odgłos. Czasem to był huk i cisza. Wiedzieliśmy wtedy, że to jest niewypał i z tego się potem robiło broń. Wysypywało się trotyl i robiło się broń. To było dobre. Tak więc oni się uzbroili. Wykorzystaliśmy to, że oni byli bezbronni. Mówiło się: „Świeża rąbanka jedzie”. Wychodziliśmy na Aleje Jerozolimskie, jeszcze przed Powstaniem, gdy oni wracali z Rosji, pobici, pokrwawieni. Mówiło się: „Świeża rąbanka, świeża rąbanka”. To niby był dobry czas, żeby [zaatakować] tych rozbrojonych już prawie Niemców, ale oni się potem bardzo uzbroili. Już wtedy było wiadomo, [że to koniec], ale przyszedł rozkaz, to znaczy zawiadomienie, że Stalin powiedział: „Trzymajcie się! Trzymajcie się, my już idziemy”. Tego nie mogę mu zapomnieć. Do końca będzie się chyba w grobie kręcił. Wtedy można było jeszcze wyjść. Może mój brat by jeszcze żył i dużo innych, więc to jest bardzo prywatne. To już było dobrze pod koniec. I nas tam gnali. Jeszcze była chwila przerwy, to z Olgą wypuściłyśmy się w pole. Wiedziałam, że coś jest w tym polu, jakieś pomidory, cebula. Czołgałyśmy się, żeby nas nie widzieli. Wróciłyśmy z tymi pomidorami, z tą cebulą. Rodzice oczywiście znowu truchleli, jak to wiadomo. Na ulicy przy jakimś banku leżało pełno banknotów i jeszcze przed samym wyjściem wzięłam taką jedną pięćsetkę, przestemplowaną Generalna Gubernia. Mówię: „Na pamiątkę sobie wezmę”. Potem to było dobrze, że miałam.

Pognali nas i to też było straszne. Mieszkaliśmy na betonowych podłogach, leżało się pokotem, moja mama miała jakiś płaszcz.

  • To był Pruszków?


Pruszków. [Pognali nas] do Pruszkowa, do tych hal, chyba kolejowych, jakieś tam były zajezdnie. Mokro było na tej ziemi, bo chyba padało. Na szczęście mama miał płaszcz deszczowy. Na tym płaszczu, przy jakichś cegłach się coś gotowało. Najgorsze to niestety były ubikacje, które były w innej ogromnej sali. Nie było w ogóle prywatności. To przeżywałam najgorzej. Wszystko tam było ogrodzone płotem i ludzie przerzucali jakieś kiełbasy, chleb. Naprawdę to było nadzwyczajne, że oni przychodzili. Niemcy ich gonili, strzelali, a oni z drugiej strony przychodzili. Pamiętam, że wtedy dostałam nawet kawałek kiełbasy. Nie wiem, ile tam byliśmy, chyba dwie noce tam przespałam, o ile to można było nazwać spaniem. Potem nas zapakowali do bydlęcych wagonów, to były takie lory. […]

I do Niemiec na roboty. Mówią: „Do Niemiec na roboty”.
Jedziemy. Wreszcie w [Skierniewicach] zatrzymał się pociąg, pewnie wodę brali czy coś. W każdym razie zatrzymał się i strażnik niemiecki, żołnierz chodził wzdłuż pociągu z karabinem. Pan Szczepański, który też mówił perfekt po niemiecku, zawołał go i mówi: „Słuchaj, mam tu dziesięć osób do wyjścia. Proszę otworzyć, my się szybko wymkniemy. Dam ci ileś tam dolarów czy coś”. On się rozejrzał naokoło, otworzył te drzwi i wyszliśmy. Liczył, dziesięć osób, ale za nami wyszła jeszcze jakaś pani z mały dzieckiem. Nigdy się nie dowiedziałam, kto to był. Zamknęli te drzwi i powiedział tylko: „Pędem tam, pod ten most”. To był taki most do przejścia na ulicę, nad torami. Zaraz za tym mostem stała lokomotywa i baliśmy się, gdzie my się schowamy pod tym mostem. To już była nasza sprawa, gdzie się schować, ale co za traf. Nagle maszyna zahuczała i całe kłęby pary nas otoczyły. Staliśmy w tej parze, jak w jakiejś osłonie. Sekundy od odejścia wydawały nam się godzinami. Myśleliśmy, żeby tylko odjechał, żeby nas nie złapali. Rzeczywiście wreszcie pojechał, po godzinach czekania, a to były sekundy oczywiście. Ruszył, pojechał, a my górą przeszliśmy do państwa Strakaczów, bo któraś z pań ich znała. Oni mieli browar i wtedy kampania już chyba nie działała, bo wszystkie pomieszczenia dla robotników były wolne. Dali nam tam dostęp do łazienek. Wreszcie można się było umyć. Pamiętam, jak czesałam grzebieniem włosy, to tylko wszy latały. Łapałam je papierkiem i do ognia. I tak: bzz, bzykało to i znowu drugi raz. Wszy ganiały po grzebieniu. Umyliśmy się tam pięknie. Pani Strakacz poczęstowała nas jakimś jedzeniem. Byłam tam parę dni, może tydzień. Z Olgą poszłyśmy do restauracji, bo miałam te pięćset złotych. Mówię: „Czemu ja nie wzięłam więcej?”. Te pieniądze były tam ważne i te całe pięćset złotych zużyłyśmy na bułki z pasztetówką i piwo. Przepiłyśmy to…

  • I piwo?


