Maria Rutkowska

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Maria Rutkowska, mam osiemdziesiąt sześć lat.

  • Gdzie pani była w czasie Powstania?


W Warszawie, w dzielnicy Wola.

  • Proszę pani, w momencie wybuchu wojny pani miała dziewięć lat?


Tak.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny?


No, co zapamiętałam? Najpierw no to moja mamusia była taką pracownicą domową, więc pracowała u Żydów i była u nich na stałe z mieszkaniem, ze wszystkim.

  • I pani tam mieszkała razem z mamą?


Nie. Nie, tylko jak mamusia mnie urodziła, no to ja mieszkałam, byłam u babci, u mamusinej mamy, na Płockiej, bo babcia cały czas od któregoś roku, jeszcze przed wojną, sprowadziła się z Błonia do Warszawy i tam mieszkała właśnie. I w tym czasie właśnie, jak [się przeniosła], to pamiętam, no to… Mamusia później wyszła za mąż, bo miała tam [jednego narzeczonego], miała wyjść za mąż, ale pokłócili się, mamusia nie wyszła za tego, wyszła za drugiego […]. I w tym czasie właśnie, co mama tam z tym swoim chłopcem chodziła, to ja byłam u babci, mamusia do mnie przychodziła nieraz w tygodniu, a w niedzielę, to w każdą jedną niedzielę, i zawsze coś kupiła. Babcia miała też córkę w moim wieku. Czy ja byłam od niej starsza o rok, czy ona była ode mnie starsza, to nie pamiętam dokładnie, ale w tym jednym wieku prawie żeśmy byli, no i babcia nas obie chowała. Później to mamusia moja pracowała tak u tych Żydów długi czas, to trzy lata, to dwa lata, no i w tym czasie mamusia właśnie zapoznała się z tym chłopakiem, wyszła za mąż. No i jak wyszła za mąż, to sprowadziła się do babci w Błoniu.

  • Na Płockiej?


Na Płocką, ale tam było dużo ludzi, sześcioro tych dzieci, to tylko mamusia wyszła za mąż, wyszła z domu, a tak to te dzieci (pięcioro ich było) i dwoje dziadków, aha, i jeszcze była prababcia, no to dużo. A przecież to domek nie był taki duży, więc było ciasno.

  • Gdzie pani mieszkała w 1939 roku?


W trzydziestym dziewiątym? To mieszkaliśmy w Warszawie.

  • Ale na jakiej ulicy?


Więc tak, najpierw, jak od babci żeśmy się wyprowadzili, to tatuś wynajął mieszkanie na ulicy Smoczej, Smocza 4, pamiętam, i tam żeśmy mieszkali. To były mieszkania w suterynach i w takim jednym mieszkaniu, tam razem, bo inni to też mieszkali w tej suterynie i myśmy też mieszkali. Bardzo dobrze tam się [mieszkało]. I pamiętam, żeśmy się razem bawili z tymi Żydami.

  • Tam pani chodziła do szkoły?


Chodziłam do szkoły róg Smoczej i… No nie pamiętam, jak ta ulica się teraz nazywa. Tam jest teraz taki [budynek] administracji i jeszcze taki… To duży budynek jest z jednej i drugiej [strony], od Smoczej i później tak jakoś – tam chodziłam do tej szkoły. Później wyszło te getto.

  • Ale jeszcze wspomnijmy wybuch wojny. Czy pani się ten dzień, 1 września, czy jakoś zapisał się w pani pamięci?


Nie. To, to nie. To, to nic nie pamiętam.

  • Jakie najwcześniejsze wydarzenie pani pamięta z początku wojny, już w czasie wojny?


No to też tak bardzo nie pamiętam, bo jeszcze jak my byliśmy, musieli się wycofać z tego… to przeprowadziliśmy się do, znów, do babci, do tatusia mamy.

  • Jak się mieszkało na Smoczej już w czasie okupacji? Czy pani zauważyła jakieś zmiany, jak się sąsiedzi zachowywali?


No, pamiętam tylko tyle, że mieszkaliśmy, tak jak mówię, w tej piwnicy tam i wiem, że budynek był murowany; zaraz przy naszych oknach to był taki kran, co sobie samochody myli na podwórku. Co jeszcze? No i jak chodziliśmy z tymi Żydami, [jak Żydzi] jakieś święta mieli, to takie budy stawiali na podwórku przecież, to od nich później te mace żeśmy dostawali – to pamiętam. No i później właśnie to pamiętam, że musieliśmy się wyprowadzać do tej babci, bo nie było gdzie, no to babcia nas wzięła. Babcia mieszkała na Wolskiej 102, tatusia mama. Wolska 102. Tam też nie byliśmy długo, bo i urodził się mój brat, tak że tatuś wyszukał… Aha, to przedtem było mieszkanie na Woli, [właściwie] nie na Woli, tylko na Smoczej właśnie, to [wtedy] już brat się urodził.

  • Mama pani wtedy pracowała?


Nie, już nie, jak wyszła za mąż

  • Co robił pani ojciec, z czego utrzymywała się rodzina?


Tatuś był murarzem, a mamusia, tak jak mówię, a później nie pracowała, tylko tatuś pracował. Tatuś pracował, tatuś zachorował później na żołądek, leżał w szpitalu.

  • W czasie wojny czy przed wojną?


W czasie wojny, w czasie wojny leżał w szpitalu na Płockiej. […] No i później to jak żeśmy się przeprowadzili tutaj na Wolę, to do szkoły chodziłam (bo Niemcy przecież te szkoły zabierali) tutaj, co mówiłam, przy Smoczej, później chodziłam chyba na Gostyńską, [tam] była szkoła, zaraz koło nas, koło domu, niedaleko; później na Gostyńskiej znów zabrali Niemcy szkołę, więc przerzucili nas na Bema, też tam jakiś czas tylko [chodziłam], [potem] znów tę szkołę zabrali; później byłam w szkole na Górczewskiej, tylko Górczewska chyba 9 czy 11, już nie pamiętam. To już były klasy czwarta czy piąta, czy coś, nie pamiętam, w jakich to było klasach. Później jeszcze stamtąd, z Górczewskiej, znów nas wyrzucili, to [na ulicy] Syreny siostry [zakonne] miały swój [dom] i tam do tych sióstr. I tam niedługo byłam, bo to już jakoś wakacje się zbliżały, to to niedługo, a już po wakacjach te siostry nas nie przyjęły. No i potem chodziłam już do samego końca, do siódmej klasy, do czterdziestego trzeciego roku, bo Powstanie było w czterdziestym czwartym, prawda, bo to się skończyło tak, tak… To do czterdziestego czwartego roku chodziłam na Wolę, […] róg Prądzyńskiego chyba ta ulica się nazywała; taki nieduży budynek naprzeciwko parku Sowińskiego.

  • Czy to się przechodziło z całą klasą i ze swoim nauczycielem, czy w każdej szkole z kim innym pani się uczyła?


Z kim innym. Z kim innym, a później już te [klasy] co kończyłam tam w tym… to chyba dwa lata było czy coś, to już ci sami nauczyciele i my w tej samej szkole żeśmy były. To był budynek nieduży, tylko też tam dwie czy trzy klasy i więcej nie można było tam się uczyć. No to tyle pamiętam. No i do Powstania.

  • Jeszcze wrócę do okresu, kiedy pani mieszkała na Smoczej. Czy pani pamięta, jak wyglądała ta ulica na Smoczej, tam dużo ludzi mieszkało, jakie kamienice były?


Tam były kamienice, my jak żeśmy mieszkały, to też duża kamienica, takie kamienice. I te podwórka to były małe.

  • Ciemne.


Tak, tak, tak, duże kamienice. No i tak jak mówię, dużo mama tam nie dawała chodzić, bo przecież i ruch był, i to, tylko zdaje mi się, że ta Smocza tak schodziła w dół, jak się szło od Leszna. Tak mi się zdaje, ale czy tak było, to nie pamiętam. No to tylko tyle. I między tymi Żydami bardzo dobrze nam się mieszkało, bardzo dobrze. A moja mamusia no to też, jak u tych Żydów pracowała, no to tak, trzy lata, dwa lata, [jak] już [byli] czy starsi, czy coś, nie potrzebowali, no to jedna drugiej podawała [dane] mamusi, że jest dobra. Mamusia tak przepracowała kilka lat, dokąd nie wyszła za mąż.

  • Czy oprócz macy pamięta pani jakieś takie smakołyki, które pani jadała, a których teraz nie ma?


O, było bardzo dużo. Rzeczywiście czy to ta Żydówka… Bo jedna [posesja] to była rodzina Żydów, później sam Żyd, no i my żeśmy tam mieszkali w tym korytarzu. No to właśnie do tej Żydówki mamusia tak jak do siostry [się odnosiła], jak z siostrą żyli. Ona coś ugotowała, to przyniosła czy coś, mama coś robiła, to tym dzieciakom dała – to było na współkę.

  • Nie było żadnych…


Nic, żadnych, żadnych.

  • A czy jak getto murem ogrodzono, nie można było już tam wchodzić, czy pani się jeszcze interesowała, co tam się z tymi dziećmi dzieje?


Nie, nie.

  • Nie chodziła pani tam?


Nie chodziłam, nie chodziliśmy tam. Nieraz się przejeżdżało tylko, jak tych [ludzi], co wieszali na balkonach tych Żydów (czy to Żydzi, czy Polacy, bo i Polaków wieszali, proszę pani), no to nieraz jak tam powiesili czy coś, to [jak] się tramwajem przejeżdżało, to tylko to widziałam z daleka.

  • Czy pamięta pani powstanie w getcie warszawskim?


Nie, nie pamiętam. A było przecież niedaleko nas, bo mieszkałam Płocka, to niedaleko, ale mamusia nigdy nie dała nam nigdzie wyjść dalej czy coś.

  • Jak wyglądała okolica, w której pani mieszkała, tam na Płockiej? Czy to były gęsto zabudowana ulica, jak ona wyglądała wtedy?


Więc to nie było gęsto zabudowane wtedy, bo tam były więcej budynki parterowe. Tak jak ja mieszkałam między Górczewską a Gostyńską właśnie, to od Gostyńskiej to był drugi budynek właśnie, gdzie my mieszkaliśmy, to po drugiej stronie była tylko taka duża kamienica, trzy może dwa piętra nie pamiętam, bo tam nawet brat do przedszkola chodził do tej kamienicy, a tak to wszystko te budynki były tutaj małe. Drewniane, małe budynki.

  • Ten dom, w którym pani mieszkała, to też był taki mały, drewniany dom? Jak wyglądał ten budynek?


On był mały, znaczy niski, ale bardzo duży, bardzo duża posesja.

  • Kto jeszcze mieszkał tam oprócz pani?


Więc tak, ci państwo, co kupili sobie… W którym roku to nie wiem, może jeszcze nie byłam na świecie, [wcześniej] mieszkali w Błoniu.

  • Właściciele tej posesji?


Tak.

  • A jak oni się nazywali, ci właściciele?


Zeisner. I tam dziadziuś i moja babcia mieszkała też z rodziną właśnie, w Błoniu, a dziadziuś u tych Zeisnerów pracował, był u nich stróżem. I jak oni kupili tę posesję na Płockiej, to zabrali i dziadka ze sobą, tak że dla dziadka był domek postawiony i ci państwo mieli też. Tak że tam były, tak jak mówię, dwie córki i syn. Pana Zeisnera nie znałam, nie wiem, kiedy umarł, nie wiem nic o nim, bo mamusia nie opowiadała (może opowiadał, nie słyszałam), ale odkąd ja tam mieszkałam i pamiętam, to nie był, była tylko pani Zeisnerowa, jej syn Władysław i te dwie córki. I one obie wyszły za mąż, jedna mieszkała w jednym końcu tego budynku, a druga mieszkała w drugim. Tak że tę jedną córkę to w czasie wojny aresztowali z mężem i to mieszkanie zostało puste, to później właśnie sprowadził się taki (nie wiem, czy znajomy, czy jak) stolarz. Bo tam były dwa podwórka właśnie – duża posesja, dwa podwórka. Tu my żeśmy mieszkali, a tam były znów takie dwie fabryki. Bo ci państwo, jak się wyprowadzili z Błonia, to tu w Warszawie zrobili tą [firmę], te kafle wyrabiali i inne gliniane rzeczy.

  • Czy w pani okolicy pani czuła wojnę, czy pani widywała Niemców, czy Niemcy urządzali jakieś łapanki?


Tam to mało chodzili, ale były łapanki. Nawet tutaj róg Płockiej i Górczewskiej, jak ten szpital jest na Płockiej, tam była fabryka chyba firanek i tam rozstrzeliwali właśnie jak… Bo Niemca zabili na tej Płockiej, no to zebrali dziesięć osób i tam te dziesięć osób zabili zaraz na takiej obławie. No to, to [pamiętam]. I drugie takie [zdarzenie] widziałam właśnie, jak Niemiec został zabity na Płockiej, dalej, bo chodził tam do takiej Polski. I jego złapali, bo to podobnież niedobry Niemiec był, i jego zabili.

  • Pani to widziała czy słyszała?


Nie, nie, słyszałam. A to co przechodziłam, bo nawet nie widziałam, tylko pokazywali później, że w tym [miejscu]… Bo ja jak jeździłam do szkoły na Wolę, no to musiałam do Woli dojść od Płockiej, od Górczewskiej do Woli, to musiałam przejść, no to tam zawsze ludzie o tym mówili. A tak to Niemców… Jeździliśmy tramwajem do szkoły, bo przecież to było ze dwa czy trzy przystanki od nas, no to [spotykałam się] z koleżanką, koleżanka mieszkała naprzeciwko szpitala na Płockiej, a ja mieszkałam trochę za Górczewską, no to ona zawsze czekała, jak ja będę szła i razem żeśmy chodziły. Albo chodziły, albo w tramwaj się wsiadło i pojechało.

  • Czy dorośli dawali pani jakieś wskazówki, jak się zachować na ulicy, co robić w razie spotkania z Niemcem?


Tak, tak, rodzice zawsze upominali; zawsze mama, a najwięcej to tatuś, mimo że to nie był mój tatuś, ale to był kochany człowiek dla mnie. I jak już właśnie do tej do szkoły czy co… więcej dostałam od mamusi niż od tego tatusia, bo zawsze przyszedł, [pytał], jak tam było, jak tego, tak że bardzo, bardzo, tak…

  • Ale co pani mówili? Że jak się pani ma zachowywać, ostrzegali?


Ostrzegali, tak, tak. Żeby od nikogo nic nie wziąć, nic nie tego, z nikim nie tego, no bo były takie właśnie… Czy tak było, to też nie wiadomo, bo się nie wiedziało, tylko że takie puszczały [plotki], że nieraz dają jakieś kwiaty czy coś, żeby iść do kogoś, podać na imieniny, a tam tych dzieci mordowali. O, takie coś też podobnież było, ale czy tak było, no to nie wiem.

  • Ale panią przestrzegali?


Tak, rodzice zawsze.

  • Czy pani czuła lęk przed Niemcami?


No może… Jeszcze człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy po prostu.

  • Nadszedł dzień 1 sierpnia. Wybuchło Powstanie. Czy pani pamięta ten dzień, kiedy się pani dowiedziała, że wybuchło Powstanie?


Jak ja już byłam większa, mój tatuś był murarzem, a później dwa lata czy półtora roku przed powstaniem dostał się do Haberbuscha na Grzybowską. A był takim… Rozwoził do Niemców, do mieszkań czy to coś z żywności, czy jakieś tam piwo, wódkę, papierosy – takie deputaty dla nich.

  • Dla Niemców, którzy byli zatrudnieni w browarze Haberbuscha, czy dla jakichś innych Niemców?


Nie wiadomo, co to było. W każdym razie to mogły być te folksdojcze, co były, ale oni [mieli] jakieś tam deputaty, tego, to ci [wozili] widocznie pracownikom czy… Nie wiem, nie wiem, bo tatuś nie mówił. No i rozwozili, no to jeździł furman, bo to na takiej platformie było, no i tatuś, który podawał, wchodził do mieszkań i podawał. No i jak chodził do nich, no to zawsze coś… Tylko tatuś nosił wódkę do nich, papierosy i piwo, o. I jak tam w domu [była] ta gospodyni czy nawet był ten Niemiec, czy jak, no to zaraz dawał coś. A przede wszystkim… Tak jak my [teraz], no to pieniążki się daje listonoszowi, prawda, od czasu do czasu, a tam no to nie, tylko właśnie wódkę. No i pierwszy raz jak tatuś [dostał, to] myśli, co to. Nalała mu tam w szklankę…

  • To trzeba było od razu wypić, tak?


Tak. No i tatuś mówi, że „nie, ja nie mogę, bo ja jestem w pracy, przecież jak ja mogę pić tu”, no to ona poszła, przyniosła mu butelkę i przelała do butelki. Mówi: „W domu sobie wypijesz”. No to tatuś wziął, schował i później codziennie tak robił. Wziął sobie zawsze butelkę i jak dostał taką wódkę, to od razu mówił: „Nie, ja nie mogę pić”. Papierosy dostawał, a też nie palił. No i to się [zbierało], codziennie taką porcję, nieraz litr wódki, raz pół litra tej wódki na dzień.

  • To był dobry pieniądz w czasie okupacji.


Właśnie. Tak że tatuś ani nie palił, ani nie pił. Był taki sklepik na Gostyńskiej i tam tatuś czy mamusia z nią porozmawiała i do niej się wstawiało. Nawet ja to nosiłam, bo tatuś był zawsze w mieście, to jak do nich coś było, no to „idź, ty weź”, no to tak robiłam. No i z tego właśnie my żeśmy żyły – to, co zbierało się, za to, co tata tam miał.

  • Napiwki były lepsze niż pensje.


Tak jest, tak jest… A to [co zostało], no to składali sobie, bo chcieli sobie kupić mieszkanie. I właśnie u takich jednych Żydów, u których mamusia pracowała, a było to na Woli… On był rzeźnikiem, prowadził rzeźnię i wyroby też robił, tam mieszkali. To był taki budynek między Dobrolina a Gerlacha, taki duży czerwony czy brązowy budynek, pamiętam go, bo tam chodziłam stale z mamusią. No i ci Żydzi jeszcze wcześniej przed tymi gettami, co robili, pobudowali się na Jelonkach. No i mieli się tam przeprowadzić, a tatusiowi zaproponowali, żeby tatuś wykupił od nich. Tatuś składał te pieniążki, tylko nie wiem, czy im coś wpłacił, czy nic nie wpłacił, ale wiem tylko, że miał od nich odkupić. A ci Żydzi nazywali się Kleczkowie. To pamiętam bardzo dobrze.

  • Oni poszli do getta, a pani ojciec ciągle myślał, że się da kupić to mieszkanie?


Właśnie nie wiadomo, czy oni byli w getcie, czy nie. Tatuś już później nic nie wiedział. Bo nie zawsze miał czas, żeby do nich [jechać], tylko od czasu do czasu, jak tam złożył trochę pieniędzy, to nie wiem, czy im dawał, czy gdzieś składał, tego nie wiem. Właśnie ten domek tatuś chciał kupić od nich. No i stało się tak, a nie wiadomo było, czy oni tu zostali, czy w getcie, bo tam, bo mieli na Jelonkach, to wiem. To tak: jak składał te pieniążki, to, co zarobił, no to miał, a na życie mamusia miała, tak że już później nie mieliśmy takiej biedy, bo było zawsze coś.

  • Teraz wróćmy do 1 sierpnia 1944 roku. Jak wybuchło Powstanie, to kiedy się pani dowiedziała, że to Powstanie wybuchło?


Miałam jechać do tatusia, do tego Haberbuscha, a mama już pracowała… Bo na tym podwórku, u nas, na tym drugim, to była taka fabryka Wytwórnia Wód Gazowych i mamusia tam pracowała. Pracowała u nich mamusia, mamusi brat ten młodszy…

  • Jak miał na imię?


Edward. I dziadek. A dziadek to znów jeździł i rozwoził ten towar po sklepach. Dziadek Twardowski Jan. I ja właśnie jak miałam do Haberbuscha jechać po coś i mam wychodzić… A u nas brama była zamknięta, bo tam nikt więcej nie mieszkał, tylko tak jak powiedziałam, gospodarze, ten stolarz, babcia i my. My mieliśmy w tym samym podwórku, ale trochę dalej mieszkaliśmy razem z babcią, bo dziadek był tam jako dozorca. Wychodzę, otworzyłam furtkę, dwóch panów takich miało tylko te opaski na ręku i pytają się: „Gdzie idziesz”, ja mówię: „Do Haberbuscha muszę jechać”. – „A, to nie idź – mówi. – Wróć się, już nigdzie nie wolno ci wychodzić, nigdzie nie wychodź”. Przyszłam, zamknęłam furtkę, poszłam do mamusi i powiedziałam, że ktoś mnie [zatrzymał]. Jeszcze nie wiedziałam, że to Powstanie.

  • Ale się pani podporządkowała.


Tak, tak już nie poszłam. Ale później to już zaczęli więcej rozmawiać i tak, wpuścić, wpuścili, bo przecież jak ktoś przyszedł z pracy czy wrócił z miasta, no to wpuścili, a wyjść już nie wolno było z budynku.

  • To oni cały czas tam stali?


Tak, bez przerwy chodzili.

  • To byli Polacy?


Polacy. Tak. Takie biało-czerwone mieli [opaski], młodzi nawet tacy. Chodzili co i raz i nie puszczali na ulicę. A u nas, jak miało zacząć się to Powstanie – no nie wiedziałam – ale tydzień przed tym, może trochę więcej, zrobili na podwórku schron u nas pracownicy razem z gospodarzami, żeby się chować tam. Więc on był wykopany, taki dół, na to były kładzione deski, bo stolarz miał, no to deski, na deski kładli opony, bo podał ten, co wodę robił, to dawał. My żeśmy tam pomagali, dzieciaki. Później na te opony jeszcze raz deski, później ziemią zasypali. Tam, gdzie ten schron był, była taka duża przestrzeń, plac do zabawy [wcześniej] tam mieliśmy, trawa była ścięta i położona na tym i krzaki, no i taki schron żeśmy mieli. A jeszcze to było, wcześniej… Bo ten schron był później robiony, a przed tym pani Zeisnerowa mówi, bo jej syn w jakiejś firmie pracował, bo młody, i kazał, żeby każdy z domu wszystko to, co ma wartościowego, żeby to wszystko pochować, bo źle się dzieje. No to też wykopali przy tym domu… Bo tak, Płocka, później Gostyńska, więc tu mieszkał dziadek, miał swój domek, później jest brama, później kawałek ogródka i ten dom. Taki czworokąt.

  • I wszyscy mieszkańcy do tego skarbca włożyli swoje cenne rzeczy, tak?


Tak, wszystko w skrzynki. Pani gospodyni powiedziała, że każdy może tam włożyć, i pokładli. To było jeszcze przed Powstaniem, może tydzień przed Powstaniem. Jak to pokładli, no to też tak było, że dół wykopany, bardzo duży, bo najwięcej to było od pani gospodyni brane do chowania, dół też zakryty deskami i ziemią, a właściwie piasek, taki żółty, taka ziemia, więc to wszystko zasypali, na to deski położyli. Ale ktoś się tam dostał.

  • Jak wróciliście po wojnie, to już nie było tych rzeczy?


Nic, nawet znaku nie było, że tam jest wszystko wyciągnięte. Kto to zrobił, czy Niemcy, czy później, jak te ludzie… Bo my dopiero żeśmy się na tę ulicę dostali… Bo przecież mamusia była [w Niemczech], to jak mamusia przyjechała, to albo koniec maja, w1945 roku, albo czerwiec, to mamusia dopiero wtedy przyjechała z Niemiec, z tej roboty. I zaraz żeśmy pojechali, na drugi czy na trzeci dzień, tam zobaczyć, to właściwie już nic nie było. Nie wiadomo, kto to zrobił.

  • Wróćmy do sierpnia 1944 roku. Kiedy pierwszy raz pani siedziała w tym schronie, czy w ogóle zdążyła w nim być?


Proszę pani, zaraz żeśmy siedzieli, już w nocy. Aha, nie, jeszcze tej pierwszej nocy nie siedzieliśmy, tylko nie spaliśmy u siebie w domu, tylko w tym warsztacie żeśmy spali, u stolarza.

  • A dlaczego? Czy był jakiś ostrzał?


Bo już słychać było strzały i bali się, bo niskie te budynki były. Starsi to chodzili i pilnowali, żeby nie podpaliły się domy, no to mężczyźni tak chodzili. A nam dzieciakom to porozścielali na stołach u stolarza i na tym żeśmy. Tak żeśmy spały od pierwszego do piątego.

  • Czyli cała pani rodzina była w komplecie?


Tatusia nie było. Tatuś nie wrócił z pracy, wrócił dopiero trzeciego. Strasznie był [zmęczony], bo po prostu cały czas się czołgał od Haberbuscha. Najpierw tam był, bo tam był schron, u Haberbuscha na Grzybowskiej, ale tam było strasznie dużo ludzi i wszystko tam się pchało, więc tatuś wyszedł po prostu i dopiero trzeciego przyszedł do nas. A tak to wszyscy byli, bo ci pracownicy, co tam pracowali u stolarza i w tej drugiej firmie wód mineralnych, to już im nie wolno było nigdzie wyjść i byli z nami.

  • Co się stało 5 sierpnia?


No i 5 sierpnia… Jeszcze powiem [o wydarzeniach] nie piątego, [tylko wcześniej]. Jak tatuś przyszedł, a tak jak mówię, panowie tam chodzili całe noce, sprawdzali, czy gdzieś się nie pali. No i właśnie nie wiem, czy z trzeciego na czwartego, czy z czwartego na piątego, ale to było najprawdopodobniej z trzeciego na czwartego, samolot zrzucił na nasze podwórko spadochroniarza.

  • Na to podwórko, gdzie pani mieszkała, tak?


Tak, tylko w ogródek gospodarza, to tak od domu to może dwadzieścia, trzydzieści kroków. Tak że zaraz ci panowie, co chodzili, to dolecieli do niego.

  • Powstańcy?


Nie, nasi, nasi. On był Polak, osiemnaście lat miał, z Anglii. No i że ich spadło tam kilku. Zaraz za naszym domem też taki był ogród i tam już oni pospadali. On do nas, a ten drugi nie wie, gdzie spadł. Jak on tam spadł, raz dwa zaczęli mu to wszystko zgarniać. Tatuś, mój wujek Mietek i ten jeden pan, który właśnie pracował i woził wodę, zaprowadzili go, bo prosił, żeby do powstańców zaprowadzić. I zaprowadzili go na cmentarz żydowski przy Żytniej.

  • Pani pamięta, jak on był ubrany?


Ja to jego nie widziałam, bo my żeśmy spali. To było nocą. Ja jego nie widziałam, tylko oni, tak jak tatuś mówił, pozbierali mu wszystko i poszli, wrócili i nic im się nie stało, dzięki Bogu. A co jedliśmy? Nieraz babcia wyskoczyła, coś zrobiła w domu, a przeważnie to mieliśmy takie torby suchego chleba, skórki i to jedliśmy.

  • Siedzieliście w schronie, tak?


Tak, w tym schronie, w tym schronie cały czas.

  • Czy pani pamięta, czy tam było dużo strzałów, jakieś walki?

 

My żeśmy nie słyszeli, cały czas [siedzieliśmy]. Nikt tam [do schronu] nie zaglądał. A jak ci Niemcy później weszli na podwórko? A bramy były pozamykane przecież, to nie wiem, jak oni weszli. W każdym razie [weszli] 5 [sierpnia] w nocy (może dziesiąta, może jedenasta, nie wiem, było ciemno przecież), no i stanęli nad tym naszym [schronem]. Jeszcze dobrze, że nie rzucili granatów. Stanęli i żeby [wychodzić]. A tylko ten pan Władzio umiał po niemiecku mówić.

  • Pan Władzio, to znaczy kto?


Gospodyni syn. Wyszliśmy z tego schronu wszyscy i kazał nam się ustawić. Doprowadzili nas od Płockiej do Górczewskiej, do rogu i tam taki dom stał. To nieduża przestrzeń była, nie wiem, czy pół kilometra nawet od naszego, co żeśmy mieszkali, do tego domu, [do którego] żeśmy doszli nocą.

  • W co pani była ubrana? Bo pani mówi, że była noc, to pani spała, tak?


Myśmy się wcale nie ubierali, nie rozbierali i nie ubierali, tylko [żeby w] coś przebrać mama poleciała, wzięła coś. Bo to zimno, przecież my żeśmy w ziemi siedzieli cały czas. Tak że ja palta nie miałam, miałam buty, mój brat miał palto, a nie miał butów.

  • Szedł boso, jak go tam pędzili?


Nie, nie, tylko [nie miał odpowiednich] butów, bo mama nie kupowała nam [jeszcze] na zimę, [dopiero] miała kupić, więc w sandałach był – ja miałam buty, a nie miałam kapoty ciepłej, a on na odwrót miał. Doszliśmy do Górczewskiej, to było dwóch Niemców, starszych oficerów, ale też mówił po polsku ten [Niemiec]. I jak my żeśmy się ustawili, bo mieliśmy na ten rozstrzał iść, to…

  • Pani myślała, że idzie na rozstrzelanie?


Nie, myśmy nie wiedzieli, tylko on tak później powiedział. Stanęła mamusia moja, brat i ja, później tatuś i reszta. Mamusia miała pod pachą woreczek. Ten oficer mamusi ten woreczek wyrwał. Jak wyrwał ten woreczek i otworzył, to tam błysnęło, bo tam były dwa obrazki, a że ciemno, paliło się, to obrazki mogły błysnąć. I on mówi: „Co to?”. Mamusia mówi: „Matka Boska”. On jej powiedział: „Częstochowska?”, a mamusia mówi, że tak, i on mamusię na bok. I mówi tak: „Kto mówi po niemiecku?”. Pan Władzio mówi: „Ja”. I do pana Władzia mówi, że ona zostaje, a my idziemy na rozstrzał. I kazał nam przejść na drugą stronę Górczewskiej – staliśmy po prawej stronie, to na lewą musieliśmy przejść. A tatuś jeszcze do nas, jeszcze przedtem (brat był bliżej tatusia) mówi tak: „Idźcie wy do mamusi, bo my idziemy na rozstrzał, a mamusia zostaje”. Brat pierwszy doskoczył, a ja szłam, a ten Niemiec przyłożył mu pistolet do głowy i mówi; „Uciekaj tam, bo będę strzelał”. Mamusia zaczęła krzyczeć, tatuś mówi: „Weź Romka” i ja złapałam brata i żeśmy doszli do tatusia i z tatusiem żeśmy szli na tę drugą stronę. Już tam [ludzie] ustawieni byli w jednym rzędzie.

  • Czy pamięta pani, co pani wtedy myślała? Czy płakała pani?

 

Proszę pani, nie płakałam. I nikt nie płakał, nikt nic nie krzyczał przede wszystkim, nikt. I jak żeśmy przeszli… Ciocia tam moja była, mamusi siostra, z mężem i z tym malutkim dzieckiem, ten mały miał rok i dziewięć miesięcy. Ja dużo tego małego bawiłam, bo ciocia nie pracowała, tylko handlowała, miała budę na Kercelaku czy gdzieś. Ciocia tego małego trzymała na ręku, a on do mnie wyciągał rączki. Wołał: „Jadziuś, Jadziuś” , bo Jadziuś do mnie wołał. Mówię do cioci: „Daj go, ciociu, trochę” i ciocia go dała, a Niemiec podszedł i pyta: „Czyje to dziecko?”. Ciocia mówi: „Moje”. Kazał cioci wziąć tego małego na rękę i iść. Wzięła go na rękę, szła, a on strzelił i ciocia się przewróciła. Małego nie zabił na pewno, nie przeleciała kula, tylko później go zadusili po prostu. No i później już wszyscy po kolei. Wszyscy po kolei, to tak: ta ciocia z tym małym, potem…

  • Jak się nazywali ciocia, wujek i ten mały chłopczyk?


Borys. Ciocia Honorata, mały Rysio, a wujek Wacław.

  • Tam byli mieszkańcy tylko tego domu, tak?


Tylko mieszkańcy tego domu, pracownicy.

  • Nie było ludzi z innych domów?


Nie, nie, tylko ta grupka była, tylko ta grupka. Więc jak ciocia tego małego wzięła i ciocię zabił, strzelił do cioci. Strzelali, bo to było dwóch Niemców, takich jakby oficerów, dwóch albo jeden to był inaczej ubrany, to nie wiem, no i byli w tych kolorowych czapkach, „kozacy” czy jakoś, tak ich nazywali, bo przed Powstaniem w Warszawie to już pełno było tych „kozaków”. Tych było sporo i przeważnie oni strzelali. Później za ciocią nie poszedł ten mąż cioci, tylko poszedł wujek Mietek, mamusi brat, potem ten drugi, młodszy, no i potem my żeśmy szli. I tak, tatuś idzie w środku i nas trzymał za ręce, brata i [mnie]. Brat z lewej, ja z prawej. I jak my dochodzimy, to ci wojskowi, ci „kozacy” doskoczyli i nas odrzucili, a tatusia zabili.

  • Na pani oczach.


Tak. I oni zabili. To ten brat przyskoczył do mnie wtedy, złapał mnie, przytulił się, trząsł się i strasznie płakał – nie krzyczał, a płakał. A ja znów ani płakałam, ani… I nic! Tyle tam przecież [ludzi] i nikt nie płakał, nikt się nic nie odzywał. I później, jak ja stanęłam z bratem na boku, to przecież widzieliśmy, jak tych wszystkich ludzi rozstrzelali. Ja w boku czułam kulkę zawsze, ten strzał i ja czułam ten ból i mam ten ból do dzisiejszego dnia – jak coś [się dzieje], to tak mnie boli w tym miejscu, że ja nie wiem, nie wiem, co to jest. Jak już zabili wszystkich, ten Niemiec, tylko nie ten oficer, tylko taki drugi, też powiedział… Aha, jak zabili, jak się rozchodzili, starszyzna już poszła, zostało tylko dwóch czy trzech Niemców i ci „kozacy”. I słyszę, jest krzyk. Najmłodsza babci córka, ta w moim wieku, to ona krzyczy: „Ja jeszcze żyję, ja jeszcze żyję”, no i tam doszło dwóch, kilka strzałów dali i cicho było. Wtedy ja zaczęłam strasznie krzyczeć. Ale to krzyczałam, sama nie wiedziałam, co ja krzyczę! Ani upadłam… Jak ja zaczęłam krzyczeć, to „kozak” wziął i mnie karabinem uderzył w głowę od tyłu. Ale ja nie upadłam, tylko ten krzyk, a potem raptem… ucichło. No i ten Niemiec doszedł i też po polsku mówił, bo to byli Ślązacy, bo potem się dowiedzieliśmy: „A wy możecie iść do domu”. Ja mówię, że nasz dom jest spalony, bo jak nas [wypędzali], to zaraz polewali benzyną i podpalali te domy.

  • Jak oni was wypędzali, to oni krzyczeli, mieli psy?


Nic! Nic, cichusieńko było. Tylko ten jeden głos, co było słychać, Krysi i mój brat płakał, ale nie było go słychać, tylko trząsł się cały i płakał. Ja tylko później zaczęłam krzyczeć, już po tym wszystkim.

Nasz dom się palił. Już tego domu nie ma. To było na Górczewskiej.

  • To było na Górczewskiej, róg Płockiej? Gdzie to dokładnie było?


Nas zatrzymali po prawej stronie, a rozstrzelali po lewej stronie. Teraz nie wiem, czy tam nie jest pogotowie w tym miejscu, od rogu Płockiej.

  • Przedtem co tam było, jakaś kamienica? Pod murem oni strzelali?


Kamienica, taka brama jak u nas i płot. Tam chyba była piekarnia w tym podwórku, też dom parterowy. To bardzo blisko od rogu. Od rogu była duża kamienica wysoka i sklep, albo kwiaciarnia, albo… Nie pamiętam, ale raczej tam była kwiaciarnia, jak ja jeszcze do szkoły chodziłam, to widziałam. I później jak się idzie do Górczewskiej, była cukiernia, jeszcze jakiś sklep, no i później już te domki się zaczynały. I to właśnie w pierwszym [domu].
Ten Niemiec mówi, żebyśmy poszli do domu, ja mówię, że dom się spalił, więc on tak patrzy, a to było niedaleko, jak jest ten wiadukt na Górczewskiej, to było w połowie drogi od tego wiaduktu do Płockiej. Od strony Płockiej stał jeszcze w głębi taki dom, taki murowany, z czerwonej cegły. Mówi: „Tam jest dom, możecie sobie tam iść i czekajcie, aż ktoś po was przyjdzie”.

  • Pani mamy już nie było?


My nie wiedzieliśmy, co się z mamusią stało, nic. Mówią, żebyśmy poszli. Postaliśmy, wszyscy się rozeszli i my żeśmy poszli. No i idziemy po tej ulicy. I psy, i koty, i ludzie leżą na tym chodniku. Doszliśmy do tego domu, brama tylko, jak wszędzie takie bramy były, [czyli] tylko płot, brama otwarta, przy bramie siedzą oparte o mury trzy trupy. Widać było, że musiały być polewane. A też widno, bo się paliło po drugiej stronie. Weszliśmy na to podwórko, a po podwórku chodził koń. Tam było dużo takich woźniców, którzy wozili węgiel. No i na takie podwórko żeśmy trafili. Tam żeśmy weszli, koń łaził, stała platforma, na platformie było pełno siana, tak do połowy. Mówię do brata, brat miał na imię Roman, ale myśmy mówili na niego Nysiu, Mówię: „Nysiu, nie pójdziemy do tego domu. Schowamy się tutaj w to siano”. To była sobota, proszę pani, piąty. Weszliśmy na ten wóz, w to siano żeśmy się schowali i usnęliśmy zaraz. Ja się obudziłam, to słońce zachodziło i tak sobie przypominam: „Przecież to jest prawda – liczyłam, że to sen – przecież to jest prawda” i zaczęłam płakać. Obudził się brat i mówi: „ Marysia, jaki ja miałem straszny sen”. Ja mówię: „Romciu, to nie sen, to prawda”. Popłakaliśmy i znów żeśmy usnęli. Tak było do piątku.

  • Do piątku przyszłego tygodnia?


Od soboty do piątku, proszę pani. Ani jedliśmy, ani piliśmy, nic. Teraz to tak się dziwię. Przecież musiałam gdzieś do ubikacji iść czy… Czy myśmy w ogóle nie robili, czy w tym sianie się robiło, nie wiem, jak to było. Dopiero teraz się sama zastanawiam, dopiero teraz, jak myśmy się załatwiali. W ten piątek ja już mdlałam prawie. Nie tak jeść, jak mi się strasznie pić chciało. No i mówię: „Nysiu, zejdź, zobacz, tam stoi beczka pod rynną”. Trochę deszcze padały i tam pod tą rynną była ta deszczówka. „Marysia, ja się boję”. – „Wejdź – mówię – zobacz, cicho, nikogo nie ma”. Brat się ruszył na tym wozie, a po podwórku chodził Niemiec, też taki młody, też Ślązak, po polsku mówił. Najpierw, jak on usłyszał, że na tym wozie jest taki [chłopiec], to stanął przy dyszlu i woła na nas „Klein, Kind…”, no i w końcu żeśmy oboje wyszli. Jak my żeśmy wyglądali, nie wiem. Tak że on nie wiedział, co zrobić. Pyta się, co my tu robimy. Więc ja powiedziałam, że rodzice są rozstrzelani, nikogo nie ma, kazali nam tu przyjść i my przyszliśmy i czekamy, aż ktoś po nas przyjdzie. „A co żeście jedli?” – „Nic”. Mówi: „Przecież tu jest dom, mieszkania są. Przecież chyba tam było coś do jedzenia”. Mówię: „Ja nie chcę jeść, tylko strasznie chce mi się pić”. Mówi: „Wody mogą być pogazowane, tego. Nie wiem, gdzie ja mam tę wodę szukać”. Wziął brata i poszli do tego budynku. Chciał, żebym ja też poszła, ale ja powiedziałam, że ja nie idę, i na tym wozie siedziałam. W tym czasie szło od Moczydła od tej strony do piekarni dwóch albo trzech Niemców, już nie pamiętam. Byli lekko ubrani, tylko mieli czapki i pistolet maszynowy i kosz na chleb. Do piekarni po chleb szli. I on ich zawołał, coś im powiedział i oni chcieli, żebyśmy poszli z nimi do tej piekarni.

  • To była ta sama piekarnia, przed którą rozstrzelano pani rodzinę?


Tak, tak. Więc ja nie chciałam. Tamci Niemcy poszli po chleb i powiedzieli [temu młodemu Niemcowi], żeby nas przypilnował. On wziął brata i poszedł z nim do tego budynku coś poszukać. Przyniósł trochę chleba razowego, półlitrowy garnuszek masła topionego do jedzenia, w worku płóciennym kostka cukru, sporo, może kilogram, może półtora tego cukru. Bratu kazał wybrać coś z zabawek, no to brat wybrał sobie książkę „Legendy warszawskie”, duże organki, szerokie i więcej nie chciał. A on [Niemiec] mnie przyniósł łańcuszek srebrny, serduszko i na tym dwa aniołki się całowały tak jakby, i jakiś pierścionek duży. To ja dostałam od niego. I zaraz ci Niemcy szli z powrotem z tym chlebem, no i nas zabrali. A oni, ci Niemcy, byli gdzieś tam na Moczydle. Tam była jakaś fabryka czy coś i oni tam mieli swoją siedzibę. Chyba czterech czy pięciu, to wszystko Ślązacy byli, bo ten Niemiec później mówił. Jak żeśmy tam szli z tymi Niemcami… Bo ten młody to został tam, a ci wzięli nas ze sobą. Idziemy, nie dochodzimy jeszcze do wiaduktu, tylko tam przecina ulica Sokołowska i po prawej stronie Niemcy stali. Ci Niemcy coś tamtym powiedzieli i poszliśmy, puścili nas. A to byli żandarmi, ale oni nas nie zatrzymali.

  • Jak pani szła, to ciągle były trupy na ulicach czy oni już posprzątali?


Nie, trupów nie było widać. Gdzieniegdzie się tylko paliło, ale trupów nie było. Ten koń, co tam latał, też go nie było. Doszliśmy tam do nich, oni nas doprowadzili, to tam jakaś fabryka była, żelazna brama, coś powiedzieli temu, co siedział na tej warcie i… Tam w tym budynku to było podwórko dwupodwórzowe, na pierwszym była fabryka jakaś, a na tym drugim podwórku były deski. Ci Niemcy przetrzymywali tam sto pięćdziesiąt osób, proszę pani, całe rodziny nawet. Jedna kobieta, co była ranna, na noszach leżała. Tyle tam osób było. A nas jak przyprowadzili ci Niemcy, to zawołali [kogoś], może on był inżynier, może dyrektor w tej fabryce, ja tak przypuszczam, bo tego nie wiem. To była rodzina: pani starsza, on z żoną i dwoje dzieci, dwóch chłopców. Oni w tym samym podwórku mieszkali, co ci Niemcy przy bramie, a oni mieli tam budyneczek i tam mieszkali. Jak wyszła ta pani i jak nas zobaczyła, no to…

  • Ona była Polką czy Niemką?


Ona Polką. Oni widocznie tam pracowali, a tam później ci Niemcy przyszli. Więc jak ona nas zobaczyła, to zaraz umyć. Ja nosiłam takie długie jasne włosy, takie warkocze, to zaraz mi te włosy ścięła. Poszła do tych ludzi, co tam te sto pięćdziesiąt osób było, to tam od kogoś ubrania nam wzięła, tam podawali nam. No i jeść, no bo nie jedliśmy, tyle czasu nie jedliśmy. Kawałeczki chlebka i mieli kozy, [dawali nam] filiżanki koziego mleka. Oni co piętnaście minut nas wołali, a jak nie oni, to ci Niemcy. Co piętnaście minut musieliśmy jeść. Nie wiem, ile myśmy tam siedzieli z tymi ludźmi, może tydzień, może nie tydzień, może trochę więcej niż tydzień, ale tam tak było dobrze. Tam rodziny… My chowaliśmy się z bratem w te dechy i wtedy płakaliśmy, bo tak to już… Ale tu widzimy, dzieci mają, wszystko, a my nic, nic. Tam dostawali deputaty. Skąd oni je mieli? My z bratem dostawaliśmy co drugi dzień gęś albo indyka, bo tam zaraz była zamrażalnia, przy tych blokach (zapomniałam już, w każdym bądź razie stamtąd). I masło dostawaliśmy, i kaszę, i takie rozmaite… Tam były panie, miały wielki kocioł i dla wszystkich gotowali. To, co się dostało, to nikt nie brał, tylko wszystko było razem.

  • Te sto pięćdziesiąt osób to były osoby chronione przez Niemców, to nie były osoby schwytane?


Nie, nie. Tam się schowały. I tak to trwało. Czy to było tydzień, czy niecały tydzień, czy więcej, to nie wiem. Któregoś dnia, właśnie też dostaliśmy te gęsi czy [coś innego] i te panie zaczęły gotować obiad, przyjechała żandarmeria. Dali nam ileś minut, żebyśmy stamtąd [wyszli] i wszystkich wygruzili stamtąd.

  • Czy mężczyzn oddzielili od kobiet, czy wszystkich razem?


Wszystkich razem. Wszystkich razem, i dzieci, i kobiety, i tę panią, która była ranna tak samo, mężczyźni nieśli ją na noszach.

  • Czy pani sobie przypomni, gdzie to było na Moczydle? Czy to na jakiejś konkretnej ulicy?


Właśnie ja nie wiem. Wiem tylko, że musiała tam być fabryka jakaś i tam były chłodnie i to musiało być niedaleko, przy tych chłodniach. A tam musiała być jakaś fabryka, bo były te bramy żelazne zamykane. W tym pierwszym podwórku to jakby warsztaty, a tam dalej coś innego. A ci ludzie, co tam blisko mieszkali, doszli do nich i się schowali, i oni trzymali tych ludzi. No i jak ci [żandarmi przyszli], potem te parę minut, nic ostrego żeby nie mieć, no i zabrali nas i [trafiliśmy] do kościoła Świętego Wojciecha.

  • Na piechotę?


Tak. Tam w tym kościele żeśmy niedługo byli.

  • Czy ta rodzina się panią i bratem ciągle opiekowała?


Ci Niemcy też się bardzo nami opiekowali. Jak zrobili coś takiego lepszego, to wołali nas.

  • Was dwoje, nie inne dzieci?


Tylko nas, tylko nas. Jak jakieś placki porobili, pierożki, to nas zaraz wołali i już więcej dawali, bo mogliśmy już jeść. No i tego dnia, kiedy mamy wychodzić, to najstarszy pan z tych Niemców, może po pięćdziesiątce, zawołał tą starszą panią i mówi tak po polsku, bo oni po polsku rozmawiali, żeby ona się nami opiekowała, „bo oni są sieroty”. Wyjął zdjęcie, pokazał, że on ma też takie dzieci i on nie wie, co się z jego dziećmi dzieje. Z tego kościoła wyprowadzili nas do Dworca Zachodniego.

  • Długo pani była w kościele?


Nie, nie, niedługo. To może było dwie, może trzy godziny. Tego samego dnia.

  • Tam było dużo ludzi?


Byli ludzie, ale nie było tak bardzo dużo. Potem mamusia opowiadała, że jak mamusia tam była, to było strasznie dużo ludzi. Tylko kościół był bardzo zniszczony, strasznie był zniszczony. A my [byliśmy] tylko dwie, trzy godziny w tym kościele, tylko nas już było więcej. Może tam też inne grupy były, tak że było dużo ludzi, jak nas prowadzili do [Dworca] Zachodniego.

  • Czy pani pytała po drodze, czy ktoś nie spotkał pani mamy?


Przy kościele Świętego Wojciecha taki znajomy jeden to się pytał, kto jest, więc mu powiedziałam, że tylko my jesteśmy.

  • Zginęła pani niemal cała rodzina: babcia, dziadek?


Tak, tak. Powiedziałam mu, że tylko nie wiem, jak mamusia, i opowiedziałam, jak to było. On mówi: „Ja widziałem, że mamusia też tu była zabita”. Przeszliśmy na ten [Dworzec] Zachodni, tam też długo nie byliśmy, no i zaraz podstawili wagony i do Pruszkowa.

 

  • Jak pani pamięta Pruszków?

 

Pojechaliśmy do Pruszkowa wszyscy razem jeszcze, kobiety, mężczyźni, wszyscy razem. Nie pamiętam, w którym numerze byłam, bo to takie duże [hale], na obie strony były drzwi. Byliśmy albo dwa, albo trzy dni w tym Pruszkowie. W Pruszkowie znów nie jemy. Noce spaliśmy na betonie. Tyle ludzi tam było, a jeszcze ludzi przybywało. Kto żwawszy, to złapał a to jakieś deski, trawę, jakieś papiery, a człowiek nic, no i spaliśmy na tym betonie. To dwa albo trzy dni. Ja znów nie jem, bo tak, przywozili do Pruszkowa furmanką jedzenie, dwa czy trzy razy, bo tam nie było kuchni, a my żeśmy do jedzenia nic nie mieli.

  • Żadnej miski?


Mieliśmy. […] Któregoś dnia cieplej było, brat miał kapotę długą, ja mówię: „Chodź, Nysiu, przejdziemy się. Chodź, zobaczymy, może kogoś znajdziemy znajomego, to nam coś poda”. No i idziemy. I rzeczywiście, był niedaleko, jak mieszkaliśmy na Płockiej, po drugiej stronie, sklepikarz. Znaliśmy się i on nas też przecież znał. Pyta, co słychać, „czy wszyscy jesteście”. A on był folksdojcz.

  • I też był w Pruszkowie?


Tak, ale się nie „podawał” [jako folksdojcz], tak samo jak mój tatuś nie podał się, że jest folksdojczem, [to znaczy] że rodzina tatusia pochodzi z Niemiec.

  • To znaczy, nie zapisał się na listę?


Nie, nie, nie chciał. Ja mówię: „Czy nie ma pan chleba, bo my żeśmy nic nie jedli”. – „A…”. A też miał dwoje czy troje dzieci, teściowa i oni dwoje. „A, nie wiem, ile my tu jeszcze będziemy, a też mam…”, nie dał nam. No i poszliśmy.
Na drugi dzień poszliśmy się przejść i w rowie leżał nieduży bochenek chleba zielony, [spleśniały], w tej trawie. „Patrz, Nysiu, mówię, chleb leży”. – „Ja się wstydzę”. – „Weź, chodź”. Ja już tak siły nie miałam, żeby chodzić. W końcu wzięliśmy się za ręce, podeszliśmy, podniósł ten chlebek, pod kapotę schował. Poszliśmy dalej, pudełko było, a dalej rowek był, deszczówka była taka brudna. Usiedliśmy tam trochę dalej, zjedliśmy ten chlebek, deszczówką popili. I nic nam nie było, proszę pani, nic. Na drugi dzień wyjazd. Aha, ja tam znów zemdlałam, na tym polu. Jeździły wozy i zbierali ludzi. [Położyli] mnie na wóz, brata też i wywieźli. Nie wiem, czy to było w ogrodzeniu, czy za ogrodzeniem, my mogliśmy tam uciec, żebyśmy wiedzieli, ale człowiek nie wiedział, bał się wszystkiego. Zabrali nas do kuchni, dostaliśmy jeść. Te panie nas wypytywały, no to tam trochę pobyliśmy, pogadaliśmy z nimi. No i przez megafony nadają, żeby taki i taki blok zbierał się, żeby wszyscy przyszli do bloku. Akurat to był nasz blok. Panie dały nam na drogę kostki kawy, co była, z cukrem, taka gnieciona była. Brat dostał taką paczuszkę i ja dostałam taką paczuszkę. Dostaliśmy chleb cały i w butelce kawę czarną. No i musieliśmy iść, żeśmy wyszli. Zaraz jak żeśmy tam weszli, czy to wszyscy powchodzili, czy nie, to nie wiadomo, bo nie wyczytywali, każdy szedł, i młodzi, i starzy, i dzieci. Zamknęli jedne drzwi, tylko jednymi drzwiami wychodzili. I tak, osobno mężczyźni młodzi i chłopcy razem, kobiety [razem], a starzy z dziećmi razem. No i do pociągu.

 

  • Pani dostała się do pociągu z dziećmi?


Tak, z dziećmi i ze starszymi. Dwie kobiety koło nas siedziały, przy drzwiach. Ja siedziałam tak przy drzwiach, bo mdlałam już stale. Załadowali ten wagon cały, no i w drogę. Za Skierniewicami lasy są, no i w te lasy i tam zabijali tych ludzi.

  • Tak mówili, tak? Pani się zastanawiała, co z wami będzie? Ludzie coś mówili, gdzie jedziecie?


Jesteśmy rozdzieleni, a tu dzieci i staruchy.

  • Mówili, że do zabicia.


Tak jest, od razu. Ale te wagony były napakowane. Od Pruszkowa pociąg się zatrzymał w Skierniewicach. W Skierniewicach, jak te wagony otwierali, to jak ktoś umarł czy zemdlał, czy coś, to wyrzucali na perony. Mnie wyrzucili, brata nie wyrzucili.

  • Bo pani zemdlała?


Tak, ja zemdlałam. No i brat zaczął podobno strasznie krzyczeć. Ci, co zbierali tych ludzi, to mówili, że on tak płakał. Taka starsza pani, co tam siedziała, to prosiła tego Niemca, żeby jego puścił, bo on ma tylko tę siostrę. Ten Niemiec, taki ubrany na żółto, ze swastyką, wyciągnął go i też puścił. Zbierali tych ludzi i wywozili. I ja nie wiem, czy to było na stacji, czy to był jakiś inny budynek. Wiem, że jak się obudziłam, to leżałam na takiej ławce z cegły. Jak ocucili, to trochę jedzenia dali, no i dzieci to zaraz w tych Skierniewicach odwozili do schroniska. Nie pamiętam ulicy. Zawieźli nas do schroniska. Ja zostałam z dziewczynami, a chłopcy osobno, ale też na tej samej ulicy, tylko dwa czy trzy budynki dalej (nie wiem, nie pamiętam ulicy). No i brat został rozdzielony ze mną. Na drugi dzień przychodzi, płacze. A brat zaczął się moczyć. Tam były trzypiętrowe łóżka. On nie powiedział, leżał w środku i temu na dole na głowę nasiusiał. I ten go pobił. Przychodzi i płacze. „Marysia, ja tam nie pójdę”. Poszłam do kierownika i powiedziałam, mówię: „Proszę pana, on się moczy”. – „Ale mógł powiedzieć”. – „Niech się pan nie dziwi temu dziecku, tyle co on przeżył. Położyłby się na dole, to wziąłby ścierkę, wytarł, a tak…” Trochę żeśmy jeszcze pobyli w tych Skierniewicach…

  • Obsługa była polska?


Tak, tak. Tylko był straszny głód. Przecież te pociągi przychodziły, zatrzymywali wagony, [ludzi] przybywało, zaczął się straszny głód. Może tydzień byliśmy, może półtora, długo nie byliśmy w każdym razie. Wypuszczali nas na miasto, więc wychodziliśmy. Były targi, no to z tych wozów żeśmy po prostu kradli a to jabłka, co się dało. Nieraz niektórzy gospodarze to sami nam dawali, a niektórzy, jak się kradło, to krzyczeli. I tak z półtora tygodnia niech będzie, bo nie wiem dokładnie. Kiedyś tak sobie wyczytałam na wozie „Żyrardów”. I tak sobie mówię, przecież my w Żyrardowie mamy rodzinę. Tylko rzadko się bywało i nie pamiętam, gdzie mieszkają. Wiem, jak się nazywają: Procek. W małym domku mieszkali sami. To nie było w samym Żyrardowie, tylko albo przed, albo za Żyrardowem, Jackowice chyba, nie pamiętam dokładnie. Przeczytałam i do brata mówię tak: „Nysiu, my przecież mamy w Żyrardowie wujka, pójdziemy do kierowniczki, niech ona nas puści”. Inni w ogóle nie mają nikogo, a my jeszcze mamy. I mówię: „Proszę pani, jak my tak chodzimy, to przeczytałam, że Żyrardów jest tu niedaleko. Ile to kilometrów”. To powiedziała, że niecałe trzydzieści kilometrów. Mówię: „Proszę pani, my tam mamy wujka. Są dzieci, co nikogo nie mają, a my mamy, więc proszę nas puścić”. A ona mówi: „Sama nie mogę, tu co drugi czy trzeci dzień przychodzi inspekcja. Ja tę sprawę poruszę i jak was każą puścić, ja was puszczę”. No i tak było, za dwa dni inspekcja była. Kazali [kierowniczce] nas wypytać, czy ja trafię rzeczywiście. Na drugi dzień rano po apelu zawołała nas i mówi: „Trafisz?”, ja mówię: „Proszę pani, my zawsze jeździliśmy od Warszawy, a stąd to ja nie wiem jak, ale przecież mogę się pytać”. – „A wiesz numer [adres]”. Ja mówię: „Wujek mieszka osobno, ma domek na placu”. – „Trafisz?” – „Trafię”.

  • Sami pojechaliście?


Tak, sami. Dali nam bochenek chleba, trochę do picia i idziemy. Wyszliśmy na drogę, tylko żeśmy się pytali, jak na tę drogę do Żyrardowa wyjść. Wozy jadą, zatrzymałam i pytam, dokąd jadą. „A wy?” – pytają. „Jesteśmy z Warszawy, jedziemy teraz do wujka, bo nikogo nie mamy”. – „No to siadajcie”. I tak trzema czy czterema wozami przejechało się i do stacji żeśmy dojechali.

  • Rodzina chętnie was przyjęła?


Dojechaliśmy. Patrzę, teren cały zagrodzony. Niemcy, dwie warty są, z jednej strony i z drugiej. Ja mówię: „Gdzie ten wujek może teraz być”. Trzy razy żeśmy przeszli w jedną i drugą stronę. Niemiec, który był na warcie, zawołał nas. Idziemy. Mówi po niemiecku. Ja mówię: Nicht verstehen. Trochę wiedziałam, bo się przecież uczyłam po niemiecku, ale trochę zdenerwowana powiedziałam, że nie. Kazał poczekać. Zawołał kogoś, ten ktoś przyszedł i pyta, co my tu robimy. Więc ja nie mówię, że jesteśmy z Warszawy, tylko że przyjechaliśmy ze Skierniewic i chcieliśmy do wuja. „A jak ten wujek się nazywa?” – „Procek – i mówię – ręki nie ma, bo miał rękę urwaną”. – „No to tu mieszka”. Na tym placu mieszkał. Zajęli ten plac, tam ze dwa czy trzy domki były i te domki zajęte były i musieli tam u nich pracować, u tych Niemców. Powtórzył temu Niemcowi na bramie i puścił nas, tylko z nami tamten poszedł. Akurat był w domu wujo z ciocią. Tam też dużo dzieci było, nieduże to mieszkanie, tak że bieda. Ale bardzo ucieszeni, że trafiliśmy.

  • Tam już pani była do końca wojny?


Nie. Przyjechaliśmy do nich na wieczór, przespaliśmy się. Wujek mówi tak: „No i co ja z wami teraz zrobię. Widzisz, ile nas jest. Jedno może zostać, drugie musi pojechać do Błonia, bo w Błoniu mamy rodzinę. Ja mówię: „Wuju, nie, my jesteśmy tylko oboje i my się nie rozłączamy”. Wujek mówi: „Dobrze, to wiesz, pojedziemy jutro”. Pojedziemy czy pójdziemy z Żyrardowa do Błonia, bo nie wiem, czy myśmy pieszo szli z tego Żyrardowa do Błonia, czy jechali, tego nie wiem. W każdym bądź razie brat został, a ja z tym wujem do Błonia poszłam czy pojechałam. W Błoniu mamy tak: jest jeden budynek, tam mieszkają dwie rodziny i to są nasze rodziny. Jeden to jest brat tatusia, a druga jest siostra cioteczna mamusi. Drzwi w drzwi mieszkają. Ta ciotka to jest mojego brata chrzestna, a stryjek, jak mieszkaliśmy w Warszawie, to często przyjeżdżał, bo tatuś króliki sobie hodował, to stryjek zawsze coś wziął z tych [królików]. Jesteśmy w Błoniu, są te dwie rodziny. Płacz. Wujek, który ze mną przyjechał, mówi: „Weźmiecie ich oboje czy ja je wezmę”. – „Wuju, my nie chcemy się rozstać. Jesteśmy tylko oboje i oboje będziemy”. Stryjenka się odzywa i mówi: „No pewnie, jest nas dwie rodziny, jedno u jednego, drugie u drugiego będzie i razem będą, bo to jest przecież na jednym piętrze”. No i tak zrobili. Znów żeśmy przespali w Błoniu i z Błonia do [Żyrardowa], tylko z Błonia jeszcze doszedł do nas wuja tej ciotki syn, w moim wieku był. On później z nami przyszedł, żeby nam było raźniej. Poszliśmy w trójkę, a potem żeśmy przyszli z bratem. Znów idziemy czy jedziemy, bo nie pamiętam, czy była jakaś podróż, żeby dojeżdżać.
Z tydzień było dobrze, ale później. Brat tak, jak mówię, moczył się, więc spał na podłodze, na słomie, taki pęczek słomy miał i na tej słomie, a ja byłam u stryjenki. Jak się zmoczył, to wypływało na podłogę, Ten wujo się denerwował, bo on był szewcem, to nieraz pracował po nocy, jak miał dużo roboty, bo i nowe buty robił i reperował. W tej kuchni robił, a [brat] w tej kuchni spał. U nich był taki zwyczaj, że jak była jesień, chodzili, kartofle zbierali, żyto nieraz znaleźli, kłosy – i my też, bo jemy. Ja nieraz coś tam znalazłam, a brat nic, no i nie robi się, nie je się.

  • Twarde życie. Nie było litości dla sierot, dla nikogo. Czy pani słyszała coś o Powstaniu, będąc w Błoniu? Czy ludzie coś mówili, czy trwa, czy się skończyło?


Nie, nie słychać było, bo to chyba było całkowicie po Powstaniu. Tak, bo to było do października, to mogło być już po Powstaniu, bo myśmy tyle czasu byli. Jestem u tej stryjny. Mieszkamy na pierwszym piętrze, no i myją schody. Jak nas nie było, jak mnie nie było, to od ciotki mył chłopak, bo dziewczyna to była malutka jeszcze (było trzech chłopaków i ta dziewczynka). A u stryjny było też troje dzieci, dwóch chłopaków i córka. To jak oni myli co tydzień te schody, to tak, jak u ciotki, no to zmywał ten chłopak, który chodził z nami do Żyrardowa, a u stryjenki to córka zmywała. A później, jak ja byłam u stryjenki, no to ja myłam. Nie będę siedziała, więc ja się wzięłam za to. Ciotka już nie może patrzeć, że ja tam zrobię, a tutaj nie zrobię. Weszłam do ciotki, bo bratu coś się stało, nie wychodził, porozmawiałam z nim. Ciotka ugotowała i dała mi. Ja już jadłam przed chwilą u stryjenki, nie będę drugi raz jadła. „Ciociu, naprawdę ja nie mogę”. – „A, bo ci już nie smakuje”. Obie się wiecznie kłóciły. W tym czasie umarła babcia, tatusia mama.

  • Oni mieszkali w Warszawie, prawda? Co się z nimi stało? Czy oni też byli wysiedleni z Warszawy?


Kto?

  • Matka pani ojca.


Siostra to mieszkała gdzieś na Grochowie, a przed samym Powstaniem to wyjechali, bo nie wiedzieli. Dziewczynka chodziła do szkoły i jak miała urlop, to wyjechali do Milanówka.

  • Oni nie byli w Warszawie, a pani dziadek i babcia z ojca strony?


Ale to z mamusi strony, a z ojca strony to właśnie ta babcia Frej.

  • Oni mieszkali na Wolskiej?


Tak, na Woli. Dziadek mieszkał z babcią, bo on na wojnie był i dostał jakiejś [choroby] […], nie przyszedł do tej żony. Chodził koło domu, ale nie przyszedł do żony. Babcia była sama i u tej córki później była.

  • Oni nie byli wypędzeni przez Niemców, tylko sami wyjechali.


Tak, tak. Ciotka była w Warszawie.

  • Kiedy pani spotkała się z mamą?


Będzie tak koło końca maja albo początek czerwca.

  • Ale czy już wcześniej pani wiedziała, że mama żyje?


Wiedzieliśmy. To, że żyje mama, to wiedzieliśmy. Jak te dwie ciotki się pokłóciły, to ja powiedziałam: „Ciociu, ja pójdę sobie do gospodarza gdzieś. Pójdę stąd i po co macie się kłócić”. Jeszcze brat był jeszcze u cioci chrzestnej, nie u stryjenki. Ja mówię do stryjenki: „Po co macie się kłócić. Przecież ja mogę iść i zarobię”. Niedaleko. Wyszłam trochę za Błonie, może pięć, sześć kilometrów, tam wszystko ogrodnicy byli. Poszłam do jednego gospodarstwa. Była pani starsza, młode małżeństwo z dwojgiem dzieci. Powiedziałam, jak jest i zatrzymali mnie, zostałam u nich, spałam i wszystko. Któregoś dnia taki deszcz padał, a ja krowy pasłam za domem. Patrzę, brat leci. Myślę sobie, wyrzucili go czy coś. On płacze: „Marysia, mamusia żyje”. Ja mówię: „Niemożliwe”. No i jest list, ma list, bo mamusia przesłała list. Mamusia przysłała list i pisze do tej ciotki właśnie, do tej chrzestnej brata, że wszyscy zabici są, tylko mama jest. Mamusia dlatego pisała do tej ciotki, że mamusina siostra, która wyszła za mąż tego roku, co Powstanie wybuchło, tylko w Wielkanoc, trzy miesiące [wcześniej], przeprowadziła się do męża, w Warszawie na Puławskiej mieszkała. Nie wiedziała mamusia, co się z nią stało, bo wszyscy zabici. Wiedziała, że my będziemy zabici. „Nie wiem – mówi – co się z Zośką stało”. A ciotka odpisała mamusi list, że „są twoje dzieci”. „Są twoje dzieci, no i twoja Marysia… – na mnie nagadała, że jestem taka ambitna, że jak była biedna, to biedna, a potem stroiła fochy – Marysia odeszła, jest na służbie, a ja przez nią piętnaście lat życia będę miała mniej”. My nie chcemy wierzyć, że ta mamusia znów żyje.

  • Skąd ten list był, gdzie mama była?


To nie było tak daleko, w Niemczech. Jak się Wrocław po niemiecku nazywał?

  • Breslau.


To mamusia była koło Breslau. Jak nas rozdzieli i ten Niemiec mamę wrzucił w ogień.

  • Ten sam Niemiec, który ją uratował, wrzucił ją w ogień?


Bo ją chciał dla siebie wziąć. Szarpał i podobno jak rzucił, to mamusia przeleciała ten cały ogień i przez dom, bo to był parter, tylko się palto mamusi paliło. Jak to palto się paliło, to mamusia go zdjęła i stanęła na tym podwórku, a to tam na tym rogu, gdzie byliśmy zatrzymani i na tym rogu się stało. Za tym domem na tym podwórku były trzy piękne wierzby, zawsze żeśmy się zachwycali, że takie fajne są – te wierzby też się paliły. Jak mamusia tak przeleciała ten dom i weszła na to podwórko, nie ma przecież nikogo, to weszła do ubikacji, żeby się utopić w tej ubikacji. A też chodził koło tego taki kotek biały i miauczał. Mamusia tak zaczęła z nim rozmawiać i mówi: „Ty biedny i ja biedna. Ja to sobie zaraz życie odbiorę”. Wpuściła nogi w ten dół i jak mamusię wyrzuciło, mówi: „No nie mogę. I wyszłam. Nie wiem, co jest”. Wyszła mamusia i tak chodzi, chodzi na tym podwórku, bo to był ogrodnik niedaleko, ziemia była taka inspektowa, taki wycięty jakby tunel w ziemi. Znów spróbowała się utopić i nie mogła się utopić. Jak zobaczyła tę ziemię, poszła, bo to była noc, wsunęła się w tę ziemię, trochę się przykryła. Rano Niemiec jakiś przechodził z łopatą czy czymś, mamusia mówi, że nogi jej wystawały i Niemiec poruszył. Mamusia się ruszyła, [a on] uciekł, zostawił ten szpadel i uciekł. Mamusia stwierdziła, że jak uciekł, to na pewno komuś powie. Upilnowała, ludzie szli Górczewską, których prowadzili, tych, co byli zatrzymani, i mamusia podskoczyła i schowała się między nimi. Też była w Pruszkowie. Z Pruszkowa do tej fabryki mamusię wywieźli. Tam była od Powstania do maja czy czerwca.

  • Pani była na tej służbie aż do momentu, kiedy mama panią odnalazła?


Tak, prawie tak. Brat jak się zmoczył raz czy drugi, to go wujo wyrzucił w nocy na schody, a to jesień przecież. Stryjek był kolejarzem, więc rano chodził do pracy w Błoniu, mówi: „Patrzę, Roman siedzi na schodkach. »Co ty tu robisz?«. – »A bo mnie wyrzucili z domu, wujo mnie wyrzucił z domu«”. Stryjek się wrócił, przyszedł do domu i powiedział stryjence. Brat już został u stryjenki. Ale też nie było dobrze, kłócili się, to stryjenka go oddała do swojej siostry, też w Błoniu, ale nie był tam długo. Później, jak to Powstanie się skończyło, to tatusia siostra, która mieszkała na Grochowie, żyła, przeżyła Powstanie i przyjechała do Błonia zobaczyć, co tam się dzieje. Bo nie wie, co się dzieje z jednym bratem czy drugim. Brat Frej Edward też mieszkał w Warszawie. Nie wiedziała i przyjechała do tej stryjenki się coś dowiedzieć. A stryjenka opowiedziała o nas. Siostra tatusia zabrała go do siebie i przywiozła go do Warszawy, a ja w Żyrardowie byłam przecież. Jak wujek dowiedział się, że ja pasę te krowy, przyjechał i mnie zabrał.

  • Czy miała pani takie poczucie, że jest pani nikomu niepotrzebna?


Miałam. Nieraz miałam [chęć] sobie życie odebrać, ale zawsze coś tak było, że nie. No i kiedyś jestem u tego wujka, to była niedziela. Szykuję się do kościoła. Patrzę, idą dwie panie. A to wróciła ciocia Zosia z teściową. I niedaleko mamusi były w tych Niemczech, tylko że mamusia pracowała w takiej fabryce lnu czy coś, a one w polu pracowały. One przyjechały do Żyrardowa, a mamusia przyjechała dzień po niej, do Błonia, ale nie do tego wuja, tylko do drugiego, brata tego, który mieszkał w Żyrardowie. Mamusia do nich pojechała. Jak się dowiedziała o nas, że ja jestem w Żyrardowie, bo nie wiedziała, że brat jest w Warszawie, to na drugi dzień przyjechała do Żyrardowa. Obie się spotkały, a niedaleko siebie mieszkały [w Niemczech].

  • Nie wiedziały o sobie?


Nie wiedziały.

  • Czy pani ma jakieś wspomnienia związane z Rosjanami, którzy byli w Warszawie od 17 stycznia?


Nie. Jak mieszkaliśmy w Błoniu ( mieszkaliśmy w Błoniu później, mamusia dostała mieszkanie od jednej pani, trzeba je było wyszykować), to jeden dom przed nami mieszkało wojsko ruskie. Trzech czy czterech tych wojaków było, coś robili na słupach. To chodziłyśmy tam z mamusią a to podłogę im umyć, zawsze dostawałyśmy coś. Bardzo ludzcy. Słyszało się [nieraz], że napadają, [ale ci byli] bardzo ludzcy.

  • Nie spotkała się pani z żadnymi przykrymi sytuacjami z ich strony?


Nie.

  • Czy pani pamięta zakończenie wojny, czy ten 8 maja coś dla pani znaczył?


No, cieszyło się tylko… A, no jak już wiedzieliśmy, że mamusia żyje, to chcieliśmy pojechać do tych Niemiec, do mamusi. Chodziliśmy do takiego Niemca w Błoniu i prosiliśmy jego, żeby nas puścił. To powiedział, że ja to mogę pojechać, bo [wezmą mnie] do roboty, a [brat] to mały jest.

  • Czy już po spotkaniu z mamą pani życie stało się lepsze?


Było niby lepsze, ale ciężko było, bo nic nie mieliśmy, przecież wszystko było spalone. Pracy nie ma. Mama chce pracę. Najpierw o mieszkanie się starała, „do partii się zapisz”. Mamusia mówi: „Nie”. Później jak coś [chciała] – „Do partii się zapisz”. Ja chciałam do pracy iść – nie, bo jestem za młoda. Siedemnaście, osiemnaście lat – za młoda. Do harcerstwa [miałam się zapisać] – nie lubiłam chodzić [na zbiórki], nie miałam głowy na to. Zaczęłam na głowę chorować potem, chorowałam bardzo. Mamusia dożyła do siedemdziesięciu siedmiu lat. Za mąż nie wyszła, razem z nami była. Ciocia Zośka, jak przyjechała, to też nie chciała być tu i wyjechała na Zachód, tam wyszła za mąż.

  • A kiedy pani się przeprowadziła do Warszawy? Bo pani teraz mieszka w Warszawie?


Tak. Jak wyszłam za mąż. Mąż pracował w Warszawie, a on był z Błonia, bo ja to w Warszawie się rodziłam. Wdowiec. Ja miałam dziecko, córkę, córka miała czternaście lat, no i wyszłam za męża, wdowca. On miał syna siedemnaście lat. Pracował w kanalizacji, był monterem kanalizatorem. Pracował i poza Warszawą, nieraz i tydzień w domu go nie było, bo jak w drodze gdzieś pracowali, to nie przyjeżdżali.

  • Czy pani się przeprowadziła do Warszawy zniszczonej czy odbudowanej?


Odbudowanej, bo to było w 1975 roku. Niby mogłam wcześniej, ale nie chciałam mamy samej zostawić. Mama pracowała w spółdzielni Samopomoc Chłopska.

  • Czy ma pani z domu jakieś pamiątki, czy się coś zachowało?


Nie, nie. Ani zdjęcia, nie nic, bo przecież nic się nie wzięło.

Warszawa, 9 listopada 2016 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek

Maria Rutkowska Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter