Barbara Zapałowska „Basia”

Archiwum Historii Mówionej


Jestem Barbara Zapałowska, w czasie Powstania Teresa Szczepanik, pseudonim „Basia” i od pseudonimu „Basia” zostało moje imię Barbara, już tak mnie wszyscy do końca życia nazywają i tak mam wszystkie papiery z uczelni i potem z aktu ślubu jestem Basia.

  • W jakim batalionie pani walczyła?


W batalionie „Kiliński” w VIII kompanii, chyba to był III pluton podporucznika wtedy Antka Bieniaszewskiego, obecnie podpułkownika.

  • Pani walczyła w Śródmieściu Północnym ?


Tak, Śródmieście Północ cały czas.

  • W którym roku się pani urodziła?


W 1926, w grudniu, czyli miałam siedemnaście lat jak poszłam do Powstania.

  • Jeszcze proszę powiedzieć pani stopień i pani funkcje w czasie Powstania.


Byłam łączniczką w stopniu najpierw plutonowego, a już pod koniec dostałam awans na starszego sierżanta. W tej chwili mam stopień kapitana.

  • Proszę powiedzieć kiedy pierwszy raz zetknęła się pani z konspiracją?


W 1942 roku.

  • Przez koleżanki, kolegów ze szkoły?


Przez ojca.

Pani ojciec też był w konspiracji ?

 

Był w konspiracji, oczywiście. Mój ojciec był bardzo zaangażowany i przez ojca poznałam pułkownika ,,Radwana’’, on się bardzo przyjaźnił z ojcem, Pfeiffera, i u niego składałam przysięgę na przełomie 1942 i 1943 roku.

Jak pani zapamiętała pułkownika ,,Radwana’’?

 

Och, bardzo dobrze, dla mnie był uroczy! Jaki on był dla innych nie wiem, dla mnie był opiekuńczy, czuły, no byłam córką jego przyjaciela, nastolatką zresztą, więc on bardzo się mną opiekował dobrze. W czasie okupacji byłam w Kedywie Kolegium A, cały czas brałam udział w akcjach wtedy w Kolegium A, niestety nie dotarłam pierwszego sierpnia do swojego macierzystego oddziału na Wolę, ale to zacznę od początku.

Z 31 lipca na 1 sierpnia już miałam nocleg w kwaterze na ulicy 6-go sierpnia (teraz nie nazywa się tak ta ulica, teraz się nazywa Nowowiejska), to było przy Placu Zbawiciela, numeru nie pamiętam, spaliśmy tam, kilkoro nas. 1 sierpnia jak się obudziłam jeszcze rowerem pojechałam do domu pożegnać się z mamą, bo już wiedziałam że będzie Powstanie, wróciłam i z Reną Rostworowską z męża, pchałyśmy wózek z bronią i amunicją, dwukołowy wózek przykryty plandeką, obie żeśmy pchały z Placu Zbawiciela tutaj na Zielną, bo skład broni był na Zielnej. Dopchałyśmy jakoś ten wózek przed południem jeszcze i w bramie, w pierwszym podwórku, bo to na ogół kamienice były kilku podwórkowe, rozładowano transport tej broni, nawet poszłyśmy na kwaterę, do składu broni, czekałyśmy na wybuch Powstania, a właściwie czekałyśmy na rozkaz, kiedy mamy iść na Wolę do naszego oddziału. Nie doczekałyśmy się, zapadła noc i Rena mówi: „No, słuchaj, co my będziemy robić?” Ja mówię: „Słuchaj, trzeba się gdzieś przyłączyć, przecież nie będziemy tu siedzieć.” Rena powiedziała: „Wiesz co, to idziemy do Kolegium C, jest Paszkowski Wiktor, dowódca kompanii, tutaj na Widok, chodźmy do niego.” Przyjął nas, na razie nas zostawił w swoim poczcie, tam było kilka łączniczek i my tam zostałyśmy ale jemu któregoś dnia powiedziałam: „Panie poruczniku, mnie się tu nudzi, ja bym chciała coś robić, a nie siedzieć u pana za piecem.” To mnie skierował do plutonu, do porucznika Bieniaszewskiego. I sobie tam u porucznika Bieniaszewskiego dalszy ciąg powstania poszedł.