Tak, piwo. Ja już się napiłam dosyć „U Aktorek”. Przed wojną moi dziadkowie, babcia ze strony matki, matka matki, ojciec, siostra mieszkali w willi w Orłowie, z której Niemcy oczywiście ich wypędzili. Dali im mieszkanie w baraku z ogródkiem, bez wody, światło chyba było. Mieszkali tam podczas okupacji. Mieliśmy kontakt z nimi, bo pamiętam, że stamtąd przysyłali nam taki szwedzki chlebek. Pamiętam też jakąś chłopkę, sukienkę, którą mi ciocia uszyła. To była moja matka chrzestna. Nie wiem, jakim cudem z Reichu do Generalnej Guberni dostawaliśmy od niej wiadomości. Mieliśmy więc kontakt z nimi. My byliśmy w Generalnej Guberni, a tam był Reich i właściwie nie wolno było tam przekraczać. To było Orłowo, pamiętam Bromberg Straße, czyli Bydgoska. Matka też perfekt mówiła po niemiecku, bo jak wspominałam, uczyła się w szkołach w Berlinie. Matka poszła tam i powiedziała, że tam ma matkę. Język niemiecki bardzo dużo dawał przy Niemcach. Można się było z nimi dogadać, jak się znało. Dali nam przepustkę, żebyśmy tam pojechały. Pod koniec tam wylądowaliśmy.
Pamiętam, po wodę musiałam chodzić naprzeciwko do pompy i tam przeżyłyśmy znowu piekło.

Jak Rosjanie wchodzili do Polski, to Warszawy prawie już nie było, […] a jak weszli na tereny tak zwana niemieckie, to mieli pozwolenie, że mogą robić, co chcą. Poza tym „katiusze” pierwsze tam rąbały, więc te „katiusze” były też straszne. Warczały jak te „krowy”, ale były chyba potrójne. Rozwalały tam wszystko, co można. Zresztą oni zniszczyli Gdańsk, zupełnie na żywo. Gdańsk był cały, Rosjanie go zniszczyli. Oczywiście Rosjanie weszli do pierwszej piwnicy. Bardzo się ucieszyliśmy, bo wreszcie tych Niemców nam wygnali. Ten pierwszy przyszedł i się przywitał: „Dzień dobry. Zdrastwujcie”. Taki był przyjazny, a zaraz za nim weszła baba i powiedziała: „Dawajcie czasy”. Ten pierwszy się zmył szybko, widocznie poczciwa dusza, a ta wszystkim pozabierała zegarki. Drugi jeszcze [przyszedł] i on te zegarki miał na ręce aż do łokcia. Potem najgorsze było, jak przyszli poprosić dziewczyny do sprzątania. Wiadomo było, że oni gwałcili te dziewczyny. Był straszny postrach. Moja mama miała taką skrzynię i wsadziła mnie do niej. Siedziałam w tej skrzyni, a ona usiadła na mnie, żeby mnie nie zabrali do tego sprzątania. Jedna z koleżanek, znaczy córka znajomych, poszła tam. Nawet nie wiedziałam, że urodziła dziecko. Matka tej dziewczyny powiedziała, że to jest jej dziecko. Ten chłopak całe życie żył z przeświadczeniem, że babcia to było jego matka, a prawdziwa matka to była jego siostra.

  • Ile wtedy miała lat?


Piętnaście czy szesnaście.

  • Jak pani jeszcze pamięta te kontakty z wojskiem sowieckim?


Oni gotowali potem dla ludzi, bo nic nie było do jedzenia. Babcia miała kury. Miałam taką zaprzyjaźnioną kurkę, która do mnie przychodziła. Ona nie latała dużo. Oni przyszli i na moich oczach te kury wystrzelili i tę moją małą kurkę też. To było dla mnie straszne, ale potem zaczęli gotować w dużych kotłach zupę serową. Pierwszy raz się spotkałam, ale to było wspaniałe, bo człowiek nie miał, co jeść, oni rozdawali dzieciom te zupy. Pamiętam, że było wśród nich dużo poczciwych ludzi. Nie można powiedzieć, że wszyscy byli bestie. Mieli przede wszystkim zapewniony alkohol, mimo że chodzili prawie w łapciach, albo z karabinami na sznurkach. To była śmieszna, ale tysięczna armia. Dostawali tę wódkę i po tej wódce, to robili rozróby takie, że… Mieli pozwolenie, że mogą robić, co chcą, ale oczywiście nie wszyscy, bo wszędzie są porządni ludzie.
Była Wielkanoc czterdziestego piątego roku. Dowiedzieliśmy się, że oni urządzali sobie jedzenie i krowy pozabijali na łące. Poobcinali głowy i całe krowy wzięli, a łby zostawili. Wieczorem z takim panem, narzeczonym mojej cioci, poszliśmy na tę polanę. Wzięliśmy dużą agrafkę, którą zapiął ozór. Ja trzymałam ten ozór, a on to ciął. I tak przynieśliśmy parę ozorów do domu. Babcia zrobiła wspaniałe jedzenie na Wielkanoc.


  • Rzeczywiście uczestniczyła pani w różnych rzeczach. Jak pani zapamiętała koniec wojny, maj czterdziestego piątego roku? Czy działo się coś wyjątkowego w ten dzień?


To był bardzo wyjątkowy dzień, bo wszyscy krzyczeli: „Koniec wojny! Koniec wojny! Koniec wojny!”. Muszę pani powiedzieć, że już tej chwili nie pamiętam, bo tyle się działo. Nie mieliśmy, gdzie mieszkać, ale to już chyba w Sopocie byłam, bo to było przecież zaraz po tej Wielkanocy, o której pani wspomniałam. Co dziwne, to więcej pamiętam niż tamto. To ta siła przeżycia, żeby coś zjeść. Chyba byliśmy już w Sopocie, bo powiedzieli tak: „Z Sopotu wszyscy ludzie uciekli do Niemiec”. Przyszli do tych Niemców i powiedzieli: „Kto chce wracać do Niemiec, może wracać, bo tutaj już Ruskie przyjdą”. I oni wszyscy wsiedli na taki statek, właściwie okręt [Wilhelm Gustloff]. To było jeszcze przed końcem wojny, przed zawieszeniem broni. Ten statek zbombardowali, tak że oni i tak nie przeżyli. Sopot był kompletnie pusty. Można było tam zabrać mieszkanie. W Warszawie już nic nie mieliśmy, tej willi [chyba też nie]. Nie wiem, dlaczego do tej willi nie mogliśmy wrócić. Nie wiem, czy to była babci, czy nie, ale powiedzieli: „To idziemy”. Na piechotę szliśmy do tego Sopotu. Ja jeszcze pieska trzymałam na ręku. Niedaleko kościoła, na rogu apteka, w takim zaułku, ślepa uliczka, na której końcu znaleźliśmy piękną willę. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Wchodziło się do holu, po prawej była cudowna biblioteka cała wyłożona książkami, okładzina drewniana. Po lewej była duża jadalnia, w której stół był nakryty, filiżanki, tak jakby czekały na nas. Kuchnia z tyłu. Na górze pięknie urządzone sypialnie. Nie mieliśmy mebli, nic nie mieliśmy. Zajęliśmy to, ale długo się tym nie cieszyliśmy, bo przyszła czołówka naszej partii komunistycznej i powiedzieli, że mamy się wynosić.

  • Gdzie się przeprowadziliście?


Babcia jeszcze powiedziała: „Po moim trupie!”. On mówi: „Jak chce pani to zobaczyć, to może tak być”. Nie wiedzieliśmy, gdzie [się przenieść], bo już właściwie był okres, że wszystko było zajęte. Powiedzieli jeszcze: „Nie ważcie się stąd nic zabrać”. Wieczorem zamówiliśmy jakąś furkę, od kogoś ją pożyczyliśmy i trochę mebli wzięliśmy. Pamiętam takie dwa fotele w stylu chippendale i coś jeszcze, żeby coś mieć. […] Dzień przed tym zanim to zrobiliśmy, znaleźliśmy [dom]. Chodziliśmy po całym Sopocie i dosyć daleko, prawie w stronę Orłowa, znaleźliśmy na górce dom. Patrzę, jest góra i na tej górce stoi dom, a w nim kwiatki w oknach. Ach, no to pięknie i poszliśmy. Był pusty, ale niestety tak [dobrze] wyglądał tylko z tej strony, bo z drugiej strony był dach zawalony. W części można było jeszcze mieszkać, więc się tam przenieśliśmy. Zabraliśmy rzeczy, które uratowaliśmy i na własnych barkach nosiliśmy to wszystko do góry, żeby jakoś naprawić. W nocy było okropnie zimno. Wody nie było, ale takie strumyki po dwóch stronach tego budynku płynęły, więc stamtąd się brało wodę, która w zimie zamarzała. Spało się w nausznikach, w czapkach. Zimno. Chyba w tym Sopocie zastał nas ten koniec wojny, ale naprawdę nie pamiętam. Byliśmy tak zajęci, żeby jakoś się ulokować, żeby przeżyć, że już to w zasadzie nie było takie…

  • Gdzie ostatecznie zamieszkaliście po zakończeniu wojny?


Właśnie tam, już w tym domku na stałe. Tak by się zdawało, ale niestety historia robi różne psikusy. O ojcu nie słyszeliśmy nic aż w tym domu. Jakiś pan szedł za mną ulicą. Spotkał mnie na Monte Cassino, to dosyć kawałek drogi, ale on szedł za mną, o czym nie wiedziałam. Jak przyszłam do domu, to on zapukał i mówi tak: „ Czy tu mieszkają panie Kosianowskie?”. Mama mówi: „Tak”. – „Ja jestem od pana komandora Kosianowskiego. Nie wiedziałem, gdzie [jesteście], wiedziałem tylko, że gdzieś w Sopocie, ale zobaczyłem córkę, która jest tak podobna do ojca, że ośmieliłem się za nią pójść”. Trafił, w ten sposób nas odnalazł. Mieliśmy już pierwszy ślad od ojca.

  • To był jeszcze czterdziesty piąty rok?


Tak. W tym czasie mój wuj wrócił z obozu.

  • W jakim obozie był wuj?


Ach, zapomniałam. On walczył na Helu. Woldenberg? Tak.

  • Czyli był w obozie jenieckim?


Tak, w jenieckim. Woldenberg. Był w oflagu, on był oficerem. Jego żona, moja ciotka mieszkała w Warszawie. Tam miała syna, którym się opiekowaliśmy, bo ona była pielęgniarką, więc pracowała. Oni przyjechali też do Sopotu i też szukali [jakiegoś domu], ale to było dosyć późno. Właściwie już tam nic nie było. Mój jeden kolega powiedział: „Ach, przecież twoi rodzice są tutaj, pana rodzice”. Przyprowadził go do nas. Niestety, to było nie za dobre, bo jak dziadek zmarł, to musieliśmy się wyprowadzić. Oni właściwie zajęli ten cały dom i dla nas już nie było miejsca. Pojechaliśmy gdzie indziej, na Kamienny Potok. Jeszcze przedtem, podczas okupacji, chodziłam do getta. Muszę powiedzieć, że to też było straszne.

  • Proszę o tym opowiedzieć.


Moja babcia, matka ojca, zresztą pani hrabina Dziekońska, wyszła za mąż drugi raz. Ojciec mego ojca pojechał do Ameryki w poszukiwaniu swojego wspólnika. Mieli razem jakieś przedsiębiorstwo i on uciekł z jego pieniędzmi do Ameryki. Pojechał go szukać i nigdy w życiu już nie wrócił. Mówili, że tam go ten wspólnik zabił. Szukałam go potem po Ameryce, ale ani śladu. Babcia się dowiedziała, że zginął i wyszła za mąż za hrabiego Dziekońskiego. Pan Dziekoński chyba umarł i ona była z nami podczas okupacji. Zamieszkała z nami przez jakiś czas. Szła ulicą i niemiecka ciężarówka ją przejechała i trzeba było obciąć jej nogi. Siostry zakonne się nią zajęły, bo my nie byłyśmy…

  • Przeżyła ten wypadek, tylko miała zmiażdżone nogi?


Przeżyła. [Zajęły się nią] siostry zakonne. Ten zakon był zresztą gdzieś na terenie getta, jak się później okazało. Jeszcze getta takiego nie było, żeby było zamknięte. Można tam było normalnie przechodzić, tylko to była ta dzielnica żydowska. Nie wiem, na jakiej ulicy, nie mam pojęcia. One się nią zaopiekowały, bo my nie byliśmy w stanie, mieszkając w jednym pokoju, właściwie bez środków do życia. Mój brat jeździł gdzieś do cukrowni na kampanię. Ja jeździłam z wózkiem dziecięcym na Dworzec Zachodni i tam wykupowałam od handlarzy, od szmuglerzy, szmugiel tak zwany. Niby nie ładna nazwa, ale oni przecież też nam pomagali przeżyć. Kupowałam od nich boczek, jakąś kiełbasę czy coś. Przywoziłam to do domu, dzieliłam to na kawałki, ważyłam, chodziłam po całym domu i sprzedawałam. To był mój dochód. Matka była ciągle chora, właściwie była chora całe życie. Mój brat z kolei chodził pracować do cukrowni. Miał dzięki temu jakieś papiery. Przywoził stamtąd masło. Znowu to masło kroiłam, chodziłam i sprzedawałam. Olga, ta moja przyjaciółka, która zawsze była we wspaniałych warunkach, nawet podczas okupacji (państwo Szczepańscy mieli sklep chyba na Hożej), to mówiła: „Ja bym tego nigdy nie zrobiła”. Ja mówię: „ No, ale ty masz, z czego żyć, ja nie mam”. Jeszcze papierosy robiliśmy z bratem. Przynosili nam tytoń, bibułki i takie maszynki. Pamiętam, że wkładało się tytoń, zamykało, potem się wkładało w tą tutkę, wpychało się i tak. Za ileś tam papierosów nam dawali. Nie było więc sposobu, żeby tu babcię mieć. Byliśmy szczęśliwi, że te siostry zakonne się nią zajęły. Chodziłam ją tam odwiedzać.

  • Co pani zapamiętała z tego okresu?

 

Zapamiętałam, że ci ludzie chodzili z opaskami. Muszę się ze wstydem przyznać, że ta propaganda niemiecka w pewnym sensie działała. Pisali przecież: „Każdy Żyd to wszy”. Ja tak trochę nie chciałam się nawet do nich zbliżyć. Jak był ktoś blisko, to ja uskakiwałam. Niestety, propaganda to jest strasznie silna rzecz i potrafi dziecko też przekonać, przepenetrować umysł. Chodziłam tam i widziałam tę zgrozę. Najgorsze to były tamte dzieciaki. Dzieciaki latały jakieś nieubrane. Chodziłam do tej babci. Po czym jak zamknęli to getto, to się już skończyło to moje chodzenie.


  • Babcia została na terenie getta?


Oni spalili ich żywcem. Podobno Niemcy podpalili cały zakon i te biedne siostry nie dały rady kogokolwiek wyciągnąć. Raz się spotkałam po wojnie z ojcem, cały rok zresztą byłam w Londynie, to nigdy mu tego nie powiedziałam. On wiedział, że umarła, ale nigdy mu nie powiedziałam, że była spalona żywcem. To przecież było straszne.

  • Kiedy się pani spotkała z ojcem? Czy on w ogóle wrócił do domu? Mówi pani, że była rok w Londynie?


Nie, ojciec nie mógł wrócić, bo by był od razu… On był w dwójce, to był Oddział II, który działał przeciwko bolszewikom. Był piłsudczykiem, walczył pod Radzyminem, jak był Cud nad Wisłą, zresztą był wtedy raniony. To było niemożliwe. Ja też byłam za Piłsudskim. „Dziadek” Piłsudski to był mój ideał. Pamiętam, jak umarł w trzydziestym piątym roku, to w każdym mieście był zrobiony pogrzeb. Po Gdyni szłam z ojcem taka dumna w mundurku marynarskim z kołnierzykiem, że poszłam na pogrzeb „Dziadka”. Pamiętam to bardzo dobrze. To jest już daleka historia.
Odpadamy daleko od tego… Skończyłam architekturę na Politechnice Gdańskiej. W ramach tak zwanej wymiany, już nawet nie studentów, a dyplomowanych inżynierów, dostałam, bo trochę znałam angielski… Proszę sobie wyobrazić, że podczas wojny, tam na tej Mazowieckiej, był młodszy ode mnie chłopiec, który nie dawał sobie rady z matematyką. Pani poprosiła mnie, żebym pomogła mu w matematyce. Pomagałam mu… Jak to wracają takie rzeczy, jak się nawiąże. Ona chciała mi zapłacić, ale ja byłam strasznie dumna. Nie chciałam. Nawet jak Olga zapraszała mnie do góry i chcieli mnie nakarmić, to mówiłam, że nie jestem głodna. Ten chłopiec uczył się angielskiego. Powiedziałam więc: „Nie. Za to niech będę miałam możliwość siedzenia i uczenia się angielskiego. Nie wiem, dlaczego, ale… Trochę więc znałam angielski. Aby pojechać do Londynu na tę wymianę inżynierów…

  • Który to rok był?


Sześćdziesiąty drugi. Musiałam jechać do Ambasady Amerykańskiej w Warszawie i zdać angielski. Jako tako tam wydukałam, ale na pewno lepiej od mojej konkurentki, która potem była wściekła, że nie ona pojechała, tylko ja. Dostałam się na ten cały rok. Kwaterę musiałam sobie znaleźć sama. Tam był mój wujek, drugi brat matki, Leon Mizgalski, który też był komandorem. Tylko on był komandor porucznik, a mój ojciec był pełny komandor. On też był w wywiadzie. Nawet się przyczynił do wykrycia Bismarcka. Oni mnie tam przyjęli, postarali się nawet znaleźć mi mieszkanie u Polki na Earls Court czy gdzieś tam. Wtedy też nawiązał kontakt z ojcem. Cały rok tam byłam.

  • Ojciec był na terenie Wielkiej Brytanii?


Tak w Londynie, pod Londynem. Tam był taki Dom Polskiego Wojskowego. Wojskowy dom. To było zresztą takie przykre, że jak murzyn zrobił swoje, to murzyn może odejść. Tam nie były za dobre warunki dla nich wszystkich. Wrócić nie mógł absolutnie. To było więc moje pierwsze spotkanie po trzydziestym dziewiątym roku.

  • Jaka była przyczyna pani wyjazdu z kraju? Mieszka pani obecnie w Stanach Zjednoczonych.


Tak.

  • Jak to się stało, że pani wyjechała?


Mieszkałam w Sopocie, pracowałam w Gdańsku Wrzeszczu i nagle powstała Solidarność. W moim biurze zawiązałam komitet. Jedziemy do stoczni. Pięć osób się zgłosiło. Niektórzy się bali, niektórzy nie. W każdym razie ja postanowiłam pójść. […] Mam nawet tę legitymację, jeszcze podpisaną, pan Wałęsa nas przyjął u progu. Powiedział: „Witamy, dziękujemy, że przyszliście. Wszyscy się uczymy”. Cały czas byłam wiec na tej Stoczni. Potem jak niby zwyciężyliśmy… Jak wszystko było podpisane, to znowu była straszna emocja, znowu zwycięstwo. Chodziłam na zebrania Komitetu Strajkowego, właściwie już postrajkowego, które Wałęsa prowadził. Potem przychodziłam do biura i dawałam sprawozdanie z tego wszystkiego. Dyrektor przyszedł i mówi: „Pani Basiu, muszę pani powiedzieć, że tu UB przychodziło, pytało się, kto był w tym, to powiedziałem”. Powiedziałam: „Oczywiście, że pan powiedział, bo nie mam powodu się kryć”. Po tym wszystkim byłam prawie wykończona i pojechałam trochę odpocząć do Stanów Zjednoczonych, do mojej koleżanki. Jej mąż był wicedyrektorem, wiceprezydentem banku Chase Manhattan Bank i od niego dostałam zaproszenie. Przyniosłam to zaproszenie do biura. Powiedziałam: „Proszę o parę, może dwa, miesiące urlopu. Wrócę do pracy. Chcę wyjechać”. To się rozniosło. Basię zaprosił wiceprezydent Ameryki, a to był wiceprezydent banku. […]. Pojechałam do niej i miałam wrócić w lipcu.

  • Który to był rok?


To był rok osiemdziesiąty pierwszy. Wyjechałam w kwietniu i miałam wrócić w czerwcu, lipcu. Pracowaliśmy w biurze projektów. Tam się dużo ludzi znało. Z wieloma ludźmi się piło i to nie mało. Mój mąż dał mi znać. Powiedział: „Odkładaj sobie te bilety, bo ja się dowiedziałem, że tu będą się rzeczy działy, które nie będą bardzo przyjazne dla tych z Solidarności”. Naprawdę go wręcz straszyli. Powiedzieli: „Jak pana żona wyjechała, to niech pan lepiej nie dopuści do jej powrotu”. On się postarał o wizę do Szwajcarii, że niby z synem, który miał trzynaście lat, wyjedzie do Szwajcarii na wakacje. Tu też niesamowita przygoda. Pojechał do Orbisu do Gdańska, żeby dostać paszport, w ogóle pozwolenie na wyjazd czy coś. Pani powiedziała: „Żeby syna wywieźć, to musi być podpis matki”. A on mówi: „Matki nie ma, bo jest w Ameryce, to ja nie mogę tego zrobić”. Po czym wreszcie powiedziała tak: „Jeszcze muszę mieć numer dowodu”. Dowód osobisty musiałam oddać na milicji, żeby dostać paszport. „To musi być numer dowodu”. No to już koniec. Potem mówi: „A macie państwo jakieś PKO dolarowe, bo tam musi być numer dowodu żony. Jak Pan to dostanie, to ja panu pozwolę wyjechać”. To było już prawie przed zamknięciem urzędu. Pędem pobiegł do Sopotu do tego banku. Wziął numer i pędem z powrotem. Ta pani mu podpisała, że w obecności żony zgadza się na wyjazd dziecka. Nie wiem, kto to był. On nie pamięta. Nie wiem, co za ludzie, naprawdę, ale takie już było przeznaczenie. Pojechał do Wiednia, gdzie była moja córka (z poprzedniego małżeństwa), bo ona wyjechała też wcześniej, najpierw do Szwajcarii, potem do Wiednia. Tam ich spotkała. Pomogła im, bo tam byli w obozie repatriantów. […] Dowiedzieli się, że ja jestem już w Stanach i dostali od razu azyl polityczny od amerykańskiej ambasady czy konsulatu. Nie wiem. Trzeba było tylko zrobić badania zdrowotne na gruźlicę i choroby weneryczne. Bardzo szybko dostał wizę i przyjechali do Nowego Jorku.

  • Od tego czasu jest pani w Stanach Zjednoczonych?


Wyjechałam na wakacje i już nie wróciłam. W zasadzie siedziałam trzy lata [na walizkach]. Miałam pretensję do niego. Ja nie chciałam. Mieszkałam cały czas z matką i miałam bilet na 11 kwietnia, na te wakacje, a mamusia zmarła 5 kwietnia. Dostała wylewu, stojąc w kolejce po masło. Wtedy to się stało w tych kolejkach po masło. Jak nie było jednego dnia, to się drugiego stało. Ona zresztą bardzo tam dyskutowała o polityce, bardzo zaangażowała się w politykę, i zmarła. Gdyby mamusia żyła, to bym nigdy nie wyjechała.

  • Jakie z perspektywy czasy są pani przemyślenia na temat Powstania? Nie pytam, czy Powstanie było słuszne czy niesłuszne, tylko jak pani dzisiaj patrzy na Powstanie, na ten okres?


Ja też nie patrzę na to, czy to było słuszne. Ja tylko mówię, że to musiało być. To wrzało i musiało być. Po prostu było niemożliwe, żeby do czegoś takiego nie doszło. To było takie naturalne. Wszyscy już do tego parliśmy. Każdy już chciał, żeby wreszcie tego szwaba wypędzić, tego fryca. Nie wiem, to był jakiś taki pęd. Zwłaszcza, że to już się wszystko szykowało. Przecież to jest ewenement na cały świat, żeby tak zorganizowane ogromne państwo podziemne istniało gdziekolwiek. To musiało do tego doprowadzić.

Jeszcze nie wspomniałam, że jak byłam na Jasnej, w tej szkole handlowej to mieliśmy ograniczoną liczbę przedmiotów. U mnie w domu odbywały się komplety, ponieważ mieliśmy światło, to już mniejsza z tym, ale jakoś byliśmy kryci tym panem Nagórskim, który jakby o tym wiedział, to by chyba umarł. Przychodziły dzieci, znaczy koleżanki, nauczycielki. Jedna zawsze siedziała przy drzwiach, a my siedziałyśmy przy dużym stole. Miałyśmy tam jakieś rysunki, robótki, no i książki. W razie czego ona miała dać znać i te książki gdzieś się chowało. Tak się uczyłyśmy.


  • Wspomniała pani wcześniej o swoim bracie, który zginął w czasie Powstania. Później pojawiła się kwestia nadania imienia pani brata szkole w Gdańsku. Proszę powiedzieć, kiedy to było i jak ta sprawa wyglądała?


To było w książce „Szare Szeregi”. Tam jest nazwisko mojego brata i informacja, że on był w „Szarych Szeregach” w harcerstwie. On był z Gdyni i dlatego jedna szkoła powszechna chciała nadać imię patrona i wybrali mojego brata, Andrzeja Kosianowskiego. To było po wojnie. Pojechałyśmy tam chyba z mamusią. Już nie pamiętam, ale wiem, że pojechałyśmy tam i to była wielka uroczystość nadania [imienia] Andrzeja Kosianowskiego. Po jakimś czasie chciałam się dowiedzieć, co się dzieje i co jest. Okazało się, że już tego więcej nie było. Ktoś musiał tę sprawę jakoś zatuszować. Może się dowiedzieli, że on był… Przecież ja się w życiu do nikogo nie zgłosiłam. Nikomu się nie przyznawałam, że byłam w AK. Takich rzeczy nie wolno było mówić. Spotkałam kolegę z liceum, zresztą już wcześniej się dowiedzieliśmy, i dopiero jadąc na tę uroczystość siedemdziesięciolecia, dowiedziałam się, że on też był w AK. I w Powstaniu. To było bardzo zakryte.

  • Czy była pani w Anglii krótko po zakończeniu wojny, w 1947 roku?


Tak, byłam w Anglii.

  • Jak to się stało, że pani wyjechała i wróciła?


To był grudzień czterdziestego szóstego roku. Szwedka, pani Thora Westin, która pracowała w Unrze, w pomocy polskiej z Ameryki, znała doskonale mego ojca i wujka - Leona Mizgalskiego. Jakim cudem? Nie wiem, skąd się znali. Ona uczyła się na uniwersytecie, studiowała język polski i język rosyjski. Już nawet nie mówiła, ale pisała perfekt po polsku. Jak mówiła, to można było wyczuć, że ona nie [jest Polską], ale jak pisała, to bym nawet nie powiedziała, że nią nie jest. Tak wspaniale. Nawet takie powiedzenie: „Baba z wozu, koniom lżej”. Przyjechała do Polski i się z nami spotkała, z zamiarem wywiezienia nas do ojca, żebyśmy się mogli z nim spotkać. Już tam wiedzieli, że mieszkamy w Sopocie. Ach, no tak, wtedy spotkałam się z ojcem pierwszy raz po wojnie.

  • W czterdziestym…


W czterdziestym szóstym roku. O Boże, jaka pamięć zawodna. Myślałam, że wtedy w sześćdziesiątym drugim. „Ferra” chodziła wtedy z Gdyni, bo potem już nie z Gdyni tylko ze Szczecina, do Malmö albo do Göteborga. Chyba do Göteborga. Ona miała tam znajomości. Oczywiście to była szwedzka „ferra”. Powiedziała tak: „Któregoś dnia tylko szczotka do zębów, albo może nawet nie. Nic ze sobą. Torebka. Zabieram was do Szwecji, a potem stamtąd do Anglii do ojca. Ojciec prosił, żeby to zrobić”. Poszłyśmy na tę „ferrę” rano i ona powiedziała: „Tylko nie odzywajcie się, bo wy jesteście Szwedki”. To był czterdziesty szósty rok. Widocznie jeszcze wtedy można to było przeprowadzić. Stoimy, a ona rozmawia po polsku ze strażą graniczną przed tą „ferrą”. Mówi tak: „To jest siostra i siostrzenica kapitana. One tu mieszkają, ale kapitan bardzo chce się z nimi zobaczyć. Proszę je przepuścić”. „A kiedy wyjdą?”. „Wyjdą, kiedy będzie trzeba, przed odpłynięciem”. Zaprowadziła nas do jakieś kabiny. „Teraz siedźcie cicho”. Sama poszła na dół i zaczęła z nimi gadać. Po prostu poczęstowała ich alkoholem. Oni biedni zdaje się, już chyba nie wiedzieli, co się dzieje. Potem tam przyszła i oni mówią: „A gdzie te panienki?”. Moja mama dużo mniejsza ode mnie wyglądała też jak panienka. „Ach, one przecież już dawno wyszły. Nie widział pan”. […] Patrzę i nagle odpływa ta „ferra”. Jeszcze widzę molo gdzieś w Sopocie czy w Gdyni, już nie wiem. Mój Boże, ja już tu nigdy nie wrócę. Takie było przeświadczenie. Zostawiliśmy babcię, dziadka, moją ciotkę, [która] była bardzo chora. […] Najpierw spędziłyśmy parę dni u tej pani w Göteborgu na Spaldingsgatan fem, czyli Spaldingsgatan 5. To był dla mnie tak luksusowy okres, bo dostałam pieniądze od ojca, więc sobie kupowałam piękne rzeczy. Chodziłam do kina, jadłam banany. Trochę się po szwedzku nauczyłam. Cudownie. Potem wsadziła nas na statek przez tę cieśninę Skagerrak. Straszliwie nas tam kiwało. Wszyscy ludzie chorowali, a tylko my dwie panie Kosianowskie stałyśmy przy bufecie i sobie urzędowałyśmy. Tam nas przywitał ojciec. Tylko niestety matka, jak już powiedziałam, była chora. Całe życie była właściwie nie za bardzo zdrowa.
Warunki w Londynie po tych początkowych latach w Sopocie, to było jak niebo a ziemia. W Polsce było dużo lepiej. Mieliśmy jeszcze delikatesy. Można było kupić dobre rzeczy. Babcia, dziadek, wszyscy. Tutaj oni od razu wzięli się w karby. Mieli przydziały, powiedzmy jedno jajko na tydzień. Przede wszystkim to był grudzień. Było potwornie zimno, z przodu się tylko przy kominku siedziało, bo nic innego nie mieli, a z tyłu człowiek był zlodowaciały. Biedny ojciec robił, co mógł. Chciał się z tą rodziną spotkać, ale matka ciągle chorowała. Ja chciałam studiować. Tam nie było mowy, żeby studiować, bo nie było właściwie, za co. Ojciec jednak posłał mnie do szkoły. Byłam w takiej klasztornej szkole St. Mary Abby School, chyba pod Greenwich. Byłam tam przez pół roku, od Gwiazdki aż do zakończenia roku szkolnego. Muszę powiedzieć, że okropnie mi się tam nie podobało, bo był tam rygor. Spałyśmy w takich klateczkach. Zimnisko potworne. Rano gnali nas do kościoła. Codziennie trzeba było się modlić, potem szkoła. Za to koleżanki były przecudowne, zresztą tam było parę Polek. Ganiali nas, żebyśmy nie mówiły po polsku tylko po angielsku. Trochę się nauczyłam po angielsku. Nie za dużo, bo właśnie [mówiłyśmy ciągle] po polsku. Jednak życie w tym klasztorze było dosyć ciekawe. Grałam tam w siatkówkę, w koszykówkę. Sport mieli bardzo dobry. Coś innego, ale w sumie to nie dla mnie życie. Pod koniec jak odchodziłam, przyszła pani i mówi tak: „Dziecko, ty mówisz dwoma językami – co nie było taką prawdą, bo ten angielski był jeszcze ciągle kiepski – może byś skorzystała z posady stewardessy”. Do tego muszą być dwa języki. Miałam już więc okazję. Niestety, do tego nie doszło, bo była kwestia matki. Przeżyć albo nie przeżyć. Matka nie dawała rady tam zostać. Tylko do matki, do domu. Niestety, pożegnaliśmy się z ojcem, który robił, co mógł. Trzeba było wybierać. Jako repatriantki wróciłyśmy do domu na Batorym. […] Matkę potem ciągle ciągali na UB. Gdzie była, u kogo? Jakim cudem, jak wyjechała? Przecież repatriantką de facto nie była, bo repatrianci to było co innego. Miałyśmy więc represje z tego powodu.
W szkole nie zapisałam się do żadnego związku. Był Związek Młodzieży Polskiej czy Związek Socjalistycznej, ZMP. W szkole tylko ja i jeszcze jedna koleżanka, Basia Gwiazdkówna, nie należałyśmy. Babcia zawsze mówiła: „Oj, ty chyba matury, dziecko, nie zdasz, bo ty nie należysz do niczego”. Zdałam, nie mogli mnie oblać, bo za dobrze się uczyłam. Jednak na uczelnię to już nie można było się dostać. Chciałam iść na anglistykę, dlatego że mówili, że najmniej osób. Pojechałam do Warszawy do mojej koleżanki Zosi Szydłowskiej-Dąbrowskiej, z którą się zresztą wczoraj widziałam. Ona mieszkała w Sopocie, chodziłyśmy razem do liceum. Potem rodzice się przenieśli. Wrócili z powrotem do Warszawy, bo byli z Warszawy. Ona mówi: „Przyjdź do mnie, będziemy zdawać”. Ona zdawała na prawo, a ja na ten angielski, bo powiedzieli, że jedyne gdzie się dostanę, to tam gdzie najmniej [osób]. Okazało się, że w tym roku był największy nabór. Znaczy nie nabór a popyt na angielski. Powiedzieli: „Egzamin zdany, nie ma miejsc”. Pożegnałam się więc z Zosią, pojechałam z powrotem do Sopotu i tam zdawałam do szkół plastycznych, bo trochę też mam w tym dryg. Oczywiście też nie było mowy, żeby się dostać. Egzamin też zdany, ale nie ma miejsc. Napisałam więc podanie do szkoły plastycznej do Katowic. Nawet nie pojechałam, tylko tam napisałam.
W tym czasie mój wujek, notabene mój ojciec chrzestny Wiktor Wiszniewski, pracował na Politechnice Gdańskiej. Był tam chyba w zarządzie. Powiedział: „Słuchaj, otworzyły się kursy dla dorosłych, którzy potracili lata studenckie podczas wojny. To jest dla tych, którzy mają rodziny i pracują. Ty nie bardzo do tego pasujesz, ale…”. Ja już pracowałam, bo trzeba było z czegoś żyć. Pracowałam na budowie Starego Miasta. Nawet jest książka „Stare Miasto” i tam jest o mnie też wycinek. Mówi więc: „Złóż podanie na architekturę”. Muszę powiedzieć, że zupełnie nie miałam pociągu do architektury, ale chciałam studiować. Wszystkie moje egzaminy, które zdawałam na anglistykę i do szkoły plastycznej, zaliczyli mi, tylko musiałam zdać jeszcze matematykę. Zdałam dobrze i mnie przyjęli. Zaczęłam być studentką Politechniki Gdańskiej na Wydziale Architektury z tymi starszymi panami. […] Zdałam tę architekturę, ale ciągle mi się to nie podobało, bo było za dużo szczegółów. Zupełnie nie miałam pociągu. Wiedziałam, że w tym nie będę pracować. Podobał mi się jednak wydział Planowanie Przestrzennego, bo to szeroki wgląd we wszystko. Byłam w tym dobra i temu się poświęciłam. Potem zaczęłam pracować w Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego, właśnie w dziale Planowania Przestrzennego. Potem jeszcze zrobiłam podyplomowe Studium Planowania Wiejskiego. Tam się bardzo dobrze czułam. Właśnie z ramienia tego pojechałam do Anglii. Już po wszystkim dostałam zawiadomienie z Katowic, że mnie przyjęli. Już jednak nie pojechałam, bo w Katowicach nikogo nie miałam. Dzięki temu wujowi skończyłam Politechnikę.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, jak w czasie okupacji radziliście sobie z głodem, ze zdobywaniem jedzenia?


Poza tym, o czym już wspomniałam, o tym szmuglu, ja zasypiałam czasem z myślą o długiej bułce francuskiej z szynką. Nie było dobrze. Sprawa się wyjaśniła w jeden sposób. Na piątym piętrze tego samego domu mieszkała pani Mila Filanowicz. To była Węgierka, żona polskiego lotnika - [Bolesława Filanowicza]. Przyjechała z Węgier i mówiła bardzo źle po polsku, ale mówiła. „W każdym razie ja nie mogę dzisiaj iść na brydża, bo moja Bolka wylatuje w powietrze”. Takim mniej więcej językiem polskim mówiła. Podobnie mówiła po niemiecku. Ona była Węgierką, więc była uprzywilejowana, bo ten naród był jednak związany z Niemcami. Miała więc obiecane, że dostanie od Niemców tak zwaną koncesję wódczaną, która się należała tylko folksdojczom albo takim związanym ludziom. Dostanie alkohol za darmo, albo za małe pieniądze, który może na boku sprzedać i zarobić na tym pieniądze. Musiała iść do urzędu niemieckiego, żeby tam złożyć podanie i tak dalej. Ona powiedziała: „Toluchna – do mojej matki – chodź ze mną tak na pociechę. Ty zresztą znasz niemiecki, to może mi tam coś podpowiesz. Chodź ze mną”. Weszły do pokoju. Ogromny pokój, ogromne biurko, siedzi za nim urzędnik. Moja mama usiadła sobie z tyłu przy ścianie, a pani Filanowiczowa poszła porozmawiać. Jak wspomniałam, jej niemiecki był mniej więcej jak polski. Prawdopodobnie powiedziała coś nie tak, że on się obruszył. Widać było, że nic z tego nie wyjdzie. Wstała więc moja mama i mówi tak: „Proszę pana – panie poruczniku, czy cokolwiek powiedziała – pani Mila źle się wyraziła, bardzo przeprasza. Ona tak nie myślała. Proszę jednak jej udostępnić tę koncesję, bo ona naprawdę nie ma z czego żyć”. On tak patrzy na moją mamę i mówi: „A pani dlaczego też się nie ubiega o tę koncesję?”. Matka mówi: „Ja nie mam prawa. Jestem Polką i nie dajecie tym ludziom”. – „A skąd pani tak wspaniale mówi po niemiecku”. Matka, zamiast powiedzieć, że się uczyła w szkole w Berlinie, to ni stąd, ni zowąd powiedziała: „Co roku na wakacje jeździłam do dziadka Dziorobka na wieś do Writzen”. On na to mówi: „Pan Dziorobek?”. – „Tak”. – „Proszę pani, to był mój szef. Pracowałem w Urzędzie Celnym i on był moim prezesem. Pamiętam tego dziwaka. On był straszliwie punktualny. Musieliśmy przychodzić punktualnie do pracy. Nie za dziesięć ósma, nie o ósmej dziesięć tylko punkt ósma. Stawaliśmy pod bramą i wszyscy jak w marszu wchodziliśmy o tej ósmej, żeby być punktualnie”. On był rzeczywiście obsesyjnie punktualny. Jak goście zaproszeni na siódmą przychodzili piętnaście po siódmej, to otwierał okno i mówił: „Obiad był o siódmej”. Jak w kościele czekał na księdza, walił laską, jak się spóźniał. Ten człowiek go pamiętał i tak mówi: „Dla wnuczki pana Dziorobka będzie koncesja”. Od tego czasu jeździłam co tydzień z bratem na Dworzec Wschodni. Odbieraliśmy skrzynkę wódki, szliśmy do pobliskiej restauracji pana Fijałkowskiego i tam sprzedawaliśmy tę wódkę. Jakiś czas były pieniądze do przeżycia. Niestety, to było tuż przed Powstaniem. To nie był więc długi okres.

  • Pomogło wam to przetrwać?


Absolutnie. To było wreszcie źródło, dzięki któremu mogliśmy sobie normalnie kupić. Bardzo dziwna przygoda, ale jakże znamienna. To, że nie powiedziała, że się w szkole uczyła tylko, że jeździła do dziadka Dziorobka. Nie wiem, co jej wtedy wpadło do głowy.

Warszawa, 4 sierpnia 2014 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna
Barbara Józefa Kosianowska-Berner Pseudonim: „Baśka” Stopień: sanitariuszka, służby pomocnicze Formacja: Zgrupowanie „Bartkiewicz”, 3. kompania, pluton 1150 Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter