Leon Skórzewski „Leon”, „Szelim”

Archiwum Historii Mówionej


Skórzewski Leon, urodzony 8 października 1925 roku w Warszawie na Nowym Bródnie. Początkowo od października do listopada 1943 roku miałem pseudonim „Leon”, a potem „Szelim” w wyniku polecenia zmiany pseudonimu z powodu śmierci naszego dowódcy. W czasie Powstania byłem dowódcą Plutonu 618 przy Składnicy Meldunkowej na ulicy Wrzesińskiej 10 w szkole Paszke-Polakowej na Pradze. Pochodzę z „Szarych Szeregów”. Mój pluton został wystawiony jako poczet dowódcy VI Obwodu pod numerem 618. Pełnił funkcję ochrony Centralnej Składnicy Meldunkowej.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądało pana życie przed wojną?

 

Skończyłem sześć klas szkoły powszechnej numer 65 w Warszawie na Nowym Bródnie. W roku szkolnym 1938/39 zdałem i chodziłem do gimnazjum Władysława IV na Pradze do pierwszej klasy gimnazjalnej. W międzyczasie od 1934 roku byłem w harcerstwie, początkowo w zuchach. Przed wojną byłem zastępowym zastępu „Lwy”. To było w nieistniejącej już szkole numer 65 na ulicy Bartniczej. Istnieje tylko murowana część tych szkół o innych numerach, tej szkoły już nie ma.

  • Proszę powiedzieć, jaka atmosfera panowała w szkole?


Mieliśmy bardzo patriotyczną dyrektorkę szkoły. To była pani Sztromajer, która w zasadzie wciągnęła tę szkołę w ramiona harcerzy 51. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Patronowała temu, bardzo nas wpychała w to uczestnictwo. Praktycznie rzecz biorąc od czwartej klasy szkoły powszechnej brałem czynny udział już, byłem na zjazdach, na zlotach, byłem na dwóch obozach harcerskich w ramach tej działalności. Moim wychowawcą był pan Mieszkowski, również człowiek o bardzo szerokich horyzontach. Mieliśmy matematyka, wściekłego, który jak zwykle nas gnębił. Ale to mi się przydało, bo ostatecznie, w wyniku ukierunkowanych zdolności matematycznych, które nabyłem w szkole powszechnej, kończyłem Politechnikę.

  • Brał pan udział w uroczystościach, jak bal kombatanta na Pradze. Czy pamięta pan powstańców styczniowych?


Tak. Byliśmy na rogu Floriańskiej i Jagiellońskiej. Jak sobie przypomniałem, to w tej chwili jestem w takim wieku i w takim oddaleniu od Powstania Warszawskiego jak wtedy, kiedy w latach 1933-1935 byliśmy w Domu Weterana powstańców z 1963 roku.

  • Jak pan to zapamiętał?


To byli dla mnie wtedy skostniali staruszkowie chodzący w takich czapkach z czerwonym lampasem. Traktowało się ich jako dzielnych staruszków, ale nic więcej poza tym. Wiedzieliśmy, że było powstanie 1831 i 1863. Z tamtego powstania, wiadomo, już nikogo nie było, ale jeszcze człowiek się nie interesował tłem tego powstania, okolicznościami. Dopiero potem dotarło do nas jak w 1863 roku polscy chłopi, głównie na terenach wschodnich, doprowadzali powstańców i oddawali w ręce rosyjskie.

  • Jaka była państwa rola jako tych przychodzących? Państwo pomagaliście czy to były jakieś uroczystości?


Hufiec praski brał czynny udział w kontaktach z powstańcami. Ja sam nie brałem bezpośredniego udziału w tych różnych uroczystych rzeczach. Byłem dwa razy, ale to było moje pójście i porozmawianie. Natomiast moi koledzy, którzy tworzyli kółko na przykład śpiewacze z 51 drużyny, występowali tam w okresie Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Nawet, jak pamiętam, w czasie okupacji, chyba w 1940 roku jeszcze tam byli. Ostatni powstaniec, jak pamiętam, to chyba zmarł w 1943 roku. To mi się na chwilę obecną tłucze jeszcze po głowie.

  • Niemcy nie zlikwidowali tego domu?


Nie. Potem to przejęła chyba RGO, ówczesna Rada [Główna Opiekuńcza], która zajmowała się opieką nad bezdomnymi, nad biednymi. Dzięki temu oni w tym domu jeszcze mogli być. RGO prowadziła tam chyba kuchnię dla osób, którzy byli, jak to mówią, zmarnowani przez okres wojny, to byli przesiedleńcy, bo był duży ruch migracyjny z terenów zachodnich, z Pomorza, z poznańskiego.
Pod kryptonimem Władysław IV istniał jeszcze do 1942 roku w Instytucie Weterynarii. U mnie w klasie wtedy było chyba dziesięć czy piętnaście osób, które były z terenów zachodnich. Tak jak przed wojną, w pierwszej klasie byli uczniowie z terenów wschodnich, było dwóch Białorusinów, dwóch Ukraińców i chyba dwóch Żydów. Tam była taka mieszanka, koktajl.

  • Złe były stosunki pomiędzy tymi narodowościami?


Nie, nie…Myśmy ich traktowali jako troszkę uboższych uczniów. Zazwyczaj siedzieli gdzieś na jakichś kwaterach. Ale nie było jakiejś wrogości, spychania ich, wywyższania się i tym podobne. Muszę powiedzieć, że rygor w szkole mieliśmy taki, że hej. Wiśniewski, który był woźnym z wąsami, stal przy drzwiach i o godzinie ósmej zamykał drzwi. Jak ktoś się spóźnił, to się meldował do dyrektora. A dyrektorem był pułkownik Tomaszewski, który zresztą w 1939 roku poszedł na wojnę i chyba zginął. Potem się już z nim nie spotkałem. U nas w gimnazjum był dryl, nie było podskakiwania. Pamiętam w 1939 roku zbiórka na koniec roku, chodziliśmy do Floriana na nabożeństwo. Cała szkoła szła. Pamiętam, że któryś przyszedł na koniec roku w białych spodniach. Pułkownik Tomaszewski, dyrektor szkoły, a zacinał się, mówi: „Ten…ten…ten… tam… w tych kalesonach, wystąp! Natychmiast przebrać się! Inaczej zatrzymam świadectwo!”
Były takie różne ciekawostki. Były ciekawostki, kiedy staliśmy w kościele i w samym gimnazjum. Oczywiście, trzymały się nas kawały różnego rodzaju, mniej lub więcej udane. W żadnym przypadku nie było jakichś animozji czy określania, że on jest Białorusin czy Ukrainiec, że on jest gorszy czy lepszy, nie, zżyliśmy się w tej klasie wszyscy razem. W czasie okupacji bywało różnie. W tym sensie, że nie wszyscy zachowaliśmy ten kręgosłup, który nam szkoła powszechna i dyrekcja w gimnazjum wpajała. Pamiętam, zastępca dyrektora w 1939 roku, a potem dyrektor kursów Władysława IV, jak nas zebrał w 1939 roku jeszcze w auli Władysława IV. Już 15 listopada wyrzucono nas z tego budynku, bo to był niemiecki szpital wojskowy. Powiedział nam tak: „Słuchajcie, nie wiem, co będzie. Sytuacja się bardzo zmienia. Pamiętajcie o jednym, zachowajcie zawsze twarz i bądźcie uczciwi wobec siebie i wobec Polski.” Tak jak Okulicki kończył swoje przesłanie tak i on miał tego typu przesłanie do nas.

  • Czy mieliście panowie takie poczucie, że jesteście chłopakami z Pragi?


Przyznam się szczerze, że nie. Wiedzieliśmy, że Władysława IV to jest renomowane gimnazjum. Mój ojciec był maszynistą kolejowym, nas była czwórka w domu, trzech braci i siostra. Ja byłem trzeci w kolejności z braci, ode mnie młodsza była siostra. Ojciec zmarł w 1930 roku. Jako sieroty i jako wdowa to myśmy mieli bardzo dobre uposażenie jak na warunki przedwojenne. To było sześćset złotych, to było bardzo dużo. W szkole płaciliśmy tylko, tak jak pamiętam, dziesięć czy dwadzieścia procent czesnego, które się płaciło. Miesięcznie płaciło się w granicach dziesięciu złotych. Oczywiście, warunek był jeden: trzeba się było uczyć. Bez nauki to się wylatywało momentalnie.

  • Czy pana rodzeństwo też się uczyło?


Mój starszy brat i ja chodziliśmy do Władysława IV. Natomiast najstarszy brat chodził do szkoły kupieckiej na terenie Warszawy. Poza tym brat i ja kończyliśmy po wojnie Politechnikę, zresztą ten sam wydział. Za to profesorowie wsadzali mi palec w oko, mówiąc: „Pański brat zdał na piątkę, a pan tylko na trzy z plusem.” Ale to były drobiazgi.


  • Czy pana mama przed wojną pracowała?


Nie, nie pracowała. Był taki zwyczaj. Bródno było dzielnicą kolejarską, tam była duża parowozownia, duże warsztaty kolejowe. Gros ludzi to były małżeństwa i rzadko która kobieta pracowała zawodowo. Moja matka nie miała przygotowania zawodowego, żeby pracować. Aczkolwiek jak w 1915 roku Niemcy wchodzili do Warszawy a Rosjanie się wycofywali, to wszyscy, cała rodzina była ewakuowana przez Rosjan i znalazła się w Mandżurii, daleko, hen, hen, prawie pod Władywostokiem. Mam ciekawy spis jak jechali, w jakim okresie gdzie byli. Do Polski wszyscy wrócili w 1918 roku. Dzięki temu jestem tutaj gdzie jestem.

  • Czy w pana rodzinie była tradycja wojskowa, mówiło się o tym?


Nie, nie. Genealogicznie pochodzimy spod Poznania, Skórzewscy ze Skórzewa. […] Taki był zwyczaj, że chłop dzielił pole na dwa czy na trzy [części], a szlachta dzieliła w ten sposób, że najstarszy przejmował majątek i spłacał resztę. Moi przodkowie zostali spłaceni. Ponieważ to były czasy tuż przed Kazimierzem Wielkim, to wtedy był kierunek wypuszczania nadmiaru ludności na ziemie ukraińskie, na dzisiejszą Ukrainę. Potomkowie, kolejni moi praprzodkowie byli między innymi w Kamieńcu Podolskim, mieli chałupę czy pół wsi Prokorówka, [chyba] taka była nazwa. W każdym razie już w końcu osiemnastego wieku zaczęli stamtąd uciekać. I już w 1750 roku znaleźli się na terenie Lubelszczyzny. Mój dziadek za awanturę z księdzem w 1842 roku został skazany na czternaście lat obozu w kopalniach nerczyńskich. Tam było od 1844 roku do 1858 roku. Potem w wyniku amnestii wrócił do Polski i był zatrudniony jako geodeta w ordynacji Zamojskich.
Mój ojciec urodził się w Zwierzyńcu. Stamtąd trafił tutaj do Warszawy. Zamojski bardzo się zajmował osobami z powstań. Rok 1842 to był rok, w którym nie było powstania, ale działania wtedy były. Działało wtedy Polskie Towarzystwo Demokratyczne. Mój dziadek zamieszał się w to i w wyniku tego był skazany. Zamojscy się bardzo zajmowali, pomagali takim ludziom. On jako geodeta pracował w ordynacji Zamojskich w Zwierzyńcu. Zmarł w 1882 roku. Mój ojciec urodził się 1878 roku. Ponieważ Zamojski był dużym udziałowcem budowanej linii Petersburg - Warszawa na terenie Królestwa Polskiego, to wepchnął mojego ojca i jego brata Stanisława do Szkoły Kolejarskiej w Radomiu. Skończyli tę szkołę jako maszyniści. Mój ojciec był maszynistą pierwszej klasy. Prowadzili pociągi najwyżej notowane, pasażerskie, kurierskie tak zwane. Zmarł w 1930 roku.

  • Proszę powiedzieć, czy przed wybuchem wojny na Bródnie mieszkała ludność żydowska?


Tak. Na Bródnie był na takiej górce kirkut, cmentarz żydowski. Krążyły wieści, że tam był magiel i że tam oczyszczano ich. Na ulicy Nadwiślańskiej, gdzie się urodziłem, mieszkałem po przeciwnej stronie od kolei, a blisko kolei była Bożnica. Tak że myśmy mieli na co dzień do czynienia z Żydami. Ale nie było łobuzerek. Owszem, trochę sobie chodziliśmy i śmialiśmy się na przykład jak szły płaczki i rwały sobie włosy. Oczywiście to była tylko taka poza. To nas interesowała tylko od tej strony, że było to zjawisko, które u nas w katolicyzmie nie istniało. Było sporo Żydów. Na Bródnie Żydzi stanowili co najmniej piętnaście, dwadzieścia procent ludności. Były małe żydowskie sklepiki, z jakimiś guzikami. Ja stykałem się z większą ilością sklepów polskich […].

  • Proszę powiedzieć jak zapamiętał pan 1 września 1939 roku.


Jeszcze w lipcu byłem na obozie harcerskim na północ od Mławy nad jeziorem Partęciny. Ponieważ to było blisko granicy podeszliśmy do granicy i śpiewaliśmy „Nie rzucim ziemi…” i takie patriotyczne rzeczy. Wróciliśmy i tu już się czuło tę przedwojenną gorączkę. Zapamiętałem to, że odwołano szkołę. To był pierwszy wstrząs. Ale przynajmniej dwa tygodnie wcześniej, gdzieś od 20 sierpnia, jechali żołnierze do jednostek. Głównie na Dworcu Wileńskim i Wschodnim, ponieważ to był nasz bliski rejon, byliśmy tam i pomagaliśmy przy dawaniu żołnierzom wody. Tam działały różne organizacje, ale my jako chłopcy byliśmy tacy „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Kwiaty czy papierosy rozdawały głównie harcerki. To było dorywcze. Około 25 sierpnia Hufiec Praski polecił drużynom przygotowanie tak zwanych grup łączników. Kto miał rower, to miał się stawić z rowerem. Trafiłem ze swoim zastępem do Dowództwa Obrony Cywilnej Pragi. Z różnymi okolicznościami w sensie ilości, czasem ktoś nie przyszedł, czasem był, ale mniej więcej do 28 września pełniliśmy tę funkcję przy Obronie Cywilnej na Pradze.

1 września miało miejsce przede wszystkim to, że nie poszedłem do szkoły, jakieś obserwacje samolotów, ale niewielkie. 8 września, kiedy już porządnie bombardowano Bródno, kiedy już się spaliło trochę chałup. Tam było głównie drewniane budownictwo, murowanego było niewiele. To były nasze pierwsze zetknięcia [z wojną]. Niemieckie wojsko na terenie Bródna zobaczyliśmy dopiero 30 września.

  • Państwo nie opuszczaliście Warszawy?


Nie, siedzieliśmy tutaj. Moi dwaj starsi braci opuścili, z małą ilością jedzenia, Warszawę na apel Umiastowskiego o opuszczenie Warszawy i że za Bugiem dostaną broń i będą zorganizowani i pójdą walczyć. Powrócili w moje urodziny, 8 października byli z powrotem w domu, mówiąc o tym, co tam się działo, z czym się spotkali. Wtedy, 8 października, był pierwszy śnieg. To są takie charakterystyczne rzeczy, które pamiętam w tej chwili.

  • Jak zaczęło się zmieniać pana życie w podczas okupacji?


Ono biegło dwoma torami. Jedna to była ta oficjalna, druga to była konspiracyjna. Moja matka nawet nie wiedziała, obydwaj bracia nie wiedzieli, gdzie ja jestem, czego dowodem było to, że jak wychodziliśmy na Powstanie, wpadłem jeszcze do domu, oni mówią: „Słuchaj, ja idę na zgrupowanie.” Jeden poszedł na Okęcie do Zgrupowania „Garłuch”, a średni brat poszedł na Saską Kępę, bo oni stąd atakowali przyczółek Mostu Poniatowskiego. Powiedzieli: „Ty się masz opiekować matką i siostrą.” Cóż im powiedzieć miałem, uśmiechnąłem się, powiedziałem: „:Cześć, cześć, dobra, dobra.” Sam poszedłem gdzie indziej oczywiście.

Oficjalne moje życie było takie, że chodziłem do szkoły do Władysława IV, przedłużenie pod kryptonimem XII Państwowe Kursy Dokształcające do Szkół Zawodowych Stopnia Drugiego. Top była oficjalna nazwa. To się wszystko mieściło w bocznym budynku w Instytucie Weterynarii.
Ukończyliśmy to w czerwcu 1942 roku. Muszę powiedzieć, wielki rozum kadry nauczycielskiej, która tak niemiłosiernie pchała nam materiał [do głów], przede wszystkim z przedmiotów ścisłych, a więc matematyki, fizyki, chemii. Tak ładowali, a myśmy się wściekali, bo czuliśmy, że w nas ładują, ale oni rozumieli, że możemy po prostu mieć przerwany okres nauki. Rzeczywiście po 1942 roku na tak zwane prywatne kursy, za które się płaciło, nie bardzo miałem pieniądze. Emerytura przed wojną była wysoka, ale w czasie okupacji nie. Wtedy matka nas dalej utrzymywała. Ja w tym czasie przerwałem naukę. Ze względu na bezpieczeństwo młodzi ludzie, którzy kończyli szesnasty rok życia i nie pracowali, byli wyłapywani i zmuszani do wyjazdu do Niemiec do pracy.

 

Ja dzięki zbiegowi okoliczności i życzliwości ludzi dostałem się do pracy jako praktykant do przedstawicielstwa firmy Bosch na ulicy Wiktorskiej 10 na Mokotowie. Ta firma istniała już przed wojną. Ponieważ mieli opanowany samochodowy osprzęt dieselowski i elektryczny, to samochody wojskowe Wehrmachtu i nie tylko, przyjeżdżały i tam były robione remonty, wszystkie naprawy. Trafiłem tam i pracowałem tam mniej więcej do połowy lipca 1944 roku. Potem z przymrużeniem oka szefa wziąłem rzekomo urlop i już więcej tam się nie pokazałem. Jako praktykant byłem nauczony obsługi dieselowskich silników, pompa, wtryskiwacze, a w części elektrycznej naprawiałem prądnice, montowałem, regulowałem i tak dalej.

  • To było pana źródłem utrzymania?


To duże słowo. W owym czasie zarabiałem jakieś grosze. Więcej to było to, że się dostawało chleb. Szefostwo tego przedstawicielstwa było polskie, przedwojenne. Byli tylko niemieccy namiestnicy cywilny i wojskowy, którzy pełnili nadzór. Dzięki temu myśmy przede wszystkim mieli jedzenie, dobre obiady dostawaliśmy, różne dodatki, naprawdę za grosze, obuwie, jakieś ubranie, żywności raczej nie, jeśli już to najwyżej chleb. O ile pamiętam, zarabiałem dwanaście czy czternaście złotych tygodniowo. Taka była stawka dla praktykanta.


  • Co robiła pana mama?


Niestety było biednie. Matka miała emerytury sto dwadzieścia, sto czterdzieści złotych. Troszkę ludzi nam pomagało, troszkę jeździliśmy, chodziliśmy do ciotki coś zjeść. Potem głodno, chłodno, ale człowiek tak wszedł w tę konspirację, że w zasadzie nie bardzo miał czas nawet na jedzenie.

  • Od kiedy zaczął pan brać udział w konspiracji?

 

 

W październiku 1939 roku. To była ta druga, konspiracyjna droga. Początkowo w ramach swojej 51 drużyny na Bródnie, jakieś półtora roku miałem jeszcze kontakt z drużynowym, który mi zlecał [zadania]. Pierwsze zlecenie, jakie miałem było na szosie modlińskiej, która była wtedy drogą wylotową w kierunku na Gdańsk przez Nowy Dwór. Droga po stronie warszawskiej jeszcze wtedy nie działała. Myśmy tam mieli polecenie i chyba do kwietnia 1940 roku myśmy pełnili tam funkcję obserwacyjną. […] Co dwie godziny, co półtorej była zmiana, chodziło się na pewnym odcinku i notowało się znaki na samochodach niemieckich, ilość samochodów wjeżdżających i określenie czy to były lekkie czy ciężkie wozy. Jeżeli byli żołnierze, to również starano się określić ilość żołnierzy. Te dane zdawaliśmy do godziny dwudziestej drugiej na punkcie kontaktowym. Wiem, że na ogół następnego dnia to się znajdowało u oficera prowadzącego. Wywiad myśmy prowadzili metodą obserwacji i notowania ruchu wojsk na szosie modlińskiej.

  • Wtedy bracia też nic nie wiedzieli o pana działalności?


Nie.

  • Czym jeszcze zajmował się pan w konspiracji?


Najpierw były te [zwiady] obserwacyjne. Potem zaczęto nas przygotowywać do służby łączności. Było szkolenie podstawowe strzeleckie, a poza tym było szkolenie na łącznicy. To, co mówię w tej chwili to jest już archaizm w stosunku do tego, co jest dzisiaj. Aparat telefoniczny trzeba było rozebrać, złożyć, wynaleźć gdzie mogą być uszkodzenia lub jak usuwać pewne uszkodzenia. [Uczono nas] jak sobie dać radę z łącznicą telefoniczną na sześć, dziesięć numerów. Byliśmy szkoleni na obsługę łączności. Doszło do tego szkolenie wojskowe, tak zwany „Jarus”. To wszystko są kryptonimy z „Szarych Szeregów” oczywiście. Myśmy cały czas byli autonomiczni, nas AK nigdy nie wchłonęło. Aczkolwiek oficerowie AK szkolili nas, przychodzili do nas. Potem mieliśmy szkolenia zwane „Ursus”. To była umiejętność prowadzenia samochodu, robiło się prawo jazdy w owym czasie. Byliśmy też szkoleni ideowo. Zrobiłem tak zwany kurs „za lasem”. To jest kurs harcerski podharcmistrzowski. Między innymi był tam Zawadzki. To jest znane nazwisko z Grup Szturmowych. Na terenie Piaseczna, gdzie mieszkali, jednocześnie byli punktem, do którego myśmy przyjeżdżali. Latem szło się do lasu i tam przechodziliśmy harcerskie szkolenie instruktorskie.

  • Ile trwało takie szkolenie?


Około sześciu tygodni.

  • Wówczas przez cały czas byliście państwo w Piasecznie?


Nie, dojeżdżaliśmy tylko na weekendy, sobota, niedziela. Dzisiaj już topografia się zmieniła. Z Dworca Południowego w sobotę wieczorem wyjeżdżało się do Piaseczna, tam trafiało się na punkt i mieliśmy szkolenie instruktorskie. Było tam trochę socjologii, terenoznawstwa, ale głównie to było kształcenie, nie tylko z historii, ale nauka o demokracji, o różnego rodzaju działaniach partyjnych, była mowa o tym, jakie błędy popełniono w okresie międzywojennym, że demokracja nie była pełną demokracją. Tego typu szkolenia myśmy przechodzili w owym czasie.

  • Czy była też mowa o tym, jaki charakter będzie miała Polska po wojnie?


W harcerstwie, w „Szarych szeregach” był taki ładny program „Dziś, Jutro, Pojutrze”. „Dziś” to była walka z wrogiem, „Jutro” to było, jak wtedy mówiliśmy, objęcie Prus Wschodnich i kształcenie się, kończenie studiów. Zresztą wielu z nas pokończyło studia, jestem jednym z tych, Program „Pojutrze” to była służba Polsce już potem po zakończeniu studiów w sensie pełnienia funkcji publicznych. Ale nie było powiedziane, że jak będziecie walczyli, to będziecie mieli stanowiska. To nie było na zasadzie takiego handlu. Myśmy po prostu robili to, bo uważaliśmy to za swój obowiązek. Łba nadstawiało się wtedy zupełnie na bezdurno.

  • Mieliście państwo szkolenie z broni, strzelanie?


Tak, było [szkolenie] strzeleckie. Potem już głównie przechodziłem je w podchorążówce. Na podchorążówce myśmy mieli do czynienia nawet z materiałami minerskimi. Pokazał się wtedy pierwszy angielski środek wybuchowy, który nazywał się „Plastic”. Z niego można było tworzyć ładunki. Na przykład uczono nas jak ścinać drzewo przy pomocy tego ładunku. Uczono nas obchodzenia się z zapalnikami, żeby człowiek sobie krzywdy nie zrobił, a efekt osiągnął. Praktycznie były ćwiczenia w terenie poza Warszawą w rejonie Mińska Mazowieckiego. Dwukrotnie mieliśmy tam ćwiczenia polowe. Podchorążówka trwała sześć miesięcy. Ciekawe zakończenie było. Mianowicie nie miałem matury, miałem tylko tak zwaną małą maturę, [którą zrobiłem] w 1942 roku. Ale mieliśmy taki materiał wepchnięty [do głów], że miałem, prawie maturę.
Zaczęliśmy te podchorążówkę we wrześniu 1944 roku. Ale w momencie, kiedy zdawaliśmy egzamin na Podchorążówce w maju 1944 roku, usłyszałam rozmowę, jak mój instruktor, opiekun mojej grupy dyskutował z komisją egzaminacyjną. Tam padło: „Dobrze, ale oni nie mają matury.” On mówi tak: „Najwięcej ginie podchorążaków i podporuczników w czasie działań wojennych, kapitanowie już mniej są na linii. Postawmy warunek, że to jest dyplom podchorążego na czas wojny. Jeżeli nie zrobi matury, nie ma prawa potem używać tego stopnia.” Takie były przesłanki co do wykształcenia nas jako podchorążych i rzucenia nas do tej bitwy. Parabelkę, waltera rozkładałem po ciemku.

 


  • Proszę powiedzieć, czy w czasie okupacji była jakaś szczególnie niebezpieczna sytuacja, w której pan uczestniczył?


W czasie okupacji nie miałem sytuacji, w której musiałem użyć broni. Takie użycie broni dopiero miałem w sierpniu 19444 roku.

  • A sytuacja, w której groziła panu dekonspiracja?


Na szczęście w moim najbliższym rejonie, poza moim dowódcą, który nie na skutek wpadki czy zdrady, został [aresztowany] z ulicy, a miał zaszyfrowane pewne adresy i to spowodowało, że go nie wypuszczono, tylko zgładzono. Ale on nie wydał na szczęście nikogo. W związku z tym nie było sytuacji zagrożenia bezpośredniego życia. Na terenie Bródna, gdzie działałem na terenie Pragi, miałem kolegów z klasy, gdzie byli i Niemcy. Myśmy się spotykali na ulicy, oni nigdy nie zameldowali, że jesteśmy jakoś wrogo nastawieni, myśmy chodzili do jednej klasy do szkoły powszechnej.
Na terenie Bródna było trzech Niemców, z którymi bezpośrednio miałem do czynienia. To był Józef Gepert, Greilich, cała rodzina chłopców i był Witold Ruszke. Gepert był wzięty do wojska i pokazał się w 1943 roku z obciętą, odmrożoną gdzieś na wschodzie nogą. Greilichwie zginęli mi z oczu, chyba tez zginęło wielu. Natomiast Ruszkego odnalazł mój podwładny sekcyjny Tadek Nowak, pseudonim „Grom”, który został odkomenderowany ze swoja sekcją do Batalionu „Zośka”. Po Powstaniu znalazł się w Anglii i tam do dnia dzisiejszego mieszka, jeszcze żyje. Jego szwagier w czasie działań wojennych doznał uszkodzenia kręgosłupa i był w takim domu opieki dla starców. Nowak i ja chodziliśmy do jednej klasy w szkole powszechnej. I ten Ruszke był razem z nami. Nowak spotkał go w tym domu. Ruszke miał uszkodzony kręgosłup. Okazuje się, że był w wojsku po stronie niemieckiej, znalazł się na froncie zachodnim i zwiał. Trafił do Dywizji Maczka.
Na dwa dni przed końcem wojny jako kierowca prowadził odkryty, opancerzony, gąsienicowy angielski wóz. Zjechał nim pod złym kątem w wyniku czego nastąpiło przewrócenie i został przygnieciony. Po wydobyciu został zupełnie sparaliżowany. Jakie to były ludzkie losy, że po tylu latach myśmy się dowiedzieli, że Witold Ruszke, który dostał się do wojska niemieckiego, znalazł się tam po stronie polskiej.

  • A co się stało z ludnością żydowską?


Wiadomo, co się stało. W 1940 roku po ogłoszeniu jesienią o noszeniu opasek i gwiazd i rozpoczęciu budowy getta tych ludzi przerzucono do getta. Natomiast tutaj domy, w których mieszkali, w dość szybkim tempie były zniszczone. Jeżeli chodzi o Bródno to oni mieszkali między ulica Białołęcką a całym kompleksem kolejowym, który mieścił się na Pradze. Niemcy jak przyszli to pasmo między koleją a ulicą Białołęcką powoli przejmowali, rozbudowywali w tym kierunku hale, rozbudowywali tory kolejowe, także niewiele tych domów tam zostało. Do dnia dzisiejszego jest jeszcze parę tych domów, ale gros zostało wchłoniętych przez kolej i to już tak zostało. Natomiast domy pożydowskie nie były zajmowane przez Polaków. Ten exodus myśmy na Bródnie przeżyli jako fakt, który miał miejsce, nie było próby rabowania, chodzenia. Nie, tych rzeczy nie było. Natomiast wiem, że wielu Żydów schroniło się tam w różnych miejscach. Bezpośrednio w moim zasięgu i znajomych ich nie było.

  • Proszę opowiedzieć o godzinie „W”. Jak pan pamięta wybuch Powstania?


Muszę cofnąć się o parę dni. Myśmy od mniej więcej 22, 23 [lipca] mieli rozkaz pełnej mobilizacji. Oznaczało to, że całe sekcje czy drużyny siedziały w określonych lokalach. Ale siedzieć można dzień, dwa. Trzeba było wyżywić tych ludzi, ukryć. Najgorszą rzeczą w takich zbiorowiskach podekscytowanych młodych ludzi była wódka i wyjście na ulicę. Po trzech dniach nastąpiło tak zwane odwołanie pełnej mobilizacji i nakazano mi wprowadzić tak zwany pięćdziesięcioprocentowy stan. Ustaliliśmy, że o godzinie osiemnastej każdego dnia popołudniu są wszyscy i połowa idzie do domu umyć się i przespać, zjeść a druga połowa siedzi na lokalach. Zawsze o godzinie czternastej odbywała się tak zwana operatywka w Obwodzie VI.

1 sierpnia przed godziną czternastą, gdzieś za dziesięć czternasta zjawiłem się w Obwodzie na tym sztabie. To było na Targowej 71/73. Ten dom w tej chwili już nie istnieje. Tam myśmy się spotykali. Miałem nad sobą zastępcę pułkownika Żurowskiego, komendanta VI Obwodu. Mój szef był jednocześnie szaroszeregowcem i był komendantem tego bloku „Mazury K”. Zawsze z nim spotykaliśmy się na tych odprawach. Pamiętam to jak dzisiaj. Jest za dziesięć druga mniej więcej jak się tam zjawiłem. On podchodzi do mnie i mówi: „Słuchaj > godzina > o godzinie siedemnastej. Jesteśmy skazani na przywitanie Armii Czerwonej.” Mówię: „Słuchaj, ale jest godzina druga, muszę jeszcze na Bródno dolecieć i ściągnąć tych ludzi.” „No tak, to musisz już lecieć.”
Wyskoczyłem. Komunikacja była już wtedy marniutka. Chodził właściwie już tylko tramwaj. Doleciałem na Bródno, była godzina piętnasta dziesięć jak wpadłem na swój lokal, zarządziłem stan alarmu. Złapałem swojego zastępcę i gdzieś za piętnaście czwarta już złapałem dwóch ludzi, puściłem się na Pragę, ponieważ na Pradze na ulicy Jagiellońskiej miałem jedną sekcję dyżurującą. Ustaliłem z moim zastępcą, że on zbiera ludzi. Ludzie mieli być o osiemnastej, ale bywali wcześniej. W sumie mój zastępca, jak się potem okazało, zebrał jeszcze około trzydziestu dwóch, trzydziestu czterech ludzi. Cały pluton liczyło koło czterdziestu pięciu osób. Ja zameldowałem się tutaj przed godziną siedemnastą z tą sekcją, która miała łącznie pięciu ludzi. Z tą sekcją pełniłem zadania. Dano mi jeszcze jakiegoś wolontariusza, który się przyplątał. Natomiast mój zastępca niestety nie dotarł do mnie.
Jak wiadomo, Praga jest poprzecinana torami, to w rejonie [ulicy św.] Wincentego na nastawni była duża, silna grupa niemiecka i po prostu zaczęli strzelać, więc oni się cofnęli. Brali udział w walce na barykadzie przy ulicy Bartniczej koło szkół. Tam dzisiaj jest kamień, który upamiętnia ten fakt. Mój pluton tam brał udział [w walce] pod dowództwem mojego zastępcy i dowództwem szefa tamtego rejonu, porucznika czy kapitana „Karola”.

  • Jak nazywał się pana zastępca?


Mój zastępca nazywał się Mirek Kuryłowicz, pseudonim „Mirek”. Nie żyje już. Ponieważ tamtejsze tereny kolejowe były minowane, to oni robili takie czynności jak odcinanie kabli, rozdzielanie materiałów wybuchowych, które były tam poprzyczepiane, i tym podobne. To jest częściowo opisane w książce napisanej przez jednego z moich sekcyjnych. Natomiast ja przybyłem na Wrzesińską. Dostałem polecenie, żeby tak zwaną rozstawić grupę ochrony, obserwatorów i pilnować tego, co się dzieje. Tam byliśmy do 5 sierpnia, kiedy dostałem polecenie, że przechodzimy z powrotem do konspiracji, że mam wrócić na Bródno, zebrać ludzi i czekać na dalsze polecenie. 5 sierpnia przeszedłem drogą okrężną przez rejon wiaduktu przy Radzymińskiej. Inni moi ludzie poszli inną drogą. Chodziło o to, żeby przenieść polecenia, a jak ktoś wpadnie, to wpadnie, zostanie zabrany. Dotarłem na Bródno. Tam oczywiście zebrałem towarzystwo z bronią, bo oni przy okazji skombinowali trochę broni dodatkowo.

  • Ile to było osób?


Wtedy, jak tam wróciłem, to było nas trzydzieści pięć osób. Z tymi ludźmi rozpocząłem tam normalne ćwiczenia, tak zwaną normalkę zaczęliśmy. Cześć tych ludzi była spoza terenu Bródna, więc musieliśmy zabezpieczyć im jedzenie, spanie. Mniej więcej w tym czasie [nawiązałem] kontakt z moim szefem Jerzym Jaczewskim, pseudonim „Bryza”, który był komendantem bloku i jednocześnie zastępcą pułkownika Żurowskiego na VI Obwód. Kontaktowaliśmy się wtedy przez łączniczki. Ale on przyszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, pułkownik Żurowski uważa, że nasze działania na terenie Pragi się skończyły. Trzeba przede wszystkim ratować młodych ludzi, a więc my jako harcerze musimy naszych harcerzy ewakuować na północ w kierunku na Choszczówkę i Jabłonnę. I tam rejon „Obroża” – to był rejon dookoła Warszawy – ma już polecenie, że mają z was robić grupy, które będą przeprawiać się przez Wisłę na teren Kampinosu, Żoliborza, żebyście mogli włączyć się w walki na tamtym terenie i wspomóc Powstanie Warszawskie.” Mniej więcej od 18 sierpnia do 21 albo 22 sierpnia.
Ponieważ znałem ten teren, bo tu byłem urodzony, tu cały czas operowałem, wobec tego dostałem polecenie, że mam ze swoją grupą ludzi zebrać ludzi, którzy będą do mnie spływali. Bo już stopniowo zaczęło się czesanie, jak myśmy to nazywali, rejonów od południa, od strony Grochowa, przez Niemców. Wobec tego ci ludzie zaczęli przepływać do mnie na Bródno. Niektórym się nie udało. Jest opis, komu się nie udało. Ale ci, co przeszli, to trafili na moje punkty kontaktowe, a potem myśmy [formowali] grupy pięcio-, dziesięcio-, najwyżej dwunastoosobowe i przez przewodników z mojego plutonu byli przerzucani na teren Choszczówki.

  • Jak wyglądało zabezpieczenie jedzenia, spania?


Tam, gdzie byli, u kogo byli na terenie Bródna, to byli jednocześnie karmieni.

  • To były jakieś rodziny zaprzyjaźnione?


To było ciekawe. My na Bródnie właściwie się znaliśmy. Rodzina to może za duże słowo, ale to byli znajomi, wiedzieli, że ten to jest świnia, a ten to jest porządny. Ci, którzy byli, jak się zorientowali, ze my mamy tych młodych ludzi, to nawet sami mówi: „A może na obiad wezmę kogoś?” To oczywiście były krótkie dni, dwa dni, czasem tylko jeden dzień. Potem był przerzut n a Choszczówkę, a tam już przejmowała nas „Obroża” i ona zabezpieczała jedzenie.

  • Pamięta pan, ilu ludzi przeszło przez pana rejon do Choszczówki?


Mogę powiedzieć, ile było nas w Choszczówce, bo to policzyliśmy. Było nas tam siedemdziesięciu. Z tym, że to byli ludzie nie tylko z tych dwóch plutonów grochowskiego i bródnowskiego. To byli również młodzi ludzie, którzy na zasadzie: „Aha, to my też z wami.” Jeżeli chodzi o Bródno, to myśmy wiedzieli, kto jest kto, to się takiego brało, a jak człowiek nie był pewny, to wykręcał kota ogonem.

  • Kiedy to było?


Przerzucaliśmy między 18 a 22 sierpnia. Skończyliśmy przerzut chyba dwudziestego drugiego. W tych lasach, z tym, ze zmienialiśmy punkty, byliśmy tam do 28 sierpnia. W międzyczasie mieliśmy przygody. [Na nasz teren] wszedł ktoś w niemieckim umundurowaniu, to nie był Niemiec, tylko był z wojsk pomocniczych. Podejrzewam, że to był Ukrainiec, w każdym razie był to ktoś rosyjskojęzyczny. Wszedł na naszą czujkę, zaczął uciekać, został postrzelony przez „Mirka”, mojego zastępcę. Byliśmy w sytuacji takiej, że kręciliśmy się w bardzo niewielkim rejonie tego lasu, czekając na polecenie przejścia przez Wisłę, wobec tego nie mogliśmy się cackać z jeńcami. Niestety musieliśmy dokonać egzekucji. To było pierwsze użycie broni niestety… 28 sierpnia mój szef zawiadomił mnie: „Słuchaj, dokonujesz odwrotną operacją, przerzucamy z powrotem wszystkich na Bródno i znów ich zaprowadzasz do konspiracji. Dlatego, że zrobili dwie grupy, które poszły przez Wisłę i zostały bardzo potrzaskane. Wobec tego podjęliśmy decyzję, że więcej ludzi przerzucać nie będziemy, bo szkoda wytracać tych ludzi. Bo jeżeli poszło dwudziestu pięciu, a przeszło pięciu, to jest to żaden rachunek.” Dokładnie nie wiem, ilu przeszło, ile nie, ale na tej podstawie zatrzymano dalszy ruch tych ekip. Wobec tego na zasadzie, że byłem z Bródna i na Bródnie działałem, powiedziano mi: „Wracasz i dalej się opiekujesz tymi ludźmi i jesteś w tak zwanej łączności.” Po drodze, wracając stamtąd w nocy, gdzieś o godzinie dziewiątej ruszyliśmy się, to już zmrok zapadał, natknęliśmy się na patrol niemiecki.
Po przejściu około dwustu metrów od miejsca, gdzie biwakowaliśmy, szliśmy drogą równoległą około dwieście, trzysta, może pięćset metrów od torów kolejowych, usłyszeliśmy Wer du? Wiadomo. Miałem bardzo przytomnego chłopaka, który po prostu położył się z karabinem ceska zbrojovka, to był ręczny karabin maszynowy, na ziemi i zaczął strzelać na głos, na ucho. Stąd pochodził głos, wobec tego tu zaczął strzelać. Jednocześnie jeden z moich drużynowych podszedł lewą stroną, rzucił granat. Mój zastępca strzelił z pistoletu i tam się skończyły te Wer du. Ponieważ byliśmy szkoleni, jako szpica w tym przypadku, podskoczyliśmy tam, znaleźliśmy dwóch zabitych Niemców z pięknym elkaemem, to był tak zwany lekki karabin maszynowy, baranie rogi, elkaem 44. Zabraliśmy dokumenty, wzięliśmy karabin. Natomiast jeden Niemiec, ranny chyba, tylko słyszeliśmy gdzieś „tup, tup”, uciekł. Nie goniliśmy go oczywiście. Po zorientowaniu się, co jest, grupa główna, która szła za nami, bo my szliśmy w szpicy, poszli na własną rękę na tory i do tyłu, a my z bronią z powrotem wróciliśmy na Bródno.
Wróciła grupa, właściwie mój pluton, około czterdziestu ludzi, a tych trzydziestu rozproszyło się w tamtym rejonie. Noc, ciężko było uchwycić kontakt. Poza tym w takich momentach psychika działa bardzo negatywnie. Po prostu chłopaki wpadli troszkę w panikę, bo oni byli bez broni. Myśmy byli w szpicy, to byliśmy z bronią. W każdym razie przyszliśmy na Bródno. Czesanie na Bródnie się skończyło szczęśliwie 26 sierpnia, więc myśmy przyszli już na teren oczyszczony. Poszliśmy, każdy gdzie, kto mógł, do swoich domów. Ci, którzy nie mieli swoich domów, bo byli gdzieś z Warszawy, ulokowali się po rodzinach i tak przetrwaliśmy do 13, 14 września, kiedy weszli Rosjanie. Z tym, że kiedy już wchodzili Rosjanie, kiedy było widać, że to już jest koniec, to jeszcze ze swoim zastępcą i jeszcze jednym człowiekiem na terenie ugorów zakopaliśmy tę broń, którą mieliśmy, ceską zbrojovkę, lkm 44. To zostało odkopane chyba potem w styczniu czy w lutym 1945 roku przez UB. Jak się coś gdzieś zakopało, to w końcu widać, że tam było coś zakopane, można było wykryć. Czternastego chłopcom powiedziałem: „Słuchajcie, od tej chwili każdy już na własną rękę idzie. Skończyła się walka. Idziecie teraz każdy w swoją stronę. Pamiętajcie o tym, żeby się zachowywać przyzwoicie w życiu.” I koniec.

  • Liczyliście państwo na to, że będziecie mogli jeszcze jakoś wspomóc Powstanie po drugiej stronie Wisły?


Nie, już szansy nie było. 16 września Powstanie już dogorywało. W tym momencie Czerniaków był likwidowany.

  • Jak wyglądało wkroczenie Rosjan?


Jeśli chodzi o mój dom, to wkroczenie [Rosjan] było dość dramatyczne. Mój dom był drewniany, a obok był murowany i myśmy tam siedzieli w piwnicy. Ostatnie pociski katiusz, które wpadły na teren Bródna, trafiły w środek budynku. Gdyby budynek był murowany, to by się rozwalił, a że był drewniany, to elastycznie poszedł na boki i tak został. Natomiast Rosjanie przyszli, to nasze rozmowy z nimi były takie, że my chcemy, żeby Polska była wolna, niezależna, demokratyczna. Takie były rozmowy. Przyjmowaliśmy te wszystkie rozmowy, ale dystans był. Wiedzieliśmy, co się działo na tamtych terenach. Moi bracia, którzy tam byli w 1939 roku i otarli się o te wojska i przyszli, to byli zdruzgotani stanem wyposażenia i poziomem tych żołnierzy. Trochę lepszy był ten poziom jak tutaj przyszli, ale w dalszym ciągu to było wojsko, ale marnie wyposażone i marnie dowodzone, co zresztą potem mogłem naocznie na własnej skórze stwierdzić.

  • Kiedy spotkał pan Polaków w Armii Berlinga?


Pierwszych żołnierzy, którzy przyszli, zobaczyłem chyba dopiero między 15 a 20 września. Pierwsze dni były takie, że zaczął się niemiecki ostrzał, były ogłoszenia, żeby raczej wyjść ze strefy przyfrontowej, przenieść się pięć, dziesięć kilometrów od tego miejsca. Ale przenieść się to znaczy zostawić wszystko na łasce losu. Więc myśmy nie wychodzili w zasadzie. Wtedy zaczęliśmy się orientować, że zaczyna się koło nas robić ciepło. Tam kogoś wypytywali, tu kogoś szarpali, czy ktoś był czy ktoś nie był. W październiku ukazały się pierwsze obwieszczenia, w których mój rocznik, 1925, figurował jako zmobilizowany. Potem jak się zgłosiłem, to mi powiedzieli, że jestem ochotnikiem. Brat ze mną też się zgłosił, bo był 1922 rocznik. Pytam się takiego: „To, co? Może wobec tego wracam do domu?” Mówi: „I tak wojsko trzeba odsłużyć.” To zostałem. Powiedziano nam: „Piętnastu was jest. Tu jeden ma listę. Proszę na szosę lubelską i pierwsze samochody wojskowe, które będą szły w kierunku na Lublin, zatrzymywać, ładować się i jechać do Lublina i tam się proszę meldować na Majdanek.” Tą drogą pojechaliśmy w ten sposób. Zimno jak cholera było, mimo wszystko już było dość mroźno. Znalazłem się na Majdanku. Nie pamiętam, ile dni tam byłem. Ale chyba siedzieliśmy około dwóch tygodni. Po dwóch tygodniach zaczęli się zgłaszać tak zwani kupcy. Z różnych jednostek przychodzili i wybierali do tych jednostek ludzi z tej grupy, która była tam zmobilizowana. Mnie zabrano do I Oficerskiej Szkoły Lotnictwa w Zamościu. Tam znalazłem się w końcu listopada. Natomiast mój brat dostał się do Szkoły Artylerii do Torunia. Początkowo oczywiście był po tej stronie, ale potem trafił do Torunia. Potem w szkole oficerskiej z Zamościa zostałem zakwalifikowany do kompanii awiomechaników, czyli lataliśmy koło samolotów.

  • Czy już dało się odczuć, że to jest inna Polska czy jeszcze nie bardzo?


Dowódcą był generał Smaga mówiący lepiej po rosyjsku niż po polsku. Dowódca kompanii był już absolutny Rosjanin, nie pamiętam, jak się nazywał, Rożniatowski, Rozdziewski. Miał trochę polskie [nazwisko], ale typowo po rosyjsku [mówił]. Myśmy trochę zasłużyli na to, że nas prędko zaczęli wydłubywać. Na przykład był apel, na którym odczytywano pewne polecenia, rozkazy i potem było odśpiewanie hymnu polskiego czy „Nie rzucim ziemi…”, a potem, jak była komenda: „Rozejść się”, to większość z nas, w dziewięćdziesięciu procentach, robiła obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni i śpiewaliśmy „Rotę” albo „Boże coś Polskę”. To na pewno się nie podobało.
Jak potem na to patrzyłem, to już działały tam wtyczki różnego rodzaju, w owym czasie nazwalibyśmy, że to ci z ZTMP, a to były już komunistyczne wtyczki, które nas już ustawiały, kwalifikowały do pewnych rzeczy. Skończyło się to w ten sposób, ze w końcu marca zwinięto mnie za złe postępy w nauce. Wsadzono mnie do aresztu, dostałem wyrok trzy miesiące karnej kompanii. Trafiłem do Warszawy poprzez punkt, gdzie kompletowano tę karną kompanię. Kompania karna była z tyłu na Podchorążych. Rosjanie poszli dalej oczywiście, już ta strona Warszawy była zdobyta w styczniu. Stamtąd wyszliśmy chyba w pierwszych dniach kwietnia, chyba dziesiątego, na Dworzec Zachodni. Pierwszy raz z bliska zobaczyłem tą zmarnowaną Warszawę. Tam nas załadowano w wagony i pojechaliśmy gonić swoją jednostkę, to znaczy I Armię Wojska Polskiego.

  • Kto oprócz pana był w tej karnej kompanii?


Skazani byli, między innymi było dwóch skazanych ode mnie z Bródna. Natomiast ten z Bródna, z którym razem byliśmy w konspiracji, ocalał. Ale to osobna sprawa, ciekawa. On się potem dosłużył pułkownika w wojskach lotniczych. To była ciekawa postać, bardzo przyzwoity chłopak, ale bardzo miękki. Ojciec był Polakiem, a matka chyba była Rosjanką. Razem chodziliśmy do szkoły. On nie wpadł do karnej kompanii, ja natomiast wpadłem.

  • Oprócz was byli ludzie z Warszawy czy też z innych rejonów?


Z różnych rejonów, ale głównie to była Warszawa. Między innymi Heniek Boguradzki, nieżyjący już, mój starszy kolega, który jak jechaliśmy, to po drodze zwiał i przekazał potem rodzinie, co się ze mną dzieje. Głównie to byli warszawiacy, ale nie tylko. Natomiast w karnej kompanii była wsiakaja swołocz. Byli kierowcy, którzy sprzedali benzynę i za to dostali karną kompanię, byli tacy, którzy zhandlowali po drodze żywność wiezioną do pułku, między innymi swinaja tuszonka poszła na lewo, różni kwatermistrze, i tak dalej, jak również byli tacy, którzy mieli wyroki nie tylko dyscyplinarne, ale również wyroki za zabójstwa czy czyn karalny. Łącznie było nas, jeżeli zdołam przypomnieć sobie dokładnie, na pewno nie było nas mniej jak pięciuset ludzi. Dowódca karnej kompanii, który nas prowadził to tak prowadził, że myśmy dotarli dość późno na ten front. W każdym razie braliśmy udział w walkach o Berlin.
Potem, już po wojnie, 15 maja, znaleźliśmy się w miejscowości Hemmersdorf. Tam nas rozformowano, objęła nas amnestia i trafiłem do normalnego 6 Pułku Piechoty II Dywizji. Z tym pułkiem w bardzo szybkim tempie już na bardzo lekkich warunkach, ponieważ umiałem jeździć, prowadzić motocykl, samochód, wyrwano mnie na kierowcę zastępcy dowódcy pułku. Jako kierowca zastępcy dowódcy pułku jeździłem z nim, więc miałem dużo lżej niż ci, którzy szli pieszo. Wytłumaczę, dlaczego szliśmy pieszo. Mniej więcej 28 czerwca, to jest dzień moich imienin, stąd pamiętam dokładnie, byliśmy cały czas pod Berlinem […], nastąpił alarm, uformowano nas w kolumny i marsz. Nie mówiono, dokąd, gdzie, co. Spod Berlina szliśmy najpierw w kierunku Odry, tutaj, gdzie miejscowość Szwed mniej więcej. Potem po tamtej stronie Odry szliśmy cały czas piechotą w dół do Weisswasser. Z tym, że ja już wtedy jeździłem motocyklem z przyczepą, niemieckim cindapem. Woziłem chłopaków, woziłem im plecaki, bo to się wszystko rozciągnęło w nieprawdopodobny sposób.
W miejscowości Weisswasser, w dzisiejszym Zgorzelcu, ówczesnym Görlitz, przeszliśmy most na tę stronę i dalej szliśmy częściowo dzisiejszą autostradą A4. Przed Wrocławiem skierowano nas w dół w kierunku na Nysę. To wszystko trwało około dziesięciu dni, jak dzisiaj pamiętam. To jest odcinek około pięciuset kilometrów. Pomieszało się to wszystko, ale w końcu jak doszliśmy do Nysy, to tam powoli, powoli towarzystwo spływało. Mój 6 Pułk miał swoją siedzibę w Nysie, a batalion, przy którym się najwięcej kręciłem był w Głuchołazach. Dlaczego myśmy lecieli takim tempem na tamtą [stronę]? Czesi chcieli wyrównać nam granice odcinając nam Karpacz i Lądek Zdrój. Więc była tam awantura, która trwała ze dwa albo trzy tygodnie. Oczywiście „Wielki Brat” pogodził nas, kazał Czachom zamknąć gębę i zostawić tę granicę, jaka była w owym czasie między nimi a Niemcami. Znów 15 września przerzucono nas stamtąd już w bardzie kulturalnych warunkach do Częstochowy na garnizon. W Częstochowie skończyłem służbę będąc zdemobilizowany w grudniu 1946 roku.

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy?


Natychmiast, 19 grudnia już byłem w Warszawie. Były opóźnienia w nauce, więc potem był wyścig w nauce. W owym czasie szkolnictwo bardzo starało się nam pomóc. Mianowicie były uruchomione tak zwane kursy zerowe przy politechnikach dla tych, którzy mają zaawansowaną [naukę] do matury, ale nie mają matury. Myśmy robili maturę na tych kursach zerowych. Pamiętam, że od lutego 1947 roku do września 1947 roku morderczo przez całe wakacje ponad dziesięć godzin [dziennie] uzupełnialiśmy tę naukę, którą prowadzili z nami profesorowie. Potem był egzamin i dostałem się na Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej. Dyplom otrzymałem w marcu 1952 roku. Egzamin dyplomowy zdawałem, nomen omen, 19 grudnia 1951 roku, równo pięć lat po wyjściu z wojska, po zdemobilizowaniu.

  • Czy był pan w jakiś sposób represjonowany?


Nie mogę powiedzieć, że byłem represjonowany. W 1946 roku byłem, jeszcze będąc w wojsku, ponieważ byłem czytający i piszący, próbowano mnie werbować, żebym poszedł potem do tak zwanej szkoły prokuratorskiej w Łodzi albo do szkoły oficerów MSW, albo na szkołę oficerów milicji. Musze powiedzieć, że się migałem, migałem. W tym czasie uruchomiono komisje do ujawniania się. Wziąłem wtedy przepustkę, przyjechałem do Warszawy i ujawniłem się na komisji ujawniającej, gdzie był generał „Radosław”. Mazurkiewicz prowadził tę komisję. Dostałem zaświadczenie, że jestem kapral podchorąży Armii Krajowej. Przyjechałem z tym do pułku, pokazałem to, dali mi spokój od tej chwili. Represjonowanie nie było.
Był jeszcze taki moment, że w tym czasie jak byłem w tym pułku [w tym rejonie] była banda ognia, tak zwana bania. W rejonie Częstochowy działały jakieś oddziały. Czy to były oddziały poakowskie, które jeszcze nie złożyły broni czy to były po prostu oddziały bandyckie, nie potrafię na to odpowiedzieć. Jedno jest pewne, było spotkanie naszego batalionu z jednym oddziałem, było kilku zabitych chłopców i był zabity zastępca dowódcy pułku. Zginął mu pistolet. Ponieważ jeździłem z nim jakiś czas, to w 1947 roku wezwano mnie na Cyryla i Metodego w Warszawie i składałem tam wyjaśnienia, czy mogę na ten temat coś powiedzieć czy wiedzieć. Oczywiście była próba werbowania, jak się dowiedzieli, że jestem na Politechnice. Ale nie wyszło.

  • Na zakończenie proszę powiedzieć jak pan ocenia dzisiaj, po tylu latach Powstanie na Pradze?


To jest oczywiście moja prywatna opinia. Myśmy wykonywali rozkazy, polecenia. Uważaliśmy, że rządzą nami ludzie, którzy wiedzą, co robią, a nie krytykowaliśmy tego w żadnym przypadku, zresztą nie mieliśmy żadnych podstaw. Uważam, że spełniliśmy swój obowiązek obywatelski, a wyszło niestety tak jak wyszło. Mówię to na tej podstawie, że z tej grupy harcerskiej, która była na Pradze w moim zasięgu, było nas osiemnastu wykształconych podchorążych, to byli głównie słuchacze Władysława IV. Z tych osiemnastu ludzi szesnastu zostało zabranych wraz z tak zwanym stworzonym plutonem „Juron” z terenu Pragi. To była grupa około pięćdziesięciu ludzi, w tym tych szesnastu podchorążych. To wszystko miało przydział do 3 Kompanii Batalionu „Zośka”. Oni odeszli od nas mniej więcej w styczniu, lutym 1944 roku. Ode mnie, z mojego ugrupowania, z mojego dużego plutonu, odeszły najlepiej wyszkolone dwie sekcje strzeleckie. Ci chłopcy częściowo zginęli w Warszawie, częściowo są za granicą, jeszcze może jeden żyje tutaj w zasięgu i jest do uchwycenia. Następnie grupa z tak zwanej środkowej Pragi wyrwała się, były to względy ambicjonalne, i poszła do „Wigier”. To też była grupa dwóch podchorążych i około trzydziestu ludzi. Jeżeli tyle wyssano z naszych harcerskich grup, przypuszczam, że i to samo dotyczyło grup wojskowych. Trzeba wziąć pod uwagę, że „Baszta”, pułk na Mokotowie był organizowany od razu między innymi na bazie starszych chłopców, harcerzy 1939 – 1941, to stąd właściwie ciągle zabierano.
Może uzurpuje sobie zbyt śmiałe stwierdzenie, teorię, wydaje mi się, że dowództwo AK miało świadomość tego, że Warszawa jest istotna. Tak jak słowa skierowane do mnie po odprawie 1 sierpnia: „Słuchaj >, będziemy witać Armię Czerwoną”. Było to pomyślane tak, że Praga jako teren był trudny do walk. Dzisiaj jest zabudowa zupełnie inna niż była, [wówczas] był poprzecinany torami kolejowymi, cała ta przestrzeń była poszatkowana. Łączność czy przerzucanie grup były bardzo trudne, nie było takich warunków jak w Warszawie. Wobec tego chyba oni pomyśleli tak: „Jeżeli Praga stanie dęba i nam pomoże blokując na przykład mosty czy zdobywając przyczółki to świetnie, bardzo dobrze. Jak zdoła utrzymać się czy wywalczyć sobie ten teren – a mowa była wtedy o trzech do pięciu dni – to chwała im i będą pierwszymi, którzy będą witali Armię Czerwoną. A jeżeli padną, to padną, trudno.” Ale na wszelki wypadek zabrano nam bardzo dużo ludzi. Wydaje mi się, że taka była idea przewodnia. Z punktu widzenia stratega może to była słuszna decyzja, z punktu widzenia nas zostawionych w pewnym sensie na pastwę, to było trochę przykre. Ale strzela się czasem [niezrozumiałe], niestety…

  • Czy poszedłby pan jeszcze raz do Powstania?


Wychowany zostałem w takim duchu, że poszedłbym jeszcze raz. To są rzeczy, które tkwią wewnątrz w człowieku. Polska była dla nas zawsze największym dobrem. Bardzo przeżyliśmy upadek nimbu w 1939 roku, kiedy tu się pokazali Niemcy zamiast innych przyjaciół. Ponieważ byłem harcerzem już przed wojną, a harcerstwo było wyjątkowo patriotyczną organizacją. I to nie polityczną, a patriotyczną. Myśmy się nie interesowali nigdy polityką. […]



Warszawa, 9 października 2006 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Żylski
Leon Skórzewski Pseudonim: „Leon”, „Szelim” Stopień: kapral podchorąży, dowódca plutonu Formacja: Szare Szeregi, BS Praga Bródno, Pluton 618 Dzielnica: Praga Północ, Bródno Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter