Nazywam się Zbigniew Klenowicz, pseudonim Zew, pluton 228 na Żoliborzu, rocznik urodzenia 1930.
Urodziłem się w Warszawie, chrzczony na placu Zbawiciela.
Mój ojciec był prawnikiem, [absolwentem] Uniwersytetu Lwowskiego, mama była pracowniczką sądu lwowskiego. Ojciec był legionistą, mama była obrończynią Lwowa.
Trudno mi powiedzieć, bo nie wiem. Myślę, że przenieśli się do Warszawy dlatego, że ojciec dostał posadę w warszawskim Urzędzie Wojewódzkim. Dlatego urodziłem się w Warszawie.
Przed wojną po legionach ojciec był wicestarostą w kilku miastach, natomiast w 1939 roku był wicestarostą w Opocznie, w województwie kieleckim.
Gdy wybuchła wojna, ojciec ewakuował nas do Lwowa, gdzie mieliśmy swoją rodzinę. Ta ewakuacja była bardzo utrudniona.
Na początku września. Mianowicie początkowo podróżowaliśmy samochodem, później wojsko zarekwirowało nam samochód, więc trzeba było jakoś organizować transport. Nie bardzo pamiętam, czy to były tylko furki, czy był jeszcze pociąg. W każdym razie w rezultacie wylądowaliśmy we Lwowie u naszej rodziny.
Tak, ale przyznam, że nie pamiętam szczegółów tej podróży. To co utkwi w pamięci, to są wydarzenia jakieś bardziej, że tak powiem, wpływające na psychikę. Najbardziej ze Lwowa pamiętam, to było 17 września, kiedy Rosjanie wkroczyli na tereny polskie. I to co pamiętam, to co widziałem ze wzgórza, na którym stał dom mojej rodziny, gdzie przed nami rozpościerały się pola: widziałem polskich żołnierzy uciekających, a za nimi goniących ich bolszewików. Tak więc taki obraz pozostał w pamięci.
No tak. No, z jednej strony zrozumieliśmy, że zaatakowała nas jedna wielka potęga, za chwilę druga potęga, więc można było sobie wyobrazić, że przed nami jest okres jednak ciężki, że będzie to okres ciężki.
Tak. Po jakimś czasie dołączył do nas ojciec i jakiś czas mieszkaliśmy (to chyba nie był długi czas) we Lwowie, na Łyczakowie, dzielnica Łyczaków, ale ponieważ widać było, że sytuacja się bardzo pogarsza, że zaczynają się wywózki, moi rodzice zdecydowali powrócić już wtedy do tak zwanej Generalnej Guberni. No i przekroczyliśmy granicę pomiędzy już wtedy dwoma mocarstwami okupacyjnymi.
Szczegółów nie pamiętam, nie. Zamieszkaliśmy wtedy w Warszawie, na Dolnym Żoliborzu. Pamiętam, że to była bardzo ciężka zima.
Nie, nie, byłem w Opocznie 1 września.
Proszę pani, pamiętam tylko, że 1 września był bardzo pogodnym dniem. Na niebie zobaczyliśmy eskadry samolotów. Jak to dzieci, myśleliśmy: fajnie, nasze samoloty są. To się okazało, że to już byli Niemcy, którzy latali na Warszawę przede wszystkim. Tak że w tym czasie nie było jeszcze żadnych większych walk w małym mieście.
Nie, nie, myśmy wrócili, no nie pamiętam kiedy, to była albo późna jesień, albo początek następnego roku, kiedy zima była bardzo ostra. Resztki pieniędzy były już tylko. Wynajęliśmy pokój, bardzo zimny pokój, zaczęły się trudności, kończyło się jedzenie, pieniądze i mój tata wybrał się do miasta w poszukiwaniu po prostu jakiegoś zajęcia, pracy. Założył wtedy (nie wiem, jak to się stało) takie pośrednictwo sprzedaży wyrobów metalowych i dzięki temu nie powodziło nam się tak bardzo źle. Tak że po pewnym czasie przenieśliśmy się z Dolnego Żoliborza na ulicę Krasińskiego, jedną z głównych ulic Żoliborza, i tam mieszkaliśmy jakiś czas, dłuższy czas. Jednak była sytuacja, która zmusiła nas do przeprowadzki. Była to taka sytuacja, że późnym wieczorem odwiedziła nas znajoma mamy, z pochodzenia Żydówka, która była śledzona. I w momencie jak ona była w naszym mieszkaniu, wszedł człowiek, który zażądał po prostu okupu. Rodzice zdawali sobie sprawę, że to się nie kończy na jednorazowym akcie, że to się będzie powtarzało, więc zdecydowali wynieść się możliwie szybko, przenieść się do mieszkania wynajętego na Dolnym Żoliborzu, na ulicy Koźmiana, róg Promyka, w willi. Zrobili to dosyć szybko i w tym sensie tajemniczo, żeby nie pozostawiać po sobie śladów. No i do Powstania tam mieszkaliśmy, nie było powtórzenia tego [incydentu].
Nic na ten temat nie wiem, bo sytuacja była taka, że już nie mogła zostać u nas, chociaż to było blisko godziny policyjnej, no i w porozumieniu z rodzicami ona gdzieś wyszła. Nie wiem, co się później stało.
Ja myślę, że to było bardzo szybko. Zacząłem chodzić do trzeciej już, zdaje się, klasy. Najpierw [uczyłem się] w jednej szkole, później [chodziłem] do kolejnej szkoły, na ulicy Śmiałej chyba, gdzie były wyższe klasy. Nauka skończyła się na szkole powszechnej, ponieważ gimnazja były zabronione, w ogóle nie istniały. Jednakże życie w Polsce było zorganizowane bardzo dobrze, życie takie podziemne, powiedziałbym. Tak że zacząłem chodzić na komplety, które były prowadzone w mieszkaniach przeważnie u tych uczących się u nas. Tak że codziennie byliśmy w innym mieszkaniu, u innego ucznia, gdzie przychodził profesor i tę małą grupkę uczył; mniej więcej pięciu, sześciu. Nauczał, prowadził normalne lekcje z różnych przedmiotów.
Było to z pewnością atrakcyjne, bo co innego jest po kryjomu, w niebezpieczeństwie, odbywać lekcje w małej grupie niż w normalnej klasie, swobodzie pełnej. Z pewnością było to atrakcyjne. Za każdym razem w innym miejscu. Trzeba było dosyć dyskretnie tam się dostawać do tych mieszkań, podobnie wychodzić z tych mieszkań. No i to co pamiętam z tego czasu, z roku 1943, to jest mój powrót z jednej z lekcji na Starym Mieście w Warszawie, kiedy przejeżdżałem tramwajem przez ulicę Bonifraterską, wzdłuż murów getta i w tym momencie w getcie zaczęło się powstanie, zaczęła się strzelanina. Więc byłem świadkiem, prawda, tego zdarzenia, gdzie przyszedłem do domu i powiedziałem: „Słuchajcie, w getcie zaczęło się powstanie” czy likwidacja, wtedy nic nie wiedzieliśmy na ten temat.
No nie. Przejeżdżałem wzdłuż głównej bramy, widziałem żandarmów niemieckich tam stojących. To były wysokie mury, kilkumetrowe. Na wierzchu muru były szkła, żeby nie można było tamtędy przekroczyć. No, zdawaliśmy sobie sprawę, że oni są w znacznie większym niebezpieczeństwie, aniżeli my byliśmy w tym czasie. Przed uruchomieniem getta na ulicach pojawiali się Żydzi z opaskami, z gwiazdą Dawida, no więc stopniowo widać było, że będzie dochodziło do ograniczenia ich wolności. To było przed uruchomieniem getta na ulicach warszawskich.
Nie pamiętam, jak było przed wojną, w czasie wojny nie.
Życie toczyło się względnie normalnie, bym powiedział, stale ze świadomością, że jesteśmy pod okupacją. Dlaczego normalnie? No bo na przykład mieszkałem w pobliżu takiego dosyć dzikiego parku na Dolnym Żoliborzu, gdzie się odbywały mecze piłki nożnej dosyć regularnie, z sędzią, prawda. Było to interesujące. Ja miałem niewiele lat w tym czasie, kilkunastoletni chłopak. Naśladowaliśmy tych piłkarzy, więc utworzyliśmy również taką drużynę piłkarską. Co prawda nie były to drużyny jedenastoosobowe, ale składające się z siedmiu graczy, no i prowadziliśmy rozgrywki z różnymi drużynami z terenu Warszawy, nie tylko z terenów Żoliborza. Drużyna nazywała się Wisełka, ja byłem akurat kapitanem drużyny.
Nie, nie, takich luksusów już nie było.
Było to takie naturalne, prawda. Chłopcy się zwołali i grali sobie w piłkę.
No, graliśmy do Powstania, tak. To znaczy ten spokój był pozorny, ten spokój, który był, prawda. Ojciec pracował, ja chodziłem do szkoły. Mam brata młodszego o ponad cztery lata, który był w domu.
Bogusław. Ale pamiętam, że pewnego dnia przyszli do nas Niemcy do mieszkania, była bardzo szczegółowa rewizja w mieszkaniu – to się mogło zdarzyć w każdej chwili, więc zawsze ta atmosfera była. Poza tym kiedy się jeździło do miasta, widziało się ogłoszenia o rozstrzeliwaniach. Za byle co setki Polaków było rozstrzeliwanych. Ich nazwiska były wymienione na ogłoszeniach, kto został rozstrzelany. Wiadomo było, że są to niewinni ludzie, którzy za jakieś przypadkowe przewinienie czy celowe przewinienie w stosunku do okupanta stracili życie. Więc z jednej strony było to niby życie normalne, a z drugiej strony trzeba pamiętać, że jednak stale była ta atmosfera okupacji.
No nie. Natomiast łapanki były, rewizje, łapanki były niemalże codziennie.
Nie, nie. Ojciec, będąc i przedwojennym wicestarostą, i oficerem Wojska Polskiego, ukrywał się po prostu. Ale nie doszło do tego, że został wciągnięty gdzieś do konspiracji.
Proszę pani, w 1943 roku na wiosnę, kiedy spotykałem się z jednym z kolegów, nazwiskiem Jerzy Mayer, w celu budowania jakichś drobnych elementów meblowych (no, taka zabawa budowania krzesełek czy taboretów z drewna), był u niego o dwa lata starszy chłopak i wtedy oni mnie zapytali, czy ja bym nie chciał należeć do konspiracyjnego harcerstwa. Ja się szybko zgodziłem, ponieważ jak powiedziałem, była pewna tradycja patriotyczna w domu, w rodzinie. I w krótkim czasie zostałem zastępowym w tej drużynie. Była to drużyna imienia Warneńczyka, numer 600, na Żoliborzu. Było to wszystko w pełnej konspiracji, tak że ja znałem jedynie drużynowego, Stanisława Śliwińskiego, wszyscy mieli pseudonimy. Staszek miał pseudonim Śliwa, Jerzy Mayer, „Jerry”. Organizowałem powoli zastęp z kilku chłopaków. Ten zastęp się rozrastał i członkowie zastępu zostawali zastępowymi i w ten sposób utworzyliśmy drużynę, nie wiem, kilkunastu może chłopców, harcerzy.
Nie wiem nawet, czy było coś takiego. Konspiracja była zupełna. Mianowicie nie znaliśmy innych drużyn, nie wiedzieliśmy, czy ktoś należy, czy nie należy, nie chwaliliśmy się oczywiście tym, że jesteśmy powiązani w konspiracji.
Tak.
Harcerstwo, zwane wtedy „Mafekingiem”, na Żoliborzu było organizacją dobrze rozbudowaną, dobrze zorganizowaną, gdzie prowadzone były zajęcia przygotowujące do ewentualnego starcia z nieprzyjacielem nawet, chociaż byliśmy małymi chłopcami, trzynasto-czternastoletnimi. Między innymi zostałem wytypowany na kurs motoryzacyjny, gdzie pamiętam, że byłem dwukrotnie w jakimś prywatnym mieszkaniu przy ulicy Mickiewicza na Żoliborzu. Była mowa o tym, że będziemy uczyli się prowadzenia czołgów, jednak to były tylko dwa spotkania i później ten kurs został zaniechany, oczywiście nie wiem, z jakich powodów. Informacje, które docierały do nas, były nijakie. Nic nie wiedzieliśmy, oprócz tego, że była ta drużyna, że mieliśmy swoje zajęcia, że jeździliśmy do lasu, że mieliśmy malować na murach znak Polski Walczącej. Na murach malowaliśmy napisy „Tylko świnie siedzą w kinie”. A to było ze względu na to, że kina opłacały niemieckiego okupanta, więc tendencja była, żeby do kina w ogóle nie chodzić i nigdy w życiu w czasie okupacji w kinie nie byłem.
Były różne akcje prowadzone. Te, które pamiętam, to robiliśmy plan Instytutu Chemicznego na Żoliborzu, obchodząc ten instytut wokół, licząc kroki (wtedy nie dysponowaliśmy żadnymi mapami). Pisaliśmy, co można w takim raporcie, prawda – tyle widzimy zza ogrodzenia, że są takie budynki, takie są odległości, takie ulice i tak dalej. Więc, tego rodzaju plany były przygotowywane. Myśmy wykonywali, oddawaliśmy te plany. Zawsze oddawało się przełożonemu, po prostu. Co dalej? Nic nie wiem. Raz była sytuacja, że mieliśmy wspólną zbiórkę z drużyną z Bielan na polach bielańskich. Tak że pamiętam, że gdzieś niemalże o zmroku spotkaliśmy się, była druga drużyna, przedstawiliśmy się, powiedzieliśmy: „Czuwaj”, no i rozeszliśmy się. Tak że nic więcej nie było. Ale z tego czasu zapamiętałem przybocznego, z którym się później spotkałem na [Wybrzeżu, w Sopocie].
No już do dzisiaj to nie, ale oczywiście tak, byliśmy tacy, no, serdeczni względem siebie. Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska, w każdym razie kolega był później profesorem elektroniki i dziekanem Wydziału Elektroniki na Politechnice Gdańskiej, […] Krzysztof Grabowski.
No, rodzice wiedzieli, tak. Nie dało się ukryć, kiedy z kolegą zza płotu, który należał do innej drużyny harcerskiej, budowaliśmy łódź żaglową, żeby korzystać z niej na Wiśle. To był jedyny chłopak, o którym wiedziałem, że należy do harcerstwa spoza naszej drużyny.
Zbudowaliśmy tę łódź, zwodowaliśmy na wiosnę 1944 roku, trochę popływaliśmy na Wiśle, raz tam przewróciłem się z tą łodzią. Pamiętam, jak zmoczony kompletnie wracałem do domu w dniu, kiedy nie było za ciepło. No więc takie były dziecięce, a trochę może młodzieżowe przygody. Posługiwaliśmy się planami łódek, które budowali skauci w tym czasie. Kiedyś chyba mój kolega zdobył taki plan i to co jeszcze było oryginalne i co pamiętam, to przyniósł prześcieradło, z którego zrobiliśmy żagiel.
To była żaglówka, tak. Chłopak, który mieszkał ze swoją ciotką, chyba nie miał najlepszych możliwości finansowych w tym czasie, tak że po prostu ukradł to prześcieradło. Chłopiec, z którym później widziałem się, zarówno w czasie Powstania, jak i po wojnie, nazywał się Janek Kępiński, był trochę garbaty. Bardzo, bardzo waleczny. Może wspomnę o kilku kolegach z drużyny.
Również prawie że przez płot mieszkał Piotrek Guirard, z którym bawiliśmy się w ołowianych żołnierzyków. Mieliśmy swoje państwa, był świat wyznaczony na mapach, były wojny również. Piotr Guirard był zastępowym później. Był w czasie Powstania do ostatniego dnia z dowódcą, podpułkownikiem „Żywicielem” na Żoliborzu. Myśmy się rozstali w ostatnich dwóch dniach. Później miał różne kłopoty polityczne, w rezultacie jednak skończył architekturę na Politechnice Warszawskiej i był architektem. Wyemigrował, był architektem w Paryżu, już nie żyje od paru lat. Kolejny kolega, Bogdan Kołodziejski, niezwykle dzielny chłopak, o którym chodziły takie opowiadania, że aby hartować wolę, to przekroił bochenek chleba, tam wsadził bibułę tak zwaną, czyli nielegalne wydawnictwa, i szedł tam, gdzie była łapanka niemiecka. No, że chłopak z chlebem pod pachą, prawda… Myślę, że w tym może być dużo prawdy, chociaż nigdy nie weryfikowałem tych opowiadań. Ale z pewnością był bardzo dzielny, ponieważ był jednym z łączników, który przeszedł z Żoliborza na Starówkę.
Bogdan przeżył Powstanie. Był na Starówce, był łącznikiem u generała „Montera”, a po wojnie odwiedzał mnie na Wybrzeżu, chyba nawet mieszkał trochę. W ogóle najpierw trafił do obozu jenieckiego, ze Starówki. Nie wrócił już na Żolibórz, a po wojnie był redaktorem Telewizji Polskiej z Kopenhagi i takim dziennikarzem-podróżnikiem.
Bogdan Kołodziejski zmarł jakieś dwa lata temu. Jeszcze widzieliśmy się na poprzednim zjeździe, siedemdziesięciolecia po Powstaniu, byliśmy razem na Powązkach. Przyjaźniliśmy się, można powiedzieć. Kolejny, „Sławek” Szymkiewicz, lekarz. Wtedy również „Sławek” pochodził z mojego zastępu, ale został zastępowym, do ostatniego dnia był z podpułkownikiem „Żywicielem” razem z Piotrkiem Guirardem. „Sławek” po wojnie był dyrektorem szpitala dziecięcego. Tak że ze „Sławkiem” spotykaliśmy się. „Sławek” Szymkiewicz jeszcze żyje, niemniej jest w niedobrym stanie, już nie wychodzi z domu, mieszka w Warszawie.
Zaraz wszystko opowiem. Kiedy Niemcy ewakuowali się przez Warszawę, przechodziły transporty niemieckie, przejeżdżały samochody, przejeżdżały czołgi, przyjeżdżały furki, przejeżdżali na rowerze pojedynczo. Myśmy mieli za zadanie rejestrować ilości przejeżdżających pojazdów, nawet może, kiedy się udało, ilość przechodzących jednostek. Pamiętam z tego okresu, że próbowałem przekupić jakiegoś starego Niemca butelką wódki. Myślałem, że on da mi karabin. Więc ta młodzież nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wiedziała, że Niemcy chylą się ku upadkowi, i byliśmy coraz odważniejsi. Między innymi pamiętam, że stał czołg niemiecki przy ulicy Krasińskich. Ja temu czołgowi przykleiłem nalepkę, na której byli pokazani wrogowie polscy. Z jednej strony coś tam było niedobrego na temat Niemców i na temat bolszewików. No to przykleiłem na tym czołgu, na „Panterze”, taką naklejkę. Raz zrobiłem taki… Zachowywałem się dziwnie, prawda, może bez rozumu, bo przejeżdżał na rowerze Niemiec, wycofujący się wyraźnie, z plecakiem, gdzie panterkę, płachtę taką, panterkę miał przyczepioną na bagażniku tylnym. Ja wyrwałem mu tę panterkę i uciekłem. Niemiec przewrócił się, popatrzył w moim kierunku, też był starszy, nie strzelał, więc jakoś to się udało, ale w sumie to nie miało większego sensu.
Natomiast jeśli chodzi o sam wybuch Powstania, decyzją dowództwa harcerze nie byli zawiadamiani wcześniej o godzinie „W”, czyli o tym, że Powstanie ma wybuchnąć o godzinie siedemnastej w Warszawie. Tak że z góry nie wiedzieliśmy. Natomiast była taka sytuacja, że ja wracałem gdzieś na Żoliborzu do domu, z Górnego Żoliborza do Dolnego Żoliborza, i po drodze, około godziny trzynastej albo czternastej, zobaczyłem trzech rosłych chłopaków z opaskami i z pistoletami maszynowymi. Więc serce podeszło do gardła, pobiegłem do domu i mówię: „Mama, zaczęło się”. Na Żoliborzu rzeczywiście Powstanie zaczęło się trochę wcześniej przez przypadek. Były już strzelaniny, ale nie mieliśmy żadnej informacji, czy mamy się gdzieś zgłaszać, czy nie, jednak wieczorem przyszedł do mnie ktoś z łączników, ktoś może z kolegów nawet, nie pamiętam, no i zawiadomił, że powinniśmy się spotkać w szkole przy ulicy Czarnieckiego. To było już bardzo późno. Ja rozmawiałem z matką. Tłumaczyłem mamie, że [skoro sama] brała udział w obronie Lwowa, powinna wyrazić zgodę, żebym ja się udał do oddziału, no i mama się zgodziła. Taty wtedy nie było, bo ojciec był w Śródmieściu i został po prostu odcięty od nas. Poszedłem do szkoły na Czarnieckiego, ale już tam nikogo nie było. W nocy tego dnia wszystkie oddziały żoliborskie zostały z Żoliborza wycofane, a ci koledzy, którzy może byli wcześniej zawiadomieni, wcześniej zgromadzili się, zostali wypuszczeni przez drużynowego do domów.
Oddziały żoliborskie wróciły po dwóch dniach. Kiedy się o tym dowiedziałem, pobiegłem na plac Wilsona, gdzie właściwie byli wszyscy, no i tam nawiązałem kontakt. Dostałem opaskę z napisem „Mafeking”, biało-czerwoną i już zostaliśmy ukształtowani jako pewnego rodzaju drużyna. Nie była to typowa nasza drużyna, tylko ci, który przyszli. To było początkowo, zdaje się, ośmiu chłopców, później było to dziesięciu chłopców. Dostaliśmy kwaterę przy ulicy Suzina, mieszkanie dwupokojowe. To się tak rozwijało, że sytuacje były bardzo zmienne. Pamiętam odprawy u dowódcy plutonu 228, porucznika „Słuchawki”, który nam powiedział, co będziemy robić. Głównie chodziło o to, że będziemy przenosić meldunki, prawda. Co prawda telefony działały, ale telefony były na podsłuchu, więc trzeba było bezpośrednio wykorzystywać harcerzy do przenoszenia meldunków. Poczty polowej na Żoliborzu nie było, ponieważ tych harcerzy było stosunkowo mało, była tylko ta mała grupa. Zakwaterowanie było bardzo blisko, parę kroków od sztabu, który znajdował się na ulicy Krasińskiego, i głównie obsługiwaliśmy sztab, w tym sensie, że kilku chłopców zawsze było tam na miejscu i było do dyspozycji pułkownika i jego oficerów. Na początku zaraz wyszedł pułkownik „Żywiciel”, ustawiono nas w szeregu, zapytał: „Który z was by poszedł na Starówkę z meldunkiem?”. Przyznam, że chwilę się zastanawiałem, czy, prawda… Nie znam trochę terenu oprócz głównych ulic, ale to trwało moment, kiedy wyskoczył najmniejszy z nas, ale nie najmłodszy, najmniejszy, Marek Wallmoden. Powiedział: „Ja znam ten teren, znam przejścia koło Cytadeli, ja pójdę”. No i w dwójkę poszli na Starówkę, a później go odbierałem.
Jeszcze ktoś z meldunkiem, nie wiem, został dołączony i obaj przeszli. I ja go odbierałem później, nie wiem, wydaje mi się, we wrześniu, jak wychodził z kanałów z jednym z generałów. Zdaje mi się, generał Pełczyński był wtedy razem z nim.
On był na Starym Mieście, ale wrócił na Żolibórz kanałami, Marek. Natomiast ten Bogdan Kołodziejski, o którym mówiłem, został wysłany jakoś wcześniej główną trasą nad Dworcem Gdańskim, nad torami i on też przeszedł na Starówkę z meldunkiem zaszytym w ubraniu. Zaczepił go stary Niemiec, który stał na warcie, pytał się, gdzie idzie. Jakoś tam Bogdan mu wytłumaczył, że idzie do matki, która była na Starówce, no i kiedy schodził na dół, już z tego mostu, który tam jest nad torami, ten Niemiec strzelił. Ale albo nie chciał trafić, albo tylko chciał podkreślić, że on tam pilnuje. W każdym razie nic Bogdanowi się nie stało i przeżył na Starówce.
Myśmy byli właściwie chłopcami od łączności, ale ponieważ potrzeby były bardzo różne, to i robiliśmy różne rzeczy. Więc między innymi ja zostałem wyznaczony na nocną wartę w przejściu, gdzieś tam na osiedlu, przy ulicy Suzina, gdzie dostałem hasło, dostałem granat własnej produkcji, tak zwaną filipinkę, no i stałem na warcie. Dostałem hasło, odzew i miałem przepuszczać albo nie przepuszczać. Nie wyobrażam sobie, jakbym zareagował z tą „filipinką”. W każdym razie była to budka strażnicza, była ciemna noc. Ja mam ten granat, w którym łyżka, którą mam oderwać, żeby granat wybuchnął, była słabo przyczepiona. To wszystko tak, prawda… Nie wiedziałem, czy ten granat mi nie wybuchnie w rękach czasami, czy nie, ale takie było życie.
Te granaty były produkowane w rusznikarni, do której też chodziłem. Do rusznikarni chodziłem do pomocy. Już nie pamiętam, co tam robiłem, czy czyściłem elementy metalowe, czy coś innego. Cokolwiek tam było do roboty, to ktoś, kto prowadził rusznikarnię, nami dyrygował.
Później kolejna warta, którą sobie przypominam, to była w magazynie żywnościowym naszego wojska, gdzie byłem w pomieszczeniu magazynowym zostawiony na noc, również z „filipinką”. Niemniej to, co pamiętam, to zaczęło się ostrzeliwanie niemieckie i magazyn był tak umieszczony, że przede mną niedaleko, w odległości kilkudziesięciu metrów, nie więcej, jak pięćdziesiąt metrów, był komin, zapewne z kotłowni. Tak pomyślałem, ten komin tak stoi, czy on czasem nie dostanie pociskiem. I w tym momencie komin dostaje pocisk, przegina się na jedną stronę, na drugą stronę, i cały się wali.
Inne takie zdarzenie, które pamiętam, z noszenia meldunków z kolei. Miałem przenieść meldunek z komendy, gdzieś na Krasińskiego 20, do oddziału, który tam stacjonował. Być może był to pluton 227, czyli ten nasz bratni pluton, troszkę starszych chłopców. Zaczęło się ostrzeliwanie, ja miałem budynki od strony Niemców, ale słychać było strzały, ponieważ oni używali tak zwanych szaf albo krów, które ryczały na wyrzutniach, więc wiadomo było, że wyrzucają pociski. Nie wiadomo było, gdzie te pociski polecą. Ja się przytuliłem do muru, bo duży ostrzał był. Przede mną było pole, przede mną było jedyne drzewo na polu i pocisk uderzył w to drzewo. Widziałem przepięknie rozwijający się płomień, kolorowy płomień – za chwilę drzewa nie było. Takie pozostały wspomnienia.
Braliśmy również udział w akcjach na linii. To były dwie główne akcje. Jedna to było, nazwijmy to, zdobycie zakładów remontowych Opla, na granicy Żoliborza i Bielan. Tam pomiędzy nami a tymi zakładami były tylko działki. No [ja] znowu uzbrojony w ten granat, ale starsi chłopcy z bronią. Przebiegliśmy do tych zakładów, to były duże hale, oszklone hale, weszliśmy do tych hal bez strzału. Zobaczyliśmy, że hale są puste, więc nie było może wielkiego sensu na atak i w tym momencie zaczęło się ostrzeliwanie, bombardowanie tych hal. Więc proszę sobie wyobrazić przeogromny hałas tego walącego się szkła, metalu i w związku z tym szybko się wycofaliśmy. Oczywiście działaliśmy zawsze na rozkaz – co mówił dowódca, to to robiliśmy.
Kolejna akcja, która była, to była akcja, która miała być koordynowana z naszymi oddziałami, a także z rosyjskim wojskiem, które było na Pradze. Mianowicie mieliśmy zdobyć Dworzec Gdański, na którym był pociąg pancerny. Ten dworzec był nieźle broniony przez Niemców. Oczywiście były działa, pistolety maszynowe, karabiny maszynowe, granatniki – to o czym mogliśmy tylko pomarzyć. Pamiętam, że było uzgodnienie z Rosjanami, że oni będą bombardować najpierw Dworzec Gdański i wtedy nasz oddział miał zaatakować, i również oddział ze Starówki. Pół nocy przeleżeliśmy na takich polach z niewielkimi krzaczkami. Niemcy zorientowali się, że coś się szykuje, oświetlali racami cały teren, trochę, niegęsto, strzelali. No więc w rezultacie był rozkaz wycofania się. Tyle wiem, że ten atak miał być – był powtórzony – parę dni chyba [później]. W tym kolejnym ataku już nie braliśmy udziału, ci młodzi harcerze nie brali udziału, natomiast wziął udział oddział z Kampinosu, który przedtem był w pobliżu naszej kwatery.
Chcę powiedzieć, że życie na Żoliborzu, który był niejako oazą spokoju w porównaniu z innymi dzielnicami Warszawy, to życie toczyło się na podwórkach pomiędzy budynkami. No i rano pewnego dnia zobaczyliśmy tych chłopaków z Kampinosu, oddział, który stał w szeregu przed naszym budynkiem, na podwórku; świetnie ubrani wszyscy, w zielonych panterkach, z hełmami, każdy ma pistolet maszynowy. Naprawdę, zazdrościliśmy ogromnie. I ci chłopcy zostali później posłani właśnie na ten kolejny atak. Większość z nich zginęła.
W tej chwili powiem.
Tam były różne zadania. Było i przynoszenie żywności, przenoszenie żywności, gotowego jedzenia dla oficerów, dla sztabu. W nocy pełniliśmy wartę, żeby przechwytywać zrzuty, które robili zarówno alianci, jak i Rosjanie. Tych zrzutów nie było dużo, to było chyba dwa, trzy razy tylko, niemniej były zapowiadane te zrzuty. Nas wysyłano, żebyśmy te pojemniki przechwytywali. Nie pamiętam samej sytuacji przechwytywania pojemnika, natomiast pamiętam, że taki jeden pojemnik mieli u siebie na kwaterze starsi chłopcy z plutonu 227 i zaprosili nas, bo był to pojemnik z magazynu żywności, rzucony przez Rosjan. To, co pamiętam i czego nie zapomnę do końca życia, to dostałem garść czarnego chleba, kompletnie suchego, bardzo czarnego. I pamiętam, że u nich na kwaterze stałem przy oknie, otrząsałem te suchary, obijałem te suchary [o parapet], żeby białe robaczki z nich wyszły, prawda, i zajadałem później te suchary jako największy przysmak. Nie pamiętam, żeby w życiu mi coś więcej smakowało. Z tego wynika, pewnie byliśmy bardzo głodni, na co specjalnie może nie zwracaliśmy uwagi.
Teraz, nasze inne akcje, no to ten właśnie budynek został przez Niemców zapalony i bombardowany. Byłem wtedy w kwaterze i ktoś przybiegł, że mamy wybiec na dach, żeby gasić pożar. Przede mną po schodach biegł Janek Martynowski, jeden z naszych dziesięciu chłopaków (super chłopak, bardzo dobry kolega w ogóle, świetny). I po drodze na dół schodził czy zbiegał [Bohdan „Dan”] Mickiewicz, jeden z naszych chłopaków. To co pamiętam, że miał tak przecięty policzek, że widziałem jego zęby tutaj. Wbiegamy na dach, Janek stale przede mną. Jest mały murek, on przeskakuje murek, biegnie dalej, może dwa, trzy kroki przede mną. W tym momencie słyszymy tę właśnie „szafę”, czy jak nazywaliśmy, „krowę”. Czyli leci pocisk za chwilę. No, cały czas jest jakieś ostrzeliwanie. Ja padam pod tym murkiem, słysząc „szafę”. Janek jest gdzieś dalej. Mnie się nic nie stało, on dostał sześćdziesiąt odłamków. Janek później, w budynku naprzeciw, leży w piwnicy, zawinięty, powiedziałbym, że w brudne bandaże, bo to wszystko i krwawiło, i nie było pierwszej czystości, ani nie były bardzo zmieniane. Niestety zmarł kilka dni po Powstaniu. No, mnie się nic nie stało, tak szczęśliwie. Kiedy byłem wczoraj na Powązkach Wojskowych, przed pomnikiem „Żywiciela”, tam jest taka płytka, jest cały rząd płytek, między innymi tuż naprzeciw pomnika płytka z napisem: „Janek Martynowski”. Jak po raz pierwszy to zobaczyłem, określiliśmy to: „No tak, to są ci chłopcy wkopani w ziemię”. Nieprzyjemnie.
Nie, to był jedyny, który zginął. Ta drużyna nie była w takim komplecie, ponieważ nasz drużynowy, ponieważ był starszy, to od razu, na początku Powstania, przeszedł do tego plutonu 227. Nawet go później nie widziałem, przez cały czas Powstania, bo gdzieś byli na linii, poszczególne drużyny miały swoje zadania, tak że nie widzieliśmy się. No i chyba dochodzimy do końca Powstania.
Tak, moja mama… Ponieważ ojciec został w Śródmieściu, ojciec organizował kuchnię dla Powstańców, tyle wiem z opowiadania. Natomiast matka z bratem przenieśli się z tej willi do fortu w parku Żeromskiego. To są takie wysokie, murowane kopce, w których, powiedziałbym, cała ludność Dolnego Żoliborza zamieszkiwała w tym czasie, śpiąc na pryczach, znaczy każdy miał tylko swoją drewnianą pryczę. Na zewnątrz, na cegiełkach były kuchnie, każdy sobie tam organizował kuchnię. Wiem, że tam mieli jakieś jarzyny z pól, mama zabrała mąkę, nie wiem, ziemniaki, coś jeszcze, tak że miałem okazję odwiedzić ich. Dlaczego? Bo pamiętam, że jak wracałem przez plac Wilsona, nikogo nie było na tym placu i zaczął się silny ostrzał. Pamiętam, przez dłuższy czas jak tam stałem w witrynie jakiegoś sklepu, jak te dymki pocisków przebiegały przez cały plac Wilsona, bo dużo tego ostrzeliwania było. Pociski, odłamki. Tak że pamiętam, że przechodziłem wtedy. Dowództwo wiedziało, że mama z bratem są w tym właśnie forcie.
No, dochodząc do ostatniego dnia, czyli tamtego dnia, który był dla mnie ostatnim dniem, kiedy byłem z opaską – adiutant pułkownika „Żywiciela” podszedł do mnie i mówi: „Zbyszek, wiem, że twoja mama jest w forcie. My mamy zamiar, za zgodą pana pułkownika, zmieszać się z cywilami, żeby nie pójść do niewoli”, no bo już Niemcy się zbliżali, to widać było. Myśmy się cofali cały czas. „Czy nie chciałbyś pójść z nami do mamy?” Ja mówię: „No dobrze, to idę”. Jeszcze był drugi oficer, jedna czy dwie łączniczki. Myśmy wyszli ze sztabu, chcemy przejść do kościoła Stanisława Kostki przez przekop na barykadzie. Na brzegu budynku został karabin maszynowy, ciężki karabin maszynowy z obsługą dwóch czy trzech naszych żołnierzy. Doszliśmy do połowy ulicy Krasińskiego tym wykopem i tam już słyszymy głos, krzyki niemieckie. W kościele była zgromadzona ludność, dla której nie było już miejsca w innych piwnicach, fortach, bo wszyscy byli w piwnicach. Więc widać było, że Niemcy zajęli kościół. Musimy zmienić plan, który był, żeby przejść obok czy przez kościół i piwnicami gdzieś tam, ja do mamy, a oni, nie wiem, do swoich gdzieś. Tak że myśmy się wycofali, to była noc dwa dni przed końcem Powstania. Tego ciężkiego karabinu maszynowego już nie było, chłopcy się widocznie wycofali. Też widocznie słyszeli krzyki, może dostali inny rozkaz. Tak że myśmy poszli inną drogą. W rezultacie ja ledwo się dostałem do matki, do tego fortu, zdjąłem opaskę, coś tam się przebrałem i już weszli Niemcy. Zabrali nas pieszo, kolumną, wszystkich z fortu do obozu w Pruszkowie. To co pamiętam z tego czasu, to było… Mieliśmy świadomość, tak się wydawało, że wszędzie jest tak źle, że wszędzie nie ma jedzenia. I to co ja zabrałem z tego fortu, to był, nie wiem, może pięcio- czy siedmiokilowy worek z mąką, który niosłem na plecach przez tę długą drogę do Pruszkowa.
Tak, tak, tak. Po drodze są trupy, są zabite zwierzęta, są porozbijane chaty i tak dalej. Niemcy nas oczywiście eskortują. W Pruszkowie dostaliśmy miejsce na betonie, tam byliśmy chyba dwie noce i zostaliśmy zabrani do wagonów towarowych, stłoczeni kompletnie.
Tak, ja byłem cały czas z matką. Matka, która miała dwoje dzieci, jeden czternastolatek, drugi dziewięciolatek, w związku z tym [nie rozdzielono nas]. Była selekcja, ale nas dali tam… Nie wiem, gdzie ten pociąg miał jechać, w każdym razie wsadzili nas do tego pociągu towarowego. Absolutnie stłoczeni, jeden obok drugiego, stojący, nie można się załatwić, nic nie można. Pociąg staje w Skarżysku-Kamiennej, o ile pamiętam. Jakaś przerwa była, drzwi otworzyli i mama nas wzięła – mama znała niemiecki, ponieważ była w zaborze austriackim, ze szkoły znała niemiecki – oni nas przepuścili do miasta. I myśmy się w ten sposób urwali z pociągu. No, tam (nie wiem, czy mama zapłaciła) dostaliśmy pokój u kogoś nieznanego i tam byliśmy, nie wiem, jak długi czas, może około tygodnia; zawszeni, zabrudzeni, bez kąpieli przez dwa [miesiące], tam dochodziliśmy powoli do normalnych warunków. Pamiętam właśnie te wszy, które były wszędzie, nie tylko we włosach, ale w ubraniu, wszędzie. Więc było czyszczenie, pranie i tak dalej. Moja mama swego czasu wyjechała z nami w czasie okupacji do Zakopanego, ponieważ dwóch chłopców miało koklusz. Jak mówiłem, ojcu się nieźle powodziło w czasie okupacji. Mamie zostały pieniądze, ktoś ją namówił, żeby kupiła małą chatkę na poboczu Gubałówki i myśmy do tej chatki pojechali. Ponieważ chatka nie miała prądu, miała tylko tak zwane karbidówki, czyli lampki ogrzewane karbidem, były dwie beczki karbidu w tej chatce. Taka chatka, dwa pokoje niełączone, oddzielne i z kuchnią, pokój z kuchnią. I ten karbid nas uratował, ponieważ mama sprzedawała karbid okolicznym wieśniakom, góralom, a oni bardzo potrzebowali karbidu i przynosili nam wszystko do jedzenia, kurczaka, masło i tak dalej. W ten sposób przetrwaliśmy do oswobodzenia.
Tak. Jakaś przyszła wiadomość, że mój ojciec jest w Częstochowie. Nie wiem, jak się dostał. To znaczy, opowiadał nam, że gdzieś tam ostatniego dnia uciekał przez jakieś rumowiska, że jakiś Niemiec celował do niego, chciał go zastrzelić, zabrał mu złoty zegarek, jakoś go puścił. Nie znam szczegółów, ale w każdym razie jakoś się uratował. No i później furką przejechaliśmy z Zakopanego do Krakowa, później, nie wiem… już pociągi może nawet chodziły.
Nie przypominam sobie. Niektórzy koledzy pisali, że była jakaś taka działalność harcerska, w sensie, że się spotykaliśmy, że były piosenki. Ja sobie tego nie bardzo przypominam albo być może było tak, że ja miałem służbę, a w tym czasie była jakaś grupka, która się gromadziła i mieli jakieś zajęcia typu harcerskiego. Mnie się wydaje, że ja nie miałem zbyt wiele wolnego czasu po prostu. Stale gdzieś coś było, że nie było takiej sytuacji, żebym przypominał sobie, żeby była jakaś okoliczność, gdzie się relaksowaliśmy. Co ciekawe, ta nasza grupa dziesięciu chłopców, miała komendanta dziewczynę, dziewiętnastoletnią „Lucynę”, pseudonim, która sobie świetnie dała radę dzięki temu, że miała dobry kontakt z poprzednim dowódcą harcerzy, o czym wiem już z późniejszych publikacji, „Adamem” (posługuję się pseudonimami). Ona była dobrze zorientowana w ogólnej sytuacji, że tak powiem, harcerzy. Była stanowcza, delikatna jednocześnie, miła i bardzo dobrze nam się współpracowało, że tak powiem, jeśli można powiedzieć, że szeregowy współpracuje z komendantem. Przed nią komendantami byli „Marek”, który miał amputowaną rękę, plutonowy chyba („Marek”, który stracił rękę jeszcze chyba przed wybuchem Powstania, 1 sierpnia, przed wybuchem Powstania), i później kolejny, „Robert”, który był ranny z kolei w ramię. No i kolejna była „Lucyna” [Lucyna Chodorowska „Dolores”], z którą przetrwaliśmy do końca.
Nie, w Częstochowie. Pojechaliśmy do ojca w Częstochowie. Już kiedy była rodzina w komplecie, wróciliśmy do Warszawy, gdzie zobaczyliśmy, że w Warszawie ta willa, która była ostatnią willą od strony Wisły, od strony pola, które prowadziło do Wisły, gdzie tylko była widoczność na Cytadelę z jednej strony, trochę może na Marymont z drugiej, została ostrzelana z tej Cytadeli. Dostała tyle pocisków, że była praktycznie bardzo zniszczona. Mieszkanie już było kompletnie zrabowane, więc nie było sensu tam siedzieć. Ojciec zdecydował zresztą dołączyć do administracji państwowej, żeby kontynuować to, co robił przed wojną.
Tak, to musiało być lato, dlatego że myśmy już chyba po miesiącu, kiedy wyjechaliśmy do Gdańska, to pamiętam, że przejeżdżaliśmy w Gdańsku przez aleję Zwycięstwa, w której rosną przepiękne, lipowe drzewa. Pamiętam tę zieleń, nie ma ruin, prawda, jest zupełnie inne życie, my jedziemy ciężarówką z Warszawy. Dostaliśmy jakieś mieszkanie w Sopocie i tam się osiedliliśmy.
Do administracji państwowej i dostał starostwo na terenie Gdańska i zorganizował cały powiat gdański.
Ojciec tylko prowadził kuchnię w Warszawie, nie miał powodu, żeby się tutaj ujawniać. Natomiast mój ojciec bezpośrednio po studiach, kiedy zdobył dyplom prawnika, dostał zajęcie w policji jako prawnik, był komisarzem lwowskiej policji. Po wojnie przedwojenna policja to było coś najgorszego, co mogło być. Ojciec nie ujawniał tego, niemniej szperano po dokumentach i ktoś odnalazł ten fakt. Ojca Urząd Bezpieczeństwa zaaresztował. To już było po starostwie, bo ojciec wtedy już zdał egzamin adwokacki i został adwokatem.
Ja zacząłem pracować w Politechnice Gdańskiej, czyli to musiał być rok gdzieś, nie wiem, 1955 może.
Zdjęli go z ulicy, jak wracał z sądu. Ojciec był [urodzony w] 1898 roku, musiał mieć koło sześćdziesiątki. Został tam, tłumaczył im, że taka była sytuacja, prawda: skończył studia, musiał pracować. Ojciec prowadził jakieś sprawy kryminalne w policji, więc nie był zaangażowany politycznie. W rezultacie go tam później wypuścili. Aha, i zapisał się do, jak to się nazywało, Stronnictwo Ludowe?
Nie, nie, nie. Chyba Stronnictwo Ludowe, Polskie Stronnictwo Ludowe, a on był Stronnictwo Ludowe. Tak że, no, jakoś działał.
Ja chodziłem najpierw na komplety w Warszawie, tak że skończyłem [drugą klasę] gimnazjum w Warszawie. Później w Sopocie, w szkole ogólnokształcącej skończyłem gimnazjum, później skończyłem liceum, też z wyróżnieniem i zdawałem do… wyższa szkoła, jak to się nazywało… dyplomatyczna, polityczna. Akademia Polityczna w Warszawie. Zdałem egzaminy, no bo młody człowiek, dużo było różnych ludzi z różnych środowisk, to była Akademia Polityczna, takie polityczne nastawienie. Ja byłem dobrze przygotowany. Zdałem na piątkach i dostałem informację: „Nieprzyjęty z braku miejsc”. Ale miałem stopnie bardzo dobre. „Nieprzyjęty z braku miejsc”. Myślę, że dobrze się stało.
Ja chcę sobie skojarzyć w czasie. Nie, ja… Mój ojciec doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie dać znać, że ja byłem gdzieś, i ojciec zapisał mnie, właśnie wykorzystując to, że byłem w Powstaniu, do Związku Bojowników Walki Zbrojnej w Sopocie. Tak że ja formalnie należałem do tego związku, w związku z tym ujawniłem się. Nie miałem bezpośrednich represji, ale nie miałem też legitymacji kombatanta. Stopniowo wszyscy ci pozostali przy życiu koledzy z dziesiątki dostawali legitymacje kombatanta, czyli zostali zweryfikowani. Ja dostawałem odmowę. Startowałem tam, prawda. Pamiętam rozmowę taką, że kiedyś właśnie w Sopocie było przesłuchanie, rodzaj przesłuchania, prawda, czy ja mogę zostać kombatantem, bo musiałem dostać chyba poświadczenie tego koła ZBoWiD-u. I to kierownictwo koła ze mną prowadziło rozmowy. I powiedzieli: „A co ty tam, taki chłopaczek czternastoletni, co ty byłeś tam za żołnierz?”. Ja tam nie mówiłem może wszystkich szczegółów, prawda, w każdym razie nie dostałem tego poparcia, tego zaświadczenia. I tak lata przebiegały. Wszyscy koledzy już zostali zweryfikowani, dostali legitymację – ja nie mam legitymacji. Wreszcie myślę sobie, coś muszę działać, bo od czasu do czasu była informacja, że to jest ostatni już termin weryfikacji. Więc w rezultacie, po latach, miałem już zaświadczenia od Bogdana Kołodziejskiego, od Danka Mickiewicza, takie były formularze, i z tymi formularzami poszedłem do jakiejś odwoławczej komisji weryfikacyjnej. W tej komisji weryfikacyjnej przewodniczący pyta mnie: „A gdzie pan miał kwaterę?”. – „Na ulicy Suzina”. I tak dalej, i tak dalej. „A, to ja tam byłem, ja to wszystko dobrze znam, widzę, że pan mówi prawdę. Nie widzę powodu, żeby pana nie zweryfikować”. No i wtedy jako jeden z ostatnich, to było późno jakoś, zostałem zweryfikowany. Sam pisałem też oświadczenia moim kolegom, ale ja nie wiem, czy one miały znaczenie. Sytuacja była taka, że było żądanie, żeby było dwóch zweryfikowanych, że dwóch zweryfikowanych musiało dać zaświadczenie, żeby kogoś zweryfikować. No i oni mi dali, ale pomimo wszystko to jakiś nie szło do przodu, dopóki nie trafiłem na tego przewodniczącego komisji, który powiedział: „No tak, był pan tam, cudów nie ma”.
Więcej, wracając do tego zdanego egzaminu, ja zapisałem się do Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie, gdzie słuchałem między innymi wykładu Eugeniusza Kwiatkowskiego, którego strasznie zniszczyła komuna. Miałem taką krótką praktykę prywatną w biurze maklerskim, i muszę przyznać, nie podobało mi się to. Była sytuacja taka, że na politechnice utworzono Wydział Rolny w grudniu chyba tego roku, kiedy powinienem rozpocząć normalne studia. Udało mi się dostać na ten wydział, który został szybko rozwiązany i podzielony na dwa wydziały. Studenci zostali przydzieleni do Wydziału Chemicznego i Wydziału Mechanicznego. Ja wybrałem Wydział Chemiczny, który skończyłem. Skończyłem najpierw kurs inżynierski na tym wydziale, później kurs magisterski, następnie zrobiłem indywidualnie doktorat na tym wydziale i pracowałem na tym wydziale jeszcze w czasie studiów, po ukończeniu kursu inżynierskiego, czyli pierwszego etapu. Już na kursie magisterskim byłem asystentem.
[…] W 1953 inżynierskie, w 195[5] magisterskie, 1964 - doktorat. Kiedy zacząłem być asystentem na politechnice, miałem… Wydział Kadr miał do mnie zastrzeżenia, że źle zakwalifikowałem swoje pochodzenie w ankiecie. Mianowicie, w ankiecie… To było takie dosyć popularne, napisałem: „Pochodzenie robotniczo-chłopskie”, a to dlatego, że mój ojciec w rezultacie pochodził kiedyś ze wsi, gdzieś się tam urodził na wsi, mój dziadek był rzemieślnikiem we Lwowie, więc napisałem: „Pochodzenie rzemieślniczo-chłopskie”. Niestety, było wiadomo, kim był mój ojciec, zostałem wezwany do kierowniczki kadr, która powiedziała: „Proszę pana, pan napisał nieprawdę, w związku z tym zostaje pan relegowany z Politechniki Gdańskiej i zostanie pan relegowany ze wszystkich uczelni w Polsce, nie wolno panu pracować na żadnej uczelni w Polsce”.
To musiał być rok może 195[6]. No, ja wtedy odwiedzałem kolejnych sekretarzy partii, zacząłem od Wydziału Chemicznego, później sekretarza uczelnianego. Ich znałem, bo oni byli przedtem moimi wykładowcami, później pracowałem trochę, prawda, tak że znałem ich. Powiedziałem, że nie ma powodu, żeby… Chodziło później o policję, że mój ojciec był w policji, kiedy ja się jeszcze nie urodziłem, prawda, że nie można mieć do mnie pretensji o to. To był główny zarzut, że jak to robotnik był, jak ojciec był w policji. Tak że to było przed moim urodzeniem. No i muszę przyznać, że to odniosło skutek, bo po trzech dniach dostałem telefon do domu, że: „Nie, przepraszam, ta sprawa jest nieważna i może pan wrócić do pracy na politechnice”. Wróciłem do pracy, ale wtedy zmieniłem katedrę. Pracowałem najpierw w Katedrze Technologii Tłuszczów, gdzie robiłem dyplom magisterski, przeniosłem się do Katedry Towaroznawstwa i Analizy Technicznej na Politechnice Gdańskiej, gdzie była lepsza atmosfera polityczna, powiedziałbym, przede wszystkim. Nie było tam pracowników w partii i tak dalej. Więc przyjęli mnie bardzo chętnie, no i tam się rozwijałem, że tak powiem, tam zrobiłem doktorat samodzielnie, bo wtedy nie było studiów doktoranckich, specjalizując się w korozji metali. Tak że wykładałem jako adiunkt przez dłuższy czas, później jeszcze jako starszy wykładowca. Natomiast ponieważ wyczuwało się niechęć, jeżeli chodzi o możliwości awansu, no to doszedłem do wniosku, że właściwie powinienem wyjechać za granicę, jeżeli tylko byłaby taka możliwość. Starałem się kilkakrotnie o różne stypendia, zawsze dostawałem takie dziwne odmowy albo dokumenty znikały, ginęły. W rezultacie dostałem pozwolenie, żeby zapisać się do Polservice, pójść do Polservice na taki kurs właśnie dla tych, którzy chcą wyjechać za granicę. Odbyłem ten kurs, znałem język i zacząłem startować z interview. Kiedy różne delegacje z Afryki przyjeżdżały, przyjechała delegacja z uniwersytetu w Port Harcourt, no i mnie zakwalifikowali. Po kilku takich próbach, które nie miały sensu, bo nie było tam moich specjalności, nie było warunków, szukali kogoś innego, było to albo źle zorganizowane, albo mnie mylnie zawiadamiali, po czym przestali mnie zawiadamiać. Jakoś dowiedziałem się o tym interview, dowiedziałem się, bo miałem kogoś, kto też startował z Warszawy, więc dawali cynk, że tak powiem, że jest szansa. Dostałem się do Port Harcourt, tam trzeba było wygłosić jakiś wykład w czasie tego interview. Czarnym się spodobał, dostałem pieniądze, zaproszenie, pozycję i pojechałem do Port Harcourt, gdzie byłem kierownikiem departamentu, czyli takiego naszego wydziału. [Przede mną] był Polak, profesor Wroński z Łodzi, który jakoś zrezygnował z pozycji, [wyjechał]; ja nieoczekiwanie zostałem dziekanem, czyli tam kierownikiem departamentu. Miałem siedemdziesięciu studentów na paru latach, nie wiem, trzech latach.
To była szkoła inżynierska. Teraz jest jeszcze inna historia. Mój brat pracował na Politechnice Gdańskiej, był konstruktorem, nie robił doktoratu i był ożeniony też ze znaną brydżystką, udało im się wyjechać na turniej brydża do Belgii i tam zostali. No i to była właśnie ta niekorzystna dla mnie sytuacja, że brat pracował w tej samej uczelni i został za granicą, czyli uciekł. No więc nie mogłem liczyć za bardzo na awanse, nie deklarując współpracy. Więc w tej sytuacji… Ale jadąc do Nigerii, wstąpiłem właśnie po raz pierwszy, żeby ich odwiedzić w Brukseli. Tam zachorowałem zresztą, ale to głupstwo. I tam oni mnie zaprosili na rozgrywki brydżowe, gdzie „wychodzącym” był właściciel fabryki chemicznej w Meksyku i z nim trochę rozmawiałem. On mnie pytał, czym się specjalizuję, co wiem, co robię, co mógłbym robić. Mówi: „Proszę pana, niech pan nie jedzie do Nigerii, tylko proszę przyjechać do Meksyku. Będzie pan u mnie wicedyrektorem fabryki w Meksyku”. Ja mówię: „No tak, ale na razie mam kontrakt w Nigerii, mam pieniądze, mam bilety, nie mogę tego zrobić. Spróbuję to załatwić w Nigerii, więc proszę mi przysłać dokumenty do Nigerii, to może się zdecyduję”. Wydawało się, że oferta finansowa jest przy tym o wiele lepsza, więc… W Nigerii, kiedy dostałem tę ofertę, wyglądało, że będzie lepiej w Meksyku. W Nigerii był straszny prymityw. Był to uniwersytet, który dopiero się kształtował, był w budowie, ale myśmy mieli zajęcia jeszcze w jakichś takich pawilonach, w których były mrówki, pająki i wszystko, co może być w ciepłym klimacie. I ja miałem jakieś schorzenie wątrobowe, powiedzmy, podejrzenie raczej, załatwiłem, że rektor się zgodził, że po roku będę mógł opuścić uniwersytet. Tak że w międzyczasie moja żona załatwiła sprawę w Polservice, że mogę pojechać do Meksyku. No, ja już byłem w wieku pięćdziesięciu lat, więc trochę trudno zaczynać życie za granicą. Żona chorująca, z dużą alergią, tak że nie bardzo myślałem o tym, żeby za granicą zostawać, nie w Afryce w każdym razie. Tam w Meksyku miałem pewne problemy z córką, która kończyła już liceum. Chodziła tam do szkoły angielskiej, zaliczyła angielską szkołę, ale gdyby została do końca tej szkoły, to była sytuacja dla niej taka, że ona mogła studiować już tylko w Anglii, ze względu na to, że te angielskie szkoły specjalizują się. Ona była chyba w sekcji biologicznej, gdzie miała tylko cztery przedmioty: biologia, chemia, wychowanie fizyczne i coś jeszcze, nie pamiętam. W każdym razie mogła iść tylko na uniwersytet w Anglii, a założyliśmy, że ona będzie studiować. W związku z tym Joanna, córka, wróciła do Sopotu, tam trochę prowadziła lekcji angielskiego, bo była może lepsza od nauczycieli, no i później tak się złożyło, że była jednocześnie aktywną tenisistką i poznała tenisistę ze Szwecji i po maturze zdecydowała wyjechać do Szwecji, i wyszła za mąż.
Ja natomiast byłem w tym Meksyku ponad pół roku, no ale w sytuacji, gdy moje dziecko wróciło do domu, nie miałem wyjścia, też zdecydowałem się wracać do domu i wróciłem na Politechnikę Gdańską. Na politechnice okazało się, że mój pokój został przejęty przez dziekana, co normalnie nie miało miejsca – bez mojej wiedzy. Mogę sobie posiedzieć w dużej sali ćwiczeń laboratoryjnych albo zacząłem siedzieć w sekretariacie profesora, któremu się to bardzo nie podobało, to siedziałem trochę w sali laboratoryjnej. I pomyślałem wtedy, że może mam szansę jednak na jakiś dalszy wyjazd za granicę. Jedyna możliwość była wtedy jakoś do Libii. To było za czasów Kadafiego, to jeszcze było troszkę inaczej. Zaraz, przypominam sobie w tej chwili… Przed wyjazdem do Nigerii spotkałem w bibliotece uczelni kolegę z Wydziału Mechanicznego, Zbigniewa Kozakiewicza, który wyjeżdżał do Libii na kontrakt. I ja się umówiłem, dwóch Zbyszków umówiło się, że gdyby jednemu coś nie poszło, to ten drugi go poratuje i będzie go wspierał. I ja napisałem do tego Zbyszka Kozakiewicza, a on mi przesłał pismo, że jestem zaangażowany, mam natychmiast przyjeżdżać. Ponieważ to jeszcze nie był rok szkolny, to jakoś tak przeciągałem, no i w rezultacie później pojechałem do Libii, w której już siedziałem twardo cztery lata, bo już nie chciałem zmarnować szansy, żeby siedzieć znowu gdzieś w sali laboratoryjnej w Politechnice Gdańskiej. Tak że po czterech latach dostałem informację, że nie mam przedłużenia, ale to wynikało nie z niechęci, tylko jednak były takie przepisy, że można być maksymalnie, zdaje się, cztery czy sześć lat poza uczelnią.
Jeszcze może zatrzymam się tu na moment. Mianowicie ta informacja, że nie dostałem przedłużenia, nie przyszła do mnie w odpowiednim czasie. Ja wystąpiłem może za późno, nie pamiętam dokładnie kiedy, może w kwietniu, a rok szkolny trwał tam do czerwca i nie dostałem wiadomości, że nie mam przedłużenia. Natomiast trzeba było zadeklarować w uczelni, czy zostaję na następny rok, czy nie. I ja napisałem takie pismo do rektora, że jeśli dostanę zezwolenie, to pozostanę na następny rok w Libii, w Uniwersytecie Garjunis w Bengazi. To był Uniwersytet Garjunis, Bengazi. Pojechałem z żoną do Paryża i w Paryżu zadzwoniłem do […] Polservice, gdzie dowiedziałem się, że nie mam pozwolenia. Pojechałem bez wynagrodzenia, które mi się należało. Wynagrodzenie później, po okresie rocznym było wypłacane w całości. Więc doszedłem do wniosku, że muszę wrócić do Libii, żeby dostać to wynagrodzenie. Wróciłem tam na uniwersytet, okazało się, że nie mogą znaleźć tego mojego pisma deklaracyjnego, że pozostanę. Na szczęście pisałem brudnopis i brudnopis wrzuciłem do kosza. Ponieważ nikt tam nie sprzątał, więc znalazłem zmięte pismo w koszu. Poszedłem, [zaniosłem] to pismo do rektora i mówię: „Panie rektorze, to jest to pismo, które ja składałem”. On mówi: „A, tak, rzeczywiście”. Tak że w Libii uzyskałem wynagrodzenie. No, wyprowadzenie tego wynagrodzenia to jest inna historia, że to było skomplikowane, wymagało łapówki w Banku Centralnym w Lagos i tak dalej, ale to inne rzeczy. Polacy się wspierają wszędzie. Dostałem informację, do kogo mam się zgłosić, jak mam mówić, gdzie mam kopertę położyć, więc jakoś to się wszystko w rezultacie udało, chociaż były komplikacje różne. No i w rezultacie wróciłem do politechniki, dostałem jakiś pokój wyremontowany na stryszku, gdzie otworzyłem, że tak powiem, swoją specjalność, w sensie że zorganizowałem sobie pracę naukową, samodzielnie już. Przedtem byłem kierownikiem całego zespołu, który był tam w korozji, to z tego zrezygnowałem. To się pozmieniało oczywiście w czasie [mojej] nieobecności. No i tak dotrwałem do emerytury. Jeszcze później pracowałem dłuższy czas, przez znajomość angielskiego mogłem wykładać na wydziale, już niekoniecznie w takiej bezpośrednio swojej specjalności, co zrobiłem, wykładałem. Następnie związałem się na czas do początku tego roku z przedsiębiorstwem, które prowadziło prace antykorozyjne ze stalami nierdzewnymi i innymi metalami szlachetnymi. W związku z tymi stalami trochę podróżowałem też po świecie, bo musiałem pojechać trzykrotnie do Stanów Zjednoczonych, oceniać warunki korozyjne i renowacje chemikaliowców, statków z chemikaliami.
W Panamie trochę byłem w czasie remontu takiego chemikaliowca. Cały remont tam był, ze trzy tygodnie. Tak że poznałem zagadnienia od strony praktycznej, znałem od strony teoretycznej, było ciekawie.
Proszę pani, to jest tak. Przeczytałem szereg książek na temat Powstania, poważnych autorów, między innymi oficera niemieckiego, który napisał grubą książkę na temat Powstania. Co mogę powiedzieć z zewnątrz, mając tę wiedzę? Że AK było nieźle zorganizowane, ale dowództwo AK chyba nie miało współczesnego poglądu na wojnę, bo nie można z pistoletami wygrać przeciw samolotom, czołgom, prawda, wielkiej organizacji, wielkiemu zmechanizowaniu, silnemu wojsku, potężnej armii. Podobnie zrobiono błędy ostatniego dnia. Niemcy się zorganizowali, zorganizowali przeciwnatarcie. Przeciwnatarcie w kierunku Rosjan oznacza jednak duże zgromadzenie sił, prawda. Tymczasem tutaj myśmy o tym nie wiedzieli. Ja rozumiem sytuację i chyba bym tak samo postąpił, niemniej z punktu widzenia logiki, oczywiście Powstanie nie mogło być uzasadnione, bo było wiadomo, że nie mamy szansy na wygranie i poświęcamy bardzo dużo. Natomiast z punktu widzenia harcerza, to wie pani, dla mnie to nie miało żadnego znaczenia. Widzę biało-czerwone opaski, mam szansę po tej ogromnej niewoli, po tym ucisku, upodleniu, wystąpić, to trzeba to robić bez względu na wszystko. Uważam, że to było poprawne z tego punktu widzenia, tym bardziej że nie było innego wyjścia.
Myślę, że ogromny. To zresztą widać dzisiaj, że nie zostaliśmy wchłonięci przez bolszewię, że widać było, że Polacy to jest samodzielny naród, gdzie gotowi są poświęcać życie, wszystko, siły, żeby odzyskać wolność. I myślę, że to się utrwaliło we wszystkich krajach świata, że Polska to nie jest naród, który można ciemiężyć. Tak że to jednak musiało mieć taki chyba akcent.
Warszawa, 2 sierpnia 2019 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna