Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Stanisław Żurawski „Brzoza”
Stanisław Żurawski
pseudonim
„Brzoza”
stopień
łącznik
formacja
Polska Armia Ludowa
dzielnica
Śródmieście Północne
Zobacz biogram

Nazywam się Stanisław Żurawski, urodziłem się 5 lutego 1932 roku we wsi Nowe Cychry, gmina Grabów nad Pilicą, powiat kozienicki.

  • W jakim oddziale pan był w czasie Powstania?


W czasie Powstania byłem łącznikiem w sztabie Polskiej Armii Ludowej, której dowództwo mieściło się w Warszawie, przy ulicy Boduena 5. Tam obecnie znajduje się siedziba Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, kim byli rodzice, czym się zajmowali, o swoim rodzeństwie.


Miałem starszą siostrę, brata starszego i młodszego. Przed wojną rodzice mieszkali na wsi, tam właśnie, gdzie się urodziłem, w Nowych Cychrach. Ojciec w młodych latach pracował w fabryce Luberta, oddalonej od miejsca zamieszkania siedem kilometrów. Pracował tam do czerwca 1939 roku. Chcąc poprawić sobie warunki życia, bo ciężkie były tam warunki życia, przeniósł się z rodziną do Warszawy. A więc w Warszawie mieszkałem przed wybuchem wojny dwa miesiące.

  • W jakiej dzielnicy to było, przy jakiej ulicy?


Mieszkałem przy ulicy Miedzianej 10. Teraz to jest Wola, a w czasie okupacji to było Śródmieście.

  • Gdzie ojciec pracował, gdzie znalazł pracę?


Praca taka, jaka się trafiła, a w większości w czasie okupacji zajmował się tak zwanym szmuglem, handlem, tak jak większość warszawiaków w tym okresie tym się zajmowała. A ponadto jeszcze miał pracę dorywczą, bo nie z wykształcenia, a z nauczonego zawodu, był masarzem, pracował u rzeźnika, bo to wtedy tak się to nazywało. No i [poza tym] pracę, która po prostu się trafiła. Mama zajmowała się wychowaniem dzieci, czyli wychowaniem nas.

  • We wrześniu trzydziestego dziewiątego roku miał pan siedem lat i perspektywę rozpoczęcia nauki szkolnej.


No właśnie, w trzydziestym dziewiątym roku, kiedy wybuchła wojna, miałem siedem lat. Cieszyłem się, że pójdę do szkoły, ale niestety wojna to wszystko przerwała.

  • Jak zapamiętał pan dzień 1 września trzydziestego dziewiątego roku?


Tak zapamiętałem, że ojciec wywiózł nas na wieś, mnie i starszego brata wywiózł na wieś do rodziny. Ja byłem u babci…

  • Ale jeszcze przed wybuchem wojny?


Już kiedy były te przygotowania, mobilizacja już była. Wywiózł nas w rejon Warki, w rodzinne strony. Transport to furmanka, Żydzi zajmowali się przewozem ludzi. Odległość to sześćdziesiąt kilometrów, pokonaliśmy to w ciągu jednego dnia, z przerwą w miejscowości Szpruch. Bardzo często wspominam tę miejscowość, kiedy tamtędy przejeżdżam. Transport bez żadnych wygód, miejsca wszystkie zajęte. Przewoźnik, żeby po prostu mieć większy dochód i ulokować [więcej] ludzi, sam po prostu przy wozie dreptał, żeby jak najwięcej zarobić.

  • Jak długo przebywał pan u babci?


Przebywałem u babci około miesiąca, do kapitulacji Warszawy. Bo Warszawa skapitulowała dwudziestego chyba szóstego września. I tam żeśmy przebywali. Brat przebywał w sąsiedniej wsi, ja u babci. Babcia zajmowała mieszkanie wynajmowane u gospodarza. To był mały pokoik. Mieszkała tam z mężem. To nie był mój dziadek, bo mój dziadek to już nie żył. Babcia miała czterech mężów. Dziadkiem moim był Józef Żurawski, a później jeszcze był dziadkiem, to już takim przyszywanym dziadkiem, Iwan Pietruszka, i Łapiński ostatnim. Tam, na wsi, spotkałem się już z Niemcami, to znaczy prawdopodobnie to był patrol niemiecki, który jechał motocyklem, robił rozpoznania. No, zrobił na mnie wielkie wrażenie, wystraszyłem się bardzo (bo to jeszcze dziecko siedmioletnie), schowałem się w krzaki. A maszerowałem odwiedzić brata, który był na sąsiedniej wsi, około trzech kilometrów to było. Schowałem się, przeczekałem i dalej rozpocząłem marsz. To było pierwsze moje spotkanie z okupantem.

  • Czy kiedy powrócił pan do Warszawy, rodzina nie ucierpiała w czasie działań wojennych?


Do Warszawy powróciłem albo przy końcu września, albo na początku października. Przyjechała po nas mama. I trasa ta sama, powrót tą samą trasą co wyjazd, z tym że to już było takie wiązane, bo raz furmanką, raz pieszo. Tam po drodze spotkaliśmy już zdemobilizowanych żołnierzy polskich, już Niemcy opanowali Polskę. Kiedy my z bratem byliśmy na wsi, w domu pozostała siostra starsza, Janka oraz brat młodszy, Czesław.

  • Ale nic się nie działo z tym mieszkaniem, domem, w którym pan i rodzina zamieszkiwała. Nikt nie ucierpiał, nie ucierpiał dom i rodzina też nie ucierpiała we wrześniu, w czasie działań wojennych?


Jak wróciłem do Warszawy, zobaczyłem te zniszczenia, bo niektóre budynki już były zbombardowane, [na przykład] taki na rogu ulicy Srebrnej i Miedzianej jest jednopiętrowy budynek, był kompletnie zburzony. A w ogóle z bombardowaniem to ja się spotkałem po raz pierwszy, [to znaczy] wiem, co to jest bombardowanie i być w tym zasięgu bombardowania, bo przeżyłem to w czterdziestym trzecim roku, kiedy to z 12 na 13 maja Rosjanie zbombardowali budynek, w którym mieszkałem, czyli budynek przy ulicy Miedzianej 10. Jak to wyglądało, to bombardowanie? Oświetlona ulica, oświetlone miasto, „parasole” wiszące, „parasole”, które oświetlały, „szperacze”, które jeździły po niebie i szukały samolotów. No i w pewnym [momencie] – ludzie do schronów. A schron to była piwnica. Syreny przeraźliwie wyły, ludzie chowali się do schronów. No i w pewnym momencie nastąpił niesamowity huk, błysk. Ludzie w piwnicy krzyczeli, prosili… „Ratunku!”. Po jakimś czasie bombardowanie ucichło, wyszliśmy z piwnicy. Dwa piętra zburzone, zniszczone. Zginął jeden mieszkaniec, który w czasie bombardowania zamiast schować się do piwnicy, do schronu, wyszedł na dach obserwować, jak to jest, jak odbywa się bombardowanie. To był młody człowiek, dwudziestoczteroletni, Stanisław Kurmanowski. Ciało, strzępy ciała znaleziono rozrzucone na dachu. To było takie pierwsze wrażenie, przedsmak okupacji.

  • To był czterdziesty trzeci rok, czyli to już właściwie była połowa, tak, czterdziesty trzeci?


Tak, czterdziesty trzeci, tak. To tak w międzyczasie, tak zgaduję.

  • Do tego roku jeszcze wrócimy później, a teraz mamy koniec września trzydziestego dziewiątego roku, zaczyna się organizacja życia w okupowanej Warszawie i pan idzie do szkoły.


Początek września, początek października, rozpocząłem naukę w szkole. Szkoła mieściła się obok. Mieszkałem na ulicy Miedzianej 10, a szkoła była Miedziana 8, ale do tej szkoły nie poszedłem, nie wiem dlaczego, prawdopodobnie była… Nie wszystkie szkoły były czynne. I miałem szkołę na ulicy Tarczyńskiej 8. To nie był budynek przystosowany do nauki jako szkoła. I tam w tej szkole przebywałem przez pięć lat, uczyłem się przez pięć lat. Jak się odbywała nauka w szkole? Uczono takich przedmiotów jak prace ręczne, śpiew, matematyka. Nie uczono języka polskiego, geografii i historii. W pierwszej klasie uczono podręcznikiem, który był jeszcze przez długie lata, elementarz Falskiego. A w starszych klasach, znaczy trzecia klasa, czwarta klasa, był tak zwany „Mały ster”, a już w piątej klasie był „Ster”. To były przez okupanta narzucone podręczniki do nauczania języka polskiego, a więc tam były wszystkie te elementy patriotyczne wyeliminowane. Po prostu Niemcy realizowali już swoją politykę wynaradawiania. Tam chodziłem pięć lat. Nauczycielką była pani Wacława Kłoposińska. Ona uczyła do czterdziestego czwartego roku, a więc do okresu wybuchu Powstania.

  • Równolegle był też drugi nurt nauczania, który wypełniał te braki, jakich nie dawała oficjalna szkoła powszechna.


Tam chodziłem na tajne komplety. Na tajne komplety krótko chodziłem, bo w roku szkolnym 43/44, i tam uczono właśnie języka polskiego, historii, geografii. Grupy były małe, grupy składały się czterech, pięciu uczniów. [Kompletu] odbywały się w mieszkaniach uczniów, pamiętam nawet, gdzie. Taka była uczennica, Janina Pietrzak, mieszkała na ulicy Prostej 32, tam u niej się odbywały lekcje. U drugiej, to na ulicy Twardej przy Żelaznej, numeru dokładnie nie pamiętam, i u [trzeciej], pani Kłoposińskiej, nauczycielki, wychowawczyni, na ulicy Pańskiej 6. Po każdej lekcji nauczycielka przypominała: „Choćby cię smażono w piekle, nie mów, co się działo w szkole”. Takie było powiedzenie.

  • Czy miał pan świadomość tego, że to, co się dzieje, jest właśnie zagrożone?


Tak, miałem świadomość, bo nie wolno było nosić podręczników, nic nie wolno było robić żadnych notatek. Wszystko tylko się wysłuchało i na tym to się kończyło. Wychodziliśmy pojedynczo, nie jakąś grupą.

  • Ale było bezpiecznie, nic złego się nie zdarzyło.


Nic się złego nie działo, nic się złego nie stało. To zresztą był krótki okres czasu, bo my jeszcze byliśmy młodzi. Ja nawet pamiętam podręcznik, jak podręcznik wyglądał do nauki języka, do nauki historii. To był podręcznik wydawnictwa Ossolińskich. Jasne okładki, dosyć gruba książka.

  • Czy chodził pan sam do szkoły, czy mama pana odprowadzała, czy starsza siostra?


Do szkoły chodziłem sam. Okres okupacji, to po prostu rodzice nie zajmowali się tak dziećmi. Dzieci raczej żyły swobodnie, na własną rękę. W mieszkaniu nie było gdzie specjalnie przebywać. Mieszkanko malutkie, czworo dzieci, to po prostu na podwórku, na ulicy z kolegami zabawy. A zabawy różne były. I na hulajnodze, jazda na hulajnodze, jazda z kółkiem, fajerką popychane, taką specjalną rączką. Zimą to na sanki. Jedne sanki dla nas czwórki, bo nas czworo było, to na jedne sanki. Łyżwę jedną miałem i to zardzewiałą.

  • Czy jako dziecko na ulicy, na podwórku czuł się pan bezpiecznie?


Tak, tak.

  • Czy czuł pan zagrożenie, że w każdej chwili pojawi się gdzieś patrol niemiecki?


Zagrożenie… Nie to, że czułem zagrożenie, ale po prostu bałem się. Bałem się Niemców, bałem się żołnierzy, nawet bałem się mowy niemieckiej. Już same te słowa, a słowa niemieckie… Dziecko, prawie każde dziecko to znało słowo raus, Hände hoch! i takie jeszcze inne, pospolite. Znało się te słowa, ten strach istniał.

  • Czy często spotykał pan patrole niemieckich żołnierzy?


Tak, bardzo często spotykaliśmy patrole, a szczególnie żandarmów z blachami na piersiach. Patrole to zawsze były [takie, że] trzech żandarmów maszerowało po ulicy.

  • Ale nie zaczepiali dzieci.


Nie, nie, nie, patrolowali w dzień i w nocy. W nocy istniała godzina policyjna, można było przebywać tylko do godziny dwudziestej pierwszej. Zimą czy tam późną jesienią Warszawa nie była oświetlona, każdy chodził z latarką i świecił pod nogami. Okna musiały być zasłonięte, nawet najmniejsza szparka w oknie, już groziła za to kara, tak że po ciemku się chodziło.

  • Czy był pan może świadkiem takich zdarzeń jak łapanki uliczne czy egzekucje?


Byłem świadkiem. Często z kolegą, z kolegami szkolnymi, z kolegami z bloków obok, chodziliśmy po Warszawie, a Warszawy tak dobrze jeszcze nie znałem, bo mieszkałem od czerwca, a we wrześniu to wojna już wybuchła. No ale jeździliśmy po Warszawie i zwiedzaliśmy Warszawę. I natknęliśmy się z kolegą Malickim… Ten, z którym od pierwszej klasy do 2012 roku razem zawsze przebywaliśmy. Rozdzieliła nas dopiero jego śmierć. I widzieliśmy rozstrzeliwanie Polaków na ulicy Łuckiej. To jest na ulicy Towarowej, vis-à-vis ulicy Łuckiej. Ulica Towarowa to kiedyś, w czasie okupacji, inaczej wyglądała, jak wygląda dzisiaj. Bo po tej stronie, co teraz muzeum, to był mur i pod tym murem… Przywieźli tych mężczyzn i pod murem rozstrzeliwali. No, oczywiście nie można było się przyglądać, trzeba było… Niemcy przepędzali, trzeba było szybko opuszczać to miejsce. Ale samo to rozstrzeliwanie widziałem, strasznie to przeżyłem.

  • Czy mówił pan w domu o tym zdarzeniu, którego był pan świadkiem? Czy powiedział pan o tym rodzicom?


Tak, rodzicom, oczywiście tak. No przecież wszystkim się dzieliliśmy w domu. I ja to zawsze [chodziłem] w towarzystwie swojego brata, starszego brata i właśnie tego kolegi Malickiego.

  • A brat o ile lat był starszy?


O dwa lata.

  • To niewiele.


Już nie żyje.

  • Jak wyglądało życie codzienne? Czy był niedostatek żywności, czy cierpiał pan głód?


Na jedzenie nie narzekaliśmy, bo tak jak powiedziałem, ojciec zajmował się szmuglem. Przyjeżdżali dostawcy towarów żywnościowych do Warszawy aż z Garwolina i ojciec nawiązał kontakt z takim gospodarzem i on nas zaopatrywał. I chciał zbieg okoliczności, że ta znajomość z tego okresu była przydatna, kiedy siostra i młodszy brat znaleźli się na przyczółku warecko-magnuszewskim i byli ewakuowani za Wisłę do powiatu garwolińskiego. I tam ich przetransportowali do wsi Puznów i tam znaleźli właśnie tych gospodarzy, którzy ich przetrzymywali. Ja tu dalej będę mówił, jak oni tam się znaleźli, w tym Puznowie. Bo my, jako rodzina, ja z bratem i z ojcem, matka i dwie ciotki, byliśmy w Warszawie, bo to były wakacje, a starsza siostra i młodszy brat Czesław pojechali na wczasy, na wczasy w [cudzysłowie]…

  • Na wakacje.


Tak, na wakacje do babci. A siostra miała koleżankę Marysię Kluczyk i tam przebywali. I tam, jak my tu żeśmy byli w Powstaniu, to oni byli na przyczółku magnuszewsko-wareckim.

  • Jeszcze do tego przejdziemy.


Tak, tak.

  • Czy rodzeństwo też chodziło do szkoły, czy może… Bo ile lat miała najstarsza siostra?


Dwudziesty ósmy rocznik, to ona miała szesnaście lat. Ona chodziła do tej samej szkoły co ja, na Tarczyńską. Też pamiętam nauczyciela, pana Kowalczyka. A brat jeszcze do szkoły nie chodził, bo jeszcze był…

  • Młodszy.


Młodszy był, do szkoły nie chodził.

  • Czy pamięta pan może, czy śpiewaliście jakieś piosenki okupacyjne, które dzisiaj właściwie znamy z przekazów?


Piosenki, piosenki, tak, znane były, piosenki były znane. Z kolegą, właśnie tym Malickim, jego jakiś członek rodziny był złapany w łapankach i był przewieziony na ulicę Skaryszewską. I na ulicy Skaryszewskiej był taki punkt, przechodni punkt, gdzie segregowali i wywozili albo do Niemiec na roboty, albo do obozu. I z tego okresu jest piosenka: „Siekiera, motyka, piłka, deska, to ulica Skaryszewska. Siekiera, motyka, piłka, gwóźdź, masz »górala« i mnie puść”. A „góral” to był wizerunek na banknocie i za pięćset złotych można było wykupić się przed wywiezieniem do obozu lub wywiezieniem do Niemiec.

  • Czyli jako dzieciaki śpiewaliście…


Tak, śpiewaliśmy, oczywiście. Później jeszcze było więcej takich piosenek. I te piosenki, które były na „Zakazanych piosenkach”.

  • Czy ktoś z rodziny był związany z konspiracją?


Z rodziny był związany z konspiracją, właśnie to, co pokazywałem pani, ten akt zgonu, wujo, on był złapany w łapance…

  • Brat matki?


To jest mąż mojej siostry, [to znaczy] babci mojej matki mąż. Był złapany. To była pierwsza łapanka – 15 sierpnia 1940 roku – na ulicy Pięknej. Dawniej to się nazywała Piusa XII ta ulica. Tam był złapany i był przewieziony na ulicę Skaryszewską i z ulicy Skaryszewskiej… Przy nim znaleziono prawdopodobnie, nie jest to stwierdzone, ale chyba tak było, znaleźli Niemcy ulotki. On był chyba w Armii Krajowej i został wywieziony do Oświęcimia w sierpniu, 15 sierpnia. To był chyba pierwszy – albo jeden z pierwszych – wywóz Polaków do Oświęcimia.

  • Czyli w sierpniu roku czterdziestego.


Czterdziestego. I w czterdziestym pierwszym roku został zamordowany.

  • W Auschwitz.


Tam, w obozie. I przysłali właśnie ten telegram powiadamiający ciotkę o śmierci męża. I jest akt zgonu.

  • Czyli to był matki siostry mąż.


Tak, tak. Innych nie wiem, czy ktoś był w konspiracji, bo o tym się nie chwalono, nie mówiono, a ja byłem jeszcze dzieckiem, tak że specjalnie nie wiedziałem nawet, czy ta konspiracja jest. Chociaż już później, w dalszych latach, już się o tym mówiło – o konspiracji, o tych zagrożeniach się już mówiło. Mieszkałem na ulicy Miedzianej, to była dosyć ruchliwa ulica, bo to było przy hali […] na placu Kazimierza, tak się nazywał. Ten plac już dziś nie istnieje, bo tam został wybudowany Dom Słowa Polskiego. To była piękna hala, coś na wzór Hali Mirowskiej i hali na Koszykach. Wejścia od czoła, dwa wejścia, od tyłu dwa wyjścia i boczne, no i tu to od frontu ładne sklepy. Nawet pamiętam sklep, jaki był, z futrami, i właściciela. A właścicielem był Jan Pokiel. Przed tą halą były dwa takie ładne skwery, skwery ogrodzone takim eleganckim płotem. Te pręty, takie historyczne, ładne. To teraz tego to nie ma, już zostało to zniszczone. I te skwery były wykorzystane do chowania Powstańców.

  • Czy miał pan jako dziecko świadomość, co się dzieje w getcie?


Proszę pani, na terenie getta to ja pamiętam bardzo dokładnie to, jak się getto paliło. Mieszkaliśmy przy hali, bawiliśmy się z dziećmi żydowskimi.

  • Które wychodziły z getta, tak?


Nie, jak jeszcze nie było getta, jeszcze nie było. Bawiliśmy się. Kiedy było już getto, to ci właśnie, którzy z nami się bawili, znali nas, wiedzieli, znali rodziców, przychodzili po żywność. To matka, pamiętam, matka nigdy nie puściła takiego dziecka, żeby mu nie dała jakiejś żywności. Oni wszystko brali: czy pietruszka, czy chleb, czy ziemniaki. Chociaż ziemniaków to w ogóle nie mieliśmy. To już w czasie Powstania, bo przed Powstaniem to jeszcze było wszystko normalnie, bo przywozili, ale w czasie Powstania to już nie było.

  • Jeszcze proszę opowiedzieć o getcie.


O getcie. Czterdziesty trzeci rok, getto, pamiętam getto. Najpierw to było, jeszcze chyba w czterdziestym drugim roku, „małe getto”, mieszkałem przy „małym getcie”. Bo „małe getto” to było tutaj, już zaczynało się jak ulica Żelazna, ulica Twarda, do placu Grzybowskiego, tam gdzie był kościół Wszystkich Świętych. I widzieliśmy to. I kiedy zostało zlikwidowane „małe getto”, bo duże już zostało, to zwiedzaliśmy opuszczone domy. To splądrowane wszystko, porozwalane – widok, coś okropnego. A duże getto, to miałem taki kontakt, że często jeździliśmy z kolegami po Warszawie, zwiedzaliśmy, oglądaliśmy. Pojechaliśmy na plac Krasińskich posłuchać muzyki, zobaczyć, jak karuzela się kręci. I tam była ta słynna karuzela pod murem. Grała, orkiestra grała. Oczywiście nie wiem, czy to z płyt puszczali, czy… w każdym bądź razie była muzyka, kręciła się karuzela. A z tyłu, za murem, paliły się bloki, getto się paliło. Widok okropny. A Niemcy to robili celowo.

  • Miał pan żydowskich kolegów?


Tak, tak. No dzieci żydowskie tam…

  • Wszyscy zginęli, nikt nie przetrwał.


Nikt nie przetrwał, nikt nie przetrwał. A później to już kontakt się urwał. Już jak getto było, to już tam prawie że i ludzi nie było, to już resztki były ludzi.

  • Jaki jeszcze rodzaj zajęć, rozrywek, towarzyszył panu w czasach okupacyjnych?


Rozrywki to, no, kino, mieszkałem niedaleko kina. Było to kino Uciecha, mieściło się na ulicy Złotej 72. A kino było dosyć powszechne i dużo ludzi chodziło, chociaż było to bardzo niebezpieczne.

  • Zakazane, w pewnym sensie.


W pewnym sensie zakazane. Wywieszane były ulotki, władze podziemia zabraniały uczęszczania do kina. I hasła się pokazały: „Tylko świnie siedzą w kinie, a Polacy w Oświęcimiu”. Było to dobre miejsce dla Niemców, bo wypełniona sala kinowa i Niemcy podjeżdżali „budami”, a „budy” to były specjalne samochody z plandeką, okryte, i wyłapywali ludzi do „budy” i na Skaryszewską. A filmy to puszczane były takie filmy… no, polskie też były puszczane, bo były, z Bodo, z Chaplinem, z tą… już w tej chwili wyleciało mi z głowy. W każdym razie były i polskie filmy. Każdy film był poprzedzony kroniką, a kronika kończyła się następującym stwierdzeniem: „Pamiętaj o zbrodni w lasku pod Katyniem”. Każda jedna kronika tak się kończyła.

  • Czy rodzice wiedzieli o tych wyprawach do kina?


Tak, wiedzieli, wiedzieli. Mówię, że rodzice nie… Zupełnie to życie inaczej wyglądało, jak jest dzisiaj, że dzisiaj dwunastoletniego chłopaka to by rodzice nie puścili nigdzie. A wtedy to normalnie, do szkoły sam, wszędzie sam.

  • Wspomniał pan już wcześniej, że w maju czterdziestego piątego roku dom, w którym rodzina pana mieszkała, został zburzony w czasie nalotów, bombardowania.


W czterdziestym trzecim roku.

  • W czterdziestym trzecim, tak. Że samoloty radzieckie…


Rosyjskie, radzieckie, tak, tak.

  • I co wtedy było, gdzie się podzialiście, gdzie rodzina znalazła zakwaterowanie?


Proszę pani, to były zburzone dwa piętra, a pierwsze piętro (bo to budynek był trzypiętrowy) i parter został. I tam później został położony dach i ludzie mieszkali do Powstania. I tam cały czas zostało, aż do Powstania. Dopiero po wojnie, po wyzwoleniu, te dwa piętra podniesiono do góry. Ten dom stoi do dzisiejszego dnia, z tym że to już zupełnie jest inne miejsce, bo tam przedtem to było piękne miejsce, ta hala dawała cały urok.

  • Jak zapamiętał pan dzień 1 sierpnia, dzień wybuchu Powstania, godzinę „W” czy też ten wcześniejszy czas, który był, powiedzmy, już takim czasem pełnym napięcia i oczekiwania? Czy pan jako nastoletni chłopak zdawał sobie sprawę z tego, że coś się szykuje, że coś będzie?


Tak, oczywiście, bo takie było jakieś dziwne poruszenie, ruch taki się zrobił na ulicach. A 1 sierpnia to akurat z kolegami byliśmy na ulicy Miedzianej, w pobliżu ulicy Siennej i w pewnym momencie zobaczyliśmy Powstańców. Maszerowali Powstańcy – opaski, hełmy, broń – oczywiście nie wszyscy. Flaga! No, radość niesamowita, no bo po raz pierwszy jako dziecko zobaczyłem flagę. Flagi, która może była jeszcze przed wybuchem wojny, to ja nie pamiętałem, zresztą może i nie było okoliczności, a tu zobaczyłem biało-czerwoną flagę. A już chodziłem na komplety, już wiedziałem, już historii trochę znałem, wiedziałem. I wiedziałem, nastroje jakie są, dlatego że w domu się o tym dyskutowało przy takich rodzinnych spotkaniach, a rodzinne spotkania się odbywały. Odbywały się oczywiście w określonych godzinach, nie wolno było przedłużyć, bo ta godzina policyjna obowiązywała i to już o tym się mówiło. No, radość niesamowita, że zobaczyłem Powstańców.

  • Ciągnęło pana, żeby się przyłączyć, żeby jakoś wziąć udział?


I dyskusja wśród kolegów. Ta dyskusja to jeszcze była wcześniej, o harcerzach, jak tu się zapisać do harcerzy. No i nadarzyła się okazja, ktoś poinformował z kolegów starszych, bo byli i starsi koledzy, że znajduje się ta chorągiew harcerska na ulicy Siennej 14, i tam żeśmy się udali na tę ulicę Sienną 14 i zapowiedzieliśmy, że chcemy włączyć się do Powstania. No i tam nam odpowiedziano: „Na razie nie przyjmujemy, bo Powstanie za dwa, trzy dni zwycięży. Wtedy przyjdziecie i zapiszecie się, i będziecie harcerzami. Ale jeżeli tak chcecie, no to możecie udać się tu, na Boduena, jest Polska Armia Ludowa, sztab polskiej armii, może będą was tam potrzebowali”. No i żeśmy tam poszli do tej Polskiej Armii Ludowej i tam nas oczywiście przyjęli. I dostałem opaskę z napisem „KB”. Tam razem było: „KB Korpus Bezpieczeństwa, Polska Armia Ludowa”.
Dostałem legitymację i pseudonim, a pseudonim to był „Brzoza”. I postawiono nam tam zadania, co mamy wykonywać. No i oczywiście wykonywaliśmy proste rzeczy, nie było tam jakiejś walki zbrojnej z bronią, bo to nie był ten czas. Główne zadanie to było roznoszenie gazet, roznoszenie listów, a więc poczty, tej cywilnej też. I taki przypadek miałem, że miałem odnieść list na ulicę Łucką 9. I żeby przejść (oczywiście przejścia to były pod przykryciem barykad) z Towarowej, którą opanowali Niemcy… A Prosta dochodziła do Towarowej i był ostrzał, nie było tam żadnej barykady. Przebiegałem i za mną oddano serię strzałów. No, całe szczęście, że nie trafiły, bo wiadomo, jaki by był skutek.
No, [inne zadanie to] roznoszenie żywności. I taki też miałem przypadek, że spotkałem zwartą grupę Powstańców, którzy zajmowali się tylko zaopatrzeniem Powstańców. To było zgrupowanie „Topora”. I udaliśmy się z tym zgrupowaniem, ja i z bratem, do sklepu kolonialnego, który mieścił się na ulicy Marszałkowskiej. Ale dojście na ulicę Marszałkowską to było drogą okrężną, dlatego że Marszałkowska była pod ostrzałem, a ostrzał był z Ogrodu Saskiego i zamiast od czoła, to żeśmy maszerowali albo ulicą Chmielną, albo ulicą Widok. Nie wiem, w tej chwili nie pamiętam. I wtargnęliśmy do tego sklepu kolonialnego, który był nienaruszony, i tam i alkohole były, i puszki, i… w każdym razie artykuły żywnościowe. No i panowie… Był alkohol. Tam, zdaje się, było tylko wino. Popili sobie ci Powstańcy, no i powstał szum, takie, no, zamieszanie. A dalej, po drugiej stronie chyba, Niemcy usłyszeli to i z moździerza puścili granat. Zginął jeden Powstaniec, a pozostali, worki każdy załadował. Ja, jako taki dzieciak, też tam mi dali tych trochę puszek i do punktów powstańczych żeby to roznieść. Ale taki Powstaniec starszy mówi: „Dziecko, gdzie ty będziesz z tym szedł? Idź do domu, rodzicom to zanieś”. No i ja tak zrobiłem, zaniosłem rodzicom. Rodzice byli z tego bardzo zadowoleni.
Mieszkaliśmy na ulicy Miedzianej, ale tam było zagrożenie, zagrożenie ze strony „ukraińców”, bo front, ten powstańczy, to przecinała ulica Towarowa, dzieliła Powstańców od Niemców. I dom, w którym mieszkałem, to był w pobliżu ulicy Towarowej i było niebezpieczeństwo, że w nocy „ukraińcy” podchodzą pod bloki i rzucają granaty do piwnic. I tam codziennie, w każdą noc były dyżury przez mężczyzn, mieszkańców bloku. I w tym czasie, kiedy było takie wielkie zagrożenie, mieszkaliśmy na ulicy Wareckiej 11. Tam mieszkała kuzynka mojej cioci Dominiki i ona nas przyjęła. Przyjęła nas, ale nie oczywiście do mieszkania, tylko do piwnicy, w piwnicy tam żeśmy siedzieli. I tam właśnie na ulicy Wareckiej, to było w pobliżu ulicy Boduena, miałem blisko do tego swojego sztabu Polskiej Armii Ludowej.
Tam jeszcze wykonywałem, otrzymywałem zadania takie jak pomoc Powstańcom w wychodzeniu z kanałów. Miejsce, gdzie wychodzili Powstańcy, to było ulica Warecka, róg Nowego Światu. Jaka pomoc była dla Powstańców? Podać rękę, żeby wyszedł, przytrzymać broń, podać wodę, podać mydło, żeby się umył. Taka była rola takich łączników, jakim ja byłem.

  • Składał pan jakąś przysięgę, przyrzeczenie, w momencie tej rejestracji przyjęcia pana do służby, dania legitymacji, opaski?


Ja miałem i legitymację, i…

  • Tak, ale czy jakąś przysięgę pan składał?


Nie, przysięgi od nas nie przyjmowali.

  • Nie przyjmowali.


Nie przyjmowali.

  • Tylko po prostu zarejestrowali…


Tak jest, tak. Mieliśmy legitymację, pseudonim. Ja cały czas miałem legitymację, ale jak… Myślałem kategoriami dziecka i jak wychodziliśmy z Powstania, o którym będę mówił, wychodziliśmy z Powstania, to się bałem, że Niemcy tę legitymację znajdą i mnie rozstrzelają, i po prostu zniszczyłem. Zniszczyłem dlatego, że się obawiałem, że będę gdzieś na wysiedleniu, ale Niemcy będą mnie szukać. Zamiast schować, włożyć w butelkę, zakopać do ziemi… No, ale takimi kategoriami dziecko myśli.

  • Czy mieszkał pan z rodziną w domu, czy kwaterował pan w miejscu swojej służby, czyli na Boduena.


Mieszkałem na ulicy Wareckiej 11. To było zaraz…

  • Czyli mieszkał pan z rodzicami i codziennie przychodził pan na służbę, wykonywał rozkazy.


Tak, tak. Tak, na służbę, tak. I tam otrzymywałem zadania. Przede wszystkim właśnie to roznoszenie gazet i roznoszenie listów, poczty.

  • Orientował się pan, jakie to były gazety, czy może tytuł pan zapamiętał?


To był, pamiętam, dobrze pamiętam, „Biuletyn”, ale to nie było armii polskiej, Armii Ludowej, ale było, roznosiłem te gazety. I zdaje się, że był „Kurier Mokotowski”.

  • Dokąd pan je roznosił, jaki był zasięg pana aktywności?


Zasięg: ulica Warecka, ulica Górska, Świętokrzyska róg Krakowskiego Przedmieścia, tam gdzie jest kino Nowy Świat, nie pamiętam, jak ta ulica się nazywała… Kopernika, o! [Jeszcze] Powiśle. Powiśle i Północne Śródmieście.

  • Z jakimi zagrożeniami się pan spotykał? Z jakim niebezpieczeństwem wiązała się ta służba, którą pan wykonywał?


No, zagrożenie to było na każdym kroku, bo tak: i z góry samoloty, i „gołębiarze”. Byłem ranny, oczywiście zadraśnięty tylko, przez „gołębiarza”, kiedy maszerowałem ulicą Chmielną. Tak że zagrożenie to na każdym kroku było. A największym zagrożeniem to były te tak zwane ryczące krowy. To wtedy przebywałem na Miedzianej. Wyje „rycząca krowa”, ludzie uciekają, panika powstaje niesamowita. Ludzie uciekają, chowają się do schronów, naszych schronów. Schron to piwnica. Nie zdążyłem schować się do piwnicy. Na parterze mieszkała pani Narojdzik, tak się nazywała, ona też nie zdążyła i schowała się w mieszkaniu. I ja do niej chciałem wejść do mieszkania, gdzie wydawało mi się, że będę miał dobre schronienie. Ale ona trzymała drzwi, bo się bała, że ta siła, ten podmuch, wywalą drzwi, wyrwą z futryną. I ja pchałem, pchałem te drzwi, żeby otworzyć, a ona myślała, że to tak działa ta „krowa” i nie wpuściła mnie. No, ale już kiedy ucichło i ten nalot nie zrobił jakiejś wielkiej szkody, dopiero ona się zobaczyła, że to ja stoję tam. Takie niebezpieczeństwo.

  • Czy był pan w pobliżu jakichś bezpośrednich akcji bojowych?


Nie.

  • Walki Powstańców z Niemcami?


Nie, nie byłem.

  • Czy był pan świadkiem takiego typu działań, że ludność cywilna była pędzona przed czołgami albo były jakieś egzekucje uliczne?


Nie, nie, nie byłem. No, tu jeszcze można powiedzieć o życiu w czasie Powstania, takim codziennym życiu, no to zaopatrzenie w żywność. Żywność była wydawana na kartki. Oczywiście to nie starczało, ludzie musieli w jakiś sposób kombinować. Handlowali, jeździli, żeby tę żywność zabezpieczyć. Przyjeżdżali, tak jak mówiłem, gospodarze z…

  • Tak, o okresie okupacji już pan mówił.


Tak, w czasie okupacji.

  • A czy w Powstaniu, poza tą sytuacją…


W czasie Powstania to nie było żadnego zaopatrzenia, każdy musiał czerpać z zapasów, które posiadał. Oczywiście w mojej sytuacji. Bo były jakieś tam możliwości, gdzie dostarczano w jakiś sposób tę żywność. A ojciec zabezpieczył… W czasie okupacji suszyło się chleb na wypadek jakiegoś głodu. Były wypadki handlu, właśnie w tym bloku, u rzeźnika, o którym wspominałem. Mieszkał tam i miał całą beczkę słoniny marynowanej. To za kilogram słoniny to ludzie płacili dziesięć dolarów w złocie albo rubli – dziesięć rubli za kilogram słoniny. I to nie była wcale dobra cena. A dobrą ceną to było za kilogram słoniny pół litra wódki. Za wódkę można było wszystko dostać. Handel ze stroną żydowską. Też handlowali ludzie, Polacy handlowali. Miałem kolegę, którego ojciec zajmował się sprzątaniem. Były takie wózki okrągłe…

  • Sprzątaniem ulic.


Sprzątaniem ulic. Wózki takie, z taką przyczepą, taką zasuwaną. To to robiło się, że na to kładło się żywność, a na górę usypywało się śmieci. I z tym taki sprzątający mógł wjechać do getta i tam odbywał się handel, handel oczywiście wymienny, za żywność otrzymywało się dolary lub jakieś inne wartościowe rzeczy.

  • To robiło się tak w okresie okupacji. A teraz wróćmy do Powstania. Czy może pan pamięta, miał pan swojego dowódcę jednego, od którego odbierał pan rozkazy, czy to było wiele osób?


Nie, to był sztab, to był sztab, to nie był jakiś dowódca wyznaczony, tylko tam był sztab. Tam byli ludzie, którzy się zmieniali, nie było takiego jednego.

  • Jakieś nazwisko może?


Wiem, znam nazwisko, Sokołowski był całym tym dowódcą.

  • To pseudonim czy nazwisko?


Nazwisko Sokołowski, tak.

  • I od różnych osób odbierał pan zlecenie…


Zlecenie tam dostawałem, te listy były składane, tam była ta poczta, prasa.

  • Jak odnosili się do pana jako do młodego łącznika Powstańcy czy cywile, do których pan donosił korespondencję? Jak była przyjmowana pana służba?


Ale przez kogo?

  • Przez ludzi, z którymi miał pan do czynienia, z którymi się pan kontaktował, realizując swoje zadania.

 

No, bardzo serdecznie przyjmowali oczywiście, dziękowali bardzo. Bo to jednak ludzie czekali na informacje, na wiadomości. [Rodziny] były rozdzielone, jedni mieszkali w Śródmieściu, inni mieszkali na Woli, inni mieszkali gdzieś na Mokotowie. Tak że to naprawdę było serdecznie przyjmowane. Później, jeżeli chodzi o Powstańców, to już ta euforia nie była taka, jaka ona była na początku, kiedy to się wszystko zaczęło przedłużać, a życie przeniosło się do piwnic. W piwnicach, bo tam było urządzone, warunki były potworne. Oświetlenia żadnego. Oświetlenie to była lampa naftowa, karbidówka, świeca. Mieszkaliśmy, tak jak było Powstanie, jak ja byłem w Powstaniu czterdzieści dni, tak prawie czterdzieści nocy i czterdzieści dni przesiedzieliśmy w piwnicy. Gotowanie posiłków, przygotowanie posiłków odbywało się w warunkach polowych. Na podwórku postawiona kuchnia czy tam w bramie jakiś piecyk i tam się odbywało dostarczanie wody. To odbywało się przede wszystkim w nocy, kiedy nie było bombardowania. No i w dzień też, ale jak nie było bombardowania. Było to bardzo niebezpieczne. Jak przebywałem na Miedzianej, to taki punkt, gdzie była woda, mieścił się z dwieście, trzysta metrów dalej, na ulicy Twardej 62. Tam chodziliśmy z bratem po wodę. Pomagaliśmy starszym ludziom przynieść wodę. Bo byli ludzie, którzy byli samotni i nie miał kto im pomóc, i trzeba było tym ludziom pomagać.

 

  • Czy rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że pan i brat zaangażowaliście się w działalność w Powstaniu, że byliście łącznikami, narażając swoje życie każdego dnia, w każdej godzinie?


Rodzice nie, nie protestowali. Nas tam, jak przychodziłem do domu, gdzie mieszkałem, z tą opaską i z gazetami, to tylko ludzie mówili: „Dlaczego ty te gazety przynosisz, a nie inne?”. I ja mówię: „Takie dostaję te gazety i takie przynoszę”. Ale ja nie wiedziałem, o co chodzi. Bo to chodziło o to, że to były lewicowe i prawicowe, a ja w większości miałem te gazety lewicowe. A ja się w tym wtedy nie orientowałem w ogóle, mnie to nie interesowało, czy to była lewica, czy prawica. Ale później tak. Starsi ludzie to już wiedzieli o tym, a jako dziecko, to nie bardzo wiedziałem, o co chodzi.

  • Ludzie, a czy Powstańcy może też…


Nie, Powstańcy to nie, absolutnie. Na przykład papierosy zanosiłem na ulicę Srebrną. Była placówka na ulicy Srebrnej, [właściwie] były tam dwie placówki, bo tak jak powiedziałem, było zagrożenie ze strony „ukraińców”. Z ulicy Towarowej to było bardzo blisko. To serdecznie przyjęli papierosy, bardziej cieszyli się z papierosów niż z żywności.

  • Czy był pan świadkiem życia religijnego, które toczyło się w czasie Powstania? Czy uczestniczył pan, czy widział pan, że są organizowane msze święte, że ludność uczestniczy, że Powstańcy uczestniczą?

 

Do kościołów było daleko, a ponadto nie było możliwości dojścia, bo to groziło niebezpieczeństwem. Na podwórkach były kapliczki. Te kapliczki są w niektórych miejscach do dnia dzisiejszego. Tam, gdzie mieszkałem, obok, w sąsiednim domu, jest do tej pory kapliczka. I tam, kiedy mijało, kiedy nie było niebezpieczeństwa nalotów, kiedy była taka cisza, zbierali się ludzie i tam się modlili. I to odbywało się, codziennie się odbywało. Pamiętam te pieśni, jakie śpiewali. Jedną z pieśni to jest: „Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud. Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud. Przemień, o Jezu, smutny ten czas. O Jezu, pociesz nas”. Do dzisiejszego dnia pamiętam. Kiedy słucham nabożeństwa w kościele czy w radiu i śpiewają tę pieśń, to natychmiast wracam myślą do Powstania, od razu mi się przypomina Powstanie. Do dzisiejszego dnia to utkwiło głęboko w pamięci. Zawsze do żony mówię: „Słuchaj, to jest piosenka z Powstania Warszawskiego”. A to nie jest z Powstania, bo to była znana, tylko że to właśnie codziennie śpiewano. Nabożeństwa odprawiały się w piwnicach. Tutaj, gdzie mieszkałem, to odbywało się nabożeństwo na ulicy Miedzianej 7, w piwnicy. Tam ludzie się modlili. Spowiedź była ogólna, powszechna. I była komunia, i błogosławieństwo w obliczu śmierci. Księża pokazywali się, księża odwiedzali ludzi, którzy przeżywali tę udrękę powstańczą.

 

  • Może zetknął się pan z organizacją życia kulturalnego, jakimiś koncertami na barykadach czy teatrzykami dla dzieci?


Nie, ja się z tym nie spotkałem, nie, nie spotkałem się.

  • Czy czasami zaglądał pan może do gazet, które pan roznosił?


Tak. No więc to były bieżące informacje. Bieżące informacje często już nieaktualne, ale historyczne, takie już z poprzednich dni.

  • Czy coś może jeszcze takiego szczególnego utkwiło panu w pamięci z tych dni Powstania?


No, miałem taki wypadek, jeszcze chyba dużo przed Powstaniem. Chodziłem do szkoły na Tarczyńską, a bawiliśmy się z kolegami w parku Dantyszka (to jest tutaj, jak ulica Filtrowa). I takie różne chłopięce zabawy. I wracając tramwajem ulicą Filtrową, rzuciłem w Niemca kamieniem. No i ten tramwaj był w ruchu. Ja tak to zrobiłem w ruchu. To był chyba oficer. I on zaczął, ten oficer, biec za mną, za tramwajem, na szczęście tramwaj się nie zatrzymał, prawdopodobnie motorniczy nie widział tego. Ten Niemiec wyjął pistolet, ale nie strzelał z pistoletu. Ja w wielkim strachu. Tramwaj dalej jechał i Niemiec zrezygnował, zrezygnował z dalszego pościgu. Ja byłem tak szczęśliwy i bardzo wystraszony. Więcej takich rzeczy nie robiłem.

  • Czy ma pan jakieś wspomnienie z okresu Powstania, które równie mocno utkwiło panu w pamięci?


W pamięci to już raczej wyjście z Powstania – 8 września… 7 września zostały zrzucone ulotki o opuszczeniu Warszawy. Ci ludzie, którzy chcą opuścić Warszawę, mogą ósmego, będzie przerwany ogień, nie będzie żadnych działań powstańczych, Niemcy gwarantowali bezpieczeństwo. No i ojciec zdecydował, że udamy się w nieznane, 8 września…

  • Czy musiał pan jakoś zwolnić się z tej służby, którą pan wykonywał?


Nie, nie. To było takie, samorzutne takie. To jest dezercja, można powiedzieć, tak w cudzysłowie. No, ja jeszcze sam wtedy nie bardzo decydowałem, przecież nie mogłem zostać sam bez rodziców. I 8 września zgłosiliśmy się… Wyznaczona była godzina, miejsce, gdzie mają się ludzie zebrać. Wyznaczona godzina była dziesiąta, na placu Kazimierza. Zebraliśmy się tam, to znaczy: ja, brat, ciotka jedna, druga i rodzice. Wyznaczony przewodnik z białą flagą, wymaszerowaliśmy na miejsce zbiórki.

  • A jeszcze w czasie działań powstańczych to pan mieszkał nie na Miedzianej?


Ja mieszkałem i tu, i tu, to nie było takie, że tylko tu. Jak było zagrożenie na Miedzianej, to wynosiliśmy się na ulicę Warecką albo do kina Nowy Świat 21. O, tak to było. I wyznaczony przewodnik z białą flagą, za nim gromada ludzi, masa ludzi, tysiące ludzi, ruszyła w kierunku ulicy Towarowej, to jest Sienną do ulicy Towarowej. I tam zobaczyliśmy Niemców. Każdy co parę kroków z karabinem gotowym do użycia. Po drugiej stronie przy murze, no bo jak już wspomniałem, ten mur na ulicy Towarowej, bo to inaczej ta ulica wyglądała, leżeli pijani „ukraińcy”. Trasa wiodła ulicą Towarową do Wolskiej, Wolską do kościoła Świętego Wojciecha. I tam to był pierwszy ten obóz, Dulag 121. Tam pod ołtarzem miejsce mieliśmy i tam się rozlokowaliśmy. I nastąpiła segregacja. Segregacja. Mężczyzn oddzielili od kobiet i od dzieci. Oddzielili ojca. To była wielka tragedia, ponieważ matka nie wyobrażała sobie sama, żeby poradziła sobie ze mną i z bratem. W dalszym ciągu nie ma z nami siostry starszej i brata, i rodzice nie wiedzą, gdzie oni są, co z nimi, czy oni żyją. A my tu jesteśmy w Warszawie.

  • Oni byli na wsi.


A oni byli na wsi. My żeśmy o sobie nic nie wiedzieli, żadnych kontaktów nie było, poczta nie działała, listy [nie dochodziły], telefony nie działały. Nic nie wiadomo co. I ojca oddzieli od nas. No, matka wszystko robiła, żeby tego ojca odzyskać. Prosiła, płakała, błagała, spazmowała. Jednak okazał się jakiś Niemiec, który usłuchał i zwolnił ojca, wrócił ojciec. Tam przebywaliśmy parę godzin. Ile godzin, nie pamiętam. I stamtąd wędrówka ulicą Wolską do Bema i na Dworzec Zachodni. Na Dworcu Zachodnim ujrzeliśmy po drugiej stronie pola (to były prawdopodobnie działki pracownicze) piękne pomidory. Ślina leciała, żeby zjeść. A my przez półtora miesiąca kartofla w ustach nie mieliśmy, o warzywach nie było mowy, przecież Warszawa była miastem zamkniętym, tam nie było żadnej dostawy. No, ale musieliśmy się tylko obyć widokiem. Z Dworca Zachodniego (działały kolejki elektryczne) przewieziono nas do Piastowa i z Piastowa pieszo do Pruszkowa, do obozu Dulag 121. No oczywiście pieszo idę. Wędrówka taka sama jak tu w Warszawie, gdzie pod eskortą Niemców dopędzili nas do obozu.

  • Czy dużo bagażu udało się zabrać?


Bagaże to były podręczne. Matka, pamiętam, pierzynę niosła, bo zawsze tej pierzyny pilnowała, że ciepło będzie miała. A tak to co można było zabrać? Nas nie obciążała specjalnie. Ojciec, matka i te ciotki trochę wzięły, a wszystko zostało w Warszawie, w tym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy. I znaleźliśmy się w tym obozie Dulag 121. No, rozdzielali jeńców. A jeszcze w czasie marszu ojciec do nas, do mnie i do brata, mówi: „Chłopaki, wy jak będziecie tylko mieli możliwość ucieczki, to uciekajcie stąd”. A ojciec to zawsze tylko o ucieczce myślał. I tu jak wszedł, to samo mówił nam: „Uciekajcie i odszukajcie Cześka i Jankę”. I ja to sobie głęboko do serca wziąłem. I w Pruszkowie, tam w tym obozie już, rozdzielają warszawiaków. My z bratem kręcimy się po tym obozie i podchodzi do nas siostra, zakonnica, i pyta się: „Skąd wy jesteście?”. A my mówimy: „Z Pruszkowa”. – „No to co robicie?” – „Tak przypadkowo znaleźliśmy się”. – „No to uciekajcie stąd”. I do Niemca coś powiedziała po niemiecku, nie zrozumiałem, i nas z obozu zwolniła. I został w obozie ojciec i matka.
Nastąpiło rozdzielenie rodziny na trzy grupy. Siostra starsza i młodszy brat na przyczółku magnuszewsko-wareckim, ojciec i matka w obozie, a my z bratem w Pruszkowie u stryjenki. Tam, na przyczółku magnuszewsko-wareckim siostra przeżyła gehennę z bratem. Tam mieszkali w ziemiance, domy wszystkie zostały spalone, ziemianki nie były przystosowane. Nie było tam warunków: nie było wody, nie było ubikacji, nie było środków higienicznych. Wodę można było czerpać tylko w nocy, wieczorem. No i wieczorem właśnie babcia szła po wodę, a w ziemiance młodszy brat, który miał dziewięć lat, został. I w pewnym momencie patrol spotkał babcię, z daleka oczywiście i po rosyjsku powiedział: „Hasło”. Babcia prawdopodobnie, nie wiadomo, jak to było, babcia prawdopodobnie nie zrozumiała tego i dalej poszła. Ten wziął karabin i zastrzelił. Jeszcze od razu nie zmarła, w ziemiance skończyła życie. Został brat, który już tam w ziemiance nie przebywał, dlatego że bał się. Tu nieżywa babcia i on tutaj sam, bał się tam mieszkać i przeniósł się w tak zwane kupki zboża, bo to były akurat żniwa, i tam przesiedział trzy dni, żywiąc się ziarnem zboża. I po trzech dniach, kiedy front ucichł, poszedł do siostry, która była trzy kilometry dalej, u swojej koleżanki. Stamtąd ewakuowani byli do Garwolina, do wsi Puznów, o której wspominałem, i znaleźli tego gospodarza, nazywał się Makulec, on ich przyjął i tam przebywali od sierpnia prawie do lutego. Tam na tym przyczółku magnuszewsko-wareckim przeżyli gehennę. Tam była największa bitwa pancerna w Polsce, która miała miejsce od 9 do 16 sierpnia. I też bardzo to wszystko przeżyli. No i jak już znaleźli się w Garwolinie, to już mieli normalne życie. A my tutaj byliśmy w dalszym ciągu pod okupacją.
Matka w obozie. Żeby nie być wywiezionym do Niemiec, bo tam była segregacja, do Niemiec na roboty, do obozu lub do Generalnej Guberni, matka użyła takiego fortelu. Po prostu miała znajomą, która miała małe dzieci, pożyczyła dziecko, żeby ratować się przed wyjazdem. I to pomogło. Ojciec natomiast miał chorą nogę, którą doprowadził do takiego stanu, że po prostu nie nadawał się na wyjazd i też nie był oddzielony, przeznaczony do wywozu, do Generalnej Guberni. I zostali wywiezieni w powiat konecki, do wsi Zdunków. A my z bratem jesteśmy w Pruszkowie. W Pruszkowie zaraz blisko obozu mieszkała stryjenka, na ulicy 3 Maja, to jest po drugiej stronie obozu. I jeżdżą samochody z tymi tubami i ogłaszają, żeby mieszkańcy z Powstania Warszawskiego zgłosili się na punkty zbiórki i wyznaczone były punkty zbiórki. I oczywiście te punkty zbiórki… Powinniśmy się zgłosić. Stryjenka była w niebezpieczeństwie, miała syna. Tuby ogłaszały, że za każde ukrycie mieszkańca Warszawy grozi wysoka kara, łącznie z karą śmierci. A my tu jesteśmy. I mało tego: w tym bloku, w tym domu, mieszkała rodzina folksdojczów. No i był problem, jak tutaj się teraz rozwiązać. My jesteśmy we dwóch, matka i ojciec nie wiemy gdzie, siostra i brat na przyczółku, już w Garwolinie. Rodzina rozbita na trzy części. I chcąc zrealizować to, co ojciec nakazał, żeby szukać siostry, ja zaraz po tym, jak w Pruszkowie się znalazłem, samodzielnie, bez…

  • Brata.


Bez brata oczywiście i bez zgody stryjenki ruszyłem na poszukiwanie siostry. Marsz odbył się w kierunku Grójca, w kierunku Michalczewa. Dotarłem do Michalczewa, jeszcze Michalczew nie był w zasięgu frontu, spotkałem gospodarzy, u których nocowałem, którzy mnie przyjęli bardzo serdecznie i powiedzieli, że nie mam co dalej iść, bo tam jest front, tam jest wszystko zajęte, wszystko spalone. I w związku z tym ja, jak to się mówi, w tył zwrot i z powrotem wróciłem do stryjenki. I w międzyczasie, po jakichś dwóch tygodniach, wróciła do nas mama, żeby nas zabrać tam, w Koneckie, do wsi Zdunków. I nas zabrała. Pieszo, część ciuchcią, tak zwaną ciuchcią, do Nowego Miasta. Z Nowego Miasta czterdzieści kilometrów pieszo do Przysuchy i z Przysuchy pieszo do Zdunkowa. I chyba osiem kilometrów i tam nas rozdzielili do poszczególnych gospodarzy, każdy gdzie indziej się prowiantował. Ja tam u gospodarza, brat, rodzice u jednego. I my na posiłki chodziliśmy… Mieszkaliśmy razem wszyscy…

  • Czy docierały tam wiadomości z Warszawy? Czy wiedział pan, jakie są dzieje Powstania?


Raczej nie. Nie, raczej nie, bo informacje nie dopływały tak jak…

  • A gdzie zastał pana koniec wojny?


Koniec wojny właśnie tam, w tym Zdunkowie. Tam w tym Zdunkowie. Ale będąc w Zdunkowie, to jeszcze dalej szukałem rodziców, rodzeństwa. Ale spotkaliśmy w Zdunkowie znajomych rodziców, którzy też szukali swoich dzieci i znów udaliśmy się w wędrówkę, wędrówkę w kierunku Radomia. W Radomiu odszukałem chrzestną matkę mojej siostry. I ona mi powiedziała: „Nie masz co tam chodzić – tam, gdzie oni byli na wakacjach – tam przeszedł wielki front”. Ja dopiero się od nich dowiedziałem. Wielki front przeszedł i tam nie ma nikogo, tam jest wszystko spalone. No i zawróciłem. Nie było mnie przez parę dni, bo to wszystko pieszo się odbywało, tam gdzieś może furmanką. Wróciłem do domu. Oczywiście matka zaraz szaflik (bo to takie szafliki były, nie miski), nie było tam żadnych łazienek – kąpiel. No i szukanie jakiegoś robactwa. Oczywiście zarobaczony, wszy… Siedziała przy kuchni i wybierała, i rzucała. I tak zakończyłem swoje wędrówki po Warszawie. Oczywiście już wtedy się dowiedziałem, że siostra i brat najprawdopodobniej są za Wisłą, w Garwolinie, w powiecie garwolińskim. I tak się faktycznie stało. I po wyzwoleniu… O końcu to już słychać było z daleka. Huk armat. Już wiadomo było, że zbliża się front. Niemcy w panice uciekali, kryli się, gdzie tylko mogli, jak tylko mogli. I wtedy, 17 stycznia, została wyzwolona Warszawa. Ale jeszcze zapomniałem jednej ważnej rzeczy powiedzieć. W czasie okupacji w Warszawie było bardzo głośno o Zamojszczyźnie, o pacyfikacji Zamojszczyzny, że wywożą dzieci Zamojszczyzny. Że będą przejeżdżać przez Polskę…

  • Przez Warszawę.


Przez Warszawę. I w tym bloku, gdzie mieszkałem, byli chętni, którzy chcieli ratować te dzieci. I tacy państwo Sławińscy, Lucyna i Wincenty, państwo Barcikowscy, byli gotowi przyjąć takie dzieci. Udali się, bo miały te dzieci przejeżdżać przez Dworzec Wschodni lub Dworzec Gdański. Ale nie wiem, później co się stało, może tory zmienili, jazdę skierowali na inny tor i ta akcja się nie udała.

  • Kiedy z powrotem pan wrócił do Warszawy?


Kiedy 17 stycznia nastąpiła ofensywa, ta miejscowość, gdzie mieszkałem, była już wyzwolona, Niemcy masowo w wielkiej panice uciekali, jak tylko mogli, to my może po trzech, po czterech dniach… Jedna tylko była myśl: uciekać. Znaczy „uciekać” – wracać do domu, wracać do Warszawy. I rozpoczęliśmy wędrówkę. A wędrówka to trwała, pieszo, sto czterdzieści, no, może niecałe, bo to tam i furmanka, i samochód był. Ale w każdym razie to było sto czterdzieści kilometrów. Z Przysuchy do Radomia żeśmy szli pieszo, ja, brat i ojciec. Matka została, bo matka się nie bardzo już nadawała. Był siarczysty mróz. To był styczeń 1945 roku. Oczywiście matka nas wyposażyła tam w żywność, w ciepłe ubrania i w pierwszy dzień dotarliśmy do Radomia. W Radomiu na przedmieściach bardzo serdecznie nas ludzie przyjęli. Przenocowaliśmy, nakarmili nas. I dalsza wędrówka do Jedlińska, następny etap. Po drodze tysiące ludzi wracało już do Warszawy. Doszliśmy do Jedlińska i tam od Jedlińska do Białobrzeg. I po drodze spotkaliśmy furmankę, jechał chłop wozem i ojciec poprosił, żeby nas zabrał, podwiózł nas do Białobrzeg. Nie bardzo chciał, nie chciał się na to zgodzić, ale ojciec prawie na siłę wtargnął i nas wsadził do wozu i pojechaliśmy do Białobrzeg. Tam żeśmy przenocowali. I ta sama sytuacja, że też nas bardzo serdecznie przyjęli. I na trzeci dzień do Warszawy. I do Warszawy jechał rosyjski samochód i rosyjski kierowca. Jechał do Grójca. I poprosiliśmy, zabrał nas i podwiózł nas do Grójca. W Grójcu nocowaliśmy w urzędzie miasta i tam ojciec zadecydował: „Ja z Heńkiem idę do Warszawy, a ty, Stasiu, idź, szukaj Janki i Cześka”. I tak cały czas szukałem ich. I ja poszedłem w kierunku Warki. Sam szedłem. Mróz skrzypiał pod nogami. Nie wiem, czy miałem co do jedzenia. Dotarłem do Warki. Warka to rodzinne miasto mojego ojca, moich dziadków. I zupełnie, kompletnie zniszczona, spalona Warka. Trasa wiodła do Nowych Cychrów, tam gdzie się urodziłem, przez most. Taka droga była prowadząca do mostu i na tej drodze było pole minowe. Nie wiedziałem o tym. Wszedłem w to pole minowe. A z boku szedł, zauważył mnie znajomy moich rodziców i wiedział, kto ja jestem. I krzyczał na mnie: „Uciekaj stamtąd, wlazłeś w pole minowe”. Całe szczęście, że to było pole minowe przeciwpiechotne, bo gdyby… Nie było to pole przeciwpiechotne, tylko przeciwpancerne. Bo gdyby to było przeciwpiechotne, to wyleciałbym w powietrze. No i z nim rozmawiałem. Mówi: „Nie masz co tam wracać, tam jest wszystko zniszczone, spalone”.

  • I kiedy ostatecznie odnalazł pan siostrę?


Zaraz pani powiem. Odnalazłem i wróciłem… I do Warszawy, do Warszawy przez Górę Kalwarię, Karczew i do Warszawy. I ta sama wędrówka. Mróz, bo to styczeń czterdziesty piąty rok. Doszedłem do Góry Kalwarii, tam po drodze nocowałem. W Górze Kalwarii nie było mostu (bo tam [wtedy] nie było mostu, teraz jest), ale Wisła była zamarznięta. I tam jakiegoś mężczyznę spotkałem, pytałem o drogę i on mówi: „Najlepiej to ty idź na Karczew, tam ciuchcia chodzi”. No i ja tak zrobiłem. Poszedłem przez most, doszedłem do ciuchci i dojechałem ciuchcią do Warszawy, na Grochów wysiadłem.

  • I co zastał pan na miejscu, który rodzina opuściła?


A to ja zaraz dojdę do tego. I wysiadłem tam na… W którym miejscu ta stacja była, to ja już w tej chwili nie pamiętam, ale to było na Grochowie. I było już ciemno, zrobiło się i już musiałem gdzieś przenocować. I szedłem, spotkałem w bramie mężczyznę, który rąbał drzewo, i do niego się zwróciłem, żeby mnie przenocował. Chętnie przenocował, nakarmił, wykąpał. Pierwsze, to wykąpał, bo wiadomo, że można mieć na sobie coś, mieć ze sobą. Na drugi dzień rano wstałem i mówię, że idę do ojca, bo tam jest na Miedzianej mój ojciec. On mówi: „Zostań, jak będzie potrzeba… Posiedzisz parę dni i wtedy pójdziesz”. Ale ja nie zgodziłem się. Mówi: „Ale jakby coś było nie tak, to wracaj do mnie”. No i poszedłem. Doszedłem do mostu Poniatowskiego, most zwalony. Po lewej stronie most pontonowy, nie wpuszczają cywilów. Wisła zamarznięta, wzdłuż Wisły posterunki, nie wpuszczają do Warszawy, ale samochody wahadłowo jeżdżą. I przejeżdża rosyjski samochód, wiezie deski. To jak stał, to ja wskoczyłem na samochód, położyłem się płasko, żeby mnie patrole nie widziały, i przejechałem. Przejechałem i dojechałem na drugi brzeg. Wysiadłem, zobaczyłem Warszawę straszną, zgruzowaną, wszędzie gruzy. Ulice to były tylko wąskie ścieżki. I prawie na każdym kroku: „Min nie ma”, „Min niet”. I tak doszedłem do ulicy Miedzianej. I na ulicy Miedzianej spotkałem siostrę. Siostra, która przyjechała z Garwolina też nas szukać. I tam żeśmy się znaleźli.

  • Czy mieszkanie nie ucierpiało, nie było rozszabrowane? Mieli państwo do czego wracać?


Tam wszystko było rozszabrowane, wszystko rozszabrowane. Jedzenie to było… Nieśliśmy ze sobą, tam z tego Zdunkowa żeśmy nieśli ze sobą. Później tam jeszcze żeśmy chodzili do Zdunkowa po jedzenie. Matka tutaj… Znaczy „matka”…Ojciec wynalazł gdzieś w mydlarni barwniki do barwienia tkanin. A tam gdzie mieszkaliśmy, to było Łowickie, stroje łowickie, i bardzo chętnie gospodarze to kupowali. A za te barwniki to dawali słoninę, tłuszcz, jedzenie. Tak to się odbywało.

  • Kiedy zaczęło się już normalne życie, szkoła, kontynuacja?


I później normalnie, ojciec pozałatwiał te wszystkie formalności. I do mamy… Jeszcze siostra, kiedy już odnalazła się, koniecznie chciała zobaczyć się z matką, no i znów tam do tego Zdunkowa pieszo, ciuchcią i maszerowaliśmy. No, spotkały się tam w tym Zdunkowie, matka z córką. No, radość niesamowita była, że po tylu czasach żeśmy się wszyscy spotkali. Młodszy brat jeszcze został w Garwolinie, bo tu nie było jeszcze warunków i dopiero wrócił chyba w marcu albo w kwietniu. A tutaj do szkoły zacząłem chodzić na ulicę Raszyńską 13, to była szkoła powszechna. Zacząłem chodzić do szóstej klasy. Nauka to trwała chyba dwa miesiące w tej szóstej klasie. Nauczycielką była pani Krzywobłocka, bardzo taka matczyna, matka taka, nauczycielka, ale taka opiekuńcza bardzo była. Skończyłem tam tę szkołę i zacząłem uczęszczać później już, po skończeniu szkoły do gimnazjum i liceum Reytana.

  • Jakie były pana dalsze losy zawodowe, w jakim zawodzie pan pracował?


Pracowałem w Głównym Urzędzie Statystycznym, na Wawelskiej, a później zmieniałem.

  • Jak pan dzisiaj myśli o tamtych czasach, o swoim, dziecka wówczas, udziale w Powstaniu, to co pan myśli? Czy dzisiaj by pan też, powiedzmy, swojemu synowi pozwolił na udział w podobnym zrywie?


Chyba nie, chyba nie. Chyba bym nie pozwolił, bo wtedy zupełnie inaczej byliśmy wychowywani, w innym duchu. Nie było takiego rozgardiaszu politycznego, jaki jest dzisiaj. Zupełnie jest co innego. Inne to było… To była chęć tego… Bo to był jeden wróg, jeden wróg był – Niemiec.

  • Często wraca pan myślami do tych czasów?


Wracam do tych czasów bardzo często, bo dzieci ciągle pytają mnie. To są dorosłe osoby. Córka to już jest… Ma pięćdziesiąt parę lat, a syn dochodzi do pięćdziesiątki. I te wspomnienia, co pani przedstawiłem, to mnie do tego skłoniła córka. Ona ciągle: „Tato, zostaw po sobie te pamiątki, swoje przeżycia”. Bo ja im ciągle, jak jechałem gdzieś przez te trasy, to im zawsze przypominałem, że to się odbywało tu, a to się odbywało tu. A tu getto było, tu było „małe getto”, tu było „duże getto”. A tu jeszcze o tej karuzeli opowiadałem, jak to się odbywało, że to tę karuzelę przecież opisał Miłosz.

  • A tak jeszcze na zakończenie: co pan sądzi o wykorzystywaniu w dzisiejszych czasach symboli Polski Walczącej?


Ja nie chcę tego krytykować, ale to jest nie do przyjęcia. Tak nie powinno być. To powinno być zupełnie oddzielnie. Oczywiście uszanować tę tragedię, jaka była w Smoleńsku, ale nie łączyć tego, nie łączyć. To jest zupełnie co innego. Tam też zginęli ludzie i tu zginęli ludzie.

  • Ale mnie chodzi o coś innego: wykorzystywanie symboli Polski Walczącej, kotwicy na przykład, którą na każdym kroku można spotkać, nawet na kijach baseballowych, na samochodach.


Nie, nie, to powinno być chronione i powinno być uszanowane. To nie powinno być tak, że szastanie takie. Nie powinno być, absolutnie, nie powinno tego być.

  • Czy dzisiaj by pan jeszcze raz tak zdecydował, żeby przyłączyć się do walki, można powiedzieć, do służby, do pomocy tym, którzy walczyli?


Dzisiaj to już jestem za stary, już się do tego nie nadaję. A ponadto to zawodowo jestem oficerem, jestem pułkownikiem, tak że…

  • Wojska Polskiego?


Wojska Polskiego. Tak że raczej…

  • Służba we krwi.

Nie wiem, nie wiem, jak bym do tego podszedł, ale prawdopodobnie tak. Prawdopodobnie tak.

Warszawa, 3 stycznia 2017 roku
Rozmowę prowadziła Hanna Dziarska

Zobacz także


łącznik

Jan Adam Maciejowski „Gnom”

Jan Maciejowski, rocznik 1930, pseudonim Gnom, od czterdziestego drugiego roku w Szarych Szeregach. W czasie...

więcej
służby pomocnicze

Helena Zofia Dziurzyńska „Kwiatkowska”

Nazywam się Helena Dziurzyńska. Co pani robiła w czasie Powstania? W czasie...

więcej
strzelec; pomocnik strzelca

Konrad Szabelewski „Lew”

Nazywam się Konrad Szabelewski. Kiedy się pan urodził i gdzie? Urodziłem...

więcej
cywil

Jerzy Łagocki

Nazywam się Jerzy Łagocki, urodziłem się w 1937 roku i podczas Powstania mieszkałem w...

więcej