Wiesław Maciej Gordon „Marlicz”

Archiwum Historii Mówionej


Wiesław Maciej Gordon, urodzony 8 czerwca 1926 roku w Warszawie.

  • Gdzie pan był w czasie Powstania?


W czasie Powstania byłem na Mokotowie.

  • Proszę opowiedzieć o swojej najbliższej rodzinie, rodzicach, miejscu, gdzie się pan urodził, o dzieciństwie.


Urodziłem się na Mokotowie. Rodzice też mieszkali na Mokotowie. Jesteśmy w ogóle z Warszawy. Rodzeństwa było nas pięcioro: trzy starsze siostry, później ja i brat.

  • Jaka była różnica wieku pomiędzy rodzeństwem?


Mniej więcej dwa lata, a między mną a bratem – cztery.

  • Jakie były imiona rodzeństwa?


Kazimiera, Irena, Jadwiga, ja i Ryszard.

  • Czym zajmowali się rodzice przed wojną?


Tata był przedsiębiorcą budowlanym, po prostu budował domy na Mokotowie. Mama była w domu z dziećmi. Przed wojną chodziłem do szkoły powszechnej przy Gimnazjum i Liceum im. Władysława Giżyckiego na Mokotowie. Siostry chodziły do [szkoły] Roszkowskiej i Popielewskiej, a brat później też do tej samej szkoły, co ja poszedłem. Do tej szkoły chodziłem aż do Powstania, z tym że wtedy nie było już szkół średnich oficjalnie. To była [szkoła] pod przykrywką tak zwanej szkoły ogrodniczej.

  • Jak pan pamięta atmosferę w szkole przed wojną? Czy było nastawienie patriotyczne?


Gimnastyka zawsze rozpoczynała się marszem dookoła sali gimnastycznej i piosenką „Myśmy przyszłością narodu”. Naturalnie, że było [nastawienie patriotyczne]. U nas w domu mama uwielbiała Piłsudskiego. Ojciec brał udział w czasie pierwszej wojny światowej w legionach. Ja należałem do harcerstwa. Wychowani byliśmy raczej w duchu patriotycznym.

  • Czy przed wybuchem wojny, w domu, wśród znajomych mówiło się, że istnieje możliwość wybuchu wojny? Pamięta pan ostatnie wakacje?

 

Tak. To już się czuło. Jak byłem w harcerstwie, pamiętam taki moment, że 1 września dostałem [rozkaz], że mam się zgłosić na Zamku Królewskim i miałem być chyba łącznikiem. Dostałem maskę przeciwgazową w metalowym [pudełku] i akurat był nalot na Warszawę. Byłem smarkacz i otwierałem to tak, żeby ludzie widzieli. To się skończyło tym, że przyjechałem do domu. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Grażyny, na Mokotowie. Czuło się wojnę, bo przez radio bębniono o tym. Były hasła mówione szyfrem. Ponadto [było] zabezpieczanie szyb plastrem, papierem na krzyż. Jak sama wojna wybuchła 1 września, to 7 września ojciec wywiózł nas wszystkich pod Warszawę, do Konstancina. Ojciec przenocował tam z nami, a rano był przez radio nadany [komunikat], że wszyscy mężczyźni mają się [iść] na wschód. Ojciec zapakował plecak i nas zostawił, a myśmy zostali.

  • We wrześniu 1939 roku w pana rodzinie jeszcze nic dramatycznego się nie wydarzyło?


Nie, tylko to, że 8 września rano ojciec [zostawił nas], o ile nie mylę dat, bo to było ogólne hasło, że wszyscy mężczyźni w pewnym wieku mają [iść] na wschód.

  • Ojciec wrócił po pewnym czasie?


Wrócił dopiero w październiku, czyli nie było go ponad miesiąc. Zresztą wyglądał jak... [Był] zarośnięty. Doszedł chyba do Równego na terenach naszych kresów. Jak Ruscy przyszli, to jeszcze zdążył wrócić do [Warszawy].


  • Kiedy wrócili państwo do Warszawy?


Wróciliśmy chyba zaraz w październiku. Wróciliśmy do mieszkania na Grażyny, ale się okazało, że mieszkanie było uszkodzone i przeprowadziliśmy się na Puławską 132, na Wierzbno.

  • Jakie były pana uczucia jako młodego Polaka, kiedy zobaczył pan niemieckich żołnierzy?

 

Pierwszy raz zobaczyłem w Konstancinie patrol na koniach. Ich było trzech czy czterech, dokładnie nie pamiętam. Akurat doszliśmy z bratem jakieś trzysta metrów od domu, w którym mieszkaliśmy. Jak ich zobaczyłem, to byłem przerażony. Zaczęliśmy uciekać w stronę domu, krzycząc: „Niemcy! Niemcy!”. To było pierwsze spotkanie z Niemcami. Później poszliśmy z mamą do Piaseczna koło Konstancina, żeby coś kupić i widziałem coś makabrycznego, bo okazało się później, że to kawaleria polska atakowała Niemców, którzy już zajęli Piaseczno, leżały konie, już spuchnięte. To był przykry widok – pierwszy widok, gdzie po raz pierwszy spotkałem się ze śmiercią, bo tam leżeli i żołnierze jeszcze niepochowani, i konie. Historia makabryczna. Później wróciliśmy do Warszawy, która była częściowo zniszczona, spalona.


  • Państwo musieli zmienić miejsce zamieszkania?


Tak, bo w mieszkanie na Grażyny wpadł pocisk.

  • Przejdźmy do czasu okupacji. Czy po pewnym czasie wrócił pan do szkoły?


Tak i tam po pewnym czasie, jak to w szkole, koledzy, i zaczęła się konspiracja.

  • Kiedy to było mniej więcej?


W 1941 roku.

  • Jeszcze nie było AK.


Jeszcze nie.

  • Był pan wtedy harcerzem?


Tak.

  • Pamięta pan moment przysięgi?


Przysięgę harcerską składałem jeszcze przed wojną. Nie pamiętam już tego.

  • A w „Szarych Szeregach” już nie trzeba było składać przysięgi?


Jeszcze wtedy to nie były „Szare Szeregi”. Później tak się stało, że już żeśmy zaczęli. Zadziałał automat i jakoś to przeszło.

  • Jeśli chodzi o szkołę, czy to jeszcze była szkoła powszechna, czy tajne komplety?

 

Nie, to już była szkoła średnia pod przykrywką szkoły zawodowej ogrodniczej. To byli ci sami nauczyciele, tylko na przykład polonista w tej szkole jednocześnie uczył nas sadzenia warzyw czy czegoś takiego. Jemu się kręciło. Nieraz, już jako dorośli, gdy się później spotykaliśmy, śmialiśmy się, bo on mówił, że najlepszą ziemią do hodowli szparagów jest piasek. Nie wiem, dlaczego [tak mówił]. Okazuje się, że to nieprawda. Takie były przygotowania. Musieliśmy prowadzić zeszyty do przedmiotów zawodowych, mieliśmy nawet praktyki na Gocławiu w szklarniach, później na Mokotowie, na końcu Rakowieckiej, na Woli też [były] szklarnie, zakład. Teraz jeszcze też mieści się to samo, gdzie hodują kwiaty dla Warszawy na kwietniki, na różne klomby. Tam jeszcze jest ten zakład.

  • Co robiliście jako harcerze?

 

Chodziliśmy na przykład po Warszawie na liczenie stanowisk – pelotek, [patrzyliśmy] gdzie jakie jednostki są. Taka robota. Dzisiaj to się może wydawać śmieszne, ale takie były różne historyjki.

  • A szkolenia?


Tak. Później, już w Armii Krajowej przeszedłem z kolegami szkolenie minerskie.

  • Było trochę praktyki czy tylko teoria?


Teoria. To było tak: plastik 808, materiały.

  • Były jakieś wyjazdy szkoleniowe pod Warszawą?


Były, ale nas specjalnie [szkolili] na minerów. To było bardzo ubogie. Wiele rzeczy było ubogich. Jak słucham czy jak patrzę, to mnie ogarnia przerażenie, że tak było. Jakoś szczęśliwie się skończyło, że mi nie urwało niczego.

  • Zetknął się pan z bronią podczas konspiracji?


Tak, naturalnie. Była normalnie broń krótka – kb i ręczne karabiny maszynowe.

  • Mieliście okazję strzelać, czy tylko rozkładanie i składanie?


Rozkładanie i składanie.

  • Pamięta pan może nazwiska czy pseudonimy kolegów?


Naturalnie, bo z pewnymi kolegami do dnia dzisiejszego utrzymujemy kontakty.

  • Czy była jakaś konkretna osoba, która pana wciągnęła do konspiracji?


Tak. To był mój kolega szkolny i jednocześnie przyjaciel żyjący do dnia dzisiejszego – „Wit” – Witek Trybowski, który był ciężko ranny w czasie Powstania.

  • On był pana kolegą czy dowódcą?


Nie, dowódcą naszej sekcji był Lech Dzikiewicz, żyjący do dnia dzisiejszego, z tym że w Powstaniu nie brał udziału, bo mieszkał wtedy pod Warszawą i zachorował na zapalenie płuc. W każdy bądź razie utrzymujemy kontakty z kolegami, którzy jeszcze żyją. Był jeszcze „Drut” – Aleksander Menhard. On cały czas po Powstaniu był w obozie i został na terenie [Niemiec]. Skończył szkołę w Maczkowie i pracował w „Wolnej Europie”. Do dnia dzisiejszego mieszka w Monachium, tak że spotykamy się czy dzwonimy do siebie. Z tego naszego [plutonu] właściwie żyjemy my trzej, a tak to reszta albo zginęła, albo pomarło się już.

  • Pan wybrał sobie pseudonim na początku harcerstwa?


Nie, już później w Armii Krajowej.

  • Jaki jest pana pseudonim i jaka jest jego historia?


„Marlicz”. Myśmy z „Witem” i z jednym szkolnym kolegą, który zmarł (Leszek Gregorczyk) nie mogli się zdecydować na pseudonimy. Przyszedł nasz dowódca – Lech i mówi do Witka: „Ty będziesz »Wit«”, do Lecha: „Ty będziesz »Lechicz«”, a ja przypomniałem sobie, że był taki polski tłumacz (chyba Londona) – chyba Marlicz, który po śmierci autora napisał ostatni tom powieści z dzikiego zachodu, napisał ostatnią część. Marlicz. Przypomniałem sobie i mówię: „A ja »Marlicz«” – i tak zostało.


Jeszcze jest jedna sprawa. Wspominam to jako coś dla mnie ważnego, cały ten okres i okres Powstania, ale w tym gronie, w którym się obracam, to my nie lubujemy się w tym. Ja uważam, że to było coś pięknego, coś dla mnie ważnego i nie chcę po prostu wracać do tego. Niektórzy moi koledzy, z którymi spotykamy się na spotkaniach „Baszty”: jajko czy opłatek, to niektórzy żyją tym w dalszym ciągu i oni są w tej chwili wybitnymi w ich mniemaniu strategami, wszystko wiedzą, a to nieprawa, bo w czasie Powstania, jak byłem zawsze na pierwszej linii, to widziałem tylko swój odcinek. Nie widziałem, co się dzieje na drugiej ulicy, a dzisiaj ci ludzie mówią tak, jakby widzieli wszystko. To jest wiadomo tylko na podstawie czyichś opowiadań albo książek, które się pisze. Ja wiem, w których akcjach brałem udział, to na ten temat mogę mówić, ale co się działo na następnej ulicy, to nie wiem.

  • Jak wyglądało życie codzienne w rodzinie? Z czego utrzymywali się rodzice? Czy rodzeństwo jakoś im pomagało?

 

Tak. Przede wszystkim to co wiem dobrze, to bardzo zaawansowana była w sprawy konspiracji moja siostra Irena, bo ona była szefową łączniczek na prawobrzeżną Warszawę w „Szarych Szeregach”. U nas się odbywały przez nią wykłady dla podchorążówki „Szarych Szeregów”. Najstarsza siostra nie mieszkała z nami, bo jeszcze przed Powstaniem wyjechała z mężem do Puław – była mężatką. [Pozostałe siostry] były pannami. Młodsza siostra też była zaangażowana jako łączniczka, a właśnie braciszek mój, gdzie pomiędzy nami są cztery lata różnicy, był w „Szarych Szeregach”. Rodzice się domyślali, ale co mieli robić, jak nas była czwórka w domu.


  • Czy w 1944 wiedział pan, że planowane jest Powstanie?


Czuło się. Myśmy koniecznie chcieli tego. Miałem wtedy osiemnasty rok życia, bo akurat w czerwcu kończę lata. Ja jeszcze uwielbiałem książki historyczne, dużo czytałem, to człowiek ma wielką wyobraźnię, widzi się jako wielki bohater. Niby myśmy, jak to niektórzy mówią, że młodzież dojrzewała szybciej, w sumie to też były jednak dzieci.

  • Jak zapamiętał pan wybuch Powstania, godzinę „W”? Czy to było zaskoczenie?


Dla mnie to nie było zaskoczenie. W tej chwili nie pamiętam, na ile dni przed tym, ale myśmy mieli zgrupowanie i siedzieliśmy właśnie u kolegi „Wita” na Wilczej 9. Jego mama była lekarzem i na parterze miała duży gabinet, a na pierwszym piętrze oni mieszkali w podwórzu w oficynie. Tam nasza cała sekcja siedziała parę dni (nie pamiętam, ile dni przed Powstaniem).

  • Chodzi o ten pierwszy alarm, który był kilka dni wcześniej niż właściwy?

 

Tak. W ogóle „Baszta” miała być pułkiem ochrony Komendy Głównej. I 1 sierpnia, nie pamiętam o której godzinie, przed południem albo w południe, chyba w południe, dostaliśmy rozkaz przejścia na Kielecką – róg Rakowieckiej i Kieleckiej. Tam mieliśmy... I myśmy z tymi plecakami... To był w ogóle idiotyczny pomysł [iść] przez Warszawę, która już kipiała, wojska, niemieckie patrole, a myśmy przeszli z Wilczej – Wilcza przy Mokotowskiej, czyli całą Wilczą szliśmy do ulicy 6 sierpnia i później Niepodległości, Chałubińskiego do Rakowieckiej i w prawo. Fakt, że nie szliśmy wszyscy razem, ale to było podejrzane, że takie chłopaki [szli]. Ja w tym wieku byłem wyższy niż obecnie i ważyłem siedemdziesiąt dwa kilogramy, czyli byłem kawał chłopa. Inni koledzy też tak wyglądali. Przeszliśmy na Kielecką, tam już [były] kosze od bielizny z bronią i zaczęło się. U jednego kolegi szkolnego, który też był razem z nami w mieszkaniu, zaczęto rozdawać broń, a mnie wysłano [w teren], bo pytano się, kto zna dobrze Mokotów. Ja znałem Mokotów dobrze, bo tam się urodziłem i mieszkałem cały czas. [Poszedłem] po erkaem na Narbutta. Poleciałem tam z kolegą.

Dostałem pistolet, nie pamiętam, „hiszpanka”, dziewiątka krótka. Drugi kolega, który tam ze mną był, dostał granat ręczny. Pobiegliśmy na Narbutta. Okazało się, że ktoś inny już ten erkaem zabrał. Myśmy wyszli stamtąd, a później zaczęła się strzelanina.
Później [doszedłem] do Kazimierzowskiej, gdzie na tyłach [był] płot więzienia, które jest na Rakowieckiej na Mokotowie i patrzę, na chodniku coś leży – taka rura, jakieś tuby. Zgarnęliśmy to we dwóch i tam na rogu (jakieś trzydzieści metrów dalej) był dowódca – porucznik „Krzem”, którego znaliśmy, bo kiedyś przychodził do nas na zebrania, na odprawy, szkolenie. Powiedziałem, że coś takiego znalazłem. On mówi: „Człowieku! To jest Piat”. Mówię: „Tak, ale co to jest?”. Pokazał, jak się posługiwać i ja to wziąłem.


I tak się zaczęło moje Powstanie, że nie wróciłem do swojej sekcji ani do drużyny, tylko zostałem z Piatem. Dostałem paru ludzi i po całym Mokotowie przez siedem pierwszych dni latałem z Piatem, z tym że w nocy strzelałem pierwszy raz w życiu z piwnicy. [Stałem] na beczce, koledzy mnie trzymali. Jak oddałem strzał, tak spadłem do tyłu razem z Piatem, bo to jest straszny odrzut. Później w wojsku, będąc w 2 Korpusie okazało się, jak to się z tego strzela. Co to znaczy dla takiego chłopaka, [gdy ktoś pokaże], tak się naciąga, tak się strzela, tu jest spust, tu się wsadza. To nie jest tak zupełnie. Okazało się, że to jest piękna broń, tylko trzeba się znać na tym.


  • Pamięta pan nazwę oddziału, do którego miał pan trafić?


Jak mnie wysłano po erkaem, to miałem z nim przyjść z powrotem.

  • To był pluton, oddział?


To była ta sama kompania.

  • Trafił pan do B-2.


Tak, do B-2. Później [trafiłem] docelowo po tygodniu, bo z tym Piatem to mnie ganiano, gdzie się czołg pokazał, to miałem lecieć z Piatem. Tam się gdzieś pokazał, to leć z tym Piatem. Myśmy mieli atakować szkołę na Kazimierzowskiej. Szkoła stoi do dnia dzisiejszego – róg Kazimierzowskiej i Narbutta. Myśmy stali z tej strony, jak jest skrzyżowanie, stoi szkoła, to ten oddział, pluton, w którym ja powinienem być, to z tej strony od Madalińskiego atakował, a ja się znalazłem na rogu…

  • Pan był w IV plutonie po tych siedmiu dniach czy od razu?


Tego nie pamiętam.

  • Jak było z pociskami do Piata? Ile ich pan miał?


Było ich dosyć dużo, bo to były tuby z papieru i na pasach parcianych, tak że w sumie tych chłopaków było ze mną trzech czy czterech do noszenia tego wszystkiego. To znaczy nie do noszenia tego wszystkiego, bo samego Piata to ja nie dałem nikomu.

  • Udało się panu ustrzelić jakiś czołg?


1 sierpnia w nocy jechał Kazimierzowską, bo Kazimierzowska w jednym miejscu jest bardzo wąska. Strzelałem do niego z odległości sześciu metrów z małego piwnicznego okienka, gdzie stanąłem na beczce. Noc była ciemna z deszczem. Huk był straszny, odleciałem do tyłu i cisza, bo przecież jak jedzie czołg, to jest straszny zgrzyt. Później podjechał drugi czołg. Oni mieli automatyczne zaczepy, tak że stuknął i ściągnął go z powrotem na Rakowiecką. Ale co się tam stało? Nie zapalił się na pewno. Nie wiem, co się stało. Zresztą nie wiem, czy strzelałem pociskiem pepanc (bo tam są różne pociski, tylko to trzeba wszystko wiedzieć), czy strzelałem burzącym, nie wiem jakim. Prawdopodobnie burzącym, bo był straszny huk, uderzenie i tam się coś stało, bo jakby był pocisk pepanc, to on przepala. Strasznie przepalał. Później w 2 Korpusie miałem na ćwiczeniach [z nim] do czynienia, to przepala dosłownie, jak się w bok strzeli, to przepali pierwszą osłonę, przechodzi przez cały czołg i w drugiej przepali kawałek. W tym jest plastik, a plastik działa jak gdyby w kierunku największego oporu.


Później 1 sierpnia zaczęliśmy się już wycofywać, to żeśmy oparli się dosyć daleko, bo aż na Odyńca. Tam zaczęliśmy ścinać drzewa, robić zasieki, ale tak między nami mówiąc, okazało się, że nikt nas nie goni. Tak się pogoniło.

  • Musiał być pan dumny, gdy pan ustrzelił pierwszy czołg.

 

Tak, na pewno. Chodziłem jak paw. W ogóle jak człowiek wiedział, że go gonili po całym Mokotowie, tu z Piatem potrzebny, tu z Piatem potrzebny, to człowiek leciał. Między innymi wtedy odbiłem… Od Wyścigów szły „Tygrysy”, to na Dworcu Południowym też mnie zapędzono, przyjąłem stanowisko. Jak czołgi zaczęły jechać, nagle okazało się, że się wycofujemy. Co innego, że prawdopodobnie nas zniszczyli całkowicie, bo też głupio to stanowisko [wymyślono], człowiek nie wiedział nic.

  • Czy później okazało się, skąd ten Piat się tam wziął?


Później były kwestie sporne na jednym ze spotkań, bo to się okazało, że to był [Piat] innego plutonu i jak powiedziałem (spotkaliśmy się koledzy na jakimś spotkaniu)... Po Powstaniu się okazało i mówię o tym, a jeden ze znanych zresztą postaci, obecnie pułkownik, mówi, że to pomyłka, bo to był ich Piat i granat trafił w obsługę. Ja mówię: „Jaki granat?!”. Przecież jakby tak było, to ja bym był większym bohaterem, jakbym opowiadał, że tutaj zginęło tylu ludzi, leżało zabitych czy coś takiego, ale to leżało na chodniku. Nikogo nie było, ktoś po prostu rzucił. Nie wiem, co się stało, bo to różnie bywa w życiu. Była nieprzyjemna rozmowa między nami, bo [on mówił], że ja mówiłem nieprawdę, a ja mówiłem, że prawdę. [Mówię do niego]: „Bo jakby to było tak, jak ty mówisz, to bym był większym bohaterem, bo tu się krew leje, a ja zbieram”.


  • Obrazuje to zwykły ludzki bałagan.


Nie wiem, czemu niektórzy ludzie nie chcą przyznać, że to różnie bywało. Po prostu różnie bywało. Ja uznaję jedną rzecz (może śmieszną czy nie śmieszną), że bohaterów nie ma. Ja na przykład bardzo się bałem, a zgłaszałem się jako ochotnik, ale mnie było wstyd przed moim kolegą, że on może pomyśleć, że ja tchórzę, ale ja się bałem. Bałem się tego, że oni powiedzą, że ja się boję.

  • Jak wyglądały dalsze dni?


7 sierpnia poszliśmy na nieprzyjemną akcję pod „Wedlem”, gdzie miałem się wykazać jako miner. Mieliśmy ze sobą plastik.

  • Co się stało z Piatem?

 

Przekazałem go, bo chciałem wrócić do swojej [kompanii]. Prosiłem zresztą o przekazanie, żeby ktoś przejął, a ja chcę wrócić do kolegów. Koledzy mieli wtedy swój punkt na Naruszewicza róg Niepodległości. Tam była willa. To było chyba 7 sierpnia, więc właśnie dostaliśmy rozkaz: dom Wedla, to jest róg Puławskiej i Madalińskiego. Tam stało SS. Jedni mieli atakować od Puławskiej, od Madalińskiego, a myśmy przeszli Madalińskiego na drugą stronę Sandomierską, gdzie były zomowskie garaże i od podwórza, od strony Narbutta mieliśmy atakować Wedla.

  • To był pluton, kompania?


Nie, to była drużyna minerska. Nie wiem, kto szedł za nami, bo myśmy pierwsi szli. Żeśmy szli wzdłuż garażu, którego tyły wychodziły na ogródek czy coś takiego, doszliśmy do końca. Szliśmy w kierunku Puławskiej i tam był murowany płot. Doszliśmy do płotu. Dowódca był troszeczkę w tyle. Nie wiedzieliśmy, co robić, czy płot wysadzać. Czekamy na oddźwięk, a w tym momencie z tego garażu (oni mieli porobione strzelnice) zaczął się cyrk. Jeszcze jak szliśmy, to były poprzeciągane druty i [zawieszone na nich] puszki po konserwach. Niemcy to sobie zrobili. Jak myśmy szli, to człowiek zawadził, jęczało i oni słyszeli, jak szliśmy, ale to człowiek później zdał sobie sprawę z tego wszystkiego. Zaczęli [w] nas [rzucać] granatami. Legliśmy u płotu, przy samym murku. Szczeliny były na wysokości tak mniej więcej metr z czymś. Jak człowiek się położył, to leżał jak u Pana Boga za piecem. Zalegliśmy tam. Rzucaliśmy też przez garaż, przez dach. Miałem „sidolówkę”. To był granat, puszka z blaszki, który robił duży huk i mógł tylko pokaleczyć, nic więcej. On miał zawleczkę – wyciągało się sznurek. Jeden taki rzuciłem, ale zaczepił się o krokiewkę nad nami, a to było za wysoko, żeby ściągnąć. Ja nigdy nie używałem hełmu, bo się bałem, żeby ktoś z kolegów nie wziął mnie za Niemca i zastrzelił. Miałem Visa, bo minerzy mieli tylko krótką broń i „sidolówki”. Obok kolega krzyczy: „O Boże!”, a ja też poczułem, że mi [zrobiło się] ciepło w pupę. Okazało się, że drasnęła mnie blaszka, kolegę też, ale wszystko niegroźnie.
Po jakimś czasie część wyczołgała się do Narbutta i zostało nas dwóch czy trzech. Jeden z kolegów miał „gamona”. To był bardzo mocny granat – w płócienny angielski rękaw ładowało się plastik. To był [granat] przeciwczołgowy, ale [używało się] go i przeciw bunkrom. On nie wiedział, co z tym zrobić. Mówię: „Daj, ja to rzucę”. Rzuciłem. Tam był bunkier i z karabinu maszynowego zamknął nam wyjście na Sandomierską. Huk był bardzo straszny. Nie wiem, co się stało, czy [trafiłem w] bunkier, czy obok bunkra. W każdym razie tamten Niemiec z erkaemem też się wystraszył. Przebiegliśmy i dobiegliśmy do garażu, zomowskiego [?] już, na Sandomierskiej. Patrzę, że tam coś leży. Leży chłopak, to właśnie kolega, mój przyjaciel – Witek Trybowski „Wit”, u którego byliśmy na zgrupowaniu na Wilczej. On przebiegał i dostał z cekaemu po dwóch kolanach. Leżał nieprzytomny, ale zobaczyłem, że jest żywy i z jeszcze jednym kolegą wzięliśmy go i przenieśliśmy na drugą stronę Madalińskiego. Tam już byli sanitariusze i tam go zostawiliśmy. To był mój pierwszy poważny... Później byłem na Czerniakowskiej, bo z Górnego Mokotowa była pomoc dla Czerniakowa. Od Czerskiej atakowaliśmy koszary na Szwoleżerów i klasztor.

  • Kiedy to mniej więcej było?


To była chyba połowa sierpnia. Tam też nie bardzo się udało, bo to różnie bywało. Szwoleżerów nie wzięliśmy, klasztoru też nie. Tam mieliśmy dosyć duże straty.

  • Tam też był pan jako miner?


Nie. Już jako strzelec. Później Czerniaków płonął. Na Czerniakowie były domki parterowe, tak że to była jedna łuna ognia. To był drugi wyskok. Po jakimś czasie wziąłem udział w takiej akcji, że z lasów chojnowskich szła pomoc dla Mokotowa i myśmy mieli z tej strony pomóc im od Mokotowa. Doszliśmy tylko na wysokość Wilanowskiej dołem i tutaj dostaliśmy mocny ogień z klasztoru, który jest na końcu Wałbrzyskiej. To jest na górze, a myśmy z dołu byli. Za Królikarnią dostaliśmy ogień, tak żeśmy legli mocno w kartofliskach. Zaczął się świt i słyszymy, że w Powsinie dobijają naszych, którzy szli nam na pomoc i żeśmy się wycofali stamtąd.


  • Ktoś przygotował taką wiadomość?


Nie przekazał, myśmy słyszeli, że tam są strzały, a myśmy się mieli zarazem spotkać, a myśmy jeszcze mieli parę kilometrów.

  • Zginęło wtedy trochę osób?


Zginęło trochę osób.

Później byłem na patrolu, też śmiesznym. Na Niepodległości był duży budynek przedwojenny. To był szkielet żelbetowy. To się nazywało Westerplatte. Tak nasi to nazwali i tam wysłano nas, bo była jakaś jednostka i Niemcy ich strasznie ostrzeliwali. Poszło nas pięciu. Mieliśmy stwierdzić, jak to wygląda. Szliśmy rowem przeciwczołgowym. Dowódcą tego patrolu był „Murzyn” – kapral podchorąży. On wyślizgnął się na przedpole i w tym momencie nad nami rozerwał się szrapnel. On został od razu zabity. Jakoś szczęście od Boga dla mnie: nie zostałem draśnięty, a tych dwóch kolegów, którzy byli obok mnie: jeden został ciężko ranny, bo dostał ponad sto odłamków i oko stracił po lewej stronie, drugi też. Troszeczkę się wychyliłem i zobaczyłem, że to kolega „Murzyn”, że to już koniec. Leszkowi, który dostał tych odłamków, opatrzyłem jakoś rany (mieliśmy z rzutu osobiste angielskie opatrunki) tak go pół-dźwigając, wróciłem. Ten pierwszy – Czarek, też był ranny, tylko szoku dostał, poleciał.
Wróciłem do plutonu, z tym że tam miałem nieprzyjemną rozmowę z dowódcą plutonu, bo on się spytał, gdzie jest karabin, dlaczego od „Murzyna” nie wziąłem karabinu, a ja wziąłem [karabin] Leszka i swój, i jeszcze Leszka musiałem w jakiś sposób targać. I żeby się zemścić na nim, to on był podporucznik, a przecież nie mówi się panie podporuczniku, tylko panie poruczniku, a ja (taki szczenięcy zwód, chyba w szoku) mówię do niego: „Panie podporuczniku, dobrze, że ja Lecha wziąłem, jego karabin i siebie musiałem dźwigać, to jeszcze i tamten karabin?”. Później, jak już się dowiedzieliśmy, że jest kapitulacja, to naszą drużynę czy pluton (nie wiem) wyznaczono jako osłonę, bo reszta miała się wycofać kanałami z Mokotowa.


  • Osłona wejścia do kanału?

 

Tak, a myśmy zostali jako ochrona. Byliśmy troszkę dalej, żeby ewentualnie [osłaniać], bo z tamtej strony atakowali SS Galicja, paskudne typy i lotnicy. Lotnicy to jakieś służby pomocnicze lotnicze niemieckie. Wracając do SS Galicja, to nie pamiętam, kiedy to było, na Mokotowie jest ulica Olesińska, to ci z SS Galicja w ludność cywilną w piwnicach rzucali butelki z benzyną i granatami. To jest taka mała uliczka. Straszne rzeczy tam się działy. Zresztą oni na Mokotowie dużo krzywd zrobili.

  • Był pan świadkiem takich ich działań?


Tak. Nawet kontakty mieliśmy.

  • Jakiej narodowości byli?


SS Galicja? Mówiło się, że to Ukraińcy. Mówiono, że na Ukrainie montowano. Byli przecież też i Łotysze. Były formacje niemieckie, bo ci ludzie, tak jak SS Galicja... Z ich punktu widzenia, jak dzisiaj na to patrzę, to oni się chwytali od wieków, żeby mieć swoją niepodległość. Nigdy nie mieli niepodległości, to chwytali się wszystkiego, co tylko możliwe, żeby swoją niepodległość uzyskać. W pierwszej wojnie światowej chwytali się Piłsudskiego, później chwytali się Niemców. Takie bywają losy różnych narodów.


  • Czy ci dwaj ranni koledzy przeżyli?


Tak, z tym że „Lechicz” przeżył i zmarł około dziesięć lat temu, a „Wit” żyje do dnia dzisiejszego. Jesteśmy bardzo blisko ze sobą, bo przyjaźń nawiązuje się nie tylko ze szczenięcych lat.

  • Jak wyglądała osłona wejścia do kanałów?


Szczerze mówiąc, to wyglądało nijak. Myśmy po prostu dostali swój odcinek, bo zgrupowanie, cały Mokotów, cała „Baszta” była między Puławską, Wiktorską, trochę Bałuckiego (ale nie cała), trochę na zachód od Bałuckiego i Różana, czyli to był cały obszar Mokotowa pod koniec, tak że myśmy tutaj byli. Pod koniec, ale to już przy „telefonach” na Szustra, dostałem, ale niegroźnie. To były [rany] powierzchowne. Później nagle znalazła się część ludzi, którzy chcieli przepłynąć przez Wisłę, ale wybierali tych, którzy pływają. Ja, że pływałem dobrze i pływam, to się zgłosiłem, ale okazało się, że się nie zgodził major „Burza”. Później już nagle kapitulacja i na Bałuckiego koło Szustra ustawiliśmy się. „Burza” i inni (to był 27 sierpnia) poszli w stronę Wiktorskiej i kazano nam zrzucić broń. Był wykop, fundamenty, piwnice były. Tam składowaliśmy wszystką broń. Niemcy, jeńcy niemieccy… I nagle zwrócił się jakiś podoficer, że jeńcom niemieckim zostały zabrane zegarki, żeby oddać te zegarki. Każdy zegarek swój oddał, chociaż to nie był żaden zabrany Niemcom.

Później zobaczyliśmy „kałmuków” i lotników. Stamtąd nas popędzono bez broni na Fort Mokotowski. Tam przemawiał do nas generał von dem Bach. Pamiętam to jak dzisiaj. [Mówił], że zostajemy uznani za kombatantów, nikt do nas nie ma prawa [strzelać] (a tam się kręcili esesmani), tylko po opieką Wehrmachtu zostaniemy przewiezieni do obozów jenieckich na terenie Niemiec. Tam dano nam grochówkę, tylko nie dano naczyń, ale że było dużo grobów niemieckich i tam stały kwiaty w zardzewiałych puszkach po konserwach, to tylko tak żeby Niemcy nie widzieli, my te puszki [braliśmy], żeby zjeść grochówki. W ogóle to był głód, nie bardzo było co jeść.

  • Jak było z żywnością?


Myśmy jako wojsko mieli lepiej.

  • Lepiej niż cywile?


Tak. Na pewno, bo były rekwirowane magazyny i gotowano. Zawsze mieliśmy jakąś strawę. Ponadto, akurat ja, byliśmy cały czas na czujkach, to były różne takie sprawy, że jak szliśmy na przedpola, to szło się przez piwnice, to nieraz w piwnicach coś się znalazło. Tak samo wiem, że ja osobiście i wielu kolegów moich, to jak trafiliśmy gdzieś do mieszkania na przedpolu, to na przykład brałem bieliznę. Zostawiałem swoją brudną koszulę, gatki, skarpetki i zakładało się to, żeby mieć, bo to przecież i tak się spali czy coś. W każdym bądź razie nie uważaliśmy tego za grabież, tylko chcieliśmy przez jakiś czas czuć się czysto, bo przecież żadnych łaźni czy czegoś takiego nie było. Człowiek musiał sam dbać. Z wodą była tragedia, wodociągi nie były czynne. Przyznaję się do tego, że robiliśmy takie rzeczy.

  • Utkwiło może panu w pamięci, co dobrego udało się znaleźć?


Myśmy dobrego nic [nie znaleźli], akurat w tym towarzystwie, w którym byłem. Dla nas najlepszym dobrem były czyste gatki, koszula. Miałem kolegę, który uwielbiał płyty gramofonowe (nie wiem dlaczego) – zbierał po prostu płyty. Z moich kolegów, z tych co znam, nie było absolutnie żadnych innych rzeczy. Gdzieś tam jedzenie...

  • Miałem na myśli jedzenie.

 

Nieraz bywało tak, że (trochę głupio mówić), przypuśćmy, przyszedł ktoś od dowództwa, żeby zaprowadzić jakieś panie na przyfrontową linię, bo one tam jakieś dokumenty czy coś [chcą zabrać], ale okazało się, że one... Myśmy byli osłoną dla tych pań, a one szły tam nie wiem po co. Brały coś od siebie z mieszkania. Niektóre, co nam niektórym nie odpowiadało (mówię o swoich kolegach) dawały butelkę wódki czy coś takiego ze swoich zapasów. Myśmy wódki nie pili, bo w tym wieku akurat tak było, że myśmy nie pili. Owszem, jak by dała mięsa kawałek czy konserwę, to byśmy z chęcią wzięli, ale nie wódkę. Tylko że znowuż wódkę żeśmy sprzedawali, zamieniali z kimś na coś innego. Były różne sprawy, to jest życie. Nic nie jest czarne i nie jest białe. Jeszcze między tym są różne kolory.


  • Czy utkwiły panu jakieś miłe, radosne, zabawne wspomnienia?


Myśmy przeważnie byli na czujce – z jednej strony ulicy Niemcy, z drugiej strony my. To były dzienne [obserwacje], a w nocy wracaliśmy: Niemcy szli do siebie, a my do siebie, ale ktoś tam zostawał. Wtedy stacjonowaliśmy, mieszkaliśmy, mieliśmy czujki na Narbutta, na wysokości kina „Stolica”, które było dawniej, a Niemcy po drugiej stronie placu. Na noc wracaliśmy do plutonu, gdzie mieszkaliśmy w willi na Szustra. Dwie wille dalej były dwie siostry i myśmy z kolegą w wolnych chwilach zachodzili tam porozmawiać z rodzicami, bo to była bardzo [porządna] rodzina. Chodziliśmy tam po prostu pośmiać się, rozluźnić. Kiedyś się zasiedzieliśmy, a dowódcy nie powiedzieliśmy, a był alarm, bo pokazał się „gołębiarz” i zrobili alarm, a nas dwóch nie ma, bośmy byli dwie wille dalej. Jak wróciliśmy, dostaliśmy za to kopanie rowów przeciwlotniczych, tak że taka śmieszna rzecz. Później nieprzyjemna rzecz, bo skończyliśmy kopać rowy, bo to [trwało] dwa dni czy coś takiego i był alarm lotniczy i nasz dowódca kompanii „Krzem”... Myśmy byli na czujce, a on (to był bardzo fantastyczny człowiek, twardy, z całym szacunkiem chylę czoło przed tym człowiekiem), jak był nalot, siedział w rowie. Bomba uderzyła niedaleko i został kontuzjowany, przysypany ziemią, tak że nie wiem, ale chyba do końca nie brał już udziału w Powstaniu, bo był głuchy i coś mu się z głową stało. Taka śmieszna i jednocześnie przykra rzecz, że myśmy za taką [rzecz] rowy kopali.

  • Jakie były nastroje w oddziale, relacje wśród was – kolegów, przełożonych?

 

Przyjemne, z tym że później dowódca naszego plutonu... Nie chcę mówić, jak się nazywał, już chyba nie żyje, ale ja go nie szanowałem, bo to był człowiek, który nigdy z nami nie był i jakoś tak się dziwnie składało, że myśmy się wybierali (zawsze jakoś nasza pewna grupa, prawie że wszyscy) gdzieś na ochotnika, a on zawsze był z tyłu, zostawał. Tak samo było, jak myśmy szli na Czerniaków, to jego nie było z nami na Czerniakowie. Nie wiem, może za mało się znałem na tym wszystkim, ale nigdy go nie widziałem w akcji. Owszem, inni, może niżsi rangą [byli]. Tak to różnie było.

  • A jako człowiek był służbistą?


Stosunkowo mało.

  • Pan akurat był w konspiracji, ale niektórzy to byli ochotnicy. Jak to wyglądało?


Akurat tam gdzie ja byłem, to nie było [ochotników]. Myśmy byli, że tak powiem starą gwardią. Na przykład na Mokotowie był oddział więźniów z Mokotowa, z którymi bliżej żyłem już później w obozie jenieckim. Poznałem ich. To byli złodzieje. Taki jeden kulawy Bolek, to był złodziej kolejowy – kradł węgiel i go postrzelili, i kulał. Później w obozie jenieckim okazało się, że to [byli] bardzo uczciwi ludzie. Kolegi nigdy nie okradł, tylko on, owszem, Niemców, to tak. Na Mokotowie było trochę Węgrów.


  • Pan się zetknął z jakimiś obcokrajowcami?


Z Węgrami jeśli chodzi o przyjaciół, bo tak to SS Galicja – Łotysze, a tak, to chyba nie.

  • Jak wyglądało podejście do was ludności cywilnej, która nie brała udziału w Powstaniu?

 

To było bardzo różnie. Myślę, że to wszystko zależy od człowieka. Uznaję jedną zasadę w życiu z żoną, że jeśli ja z kimś zaczynam rozmowę i uśmiecham się, to on automatycznie zaczyna uśmiechać się do mnie. [...] Nie spotkałem nikogo, kto by mi powiedział coś brzydkiego czy coś takiego.

  • Ludność często cierpiała głód.


Myśmy się dzielili. U nas to nie było tak. Jak myśmy często byli na czujkach, to na Mokotowie za Różaną było jak gdyby osiedle woźniców. Oni mieli konie. Konie były rekwirowane przez wojsko do jedzenia. Jak się trafiło, że konia coś zabiło, to dostawaliśmy od nich kawałek mięcha. To jak przynosiliśmy, to cywili też [częstowaliśmy], bo mieliśmy kaszę przydziałową, kucharz jakąś zupę robił, to ludność cywilna jadła u nas, tak że akurat u nas... Może Mokotów był szczęśliwszy niż Śródmieście, bo były i ogródki działkowe, i wille, to każdy mógł coś w tym [znaleźć]... Nie było tak tragicznie z jedzeniem.


  • Jak wyglądało zakończenie Powstania? Nie mieliście zamiaru iść kanałami do Śródmieścia?


To nie ode mnie zależało. Nie wiem, co myślał „Burza”.

  • A co pan myślał? Chciał pan przejść kanałami?


Nie myślałem o tym, po prostu to było napięcie, że tutaj nie zgodzili się, żebym przepłynął przez Wisłę, kazali [zrobić właśnie] to, no to kazali.

  • Był pan karnym żołnierzem.


Tak, można powiedzieć, że tak.

  • Co pan czuł w momencie kapitulacji?


Ciężko powiedzieć, bo to człowiek przeżywa bardzo, zresztą wiele rzeczy się przeżywa, tak jak w czasie Powstania pierwszy raz w życiu byłem na mszy i na spowiedzi ogólnej. To było w szpitalu elżbietanek. Na schodach stał ołtarz i była msza święta. Później spowiedź ogólna pierwszy raz w życiu, bo normalnie człowiek spowiada się inaczej. Jestem rzymskokatolikiem, a tutaj dostaliśmy rozgrzeszenie. To było dla mnie coś innego. Później się z tym spotkałem, bo w obozie ksiądz był Francuzem, to jak tam spowiadać Polaków, jak ja mam się z nim dogadać, to też była ogólna spowiedź. W 2 Korpusie, w kościele anglikańskim, jak się skończyła msza z ich pastorem, to się zaczynała z polskim, a jak nie było polskiego, to on prowadził. Tak że to wszystko wyglądało inaczej.

  • Czy były takie momenty, że zetknął się pan z elementami kultury?

 

Tak, były. To znaczy przychodził do nas... Nie pamiętam, kto to był, ale to był chyba muzyk, jakiś twórca pieśni, który przychodził z gitarą i jak byliśmy na Naruszewicza i nieraz jak mieliśmy wolne, to przychodził i śpiewał. My z nim śpiewaliśmy.


  • Z jaką bronią zakończył pan Powstanie?


Zaczynałem z Piatem, a skończyłem ze Stenem.

  • W międzyczasie, jak był pan w patrolu minerskim, to miał pan tylko Visa?


Nie, Visa później, a na samym początku miałem „hiszpankę” – krótką dziewiątkę, na krótką nietypową amunicję. To się oddawało, dostawało się inną, zdobywało się.

  • Pan zakończył Powstanie jako powstaniec, jako żołnierz właściwie. Gdzie pan trafił?


Trafiłem najpierw na plac, gdzie przemawiał do nas generał von dem Bach i stamtąd popędzili nas do Pruszkowa. Tam była olbrzymia hala. Dali nam trochę jedzenia, ale nie było znowuż w co brać, tośmy rozebrali piec kaflowy, który był na tej hali i żeby Niemcy nie widzieli, glinę się wydłubało i z kafli się jadło. Z głodu to człowiek wszystko zrobi. Z Pruszkowa, nie wiem, czy nas wywieźli, czy przepędzili do miejsca, gdzie byliśmy w ziemiankach. Tam spotkaliśmy „berlingowców”, których Niemcy wzięli do niewoli, jak przeszli Wisłę na Czerniaków, i tu się z nimi spotkaliśmy. Razem z nimi byliśmy w ziemiankach. To byli Polacy z kresów, bardzo prości ludzie. Akurat my się z takimi spotkaliśmy.

  • To było gdzieś pod Warszawą?


Tak, pod Warszawą, gdzieś koło Pruszkowa. Nie pamiętam nazwy tej miejscowości. Byliśmy tam parę nocy. Pamiętam, że padał deszcz. Ziemianki są w ziemi, przysypane ziemią, tak że błoto kapało. Później [wsadzili nas] w wagony towarowe i do Niemiec. W wagonach [był] taki kibel, naczynie do załatwiania się, drewniane, trochę słomy i koniec. Pierwsze żarcie dostaliśmy w Berlinie (nie wiem, ile jechaliśmy do Berlina). Siostry Czerwonego Krzyża – Niemki z grochówką coś nam tam dały.

Później żeśmy pojechali do obozu Sandbostel, gdzie Stalag X-A czy B, już nie pamiętam. To było na torfowiskach. Olbrzymi obóz, bo to był obóz międzynarodowy. Byli tam Polacy z 1939 roku na funkcjach. Oni właściwie byli szefami całego obozu, gdzie było ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Byli Rosjanie, internowani Włosi, Francuzi, Belgowie i my – powstańcy. Z Polakami z 1939 roku Niemcy bardzo się liczyli, bo to byli na stosunki tamtejsze bardzo bogaci ludzie, przez to, że dostawali paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Oni mieli własną kuchnię, własnego kucharza. Pobierali od Niemców, ale żywili się sami. Mieli [sporo] tych paczek, więc Niemcy siedzieli u nich w kieszeni, bo w paczkach mieli kawę, papierosy, gdzie kawy naturalnej nie było. Oni mieli eleganckie mundurki, chodzili bardzo przyzwoicie [ubrani] i ze swoich zapasów – a nas przecież było parę tysięcy (chyba nie przesadzam) – dali pierwszy raz paczkę na dziesięciu chyba. Nam Czerwony Krzyż do tego dorzucił. Później też [otrzymaliśmy] jeszcze jakąś pomoc, tak że z całym szacunkiem dla tych ludzi, jak ci nasi szli tam, to Niemcy – wachmani, kłaniali się im wszyscy.

  • Jak wy byliście traktowani?


W obozie? Nie mogę powiedzieć – normalnie. Ciężko było, bo był jeden mały, byle jaki chleb razowy na dwunastu. Z brukwi i z czegoś jeszcze zupka „polej”, kawałek margaryny i kawałek tak zwanego dżemu z buraków albo z marchwi z sacharyną i herbatka ziołowa. I do tego na obiad trzy ziemniaki w mundurkach jak dla świń. I się tak żyło.

  • Czy do końca wojny byliście z Sandbostel?

 

Nie. Później nas... Według konwencji myśmy – jeńcy wojenni nie mogli pracować, ale Niemcy pod koniec nie [przestrzegali] tego. Wysłali nas do Hamburga do stoczni. Tam nas siedemdziesięciu czy coś takiego wywieźli do Hamburg American Line. W tej stoczni na początku pracowaliśmy na robotach ślusarskich czy coś takiego. Różne rzeczy się robiło. Później zapędzili nas do wożenia na wózkach płyt stalowych do robienia poszycia kadłubów. Później przez pewien czas byliśmy zatrudnieni przy montażu, bo Niemcy budowali statek – matka łodzi podwodnych, gdzie na dziobie był olbrzymi dźwig, który miał podnieść uszkodzoną łódź podwodną, a ten statek był fabryką, że maszyny mogły wyrabiać wszystko. Tam byłem zatrudniony z kolegami. Każdy statek ma stały balast na dnie i z kostek betonowych uformowanych odpowiednio jak puzzle układało się stały balast, ale to była paskudna robota, bo kostka ważyła około pięćdziesięciu kilogramów, a to trzeba było na kolanach tunelami w niektóre miejsce dopychać. Okazało się, że jak już statek był prawie gotów przyszedł nalot dywanowy. Rano przychodzimy do statku, a mu tylko dźwig wystaje, a on leży zatopiony.


Stamtąd popędzili nas później pod granicę duńską. Pod granicą duńską już nas wyzwolili. Anglicy przyszli dużo później, niż był koniec wojny, tak że myśmy się sami wyzwolili, jak usłyszeliśmy, że jest koniec wojny, a Anglików zobaczyliśmy parę dni po zakończeniu wojny (nie pamiętam którego).


Później dowiedziałem się, że dziewczyny, czyli tak zwane akaczki, są pod granicą holenderską w Oberlangen i z kolegą we dwóch „na paluszek” wybraliśmy się tam. Pojechaliśmy. Stamtąd wróciliśmy z powrotem do siebie pod holenderską granicę. Dowiedzieliśmy się, że te dziewczyny wyjechały do Murnau, do Bawarii, to myśmy wzięli przepustkę, że jedziemy na studia do Innsbrucku. Dostaliśmy przepustkę od Anglików i „na paluszek” przejechaliśmy spod granicy duńskiej do Murnau, gdzie właśnie poznałem swoją żonę i inne dziewczyny. Stamtąd dostałem się ostatnim transportem do 2 Korpusu, gdzie 2 Korpus robił to oficjalnie, ale nie mógł oficjalnie, więc przez granicę to nas szmuglowali. Ostatnim transportem jechało nas siedemnastu do Włoch. Na lokomotywie spalinowej przejeżdżaliśmy przez Alpy, przez Brenner. Później w Preddapio po prostu nas komisja rozdzieliła. Ja chciałem dostać się do marynarki, bo mi się marzyło, a oni powiedzieli, że nie przyjmują. Mówię: „To do lotnictwa”, to oni mówią, że nie przyjmują. To mówią: „Na broń pancerną możesz iść”. No to do broni pancernej. Zostałem przydzielony do 14 Wielkopolskiej Brygady Pancernej. To było chyba w Lanciano. W grudniu wyjechałem z Murnau, w styczniu dostałem się do pułku i w pułku zostałem przydzielony do 10 Pułku Huzarów. W 14 Wielkopolskiej Brygadzie Pancernej były trzy pułki: 3 Pułk Ułanów Śląskich, 15 Pułk Ułanów Poznańskich, czyli Andersa i 10 Pułk Huzarów. A dlaczego huzarów? Później się okazało, że huzarzy z Napoleonem jak szli pod Moskwę, to [nazwano] 10 Pułk Huzarów Polskich i tak zostało, bo przed wojną nie było przecież żadnego 10. pułku huzarów. Mieliśmy niebieskie proporczyki i na tym złota pętla. Na beretach też złota pętla.

  • Tam już się pan nauczył poprawnie posługiwać Piatem?


Jeszcze nie. Tam byłem w szwadronie rozpoznawczym, ale w lutym już wysłano nas kilku, w tym akowców, na [niezrozumiałe], bo ten pułk był bardzo dziwny, bo było w nim osiemdziesiąt procent ludzi z Wehrmachtu.

  • Niemców czy Ślązaków?


Ślązaków, Pomorzaków. To, co u nas się mówi „dziadek”. Ludzie, co nie znają historii, to są różne [pojęcia]. Osiemdziesiąt procent było tych, nas było pięciu z AK i była mała część tych, którzy wyszli z Rosji z Andersem i byli w Kenii, w Indiach czy w jakimś innym dominium angielskim i osiągnęli osiemnasty rok życia, to ich wcielano do 2 Korpusu. Nas pięciu wysłano do Egiptu, do Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej na Środkowym Wschodzie. To było pod Kairem słynna jeszcze szkoła dowódców czołgów – Abazja. To było duże centrum wyszkolenia dla wszystkich wojsk armii angielskiej, którzy podlegali dowództwu, więc byli Hindusi, Australijczycy, Kanadyjczycy, ludzie z Południowej Afryki, my byliśmy. Nas było na roku, zresztą też dziwny rocznik, bo nas było około stu trzydziestu chłopa, w tym takich łebków jak ja, czyli młodych ludzi, to było niedużo, a większość była oficerów, którzy z kawalerii przechodzili do broni pancernej, bo kawalerii już nie było. Z tym że my wszyscy chodziliśmy trójkami, szóstkami, tak jak w kawalerii, a nie dwójki, czwórki. Taka kawaleria, tylko że na czołgach.

  • Kiedy byliście razem w Egipcie?


W 1946 roku.

  • Dlaczego od razu po wyzwoleniu nie chciał pan wracać do kraju?


Tam była taka opinia, że jak wrócisz, to cię od razu zamkną, twoją rodzinę i wszystkich.

  • Tam, czyli gdzie? Wśród ludzi, którzy byli w obozie?


Tak. Jeszcze specjalnie, później jak myśmy byli w Murnau – oficerski oflag, to była taka plotka, że trzecia wojna już wisi, że tam cię zamordują, wyślą ciebie i rodzinę na „białe niedźwiedzie”, wszystkich akowców, bo tu były różne...

  • W czasie Powstania czy po Powstaniu w rodzinie były nastroje antyrosyjskie, antysowieckie?


W każdym bądź razie u nas w domu uważano, że my mamy dwóch wrogów: ze Wschodu i Zachodu. Ponadto jeszcze w czasie wojny już dochodziły do nas słuchy o tym, co się dzieje na wschodzie. Już w czasie okupacji wybuchł Katyń, który był przypuśćmy... Niby człowiek nie czytał „gadzinówek”, ale coś się obijało o uszy. Były zdjęcia – przede wszystkim Katyń. Przecież Niemcy rozbębnili to na cały świat i chcieli to [nagłośnić], tak że myśmy wiedzieli, co tam się dzieje. Niektórzy, którzy przeżyli tam, przychodzili tutaj stamtąd.

  • Zresztą wystarczyło pamiętać 17 września.


Właśnie o tym wszystkim mówię. Tu ludzie dochodzili, już po 17 września. W 1941 roku przychodzili, w 1942 roku i opowiadali, co tam się dzieje, tak że to nie było zachęcające. Jak tam była taka propaganda, to człowiek był bardziej przekonany, że to wszystko jest prawda, dlatego nie mieliśmy tutaj zamiaru… a wszyscy liczyli, że to będzie [pomoc]. 2 Korpus liczył ponad sto tysięcy ludzi – wojska. To była potężna, nowoczesna armia, tak że to...

  • Był taki moment, że wybierał się pan z kolegą na spotkanie z akaczkami, spotkał się z żoną, która oczywiście nie była jeszcze wówczas żoną, i dalej poszedł pan do wojska?


Tak, bo myśmy jednak myśleli, że będzie trzecia wojna światowa.

  • To był kolejny przystanek. Gdzie pan trafił dalej?


Z Egiptu wyjechaliśmy późną jesienią. Skończyło się szkolenie. Przyjechaliśmy do Włoch i w tym momencie była likwidacja korpusu. Na polu czekaliśmy na transport do Anglii, bo wszystko [odbywało się] statkami. Wyjechaliśmy z Neapolu do Glasgow, do Anglii – dwa i pół tysiąca ludzi, bo to był potężny statek. Tam przyjechałem na południe Anglii do Petworth, Newhaven, Brighton. Tam okazało się, że Niemcy, nie Niemcy już... Myśmy tam dostali od kogoś, nie pamiętam jakim cudem, kartkę z domu. Tam było napisane: mama, ojciec i rodzeństwo – to była zwykła kartka pocztowa – „Wracaj do domu”, to komu nie wierzyć, jak rodzinie...

  • Wszyscy przeżyli Powstanie, rodzeństwo?


Tak. Z żoną się dogadaliśmy, że będziemy sobie wierni...

  • Gdzie państwo się ponownie spotkali?


Znowuż w Anglii i tam żeśmy postanowili, że pobierzemy się w przyszłości, bo nam żołnierzom zapewniono, że myśmy mieli przy rozwiązaniu korpusu prawo wyboru: albo przejść do korpusu rozmieszczenia i przygotowania zawodu czy coś takiego – roczny, płatny; albo gdzie chcemy do każdej kolonii czy dominium na terenie Wielkiej Brytanii. Możemy dostać bezpłatny bilet i pojechać tam, czyli Kanada, Australia, Ameryka Południowa, Kenia, Indie – gdzie kto chciał. Dostawało się jeszcze od królowej jakiś zasiłek na zagospodarowanie albo [można było] wrócić do domu. Myśmy postanowili wrócić do domu – oboje żeśmy tak postanowili. Zgłosiłem się, że wracam do domu. Wtedy odizolowano tych, którzy chcą wrócić do Polski. Było to bardzo nieprzyjemne dla nas i byliśmy traktowani troszeczkę inaczej. To było traktowane do pewnego stopnia jak zdrada i nagle ni z tego, ni z owego przywieziono nas pod Brighton do Newhaven, do rozminowywania wybrzeży południowej Anglii. W tej szkole, w której myśmy byli, było dziwne, bo nas młodych było kilku, a reszta to oficerowie. Najstarszy był w stopniu chyba podpułkownika. Im ciężko przychodziły pewne przedmioty, na przykład fizyka. Mówiło się per kolega, bo to z ławy szkolnej. Wykłady wszystkie były wspólne, poligony, strzelania były wspólne, czy egzamin końcowy taktyka i dowodzenie – wspólne wszystko, tak że człowiek...

  • Gdzie były szkolenia?


W Egipcie. Myśmy się tak jak gdyby zaprzyjaźnili z oficerami. W Newhaven komendantem był taki jeden rotmistrz i mówię do niego: „Panie rotmistrzu. Całą wojnę się uchowaliśmy i teraz mam rozminowywać pole, nie wiem dla kogo. Dla Anglików? Jakieś tutaj stanowisko takie...”, a on mówi: „Jakie?”. Mówię: „Na telefonach”. – „Tak, ale my mamy tylko dwanaście numerów”. Ja mówię: „To nie szkodzi. Będziemy to robić w dzień i w noc”. Jakoś się zgodził i umieścił nas na centralce, tak że myśmy na pola minowe nie jeździli. Po jakimś czasie znowu nas wywieźli gdzieś pod Cambridge i tam postanowiłem... Czekaliśmy na transport do Polski i tam po prostu z nudów stare chłopy grali w dwa ognie. Jeść dawali, pieniądze dawali, ubranie dawali, tylko nie było nic do roboty. Poszedłem z kolegą na folwark angielski, żeby [nas przyjęli] do pracy. Faktycznie, przyjęli nas. Przez parę pierwszych dni roztrząsaliśmy gnój na polach, a później zarządzający majątkiem (czarne berety, bo broń pancerna) pyta się, czy ja umiem traktor prowadzić. Mówię: „Naturalnie”, a nie miałem zielonego pojęcia o traktorze, ale czołg, karier, wóz pancerny, samochód, motor, to wszystko było. Zacząłem jeździć traktorem. Tam dosyć dobrze zarabialiśmy, tak że człowiek miał jedzenie, wszystko. Jak był powrót do Polski, to były takie sklepy demobilu, to kupowałem spadochrony i wycięte zelówki. Spadochrony miały czasze z nylonu, bo tutaj, jak pisałem do domu, to szło jak... Tak parę dni [to trwało] i wróciliśmy do Polski.

  • Jakie było przywitanie w Polsce? Pamięta pan o historiach z białymi niedźwiedziami?


Tak, więc był taki nieprzyjemny moment. Czekaliśmy na redzie. Przyjechało nas dwa i pół tysiąca ludzi. Czekaliśmy na redzie całą noc, bo przyjechaliśmy wieczorem, to jeszcze wieczorem patrzymy, podjeżdża motorówka, żołnierze. Myśmy byli eleganccy, a tu tacy z karabinkami, mundury, rany boskie... Weszli na statek i rano wjechaliśmy do portu i cóż my widzimy: myśmy tam nigdy nie jeździli wagonami towarowymi, tylko osobowymi albo samochodami, a tutaj podciągają pociąg towarowy i wtedy przy każdym wagonie... Myślimy: „Józefie święty, mieli rację – na »białe niedźwiedzie«”. A jeszcze mówią: „Bagaż ciężki zostawić. Tylko osobisty ze sobą [zabrać]. Bagaż ciężki kto inny zabierze”. Myślę sobie: to już wszystko jest załatwione. Załadowaliśmy się, pociąg ruszył i po jakimś czasie zatrzymuje się, ale wjeżdża w teren dawnego obozu koncentracyjnego. Wszystko ogrodzone drutem kolczastym, wieżyczki z karabinami maszynowymi na górze, w środku baraki. Tam kazali się wyładować. Wyładowaliśmy się. Ktoś przyszedł i powiedział: „Panowie. Proszę załatwiać sobie: barak numer ten to jest lekarz, barak numer ten to zdjęcia, barak trzeci, wydają zdjęcia” – i mówi: „Jak załatwicie sobie to, to na kierunki zbierzcie się grupkami i zgłoście się. Dostaniecie samochód, bilet do domu”. Myślimy sobie: „Chyba dobrze będzie”. Faktycznie, tak było.
Sześciu nas jechało akurat do Warszawy. Bagaż ciężki przywieźli nam, rozdali. Jak załatwiliśmy wszystko, to poszliśmy zameldować, że mamy załatwione wszystkie dokumenty. Dali nam szewroletkę piętnastkę, amerykańską, taki pół-ciężarowy samochodzik i na dworzec. Wsadziliśmy się w wagon. Przyjechaliśmy do Warszawy, z tym że ja nie mówiłem, nie pisałem rodzicom, że przyjeżdżam, tylko kolega z Pragi, którego poznałem, on rodziców zawiadomił, bo my byśmy sami nie zabrali się z tym bagażem, który mieliśmy, bo byliśmy objuczeni strasznie tymi rzeczami. Później [wsiedliśmy] w citroenkę piętnastkę, kierowca jakiś był, tylko pieniędzy nie ma. Pytam się: „Na Mokotów?”. – „A co pan ma?”. Mówię: „Mam papierosy, zelówki”. – „To dobrze. Siadaj pan, zawiozę pana”. Siadłem, podjechałem, zapłaciłem mu papierosami, zelówkami i przyjechałem przed dom. Mieszkaliśmy na drugim piętrze. Sam wniosłem bagaże. Myślę: zapukam delikatnie, bo mówili, że UB to puka, to pomyślą sobie, że UB czy coś. Mama, rodzina, brata nie poznałem, bo to już prawie chłop był.
Jeszcze ważna rzecz: kiedy odjeżdżaliśmy z Anglii, powiedziano nam, że za nami idą nasze książki ewidencyjne, czyli wszystko, co żeśmy podawali: przebieg służby wojskowej, konspiracji, to wszystko. Przyjeżdżając do Gdańska, jak po te dokumenty [się szło], kapral spisywał wszystko, we dwóch, bo tylko on był przy biurku i ja. Pyta się, skąd ja się tam znalazłem. Powiedziałem mu, że byłem w AK w czasie Powstania. On słucha i mówi: „Proszę pana, a po co pan to podaje?”. Myślę sobie: prowokacja. Mówię: „Proszę pisać tak, jak mówię”. On mówi: „Jak pan sobie życzy. Proszę bardzo”. Wszystko to pisał i może dlatego miałem spokój, bo i w pracy, i wszędzie całą swoją historię [podaję], byłem pewien, że te zeszyty ewidencyjne idą. Myślę sobie, że jak czegoś nie podam, to się do mnie przyczepią, a jeśli wszystko podam, to albo się przyczepią, albo się nie przyczepią i będę miał spokój. Nie przyczepili się i miałem spokój, bo w pracy podawałem zawsze wszystko od samego początku.

  • Czyli w sumie nie miał pan żadnych nieprzyjemności?


Nie, tylko później to myśmy mieli tak, że nasz syn pierworodny, marzyło mu się lotnictwo...

  • To tak jak panu.


Tak. Do lotnictwa nie chcieli go przyjąć. Ja tam później przez kogoś [starałem się] chłopaka umieścić, bo czego to rodzic nie zrobi dla dziecka. Już myśleliśmy, że jest wszystko w porządku, ale nagle mu powiedzieli, że każda szkoła oficerska, ale nie lotnictwo. Później tak długo wierciłem dziurę, aż się z żoną dowiedzieliśmy, o co chodzi. A moja kochana żona utrzymywała kontakty listowne z koleżankami i z kolegami, i z jedną znaną bardzo osobą. Był taki ksiądz – Kirszke w „Wolnej Europie”, zresztą bardzo fantastyczny człowiek i żona z nim też utrzymywała kontakty listowne, ale on zmienił nazwisko i nie pisał, ale oni wszystko wiedzieli, okazuje się. Później dowiedziałem się, że za kontakty z zagranicą on nie został przyjęty. To był jeden, największy w naszym życiu... Wiadomo, że koledzy w pracy mi mówili, że tam o ciebie się wypytują, co ty robisz wieczorami czy coś takiego, bo w tym czasie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych pracowałem w dosyć duży przedsiębiorstwie budowlanym. Tam był wydział SB. Było paru funkcjonariuszy i wzywali moich kolegów. Tam nawet byli też członkowie partii, niektórzy byli w ZNP. Normalni ludzie, tylko oni inaczej myśleli, a ja inaczej. Mówili mi: „Maciej, pytają się o ciebie, co ty robisz”.

  • Czy Powstanie wpłynęło w jakiś sposób na pana postawę życiową?


Bardzo. Powstanie i to, co się działo po Powstaniu, bo po pierwsze najważniejsza rzecz: mam takiego skarba, jakiego mam – to przez Powstanie oczywiście. Druga rzecz, to w Egipcie, to mnie skierowało, otworzyło oczy na jedną rzecz, mianowicie tam to był rok 1946, a ja widziałem prawdziwe niewolnictwo. W autobusach, pociągach, tramwajach, był przedział jak w autobusie, że z przodu [były] siedzenia kryte dermą, to było dla Egipcjan, dla białych, a dla motłochu z tyłu w autobusie drewniane siedzenia, czyli autobus był podzielony na dwie części. To samo w pociągach. Po Nilu (nie wiem, jak to się po rusku nazywało – barłóg czy jakoś – taki, co ciągnął na szelkach łódź) to arabowie ciągnęli łódź, a nad nimi stał z batem i lał ich. Oni dostawali podobno dwa piastry dziennie, a za dwa piastry mogłem dostać ciastko w tym samym Egipcie, czyli widziałem niewolnictwo, autentyczne niewolnictwo.

  • Związek z Powstaniem jest taki, że przez Powstanie trafił pan do obozu i życie pchnęło pana aż do Egiptu, tak?


Tak, aż do Egiptu i do Niemiec, gdzie poznałem swoją żonę.

  • A jeśli chodzi o postawę międzyludzką?


To właśnie to, że każdego człowieka szanuję. Jeszcze jedno: w centrum szkolenia, gdzie byłem, był basen. Kolega żołnierz, krew ta sama, tylko że on był z Południowej Afryki czy z Indii – Murzyn, nie miał prawa się kąpać w tym basenie co ja z Anglikami. Taki sam żołnierz. Dla mnie to było szokujące, tak że mi to dało dużo do myślenia. Doszedłem do wniosku... Mnie było dobrze przed wojną, moim rodzicom było bardzo dobrze przed wojną, ale doszedłem do wniosku, że pewne rzeczy na świecie są nie tak. Wolność jest piękną rzeczą, tylko trzeba ją szanować.



Warszawa, 1 kwietnia 2009 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski
Wiesław Maciej Gordon Pseudonim: „Marlicz” Stopień: starszy strzelec, kapral Formacja: Pułk „Baszta”, kompania B-2 Dzielnica: Mokotów Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter