Julia Janiszewska „Żyrafa”

Archiwum Historii Mówionej

Julia Janiszewska z domu Rokita; urodziłam się w Warszawie na Puławskiej.

  • Jak wyglądały pani i pani rodziny sprawy przed Powstaniem? Czy pani pracowała?


Pochodzę z bardzo dużej rodziny, nas było dziewięcioro. Szkołę skończyłam w 1935/36 roku, więc chciałam pójść do szkoły handlowej, bo tak mi odpowiadało, że będę jeździć po świecie. Tam myśmy się uczyli niemieckiego. Trzeba było wpisowe, ale rodziców nie było stać, więc zaczęłam pracować w fabryce lornetek. Myśmy układali, jako dzieci jeszcze, pakowali w bibuły, takie partie się robiło. To było na Kujawskiej, to jest taka w bok uliczka od Chocimskiej. Tam pracowałam, żeby przez rok sobie na wpisowe do szkoły zarobić. Zarobiłam, rodzice mi nie zabierali pieniędzy, odłożyłam, później zapłaciłam, bo trzeba było sześćdziesiąt złotych zapłacić wpisowego, a rodziców nie było stać, więc musiałam sobie [zarobić]. Później poszłam do szkoły handlowej, to było na Nowogrodzkiej, okolice Emilii Plater, i rok czasu się uczyłam. No i dobrze, bo trochę niemieckiego się uczyłam, a kiedyś niemiecki [był] tak jak obecnie angielski, taki powszedni handlowy język. I co? Później zdałam do drugiej klasy, we wrześniu miałam iść do szkoły i wybuchła wojna.

  • Właśnie miałem pytać, gdzie panią zastał wybuch wojny? Czy pani była wtedy w Warszawie?


Tak, w Warszawie. Cały czas byłam w Warszawie.

  • Jak pani odebrała wojnę?

 

To tak wiadomo było, bo prezydent miasta Starzyński bardzo dużo opowiadał, kazał nam zachować spokój i wszystko. Jeszcze oblężenie Warszawy trwało przecież, bo już zdobyli [większość kraju], ale oblężenie Warszawy trwało jeszcze chyba z dziesięć dni. Zanim Niemcy weszli do Warszawy, to robiliśmy barykady w Warszawie, meble się wyrzucało różne i rowy przeciwlotnicze [się] kopało, ale później musieliśmy wszystko sami zakopywać, bo Niemcy, jak wkraczali z butną miną, to trzeba było wszystko z powrotem [zakopać]. Nas zagonili, żeby to wszystko wyrównać.

  • Mnie bardziej chodzi, proszę pani, o pani wewnętrzne odczucia związane z wybuchem wojny.


Bardzo rozgoryczona byłam. Chciałam się uczyć, wojna wszystko przerwała, wszystko, najlepsze młode lata. Poszło wszystko na marne. Trzeba było… I zachowanie Niemców od początku było bardzo tragiczne.


  • Czy w czasie oblężenia Warszawy pani pomagała jako sanitariuszka, jako łączniczka?


Nie, myśmy raczej tak fizycznie [pomagali] – rowy kopali, zakopywali, gdzieś tam jakiś łącznik, kanałami śmy przechodzili [we wrześniu 1939 roku? – red.], to zawsze przewodnik był, bo tam w kanałach naprawdę trzeba się zorientować; informacje [przenosiliśmy], bo to już się zaczynała organizacja, bo Polska Podziemna jednak walczyła dalej.

  • Czyli pani wcześnie zetknęła się z konspiracją?


Tak.

  • Mniej więcej kiedy i w jaki sposób?

 

To był taki… Kiedyś takie dziwne były zachowania, bo mój ojciec był pięć lat w wojsku, to był stary wojskowy, pod zaborami austriackim i [rosyjskim, więc] znał dobrze język niemiecki i znał dobrze język rosyjski. Później był tam nawet tłumaczem, jak różne pisma [trzeba było przetłumaczyć]. Bo nie wciągało się rodziny, żeby [nie narażać], bo to jak pociągnie, to zaraz cała rodzina. Z ojcem się więcej przyjaźniłam i ojciec mówi: „Żeby się wykazać – bo był bardzo surowy pod względem wojskowym – to musisz gdzieś zdobyć jakąś broń”. Ale gdzie? Nie pójdę z gołymi rękami na Niemców, [żeby] tam jakąś broń [zdobyć], bo tylko na Niemcach [się zdobywało].
Była kawiarnia róg Karowej, był kiedyś teatr Malickiej, później Niemcy zrobili sobie jadłodajnię, i tam były potrzebne kelnerki trochę po niemiecku [mówiące]. Oni bony przynosili i kucharka była polska i obsługa Polek, bo to wszystko się Polakami [wysługiwali], bo to wszystko młodzież niemiecka na froncie, a tu tylko takie Hitlerjugend, młode szkoły tam były. Tam poszłam do tego [miejsca] i żeśmy roznosiły takie tam – to sobie zażyczył szampana, a Niemcy przychodzili tam do tej jadłodajni i tak te pasy rozkładali, porozczepiali się na krzesłach te kabury z bronią i myśmy szampan nosili w wiaderkach. Postawiłam szampana, tu zaczęłam się… Pistolet z kabury wyciągnęłam do wiaderka. I tam żeśmy mieli za śmietnikiem z tyłu schowek. Tam była taka dziura, że z drugiej strony zabierali, tam już był taki sygnał, że zabierali tą broń. Nie zdążyłam. Alarm się zrobił, wszyscy na baczność, będą rewidować, a ja nie mam gdzie [tego ukryć]. Kucharka była polska, wrzuciłam tam w jakiś bigos ten pistolet, ale sobie myślę: „Jak nabity, nagrzeje się, to wystrzeli”. Kucharka ściągnęła prędko ten gulasz. I nas wszystkich rewidują, bośmy mieli swoje szafki, bo tam żeśmy mieli swoje ubrania, wszystko. Rewidowali nas wszystkich, pod ścianę, tu, tam, nigdzie nie ma, nie znaleźli. Szum [się] zrobił, później posądzili jakiegoś młodego [żołnierza], ja im tak trochę pomogłam, [bo] tam z tyłu jakiś młody żołnierz niemiecki siedział, że wszedł, wcześniej wyszedł, że chyba to on wziął ten pistolet temu Niemcowi. To jakiś oficer był. Tak się skończyło, trzymali nas, rewidowali, pytali po dziesięć razy, ale nikt nic nie widział. I tak zdobyłam pierwszą broń. [Kierownikiem tej sali była artystka – Mieczysława Ćwiklińska, wspaniały człowiek, dużo pomagała w zdobywaniu broni na Niemcach. Dobrze mówiła po niemiecku, ratowała jak mogła zagrożonych].

  • Jak wyglądała pani działalność w konspiracji?


Działalność to taka… [Mieliśmy wyznaczone dyżury, dwa lub trzy dni, później dwa dni wolnego jak się nic nie działo. Ale ciągle byłam w pogotowiu, wszędzie jakieś zarządzenia trzeba było doręczyć, nie było telefonów]. Bo to tak był początek, to była pierwsza próba, czy się nadaję po prostu, [czy nie] jak sobie bym radziła w razie czego. Później zaraz tam żeśmy się [zaangażowali], bo to ojciec mnie wszędzie wpychał, bo matka czy młodsze rodzeństwo nie wiedziało nic. Bo wie pan, jak to było kiedyś, jak się wydało, to zaraz całą rodzinę niszczyli. Zaczęłam tam i później byłam [łącznikiem], bo bardzo szybko chodziłam, jak byłam młoda, więc mówili, że będę dobrym łącznikiem. Tam jeszcze getto było, tośmy dzieci żydowskie wyciągały, bo to tak rzucali na korytarzu, na tych okienkach te dzieci żydowskie leżały, jak getto było. I tak się zaczęło niewinnie i tak później do tego żeśmy… Przeważnie byłam łącznikiem w tej grupie i tak już się przyzwyczaiłam, że bez tego chyba nie można było żyć.

  • Czy pani pamięta nazwę grupy, w której pani była?


Grupa „Granat”.

  • Od samego początku?


Tak. Grupa „Granat”, tak.


  • Proszę pani, zbliżamy się do Powstania. Czy pani wiedziała, że Powstanie ma wybuchnąć?


Wszyscy wiedzieli, tylko nie wiedzieli kiedy. Wszyscy [wiedzieli], bo było przygotowanie, każdy wiedział, że Powstanie będzie, tylko nie wiadomo kiedy. W końcu 1 sierpnia, bo to takie hasło było umówione, litera „W”, „wiktoria”, że wtedy Powstanie [wybuchnie]. I wtedy o trzeciej to tak niespodzianie [się zaczęło], bo tak jeszcze nie było łączników między tymi grupami, zła łączność była trochę, że jedni nie wiedzieli, drudzy nie wiedzieli, syreny zaczęły wyć, wybuchło Powstanie. O trzeciej po obiedzie na Mokotowie wybuchło Powstanie. Wtedy każdy poszedł do swojego oddziału jakąś funkcję robić.

  • Czy już pani miała zlokalizowane to miejsce?


Tak, to było na Dolnej, tam było róg Dolnej i Puławskiej, tam była kiedyś „Higiena”, kąpielisko, później zrobili szpital polowy. Tam była ta cała główna kwatera przy ulicy róg Dolnej i Puławskiej.

  • I tam było to miejsce, gdzie mieliście się spotkać?


Tak.

  • Czy w tej lokalizacji, w tym rejonie, pani była przez cały czas Powstania?


Tak.

  • Czyli ta Grupa „Granat”, przy której pani była, właściwie nie była przerzucana na inne placówki?


Nie, najwyżej Służewiec. I tam zrzuty odbieraliśmy w parku Dreszera, bo jak ci polscy lotnicy przelatywali, myśmy nazwali [ich] „cichociemni”, bo przeważnie wieczorem przylatywali. Motory cicho chodziły i nisko nad dachami leciały, że radary niemieckie nie mogły ich uchwycić, więc nazwali ich „cichociemni”. Tam były zrzuty, żeśmy nieraz w nocy z latarkami czekali, bo tam bardzo dużo było zrzutów w parku Dreszera na Puławskiej. I tak się zaczęło.
Później [jako] jakieś tam łączniki to głównie z „Zośką” żeśmy mieli kontakt pisemny – to się przenosiło kanałami, to się wchodziło na Wiktorskiej, był otwór, i na Dworkowej róg Puławskiej był kanał potem, którym się przechodziło, był przewodnik. Tam się na Powiśle chodziło, wiadomości roznosiło, do Śródmieścia, do Kwatery Głównej, jaką działalność tu się robi. Ale to tak było – jedna ulica w rękach niemieckich, druga ulica w rękach polskich. To była ciężka walka, o każde piętro się walczyło. Tam był jeszcze u nas na Odolańskiej komisariat policji i tam był (tylko nie wiem, czy to jego nazwisko czy pseudonim) Kot się nazywał, był komendantem policji, ale działał na dwie strony. [Często wskazywał teren i czas, gdzie Niemcy będą atakować].

  • Ale myśli pani o policji…


Granatowej. Tak, tak. I on działał, dużo nam pomagał, bo taki z Niemcami niby to komendant, z Niemcami niby [współpracował], a wszystko żeśmy wiedzieli, gdzie szykują jakiś tam wypad.

  • Ale mówi pani o okresie przed Powstaniem jeszcze, o konspiracji?


Przed Powstaniem i w Powstanie nam dużo też pomagał. Skądś tam amunicję zdobył czy granat w Powstanie, bo to co było [było wszystkiego mało].

Później była straszna tragedia 3 sierpnia, zaraz po [wybuchu] Powstania. Jechał niemiecki czołg zwiadowczy Puławską i tam z pierwszego piętra dzieciaki – bo to i dzieci miały dostęp i wszystko, bo dzieci zawsze w wojnę się bawiły – rzuciły butelkę z benzyną w ten czołg. Tam mu się nic nie stało, gdzieś tam w gąsienicę się zakręcił i się ten czołg z powrotem wrócił. A na Rakowieckiej były główne siły, róg Rakowieckiej i Puławskiej, on się wrócił na Rakowieckiej, później gdzieś za jakieś dwie godziny przyszły trzy czołgi niemieckie, pancerne. Na tych czołgach Niemcy porozwalali karabiny maszynowe i [atakowali] odcinek od Belgijskiej do Boryszewskiej, trzy numery. Tam, gdzie [Powstańcy] rzucili butelkę z benzyną, to [Niemcy] wszystko oblali jakimś płynem, chyba fosforem czy czym, bo się mury paliły, a wszystkie wejścia otoczyły… Żelazna brama była zamknięta, a we wszystkich otworach automaty za kratami Niemcy porozkraczali, te automaty trzymali i gdzie się kto ruszył, to zabijali. Później wywalili bramę, rozbili i myśmy czekali do ostatniej chwili, że się wycofają, a tu już nas ogień parzył, nie mogliśmy już wytrzymać, bo już wszędzie płomienie się paliły, wszystkie sklepy z frontu, wszystko się paliło. Myśmy z mężem [Kazimierzem Święckim] czekali – w kwietniu brałam ślub, a zaraz 3 sierpnia zginął mąż [jako] pierwszy. Piwnice były poprzebijane, można było iść kilka domów piwnicami, bo Niemcy do piwnic nie wchodzili, bo się bali. Wpadli tam na podwórko, to tam trzydzieści osób przeszło zginęło, nas trzy tylko ocalało. Wpadli na podwórko i kto żył, kto się gdzie ruszał, to dobijali.

