Jerzy Ryszard Niżnikowski 1929

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Jerzy Ryszard Niżnikowski, [urodziłem się] 1 lipca 1929 roku w Warszawie.Stopień wojskowy miałem – starszy strzelec. Przez okres całej okupacji byłem w harcerstwie, w Szarych Szeregach, na Pradze, od samego początku. Najpierw żeśmy się organizowali, a później przystępowaliśmy już do działań propagandowych: pisanie na ścianach, akcja „Wawer”, coraz szerszy kolportaż; potem wywiad, dywersja.

  • Wybucha wojna, wrzesień 1939 roku. Jest pan młodym chłopcem. Jak pan to zapamiętał?

Zapamiętałem przede wszystkim [nadawane] przez radio ogłoszenia: „Nadchodzi, nadchodzi…” i tak dalej – alarm i pierwsze bombardowanie. Nie wiem, którego dnia to się odbyło, ale na początku września. Bardzo przerażony byłem. W domu, w którym mieszkałem, to ściany chodziły i przerażenie ogarniało. Dalej to już było o tyle prostsze, że ojciec, który był pracownikiem Kierownictwa Zaopatrzenia Saperów (był ekonomistą i oficerem, choć nie zawodowym), dostał polecenie ewakuacji na Wschód, i żeśmy wyjechali w Lubelskie. Po kilku dniach, ojciec dostał polecenie wyjazdu dalej, do Równego. Mama moja odmówiła i wróciliśmy z dwiema siostrami do Warszawy. Tak że wróciłem po kapitulacji Warszawy.

  • Jakie były losy pańskiego ojca, bo myślę dostał się pod okupację sowiecką, tak?

Nie, nie dostał się. Ewakuowali się do Rumunii, był internowany i w obozach najróżniejszych przeżył do końca wojny.

  • Proszę opowiedzieć pańskie dzieje w okresie okupacji.

Po powrocie do Warszawy (a wróciłem na początku października albo pod koniec września 1939 roku) skontaktowałem się z kolegami z drużyny harcerskiej, do której chodziłem w szkole. Pierwsze uderzenie, że trzeba ewakuować nasz sprzęt harcerski do mieszkań. Istnieje zagrożenie, co się z resztą sprawdziło, że Niemcy zajmą budynek. Chodziłem do szkoły powszechnej nr 15 na ulicy Kawęczyńskiej. Sprzęt żeśmy wynosili, było ileś namiotów harcerskich. Potem sprzęt nam się bardzo przydał w czasie okupacji. To były początki, już w październiku 1939 roku. Potem całą zimę żeśmy się zastanawiali, co z sobą zrobić, przede wszystkim kontakty… Duszą naszą był drużynowy, nazywał się Mieczysław Słoń, pseudonim „Jurand”. On nas organizował. Już w 1940 roku, w kwietniu, w maju, zorganizował coś, co się nazywało oficjalnie półkolonie, a w rzeczywistości to był obóz harcerski, jaki żeśmy zrobili w parku Skaryszewskiego. Park Skaryszewskiego (czy Paderewskiego – jak kto woli) był zamknięty dla publiczności, tam siedzieli Niemcy, ale poprzez RGO poprzednie, to znaczy Radę Główną Opiekuńczą, udało się załatwić działki. Taki był cel, nawiasem mówiąc: jakieś jarzynki, jakieś cebulki, nie cebulki, pomidorki, sadzenie, a zupełnie co innego żeśmy robili. Park Paderewskiego był miejscem, gdzie armia polska prowadziła działania przeciwko Niemcom. Stąd dużo było wojska i w momencie kapitulacji została broń zakopana. Oprócz normalnych, harcerskich szkoleń, naszym celem było wykrycie i odkopanie [tej broni]. Z sukcesem, żeśmy wykopali mnóstwo broni, nawet działa żeśmy znaleźli w jeziorkach czy w stawach. Nie wiem, co się z nimi stało. Natomiast karabiny, granaty, pistolety, to najbardziej nas interesowało. Żeśmy je później konserwowali. Pierwszy kontakt z prawdziwą konspiracją, ze Służbą Zwycięstwu Polsce – jak żeśmy zaprezentowali, co my mamy, to kontakty były już coraz bardziej żywe. Taką samą robotę, jak myśmy robili, to robili też w Zoo uczniowie gimnazjum Władysława IV (z ulicy Zygmuntowskiej, dzisiaj Solidarności). Zoo było zlikwidowane, wystrzelali zwierzynę, ale tam też armia polska stała, i to samo wykopywali i konserwowali. To są już pierwsze zmagania, trochę na etapie, może nie tyle dywersji, ile gromadzenia broni. Byliśmy bardzo dumni z tego, żeśmy mogli ileś pistoletów, granatów i tak dalej, którymi się nie bardzo umieliśmy posługiwać, [przekazać].

  • Ile pan miał wtedy lat?

To wstyd powiedzieć – dziesięć z groszami. Byłem jednym z najmłodszych, a właściwie w ogóle najmłodszy, stąd tylko byłem od tego, żeby mnie gdzieś wysłać, żeby załatwić coś i tak dalej. Za to bardzo rzadko pozwalali mnie nocować w parku, w namiotach, a to była największa frajda. To są początki, a potem zimą w 1940 roku już zaczęły się akcje tak zwane „Wawer”.

  • Proszę opowiedzieć, jak to wyglądało.

Wyglądało to, nie tyle powiem po łobuzersku, ale trochę po amatorsku. Mianowicie, żeśmy pisali na murach, na ścianach, kredą. To się wydaje dzisiaj śmieszne, ale wtedy to było przedsięwzięciem pisanie haseł: „Polska walczy”, „Polska zwycięży”, „Wawer”. Dla młodego pokolenia może być mało znane to, iż w Wawrze Niemcy dokonali egzekucji. Dlatego ta akcja nazywała się „Wawer”. To były pierwsze lata. Później kontakty z ZWZ, przechodziliśmy z inicjatywy starszych (wojska) najróżniejsze szkolenia wojskowe: strzeleckie, podoficerskie i tak dalej. Ale żeśmy się kuli! Uczyli wszystkich tajników wojskowości. Potem, to jest moment wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej, polecili nam kontrolować przejazdy transportowe niemieckie, które szły na Wschód. Naszym rejonem była ulica Radzymińska (bo stamtąd wychodziła [trasa] na Radzymin i Wyszków), [zadaniem] notowanie wszystkich samochodów wojskowych, które tamtędy jeżdżą. Przyznam się, nikt nie wiedział, co z tym zrobić, bo samochód to samochód, ale jeszcze trzeba było wiedzieć, co w tym samochodzie jest, a one były kryte. Tutaj myśmy mieli trochę pomysłów i nawet potem żeśmy byli chwaleni za to. W końcu żeśmy doszli do wniosku, że każdy samochód jest oznakowany nie tylko numerem, ale również znaczkami. To lew, to gołąb, to jakiś ptak, to jakiś zwierzak. Wykombinowaliśmy sobie, to znaczy trochę nam podpowiedzieli, że to są dywizje niemieckie tak oznakowane. No, to prosta rzecz! Rysowało się szachownicę i mówiło: „Sto samochodów ciężarowych w godzinach takich i takich przejechało”. Od razu były ruchy. Okazało się, że to były dywizje z Tyrolu, z Bawarii, czy skądś. Gorzej, że trzeba było patrolować przez całą dobę. Godzina policyjna i tak dalej. Ale też się znalazły sposoby. Żeśmy gdzieś na klatkach czatowali i liczyli. Nie powiem, że była wielka dokładność, bo pod plandeką co jest, to nie wiadomo, ale jak leciało dwadzieścia, trzydzieści samochodów takich samych, to można się tylko domyślać, że tam było uzbrojenie czy jakieś inne historie. Ta akcja nazywała się „Vis”. To było ważne. Potem to już się zaczęły ćwiczenia polowe i początek dywersji.

  • Co pańska matka na to wszystko?

Matka… Miałem jeszcze dwie siostry, które również były w konspiracji. W tej samej, razem. Matka więc brała w tym udział. To się tragicznie skończyło, ale taka była potrzeba. To jest cały dom młodzieży. Tym bardziej, żeśmy wszyscy chodzili do szkoły, do gimnazjum. Najstarsza siostra zrobiła maturę (obie zrobiły maturę za okupacji, ale starsza wcześniej), była na trzecim, czy czwartym roku medycyny. Pole działalności powiększyło się jeszcze o służbę zdrowia czy konkretnie o sanitariat.

  • Proszę kontynuować opowieść o pańskich losach. Tragicznie się to dla pańskiej rodziny skończyło?

To są lata już późniejsze, rok 1942. Moi koledzy... Kim byli moi koledzy? Przede wszystkim uczniami szkół oraz gimnazjum Władysława IV. Jacy to byli koledzy? To ci, którzy później zasilili Batalion „Parasol” i Batalion „Zośka”. Jeden z naszych przedwojennych kolegów, Józef Szczepański, pseudonim „Ziutek”, z „Parasola”, i mój serdeczny przyjaciel, Justyn Zygmunt Ignatowicz, pseudonim „Figa”, mieli pewną akcję na ulicy Długiej. To się odbyło 12 kwietnia 1944 roku. Przyszło gestapo ich aresztować. Ktoś wydał. Nastąpiło starcie zbrojne, w rezultacie „Figę” zabili, a „Ziutek” uciekł. To było na pierwszym piętrze, rzucił granat, wyskoczył przez balkon (w nocy naturalnie to się działo) i uciekł. Na nieszczęście zostawił marynarkę, a w marynarce był notes z telefonami. Między innymi był [w nim zapisany] nasz domowy telefon. Dwa dni później przyszli Niemcy, gestapo, i nas aresztowali – wszystkich, cały dom, całe moje mieszkanie, dwanaście osób. Oprócz tego zaaresztowali kilka innych lokali, mieszkań, między innymi dyrektora gimnazjum Władysława IV – Usarka. Tragicznie, dlatego że wszystkich wywieźli na Szucha, a potem na Pawiak. Kobiety wywieźli z Pawiaka do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mężczyzn do Stutthofu. Całe nieszczęście na tym polega, że spośród naszych koleżanek dziesięć zostało rozstrzelanych na Pawiaku 18. maja. W tej całej grupie i ja byłem aresztowany, ale [miałem] trochę szczęścia i trochę pomysłów. Po prostu mnie Niemcy zwolnili i dopiero się zaczęła cała akcja ochrony alarmu, jak wyszedłem. Skuteczna, bo więcej już nikt nie został aresztowany, ale straciłem kontakt z „Zośką”, a byłem w „Zośce”. Po prostu zostałem przeniesiony do Komendy Głównej Armii Krajowej, żeby było śmieszniej wbrew mojej woli, bo byłem zżyty z kolegami. Na dobre może to wyszło, bo wszyscy z Pragi zginęli potem co do sztuki. „Ziutek”, czyli Józef Szczepański, przeszedł zaś do historii „Parasola”, dlatego że piosenkę „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola...” nie kto inny tylko on wymyślił. Taki to był wierszokleta, bardzo miły i serdeczny człowiek, chłopak żywy. Ale tak mu się przytrafiło… Jedno zawsze pytanie nurtowało: „Kto jego wydał na Długiej 10 mieszkania 12?”. Po iluś latach, może cztery lata temu, doszedłem, ale o tym to nie będę mówił.

  • Jak się pańskie losy dalej potoczyły?

Zostałem sam z bagażem trzech najbliższych mi osób na Pawiaku. Musiałem dawać im paczki, nie mając żadnego zaplecza finansowego. Nikogo nie miałem, bo ojciec siedział w obozie w Rumunii. Byłem sam. Trochę pomocy miałem koleżeńskiej, a jeszcze do szkoły chodziłem, do gimnazjum. Obowiązki, jakie na mnie nowa władza konspiracyjna [nałożyła], polegały na tym, że tylko latałem i meldunki tudzież rozkazy nosiłem. Przełożonym moim był kapitan czy major później, Leonard Zbyszyński. Miał pseudonimy: „Feliks”, „Lalek” i „Julian”. Był przełożonym oddziału, który w kontrwywiadzie nosił kryptonim „993G” albo „E” albo „I”. Potem to był Referat Łączności, a w czasie Powstania [...] tworzył drugi rzut Komendy Głównej AK. Mogę tylko to powiedzieć o pierwszych dniach Powstania. Takie były moje losy związane później wyłącznie z tym oddziałem.

  • Jakieś akcje specjalne?

Akcji to myśmy jako kontrwywiad może nie mieli, ale żeśmy brali udział. Z różnych względów, jakich właściwie, to lepiej może nie mówić, bo nie warto komuś krwi psuć. Jeszcze stare rzeczy, szpiclów, gestapowców, dalej się szukało, bo oni byli. Rozpoczęliśmy Powstanie 1 sierpnia na ulicy Marszałkowskiej. Koło kina „Polonia” żeśmy mieli lokal konspiracyjny. Naszym miejscem miał być Cmentarz Ewangelicki i Batalion „Pięść”. Tam się wszyscy zbierali z kontrwywiadu. W ostatniej chwili jednak, a właściwie mówię, że miałem okres strasznie gorący, odwołano naszą zbiórkę. Mieliśmy zostać na starych miejscach. Tamci poszli, byli w Batalionie „Pięść”. To jest oddział, który się kiedyś nazywał „993W”. Myśmy zostali w Śródmieściu i podjęliśmy działanie, już nie będę mówił jakie. Gdzieś około 12 sierpnia przerzucili nas ze Śródmieścia Południowego na drugą stronę Alej Jerozolimskich, na ulicę Boduena, bo tam była właśnie Komenda Główna. Komenda Okręgu mieściła się w PKO. Żeśmy zajęli kwaterę na ulicy Widok 10 (dom istnieje), na drugim piętrze. To był rejon penetrowany, a właściwie obsadzony przez Batalion „Kiliński” i trochę związków było z Batalionem „Kiliński”. Jak trzydziestu czy iluś chłopów przyjdzie dobrze uzbrojonych, to się wszystko rzuca w oczy, bo nieźle byli uzbrojeni jak na warunki powstańcze. Współpraca z „Kilińskim” siłą rzeczy musiała nastąpić wcześniej czy później. Wyglądała w ten sposób, że były pewne akcje, w których im pomagaliśmy, z racji chociażby uzbrojenia i tak było przez cały wrzesień. Z głównych [akcji], to było zdobycie PAST-y, ale przede wszystkim zajęcie Alej Jerozolimskich od strony parzystej, od mniej więcej Café Cristal (obecnie to jest Orbis) do barykady. Miejsce, gdzie obecnie stoi Smyk, żeśmy zajęli, wskoczyliśmy [tam] z wielkim namaszczeniem, a w BGK stali Niemcy i była wentylatornia, która spaliny z linii średnicowej wyrzucała na zewnątrz, a więc było zejście do tunelu. Żeśmy wejście zlokalizowali. Wielki strach, bo ciemno i hałaśliwie było, ale to była wywiadowcza robota, bo był dostęp do Dworca Głównego i do BGK, gdzie stali Niemcy. Było rozważane przez Komendę Główną, żeby tam jakiś desant zrobić, ale całe szczęście, że to nie miało miejsca.

  • Niemcy patrolowali tunel?

Nie, było tak ciemno i hałaśliwie. Dlaczego hałaśliwie? To jest tunel, gdzie każde stąpnięcie, to grzmoty, szkła, nie wiadomo co. I strach piekielny – bo nic [nie widać], ciemno, przecież latarki nie zapali, nic nie ma. Myślę, że Niemcy się bali tak samo jak i my. Oni siedzieli na dworcu, słychać było ich głosy, ale nie jakieś rozmowy, bo to za daleko było. Druga rzecz to zdobycie PAST-y. Też żeśmy brali udział.

  • Niech pan opowie o zdobyciu PAST-y.

To jest incydentalne dla nas osobiście. Poszło nas trzech czy czterech pomóc tylko. Jak zwykle dużo żołnierzy, dużo gadaniny, dużo innych rzeczy, a później wyciągnęli jakąś motopompę i zaczęli ją podpalać. Skończyło się na tym, żeśmy wyszli. Zdobywanie PAST-y trwało po pierwsze kilka dni, po drugie [odbywało się] kilka razy. Mówię o ostatnim efekcie. Skończyło się na tym, że zajęli, wyciągnęli Niemców. Duża akcja, bardzo boląca dla nas, bo żeśmy straty ponieśli. W dniu 7 września było natarcie, po upadku Starówki. Zwrócili się do nas z Batalionu „Kiliński”, żebyśmy wzięli udział w obronie Śródmieścia od strony Powiśla. Niemcy zajęli Powiśle i zaczęli atakować od Nowego Światu. Żeśmy poszli na ulicę Górskiego. To jest ślepa ulica obecnie, kończyła się szkołą, w której siedziała 3. kompania Batalionu „Kiliński”, ale [szkoła] została zbombardowana i nikogo już nie było, żadnego żołnierza. Na Poczcie Głównej (obecnie bank) była 2. kompania – też nikogo nie było. Nas poszło może ze trzydziestu chłopców, właśnie z kontrwywiadu. Dowodził nami mój kolega i przyjaciel jeszcze z czasów przedwojennych, podporucznik Teodor Kaznowski. Tam żeśmy byli chyba trzy czy cztery dni bez żadnej pomocy. To było duże natarcie niemieckie – Dirlewangera. [Mówiąc o] pomocy, to mam na myśli siłę żywą i do tego jeszcze z uzbrojeniem. Trochę nam pomagali ze Starówki żołnierze „Sosny”, którzy byli na ulicy Wareckiej. Dziwna rzecz, na ulicy Chmielnej był oddział Tajnych Zakładów Wydawniczych. Byli dobrze uzbrojeni i były różne walki. Zeszło się chyba ze trzy czy cztery dni. Sporo naszych zginęło, rannych zostało.

  • To był pana pierwszy kontakt bojowy z Niemcami?

Było może ich więcej, ale to incydenty były, te albo szpiegowskie. To się po prostu już zapomina. Przede wszystkim wziąłem Niemca do niewoli. To jest dla mnie duża satysfakcja. Właśnie na ulicy Górskiego żeśmy stali w gruzach (jest morze gruzów, jak fale wyglądają, noc jest i do tego ogień, dym – to takie wrażenie robi) i w pewnym momencie od strony Świętokrzyskiej, od Wareckiej, idzie człowiek. Świeci latarką i krzyczy coś. Jak podchodzi do nas, to krzyczy po niemiecku: Vierte Kompanie! Vierte Kompanie! Jeden kolega, Zbyszyński, zaczął po niemiecku odpowiadać. Ten idzie do nas – Kameraden! Doszedł do nas na odległość dziesięciu metrów, wtedy hasło: Hände hoch, („Ręce do góry!”) i rzucam się do niego, żeby go rozbroić.

  • Nie bał się pan?

Co się miałem bać, jak tamten pod pistoletem maszynowym jest. Ktoś musi to robić.

  • Ile lat pan miał wtedy?

Piętnaście. Co się okazuje, nie wytrzymał, puścił serię i trafił Niemca w kolano. [Niemiec] mówi, że granat ma w ręku. Nie miał granatu, tylko latarkę. Żeśmy mu krzywdę zrobili, jak runął, wpadłem jeszcze jak dynamo, ale miałem pistolet. [...] Wiem tylko, że na imię miał Kurt, żeśmy go od razu rozpytali. Był z Strafkompanie czyli karnej kompanii. Mówił, ale czy to prawda nie wiem, że był w obozie koncentracyjnym. Niemcy ich wysłali tutaj na front, do Powstania Warszawskiego, żeby odkupili swoje winy za Vaterland.

  • Co się z nim stało?

Z tym Niemcem? Żeśmy go przekazali, ale powiem szczerze, że przed końcem Powstania miałem satysfakcję z tego, że kolega prowadził Niemców i jego prowadził. Kulał, ale szedł jakoś. Poznał mnie ten Niemiec i do mnie macha ręką. Podszedłem, [pytam kolegę], jak się spisuje, a on mówi: „Bardzo fajny chłop. Jak nas na Kruczej zasypali, to mnie odkopał. Był wartownikiem i odkopał nas”. Potem nie chciał iść do Niemców, powiedział, że pójdzie z nami do niewoli. Ale to byłoby wbrew konwencji, poza tym nie wiadomo czy nie szpicel. Odprowadzili go i dalej już nie wiem, co się z nim stało. Takie losy.

  • Proszę powiedzieć, jak pan był uzbrojony. W ogóle, jak wyglądała sprawa broni od 1 sierpnia począwszy, jak żeście się zebrali, bo oddziały strasznie narzekały.

Tak, ale myśmy mieli trochę [broni]. Nie powiem, żeśmy byli bogato wyposażeni, ale było kilka pistoletów maszynowych, jedna pepesza rosyjska, chyba dwa Steny, były szmajsery niemieckie, Bergman był. Była też i broń krótka, mam na myśli Visy, czy jakieś inne rzeczy. Nosić broń, pistolety, to mnie nigdy ani nie imponowało, nie chciałem. Dlatego że to jest ciężkie i nie ma jak nosić. To nie były czasy, że do kabury wsadził, bo kabury nie ma. To się za pasem nosiło, na sznurkach, na smyczach, jak myśmy mówili. To nie jest wygodna rzecz. Zresztą broń jeszcze lubi strzelać i czasami nie tam gdzie trzeba. Najlepiej mi pasował granat.

  • Jakie pan granaty nosił?

Miałem fajne granaty angielskie, malutkie (duże jajo) i kolorowe były. To pamiętam. W kieszeni leżał, jak trzeba było, to mogłem go użyć. Potem pistolet już miałem pamiątkowy… i tak do końca Powstania.

  • Niech pan opowie historię pistoletu zdobytego na Niemcu. W ogóle, jak się pańskie losy z tą bronią potoczyły?

To muszę mówić o czym innym, nie o broni, ale powiem. Przed wyjściem do niewoli, a wyszliśmy 4 października, byłem w Komendzie Głównej, w osłonie. Mój przełożony, plutonowy Henryk Grocki, pseudonim „Henryk”, kazał mnie przynieść w nocy coś w postaci naczynia, kocioł do prania, coś takiego, bo dołujemy dokumenty Komendy Głównej. Przepraszam, mówię żargonem – zakopujemy. Zaniosłem to do piwnicy. W piwnicy był miał węglowy. Trzech nas było. Były ciągle jakieś nieporozumienia. Przecież to ciemno, latarek nie było, była świeczka cienka jak słomka i ciągle wypadała, i ciągle jeden drugiemu ubliżał, bo nie wiedział, co robi. Żeśmy wykopali (oni zresztą wykopali, ja się nie przyznaję do tego) dół. Przyniosłem kocioł i w kotle żeśmy zakopali. Wsadziliśmy [tam] dokumenty naszego wydziału, kontrwywiadu. To był główny cel, ale nie tylko. Przede wszystkim rozkaz przyszedł z Komendy Głównej, że dokumenty Komendy Głównej też trzeba zakopać. Były dwie paczki i trzecią żeśmy zakopali. Jak żeśmy zakopywali, wtedy wyszła propozycja (albo nie propozycja, bo już nie wiem, jak było), że broń też schowamy. Po cholerę nam broń? Miałem dwa pistolety – jeden to właśnie ten, a drugi to Vis. Vis był ciężki, w ładnej kaburze, to wsadzili go do paczki z pokrywą. Zalało się jakimś szmalcem, nie szmalcem, towotem, czy czymś takim śmierdzącym. Ale jak się potem okazało, tego pistoletu nie wsadzili i całe szczęście. Dlaczego szczęście? Bo pistolet, jak żeśmy odkopywali, a odkopywaliśmy rok temu…

  • Dlaczego dopiero rok temu?

Ktoś musiał powiedzieć, że to tam jest.

  • Sześćdziesiąt lat leżało?

Tajemnica.

  • Krócej leżą dokumenty królowej brytyjskiej, bo pięćdziesiąt lat.

Tak. [...] W 1992 roku, z kolegami, bo jeszcze żyli, mówimy: „Może puścić parę, że tam są dokumenty?”. – „Co ty? Mało to kłopotów żeśmy mieli?”. Po wojnie niektórzy byli przecież aresztowani przez Urząd Bezpieczeństwa i z wyrokami siedzieli. „Nie! Nie warto!”. W 1992 roku napisałem jednak raport o ukryciu. Ponieważ mam wykształcenie techniczne, to wyciągnąłem z Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy plany budynku, gdzie to było. Budynek już nie istniał po wojnie. To było przy gmachu PAST-y. Wyciągnąłem, przestudiowałem i z pamięci narysowałem. Pokazałem, w którym miejscu i problem dopiero się od tego momentu zaczął. Komu to złożyć? Nie wiedziałem komu. Najpierw złożyłem temu, który dał mi materiały budowlane, czyli plan zagospodarowania tego rejonu z 1936 roku. Potem komu? Historykowi jakiemuś. Zaniosłem do doktora Kunerta. Cały zestaw ich był w Muzeum Niepodległości, w Cytadeli: pan Chmielarz, pan Karpiński i inni. Zaniosłem, to mnie nawet pokwitowali. Przecież nie zaniosę na policję. [...] I na tym się skończyło – nic nie było. [...] [W końcu] zadzwonił do mnie historyk z Archiwum Akt Nowych, ponieważ dałem swój adres i telefon. Pierwsze pytanie: „Czy to pan Niżnikowski?”. – „Tak”. – „To pan żyje?”. – „Żyję”. – „Myśmy tu pański raport znaleźli. Chcemy wrócić do tej sprawy”. Zawiadomił (to już jest jego sprawa, nie wiem, jak to się odbyło) we Wrocławiu wydawnictwo i tamci się tym zainteresowali. Zawiadomili mnie i odkopali. Rezultat – stoję z tym pistoletem, już odkopanym. Włożyłem go i wyjąłem. [Teraz] jest w Muzeum Powstania na ulicy Towarowej, jestem dumny z tego powodu. [...] Ale mnie interesowały dokumenty. Dokumentów nie znaleziono, ale za to znaleziono ślady, że dokumenty były. Jakaś kobieta przyszła do nas w czasie kopania i wydała rozkaz. (Jakaś kapitan czy ktoś – myśmy nazywali je ciotkami, bo one miały tylko ciągłe pretensje do nas, że czegoś nie ma; przynieś to, przynieś tamto i tak dalej.) Rozkaz dają: „Zakopać paczkę”. Już wszystko jest zakopane, więc już nie ma co, przecież brudni jesteśmy, idziemy rano, za dwie godziny do niewoli. Przyniosła paczkę wielkości pudełka butów i mówi: „To bardzo ważne dokumenty. Zakopać”. Jak to wszystko [już] zakopane! No dobra, dobra… Jeden nerwowy nasz kolega, nazywał się Moranowicz (mówię już dzisiaj nazwisko, bo nie żyje), jak wyszła, łopatą w to przyłożył. Mówi: „To cholera! Myśli, że to tak łatwo dół wykopać, miał węglowy odwalić, potem zamaskować”. Uderzył łopatą, a tam coś zabrzęczało. Jak zabrzęczało, to drugi raz przyłożył. Rozwalił paczkę, a tam filiżanki były. No, co za dużo, to niezdrowo. Rozwaliliśmy, ale jak żeśmy [teraz] odkopywali, to żeśmy skorupki znaleźli.

  • Mówi pan, że dokumentów nie było?

Nie było żadnego.

  • Czyli ktoś kiedyś był tam pierwszy i odkopał.

Tak, domyślamy się kto. Myśmy z oddziału, z kontrwywiadu, po raz pierwszy spotkali się dopiero w 1973 roku. Dowodził nami, bo o tym żeśmy nie mówili, architekt, cichociemny, „Agaton” Stanisław Jankowski. Na pewno znany. On był naszym dowódcą. Zastępcą jego był podporucznik Bałk, obecnie generał, pseudonim „Kubuś”. Ale Bałka dopiero niedawno poznałem, to znaczy, spotkałem się z nim. Natomiast z Jankowskim właśnie wtedy żeśmy się spotkali i opowiadał nam taką historię. To był człowiek bardzo zasłużony dla Warszawy, architekt, trasę W-Z budował i opowiadał na tym spotkaniu różne historyjki. Między innymi [powiedział], że w nocy [...] dzwoni do niego telefon, on zaspany podnosi słuchawkę, odzywa się kobieta i mówi: „Czy to pan Jankowski?” – „Tak”. – „Będzie rozmawiał z panem minister Moczar”. Uznał to za głupi dowcip i odłożył słuchawkę. Za chwilę drugi telefon: „Mówi Moczar. Proszę wyjść, samochód stoi na dole, i przyjechać do mnie”. To wtedy nie było żartów. Przyjechał, kierowca go zawiózł i [Moczar] po pogawędce wręczył mu: „Odkopaliśmy dokumenty Armii Krajowej i bezspornie [wśród] tych dokumentów, które znaleźliśmy, jest pańska własność. Może się mylę, ale to jest rękopis opery Moniuszki «Straszny Dwór» i panu [to] zwracam”.Każdy [tę sytuację] inaczej odbiera. My, którzy chowaliśmy dokumenty, odebraliśmy to w ten sposób, że teraz wiemy, kto sypnął. Bo skąd by Moczar wiedział? To niesprawiedliwe, ale było. Tym bardziej się nie trzeba tym interesować. Taka tego geneza. Potem, jak już zacząłem się sprawą więcej interesować, to się okazało, że w kilku miejscach były dokumenty zakopane. „Andrzejewski” mówił, że były zakopane na ulicy Pięknej, przed wejściem. Pokazał mnie, ale to nie było zakopane, tylko wsadzili dokumenty do studzienki telefonicznej. Mówi: „Tam to pewnie wyciągnęli”. I co więcej mówi: „Jak siedziałem po wojnie w 2. Korpusie czy w Anglii, to w dokumentach, w tych papierach, była moja kenkarta” – czyli dowód osobisty niemiecki – „żonie Czerwony Krzyż oddał dowód”. Miał dwa dowody, fałszywego nie oddali, ale prawdziwy oddali. Wszystko jest więc możliwe. Po konfrontacji z nimi doszedłem do wniosku, że jest kilka miejsc, więc nie wszystko stracone. Dalej to już nie wiem, co myśleć. Ci, którzy odkopywali tutaj, są przekonani, że one tam są, jeszcze gdzieś leżą. Tym bardziej, że są ślady. Oprócz tego są piwnice domu nieistniejącego, na którym znajduje się parking. Wydedukowałem sobie, że to niemożliwe, żeby piwnice, ściany, ktoś rozwalał. Przecież to nonsens jest. Musi coś być. Ale gdzie? Właśnie dlatego mi plan zagospodarowania był potrzebny – zobaczyłem, obliczyłem piwnice. To druga czy trzecia, pomyliłem się może o dziesięć, piętnaście centymetrów, może dwadzieścia. [...] Pistolet zaś był zatknięty za rurę kanalizacyjną i nie trzeba było kopać, tylko go wyjąć. Mówiłem, że smarem żeśmy [zakonserwowali]. Był w kaburze, rozleciała się, ale kawałek kabury sobie wziąłem, trzymam w domu. Przyniosłem smaru, nie wiem, co to jest, mi się wydawało, że towot albo coś, a może to było szare mydło – noc, nie wiadomo co i to żeśmy tak klepali. Wsadziłem pistolet do kabury, kładąc w niego smar.

  • Jakie to jest uczucie po sześćdziesięciu paru latach wziąć pistolet, który się w tak dramatycznej sytuacji zdobyło?

Wzruszony byłem po prostu. Przede wszystkich szlag mnie trafia, przepraszam, że tak mówię, że dokumentów nie ma. Nie wierzę, żeby zostały zniszczone! Jeżeli Moczar czy UB je wydobyli, to nie po to, żeby zniszczyć. Wydaje mi się, że to jest archiwum, które było potrzebne do czegoś. Tak wygląda sprawa pistoletu.

  • Wróćmy jeszcze do czasów Powstania, wróćmy do tego jak wyglądało życie codzienne w Powstaniu, jak wyglądały sprawy prozaiczne – jedzenie, spanie, mycie się.

Nikt o tym nie chce mówić. Powiem szczerze, może trochę to wstydliwe, ale muszę powiedzieć. Przede wszystkim, jak żeśmy byli w Komendzie Głównej (o tym chcę mówić, bo to jest dla mniej najświeższy okres) nie było co jeść. Byliśmy głodni wszyscy, ale i Komenda Główna była głodna. Wody nie miała, a babek było do cholery – przepraszam, że tak mówię. No i co zrobić? Żeśmy chodzili do Haberbuscha albo na Prostą i żeśmy zboże w workach nosili.

  • Chodził pan do Haberbuscha?

Naturalnie. Po dziesięć, piętnaście kilo na plecy w worku się brało i żeśmy szli – trzydziestu czy iluś. Przynosiliśmy zboże. W budynku PAST-y, w piwnicy, była rzekomo zrobiona kuchnia, to znaczy palenisko było normalne kuchni stalowej. Na młynku od kawy to ziarno się mieliło i robiło się zupy. Można sobie wyobrazić jakie. Poza tym były jeszcze inne źródła.

  • Co żeście do zupy dodawali?

Wodę i sól. Ale byli tacy, co gdzieś chodzili po mieście i jakieś tłuszcze organizowali, makarony, i tak żywiliśmy siebie i przede wszystkim tamtych. Nie można myśleć, że tamci jedli co innego. To samo jadł „Bór” Komorowski. Generałów do niewoli poszło sześciu, wszystkich mogę wymienić, bo z nimi miałem na co dzień do czynienia. Wszyscy jedli to samo. Woda. Z wodą była gorzej, bo trzeba było przynosić kubłami. Kobiety lubiły, żeby to przynosić. Zaopatrzenie to jest wstydliwa rzecz. Może to akurat ja miałem kłopot, ale u nas to był problem. Nie wolno zdradzić swego miejsca pobytu. Trzeba pilnować budynku na okrągło – dzień i noc. A oprócz tego ciągle latać do Komendy Okręgu, który był w Śródmieściu, na Jasnej, do „Montera”. Raz żeśmy mieli napad.

  • Jaki napad? Kto na was napadł? Przecież nie Niemcy.

O nie, to nie byli Niemcy. PAST-ę zdobył oddział, który nie miał z nami nic wspólnego. [...] [Napad] polegał na tym, że porucznik wszedł do sąsiedniej chałupy przy budynku PAST-y i poprzez dachy, dziurę wybili i wpadli do budynku PAST-y. Skończyło się to tragicznie, bo Niemcy ich wzięli [do niewoli]. Był Hauptmann, wziął go do niewoli i zamordował. Ale dziury trzeba było [potem] pilnować. Nas to interesowało. Bardziej praktyczne, przecież bramy się pilnowało, dziur się wszystkie pilnowało. Którejś nocy jakiś hałas, jakaś strzelanina. Okazuje się, że niektórzy wtargnęli i w jakiś sposób uspokoiło się. Więc się tłumaczyli, że dom który jest chroniony... To jest okres, kiedy Rosjanie, Sowieci zrzuty [robili]. Spadała broń, która była nie do użytku, dlatego że to był kaliber zupełnie inny. Myśmy mieli broń i amunicję niemiecką. Ale oprócz tego [zrzuty] żywnościowe były, jakaś kasza gryczana sucha. Ich interesowało jedzenie. Oni się tłumaczyli, że chodzą, jest teren zamknięty, więc na pewno jak kukuruźnik leci, to im zrzuci. I myśmy chcieli to wziąć. [...] Poza tym myśmy ich znali. Był jeden oddziałek z AL, który siedział niedaleko kina „Polonia”. Wykombinowali sobie, że trzeba spenetrować i trzeba się zainteresować. Na tym się skończyło właściwie. Później, gdy była kapitulacja, przychodzili, żeby im dać jakieś legitymacje, bo ich Niemcy rozstrzelają, jak będą szli do niewoli. To fragmencik. Nigdzie się tego nie usłyszy, ani nie dowie, bo to wstydliwa rzecz jest dla wszystkich i dla nas.

  • Ale taka była prawda.

Tak samo nic się nie usłyszy, że wody nie było, że jeść co nie było. Jakoś dziwnym trafem wszyscy przeżyli.

  • Wspominał pan o zrzutach, czy był pan świadkiem zrzutów, ewentualnie dostawał pan jakieś zrzutowe produkty?

Nie, o tym nie było mowy. Znaczy granaty, malutkie, to braliśmy. Jedzenie, jakieś inne… mundury (przecież wszystkie rzeczy w mundury [były] opakowywane), środki, uzbrojenie… takich rzeczy to żeśmy nie mieli. Potem moment wyjścia do niewoli, najbardziej mi się upamiętnił.

  • To niech pan opowiada, jak to było.

Po tym wszystkim, brudni, żeśmy wskoczyli… Bardziej dojrzali to już wiedzieli, że jak się idzie do niewoli, to trzeba coś wziąć, ale ja nie. Skończyło się na tym, że jak wpadłem, to żeśmy koc na pół rozerwali – kolega wziął połowę, ja połowę. Trochę żeśmy obtarli się z brudu i tak żeśmy poszli. Poszliśmy do niewoli z sześcioma generałami. Wyszczególnię – dwóch generałów dywizji: „Bór” Tadeusz Komorowski i drugi też Tadeusz, nazywał się Krystynek-Kosakowski; czterech generałów: „Monter” Antonii Chruściel, Sawicki generał brygady, potem był… Zapomniałem, ale sześciu ich poszło do niewoli. Wyszliśmy ulicą Śniadeckich, przed Politechnikę. Żeśmy rzucili amunicję i granaty do koszy. [Wychodziliśmy] z bronią, bo to była honorowa kapitulacja. Wszyscy wyszli na ulicę Chałubińskiego, za Politechnikę i skręciliśmy w długą bramę. Tam była później informacja wojskowa. Było rozbrojenie, to znaczy zrzucaliśmy broń. Dziwna rzecz, jak żeśmy szli – osiemdziesięciu chłopa – to nie widziałem broni. Naprawdę! My – tak dobrze uzbrojeni. Nawet rozmawiałem rok temu z „Kubusiem” i mówiłem: „Pan szedł na samym czele i pan miał rakietnice za pasem”. A on mówi: „To nie rakietnica!”. Oburzył się na mnie: „To nie była rakietnica, tylko jak szedłem do niewoli, to opatrunek mi zrobili z gipsu na rękę”. Był ranny czy coś, nie wiem, i miał rękę na temblaku, a mnie się wydawało, że to rakietnica. Doszliśmy i ci generałowie wszyscy odeszli, pożegnanie było. [...] Niemiec, leutnant, nazywał się Dopa (przez „o”), mówi tak: „Według prawa niemieckiego, generałowie idący do niewoli, a to jest honorowa kapitulacja, mogą mieć ordynansów. Sześciu ordynansów proszę wystąpić”. Wystąpili. Mnie wielce ciekawiło, kto wystąpił. Wystąpili właściwie sami oficerowie: Jankowski, Wojtowicz i inni. Poszli, samochód, wywieźli, a nas do Ożarowa zaprowadzili. Na drugi dzień w pociąg i zawieźli wszystkich do Lamsdorfu. Tam już nas posegregowali Niemcy na różne sposoby i dostałem się do drugiego obozu. Potem do obozu koncentracyjnego, a jak był koniec wojny, to uciekłem i dostałem się do oddziałów amerykańskich. Krótki życiorys, ale pełny. Wróciłem do Polski po jakimś czasie, nie od razu.

  • W którym roku pan wrócił do Polski?

To był koniec 1946, 1947 roku – coś takiego.

  • Czy po wojnie miał pan jakieś nieprzyjemności związane z pańską historią?

Zawsze miałem; a to z racji zamieszkania, [a to] z racji, [że] siostra moja wyszła, nie wyjechała. Dwie na Pawiaku były. Jedna siostra, medyczka, była w tam szpitalu. W maju dziesięć kobiet zostało rozstrzelanych. Ona była na dziesiątym miejscu. (Niektóre informacje to mam z kontrwywiadu, bo przecież to wszystko mówiłem i mnie powiedzieli, kto wydał.) Dziesięć kobiet… strzelby wyciągnęli i do kaplicy, i rano rozstrzelali. Była dziesiąta, ale była w szpitalu. Musiał się rachunek zgadzać, to jedenasta, a jedenasta akurat dziecko urodziła i jej koleżanka też nie… To wzięli dwunastą i ją rozstrzelali. Dzień przed Powstaniem cały szpital zwolnili Niemcy. Chorych i pracowników, wszystkich zwolnili. Mieszkałem na Pradze i ona jak wyszła, to przyszła na Pragę, ale długo na wolności nie była.

  • Co się stało?

Przyszedł Światło i ją aresztował, i siedziała. [...]

  • Pan się nie ujawniał.

Nie, mnie nie było. Siedziałem wtedy zagranicą.

  • Jak pan wrócił?

Miałem takie sytuacje czasami, bo kolegów szukałem. Przede wszystkim do mnie mnóstwo ludzi przychodziło. Na Pradze mieszkałem, urządziłem się, pytali: „A co z tym jest?”, „A co z tamtym jest?”, i okazuje się, że ich nie ma. Nie ma, bo wszyscy zginęli. Jeden z „Zośki”, pamiętam, Michał, mieszkał na Hożej przed Powstaniem. Przyszedłem, dom cały zburzony, ale kartka jest – „Jesteśmy na Czeskiej”. Glinka się nazywa. To poszedłem na Glinkę. Przyszedłem, jego mama – jak się ucieszyła! Ja w mundurze amerykańskim, żeśmy się wycałowali i żeśmy rozmawiali sobie – jak żeś przeżył, jak to, jak tamto. Dopóki nie padło pytanie z mojej strony: „A co z Michałem?”. Ona mówi: „Ja cię więcej nie chcę tu widzieć!”. Szokujące. I potem mówi: „Michał jest przez UB aresztowany, siedzi w Montelupich, w więzieniu. Jak ty stąd wyjdziesz, nie wiem, ale nigdy tu nie przychodź, bo ci się stanie coś złego”. Rzeczywiście wyszedłem, przez płot przeskoczyłem i przez Park Paderewskiego do domu dojechałem.
Warszawa, 22 maja 2007 roku
Rozmowę prowadził Robert Markiewicz
Jerzy Ryszard Niżnikowski Pseudonim: 1929 Stopień: starszy strzelec, łącznik Formacja: KG AK, pluton łączności 59 Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter