Ewa Dobierzewska-Mozrzymas

Archiwum Historii Mówionej

[Nazywam się] Ewa Dobierzewska-Mozrzymas.

  • Proszę powiedzieć, kiedy i gdzie się pani urodziła?


Urodziłam się 26 stycznia 1936 roku w Poznaniu.

  • Kim byli pani rodzice?


Mój tato ukończył na Uniwersytecie Poznańskim Wydział Prawa i Ekonomii i pracował w skarbowości przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Natomiast mama nie pracowała zawodowo.

  • Jak nazywali się rodzice?


Mój ojciec Ignacy Dobierzewski, a mama Zofia, z domu Pietras.

  • Czy miała pani rodzeństwo?


Tak, brata, Zbigniewa, nie żyje już.

  • Brat był starszy?


Brat był starszy o trzy lata.

  • Urodziła się pani w Poznaniu, ale pani losy wojenne są związane z Warszawą. Jak to się stało, że państwa rodzina trafiła do Warszawy?


Mój ojciec początkowo, po ukończeniu studiów, pracował w Poznaniu i w 1938 roku (ja tego nie pamiętam) został przeniesiony służbowo do Warszawy i tam podjął pracę w administracji skarbowej. I tam właśnie nas zastało Powstanie.

  • Gdzie państwo zamieszkali?


Rodzice wynajęli mieszkanie na Żoliborzu, przy alei Wojska Polskiego 30. To były nowo wybudowane bloki. Nasz blok był prywatną własnością państwa, którzy mieszkali za granicą, w Anglii. I tam mieszkaliśmy, tam zastało nas Powstanie.

  • Czy pani pamięć sięga czasów przed Powstaniem, czyli okupacji?


Tak, pamiętam dobrze okres okupacji. To był rzeczywiście bardzo tragiczny czas dla mieszkańców Warszawy. Pamiętam nawet, jak byłam dzieckiem i mnie wożono w wózku aleją Wojska Polskiego czy Felińskiego, czy w okolicy. No a szczególnie pamiętam późniejszy okres okupacji. Rzeczywiście to był tragiczny czas.

  • Pamięta pani jakieś zdarzenia z tego czasu jeszcze sprzed Powstania?


Pamiętam, pamiętam. To był niesamowity terror wprowadzony przez niemieckiego okupanta. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy pojechałam z mamą do Śródmieścia i akurat trafiła się łapanka. Byłyśmy na jakiejś ulicy, na szczęście w środku tej ulicy, i mama zauważyła, że ulica została zamknięta przez opancerzone samochody, które ustawiły się prostopadle do ulicy i z których wyskakiwali uzbrojeni niemieccy [żołnierze], chyba Wermacht, żeby dokonać łapanki. W Warszawie były bardzo częste łapanki, ludzi zupełnie przypadkowych aresztowano na ulicy i byli oni potem kierowani do obozów koncentracyjnych, młodsi, zdrowsi byli wywożeni na obowiązkowe roboty do Niemiec, a niektórzy po prostu byli kierowani do rozstrzelania, na egzekucje. W Warszawie Niemcy wprowadzili takie prawo, że za jakiś objaw oporu czy działalność podziemia, jeżeli zginął Niemiec, żołnierz niemiecki, to publicznie rozstrzeliwano około kilkudziesięciu do stu Polaków i to byli [często] ludzie z łapanki. Ale skończę ten epizod, który zaczęłam. Otóż mama miała refleks. Byłyśmy akurat w środku ulicy, co nam udogodniło ucieczkę; mama chwyciła mnie za rękę, [wskoczyłyśmy do najbliższej bramy] i pobiegłyśmy na jedno z wyższych pięter, chyba na trzecie albo czwarte, bo na niższych piętrach były również rewizje i łapanki. Mama zadzwoniła do jakichś przypadkowych drzwi, ci państwo przyjęli nas tam, przeczekałyśmy okres łapanki i potem, jak już się uspokoiło, wróciłyśmy z powrotem. Takie łapanki były na porządku dziennym. W Warszawie ludzie, którzy wychodzili ze swoich mieszkań, nie mieli pewności, czy będzie im dane wrócić do domu. Po aresztowaniu czekał ich tragiczny los: albo obóz koncentracyjny, albo egzekucja, albo wyjazd na roboty do Niemiec. Pamiętam też takie [zdarzenie]. Może powiem, że w 1941, 1942, 1943 roku w Warszawie były bardzo surowe zimy. Mróz dochodził do minus 30 stopni i poniżej. Jak pamiętam, nie chodziłam w tym czasie do przedszkola. Mój tato wrócił z pracy, to chyba był styczeń, i powiedział: „Tego, co widziałem, nie zapomnę do końca życia”. Niemcy prowadzili grupę kilkudziesięciu skazańców, w łachmanach, niektórzy boso i oczywiście z przeznaczeniem na rozstrzelanie. Te egzekucje odbywały się w Warszawie, w miejscach uczęszczanych, między innymi tam, gdzie stoi hotel Forum, [obecnie Novotel]. Tam jest tabliczka z napisem: w miejscu tym ginęli Polacy.

  • Gdzie tata pracował w Warszawie, w jakiej instytucji?


Mój tato pracował w administracji skarbowej, chyba w Urzędzie Skarbowym w Warszawie, w związku z tym bywał w centrum Warszawy, bo myśmy mieszkali dalej od centrum.

  • Wspomniała pani, że zimy były tak ostre, że nie chodziła pani do przedszkola. Oznacza to, że zaczęła pani chodzić do przedszkola właśnie w czasie okupacji?


Tak, na Żoliborzu było przedszkole sióstr zmartwychwstanek. Ja chodziłam do tego przedszkola […]. Siostry zmartwychwstanki w czasie Powstania bardzo aktywnie udzielały się, był tam chyba szpital dla Powstańców.

  • Pamięta pani może jakieś koleżanki albo siostry z tego okresu, z okresu przedszkolnego?


Pamiętam, często z rodzicami jeździłam do [różnych dzielnic i na] Stare Miasto. Piękna to była wtedy dzielnica Warszawy. Nad Wisłę jeździliśmy w pobliżu Żoliborza. Poza tym lubiłam jeździć do centrum Warszawy, do Śródmieścia, na Starówkę. I muszę powiedzieć, że te dzielnice się w sposób istotny zmieniły, jak potem miałam okazję, możliwość porównać je.

  • Przed Powstaniem nie zdążyła pani pójść do szkoły, tylko to było w czasie okupacji.


Ja chodziłam do przedszkola, natomiast po Powstaniu […] przez rok mieszkaliśmy w Tomaszowie Mazowieckim. Tam mieszkała rodzina mojego taty i tam właśnie zaczęłam chodzić do szkoły powszechniej, chyba od razu do drugiej klasy.

  • Chciałam jeszcze zapytać o ten okres przed Powstaniem. Czy w państwa domu odbywały się może jakieś spotkania konspiracyjne albo ojciec czy rodzice gdzieś tam…


Tak, mój tato w czasie Powstania był komendantem naszego osiedla. To była taka funkcja, która umożliwiała kontakt żołnierzy AK z ludnością cywilną. Mój tato był zaangażowany i w naszym mieszkaniu [odbywały się] nieraz spotkania konspiracyjne osób, które działały w ruchu oporu.

  • Ile to było domów? Bo to były domy przy alei Wojska Polskiego?


To było chyba sześć albo siedem bloków. Myśmy [mieszkali] od strony Felińskiego, nasz blok był drugi i potem chyba jeszcze było pięć albo sześć bloków, może pięć. To były nowoczesne bloki, wybudowane tuż przed wojną, chyba w 1938 roku, bo myśmy byli pierwszymi lokatorami w tym bloku. To był okres, który żeby nie okupacja, to byłby przyjemny, ale niestety była okupacja. Muszę jeszcze powiedzieć, że władze Warszawy wyszły naprzeciw potrzebom ludności, bo w czasie okupacji było oczywiście dość ciężko z wyżywieniem i niektórzy wyjeżdżali poza Warszawę i tam zaopatrywali się w żywność, ewentualnie przywozili żywność do Warszawy. Było to jednak niebezpieczne, ponieważ najwięcej łapanek [zdarzało się] na dworcach kolejowych, tak że niektórzy tę wyprawę po żywność opłacili nieraz aresztowaniem i niewolą niemiecką. Aleja Wojska Polskiego […] była tak zaprojektowana, że środek był bardzo szeroki i tam była przewidziana zieleń, trawniki, krzewy, drzewa. Natomiast w czasie okupacji zlikwidowano tę zieleń i [zaplanowano] ogródki działkowe, tak że każdy mieszkaniec okolicy otrzymał jakąś działkę i mógł sobie hodować warzywa i owoce. Ja z tatą uprawialiśmy w tym ogródku pomidory […] i inne [warzywa], nawet kwiaty. To było bardzo pomocne, bo ludzie mieli po prostu pod ręką warzywa, owoce i mogli się zaopatrzyć w to z ogródków.

  • Czy pani zapamiętała moment wybuchu Powstania, 1 sierpnia?


Pamiętam. 1 sierpnia jeszcze poszłam do przedszkola i inne dzieci też przyszły. Koło południa przyszła siostra przełożona i mówi: „Dzieci, idźcie szybko do domu, bo może być niebezpiecznie”. I kazała nam opuścić przedszkole i iść jak najszybciej. […] Uważa się godzinę siedemnastą jako godzinę „W”, ale na Żoliborzu już wcześniej były podejmowane akcje. To znaczy jak szłam z przedszkola, to już na niektórych budynkach były flagi biało-czerwone i akowcy czy [inni] ludzie chodzili z opaskami na rękawach – to było wtedy powszechne. […] Słychać już było strzały na Żoliborzu przed godziną siedemnastą. Co jeszcze pamiętam? Otóż mój tato był komendantem, w pierwszych dniach Powstania przyszli do nas żołnierze AK i polecili, żeby w oknach od strony ulicy ustawić barykady, to znaczy meble, jakieś [ciężkie] przedmioty, które mogły zabezpieczać okna, i przywieźli broń. Polecili, żeby lokatorzy tych mieszkań wnieśli broń [i położyli ją] w pobliżu okien, bo dowiedzieli się, że tamtędy mają przejeżdżać oficerowie niemieccy, i postanowili ich ostrzelać z naszego domu.

  • A na którym piętrze państwo mieli mieszkanie?


Na drugim piętrze.

  • Od strony alei Wojska Polskiego?


[…] Wszyscy się oczywiście wzięli do pracy, nosili do swoich mieszkań granaty, broń. Ja pamiętam, też nosiłam [granaty]. To było takie pełne zaangażowanie, pomoc [Powstańcom]. I czekaliśmy na tę akcję, ale akcja się nie odbyła. Po dwóch dniach ktoś przyszedł i powiedział, że coś zmieniło się. W czasie Powstania sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę, być może ci, którzy organizowali, zginęli w jakiejś akcji zbrojnej. Nie wiem, w każdym razie odwołano tę akcję. Tato polecił, żeby jak najszybciej inni żołnierze wzięli broń, bo żołnierze AK mieli bardzo ograniczone zasoby broni. [Po pewnym czasie] przyszli inni akowcy i zabrali tę broń. Parę dni potem nasz dom trząsł się w posadach. Niemcy z Dworca Gdańskiego, bo Dworzec Gdański był cały czas w rękach Niemców, zobaczyli, że są barykady w oknach, i zaczęli ostrzeliwać kolejne piętra, tam gdzie były barykady. […] Wszystkie pokoje, gdzie były barykady, zostały zniszczone.

  • Gdzie państwo się wtedy kryli?


Myśmy cały czas [podczas Powstania przebywali] byli w piwnicy. Te piwnice były dość jeszcze czyste, bo to był dom nowo wybudowany. Mój tato i inni [lokatorzy] przygotowali tapczany, łóżka w piwnicy i wszyscy tam mieszkali. I jeszcze była dobra organizacja, ponieważ było mało wody, ograniczenia właściwie ze wszystkim, to były wyznaczane dyżury, każdy z lokatorów przygotowywał obiad w kotle, gotowano zupy. Każdy dostawał talerz zupy i suchary, bo ludzie przygotowywali sobie wcześniej suchary z chleba. I do naszej [piwnicy] ze względu też na funkcję mojego ojca przychodzili żołnierze AK i było zwyczajem, że dostawali po talerzu zupy i suchary. W taki skromny sposób wspomagaliśmy tych, którzy czynnie, bezpośrednio walczyli.

  • Czy pamięta pani może najbliższych sąsiadów?


Pamiętam, tak. Naprzeciwko naszego mieszkania mieszkała pani Daligowa. Ona zresztą pierwsza wróciła po Powstaniu do swojego mieszkania i opowiadała potem, co się stało. 1 października, to już był koniec Powstania, mój ojciec przyszedł i powiedział, że będzie atak na Żoliborz, na tę część Żoliborza, wobec tego wszyscy muszą się przenieść z piwnic od strony ulicy do piwnic od strony ogrodów, bo tam mieli znosić rannych żołnierzy AK. Cały czas podczas szturmu na nasze domy przynosili ciężko rannych żołnierzy i tam ich kładli na łóżka, tapczany, na to, co było w piwnicy. To była taka, można powiedzieć, ostatnia pomoc [Powstańcom].

  • Czy mama też jakoś się angażowała w tę pomoc dla Powstańców?


To znaczy może bezpośrednio nie miała tak okazji, ale moja mama znała bardzo dobrze język niemiecki, bo pochodziła z Poznania. […] Z naszego domu można było wyjść od strony ulicy, ale tam było niebezpiecznie, oraz od strony ogrodu. I mama podsłuchała [w ogrodzie] niemieckich żołnierzy, którzy rozmawiali o planach, jakie mają w tej okolicy, i przekazała te informacje [żołnierzom AK, którzy przyszli] do naszej piwnicy […]. Ludzie cywilni, nawet dzieci, wszyscy byli zaangażowani, żeby stworzyć jakiś front i pomagać [Powstańcom].

  • A właśnie, czy jakieś dzieci, pani rówieśnicy, też w tym bloku mieszkali? Zapamiętała pani dzieci?


Tak, mieszkali, tylko że ci państwo się wcześniej przeprowadzili na ulicę Felińskiego. Ale piętro niżej czy dwa piętra niżej mieszkało małżeństwo z wnuczkami, myśmy się z tymi wnuczkami trochę przyjaźnili, kolegowali. Na innych piętrach też mieszkały dzieci, tak że na podwórzu, w ogrodzie można było się [razem] bawić.

  • Wspomniała pani o tym, że mama podsłuchała niemieckich żołnierzy. Czy takie bezpośrednie zderzenie pani z niemieckimi żołnierzami nastąpiło? Czy pani spotkała…


To znaczy ja spotkałam, jak było zakończenie Powstania. Jak wspomniałam, część piwnicy była udostępniona dla rannych żołnierzy AK, a mieszkańcy skupili się w drugiej części piwnicy. No i mieszkańcy podjęli strategię… Bo może trzeba tutaj powiedzieć, że Powstanie Warszawskie było tłumione przez oddziały niemieckie, ale również i przez [tak zwane] oddziały „ukraińskie”, które działały u boku niemieckich żołnierzy. No i była taka strategia podjęta, że jeżeli do naszego domu już po zakończeniu (bo już wiadomo, że Powstanie raczej zakończy się klęską) [przyjdą Niemcy], to wyjdzie moja mama, bo znała dobrze niemiecki. A jeżeli „ukraińcy”, to wyjdzie sąsiad z parteru, pan Bagiński, aptekarz, on znał język ukraiński. Tak mieliśmy zadziałać w razie gdyby jedni albo drudzy przyszli do naszego domu. No ale przyszli Niemcy. [Toczyły się] bardzo ciężkie walki, o poszczególne domy już potem walczono. Już sąsiednie bloki były zajęte, a z okien naszego domu bronili się jeszcze żołnierze AK. Nagle ucichło wszystko, więc już wiedzieliśmy, że koniec. I taka bardzo stresująca, niepokojąca cisza, bo już wiadomo było, że żołnierze AK się wycofali i że wejdą Niemcy. No i nagle strzał w wejściowe drzwi i komenda w języku niemieckim: Alles raus! [Lokatorzy] mówią: „Pani Dobierzewska, pani wychodzi, bo Niemcy są”. Mama wyszła i pierwsze pytanie Niemca: „Gdzie są bandyci?”. Oni żołnierzy AK nazywali bandytami. Mama odpowiedziała: „W piwnicy zostały kobiety i dzieci”. Nie było to zgodne z prawdą, ale tak powiedziała. [Po rozmowie Niemiec zapytał]: „A skąd pani tak świetnie zna niemiecki?”, na to mama: „Nauczyłam się”. I to chyba zadecydowało, że nas potraktował trochę bardziej ulgowo. [Niemiec] kazał wszystkim wyjść przed dom i potem zgromadzili nas na takim dziedzińcu [bloku miejskiego po przeciwnej stronie ulicy]. Myśleliśmy, że nas tam rozstrzelają. Niemcy dość powszechnie stosowali właśnie taki sposób traktowania ludzi. Czekaliśmy, co będzie, ale byliśmy przygotowani, że jednak nas tam rozstrzelają, gdy zgromadzą mieszkańców z sąsiednich bloków. Otuchy dodał nam fakt: jakiś niemiecki oficer spacerował po dziedzińcu i trzymał małego pieska na ręce, owczarka niemieckiego. Przyglądaliśmy się temu, on tak chodził, chodził i w końcu zatrzymał się koło nas, dał tego pieska mojemu bratu i polecił, żeby się nim opiekować. Drobny szczegół, ale już wiedzieliśmy, że nas nie rozstrzelają, bo jak dali psa pod opiekę, to już wiadomo było, że nas nie rozstrzelają. I rzeczywiście, gdy zebrali ludność cywilną, […] było już ciemno, poszliśmy do kościoła na Woli.

  • Czy nie pozwolili państwu niczego zabrać, wrócić po rzeczy?


Niektórzy ludzie wzięli jakieś [rzeczy], ale myśmy [wyszli bez niczego]. Nasz blok się najdłużej bronił, tam była pozycja AK. Spodziewaliśmy się, że Niemcy zastosują wobec nas karę. W naszej rodzinie było tak, że mama miała iść rozmawiać z Niemcem, który pierwszy [przyjdzie], a tato się krył, bo wiadomo, że [Niemcy] polowali zwłaszcza na mężczyzn. Tak że myśmy nic nie wzięli. Myśleliśmy, że nas rozstrzelają, to po co było zabierać. Inni ludzie z naszego bloku też raczej nic nie zabierali.

  • Czy wiadomo, co się stało z Powstańcami, którzy zostali w tej piwnicy?


Wiadomo, niestety, wiadomo. Mianowicie nasza sąsiadka, pani Daligowa, przyszła jako pierwsza z powrotem [i opowiadała o tym zdarzeniu].

  • Już po wyzwoleniu, tak?


Gdy ustały walki, ona wróciła do mieszkania i opowiadała, co Niemcy zrobili z [rannymi] Powstańcami. Okazuje się, że jak wyprowadzili ludność cywilną z piwnic, to potem jeszcze sprawdzali, co tam się dzieje. Gdy zobaczyli, że tam są ciężko ranni żołnierze AK, to ich za nogi wyciągali po schodach przed drzwi wejściowe i rozstrzelali, zabili. Nasza piwnica była udostępniona [rannym] żołnierzom AK. Tato, jak już zapowiadało się, że będzie Powstanie, przygotował duże łóżko i tam spali rodzice i brat, a ja spałam na dwóch połączonych fotelach. Strasznie niewygodne było to spanie, no ale nie narzekałam, bo warunki były trudne. Przypuszczalnie ten ranny żołnierz, jak się zorientował, co się dzieje, mógł wejść pod to łóżko i tam schował się. I gdy wróciła nasza sąsiadka, pani Daligowa, opowiadał, jak to było. Po wyprowadzeniu ludności cywilnej Niemcy jeszcze zrobili przegląd piwnic i gdy zobaczyli, że tam są ranni żołnierze, to ich wywlekli za nogi na zewnątrz i rozstrzelali. Jeden z nich schował się chyba pod łóżko szerokie, bo tam gdzie indziej nie było możliwości, żeby się skryć, i tym sposobem ocalał. Został [w piwnicy] praktycznie do końca wojny. Tam były jakieś zapasy jedzenia, suchary, owoce czy warzywa, tak że przetrwał i opowiadał dokładnie, jako naoczny świadek, jak Niemcy potraktowali tych ciężko rannych żołnierzy.

  • Państwo poszli razem z resztą mieszkańców na Wolę, do kościoła Świętego Wojciecha.


Tak. To był bardzo zburzony kościół. Pamiętam, było niesamowicie zimno wtedy. To było 2 października, a tam dachu nie było, same gruzy. Tato gdzieś zdobył deskę, na której przesiedzieliśmy [całą noc]. Było bardzo zimno, a myśmy niczego nie mieli, bo wyszliśmy tak, jak żeśmy stali. To była noc, którą pamiętam dobrze do dziś.

  • Cały czas z tym pieskiem czy ten piesek gdzieś po drodze został?


Nie, potem brat chyba tego pieska zostawił, bo myśmy sami nie mieli niczego, nawet wody do popicia, więc mama powiedziała: „Weź tego pieska wypuść, może ktoś się nim zajmie”. Myśmy nie mieli możliwości, żeby się tym psem opiekować.

  • I z kościoła dalej państwo poszli…


Z kościoła nas wywieźli wagonami towarowymi do Pruszkowa, do obozu.

  • Jak pani wspomina pobyt w Pruszkowie? Ile państwo tam spędzili?


Byliśmy kilka dni w Pruszkowie. Warunki były koszmarne. To była właściwie duża hala, gdzie niczego nie było, gdzie każdy mógł sobie wziąć deskę i na tej desce spać. […] To były koszmarne dni.

  • Ale w jakiś sposób państwo żywili się. Tam pomagały różne służby, Polski Czerwony Krzyż i RGO.


Obóz był otoczony i Niemcy pilnowali, żeby nikt nie wyszedł. Któregoś dnia przyjechał [transport zorganizowany przez] Międzynarodowy Czerwony Krzyż i [przywieźli] puszki z mlekiem dla dzieci. Ja też dostałam puszkę z mlekiem, miało ono rajski smak. […] Rzeczywiście była jakaś pomoc, rozdawali żywność, ale ogólnie to warunki do mieszkania, do spania były koszmarne. [Ludzie głodowali], bo nawet jeżeli dostarczyli raz dziennie czy raz na dwa dni jakieś porcje żywności, to było i tak za mało.

  • Byli państwo wszyscy razem? Czy też mieszkańcy, sąsiedzi też…


To znaczy tam ludzie z Warszawy wymieszali się. Nie było jakichś miejsc do spania, do mieszkania. Każdy sobie deskę przyniósł i na tej desce siedział czy leżał. Warunki rzeczywiście były bardzo ciężkie. Jeszcze może powiem, że moja mama starała się zebrać jakieś informacje od ludzi, bo tam ludzie krążyli w obozie, ale na zewnątrz nie można było wychodzić. Mama się dowiedziała, że […] gdy ludzie wychodzili z obozu, to ich segregowali tak, że jeżeli ktoś był młody i zdrowy, to go od razu kierowali na roboty do Niemiec, jeżeli był ktoś stary czy chory, to mógł jechać w Polskę, jeżeli były rodziny z dziećmi, to dzieci szły pod opiekę matki, a ojca kierowali na roboty do Niemiec albo do obozu. To różnie bywało. Gdy mama dowiedziała się o tym, że jest taka segregacja ludności, to rodzice rozstali się i ja poszłam z tatą, a brat z mamą. Ja byłam zawsze taka drobna, mała. […] I przy przejściu przez bramę, gdzie Niemcy segregowali, Niemiec zobaczył, że tato jest ze mną, i powiedział: „W Polskę”. Tak samo mama, [została z bratem]. Potem rodzice się zeszli i dzięki temu nasza rodzina ocalała, bo tak to by na pewno tatę skierowali na roboty do Niemiec.

  • Jechali państwo tym samym wagonem dalej gdzieś w Polskę?


Gdy przekroczyliśmy bramę obozu w Pruszkowie, to każdy mógł jechać, gdzie chciał, i wtedy rodzice się zeszli. Jeszcze spotkaliśmy sąsiadów z Żoliborza. Parę dni zatrzymaliśmy się w [Jędrzejowie], tam nas [pewna rodzina] przenocowała i u nich mieszkaliśmy, żeśmy trochę wrócili do siebie. Potem rodzice zadecydowali, że pojedziemy do Tomaszowa, bo tam mieszkała rodzina mego taty.

  • Czyli pojechali państwo do Tomaszowa i już do Warszawy nie wracali?


Rodzice sporadycznie wracali, bo myśleli, że coś jeszcze przywiozą, ale przywieźli tylko fotografie, jakieś pamiątki, a tak już wszystko było, że tak powiem, rozkradzione. No i mieliśmy kontakt, bo ta nasza sąsiadka mieszkała w Warszawie, tak że opowiadała nam, co się działo. […] Myśmy mogli wrócić do Warszawy, bo tam jeden pokój był uszkodzony w czasie tego ostrzału z Dworca Gdańskiego, ale trzy pokoje jeszcze (właściwie dwa, trzeci mały) zostały, kuchnia, więc mogliśmy wrócić. Ale mój tato podjął decyzję, że jednak pojedzie na Ziemie Zachodnie. Został oddelegowany przez Ministerstwo Skarbu na Ziemie Zachodnie, organizował tu polską administrację. Miał ukończone studia wyższe, był bardzo dobrym organizatorem, mógł [podjąć pionierską pracę] na Ziemiach Zachodnich. Początkowo Wrocław był jeszcze zajęty, więc tato w Legnicy mieszkał i tam działał, ale potem został przeniesiony do Wrocławia, tutaj dostaliśmy mieszkanie koło placu Grunwaldzkiego. Mieszkanie na Żoliborzu tato oddał do dyspozycji Ministerstwa Skarbu i tam mieszkał pracownik ministerstwa. [Nastąpiła] zamiana mieszkań, można powiedzieć.

  • Czy pamięta pani swoją pierwszą wizytę w Warszawie po wojnie?


Tak, pamiętam. To była bardzo przykra wizyta, dlatego że jeszcze Warszawa była bardzo zniszczona. Piękne domy były bardzo zaniedbane, okna brudne, [elewacje zniszczone]. Nieciekawie wszystko wyglądało. Zrozumiałe, po takim kataklizmie. Zwykle chodziłam ulicą Felińskiego, to była bardzo piękna ulica, wille, ładne ogrody, a potem, jak przyjechaliśmy, to był zupełnie inny widok.

  • To były lata jeszcze 40. czy już 50.?


To mógł być 1950 rok, tak. Potem jeździłam częściej do stolicy. Warszawa zaczęła dźwigać się z gruzów, ale to już inna Warszawa niż ją pamiętam z dzieciństwa.

  • Chociaż państwa dom przetrwał.


Tak. Te pokoje, które były ostrzelane z Dworca Gdańskiego, zostały odbudowane potem przez tych, którzy tam zamieszkali. […] Otrzymuję zaproszenia na uroczystości w obozie w Pruszkowie i zwykle po tych uroczystościach jedziemy jeszcze na Żoliborz. [Nasz dawny] dom jest ładnie odremontowany, nowa elewacja, tak że ładnie wygląda ta okolica. Z tym że przy ulicy Felińskiego były bardzo ładne wille, ogrody. I jak potem po wojnie jeździłam, to okazuje się, że o dziwo, te wille były okratowane od parteru aż do wyższych pięter. Więc chyba nie bardzo bezpiecznie tam było, z tego widać, skoro kraty zastosowano.

  • Państwa mieszkanie też od Felińskiego miało okna?


To znaczy kuchnia była od strony Felińskiego. Z tym że obok naszego domu stał pierwszy blok. Ale myśmy widzieli, co się dzieje na Felińskiego. […]

  • Z sentymentem pani spogląda na te okna?


Chyba tak. Ale muszę powiedzieć, że to, co żeśmy tam przeszli, to jednak pozostawiło pewne tragiczne wspomnienia, pewne piętno. Gdy jadę do Warszawy, to jestem bardzo wdzięczna mojemu ojcu, że wybrał jednak Wrocław. No, chyba Warszawa po wojnie straciła swój dawny urok, tak mi się wydaje.

Wrocław, 28 października 2024 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Ewa Dobierzewska-Mozrzymas Stopień: cywil Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także