 

Jeszcze taki fragment był, taka Janka Cackowska, koleżanka, tylko z męża inaczej się nazywa, nie wiem, miała dziecko trzy miesiące czy cztery może, i wyskoczyła z tym dzieckiem, bo tu ogień się palił i musiała się albo palić albo [wyjść]. Przez podwórko chcieliśmy gdzieś na Glinki uciekać, a Niemcy tam wszystko [zablokowali] i taki fakt był straszny, jak ona to dziecko trzymała, on wyrwał jej to dziecko, przestrzelił i rzucił o mur. Tam jest ten mur na Puławskiej [71], jest tam kto zginął i jest kawałek tego muru zostawiony. Tam zawsze jeżdżę, też palę świeczki.
Myśmy z mężem chcieli przelecieć, żeby piwnicami przejść, ale musieliśmy przez bramę przelecieć. Jak przejechał serią, mąż tak dostał od razu w serce i tu [w ramię], a mnie rykoszetem się odbiło i dostałam w głowę, o tu mam łyse [na głowie], i ten palec [kciuk] miałam przestrzelony. Tak serię pojechał, że nie kulą, tylko rykoszetem dostałam, to może mi do mózgu całkiem nie dostało się. I tak żeśmy… I później tam zemdlałam, i mąż upadł, pani Kucharska nas ściągnęła na podwórko, żeby się nie spalić jeszcze. [Niemcy] tam trzydzieści osób rozstrzelali.
Córki Magiery, Hania i Baśka, właściciela domu, też zeszły. Ci Magierowie byli [zamożni], bo mieli swoją piekarnię, dwie kamienice i zawsze te córki nosiły na szyi po prostu worek złota, to się nieraz przekupiło Niemca – czy łapanka była, czy coś, to się nieraz przekupywało. To [Niemiec] doleciał, sznurek zerwał, obydwie rozstrzelał. A Janusz ocalał, bo ich było troje dzieci, schował się do komórki, gdzie króliki były, i ocalał na tym podwórku. Ale tam później kto się ruszał, to dobijali. Chciałam krzyczeć, mnie się zdawało, że tu [w gardło] postrzelona jestem. Tu, w gardle, [czułam] nerwy czy strach i to wszystko i trochę ból, tu mi stanęło w gardle, że nie mogłam krzyczeć, bo gdybym się odezwała, to by mnie dobili. Tak się pościągali na mnie ci konający i tak ocalałam. To nas trzy z trzydziestu osób ocalało 3 sierpnia. Tam była straszna masakra na Puławskiej, tam jest fragment tego domu.


Później walki dorywcze były. Tam na Racławickiej były zakonnice elżbietanki, bo Śródmieście się prędzej poddało, więc później żeśmy przeprowadzali generała „Bora” do elżbietanek na Mokotów, bo Mokotów ostatni się poddał. I żeśmy ich przeprowadzali tutaj do tego, tutaj żeśmy… Tylko z jedzeniem była makabra, bo to wszystko okrążone, jedzenia nie było, to tam gdzieś magazyn ten rozbił z cukrem, ten rozbił z mąką, to się wymieniało żywność.

  • Ale na Mokotowie chyba nie było tak źle z wyżywieniem, przecież były ogródki.


No, były ogródki, ale to wszystko Niemcy [mieli] pod obstrzałem. To myśmy na ogródki chodzili. Na Czerniakowskiej był ogrodnik duży, więc myśmy sobie worki do nóg przywiązywali i myśmy się czołgali prawie pod pozycje niemieckie, bo przecież wszędzie była okrążona Warszawa, opierścieniona. I tam żeśmy ziemniaki [zbierali] – co się dało wyrwać, czy marchewkę, czy coś, mieliśmy te worki [przywiązane do nóg] i myśmy się czołgali, bliżej był budynek, za ten budynek. Oni nas też nieraz ostrzelali. Tam mój brat był postrzelony, taki jeszcze młody, Kazik. I tak Powstanie się przeżyło strasznie, bo z jedzeniem było bardzo ciężko.

  • Czy na tej placówce dużo was było?


Było nas chyba ze trzydzieści osób, tylko człowiek znał pseudonimy więcej. Tam dowódcą był Rokicki, podobny do mojego nazwiska, Rokita – Rokicki. Przeważnie młodzi tam byli. Kilka osób było starszych, przeważnie dawnych wojskowych, a tak to jeszcze wszyscy młodzi byli, to jeszcze nieraz się jakieś gafy robiło.

  • Czy pani miała broń w czasie Powstania?


Miałam „siódemkę”, miałam.

  • Ale na żadne akcje nie chodziła pani? Pani była łączniczką?


Tak, łącznikiem. Tam tylko później [użyłam broni], bo taki skwerek był na Odolańskiej, kawałek ogródka było i tam tylko żeśmy zaczęli strzelać, bo tam Niemiec był [i przekazywał], że jesteśmy na Odolańskiej, że jest grupa. Taki ogródek róg Puławskiej i Odolańskiej [był] i on przekazywał wiadomość, że tu jest grupa. Co się wychylił z ziemniaków, to przekazuje. Trzeba go zlikwidować. Pierwszy raz tam strzelałam wtedy do niego, aleśmy go zabili, tego Niemca, bo przekazywał gdzieś, że tu jest ta grupa, co chwilę się wychylał, to znów tutaj ręką na Odolańską [pokazywał], że tam jest grupa wojskowa.

  • Ale jego stanowisko było na ziemi?


Na ziemi w ziemniakach się chował i co chwila się wychylał i przekazywał ręką. Ale tak broń się nosiło, miałam parabellum „siódemkę”, ale w takiej akcji, to tylko żeśmy raz [brali udział], jak był zrzut w parku Dreszera i później tam Niemcy wypatrzyli, bo to tak – raz się dostało w ręce niemieckie, raz w polskie. I Niemcy gdzieś tam wypatrzyli i zaczęli od Puławskiej do parku Dreszera. Ich tam było trzech i trzech żeśmy zlikwidowali. To była taka akcja.

  • Ale ta Grupa „Granat” nie wychodziła gdzieś, powiedzmy, na barykady? Rozumiem, że to była grupa, która była w odwodzie cały czas.


W obwodzie, cały czas na Mokotowie. Ale z Czerniakowem żeśmy mieli kontakty, bo tam też była akcja, mordowanie. Zresztą bombardowanie było też normalne, niemieckie „krowy” ryczały z Rakowieckiej, bo to było blisko Rakowieckiej. Myśmy je nazywali „krowy ryczące”, bo to tak jak nakręcali granatniki, to tak wyło jakby krowy ryczały. Ale myśmy przeważnie w swoim obwodzie [byli], tylko kontakty trzeba było [utrzymywać], czy sprawozdania, czy przywieźć jakieś zarządzenia, to się kanałami szło do centrum Warszawy.

  • Czyli, powiedzmy, na barykadach grupa nie walczyła bezpośrednio z Niemcami? Gdzieś, powiedzmy, atak, na jakiś obiekt?


Nie, walczyli, bo tam do Rakowieckiej na… Tam chcieli odbić na alei Szucha, bo tam było gestapo niemieckie, tam dużo jeńców pozabierali. I tam była taka walka, żeby odbić tych ludzi w alei Szucha i tam przy Belwederze, przy Łazienkach też tam główna taka [kwatera] była. Tam chcieliśmy, żeby stracili kontakt między Rakowiecką a Czerniakowem. To tam też był atak, też zginęło dwóch młodych ludzi. Wojtek Wojciechowski zginął przy tej akcji.

  • Czy pani miała kontakt z jeńcami, z Niemcami wziętymi do niewoli?

 

Z Niemcami? To nie, to tylko wtedy, co mówiłam, co jako kelnerki pracowałyśmy. A myśmy im nieraz głupstwa robiły, usiadłyśmy, bo oni to tak… Bo dużo dziewczyn polskich się zadawało z Niemcami, to oni, jak tam gdzieś na chwilę żeśmy usiadły, czy w Łazienkach na chwilę, czy co, przed Chopinem, to podchodzili: Fraulein! Fraulein! Czekoladami zaczęli częstować, to tylko żeśmy patrzyły, bo tam raz na Siekierkach… I żeśmy na Siekierki się umówili, Siekierki to takie w dół od Puławskiej, takie było bajorko i oni się umawiali z tymi dziewczynami. I my we dwie z Helenką Ostrowską mówimy, że się umówimy, żeby broń zdobyć, bo tak się zdobywało broń. Umówiliśmy się na Czerniakowie, oni przynieśli czekoladę, myśleli, że my strasznie za czekoladą [przepadamy] i tam myśmy [były], ale tu już byli chłopcy, czekali dookoła, żeby im pistolety zabrać, bo broni było bardzo mało. Zaraz żeśmy dały sygnał, oni nas częstują czekoladą, więc ci [nasi chłopcy] atak i tam wrzucili ich do bajorka i mundury im zabrali, bo nieraz były mundury potrzebne.
Jak pracowałam w fabryce lornetek, to przed wojną były eleganckie, do teatru robili, wszystkie takie ładne, później i dla wojska polskiego, a później Niemcy wszystko zarekwirowali. To też z początku żeśmy [próbowali] – jakoś trzeba dla partyzantki lornetki [przenieść], a częściej nas rewidowali, w jedną stronę i w drugą stronę chodzili. Miałam długie gęste włosy i robiłam sobie tu [z tyłu] wałek, bo najgorzej było wynieść korpus od lornetki. I tak się znosiło do jednego domu co tydzień, taki był Wacek Rogala, on justował, to znaczy juster się nazywał, który to montował. Zawsze korpus sobie na tasiemkę [dałam], tu włosy tak [do góry] zagięłam, oni tu [od stóp do szyi], rewidowali, a włosów nie. Zawsze ten korpus chociaż trzy razy w tygodniu musiałam wynieść, taki miałam obowiązek, bo jak by złapali to już koniec, bo takie jakieś optyczne rzeczy małe, to tam gdzieś się wszywało w sukienkę, pod pachami, gdzieś tam się powszywało takie rzeczy małe, najgorsze było ten korpus wynieść. Przychodził juster, Wacek Rogala się nazywał i to montował, tylko raz w tym domu, raz u tego, raz u tego, żeby nie w jednym miejscu zawsze.

  • Dobrze, a czy pani miała w czasie Powstania kontakt z jeńcami niemieckimi?


Z jeńcami nie. Już po upadku Powstania miałam taki kontakt. Po upadku Powstania nas wszystkich wywieźli. Jeszcze pamiętam, „Bór” Komorowski z dwoma oficerami szedł z elżbietanek w alei Niepodległości podpisać kapitulację. Pamiętam, wszyscy ludzie wyszli i płakali, jak oni, dwóch oficerów z flagą biało-czerwoną, „Bór” Komorowski w szarej jesionce, szli podpisać kapitulację. Ludzie płakali, żeby jeszcze się wstrzymali, bo tak dzieci rodziły się w piwnicy, nie było mleka, strasznie to było w Powstaniu, młode kobiety przecież.
Później, jak już Powstanie upadło, to nas wywozili wszystkich. Pociągi nie nadążały wywieźć, bo przecież tyle ludności wywieźli. Nas umieścili na Służewcu, w namiotach żeśmy chyba z pięć dni spali, bo już do pociągu czekaliśmy na transporty. Tam później przyszedł wojskowy i tak przechodził, a tu wszystko wymizerowane po Powstaniu. Jak się słoneczko pokazało, tośmy wychodzili przed namioty, bo to się spało na ziemi przecież, ani przykrycia, ani nic.
Byłam z matką i bratem Kazikiem, bo ojciec zginął już, mąż zginął, brat, sześć lat, zginął wtedy w masakrze na Puławskiej, siostra, szesnaście lat, Gienia, zginęła tam na Puławskiej, to tak nas trójka [była], ja, najmłodszy brat jeszcze, Kazik i matka. I żeśmy ocaleli i tam później nas wywieźli na Służewiec. Tam na Służewcu w namiotach żeśmy leżeli. Przynieśli nam zupę z brukwi i nie mogę powiedzieć, że tego, kawałek chleba dali raz na dobę. Później szedł oficer niemiecki i tak wybierał: „Ta, ta, ta”. Sobie myślę: „Chyba nas będą rozstrzeliwać czy co?”. No nie wiem, bo to nie ma sensu, a oni nas wzięli do kuchni polowej do pracy. Ale tam, nie powiem, bo miałyśmy swój pokój, taka Marysia, córka dozorcy, Pęksa się nazywała, była, później Danusia, nas trzy wzięli. Rano, o czwartej, już ziemniaki się obierało, bo kuchnia polowa była jakieś cztery kilometry od frontu. Tam później, jak przywozili, to myśmy kotły myły, to wszystko na powietrzu. Oni tylko sprawdzali, czy dobrześmy robiły. Ale tam myśmy miały dobrze w tej kuchni, bo jedzenie miałyśmy i spałyśmy w pokoju tam (bo dali nam, wysiedlili Polaków) i tam żeśmy spały. Miałyśmy tam dobrze, bo tak – jedzenie [było]. Tam był Włoch jeden, niewolnik, dwóch Rosjan, Rosjanie czy Ukraińcy – bo myśmy za nich wszystkich wołały: „Iwan, Iwan!”, tak było, nie wiem, czy Ukraińcy, czy Polacy – i był jeden taki, nie wiem, przeskrobał coś w wojsku, Franz, ale bardzo przyzwoity człowiek. Jak coś ciężkiego, jak w tym kotle się myło, to przecież wodę trzeba było wylewać, to wszystko ręcznie się robiło, to nieraz nam pomagał. Oni go traktowali tak samo jak nas, jak niewolników.

  • Młody był ten Niemiec?


Młody, jakieś dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata. Gdzieś pochodził z Bawarii, tak jak żeśmy się dogadali.

  • To znaczy, pani miała kontakt dopiero po Powstaniu?


Po Powstaniu, a podczas Powstania – nie.

  • Bo miałem pytać, czy pani była świadkiem jakichś zbrodni wojennych popełnionych przez Niemców albo przez „ukraińców”, którzy byli z Niemcami.


To właśnie „ukraińcy”, to armia Własowa, bo jak wszystkich więźniów, morderców wyzwolił z więzień, obiecał im wolną Ukrainę, więc dali im mundury i przeważnie na Powstaniu Warszawskim [niezrozumiałe] byli właśnie ci „ukraińcy”, ta armia Własowa. Bo nawet krzyczeli, jak kto do piwnicy zdążył uciec, to krzyczeli: „Wyłazić, job wasza mać!” – to po rusku.

  • Proszę pani, jak wyglądała kapitulacja?


Mówię, strasznie wyglądała. To już była tak wyczerpana ludność, że jak szedł „Bór” Komorowski z dwoma oficerami w aleję Niepodległości tam podpisać kapitulację, ale wszyscy [płakali]. I później wszyscy wysiedlają nas z całej Warszawy, przecież opróżnili całą Warszawę. Myśmy tam na Służewcu stali, to jeszcze palili. Przecież jeszcze widziałam, jak zamek się palił, to jeszcze wysadzali, co zostało, zamek, wszystko tam, bo to do Służewca było widać, jak się paliło, tośmy stanęli nieraz i płakali.

  • Proszę pani, a jak doszła wiadomość do was, do waszego oddziału, że kapitulacja, że koniec Powstania?


To myśmy byli przeważnie łącznikami, już wiadomo było, bośmy też mieli kontakt z siostrami elżbietanek, bo tam nieraz któryś ranny był czy co, to się tam go zostawiało na Racławickiej. Tam żeśmy mieli z głównym dowództwem [kontakt], już mówili, to tak dzień wcześniej było wiadomo, że będzie kapitulacja, że już Polacy nie wytrzymają.

  • A czy Niemcy bardzo atakowali Mokotów w ostatnich dniach?


Atakowali bardzo, przeważnie „krowy ryczące” były z Rakowieckiej. Tak myśmy mówili – „krowy ryczące”, to granatniki, jak nakręcali tą maszynę, one leciały, to nie wiadomo, w którym kierunku. To tak burzyło się, zaraz budynek czy coś się burzył i się palił zarazem, nawet piach się palił. Fosfor tam dodawali czy co, nie wiem.

  • Proszę pani, a jaki był stosunek ludności cywilnej do was, do wojska?


Bardzo, bardzo serdeczny, wszyscy chcieli pomagać. Już później jak mówili o [kapitulacji], to mówili: „Jeszcze wytrzymamy parę dni, może nam ktoś pomoże” – bo gadali, że z Anglii na pomoc przyjdą. Guzik prawda! Nikogo nic nie obchodziło, tylko tych paru lotników, co nam zrzuty dawali, a tak ani Anglicy, ani nic, nikogo nie obchodziło. Ja się teraz dziwię, dlaczego w Afganistanie nasze wojska stoją. Myśmy tu się tyle męczyli, przecież wiedział cały świat, […] przecież wszyscy wiedzieli, co się dzieje i nikt nie pomógł. Nikt.

  • I teraz, jak już jesteśmy po Powstaniu, co dalej się działo z panią? To ta kuchnia, a potem?


Byłam w tej kuchni, ale jeszcze chciałam, bo to jeszcze matka i brat był, jedenaście lat [miał] Kazik, żeby ich ściągnąć do kuchni. Z tym niewolnikiem niemieckim rozmawiałam, taki był, widać, bardzo uczciwy, skądś, z Bawarii pochodził i mówię, że chciałabym, żeby matka i brat też przyszli tutaj do kuchni robić, bo tu tak: i jedzenie, i pod dachem się spało. On mówi, że będzie próbował, bo matka była ranna w twarz i tutaj [w szyję] była poraniona. To mówię: „Będę robić tutaj dzień i noc za matkę, żeby tu być razem, bo nas tylko trójka została”. Bo brat najstarszy był w wojsku, dostał się tam do niewoli, na Sybirze był. Później, jak Wasilewska tam tworzyła wojska polskie, to się wciągnął, przeszedł cały front aż do Berlina. Dwa razy był ranny, ale tak nie [poważnie]. Później był już w stopniu kapitana w Bydgoszczy. Wykładał w wojsku jako wykładowca polityczny.

  • To już po wojnie?


Po wojnie, tak. I tak się chciałam z rodziną [spotkać], ale później z namiotów już powywozili. Matka i brat dostali się do Magdeburga, tam w zakładach lotniczych Kruppa pracowali. Tam przez Czerwony Krzyż ich odnalazłam, ale później tam był nalot i tam rozbili, bo to duże zakłady lotnicze były, te Kruppa, w Magdeburgu. Tam weszły później wojska alianckie i generał Anders tam wszedł. Dzieci się porozpraszały, bo to i dzieci tam były, pracowały, tam jakieś śrubki nakręcały, coś tego, wszystko, bo to przecież wszystkie prace robili niewolnicy, bo Niemcy wszystko na froncie, i dzieci się pogubiły.
Oddziały Andersa pozbierały te polskie dzieci, wywieźli do Londynu, tam zrobili obóz dla polskich dzieci, ale tam mieli dobrze. Wywieźli, bo to tak – tu, tu się plącze, tu jeszcze front trochę trwał. Później, dopiero po roku odnalazłam brata przez Czerwony Krzyż. Matka później się znalazła, bo też tak przyszła, bo też tak przypadkowo jechałam tam ją szukać i znalazła się w Strzelinie. I tak później siostra wróciła, bo też była wywieziona do Niemiec. Brat, Bolek, też był wywieziony do Niemiec, bo w łapankach był złapany, tak że nas z tylu rodzin to bardzo mało zostało, ale później się odnajdywała rodzina.
Później, jak już tutaj Powstanie upadło i front już poszedł, Niemcy tam nas wieźli przed frontem. Taka, pamiętam, przed Toruniem jest wieś Kawęczyn, zapamiętałam to, więc nas wieźli dalej z kuchnią, a nas było trzy Polki i jedna Ukrainka i mówię: „Słuchajcie dziewczyny, mamy szansę uciekać teraz. Niemcy są w pośpiechu, bałagan”. Tam żeśmy w jakiejś chałupie nocowali. One mówią: „Ty, głupia, jak nas złapią, to nas rozstrzelą”. Ja sobie myślę: „Ja nie [zostaję]”. Tu wartownik chodził po podwórku, cichutko wstałam, przeskoczyłam przez okno w Kawęczynie i przeleciałam. Wartownik poszedł w tę stronę, to ja poszłam w tą [przeciwną] stronę. Pukam do jakiegoś mieszkania, tam pies szczekał, zapukałam, wyszedł gość. Mówię: „Czy pan mnie przechowa gdzieś w komórce, bo Niemcy już uciekają, a uciekłam z transportu”. A on [mówi]: „Co pani?! Chce pani, żeby moją rodzinę wymordowali?!”. Mówię: „To nie”. Przeleciałam przez płot do drugiego domu, pies zaczął szczekać, wyszedł gospodarz. Zaraz, jak on się nazywał, ten gospodarz? Mówię, że uciekłam, że nas pędzą dalej i uciekłam, że nie chcę dalej jechać z tymi szwabami, jeszcze im gotować. Mówię: „Trucizny byśmy im nasypali” – człowiek mściwy się zrobił, ale nie było szans. On mnie tam schował do komórki w węgiel, przeczekałam. Oni rano szum, szum, szybko, szybko jadą dalej, na Toruń jechali. I stamtąd wtedy uciekłam i przyjechałam do Warszawy.

  • Czyli pani nie była jako jeniec, tylko jako robotnik, jako osoba cywilna?


Tak, tam już tak, bo nas wzięli do kuchni. Wróciłam do kochanej Warszawy, bo tak ciągnęłam – tutaj przecież wychowana, tu szkołę tak sobie człowiek miał, różne marzenia i wróciłam. Ale tak – bez pieniędzy, bo nie było przecież pieniędzy, nie miałam skąd [wziąć], bo nam nie płacili, głodna, brudna, obciapana, dom spalony do fundamentu.

  • A miałem pytać, gdzie pani mieszkała do Powstania?


[…] Na Puławskiej.

  • Puławska jest długa.


71. Tam koło Rakowieckiej niedługo, za Rakowiecką, koło Dolnej. Tam do parafii Świętego Michała żeśmy chodzili do kościoła.

Wróciłam do Warszawy. Boże mój, co w tej Warszawie [było]! Gruzy, ciała zakopane na podwórku, przecież nie było [jak] na cmentarz wywozić. [Tych], którzy zginęli na podwórku, się tam w worek zawinęło i się na podwórku zakopało, więc trzeba by pochować na cmentarzu. Rada miejska się utworzyła, dawali platformy, bo to wszystko konno, nie tak jak dziś samochodami. Później znalazłam wujka, męża wujek, i akurat też przypadkowo, bo zaglądał na Puławską, kto się znalazł. Bo kto się odnalazł z rodziny, to tam na bramie, na gruzach się karteczkę zostawiało, że „Jestem tu i tu”, „Odnalazł się taki i taki z rodziny takiej i takiej”. To była taka cała komunikacja.
Jestem bezradna, głodna, pieniędzy nie mam i chodzę, taki tam był bazar na Puławskiej koło Szustra. Pani Kucharska, dawna sąsiadka, która nas właśnie wyciągnęła z ognia w Powstaniu, mnie poznała, a ja jej nie poznałam, bo tak niby niedługi czas, a ludzie się pozmieniali. Mówi: „A ty gdzie jesteś?”. Mówię: „Przyjechałam, ale wszystko na podwórku zakopane. Trzeba by jakieś trumny zrobić”. Później tam mnie skontaktowała, pan Pawlicki był, dawny sąsiad, stolarz, porobił z desek trumny. Miejska rada dała nam platformę, bo to nie tylko nasze, bo to z całego podwórka się wykopywało, wyznaczyli gdzie i się zwoziło na cmentarz dopiero. Tam ani nazwisk jeszcze nie ma napisanych, ani nic, bo trzeba by tam napisać, ale nie wiem dokładnie, w którym grobie, bo to tak wszystko rzędem się chowało na Służewcu.


I tak później sobie myślę: „Trzeba by jechać, szukać matki do Magdeburga, bo wiem, że w zakładach Kruppa [pracowała], i brata, bo – sobie myślę – nikt więcej nie wiem, czy ocalał”. I jechałam właśnie tam, bo to się jechało na dachu i różnie i dojechałam do miejscowości Czaplinek, to jest na Pomorzu, żeby dalej jechać na zachód, bo to do Magdeburga. Tam powiedzieli, że są tory zerwane, że muszę iść jakieś siedem kilometrów do Złocieńca, dopiero stamtąd pojechać do Magdeburga, ale to była noc, więc myślę: „Gdzie w nocy?”. Tych kacapów się tyle wszędzie kręciło – tak mówię bez pardonu. Wyszłam za stację kawałek, usiadłam na rowie, szczawiu urwałam, trochę pojadłam i patrzę, idzie grupa wojskowych, bo tam w Wałczu był obóz jeńców polskich. Tam byli marynarze i tego, bo mąż był tutaj zabrany do niewoli 15 września, 16 września, pod Chojnicami był tu na froncie, ale co? Oni na koniach ułani, a tu czołgami podjechali i był zabrany, był tam właśnie w Wałczu pięć lat. Idą, śpiewają polskie piosenki w polskich mundurach i marynarze, i tacy, ja tak siedzę na rowie i podchodzi właśnie mój późniejszy drugi mąż i się pyta: „Ty jesteś Polka czy Niemka?”. Mówię, że Polka. „To chyba jesteś głodna”. Amerykanie im tam dali konserwy, coś, czekoladę, tak że jedzenie mieli. Zaraz konserwę rozpakowano, żeśmy zjedli na tym rowie i mówi: „Tam się nie dostaniesz, bo musisz mieć przepustkę już od tych władz, żeby dojechać do Magdeburga. Chodź tutaj, Niemcy wyjechali, całe miasto jest puste, Czaplinek, prawie, to mieszkanie…”. I faktycznie poszłam. Stołówka już była zorganizowana, bo to taka była… Jak pojechali do Niemca, zabrali świnię (byli i rzeźnicy, i różni fachowcy), zrobili bardzo dobrą stołówkę tam w rynku. Mnie dali mieszkanie na Górniczej, żeby w miejskiej radzie pracować, bo taki był prezydent, Kondulski się nazywał. Nie wiem, czy trzy klasy miał, bo nieraz się pytał, jak się pisze „wtorek”, przez „f” czy przez „w”, ale jakoś się tam zasłużył, że został burmistrzem. Mąż został też tłumaczem, bo znał rosyjski, niemiecki, a ja zaczęłam pracować w radzie miejskiej, w Czaplinku. Trzeba było się starać przez władze, żeby pojechać po matkę, odnaleźć, ale w tym czasie matka właśnie już wróciła, miała w Lubelskim siostrę. Pojechała do siostry, bo pisałam listy, i później się dowiedziałam, a to kiedyś listy szły dwa tygodnie, trzy tygodnie, przyszedł list, że matka się odnalazła, że jest u siostry, to wsiadam w pociąg i jadę do Lublina. Przyjechałam do Lublina, matka w międzyczasie przyjechała tu, do Czaplinka, ale było mało Polaków, to się wszyscy znali. Właśnie ten [mój] późniejszy mąż mówi: „Mam klucz od mieszkania pani córki, panią zaprowadzę”. Mój mąż był wysoki, prawie dwa metry, dobrze zbudowany, jeszcze matka myśli: „Jakiś bandyta może czy co?” – bo to różnie się zdarzało po wojnie. Wziął matkę tam do domu, ja byłam tylko dwa dni u ciotki i z powrotem przyjechałam. Już tak się rodzina zaczynała odnajdować. Brat, Bolek, wrócił z Niemiec z robót, siostra, Zocha. W Czaplinku wszystko się osiedliło tak za mną. Dostałam tam [pracę], pracowałam, później sobie sklep otworzyłam spożywczy, ale tam wszystko było, mydło i powidło. I tak zaczęłam normalnie [żyć]. Później wyszłam za mąż we wrześniu, 15 września, i tak się zaczęło już życie niby normalne.

  • Proszę pani, wróćmy jeszcze do spraw, które dotyczą Powstania. Jak wyglądało życie codzienne w czasie Powstania?


Codzienne życie, to zależy. Bo myśmy mieli wyznaczone dyżury, żeby odpocząć, więc się zbieramy, przypuśćmy, punkt, nocny dyżur czy tam dwadzieścia cztery godziny, zależy jaka była potrzeba, w razie akcji czy obrony. Przeważnie na Dolnej żeśmy się zbierały, róg Dolnej i Puławskiej. Później przychodziła druga zmiana. Życie to tak – co kto gdzie dostał, to się pożywiło. Ten przyniósł to, ten przyniósł cukier, ten przyniósł coś, się wymieniało i tak się placki na blasze popiekło i takie było życie.

  • A skąd miałyście wiktuały, produkty żywnościowe?


To nieraz gdzieś magazyn niemiecki odbili, rozbili, jeden z cukrem, drugi gdzieś tam z mąką, to się później wymieniało, bo tam był jeszcze dom dziecka na Dolnej, więc się wymieniało. Myśmy tam sobie gotowały, placki piekły, a po ziemniaki, warzywa, to tak jak mówię, workiśmy uczepiali, szli pod pozycje niemieckie, żeby [je zebrać], bo tam i kapustę, co było na [polu], to się wszystko do worka [wkładało], do nogi [przyczepiało] i się ciągnęło.

  • Czy ludność cywilna pomagała wam?


Bardzo, bardzo. Jeżeli gdzieś coś mogli, [to] bardzo pomagali, tak że nie było żadnych jakichś [afrontów]. Jak nas spotkali, to nieraz też ktoś herbatę dostał. Częstowali nas i zawsze się wypytywali, jaka sytuacja jest.

  • A jak było z wodą?

 

[…] Z wodą? Tośmy chodzili, była pompa na Racławickiej, to się przynosiło. Tam pompa [była], to kolejka stała. Nieraz latał samolot i ostrzeliwał. Naczynia się porobiło i ta pompa była czynna i myśmy przynosiły. To jak się w miskę wlało wody, to się myła cała rodzina dwa dni w jednej wodzie, żeby, jak to mówią, oczy przemyć. Z tej Racławickiej dużo było [wody], bo duża pompa była i tam żeśmy [nabierali wodę]. Później gdzieś drugą pompę wynaleźli na Wiktorskiej pod 3 i chyba do dziś dnia jest ta pompa i stamtąd też żeśmy nosili. Kolejki stały za wodą i tam żeśmy tak sobie radzili.

  • Też czekaliście w kolejkach?


[…] Tak, naturalnie.

  • Nie przepuszczano was?


Nie, nie, to wszędzie było równouprawnienie, wszyscy w kolejce stali, tam nie było lepszych, gorszych.


  • Czy pani w czasie Powstania w tym oddziale miała jakichś przyjaciół? Czy kogoś pani szczególnie zapamiętała?


Bardzo! Taki był Jurek Dominiczak, trochę chuligan, ale też był bardzo aktywny, też z naszego domu. Był bardzo odważny, on nas wprowadzał w bardzo drastyczne akcje. Później była Helenka Ostrowska, koleżanka w moim wieku, tośmy miały wtedy dwadzieścia dwa lata, już nie byłyśmy młodziutkie. Była bardzo serdeczna, jej ojciec też zginął w pierwszych dniach [Powstania] i tak żeśmy się zaprzyjaźniły, bardzo. Jeszcze taka przyjaźń szkolna była i później żeśmy się zaprzyjaźniły. Jej mama gdzieś tam miała dojście, chodziła pod Warszawę, przywoziła nam mleko. Bańkę sobie na plecy zakładała i zawsze przywoziła nam mleko, to pamiętam. Tym mlekiem żeśmy się dzielili, bo tam nieraz matka z małym dzieckiem [była] w piwnicy, bo przecież matki były młode, pokarmów nie miały, bo nie było z czego.

  • Ale to w czasie Powstania?


W czasie Powstania, tak.

  • I ona mogła chodzić po mleko gdzieś tam?


No gdzieś tam pod pozycje [niemieckie chodziła], gdzieś tam na Służewiec, tam miała gospodarza, który jej wynosił [mleko] i ona od Służewca bańkę na [plecy zakładała] i jakoś tam między blokami na Służewcu przenosiła. Tam nie codziennie, ale nam mleko [przynosiła]. Myśmy tym mlekiem właśnie [częstowały] matki, które tam rodziły, bo rodziły w piwnicach matki, młode kobiety, [których] mężowie poszli [walczyć], a kobiety rodziły. Nie było jedzenia, tośmy tak pomagały tym biednym matkom tym mlekiem, to był rarytas. Pamiętam, jej mama, tej Ostrowskiej, przynosiła mleko. Nie wiem, jakim cudem ona tam przechodziła, ale…

  • Czy pani jeszcze coś może zachowało się w pamięci szczególnego?


Z Powstania?

  • Tak.


Najgorsza była ta masakra.

  • Która, jaka?


3 sierpnia, co taka masakra była. Później była akcja w parku Dreszera, były zrzuty i później Niemcy nas otoczyli, tam od alei Niepodległości, i nas drapnęli i zawieźli nas… Taka była remiza na Puławskiej koło placu Unii, duża remiza kiedyś była, tam tramwajowa zajezdnia [była]. Tam nam zawiązali oczy, znaczy na rozstrzał, i ustawili przed remizą. I tam kogo złapali, to [zmuszali], żeby się patrzył, jak to Polaków karzą. Akurat później była ta… Ale tam później chłopcy z Grupy „Granat” się dowiedzieli i już jakoś się tam podostawali i nas ocalili, bo myśmy mieli już oczy zawiązywane na rozstrzał. To taka pamiątka była. Wojtek Wojciechowski był bardzo odważny, pamiętam. Jurek Dominiczak, to taki trochę bandzior, ale [był] bardzo odważny, bardzo aktywny, i tam jakoś Niemców unieszkodliwili, nas nie zdążyli tą serię posłać i tak żeśmy ocaleli. [To miało miejsce na rogu Rakowieckiej i Puławskiej. Z głośnika usłyszeliśmy: „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Niemcy oszaleli ze złości, zaczęli szukać sprawców i tak tyle osób ocalało].

  • Czyli była pani przez parę dni czy przez parę godzin w niewoli niemieckiej.


W niewoli to nie, bo, tak jak mówię, po Powstaniu wzięli nas do [obozu pracy na Służewcu].

  • Ja zrozumiałem, że w czasie Powstania pani była na tej…


[…akcji przy ulicy Dworkowej, bo tam była barykada i był właz do kanałów. Jak Niemcy zajęli Dworkową dawną pocztę, nie zdążyliśmy powiadomić batalionu „Zośki”, że kanał i barykadę zdobyli Niemcy i tam wychodziły trzy osoby z Batalionu „Zośka” i przewodnik. Niemcy ich rozstrzelali na miejscu]. A no tak, byłam. Dwa razy żeśmy… Bo jeszcze u nas taka tragedia była: u nas wybuchł granat na Puławskiej i zaraz policja [przyjechała], Niemcy, i też nas zawieźli z ojcem na Willową, na Willowej była policja niemiecka.

  • Ale to było przed Powstaniem?


[W kwietniu, w Wielkim Tygodniu przed Wielkanocą] Tam była policja niemiecka, gdzieś tam ktoś tam nasłał, bo było dużo szpiegów, [powiedział], że, przypuśćmy, „Tu jest grupa partyzantów”. Nazywano nas „bandyci”, „Grupa bandytów tu jest”, przypuśćmy, jak się zebrali. Musieliśmy gdzieś [się spotkać] i ktoś tam dał znać, że grupa bandytów tu gdzieś się zebrała na Puławskiej. Szwaby podjechały, to czołgami przeważnie przyjeżdżali, i nas zabrali na ulicę Willową na policję. Tam do piwnic nas powrzucali każdego osobno do innej piwnicy. Rano przesłuchanie [było] i tam trzy dni nas trzymali. Rano przesłuchanie – a do jakiej organizacji, a kto należy, w łeb pistoletem [uderzali] i tu [w bok głowy]. Przecież do dziś dnia na ucho jestem [głucha], nie słyszę. Jestem głucha, bo jak przywalił mi tu [w ucho] rękojeścią, to krew mi poszła uszami i nosem i do dziś dnia nie słyszę, mam tu uszkodzony bębenek.
Tam nas przesłuchiwali na policji na Willowej, ale później jakoś, nie wiem, jak myśmy się stamtąd wydostali, bośmy poszli tam na Chocimską, [tam] nas prowadzili. Później partyzantka sobie wyskoczyła tu, od placu Unii, i wtedy właśnie byli i w mundurach niemieckich. Nie wiedzieliśmy, czy to Niemiec, czy Polak, bo dużo było, żeby się maskować, w mundurach niemieckich. Gdzieś tam chcieli podejść czy coś załatwić, to byli w mundurach niemieckich i oni też tam [mieli takie mundury]. Takie miałam głupie szczęście, jak to mówią, i nas też odbili z Willowej. Nas prowadzili, nie wiem gdzie, czy w aleję Szucha, czy gdzie.

  • Czyli dwa razy panią odbijano?


Tak i tam przy placu Unii nawet taki jeden mały chłopiec zginął, bo też kiedyś brali zamach na Kutscherę, kata Warszawy, to go zamordowali tam, ale trzy razy było podejście przed Powstaniem.
A w Powstaniu ciężkie życie było, ale tak ludzie, nie wiem, może to jak człowiek młody był, inaczej myślał, tak się zdawało, że to już ostatnie dni, że jutro będzie lepiej, że jutro będzie dobrze, że jeszcze nie szkoda tego wysiłku, żeby walczyć do ostatniej chwili. To się nie rozchodziło o to, czy tam rodzina zginie czy nie – człowiek się z tym nigdy nie liczył, co będzie dalej.




Warszawa, 9 kwietnia 2010 roku
Rozmowę prowadził Mieczysław Rybicki
Julia Janiszewska Pseudonim: „Żyrafa” Stopień: łącznik Formacja: Grupa „Granat” Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter