Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Wiesław Feliga „Huragan”
Wiesław Feliga
pseudonim
„Huragan”
stopień
starszy strzelec, plutonowy
formacja
Batalion „Nałęcz”, Batalion „Miotła”
dzielnica
Stare Miasto
Zobacz biogram
  • Jakie pan ma wykształcenie?

Mam wykształcenie średnie handlowe. Ukończyłem szkołę Reslerów w Warszawie – trzy klasy, bo później była przerwa. W [czasie] okupacji [szkoła mieściła się] na Chłodnej 33. To było pierwsze Państwowe Gimnazjum Handlowe imienia Reslerów, znane w Warszawie i akceptowane przez władze niemieckie.

  • Kim byli pana rodzice? Czym się zajmowali?

Mój ojciec był tokarzem metalowym. Pracował jako tokarz w fabryce u Gerlacha na ulicy Dworskiej, obecnie Kasprzaka. Pracował dwadzieścia pięć lat, chyba od roku 1922-23. Zakłady Metalowe Gerlacha ostatnio, od 1935–36 roku, robiły ciężkie karabiny maszynowe – cekaemy, z tym że tak było, że za późno trochę, by ojciec zatrudniony w latach 1935–38 robił cztery dni w tygodniu, a jednakże sprawa produkcji powinna być zwiększona. Zakład był iście zbrojeniowy.

  • Jaki wpływ na pana wychowanie wywarła rodzina?

Pozytywny. Moja matka nie pracowała – wychowywała mnie i siostrę. Siostra była starsza ode mnie o cztery lata. Urodziliśmy się w Warszawie i cały czas mieszkaliśmy w Warszawie. Jesteśmy rdzennymi warszawiakami, nawet ożeniłem się z warszawianką z ulicy Wroniej – z moją żoną Marią, z którą żyję już sześćdziesiąt lat. [Rodzina wywarła] bardzo pozytywny [wpływ]. Byli zawsze pierwsi. Traktowali [nas] jako dzieci. [Starali się], żeby [nas] wychować, żeby zabezpieczyć żywność, nawet w czasie okupacji. Ojciec bardzo się poświęcał. Mama cały czas nie pracowała, wychowywała nas.

  • Czy może pan powiedzieć o wpływie szkoły na wychowanie?

[…] Uczęszczałem do szkoły przy ulicy Tarczyńskiej 8, a mieszkałem na Tarczyńskiej 11 i do 1939 roku chodziłem [do szkoły], tak że tu był wielki autorytet szkoły. Wtedy szkoła nazywała się powszechna, a nie publiczna. To była szkoła numer 97. Tam były dwie szkoły. W jednej części budynku była szkoła numer 97, do której uczęszczałem, a dalej, wprost w podwórzu, była szkoła numer 39. Dyrektorem mojej szkoły był Krzemiński – wielki autorytet. Co pamiętam? Pamiętam, że cały czas były jakieś święta narodowe: święto 3 Maja, 11 Listopada – zawsze były akademie. W młodzieży zawsze był siany patriotyzm. Młodzież sama garnęła się do uroczystości, które organizowało kierownictwo szkoły.

  • Czym zajmował się pan w czasie okupacji? Czy pan pracował?

W czasie okupacji skończyłem szkołę Reslerów. Później było ciężko – musiałem dopomóc, bo ojciec nie dawał rady. Zacząłem [pracować], mając szesnaście lat. Mając szkołę handlową, w okresie wakacji musiałem dokonać praktykę w sklepie, obojętnie w jakiej branży – takie były polecenia Niemców. Ja akurat, ponieważ miałem pewne znajomości u mojego stryja Orzechowskiego, który był moim chrzestnym i miał firmę krawiecką na ulicy, która za okupacji i przed wojną nazywała się Marszałka Focha 6, więc tam odbywałem praktykę. Musiałem odbębnić miesiąc praktyki szkoły handlowej, żeby dostać [świadectwo]. Same przedmioty podstawowe nauczania nie wystarczyły, trzeba było jeszcze dokonać praktykę. Przez dwa lata, przez jeden miesiąc w okresie letnim byłem w firmie „Wojcieszko” – sklep kolonialny. To był duży [sklep] o trzech czy pięciu wystawach. Utrzymał go nawet jeszcze za okupacji. Miał szczęście, że go Niemcy nie rozstrzelali, tylko szefa Wojcieszkę [zabito] w Ogrodzie Saskim w czasie Powstania, nie uchował się tam. Przykra była sprawa, ale przez miesiąc musiałem praktykę odbyć.

  • Czy miał pan jakieś legalne zajęcie? Z czego w rzeczywistości się pan utrzymywał?

Podstawowym [źródłem utrzymania] był ojciec, bo ojciec za okupacji też pracował w tym zakładzie. To była niemiecka firma „Sztarej, Dajmer i Pusz” na Dworskiej. To było też niemieckie, tylko że oni robili już dla Niemców części zbrojeniowe. Były tam incydenty, bo tam też weszła organizacja i nawet były aresztowania, żeby części przeniknęły do organizacji podziemnej, tak że niektóre aresztowania były też u ojca, ale jakoś szczęśliwie ojciec tam pracował. Niemcy bardzo mało tam płacili, chyba pięćdziesiąt złotych tygodniowo. Za to nie można się było utrzymać.
Później dorabiałem trochę w firmie krawieckiej jako praktykant i jednocześnie doręczałem, wydawałem na mieście dodatki, pilnowałem sklepu. Mój stryj Ignacy Orzechowski zmarł w 1947 roku. Prowadził ten sklep – firmę krawiecką. Nawet dość dobrze to szło, bo za okupacji nie było jeszcze fabryk odzieżowych i krawiectwo indywidualne na miarę cieszyło się popytem. I ja też zarabiałem u stryja jako pomoc krawiecka, częściowo szyłem, prasowałem ubrania i doręczałem ubrania do klientów na mieście.

  • Pytanie o zatrudnienie, które zadałem, wynika stąd, że w czasie okupacji trzeba było posiadać Ausweis, ale ludzie pracowali także zatrudnieni gdzie indziej.

Arbeitskartę miałem jako uczeń krawiecki – po niemiecku Schüler Schneider.

  • Gdzie pan mieszkał przed Powstaniem?

Mama nie urodziła mnie w szpitalu, tylko na Grójeckiej 1. To był narożny dom, którego już nie ma, a był kiedyś okrąglak, który wyjeżdżał z ulicy Grójeckiej na Towarową w lewo. Tam właśnie urodziłem się i mieszkaliśmy do roku 1936. W tym domu było trochę ciężko, bo tam było wszystko: stajnia Glińskiego, restauracja Stefana Gronowskiego, restauracja „Pod konikiem” na placu Zawiszy, tak że ojciec, mając pewne oszczędności, dał w odstępne za mieszkanie o trochę lepszym standardzie – Tarczyńska 11. To był dom. Przeprowadziliśmy się na trzecie piętro do tego domu. Mieszkanie miało około trzydziestu siedmiu-ośmiu metrów. Był to duży pokój z kuchnią. Był już gaz z warszawskiej gazowni miejskiej. To był najmasywniejszy dom na ulicy Tarczyńskiej. Dlaczego najmasywniejszy? Bo jak były [bombardowania] w 1939 roku, to prawie wszystkie okolice, sąsiedzi szli do nas do schronów, bo to była konstrukcja z żelazobetonu. No i niestety trafili nasze mieszkanie w ostatnim dniu kampanii wrześniowej, bo następnego dnia [było zawieszenie broni]. Ten nalot, który był w 1939 roku, chyba 25 września, to był wielki nalot. Siedzieliśmy z rodziną: z babcią, z mama, z siostrą i padła bomba, ale całe szczęście, że bomba padła w pionie naszego mieszkania. Poszło całkowicie od piątego do pierwszego piętra. Bomba zatrzymała się na pierwszym piętrze i ocaleliśmy w piwnicy.

  • Rozumiem, że to było do 1939 roku, do wybuchu wojny. A okres okupacji?

Też mieszkaliśmy tam, bo ojciec wyremontował kuchnię. Nie wiem w jaki sposób, pożyczał od brata czy z PKO. Dało się mieszkać, z tym że nie w pokoju, bo ojca nie było stać, żeby zrobić remont pokoju. Zrobił tylko remont kuchni i przedpokoju, żeby można było [mieszkać] w kuchence. Latem to nawet na polówce spałem, a zimą nie, bo nie było nawet pieniędzy, żeby wyprawić ściany, podłogę – za duży koszt, tak że mieszkaliśmy w kuchni.

  • Od kiedy zetknął się pan z konspiracją?

Moje zalążki były już od zuchów. Przy szkole, gdzie chodziłem na Tarczyńską 8, była 73. WDH (Warszawska Drużyna Harcerska). Mając osiem lat, wstąpiłem do zuchów, z tym że też miałem chustę, mundur, a zamiast czapki – beret z lilijką. W maju 1935 roku, jak umarł marszałek Józef Piłsudski, to my z oddziałem: harcmistrz Urbański na czele i od wyższych rangą harcmistrze, podharcmistrze, harcerz orli, a my zuchy maluchy na końcu żeśmy szli na pogrzeb marszałka Pisłudskiego na Pole Mokotowskie (miałem wtedy osiem lat i nie zdałem jeszcze młodzika).
  • Pamięta pan, jakie godło mieli harcerze na czapce?

Na czapce mieliśmy lilijkę.

  • A zuchy?

Też lilijkę.

  • A nie wilczka?

Ja miałem lilijkę. Przełożeni nie zwrócili mi uwagi, ale miałem lilijkę.

  • Pytam, ponieważ pamiętam wilczki.

Mieliśmy kwieciste chusty na niebieskim tle. Później przeszedłem do harcerzy. W 1938 roku zdałem na młodzika – krzyż harcerski młodzika. To był taki zalążek, że już mieliśmy kontakty. W chwili nauczania miałem przerwę, nie miałem kontaktów konspiracyjnych, bo uczyłem się w gimnazjum Reslerów na ulicy Chłodnej. Później, jak w latach 1942–43 na odcinku Chłodna–Karolkowa było utworzone getto, tam gdzie stała wacha żandarmerii przy Żelaznej, Niemcy zrobili pomost, z tym że wszyscy aryjczycy musieli przejść stamtąd, bo to był rejon getta. Niemcy wtedy zmienili lokalizację szkoły na ulicę Krochmalną, tam gdzie jest w tej chwili muzeum Korczaka. Tu był dalszy ciąg mojej szkoły handlowej. Muzeum Korczaka to był róg Krochmalnej [obecnie Jaktorowskiej] i Karolkowej, tam gdzie jest kościół.

  • W jaki sposób zetknął się pan z konspiracją?

Po prostu mnie zwerbował pan Zygmunt Kąkolewski, jak chodziłem na kolonie nad Wisłą. Tam były kolonie i on nas fotografował. W kilku miejscach w Warszawie były utworzone ogniska. Zbieraliśmy się między innymi na Nowogrodzkiej 48/50. Zygmunt Kąkolewski był naszym grupowym. Jak w 1943 roku w Warszawie goniło go gestapo, to zdołał się ukryć, bo dobrze, że Niemcy akurat stali pod numerem 8, ale jakoś tak, że nie biegł, ale uciekł do nas do domu i ocalał na Tarczyńskiej 11. On był całym inspiratorem naszej organizacji harcerskiej. Głównie chodziło nam o to, że mieliśmy kontakty, przenosiliśmy bibułę – konspiracyjny „Biuletyn Informacyjny”. Głównie na tym się koncentrowaliśmy.

  • Czyli cała grupa was wstąpiła?

Tak.

  • Gdzie fizycznie zastał pana wybuch Powstania?

Na rogu Miodowej, jak jest kościół kapucynów. Miałem jechać na zbiórkę Batalionu „Miotła” na Wolę. Na Okopowej mieliśmy punkt zborny. Zawoziłem jakiś garnitur od stryja do klienta. Za okupacji „siedemnastka” jechała na Żoliborz. Stamtąd wracałem i dalej nie dojechałem. Po prostu dołączyłem tutaj, jak jest Daniłowiczowska, przeszedłem Hipoteczną za kościół kapucynów. Tam była grupa Batalionu Szturmowego „Nałęcz”, z tym że dwóch „Nałęczów” było w Powstaniu. Nie ten, [którym dowodził major Komornicki], tylko to był oddział – batalion szturmowy [AK] Stefana Kaniewskiego. W tym stopniu był kapitan „Nałęcz”. Ja wstąpiłem do kompanii porucznika „Leszka”. Zaczęło się atakiem na więzienie na Daniłowiczowskiej, na pałac Blanka, ratusz – trzy odcinki, na których było ciężko i dużo ludzi zginęło.
Atakiem brawurowym przeszliśmy przez więzienie. Tam byli aresztanci, to znaczy zwykli kryminaliści, tylko nie polityczni, bo polityczni to głównie gestapo i Pawiak.
Też miałem akurat pecha, że mnie w 1943 roku złapali na Pawiak. Byli przy BGK – róg Nowego Światu, podstawili budy. Nic nie miałem, byłem czysty, ale tydzień czasu [siedziałem]… Całe szczęście, że jest Arbeistkarta, że uczeń krawiecki, kenkarta rozpoznawcza. Miałem te papiery i gestapowiec [mówi]: „Ci co na prawo do wyjścia, ci co na lewo, do cel”. W nocy rozstrzeliwania były bez przerwy na Pawiaku. Do mnie akurat [powiedział]: Rechts um! i przeszedłem na prawą stronę, tak że za [tydzień] wyszedłem.
Następnym atakiem, poza więziennictwem, to był pałac Blanka, gdzie dowódcą był Niemiec Leist. To był Bürgermeister, był tak jak prezydent, jak starosta, bo Fischer miał cały okręg warszawski (gubernator Leist dla miasta Warszawy). Tam były inne oddziały, nie tylko Batalion Szturmowy „Nałęcz”. Były trzy kompanie, był też oddział „Parasola”. Tam właśnie zginął Krzysztof Kamil Baczyński. Nie byłem przy tym, ale jak koledzy opowiadali, to „ściągnął” go snajper z Teatru Wielkiego, bo w teatrze Niemcy mieli karabinki z lunetką, z podziałką. Jakoś się odkrył czy stanął, tak że podobnież był jeden strzał i Baczyński zginął. To było 4 czy 5 sierpnia na pałacu Blanka.
Pałacu Blanka broniły niemieckie oddziały NSDAP – ci ze swastykami, w żółtych mundurach. Tam była o tyle tragedia, że już żeśmy opanowali, bo jak żeśmy tam wpadli, to jeszcze cała śmietanka niemiecka zostawiła pewne pozostałości po obiedzie. Na [stolikach] była porcelana. Zastępca Leista, dowódca (bo Leist prawdopodobnie wyjechał do Krakowa i zostawił [Hermanna] Tribolina – takie nazwisko) był wysoki, skakał z balkoniku, który był od strony placu Teatralnego, i złamał nogi. Żeśmy go wzięli na samochód i tak go woziliśmy po Starym Mieście. Tam zginęło kilku kolegów ze względu na to, że od strony placu Teatralnego były dwa bunkry (róg Daniłowiczowskiej i Senatorskiej) i tam były cekaemy, [które] były zaryglowane na cel, tak że od strony Marszałka Focha i placu Teatralnego nie można się było w ogóle pokazać, tylko od strony Daniłowiczowskiej. Kto z naszych pokazał się już po opanowaniu pałacu Blanka na terenie klombu, to zginął. Codziennie ginął kolega. Okazało się, że ci z NSDAP mieli tam fantastyczne kryjówki, labirynty piwnic prawie pod połową placu Teatralnego. Nie wiedzieliśmy o tym, że tam są takie labirynty. Pałac Blanka teraz stoi odbudowany i labirynty są czynne. Ja nie byłem w tych labiryntach, ale wiem od kolegów, z którymi rozmawiałem w niewoli, że ich się stamtąd wyciągało dopiero granatami i miotaczem płomieni. Kolega przyszedł skądś z miotaczem płomieni i oni wyszli z rękami do góry. Jak się ich wyciągnęło z labiryntu piwnic, to było całkowite zdobycie pałacu Blanka.
Następnym atakiem po tym była Reduta „Ratusz”. W ratuszu żeśmy trzymali się najdłużej, z tym że cały nasz powstańczy punkt informacyjny był na wieży ratusza. Przeważnie czołgi typu „Pantera” i „Tygrys” wjeżdżały od strony Wierzbowej, od strony Senatorskiej, ale jakoś nie mogły zbić [punktu informacyjnego] na [wieży]. Ja między innymi dostałem rozkaz, żeby zmienić kolegę Henia Szwarca (na kawę czy coś [do jedzenia]), bo tamci, którzy byli na punkcie informacyjnym na górze... Na samą wieżę są kręcone schodki i ja zaprowadziłem go na wieżę. Była może godzina trzynasta, czternasta. Tam były wizjerki – prostokątne okienka, bo na wieży nie może być dużych okien, tylko prostokątne otwory okien i on się wpatrywał. Zdążyłem schodzić z góry na dół, już po dokonaniu zmiany naszego obserwatora, a leci coś na mnie – całe ciało. Okazuje się, że snajper trafił Henia Szwarca w szyję kulą dum-dum. Cały przekoziołkował, zacharczał, patrzę... Przyszły dwie sanitariuszki, tylko gazę włożyły mu... Zginął prawie że na miejscu. Zdenerwowałem się jego śmiercią, byliśmy zaprzyjaźnieni. To był przypadek niespodziewany na wieży ratuszowej. Wieża ratuszowa była redutą Starego Miasta.
Był również bank emisyjny – Narodowy Bank na Bielańskiej, ale ja już nie byłem na Bielańskiej, natomiast mieliśmy odcinek, [przekazany] grupą na Przejazd 1/3, przy getcie. Tam był mur getta i ulica Leszno. Nas dwóch dostało rozkaz, żeby wejść na pierwsze piętro i obserwować odcinek. To była dziesiąta, jedenasta wieczorem. Na około pożary, łuny pożarów. Te łuny trochę nas oświetlały. Słyszę niemieckie głosy z terenu getta. Patrzymy, a tam puszczali na mur „tankietki”, „goliaty”, żeby rozbić mur i skoczyć przez ulicę Przejazd do naszych stanowisk. Nie wiemy, co robić. Stoimy. Tam był Jurek „Pepanc” – tak go nazwali, bo miał ciężki karabin, to znaczy nie maszynowy, tylko przeciwpancerny. Ja byłem jego amunicyjnym. Nas było dwóch w mieszkaniu. Jeszcze w tym mieszkaniu była jedna z gospodyń, która [je] opuściła, to dawali na barykadę pościel, żeby powstańcom było wygodniej. Wszystko się wyrzucało, bo to było już niepotrzebne, bo to wszystko płonęło. Myśmy stali z Jurkiem „Pepancem” (nie wiem, jakie miał nazwisko) i słyszę z getta głos: Franz, Feuer! Franz, Feuer! (Franc, ognia!) – kolega Niemiec do kolegi. W tym czasie jak słyszałem ten krzyk, to pocisk z granatnika uderzył w okno i poranił nas. Patrzę, chlupie mi w prawym bucie, w lewym też. Dostałem w jedną i w drugą nogę, a on w rękę. Jesteśmy [ranni], trzeba się wycofywać, bo lada moment „goliat” uderzy w ścianę i skoczą przez ulicę Przejazd i już po nas. Będziemy odcięci, a nas we dwóch jest, ale stopniowo [wycofujemy się], widać tylko łuny pożarów. Po omacku wychodzimy. Były drewniane poręcze, drewniane schody. Patrzę, krew chlupie, ale nie ma innej rady. Czuję, że omdlewam. On mniej, bo go w rękę tylko drasnęło, ale ja mówię: „Mnie krew ubywa z prawej nogi”. Miałem w podudziu [ranę] na wylot i przecięło tętnicę. Niewielka była [rana], ale w prawej nodze, w stopie mi się lała krew.
W jakiś sposób doszliśmy do parteru, do sieni, do korytarza. Niemcy jeszcze muru nie wysadzili. Oni tam ostrzeliwują i w tym czasie, kiedy „goliat” uderzył w ścianę – w mur getta, bo tam taki mur szedł wzdłuż ulicy Przejazd i Leszno, myśmy kuśtykając, skoczyli przez bramę i do piwnicy. Tam już były sanitariuszki, to już nasz oddział i w tym czasie żeśmy się uratowali. Żeśmy wyszli z tego odcinka, z którego myśmy mogli nie wyjść, bo byśmy byli odcięci, a wtedy Niemcy rozstrzeliwali na miejscu, bo wtedy nie było żadnych jeńców.

  • Jaką rolę pełnił pan w czasie Powstania?

Żołnierza. Byłem amunicyjnym raz do czeskiego erkaemu i do pepanc, co Jurek miał.

  • Czy miał pan uzbrojenie?

Nie, tylko na ulicy Długiej, jeszcze przed tym, jak byłem ranny, wziąłem Niemcowi, który był zabity, karabin kbk i ten karabin miałem później już do końca. Później, jak byłem ranny, bo kompania – oddział, kwaterę miała na Długiej 23, a koledzy z „Miotły” byli na Długiej 26/28, czyli żeśmy się spotkali. Ja już byłem ranny, leżałem na tapczanie na pierwszym piętrze Długa 23. To była nasza kwatera, a oni byli dalej, więc się z nimi widziałem. Nie byłem tak obłożnie ranny. Zatamowali mi krew i [założyli] opatrunki, tak że opatrunki później mi robiła sanitariuszka.

  • Czy w czasie Powstania miał pan bezpośredni kontakt z żołnierzami niemieckimi?

Nie, nie miałem. Nie rozmawiałem, tylko jak żeśmy byli na kwaterze, to w miesiącu wrześniu były dwie godziny zawieszenia broni […] wtedy esesman, który też był od Kamińskiego – „Ukrainiec”, był respektowany, ale ja nie rozmawiałem.
  • Czy miał pan kontakt z jeńcami – Niemcami wziętymi do niewoli?

Nie rozmawiałem, natomiast stwierdzam, że jak opuszczaliśmy Stare Miasto kanałami, to było tak, że ja się zaliczałem przez sanitariat do lżej rannych, bo jeszcze w jakiś sposób kuśtykałem, jak mi zatamowano krew i [założono] opatrunki. Lżej rannych skoszarowali w suterenie na ulicy Hipotecznej. W suterenie było nas około trzydziestu. Nie było już miejsca [w szpitalach]. Szpital na Długiej 24 i Długiej 7 był zawalony rannymi, ciężko rannymi. Tam żeśmy byli przeszło tydzień do czasu opuszczenia kanałami Starego Miasta. Tam mieliśmy dwie sanitariuszki: jedna była starsza – pani Irena, druga „Blondynka”. One we dwie ściągały nam prowiant, żeby nas trzydziestu jakoś wyżywić, codziennie musiały robić opatrunki. Na dodatek od strony ulicy były okna założone workami, a okazuje się, że to był grafit. I padła bomba na ulicę. Ten grafit poszedł na nas. Byliśmy cali tłuści, czarni w graficie, a nie było wody. Po jakichś staraniach żeśmy się jakoś domyli.
W tym czasie przyszedł od dowództwa rozkaz („Wachnowski” – Karol Ziemski był dowódcą grupy „Północ”), że mamy przechodzić górą przez Ogród Saski z oddziałami „Zośki”, „Parasola” jako ranni na końcu czy w środku (już nie wiem), ale w każdym bądź razie był taki rozkaz, że mieliśmy przyjść. To był 25–26 sierpnia. Byliśmy już w suterenie, po tych opatrunkach, i każdy w jakiś sposób szykował się, żeby iść. Ci zdrowi mieli na przedzie osłaniać z bronią, z tyłu też mieli ostrzeliwać, a myśmy mieli w środku iść. Następnie za dwa dni przyszedł do nas rozkaz, że mamy przejść kanałami. Idą zdrowi, w trzeciej kolejności czy w drugiej idą ranni. Właz jest przy placu Krasińskich, Miodowa i Długa – ten duży właz. Szykujemy się. To było 31 sierpnia, godzina jedenasta. Miałem na ręku zegarek Cyma z różowym cyferblatem i patrzyłem, była jedenasta piętnaście. Myśmy stali po stronie parzystej – Długa 24, a tam dalej była Długa 26/28. Długa 24 – wyprowadzali nawet Wehrmacht, bo Wehrmachtu w zasadzie się nie rozstrzeliwało. Wehrmacht przeżył. Może były jakieś pojedyncze przypadki, ale na ogół [nie byli rozstrzeliwani], natomiast ci z czołgów i NSDAP tak, byli likwidowani na ratuszu. Tribolin – zastępca Leista też [zginął] na Długiej... Myśmy stali Długa 26/28. Pamiętam, że to było rozwalone. Staliśmy gęsiego pod murami. Chciałem jakoś tę krew [zabezpieczyć], bo wiadomo, że w kanałach czysto nie jest, bo brud był, ścieki. Na ulicy leżał gumowy płaszcz żandarmerii niemieckiej. Wziąłem rękaw, zawinąłem jakoś nogi, żeby woda nie dochodziła i czekamy na rozkaz dojścia do kanału, bo trzeba się było czołgać. Czy chciał, czy nie chciał, musiał się czołgać, bo był ostrzał wzdłuż ulicy Bonifraterskiej. Ranny, nie ranny, chcesz przeżyć, to musisz gryźć ziemię i gruz w ziemi. I tam właśnie Wehrmacht też wpuszczali. Przed nami do kanału wszedł Wehrmacht – żeby ich ratować. Taki był humanitarny rozkaz. To był chyba [rozkaz] „Wachnowskiego” – Karol Ziemski, bo on był wtedy na tym odcinku najważniejszy. Oni na końcu wchodzili: żandarmeria, „Barry”. To było po nas, bo ja wchodziłem 31 sierpnia z oddziałem rannych, godzina jedenasta.
W tym czasie, kiedy my mamy się czołgać (do włazu było jakieś dwadzieścia metrów), nadleciały trzy sztukasy z Okęcia – samoloty nurkujące. No i trzeba walczyć z nimi, z tym że oni są na górze, a my, ranni, na dole. Oni robią tak zwaną karuzelę: pikują, rzucają bomby i w górę. Były trzy. [Myślę]: no teraz już nas dopadną, bo widzą nas jak na dłoni. Słońce świeci, tylko tyle że kurz od bomb. Widzę, że rzucają bomby, bo sztukas nie zabiera ciężkich bomb, bo on bierze trzy, cztery dwustukilowe i nic więcej nie może. Jest charakterystyczny, ma takie jakby błotniki, ochraniacze na kołach i widać, jak sztukasy nurkują i robią karuzelę. Co jeden w dół, to z broni pokładowej strzelają po murach. Nic innego, tylko trzeba wskoczyć w ten budynek, gdzie już bomby rzucili i za tymi włazami żeśmy się ukryli. Oni rzucili bomby i nikt nie został ranny. Odlecieli na Okęcie, bo nie mają bomb: wystrzelali się, wyrzucili kilka bomb na budynki na Długą, dalej w te domy, co stały od [Barokowej] w kierunku placu Krasińskich i odlecieli. Po tym czasie już nie było innego [wyjścia], mówię: „Skaczę. Czy będzie ostrzał, czy nie”. Czołgamy się do włazu, skoczyłem do włazu. Przede mną był kolega – pseudonim „Sygnał” – Jurek Kowalewski. Był wysoki. Jak wskoczyłem do kanału, to już było cudownie. Byłem w siódmym niebie. Dlaczego? Dlatego że było chłodno, że nie było widać pożarów, nie widać gruzów, nie widać pyłów, nie widać nic – jest wilgotne, śmierdzące powietrze, a to już dużo znaczy. Być w kanale to początkowo był wielki sukces, nie wiedząc, że Niemcy też czyhają. Wrzucali granaty i gaz trujący na włazach podczas trasy, ale na szczęście nie u nas. Wskoczyłem do kanału po szczeblach – pręty żelazne...

  • Wspominał pan, że przed wami do kanału wchodzili jeńcy niemieccy.

[Jeńcy z] Wehrmachtu. Szli za liną, tylko że szli ze trzydzieści, czterdzieści osób przede mną. To był cały sznur. Jeńców nie było tak dużo, ale wiem, że [mięli ręce] na temblaku, szli o własnych nogach. Niektórych naszych, którzy dostali w ostatniej chwili przy włazie, to się nawet ciągnęło w kocach po wodzie, ratowało się ich, natomiast ci Niemcy, którzy nie mogli chodzić, zostawali.

  • Czy przypuszcza pan, że ci Niemcy, którzy byli przed wami, szli jako ubezpieczenie oddziału, który szedł z tyłu? Przecież Niemcy rzucali granaty, zastawiali rozmaite pułapki.

Dowództwo mogło tak zaplanować. Jak myśmy przechodzili, to była przeciągnięta lina, żeby było łatwiej, żeby się nie przewrócić, bo kanał jest w kształcie walca i trzeba mieć nogi raczej nie szeroko [rozstawione], bo człowiek może się poślizgnąć, a tam były różne nieczystości w tym czasie: i trupy, i szczury, i wszystko. W kanale po bokach są ławy, ale w każdym bądź razie [jeńców] nie było dużo, było ich tam kilkunastu. Do niewoli szedł nieduży oddział Wehrmachtu, ale tylko Wehrmacht. Jak żeśmy szli prawdopodobnie włazem od placu Krasińskich, gdzie [jest] ten główny właz, Miodową (człowiek się orientował, bo były strzałki), tam już nas prowadził stary przedwojenny pracownik kanalizacji. Myśmy go nazwali Wujcio, miał wielki podłużny nos. Gumowce miał do pachwin i on biedny tak kursował między Śródmieściem a Starym Miastem i przeprowadzał nas, bo niektórzy błądzili. Tym kanałem żeśmy szli cztery i pół godziny. Tak jak się orientuję w rozkładzie ulic, jak [szliśmy], to była Miodowa, później w prawo Krakowskim [Przedmieściem], no i przez jakiś czas najgorzej, jak był wizjerek, jak był właz. Czy będą Niemcy wrzucać [granaty], czy nie. Czy będziemy oddychać, czy się otrujemy od gazu. Czy będą wrzucane granaty, czy nie będą. Na szczęście była cisza, z tym że już jak żeśmy szli Krakowskim [Przedmieściem], to było tylko słychać czołgi nad głową, Niemcy idą Krakowskim Przedmieściem. Później, prawdopodobnie przed kościołem Świętego Krzyża, żeśmy skręcili w prawo i później w kierunku Wareckiej, obecnego placu Powstańców, czyli róg Wareckiej i [koło] drapacza chmur żeśmy wychodzili.
Najgorsze było to, że przez ten niecałogodzinny, może półgodzinny odcinek było ciężko, bo woda była do pasa, że człowiek prawie pił. Trzeba było iść schyłkiem i prawie pić tę gnojową wodę. Ciężko było, ale w każdym bądź razie po czterech i pół godzinach marszu ktoś krzyczy: „Stój! Kto idzie?”. Nie było wiadomo, czy to Niemcy, czy nasi są. [Mówią]: „Hasło?!”. – „Sosna!”. – „Odzew?!”. – „Lipa!”. Wtedy człowiek, żeby jak najszybciej do wyjścia, bo to było hasło i odzew, takie nam podawano. […] Na Śródmieściu, na placu Wareckim nas wyciągali. Dochodzimy tam jakoś o własnych siłach. Niektórych wyciągali, bo mdleli. Wyszedłem o własnych siłach. Patrzę, położyłem się na ziemi, bo początkowo byłem trochę półprzytomny (nie zemdlałem, ale było takie omdlenie), idzie mężczyzna w marynarce o długim fasonie, kobieta w korkach, gazówki na nogach, jamnika prowadzą na smyczy. Myślę: chyba jestem w niebie, że już koniec tego wszystkiego. Okazuje się, że w tym czasie na Śródmieściu nie było żadnych działań, bo Niemcy akcje bombardowania robili dzielnicami. Normalnie szyby były wszystkie, woda była i spacery były. Takie było przejście na Śródmieście, wyjście z kanałów.
Później dali nas do „Diany” na Chmielną. Była zimna woda, wlali, żeby się obmyć. Dali nam nawet, wyfasowali drelichowe mundury. Po jakimś czasie zostałem skierowany do szpitala na Poznańską i tam, w tym szpitalu, byłem już do końca. Moja walka zakończyła się [w momencie], jak wyszedłem z kanałów.

  • Czy zetknął się pan z jakimiś przykładami zbrodni wojennych popełnionych przez Niemców albo przez zaprzyjaźnione oddziały innych narodowości?

Słyszałem tylko, że na ulicy Długiej były makabryczne [wydarzenia]. Jak wchodzili „ukraińcy”, oddziały, nie wiem kto to, [włożyli] dziewczynie – łączniczce butelkę półlitrową w przyrodzenie. Dużo zabili w szpitalu, mścili się strasznie, ale ja dzień czy dwa dni [wcześniej] przeszedłem na Śródmieście. Słyszałem [o tych wydarzeniach] od kolegów, którzy byli w szpitalu na Poznańskiej razem ze mną.

  • Czyli bezpośrednio nie zetknął się pan?

Nie zetknąłem się z tym.

  • Jaka atmosfera panowała w oddziale, w którym pan walczył?

Atmosfera była bardzo ujmująca. Każdy chciał walczyć, nie patrzył na to, czy ranny czy nie. Ja na przykład miałem pewne obawy, jak byliśmy na poszczególnych odcinkach, ale ten animusz, to całe przekonanie, że to jest za słuszną sprawę i werwa innych kolegów podrywała człowieka do ataku, tak że chyba byłoby wstyd, żeby człowiek został w tyle. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w jakiś sposób mógł zdezerterować czy wycofać się.

  • Jaki był stosunek ludności cywilnej do oddziału, do walki?

W pierwszych dniach był ujmujący. W każdej bramie, do której się wskoczyło, były kanapki. Kiedyś nawet była wódeczka, jakieś napoje. Witali nas wszyscy. Była zupa, poczęstunki, tak że to był okres do połowy sierpnia. Wszystkie domy, którymi można było przejść pod ziemią, były przekute z domu do domu, tak że nie było mowy, żeby ktoś szedł górą ulicą, bo były barykady. Można było przejść, tak samo jak pomiędzy Alejami Jerozolimskimi był główny wykop, ale była wysoka barykada i był obstrzał ckm. Barykada była wysoka i był rów, czyli przechodziło się górą, ale w kompleksie budynków, jak na przykład przechodziliśmy Senatorska–Focha–Daniłowiczowska, to ludzie sami przekuwali [przejścia w piwnicach], żeby można było powstańcom udostępnić przejście z domu do domu czy z ulicy na ulicę, żeby nie narażali się na obstrzał z górnych pięter niemieckich.
  • To pytanie, które zadałem, dotyczy czasu, kiedy był pan w walce? Później, po ranieniu, to był szpital.

Tak. Był taki moment jeszcze na Starym Mieście, jeszcze nie byłem ranny, już chyba po połowie sierpnia, bo ludzie koczowali, siedzieli tam, to mieli możliwości ugotowania. Gdzie dom był zbombardowany, to jedna pani drugiej pomagała, jakieś tam dziecko karmili. Później to już mieszkańcy Warszawy krzywo patrzyli. Mówili: „Doprowadziliście nas do zniszczenia. To przez was to jest!”. Sam to usłyszałem na własne uszy. Nie było to przyjemne. Mieli wielką pretensję za wywołanie Powstania, za te gruzy, za to, że koczują w piwnicach, za to, że po prostu nie ma wody, nie ma żywności, nie ma nic, tak że były starcia z cywilami. Nieczęste, ale były takie rozmowy, sam słyszałem.

  • Czy miał pan w okresie walki, ale i później w szpitalu, okazję zetknąć się z innymi narodowościami, z Żydami, z Ukraińcami?

W Warszawie nie. Nie miałem kontaktu. W niewoli byłem z „berlingowcami”, którzy atakowali Berlin. [Generał] Berling dał kilka batalionów przez Wisłę na przyczółek czerniakowski.

  • Na innych dzielnicach, na przykład na Mokotowie, były oddziały węgierskie. Z Węgrami były kontakty?

Tak. Na odcinku na Starym Mieście nie mieliśmy żadnych oddziałów. Były chyba tylko ukraińskie oddziały Kamińskiego. Na pałacu Blanka byli hitlerowcy z SS i NSDAP, głównie to było. Jeżeli chodzi o pobyt w szpitalu, to na początku października była już mowa o opuszczeniu szpitala, bo Niemcy ewakuowali nas już do niewoli. Trzeba się było przygotowywać, bo w szpitalu była taka opieka, że jedliśmy jęczmienną kaszkę „pluj”. Cała Warszawa [brała] z magazynu Haberbuscha jęczmień i sztuczny miód. Nie było nic.

  • Pamięta pan datę, kiedy został pan ranny?

To było na Przejazd 1/3. To był chyba 14 czy 15 sierpnia, połowa sierpnia. To było na pierwszym piętrze domu przy ulicy Przejazd, przy samym getcie, bo tam szedł mur getta i był dom [pod numerem] 1/3. Tak jak podawałem później, jak opuszczaliśmy, to ten dom płonął, bo „goliatami” rozbijali mur, żeby wkroczyć na nasze pozycje.

  • Czy w czasie Powstania, w czasie walk albo w czasie pobytu w szpitalu zaprzyjaźnił się pan z kimś?

Był kolega „Sygnał” – Jurek Kowalewski, który miał odłamki w twarzy. Dłubali mu pincetkami. Całą twarz miał czarną, poranioną od tych odłamków. Byli koledzy, był Kowalewski, później był Zbyszek „Bergman”. To były pseudonimy [z oddziału „Nałęcza”. Tadeusz Bednarek „Błyskawica” z „Miotły”].

  • A taka przyjaźń, która nawet w okresie Powstania, w okresie niewoli się zachowała?

To już jak byliśmy w niemieckiej niewoli, w stalagu, no i w czasie transportu, bo jak się leżało na łóżku w szpitalu na Poznańskiej, to były pielęgniarki, które zmieniały opatrunek. Później, jak już mogłem chodzić, chodziłem na Hożą do ambulatorium na opatrunki.
A wyjście było, jak Niemcy 14 października dali rozkaz opuszczenia Warszawy dla oddziałów wojskowych i podjechały niemieckie karetki Czerwonego Krzyża. Nas, lżej rannych, ustawiali w szeregu przed szpitalem. Poznańska była w gruzach. Wyszliśmy z tego szpitala, a ciężko rannych wynosili na noszach do karetek sanitarnych. Taki rozkaz dostali Niemcy. Myśmy szli bez broni jako ranni ulicami: Poznańską... Na placu przed politechniką był kosz na broń. Kosze były żelazne, tak jak to są koksiaki na zimę. Ci, co mieli broń, to wrzucali. Niemcy stali, pilnowali. Ja akurat nie miałem broni. Widziałem, że koledzy wrzucali broń, bo ci, co mieli broń, to musieli oddać. [Dalej szliśmy] ulicą Koszykową do Towarowej (jak plac Zawiszy) i tam były podstawione pociągi towarowe. W każdym wagonie były chyba cztery [rzędy] po trzy prycze, tak jak są ściany w wagonie… Było chyba dwanaście prycz. Zaczynało robić się chłodno. Był piecyk – koza, nawet brykiety były, czyli nawet coś do palenia było. Ponieważ człowiek był głodny i nie miał warzyw, to koledzy, którzy byli w wagonie, skoczyli na działki, [które] były obok Towarowej. Tam były pomidory, były tam jakieś warzywa i żeśmy nagotowali w zwykłym ocynkowanym wiadrze zupy. Nie było nawet soli. Była tylko woda i pokrojone jarzyny. To się postawiło na kozę, podpaliło. To była pierwsza zupa, poza kaszą „pluj”, którą [zrobiliśmy], gdy jechaliśmy pociągiem do niewoli.
Pociągiem jechaliśmy przez Łódź Kaliską. W Łodzi Kaliskiej wydarzył się incydent. Można było [wyskoczyć], bo na przykład w Sochaczewie dwóch czy trzech wyskoczyło. Ja nie mogłem skakać, bo raz że nie ryzykowałem, bo jak gestapo by złapało, Niemcy, żandarmeria, to przecież wiadomo, że chłopak młody, to z Powstania, i tak dostałby w czapę, tak że nie ma mowy, żebym [wyskoczył], ale dwóch skoczyło chyba w Sochaczewie, bo zwolnił pociąg. Dojechaliśmy do Łodzi Kaliskiej na bocznym torze. Oczywiście każdy jechał, bo byliśmy przez aliantów uznani jako kombatanci, z opaskami, obojętnie gdzie [założonymi]. Ja później nie miałem już panterki (nie wiem dlaczego) to wziąłem biało-czerwoną opaskę i [założyłem] na rękawie. Koledzy, tak samo z tymi opaskami, w Łodzi wyszli. Eskorta była niemieckiego Volksstrumu – dziadkowie po siedemdziesiąt lat, tak że jemu już wszystko było jedno. Nawet jak żeśmy wypili alkohol, bo nawet żeśmy tam mieli trochę alkoholu na drogę na rozgrzewkę, bo koledzy gdzieś tam skombinowali, to ten Niemiec się upił i usnął. Trzymał karabin i ten karabin mu upadł, ale nic nie można było robić, żeby w jakiś sposób go wyrzucić, bo nie było celi i sensu żadnego, żeby go podbić, bo co dalej? Uciekać? Gdzie, dokąd? Ci Niemcy, staruszkowie, siedzieli tak po prostu z tym [karabinami]: jeden miał mauzera, drugi miał jakiś inny karabinek pięciostrzałowy. W każdym bądź razie niektórzy ciekawscy koledzy poszli w miasto, a tam była już Rzesza w Łodzi – Trzecia Rzesza, to nie było Generalne Gubernatorstwo.

  • Z opaskami szli?

Z opaskami szli, bo myśmy jechali legalnie jako powstańcy. Byliśmy na prawach jenieckich, tak jak „Bór” Komorowski podpisał z dowódcą niemieckim [von dem Bach] w Podkowie Leśnej kapitulację. [Jechaliśmy] już na prawach jenieckich i na prawach kombatantów. Oni poszli z opaskami.

  • Spotykał się pan z życiem religijnym?

Tak. Cały czas, nawet na Długiej, na Starym Mieście, był z nami ksiądz. Jeżeli chodzi o zmarłych, ostatnie namaszczenie, to prawie że na barykadzie, prawie przy każdym odcinku, był ksiądz. Na modlitwę jako taką po prostu nie było czasu, chyba że człowiek się przeżegnał. Nawet chrztów nie było dużo. Księża odegrali szaloną rolę, jeżeli chodzi o akcje na Starym Mieście. W tej chwili nie pamiętam nazwisk księży. W kościele garnizonowym (obecnie katedra na Długiej) był ślub kolegi. To było chyba na początku sierpnia. Zapoznała się łączniczka z kolegą Andrzejem z Batalionu „Nałęcz”. Wzięli ślub, na którym ja i jeszcze jeden kolega byłem jako świadek. Pamiętam ten ślub w kościele garnizonowym, bo był fatalny ostrzał i cały czas, jak ksiądz udzielał ślubu parze młodej, myśmy stali, wszystko się nam sypało na głowę: szyby, żelastwo, wszystko to, w co trafił pocisk z tak zwanych krów ryczących czy z „szaf”. Na Starym Mieście [te pociski] były nazywane szafami, a w Śródmieściu ryczącymi krowami. W każdym bądź razie były miotacze min siedmiolufowe, które [siały] i pustoszenie było niesamowite. Ten odcinek był również ostrzeliwany i z działa kolejowego na Dworcu Gdańskim. To była „Berta”, o średnicy sześćset czy sześćset pięćdziesiąt, taki „cielaczek”, który jak uderzył, to od razu nie było połowy domu. Ostrzeliwała właśnie artyleria niemiecka, tak że katedra garnizonowa na Długiej była bardzo biedna, ale wzięli ślub szczęśliwie. Myśmy byli poranieni szkłem. Na pewno msze święte były na Długiej.
Był taki moment, że w pierwszą i drugą niedzielę na Długiej były odprawiane msze święte. Nie pamiętam, w której sali, ale w niedziele były nabożeństwa. W jakiś sposób w niedziele nie było działań wojennych. Fakt jest faktem, że nie było takiego szturmu i ze strony niemieckiej. W niedziele było jakby półzawieszenie broni. Nawet Mieczysław Fogg występował. Był koncert na pianinie i on śpiewał. Byłem na tym koncercie, była chyba też Hanka Brzezińska – wysoka pani, piosenkarka. Jeżeli chodzi o podtrzymywanie [żołnierzy] na duchu w oddziałach, to księża odegrali bardzo znaczącą rolę i szli w pierwszej linii.

  • Czy spotykał się pan z prasą podziemną?

Tak, z „Biuletynem Informacyjnym” w czasie okupacji.

  • Chodzi mi o Powstanie.

Była, ale na nie było czasu [na czytanie]. Myśmy byli tak [zmęczeni] na tych odcinkach Starego Miasta... Ja już później byłem ranny i nie byłem, bo koledzy też później atakowali na [pałac] Radziwiłłów, gdzie było muzeum Lenina [obecnie Muzeum Niepodległości]...

  • Wróćmy do tego, co się działo w Łodzi.

Jeżeli chodzi o kolegów, to grupa około dziesięciu śmiałków wyruszyła sobie na piwko. Mieli jakieś marki, w każdym bądź razie poszli. Ja zostałem na wagonie, nie szedłem, zresztą nie mogłem za bardzo chodzić, bo rana bolała. Niedaleko dworca w Łodzi Kaliskiej weszli do restauracji. W restauracji byli Niemcy, patrzą, wchodzą jakieś oddziały z biało-czerwonymi opaskami. Telefon do żandarmerii. Myślą: co to jest? Powstanie w Łodzi? Co to się dzieje? Okazuje się, że nasi powstańcy po prostu poszli sobie na chwilę do restauracji na piwko. To była chyba ogólna [restauracja]. Nie wiem, czy to była niemiecka. Była ogólnodostępna, ale to już była Trzecia Rzesza. No i za pół godziny zajeżdżają na sygnale samochody niemieckie, pancerki i zepchnęli wszystkich z powrotem. Jak się dowiedziała ludność łódzka, że powstańcy są na rampie na Łodzi Kaliskiej, to żywności, wszystkiego pełno mieliśmy. Nosili nam wszystko w kartonach. Później, jak pociąg ruszał, był przejazd, szlaban był opuszczony, to przez szlaban rzucali do wagonów. Niektóre [rzeczy] wpadły do wagonów, niektóre pod koła. To były niezapomniane chwile, jak Łódź nas przyjęła, jeżeli chodzi o udział w Powstaniu.
Przedtem Niemcy jeszcze pędzili nas za karę na lotnisko i mówili, że będziemy erschossen, że możemy być rozstrzelani. Mówimy, że raczej postraszyli nas. Nie wiadomo, różnie bywało. Różne były przypadki w czasie takich działań, tak że za niesubordynację czy za coś [rozstrzeliwali], ale trzy dni byliśmy w barkach na lotnisku, dwa, trzy kilometry za Łodzią Kaliską i z powrotem nas pędzili do wagonów i pociąg ruszył. Jak się obudziłem, wychyliłem się, patrzę, pełno gruzów, pisze Breslau, czyli obecny Wrocław. Tam umarł jeden kolega. Miał poważne poranienia wewnętrzne. Zmarł w wagonie (w innym wagonie, nie w moim). Na stacji w Breslau wyciągali go na noszach. Przykra sprawa.
Później jechaliśmy dalej, był rejon Saksonii. Żeśmy dojechali. Patrzę, miejscowość Zeithein. Okazuje się, że pisze Reserve–Lazarett. Zeithain to był szpital jakby polowy dla jeńców, dla których macierzysty stalag był w Mühlberg. Stalag Mühlberg był chyba oddalony o dziesięć kilometrów, a myśmy [jechali] do Zeithain. Tam nas przejęli. Byliśmy w barakach. Byłem w baraku numer 6. Tam żeśmy byli prawie cały październik. Robili nam opatrunki. Niemcy bardzo szanowali prawa kombatanckie. Brukiewka i tak dalej, jedzenia nie było, tylko czarna kawa i specjalna porcja chleba. Specjalnie nic nie było. W Zeithain też zmarł jeden kolega. Po miesiącu, jak już komisja lekarska... Komisja lekarska, która nie była niemiecka, tylko raczej [składała się] z naszych lekarzy, oceniała, czy [ktoś] się nadaje do obozu do Stalagu IV-B w Mühlbergu nad Łabą, czy jeszcze ma być leczony w szpitalu w Zeithain. Mnie pod koniec października czy na początku listopada [zakwalifikowali] do kolumny i piechotą z plecaczkiem o kiju na Stalag IV-B – macierzysty stalag Mühlberg nad Łabą – cztery kilometry od Łaby i tam nas dopiero przejmowali. Tam był stalag jak miasto – czterdzieści tysięcy jeńców: Polaków dziewięć tysięcy, Amerykanów dwanaście [tysięcy], Anglików osiem tysięcy w niewoli, Holendrów, Belgów. Tam był międzynarodowy Stalag IV-B. To było całe miasto, normalnie chodniki, korytarze... Byłem w baraku 34 przy drutach. Za nami byli Rosjanie. W baraku było dwustu chłopa. Były potrójne prycze. Tam nas przyjęli. Oczywiście wszystko do łaźni, do dezynfekcji, zmiana ubrań. Miałem jakieś ubranie. Udało mi przeszwarcować czy przemycić to i schowałem ciemny garnitur pod siennik na pryczę. W baraku byłem na trzeciej pryczy, na górze i położyłem się pod kocem i jakoś przemyciłem. Później, po miesiącu, jak był głód, sprzedałem go Polakowi z września 1939 roku, który opróżniał latryny. Byli na Arbeitskommando, pracowali i wywozili nieczystości, fekalia z latryny, ale ten chlebek smakował. Zawinął w szmatkę i wchodził do tej beczki, i w ten sposób przewoził, jak ktoś miał za co kupić. Ja za ten garnitur po miesiącu dostałem trzy bochenki chleba. To był sukces.
  • Kiedy wywieziono was z Warszawy?

Dopiero 14 października. Pamiętam dokładnie, że to było 13, 14 października, jak [pociąg] z Towarowej odchodził na Łódź Kaliską.

  • Proszę powiedzieć o warunkach bytowych w obozie.

To był koszmar. Dostałem numer jeniecki 299398. Porcja była głodowa. W Zeithan byłem w szpitalu jenieckim, który jest oddalony o dziesięć kilometrów. Żeśmy chyba dziesięć kilometrów szli piechotą z Zaithan do Mühlbergu, to tam jeszcze można było skombinować szpinak czy coś tam, wyjść, narwać szpinaku i ugotować. Nieraz nie było soli, to bez soli. Na kuchni byli przeważnie Włosi – jeńcy z oddziału Badogia sami kucharze. Włosi przeważnie byli na funkcji. Był Carnera (kiedyś był włoski bokser Carnera), który miał dwa metry i pięć centymetrów wzrostu, tak że Niemcy dawali mu Doppelportion – specjalną porcję, bo miał wzrost i żołądek olbrzymi, ale jak pchnął wózek z żywnością, to cztery wagony mógł pchnąć, taką miał siłę. Rano była gorzka kawa – pomyjki. O pierwszej było pół litra brukwi. O godzinie czwartej była pajdka chleba na sześciu, siedmiu, niecałe dwieście gram. Jakiś kawałek marmolady czy... Mając siedemnaście lat, jak byłem zażyty w sensie kalorycznym, to po miesiącu byłem już głodny. Spojrzałem w lusterko – byłem żółty. Trudno było mi wejść na trzecią pryczę, w głowie się kręciło, bo żołądek pusty. Nasz pan podchorąży, Rotnicki chyba, jeniec z 1939 roku, był mężem zaufania i mieliśmy prawo tak samo dostawać paczki, rzekomo jedną pięciokilową unrowską paczkę w miesiącu. Na początku było tak, że paczka była na dwóch, później paczka była na trzech. Raz jeden dostaliśmy paczkę tylko jeden na jeden, ale jak żołądek był wyjałowiony, to człowiek zjadł czekoladki czy mleka w proszku i miał rozwolnienie – biegunkę. Stopniowo człowiek się przyzwyczaił i pomału, pomału [zaczynał jeść], bo tam była czekolada, margaryna, śliwki suszone, kalorycznie. To były pięciokilowe paczki, ale było mało tego i nieregularnie.
Jak było robactwo, to nas często wypędzali. Codziennie rano był apel, wieczorem nie było caprztyku. Zawsze siódma godzina, wszystko wstawać. Był taki niemiecki feltfeber. Myśmy go nazwali „Pistolet”, bo był szybki. Policzył eins, zwei, drei, vier – powiedział – Alles ist Ordnung! Był meldunek, bo na baraku był mąż zaufania. Powiedział Ordnung! Z powrotem na barak, tak że był szybki, nie był jakiś [powolny].
Tak żeśmy byli do marca. Tylko raz byłem silnie przeziębiony, oskrzela. Koledzy zgłosili to do lazaretu. Przyszli nasi sanitariusze i dali mi jeden zastrzyk, na drugi dzień drugi zastrzyk i jakoś mi przeszło przeziębienie, oskrzela. W tym czasie, jak byłem w Mühlbergu w stalagu, tam nikt nie umarł. Tam była masa ludzi. Amerykanie, Anglicy to sobie po prostu nie mogli dawać rady, ze względu na to, że w swoich jednostkach mieli wszystkiego w brud. Całe transporty frontowe szły za nimi, tak że oni są bezradni, ani nieogoleni byli. On się w zimnej wodzie nie mógł myć – szukał wygód. A my, jak była żyletka, to jeden drugiemu pożyczył i w jakiś sposób się ogolił. Zresztą Niemcy też mówią: Rasiren! Rasiren!, żeby się ogolić.
Jak nie było paczek, to był głód, potrzeba obierania kartofli, więc żeby dostać się do obieralni kartofli, mieliśmy holenderki – czółna drewniane, bo Niemcy dawali tylko takie [obuwie]. Innego obuwia nie było. Jeżeli ktoś miał z Powstania, to musiał schować, żeby nie ukradli mu butów. Zaraz po apelu poszedłem do obieralni i udało mi się dostać, bo tam był tłum różnych jeńców. Jak się człowiek najadł surowej brukwi, to brzuch bolał, bo to była brukiew surowa, ale chociaż brukwi się najadł. Można było trochę kartofli skombinować. Kartofle leżały na kupie. Następnego dnia, jak poszedłem pod obieralnię, to sobie [worek] na gumkę skombinowałem, ściągnąłem i miałem z pięć kilo kartofli. Myślę: to już będę miał pożywienia na kilka dni, oprócz zupy brukwiowej, która jest. No ale jednego dnia Niemiec, który pilnował obieralni, miał okienko, przez które patrzył, czy ktoś nie wynosi ziemniaków. Później się zmądrzał i nie patrzył przez okienko, tylko patrzył w lusterko. Ja nie widziałem, że on stoi. On patrzył w lusterko i widział, że ktoś mignął. Byłem już na ulicy poza barakiem, a on [krzyczy]: Halt! Halt! Ziemniaki miałem w spodniach, idę jak kukła, a on [krzyczy]: Halt! Halt! Stanąłem, zaczął mnie [wyzywać], ale nie uderzył mnie. Zaczął mnie trochę popychać, ale prawa jenieckie zasadniczo szanował. Mógł mi przecież i kolbą dać, bo kto mu zabroni. Musiałem wysypać [ziemniaki] i więcej razy już mnie nie wpuścił na obieralnię. Ale przedtem kilkakrotnie ugotowałem sobie ziemniaków, ugniotłem z porcją margaryny i miałem wyżerkę.
Miałem jeszcze z Warszawy barszcz w proszku w torebce z Trójwąsa. Ugotowałem sobie barszczu, bo w barakach były olbrzymie kuchnie płyty, że każdy mógł sobie coś postawić w menażce. Niektórzy, którzy mieli rodzinę w Polsce gdzieś na wsi, dostawali paczki. Przychodziła jedna [paczka] w miesiącu na dwa miesiące. Koledzy dostawali. Ja nie miałem nikogo, to nie dostawałem paczek, za wyjątkiem tych, które przyszły z Czerwonego Krzyża z UNRR-y. [Dostałem] jedną paczkę, to wszystko.
Okres pobytu w Mühlbergu był do marca. W międzyczasie był jeszcze nalot w dzień na Drezno i Lipsk – wielki nalot, który szedł na Lipsk i Drezno i musiał przelecieć nad obozem. To było wysoko, na pewno ponad pięć tysięcy metrów, jakieś siedem, osiem tysięcy. Artyleria niemiecka trafiła na wysokości jeden samolot – „Liberator”. Widzimy, że załoga skacze (wiatr był silny), opuszcza samolot. Samolot leci dalej i kilka kilometrów za obozem się rozbił, a jeden z lotników, z załogi samolotu, jest dziesięć metrów za drutami naszego obozu. Niemcy skoczyli, wzięli samochód – terenówkę wypadową i jadą do niego z karabinami. Lotnik – wielki mężczyzna, żyje, bo wylądował dobrze. Dolecieli do niego, a on przeklął. Poszliśmy do samych drutów, machamy do niego, a on mówi po angielsku: „Śniadanie jadłem u nas, a obiad będę jadł z wami”. Ten lotnik był wielkim mężczyzną. Dość długo był izolowany, Niemcy nie wpuścili go do obozu. W każdym bądź razie, około miesiąca czy trzy tygodnie był izolowany na kwarantannie. Musieli dusić z niego informacje. W marcu czy na początku kwietnia, było słychać front, artylerię radziecką. Front szedł na Łabę, a z tamtej strony... Częściej słyszeliśmy rosyjskie działa, [które] szły na tym odcinku na Saksonię. W nocy głównie Anglicy bombardowali obiekty, myśmy widzieli tylko łuny, było widać, jak paliły się Drezno i Lipsko, (przeważnie trafiały tam naloty dywanowe), a w dzień [bombardowali] Amerykanie. Niedaleko nas, koło obozu, była rampa i tam stał pociąg z amunicją niemiecką. Samoloty amerykańskie zniżyły się do minimum i zaczęły obstrzeliwać pociąg z broni pokładowej pociskami zapalającymi. Zapalili cały pociąg i to wszystko wybuchało. Tam były pociski do broni maszynowej i do dział, tak że pociski leciały prawie na nasz barak. Mówię: „Chłopaki, skaczcie z tych górnych prycz, bo odłamek pocisku uderzy w dach, bo co to za dach jest. Przeżyliśmy, to jeszcze tu zginiemy!”. Taka była siła [wybuchu]. Pociąg wybuchał przez całą noc, tylko łuna była. Za tydzień jest rozkaz komendanta niemieckiego – ewakuacja obozu. Front się zbliżał, słychać działa niemieckie, już opuszczamy. Każdy ma walizkę, na pasek. Nogi są [zagojone], chodzenie jest możliwe. Miałem wtedy te ukryte saperki, wytalkowałem, onuce założyłem na nogi, żeby iść. Dowiedziałem się po cichu, że mamy iść w kierunku Fuldy. To jest około dwustu kilometrów do Amerykanów. Ewakuacja obozu. Niemcy też. Na bagaże podstawili niemieckie wozy z końmi. Był chaos. Jak już żeśmy wyszli z obozu, to dziadek z Volksstrumu jako ochrona, eskorta, pyta się nas, czy może usiąść. Mówię: „To siadajcie”, ale wozy właściwie były do bagażu. Tego starego Niemca z karabinem nogi bolały i usiadł na tym wozie. W każdym bądź razie oni bali się gestapo, bo bojówki jeszcze były. Robiliśmy dziennie dwadzieścia, dwadzieścia pięć kilometrów marszu. Jak [była] przerwa, to ja tylko na ziemię, nogę na drzewo, troszkę talku, saperki i w jakiś sposób nie obtarłem sobie nóg. Koledzy mieli obtarte nogi, a ja nie. Miałem skarpety, onuce flanelowe, tylko że onuce trzeba dobrze założyć, żeby się nie sfałdowały. Wszystko musi był płasko, żeby nie było fałdu.
Tak doszliśmy do rzeki Fuldy, uregulowanej, nieszerokiej. Fulda ma może dwadzieścia-dwadzieścia pięć metrów szerokości. Patrzymy, po drugiej stronie oficerowie amerykańscy żują gumę. Murzyni już są, już wszyscy kiwają do nas, krzyczą: Come on! Come on!, a my mówimy: „Ruskie już niedaleko są, bo już słychać ich broń”. Były tam jakieś czółna. Jedni starali się, puścili dwie liny, [po jednej] na brzeg amerykański i do nas. Były dwa czółna. Był bałagan, żeby się nie potopić, żeby przejść na stronę amerykańską, bo to było już ta granica, [do której] Rosjanie mogą dojść i dalej nie wolno im iść. Takie było porozumienie. […] Taki major mówi: „Skąd żeś ty?”. Mówię: „Z Warszawy, z Powstania”. – „A, no słyszałem, słyszałem – mówi – Ja jestem z gór od was, spod Zakopanego”. Ten amerykański major to był góral. Żeśmy się uściskali. Później nas przetransportowali. Rano była polowa msza święta. Wszyscy na niej byli, i wojska amerykańskie, i my. Rosjanie jeszcze nie doszli do drugiego brzegu, zresztą oni nie mieli prawa przekroczyć tego [brzegu], bo na międzynarodowym uzgodnieniu było uzgodnione, dokąd oni mają dojść. Rosjan żeśmy jeszcze nie widzieli.
Stamtąd przewieźli nas do Kassel, do koszar niemieckich. To już były wędrówki obozowe. Kassel to były koszary niemieckie, tam nas ulokowali. Chyba tam było zakończenie wojny w maju. Niedaleko były cywilne obozy. Byli Rosjanie, którzy nie mogli wracać, bo przecież Stalin nie uznawał niewoli, tylko wszystkich likwidował, tak że oni tam wieczorem śpiewali pieśni rosyjskie przy ogniskach. Niektórzy gotowali bimber. Obok [siebie były] bloki i z wojskami, i z cywilami rosyjskimi, a my jako wojskowi z Powstania Warszawskiego byliśmy skoszarowani oddzielnie.
  • W samym Kassel?

To było za miastem, bo pamiętam, że jak mnie ząb bolał, to musiałem iść trzy kilometry do Kassel do dentysty. Dałem mu paczkę papierosów amerykańskich, żeby mi wyrwał [ząb], bo nie mogłem wytrzymać.
Tam żeśmy byli chyba ze dwa miesiące. To była strefa amerykańska. Był rozkaz, że powstańcy idą w kierunku strefy angielskiej. Nie wiem po co, bo nam tutaj było dobrze. Podjeżdżają pociągi. Myślałem, że podstawią ciężarowe studebakery, ale podstawili nam towarowe pociągi. [Wsiedliśmy] na pociągi towarowe i dojechaliśmy stamtąd do Northeim, to jest okolice gór Harzu. To była Englischzone – strefa angielska. Też były koszary. Do gór Harzu, do miasta Herzberg było z dwadzieścia kilometrów. Przed wojną moja babcia mówiła, że z gór Harzu są dobre zioła, a ja nie wiedziałem, gdzie są góry Harzu. No i zobaczyłem, gdzie one są. Jeżeli chodzi o Northeim, to tam były skoszarowane całe nasze oddziały. Normalnie mieliśmy tam wartę, bo trzeba było ją ustawić. Raz na tydzień przypadała warta pod bronią. Wtedy już wszyscy musieli podporządkować się. Żywność była. Raz na jakiś czas dawali nam trzy owoskowane racje frontowe. To było breakfast – śniadanie, dinner – obiad i supper – kolacja, takie trzy [racje] frontowe, [które] amerykańce zawsze mieli. Oni mieli field jackets i zawsze mieli te [racje], [niezależnie] czy transport dojedzie, czy nie dojedzie, to zawsze żeśmy mieli. W tej racji jest mała czekoladka, biscuits – herbatniki niesłodkie, jajko z szynką – pasztecik okrągły, mała porcja kawy, pastylki do neutralizacji wody, bo żeby można się napić wody z brudnej rzeki czy kałuży, to jak się wrzuci jedną pastylkę, to neutralizowały [wodę] i papier higieniczny – toaletowy, pięć papierosów z małym filtrem i pięć zapałek takich, co można było o żaróweczkę [zapalić]. Zapałki były składane, płaskie pudełeczko, było ich chyba dziesięć, ale można było o szybę, o ścianę czy o but zapalić. To była racja frontowa dla żołnierza. Myśmy te racje dostawali raz dziennie, ale trzy porcje. To było zawoskowane, to mogło być w wodzie i nie ruszyło nic, nic się nie zepsuło. Taka była ochrona tych racji frontowych. Nam się to przykrzyło, bo ciągle suche i suche.
Dowódcą naszego oddziału, pułku był podpułkownik dyplomowany Michał Drzystek, oczywiście z 1939 roku. Zawsze, jak wieczorem czytali rozkaz, to podpisywał Michał Drzystek podpułkownik dyplomowany. Myśmy tam pełnili wartę i po jakimś czasie dawali nam gorącą strawę, codziennie była zupa i racje. Później racje nam zabrali, bo mówili, że mamy za dużo kalorii, to nam zabrali. Każdej niedzieli była msza święta w takim dużym hangarze, jakby w ujeżdżalni koni, bo podłogi nie było wcale, tylko była ziemia. Tam na niedzielę chłopaki ustawiali ołtarz. Z nami był stały kapelan. Tam było kilku kapelanów. W Northeim byłem do roku 1946. Czekałem na informację o rodzicach, o siostrze, ale nie miałem. Tylko w obozie dostałem wiadomość, że moja mama i siostra były wywiezione z Tarczyńskiej, tu jak Zieleniak był i przez Pruszków, do Berlin Spandau – fabryka amunicji. Tam była mama z siostrą. Ciężko pracowały. Siostrze mojej jątrzyły się rany. Jak przyjechali do Polski na początku 1946 roku, niczego nie było, bo wszystko było zburzone, to ropę miała na nogach. Były niedożywione.
Ojciec był wywieziony też przez Pruszków, ale mężczyzn oddzielnie odłączali, do Oranienburg Sachsenhausen – Konzentrationslager (obóz koncentracyjny). Ojciec był tokarzem i musiał pracować przy pociskach, czyli robił przy tokarce. W Mühlbergu udało mi się tylko jeden list napisać przez Czerwony Krzyż. Niemcy dawali raz w miesiącu Briefkarte druczek składany, jawny, bez kopert, że można było napisać list, gdzie kto chciał, [nawet] do Polski. My Polacy pisaliśmy do Polski. Mój ojciec, jak napisał do mnie z Oranienburga Sachsenhausen, to napisał w języku niemieckim, bo po polsku nie wolno było tam pisać. Znałem trochę niemiecki, ale niewiele, tak że musiałem poprosić o tłumaczenie i tak jak Niemcy kazali, pisać pod dyktando: „Kochany synu. Jestem zdrów. Pracuję. Do zobaczenia”. To były takie listy mojego ojca. Chciałem prosić o paczkę [dla ojca], bo w Rybnie mieszkała dalsza rodzina ojca (ojciec urodził się w Rybnie koło Sochaczewa), ale nie przysłali mu nic. Matka w ogóle nie miała żadnej pomocy. Pracowały ciężko z siostrą w Berlin Spandau do czasu zajęcia przez Rosjan.
Ja, nie mając znikąd żadnej wiadomości, czy wracają do Polski (ten list dostałem w niewoli w Stalagu IV-B), jak byłem już w Northeim w obozie angielskim po wyzwoleniu, to tam pełniłem wartę. Nie miałem żadnych wieści, żadnych wiadomości o rodzicach i o siostrze, w związku z tym nie miałem co robić. Dowiedziałem się, że przyjmują do kompanii wartowniczych pod Norymbergą. Pojechało tam kilku kolegów z oddziałów z Powstania. Można po prostu zaciągnąć się tam. Któregoś dnia w trzech kolegów w porozumieniu z dowódcą naszej jednostki obozowej (nie wiem, jak nazywał się ten kapitan), żeśmy zdecydowali [się zaciągnąć]. Kapitan musiał wyrazić zgodę. Mówię: „Panie kapitanie. Siedzimy już tutaj tyle czasu. Nie mamy żadnych wieści. Nie wiadomo, co robić. Niektórzy ciężej ranni jadą do Szwecji, inni wyjeżdżają do kopalń do Anglii. Ja do kopalni nie pojadę”. Do Szwecji nie pojadę, bo wyzdrowiałem (do Szwecji brali tylko chorych) i mówię, że chcę się zaciągnąć w jakiś sposób do kompanii. Mam dziewiętnaście lat, to był rok 1946. No i pojechaliśmy. Wsiedliśmy w pociąg w Northeim i pojechaliśmy do Norymbergii. To już była chyba jesień, było zimno. Patrzymy, idziemy, a w Norymberdze oddziały. To przeważnie były oddziały organizowane przez brygadę świętokrzyską, która przeszła przez Czechy od nas z Polski. Udało im się przedrzeć od komunistów i tam po prostu u Amerykanów byli i organizowali kompanie wartownicze. Jako młody chłopak nie miałem innego wyjścia, nie miałem dokąd iść. Wieści nie mam z Warszawy ani od matki, ani od siostry, ani od ojca. Zaciągam się do kompanii wartowniczych. Prosta ewidencja. Tam wszystkie mundury amerykańskie, wszystko, było spod stempla. Field jacket, „ajzenhałerka”, buty jedne, drugie, koce, furażerki, kurtki zimowe wszystko spod stempla, z tym że w nocy trzeba być w namiotach. To był już mróz, zaczynał się chyba grudzień 1946 roku. Było już zimno, ale patrzę, chłopaki żyją, to i ja będę żył. W każdym bądź razie, mając stopień plutonowego, dostałem pod swoją opiekę pluton i zacząłem ich ćwiczyć na co dzień, tak jak w wojsku: rano zaprawa, gimnastyka. W namiocie, jak się paliło w trociniaku, to było ciepło, a jak wygasło, to było zimno. Włosy przymarzały do namiotu, do plandeki. Dobrze było, że było wyżywienie. Rano gorące kakao na mleku. Były hermetyczne hoboki na płyny gorące, na kakao. Chleb był amerykański, taki jak ciasto. Biały chleb jak chałka (tam w armii jest taki chleb). Myśmy się nie mogli przyzwyczaić, nie było innego, trzeba było [jeść] biały chleb, ale dobry i taki, aby był. Jedzenia było tam w brud. Jedzenie to były przeważnie kaloryczne gulasze, ale kuchnia była polowa. Amerykanie w Norymberdze obsługiwani byli w zamkniętych koszarach, a my jako kompanie wartownicze w namiotach. To był okres szkoleniowy, przejściowy, dopóki nie było zlecenia, zamówienia jakiegoś oddziału do pilnowania rejonu i danych magazynów, obiektów wojskowych.
W Norymberdze byłem trzy miesiące. Wtedy w Norymberdze był jeszcze proces norymberski, przywozili tam zbrodniarzy hitlerowskich. Całe miasto, cały budynek empi, z bronią gotową do strzału. Wszystko, druty nie druty. Nas akurat przewozili, więc widziałem. Był gorąca linia. Jak był proces norymberski, to obstawa była bardzo duża.

  • Kiedy wrócił pan do kraju?

W Norymbergii po prostu było zapotrzebowanie na oddział kompanii wartowniczych do Monachium i trzy, cztery jamesy i studebakery przewiozły nas. Murzyni wieźli nas sto na godzinę, bo Murzyn nie zdejmował nogi z pedału. Jak przewozili nas, pod Monachium zajeżdżamy. Patrzę, Neuaubing, to jest dziesięć-piętnaście kilometrów za Monachium w kierunku na południe. Tam żeśmy zostali skoszarowani i tam pełniliśmy [wartę]. Były olbrzymie magazyny teleradiowe, amunicji. Tam było bardzo ciężko i odpowiedzialnie. Moim zadaniem przez miesiąc jako dowódcy plutonu było konwojowanie, wjechanie do obozu koncentracyjnego w Dachau (to było około dwudziestu kilometrów do Dachau), przywożenie esesmanów na prace do nas, do obiektu skoszarowanego, magazynów, i tam oni pracowali. Tam były oddziały amerykańskie. Tam byli potrzebni i szewcy, różne zawody tam pracowały. O piątej czy o czwartej odwoziłem samochodami ich z powrotem do Dachau. Tak jeździłem przez trzy miesiące.
  • A powrót do Polski?

Do Polski... Dostałem list od siostry, jeden czy drugi, [w którym pisze]: „Jesteśmy z mamą, nie mamy mieszkania, ale jesteśmy u cioci na Puławskiej”. Zaciągnąłem się. Miałem worek amerykański z odzieżą.

  • Którędy pan wracał? Przez Zgorzelec?

Przez Augsburg.

  • W którym miejscu wchodził pan do Polski?

Zebrzydowice.

  • Przez Państwowy Urząd Repatriacyjny?

Tak.

  • Czy po powrocie, już w Polsce, nie spotkał się pan jako powstaniec z żadnymi represjami?

Specjalnie nie. Może byłem śledzony. Na pewno była pewna obserwacja.

  • A utrudnienia w pracy?

Początkowo miałem. Straszono mnie, że jeżeli [jesteś] z AK, to wylecisz.

  • Czym się pan zajął po powrocie?

Pracą. Na razie musiałem pracować fizycznie, bo nie miałem pracy umysłowej. Miałem znajomości. Wujek mi załatwił pracę w fabryce cerat „Liberacki i Nowicki”. Najpierw było to. Mama zarabiała parę groszy jako [pracownica] fizyczna w fabryce cukierków. Ja też pracowałem. Później, za jakiś czas, bo miałem przygotowanie do pracy umysłowej, byłem w dziale zaopatrzenia w zakładach przemysłu terenowego. Później zakład „Cerata” był upaństwowiony, bo to był okres roku 1950–51. W tym okresie były ustanawiane przymusowe zarządy państwowe, że uchwałą Stołecznej Rady Narodowej zakład przechodzi pod przymusowy zarząd państwowy. Ogłaszali i koniec.

  • W którym roku wrócił pan do Warszawy?

W 1948.

  • O dalszej nauce, kształceniu, nie było mowy?

Nie, musiałem się wziąć za pracę. Wcześnie się ożeniłem, dzieci i tak dalej, tak że musiałem się wziąć za pracę i cały czas pracowałem w dziale zaopatrzenia. Od 1953 roku zostałem kierownikiem działu zaopatrzenia. Cały czas pracowałem w warszawskim przemyśle, przeważnie w działach handlowych zaopatrzenie–zbyt i tak do czasu emerytury, na którą przeszedłem w roku 1987, mając sześćdziesiąt lat.

  • Jakie ma pan najgorsze wspomnienia z Powstania?

Najgorsze? Trudno powiedzieć. Człowiek ze wszystkim musiał się zgodzić, na niewygodę. Nie mogę nikogo ganić. Były różne sprawy, że jeden dostał to, drugi dostał mniej. Były jakieś zróżnicowania, ale przechodziłem nad tym do porządku dziennego i nigdy nie [narzekałem]...

  • A ma pan jakieś miłe wspomnienia?

Miłe chwile w Powstaniu to były takie, jak się zdobyło na przykład pałac Blanka, ratusz, ulica Długa, no i wtedy hymn narodowy, Mieczysław Fogg, Hanka Brzezińska i pieśni narodowe. Dla mnie to był moment... To był sierpień, kiedy jeszcze byłem na Długiej. To były
najbardziej [miłe chwile].


Warszawa, 28 kwietnia 2009 roku
Rozmowę prowadził Mieczysław Rybicki

Zobacz także


łącznik, starszy telefonista, starszy strzelec

Jerzy Stańczyk „Rozbicki”

Jerzy Stańczyk, pseudonim konspiracyjny „Rozbicki”. Może to dziwne, że pseudonim to nazwisko, ale takie...

więcej
sanitariuszka

Barbara Wojtanowicz-Włodymirska „Ela”

Proszę nam powiedzieć o swoim dzieciństwie. Gdzie pani mieszkała? Mieszkaliśmy na Pradze,...

więcej
śpiewak

Edward Pawlak „Zbożyn”

Nazywam się Edward Pawlak, pseudonim konspiracyjny „Zbożyn”, urodziłem się 6 czerwca 1920 roku w...

więcej
starszy strzelec, łącznik, pocztowiec

Ryszard Goliszek „Stanisław Kołłątaj”, „Staszek”

Ryszard Goliszek, pseudonim okupacyjny „Kołłątaj”. Czym zajmował się pan przed wybuchem...

więcej