Na jednej z mszy, jaka się odbywała, na jakimś podwórku, nie umiem powiedzieć na jakim, w każdym razie byliśmy wszyscy, wokół podwórka cały pluton był rozstawiony,

przyszedł właśnie pułkownik ,,Radwan’’, zobaczył mnie i mówi: „Co ty tu robisz?! Pójdziesz do mnie do dowództwa obwodu.” Poszłam do niego do dowództwa obwodu, strasznie mi się znowu nudziło, ja byłam za młoda na to żeby siedzieć na kwaterze i nic nie robić, ale tam poznałam bardzo przyjemnego oficera, porucznik chyba, który zaprosił mnie na koncert do profesora Drzewieckiego. Profesor Drzewiecki mieszkał na Nowym Świecie, on znał profesora Drzewieckiego, ja nie znałam i tam poszliśmy uczestniczyć w koncercie. Koncert odbywał się w saloniku profesora, krzesła i foteliki stały pod ścianami, profesor miał z jednej strony pianino i jak już wszyscy usiedli profesor zaczął grać. Tutaj karabiny, tu jakiś pocisk wybucha, tu strzały a profesor grał. Najpierw zaczął od Etiudy Rewolucyjnej oczywiście, potem poszło delikatnie, nawet jakieś nokturny, wyciszenie, najpierw zerwał a potem wyciszył. To było to nieprzemijające przeżycie, ja to pamiętam do dzisiejszego dnia, jednak to nie było proste do zapomnienia, to się pamięta. Pamięta się muzykę płynącą z pod palców mistrza, te piękne tony i wystrzały za oknem. Wtedy jeszcze Nowy Świat był dostępny, myśmy po Nowym Świecie chodzili, nie było problemu, a to był dom na Nowym Świecie po stronie nieparzystej między Alejami Jerozolimskimi i Chmielną, teraz ten dom już przebudowany, to już nie ten dom.

 

  • Jest pani w stanie powiedzieć, czy takie koncerty się odbywały się często?


Przypuszczam że tak, że odbywały się dosyć często. Profesor grał dopóki mógł, dopóki nie został z mieszkania wyrzucony przez Niemców, dopóki to mieszkanie w ogóle było nadające się do zamieszkania, bo burzyli Niemcy domy, burzyli.

Wracając do Powstania, bo to był krótki relaks do zapamiętania, że jest życie poza Powstaniem Warszawskim jeszcze, poza tymi walkami i odgłosami wojny.Brałam udział w zdobywaniu Poczty Głównej, przypominam sobie jak wchodziłam przez okno, tam były metalowe kraty, a na końcu szpic, ale było duże przejście nad tym i my właśnie z Reną Rostworowską przechodziłyśmy górą i buszowałyśmy po tej poczcie świeżo zdobytej, jeszcze Niemcy leżeli na podłogach, niektórzy nawet jeszcze żyli tylko już byli nieprzytomni, a większość była zabitych. Już na podwórku tej poczty stał zdobyty przez nas czołg, było to bardzo ważne.

Kilkakrotnie przechodziłam przez barykadę na Marszałkowskiej, to była niska barykada wtedy kiedy ja przez nią przechodziłam i przenosiłam jakieś płyny, podobno bardzo żrące, jakiś kwas, w takich dużych butlach, czołgając się na rękach, łokciach i kolanach, nawet podobno film był z tego mojego przejścia takich butli dużych, powiedziano mi: „Słuchaj, nie pozwól żeby ci to zestrzelili, niech w to nie trafi żaden pocisk, musisz to chronić, bo będzie po tobie jak to wybuchnie.” Z takim pożegnaniem od dawców tego, tutaj gdzieś po tej stronie, nie wiem czy to była Śliska czy Grzybowska, nie umiem sobie przypomnieć, gdzie był ten materiał, gdzie te chemiczne rzeczy przygotowywali, z takim pouczeniem, z takim optymistycznym pater noster, poszłam. Kilkakrotnie przechodziłam z tymi butlami, był to kwas do butelek zapalających jeszcze wtedy kiesy się rzucało butelki zapalające.

 

Co mnie bardzo wzruszyło w czasie Powstania – harcerze, którzy przenosili pocztę kanałami, ja wysłałam list do rodziców na Mokotów, oni dotarli tam i przynieśli mi z powrotem list od matki. Znaleźli mnie na kwaterze i dostarczyli mi list na kwaterze, tacy byli uprzejmi. Jak się zapytałam co tam słychać to, to samo tam na Mokotowie co tu słychać.

Taki większy dusz bój, większe zaangażowanie, to pamiętam przy zdobywaniu Pasty na Zielnej. Wtedy chyba nie spałam siedemdziesiąt dwie godziny, bez chwili snu. Donosiłam obładowana granaty, naboje, pociski, butelki, to wszystko się donosiło do chłopców, którzy stali w pierwszej linii. My byłyśmy z tyłu trochę zawsze, starali się chronić dziewczyny, wcale im się nie dziwie, byli zawsze Polacy dżentelmenami. Jak Niemcy wyszli, miałam bardzo nieprzyjemne przeżycie, mianowicie prowadziłam Niemców na plac Zgoda, ja miałam broń cały czas.

  • Jaką miała pani broń?


Mauzera 635, bardzo piękna broń. Ale jaki był! Grawerowana rękojeść, z wiśniowego drewna, to było cacuszko nie pistolecik.

  • Skąd pani miała tę broń?


To jeszcze z czasów okupacji od kogoś dostałam, już nie pamiętam od kogo, taka ciekawostka, miałam siedemnaście lat, ale wózek i lalka jeszcze były w domu. Chowałam tę broń pod lalkę, pod materacyk, matka tak mówi do mnie: „Słuchaj, któregoś dnia zaglądam, co jest w tym wózku, ja myślałam że lalka, a to broń leży! Czy to musi być w domu? – Mamusiu, musi. – Jak musi, to trudno.”

Nosiłam meldunki od mojego dowódcy do pułkownika ,,Leliwy’’, który miał kwaterę na Poczcie Głównej i już nie było wtedy światła, było bardzo ciemno, ale palił się Prudential. Przechodziłam koło Prudentialu i te promienie pełzające, lizające, oświetlały trupy, które leżały na gruzach, jakaś kobieta leżąca w sukience już zupełnie nie dająca oznak życia, mężczyzna, chłopiec, tam były ze trzy zwłoki oświetlone tylko płomieniami palącego się wieżowca. To było niezatarte wrażenie.

  • Proszę jeszcze powiedzieć o Niemcach, pani ich prowadziła, tak?

 

Tak, jeńców niemieckich prowadziłam.

  • Na plac Zgody?


Tak, tam ode mnie odebrano, ja nie brałam udziału ... w rozstrzeliwaniu.

  • Dużo ich było?


Prowadziłam trzech.

  • Pani wie, co się później z nimi stało?


Tak, ale nie chcę o tym mówić.

 

Został ranny kolega z mojego plutonu, Kwiatkowski Ryszard i transportowaliśmy go do szpitala na drugą stronę Alei, na róg Wspólnej, w strasznych warunkach, bo to były baraki, garaże chyba, powstawiane prycze, on na tej pryczy leżał, niestety zmarł, bo na zgorzel gazową i stale mnie pytał: „Słuchaj, czy ja będę mógł jeździć na motocyklu? – Oczywiście, że będziesz mógł! – Ale do motocykla przecież są dwie nogi potrzebne. – To się przerobi, że będzie jedna noga wystarczyła do jazdy na motocyklu. – Na pewno będę mógł? – Na pewno. – A daj rękę.” Dałam rękę i uścisnął: „No to dobrze, to będę mógł jeździć na motocyklu.”

Takie były nasze przyziemne sprawy codzienne.

Mam jeszcze taką śmieszną historię, kolega Jurek Faczyński, było bombardowanie, cały czas było bombardowanie właściwie, i on się znalazł w zasięgu jakieś bomby i kiedy opadł ten pył, to straszny pył, myśmy byli wtedy wszyscy zapyleni, upłynął jakiś czas, jest sterta gruzów i na samym czubku tych gruzów jest głowa, właśnie Faczyńskiego Jurka, kolegi z oddziału. Myślę sobie: „Wiecie co, chyba on nie żyje.” W pewnej chwili głowa odwraca się i wrzeszczy: „K... wasza mać, odkopiecie mnie czy nie?!” Wszystkie radośnie zabrali się do odkopywania, przecież żył, o to chodziło, nawet mu się niewiele stało, troszkę siniaków miał, a poza tym wyszedł z tego bez żadnego problemu.

Były i bardzo przykre widoki, otóż bardzo przyjaźniłam się z Teresą Małachowską podczas Powstania, jak ona potem wyszła za mąż nazywała się Knothe. Właśnie żona tego Knothe, jej brat również służył w batalionie „Kiliński” i został na Brackiej ranny, przeskakiwał przez bramę, a wiecie państwo, to były takie półkoliste bramy, bardzo mocno zbudowane, na nich się właściwie opierały całe fundamenty i na nich ten dom wyrastał. On przeskakiwał i niestety dopadła go kula niemiecka i następnie Niemcy sobie zrobili cel – jego klatka piersiowa, dopóki nie udało nam się go ściągnąć bosakiem na schody z tej bramy, to Niemcy w niego walili, już wiedzieli że to jest trup, ale w dalszym ciągu strzelali i za każdym pociskiem ta klatka piersiowa się robiła coraz większa, rozpierało ją od środka, widok był straszny, bo to przecież był znajomy chłopak, razem żeśmy chodzili, razem żeśmy działali.

Jeszcze miałam jedno przemiłe wspomnienie, to był ślub Beaty Branickiej, z którą również byłam zaprzyjaźniona. Ślub odbył się w pałacyku Nowy Świat 21, tam był później Urząd Stanu Cywilnego za PRL-u. Ojciec wyciągnął z piwnicy pałacyku Branickich wszystko co się tylko dało, pamiętam, była szynka konserwowa, było wino wspaniałe, był koniak, były sardynki, to były rarytasy, których się nie oglądało od początku Powstania! Ślub się odbył w kaplicy pałacykowej, wszystko odbyło się formalnie, a potem żeśmy zasiedli do tej uczty, a cóż to za wspaniała uczta była!

Weszłam do Powstania tak jak stałam przecież, byłam w bluzce, w spódnicy i w butach, gołe nogi czy skarpetki miałam. Ale wrzesień to już jest miesiąc zimny, w związku z tym poratowała mnie znowu Teresa Małachowska, która mi dała grube wełniane skarpety do kolan, a koledzy mi zgotowali szynel amerykański, ja w tym szynelu, jakąś spódnicę w międzyczasie dostałam, przecież to się w jednych rzeczach chodziło, ja się czołgałam przez barykady kilka razy i w tej samej spódnicy chodziłam potem całe dnie i tygodnie bo nic innego nie miałam. [...] jeszcze sobie bardzo na gruzach wykręciłam nogi, do dzisiejszego dnia mam problemy z nogami. [...] Ponieważ nasze dwa mieszkania zostały zburzone, no więc tak jak stałam, tak zostałam. Teraz proszę państwa trochę się zmienia sprawa, bo już nie ma batalionu „Kiliński” właściwie jest batalion „Kiliński”, ale w okrojonym składzie, nie ma porucznika Paszkowskiego Wiktora bo już niestety przeszedł na drugą stronę, to się tak mówi: „Przeszedł na drugą stronę Alei.” Na pewno się państwo z tym zetknęli. Została kompania bez dowódcy, dowódcy plutonów się bardziej trzymali i nastąpiła era porucznika Jarząbka, porucznik Lianelli. Cóż to był za cudowny człowiek, jaki on był dobry, jaki on był miły, kochany, jak dbał o te nastolaty, przecież my byłyśmy nastolatkami i on o nas dbał. Nastolatki nie są specjalnie grzeczne i potulne, nastolatki mają zawsze swoje zdanie.

Z nim patrolowałam domy na Nowym Świecie, proszę państwa, fasada tych domów to może i była dwupiętrowa ale co podwórku, a były na ogół trzy podwórka, to było wyższa zabudowa i tak trzecie podwórko to miało już sześciopiętrową zabudowę. Wszędzie były te bramy oczywiście. Nadleciały sztukasy i zbombardowały ten dom sześciopiętrowy, myśmy byli na piątym piętrze z porucznikiem Jarząbkiem i pamiętam ten ogromy huk bomb, wszystko się zaczęło walić, Jarząbek mnie wyciągnął z jakiegoś pomieszczenia na klatkę schodową, bo to było najmocniejsze zabudowanie, żeśmy po białych, marmurowych schodach walących się zlatywali w dół, wtedy zostałam ranna w głowę i byłam wtedy przysypana, z tym odłamkiem chodziłam długi czas, chyba do 1982 roku, dopiero w 1982 roku zdecydowałam się na operację wydostania z głowy tego odłamka. To było tak szczęśliwie, że drzwi od schodów zawaliły i mnie przygniotły, także ja miałam dużo luzu. Długo żeśmy leżeli, na początku to się nie oddychało, bo to przecież nieprawdopodobny pył, miał, uniemożliwiał oddychanie, z tymże Lianelli jak tylko zaczęło się bombardowanie, to od razu kazał zdjąć okulary i chustka do ust od nosa, żeby tylko nie oddychać tym pyłem takim żywym, tylko żeby był przefiltrowany przez jakąś szmatę, tak żeśmy zresztą zrobili. Po jakimś czasie ukazało pod tym łukiem bramy, bo klatka schodowa w bramie się kończyła i to nas ocaliło, gdzieś wysoko ukazało się światełko i Lianelli mówi: „Jesteśmy uratowani.” Oczywiście poleżeli żeśmy jeszcze trochę, przyszli chłopcy i odkopali nas, to trwało dwie, trzy godziny, wiem że byłam zamazana krwią i wiem, że spałam potem czterdzieści osiem godzin. Jak się położyłam w szkole Górskiego na stole bilardowym, w budach i cała w pyle białym, włosy miałam absolutnie siwe, tak czterdzieści osiem godzin przespałam. To był ten szok, który zwalczyłam snem, tak organizm jakoś sobie to ustawił. Oczywiście wróciłam do służby, w międzyczasie jeszcze zostałam odznaczona Krzyżem Walecznym za udział w tych wszystkich walkach.

 

Odbierałam żołnierzy z kanałów właśnie przy placyku Zgoda, oni wychodzili przy Boduena, [...] i tam był wylot kanałów i oni stamtąd wychodzili. W strasznym stanie byli i strasznie byli pachnący, nie można było koło nich wytrzymać, ale byli szczęśliwi, że w ogóle ujrzeli jeszcze światło dzienne.

 

  • Na czym polegało pani zadanie? Pani im pokazywała, gdzie mają się ulokować później?


Stałam nad tym włazem i krzyczałam: „Tu, tu, tu, wychodźcie.” I oni wychodzili. Ty pójdziesz tu, ty pójdziesz tu, sanitariuszki ich trochę obmywały, bo strasznie cuchnęli i dostali świeże mundury, trochę się obmyli, bo przecież wody nie było, woda była rarytasem, a wszy były okropne, no niestety były straszne wszy odzieżowe podczas Powstania, ja wyszłam z Powstania z wszami i odzieżowymi i głowowymi.

Jeszcze mój ojciec uważał, że dziewczynka powinna mieć warkocze, no więc miałam warkocze.

  • Nie ścięła ich pani?


Nie, dopiero po Powstaniu ścięłam, jak już z wszami nie mogłam sobie poradzić to ścięłam włosy i ojciec wtedy zrozumiał że to jest ze względów higieniczno-sanitarnych, a nie pięknościowych. Wtedy jakoś zgodził się na obcięcie, ale w ogóle się nie godził na obcięcie, dziewczynka musi mieć długie warkocze i koniec. [...]

  • Oprócz tego ślubu, czy pani uczestniczyła może w jakichś mszach świętych?


Oczywiście.

  • W jaki sposób one wyglądały?

 

Wyglądało to w ten sposób, że na każdym podwórko prawie był ołtarzyk, przychodził ksiądz, myśmy się zbierali o określonej godzinie, na ogół była to niedziela, siódma, ósma rano, odprawiał przy tym ołtarzyku mszę, myśmy wszyscy przystępowali do komunii, nie było żadnej spowiedzi, trwało to około godziny, też nie za długo, bo jak Niemcy nas wypatrzyli to przecież sztukasy od razu przylatywały i bombardowali. A sztukasy były bardzo nieprzyjemne, to były te pikujące, z takim świstem, to już wiadomo było, jak ten sztukas leci to się aż człowiek zwijał „Boże! Żeby dalej poleciał, Boże żeby nie rzucał bomb.” Ale zrzucał i nic nie mogliśmy zrobić. To było co tydzień, następnie były pogrzeby przecież, myśmy grzebali swoich zabitych, księża też uczestniczyli w pogrzebach, te pogrzeby odbywały się na podwórkach, kopało się grób i był pogrzeb, ksiądz poświęcił trumnę, z tym że my jeszcze na tej mszy dostawali wszyscy zbiorową absolucję, odpuszczano nam grzechy, nie musieliśmy się spowiadać.

  • Jak pani wspomina księży, pamięta pani może nazwiska jakichś księży?


Nie, zupełnie nie. Muszę powiedzieć że nawet nie pamiętam tego księdza, który dawał ślub Beacie Branickiej-Rybińskiej. Niestety, księża byli tylko od mszy, od dawania rozgrzeszenia, od komunii świętej, ale już na naszym odcinku, od Królewskiej do Alei Jerozolimskich, Marszałkowska, Nowy Świat, nie było żadnej świątyni przecież, dlatego msze się odbywały na podwórkach, tam gdzie koledzy mieli dostęp odbywały się w kościołach, dopóki Niemcy nie zbombardowali, ale my mieliśmy to na podwórkach. Zresztą bardzo dobrze wspominam te msze i homilie krótkie, nie tak jak teraz, to były krótkie, podnoszące nieraz do boju, do działania, do obrony, przecież byliśmy obrońcami.

Proszę państwa, jeszcze taką ciekawostkę powiem, otóż

ja dużo chodziłam piwnicami, między piwnicami sąsiednich domów były wybite dziury, chodziłam przez te dziury, z piwnicy jednego domu do piwnicy drugiego domu. Te dziury nie były duże, dla grubasów nie było miejsca, ale nastolaty się jakoś przedostawały i wtedy nas ludność cywilna, która siedziała w tym piwnicach, bo siedzieli po piwnicach ci biedni ludzie, pytali: „Kiedy to się skończy? Czy my zwyciężymy, kiedy to się skończy?” Ja mówiłam: „Oczywiście, że zwyciężymy, naturalnie.” Byłam przeświadczona że zwyciężymy, a kiedy się skończy? Lada dzień.

  • A czy oni to mówili z czasem z jakimś wyrzutem już pod koniec?


Ja nie odczułam żeby do mnie mówili z wyrzutem, bo trudno do siedemnastolatki mieć pretensje za to że bierze udział w Powstaniu Warszawskim. Może mieli pretensje do dowódców, do tych, którzy zarządzili Powstanie. Spotkałam się ale to raczej na ulicy a nie w piwnicach jak przechodziłam z meldunkami: „Co wy zrobiliście? O co wam chodzi? Zobaczcie jaka jest Warszawa, gruzy zostały. Co wyście z Warszawy zrobili?” Ja się nie poczuwałam do odpowiedzialności za to co zrobiono z Warszawą, mogli się czuć odpowiedzialni tylko dowódcy, którzy o tym zadecydowali, ja nie decydowałam o tym. Także, były takie głosy, ale to były pojedyncze głosy, z tymże bardzo przykre.



  • Jak pani koledzy i koleżanki przyjęli kapitulację?

 

Przyjęliśmy z całkowitym spokojem i zwaliliśmy raczej winę na wschodnich sąsiadów, że to przez nich kapitulujemy, przecież oni byli już na prawym brzegu Wisły, przecież to było tak trudno nam podać rękę? Nie, nie chcieli po prostu, a Berling, który robił desant na Sadybę, no to było zupełne nieporozumienie a nie desant wojskowy. To była bzdura, to co on zrobił, to wysłał na śmierć tych żołnierzy na przeprawę i oni wszyscy prawie zostali zabici, przez Wisłę kazać im płynąć, a Niemcy stoją na mostach i strzelają, jak do kaczek strzelali. Zresztą tak samo jak koledzy, ci którzy uciekali na drugą stronę Wisły z Czerniakowa, też byli stale pod ostrzałem, tak że tak myśmy to wtedy rozumieli i tak nam to trochę tłumaczono.

Prowadziłam łącznika radzieckiego, dali mi go chyba gdzieś przy Placu Trzech Krzyży, a musiałam go doprowadzić do ,,Radwana’’, nie można mi było z nim rozmawiać, powiedziano mi: „Nie wolno ci z nim rozmawiać.” Nie rozmawiałam, tylko go na muszce trzymałam cały czas, [...] też przez piwnice i dziury w murach go prowadziłam. Całe ciągi komunikacyjne były przez piwnice zrobione.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, czy spotkała pani w czasie Powstania jeszcze jakichś ludzi innych narodowości, którzy walczyli z państwem, jacyś Węgrzy, Słowacy może?


Nie, nikogo nie spotkałam, w Śródmieściu, w mojej jednostce nie było ich. Może byli gdzie indziej, nie wiem. Tak samo nie wiem co się stało z tym radzieckim łącznikiem.

  • A skąd go pani prowadziła?


Z Placu trzech Krzyży, ktoś mi go doręczył, że tak powiem, przekazał i ja go doprowadziłam na kwaterę.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, co się z panią stało jak pani wyszła z Warszawy? Czy opuściła pani miasto z ludnością cywilną czy z odziałem ?

 

Wyszłam razem z Teresą Małachowską, miałam przez Lianelliego zaszyte w barkach świeży granat niemiecki jaki wypuścili, instrukcję obsługi granatu niemieckiego i miałam wyjść z ludnością cywilną tak samo jak Teresa i dostarczyć to naszym oddziałom na kielecczyźnie i tak zrobiłam, z tym że myśmy wyszły z ludnością cywilną, ale żeśmy się natychmiast urwały z całej tej kolumny, uciekłyśmy w konopie, a potem żeśmy trafiły na pole pomidorów. Między pomidorami, w dołkach rosła cebulka... No, jak żeśmy się dorwały do tej cebuli i pomidorów! Nieważne, że soli nie było, przecież nie widziało się dwa miesiące jarzyn i owoców, trochę się oczyściło tą cebulę... pierwszy raz ugryzłam – była czerwona, wyszłam ze szkorbutem po prostu, była czerwona cebula od krwi. Byłyśmy zaopatrzone w alkohol dla Niemców, bo musiałyśmy się przedrzeć przez kordon niemiecki wokół Warszawy, nie mogłyśmy iść z ludnością cywilną, absolutnie nie mogłyśmy się dostać do Pruszkowa. Przez kordon niemiecki musiałyśmy przejść i żeśmy wyszły na działo kolejowe, które stało gdzieś koło Włoch. We Włochach to już ktoś był ze znajomych, można było sobie do nich się udać i coś zjeść, ale było to działo kolejowe. Zobaczyli nas ci, którzy przy tym dziale kolejowym stali: „Chodźcie, chodźcie.” No to my idziemy. Ja znałam wtedy dosyć dobrze niemiecki, potem zapomniałam, Teresa zresztą też i myśmy zaczęły z nimi po niemiecku rozmawiać. Wyciągnęłyśmy wódkę no to Niemcy się rozprężyli, widzą dwie nastolaty, co takie dwie nastolatki, dziewczyny mogą zrobić im, wielkim, niemieckim żołnierzom. Nic przecież. W ten sposób przepuścili nas dalej i tylko o to nam chodziło, nikt z Polaków nam nie pomógł, nikt. Tam żeśmy zaszły do jakiejś chaty, przecież byłyśmy głodne po prostu, to nam powiedzieli że możemy najwyżej ze świniami się przespać, w chlewie, a tak to nie; „Idźcie dalej, tu dla was nic nie ma.” Na ogół tak było, nikt nam nic nie pomógł. Dotarłyśmy do znajomych, którzy z najlepszej chęci powiedzieli: „Wy jesteście wygłodzone przez sześćdziesiąt parę dni to my wam damy kaszkę.” Ja na dźwięk kaszki myślałam że się skręcę ze wściekłości, cały czas tą plujkę się jadło, ta kasza była tragiczna do jedzenia. Raz w kaszy zobaczyłam kawałeczek mięsa, więc zwracam się do tych co gotowali: „Słuchajcie, co to jest? – Jedz, gołąbki. – To mi na gołąbki nie wygląda.” Okazało się że to były koty, psy, gołębie, wszystkie żeśmy zjedli z Śródmieścia, nie było mięsa innego. Muszę nawet powiedzieć, że najlepsze to były koty, jak cielęcinka. Ale więcej bym nie wzięła do ust kota, ani pieska też. Psy uważam za swoich największych przyjaciół.

  • Pani ze swoją koleżanką Teresą w końcu dotarła na Kielecczyznę ?


Dotarłyśmy, tak, w końcu w Radomiu do jej wujka dotarłyśmy, do tego pałacu Małachowskich w Radomiu i tam żeśmy się rozdzieliły, ona została u wujka, a ja pojechałam do Końskich, szukać kontaktu do kieleckich oddziałów, przez kuzyna znalazłam ten kontakt, bo kuzyn był w kieleckiej partyzantce, oddałam te papiery, które miałam, konkretnie to była obsługa nowego, świeżo wypuszczonego granatu niemieckiego.



  • Pani właśnie od pułkownika ,,Radwana’’ dostała te papiery?


Tak. To dostarczyłam jemu, on oddał to dowódcy i spełniłam tak swoje zadanie.

  • Pani została tam do końca wojny?


Zostałam do końca wojny w Końskich, tam potem była moja matka, tak że razem żeśmy razem rodzinnie do końca wojny spędzili czas.

  • Czy miała pani jakieś problemy w Polsce Ludowej z tego powodu, że była pani w Armii Krajowej?

 

Przez pewien czas miałam, nie chcieli mnie przyjąć na studia, zdałam maturę, złożyłam normalnie papiery, Uniwersytet Warszawski, wydział lekarski, bo tak wtedy było. Nie przyjęli mnie, zdałam egzamin bardzo dobrze, ale nie przyjęli. Przez znajomości, ruszyła moja starszyzna męska do boju, ojciec, wujek, kto tam był, ruszyli do boju i przyjęli mnie w końcu, bo egzamin miałam zdany, a nie przyjęli mnie bo.W końcu jak dotarliśmy do profesora Czubalskiego, dziekana wydziału lekarskiego to on mi powiedział: „Przecież pani jest z AK to pani musi studiować.” Ale to powiedział cichutko do ucha, jak już byłam przyjęta.


  • Później w pracy też miała pani jakieś problemy ?


Nie, w pracy nie, co lekarz, mój Boże, leczyłam ludzi, nie politykowałam, tylko leczyłam ludzi. Mimo że z moim mężem miałam problemy, jeśli z kimś miałam problemy, to z mężem.

  • To znaczy, że pani mąż też był w Powstaniu?


Nie był, mój mąż uwierzył w PRL. Bardzo krótko wierzył, potem przestał wierzyć, przyznał mi, że mam rację, ja a nie on, ale co było to było, jakie były tarcia, to były tarcia.

  • Jeszcze jakby pani już po latach mogła powiedzieć coś o Powstaniu?


Z boku?

  • Tak.


O Powstaniu z boku. Szalenie bohaterska, naiwna młodzież, niedoinformowana. My byliśmy niedoinformowani. To, co ja wiem teraz to jest absolutnie co innego, co ja wiedziałam kiedyś. Przecież ten, który podpisywał akt kapitulacji nawet nie był w wojskowym mundurze, tylko po cywilnemu w kapelusiku. No na litość Boską! Bardzo mi się to nie podobało zresztą, jego fotografie były i po cywilnemu. Mnie się wydawało, że kapitulację powinien podpisywać wojskowy, ale on się ubrał po cywilnemu. Były od początku rzeczy, które się nie podobały. Nie podobał się stosunek do dziewczyn różnych naszych dowódców, którzy sobie brali dziewczyny, nie podobał się nieraz stosunek dowódców do żołnierzy, ale to były inne warunki, miejskie warunki. Proszę państwa, przecież nikogo nie było, kto by umiał prowadzić walkę w mieście, byli przeszkoleni do walk w okopach, wodzie, na lądzie, ewentualnie w powietrzu, ale nigdy w murach miejskich, to w ogóle nie wchodziło w rachubę i dlatego ci dowódcy się czasami gubili, bo kto umiał walczyć w murach – nikt. My nie byliśmy przygotowani na walkę, dwumiesięczną, w murach Warszawy. I potem jeszcze te straszne burzenie Warszawy, to było dla nas okropne, pomijając fakt, że się wyszło jak się stało, zostały zburzone obydwa nasze mieszkania, nic nie miałam i gdyby nie rodzina, która mi palto sprezentowała na zimę, to bym musiała chodzić w tym szynelu amerykańskim całą zimę. Przecież nie było pracy po Powstaniu, niczego nie było, człowiek tak jak stał, tak wyszedł z wszami.

Warszawa, 5 kwietnia 2006 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Czoch
Barbara Zapałowska Pseudonim: „Basia” Stopień: łączniczka, starszy sierżant Formacja: batalion „Kiliński” Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter