Wojciech Kurpik

Archiwum Historii Mówionej

Wojciech Kurpik, urodzony w Warszawie w 1931 roku w rodzinie, która nie zawsze mieszkała w Warszawie. Tak się złożyło, że mój ojciec w 1919 roku przyjechał do Polski przez „zieloną granicę”, przekraczając z Ługańska, gdzie znalazł się, mając cztery lata, ze swymi rodzicami, którzy wyjechali z Dąbrowy Górniczej, zostali zachęceni do tego, by prowadzić jakieś interesy na Dalekim Wschodzie. Później rewolucja i w trakcie rewolucji [przedostali się] przez „zieloną granicę”, wioząc na taczkach mego najstarszego brata, wówczas rocznego Heńka, i tak pojawili się w Polsce. No a później niestety zmarła żona mego ojca i stąd ponowne ożenienie się z moją matką i właśnie efekt tego małżeństwa to już ja.

  • Mieszkali państwo wtedy w Warszawie?


Tak, [na Solcu], cały czas w Warszawie. Był okres, kiedy w okresie kryzysu w trzydziestych latach mój ojciec na krótko opuścił Warszawę, ale później wróciliśmy tu z powrotem.

  • Czym zajmował się pana ojciec?


Mój ojciec był tokarzem, głównie zajmował się sprawami metalowymi, bo wiem, że w dwudziestym roku został przydzielony do czołgów, do broni pancernej jako specjalista od spraw ciężkich, metalowych i pracował przed wojną u Lilpopa. Tyle wiem.

  • Gdzie państwo wówczas mieszkali?


Mieszkaliśmy na Jelonkach przez pewien czas (znajoma mojej mamy miała tam swój domek i tam zamieszkaliśmy), ale tuż przed wojną, [ponieważ] tam było troszkę ciasno, niewygodnie, miałem dwóch braci starszych z pierwszego małżeństwa [ojca, więc] przeprowadziliśmy się do takiego ładnego, pamiętam, mieszkania na ulicy Górczewskiej w nowych blokach. Stąd znalazłem się właśnie na Woli. Niestety w czasie działań wojennych 1 września przeżyłem koszmar, wielkie zaskoczenie, bo wychowywałem się w takiej bardzo aktywnej atmosferze patriotyzmu, mój brat, ten najstarszy, kończył podchorążówkę, kiedy ja byłem jeszcze dzieckiem, no więc te wszystkie jego opowieści, później już po podchorążówce, kiedy studiował prawo, był etatowym komendantem formacji strzeleckiej na forcie Bema, stąd te sprawy zawsze były wspaniałe dla mnie. No i tu naraz jest ten trzydziesty dziewiąty rok i okazuje się, że w praktyce to wszystko wygląda strasznie, ten mój brat, który przed pójściem na wojnę, na kilka dni przed 1 września, mówił: „Tu z balkonu będziecie mogli sobie oglądać, jak nad fortem Bema, tam nad fabryką, będzie bitwa lotnicza”.

No, oczywiście to wyglądało inaczej, domy na Górczewskiej znalazły się w obrębie obwarowań Warszawy (już tych pierwszych, tych wczesnych), no i tam poleciały też pierwsze bomby, no i ktoś krzyknął: „Gazy!”. No, wiadomo – z trzeciego piętra trzeba było szybko na dół, a później z powrotem do góry. Po raz pierwszy przeżyłem panikę tłumu, to było dla mnie szokiem, jako dziecka, które sobie wyobrażało, że jesteśmy taką potęgą, że wszystko będzie pięknie. No, niestety tak to wyglądało.

  • Miał pan osiem lat wówczas, tak?


Dokładnie tak.

  • A czy bracia poszli na wojnę? Czy ojciec był też zmobilizowany?


Tak, pierwszy brat poszedł na wojnę, właśnie ten Heniek. No, ułan 5. pułku i niestety w pierwszych dniach września przepadł, zginął. Nie mamy żadnej wiadomości o tym, gdzie i jak. On jako podchorążak i tam już awansował od razu, to miał możność nocowania poza koszarami, więc u ciotki, siostry mego ojca, tam w Ostrołęce nocował, to na koniu któregoś września, drugiego czy trzeciego, przyjechał ktoś i wyjechali, i tyle o nim wiemy.

 

  • A ojciec i pozostali bracia?


Tak, no, to byliśmy już razem, brat drugi był młodszy, więc tylko do szkoły chodził normalnie.

  • A proszę jeszcze powiedzieć o przedwojennej szkole, o tych czasach za pierwszych lat szkolnych.


A tak, oczywiście. Do szkoły Maciejewskiego chodziłem na ulicy Bema. Nie, jeszcze będąc na Jelonkach, tam byłem na ulicę Bema zapisany do szkoły, taką miałem rogatywkę z takimi oznakami, pamiętam, bardzo dumny byłem z tego. No i ten pierwszy rok był dla mnie takim szczególnym okresem, bo właśnie brat już skończył swoją podchorążówkę, [przed tym matura u Lorenza, 1936], znalazł się tu w domu i on mnie prowadził wszędzie, Zamek oglądałem przed wojną jeszcze w całości… I przed samą wojną byłem wzięty ze szkoły odrobinkę wcześniej, bo ten mój Heniek zorganizował nam wyprawę parostatkiem, z kołami bocznymi, przez Wisłę aż do Gdyni, która była naszą największą przecież sprawą, piękną, patriotyczną. No i tam sobie ten miesiąc wakacji spędzałem razem z [braćmi], oglądałem Gdańsk, Dwór Artusa z tymi wspaniałymi modelami żaglowców. To było wszystko jak z baśni. Heniek mi wytłumaczył, znał świetnie niemiecki. No i później, po tym okresie wspaniałości przedwojennych, rzeczywiście ten czas tak nasycił mnie, że to musiało starczać już na czas okupacji i na dalsze lata. I jeszcze tego trochę tam się dziś budzi, choć oczywiście jest jak jest.

  • A przechodząc do szarej rzeczywistości okupacyjnej, czy państwo zostali w tym domu na ulicy Górczewskiej, czy on zachował się?


Nie, nie zostaliśmy. A właśnie, po tym pierwszym nalocie mama zabrała mnie do swojej siostry, do Wawra najpierw, po prostu uciekliśmy z tego miejsca, bo wiadomo było, że przed naszymi oknami były okopy, no więc wiadomo było, że to będzie niebezpieczne miejsce. Mama mnie tam zabrała, ojciec został, bo jeszcze pracował, ale później już w czasie postępu działań wojennych oczywiście praca i to wszystko wyglądało inaczej, tak że [ojciec z bratem] dołączyli do nas w tym Wawrze, w Międzylesiu. No i kiedy wróciliśmy na Górczewską do mieszkania, to ono już było nie do użytku, istniało, ale gdzieś tam pocisk musiał wybuchnąć, a tłumaczono mi, że na naszym balkonie musiał być ckm ustawiony albo co, bo właśnie odpowiedzią na ten to były zniszczenia, które naprzeciwko okna wystąpiły na tej ścianie – tam szafa i wszystko to zrąbane było zupełnie, natomiast po kątach pozostawione były jakieś tam sprzęty. Mój ojciec zaraz w tych pierwszych dniach szyby z obrazków powyjmował i wstawił w tę resztkę okna, jaka została, no ale o jakimś remoncie nie było mowy. Postanowiliśmy przenieść się i tak właśnie zaczął się okres okupacji. To były kwestie tygodni od zakończenia działań wrześniowych do naszej przeprowadzki, to od razu było.

Tak że jak się sprowadziliśmy na Warneńczyka, to dopiero rozpoczął się ten wojenny już rok szkolny. Tam do tak zwanych baraków na Woli zostałem przydzielony po tym Maciejewskim, który został w swoim miejscu niby, ale ta szkoła była zajęta przez Niemców, bo to był nowoczesny, duży budynek, została zajęta na szpital przy Bema. Tak że dzieciaki [jako szkoła] znalazły się przy Wolskiej. Ta szkoła, te baraki to był róg Ordona i Wolskiej, to blisko miałem [z Warneńczyka].

  • Czyli chodził pan do tej samej szkoły, tylko w innej lokalizacji?


To nie była ta sama szkoła. No nie, to zupełnie nie była ta szkoła, no bo i dzieciaki to też zupełnie się jakoś to wszystko [zmieniało]. Tak jak w tej chwili patrzę na tych swoich ukochanych kolegów, łobuziaków takich wolskich, klasycznych, no to nie było to, co tam na Górczewskiej, ale też było wspaniale i serdeczne. I kiedy się dowiedziałem właśnie, że… Ten dom Hankiewicza to był taki wielki blok [na Wolskiej], między ulicami [Prądzyńskiego i Ordona], zajmował, ja nie wiem, czy tam sześćset, czy ileś było tych [mieszkań], no i niestety niewielu z nich wiadomo, jaki miało koniec.

  • Ale to już mówimy o Powstaniu, prawda?


Tak, tak, oczywiście. Całą okupację chodziłem do tej szkoły, z wyjątkiem piątej klasy, bo oczywiście zdałem (nie wiem, czy byłem kujonem, [ale] te piątki tam były), no więc zaczęła się mama obawiać, w Warszawie niestety ani mleka, ani… no po prostu [obawiała się] gruźlicy. A gruźlica była w domu, bo [pierwsza] żona mego ojca zmarła na galopujące suchoty i złapał trochę tego ten mój średni brat, z nami był, opiekował się mną, on był tym dobrym duchem w czasie okupacji, ten starszy brat, średni. I wówczas mama namówiona przez jakąś swoją znajomą zabrała mnie i wywiozła na wieś, do miejscowości Łuski, to było koło Łosic, na Podlasiu już, i tam cały rok spędziłem. Właściwie ten czas piątej klasy to tam.

  • Rozumiem, że tam też chodził pan do szkoły lokalnej?


Poszedłem, oczywiście, bo takie były plany, że pójdę do tamtejszej szkoły wiejskiej, tylko że trzeba było iść dwa czy trzy kilometry do tej szkoły i po pierwszych dnia (niestety ja byłem cherlawy) od razu angina, przeziębienie. I nauczyciel z tej szkoły, bo tam w tej szkole było dwoje nauczycieli czy coś takiego, powiedział: „Leż tu w domu, ja ci przyniosę książki”. Przyniósł mi przedwojenną historię, geografię i właściwie dużo więcej skorzystałem, leżąc sobie tam w chorobie. No i tak to wyglądało. Aha, bo kiedy wróciłem po roku do tych „baraków”, no to oczywiście z myślą, że do tej piątej klasy, ale moja wychowawczyni z dyrektorem załatwiła, rozmawiała, no to on powiedział: „Trzeba dać go normalnie, żeby nie tracił roku, do szóstej klasy, a jak sobie nie da rady, no to wówczas będzie tak”. No, oczywiście dałem sobie radę, zdałem jakoś tę trudną niby sytuację. I tak, i koniec tej mojej szóstej klasy to był czas już końca wojny, bo to był czterdziesty trzeci, czterdziesty czwarty rok.

 

  • Czym zajmował się pana ojciec w czasie okupacji? Czy nadal pracował w tym samym zawodzie i w tym miejscu?


Pracował w takiej firmie prywatnej. Oczywiście właściciel był Döring, mój ojciec tam dostał pracę. Myślę, że ona działała też jak cała machina okupacyjna [w służbie] Niemcom, ale ojciec opowiadał… Nazwa fabryki była Kompresor czy jakoś. Oni tam się rurami głównie zajmowali. Wiem, że organizacja [konspiracyjna] też tam była, głównie tam byli strażacy. Mój ojciec był w pracy 1 sierpnia i był świadkiem, jak właśnie strażacy zabezpieczali, żeby nie wtargnęli jacyś rabusie… „No to się żegnamy i spotykamy się w wolnej Polsce”. To był dzień wypłaty, tak że ojciec z wypłatą w kieszeni ruszył do domu, no ale już zaczęło się. Po drodze spotkał matkę z synem, oczywiście dorosłym, który dostał postrzał w głowę czy coś. Ona mówi: „Wychylił się”. Tłumaczą, że on nie brał udziału. Może i nie brał, w każdym razie to czoło, mój ojciec mówił, było rozwalone. No i ona sama była (to było jakoś po południu, wieczór) i miała na szczęście nosze, jakieś zaimprowizowane, ale były, no i mój ojciec z nią zaczął go nieść. Tu nie można było, do jakiegoś ośrodka chodzili, no i w końcu, nie pamiętam już [gdzie], zaniesiono go, tak że tam się nim zajęli. Ale to już była noc, tu się bardzo niepokoiliśmy, bo przygoda mojej mamy, prawda, 1 sierpnia to też już coś mówiła. No i ojciec wrócił i mówi: „No, musiałem ci te pieniądze przynieść. Ale ja wracam, nie rozbieram się, ponieważ tam trzeba…”. A był już dość leciwy, w końcu urodził się w 1890 roku. No i z wielkim trudem mama wyjaśniła, że to jest dla młodszych, i został, i już byliśmy razem do końca.

  • Wracając jeszcze do czasów okupacyjnych, jak pan wspomina taki dzień powszedni? Chodził pan do szkoły, ojciec chodził do pracy, brat też do szkoły…


Brat złapał robotę, został wywieziony do Niemiec, gdzieś go tam złapali i był przez około rok chyba pod Szczecinem w jakiejś miejscowości, ale wrócił i…

  • Złapany był w czasie łapanki ulicznej czy w coś był zaangażowany?


Zarejestrować się trzeba było gdzieś tam [na Skaryszewskiej]. Nie bardzo wiem, jak to wyglądało, w każdym razie musiał się zgłosić (takie wezwanie było czy co), no i zgłosił się i już go nie wypuścili. Z ojcem poszedłem na ulicę [Skaryszewską], tu, po stronie praskiej ([nazwę] sobie przypomnę kiedyś) i tam on już z okna wyglądał tylko, prawda. To była rozpacz. Bo zawsze te dylematy, czy odpowiadać, czy znikać, no ale jak zniknąć, to trzeba gdzieś się ukryć.

  • Który to mógł być rok?


To był pewnie czterdziesty pierwszy, gdzieś tak, drugi, to było wcześniej. Bo jak wrócił, to będąc już tym błagonadiożnym obywatelem, który swoje odpracował, dostał na poczcie pracę, rozwozili paczki.

  • A co robił tam, gdzie był wywieziony? Bo został wywieziony na teren Niemiec?


Tam był po prostu u bauera.

  • A jak imię brata?


Bolesław. On był właściwie głównym opiekunem rodziny w czasie okupacji, jeździł [też] na wieś. No bo to zupełnie inna jeszcze historia. Na Jelonkach [przed wojną] pojawiła się w domu dziewczyna, służąca po prostu, bo warunki na tyle się poprawiły, że mogła być, bo to trzeba było mnie odprowadzić do szkoły, stąd to nowe mieszkanie… Oczywiście jak już wojna wybuchła, to Helenka była z nami. I kiedy już znaleźliśmy się na Woli, już w tych czasach okupacyjnych, no to Helenka okazała się najbardziej zorganizowaną, sprawną i właśnie do Bolka mówi: „Musimy jechać na wieś”. Jakieś tam agrafki i inne drobiazgi [zabrali] i pojechali, i to były pierwsze jakieś zarobione pieniądze, właściwie nie pieniądze, bo to były kartofle przywiezione w worku. Później Helenka przez jakiś jeszcze czas się nami opiekowała, dokładnie tak to było.
W pewnym momencie moja mama wybrała się, bo nieopodal była wielka stolarnia, która produkowała z drewna jakieś skrzynki [na] amunicję czy coś takiego, no i były wielkie zwały wiórów, to znaczy nie wióry, takie [skrawki] z heblarki, [wielkości] paznokcia. Zwały tego powstawały tam i ludzie mogli sobie to brać do palenia, bo nie było czym palić. Tam [w tych zwałach] takie jamy były porobione i zawaliło się to wszystko, a tam parę osób w tym zostało i moja mama też. Oczywiście straciła przytomność i mogłoby się to tragicznie skończyć, gdyby w porę nie rozgrzebano tego, ludzie się rzucili, uratowali. Wiem, że Helenka też tam pobiegła, w pewnym momencie widzę, jak Helenka wpada do kuchni i otwiera drzwi do pokoju, gdzie łóżko szykuje, i widzę, a tu wnoszą moją mamę, która miała na sobie kurtkę skórzaną mojego ojca, w której ja wychodziłem [potem] też z Warszawy, i z rękawa tej kurtki wysypują się te trociny, a mama nieprzytomna leży. Ale jakoś odratowali z tego uduszenia, druga [zasypana] osoba wyglądała podobno jeszcze gorzej.

  • Czyli dzięki takiej zapobiegliwości i pomocy tej Helenki rodzina nie cierpiała głodu, nie było jakichś trudności aprowizacyjnych? Jakie ma pan wspomnienia?


Dużo bardziej [dzięki Helence] odciążone były te wszystkie niewygody, ta udręka okupacji, absolutnie tak.

  • Czy miał pan poczucie zagrożenia codziennego, w drodze do szkoły, w drodze powrotnej, czy był pan przygotowywany, uczony, jak się zachowywać w razie niebezpieczeństwa?


Tak, to było oczywiste. Wiadomo, że jak strzelają, to był trzydziesty dziewiąty rok, prawda, no a później doświadczenia na co dzień.

Kiedyś, to już później było, jak już chyba wiosna, może czterdziesty trzeci rok, tego nie pamiętam, no to było przeżycie straszliwe: Przed kościołem Świętego Wojciecha, słynnym kościołem później… Tam zresztą w podziemiach, bo jeszcze góra nie była czynna, w [czterdziestym] roku, I Komunię przyjmowałem. No i przed tym kościołem tłum wielki zgromadzony i stoi opancerzony pojazd. No i tam na ogrodzenie tego kościoła wlazłem, zobaczyłem, że rozstrzeliwanie będzie, tu, w tej chwili, no i zlazłem, bo nie mogłem na to patrzeć. Oni byli czymś zasłonięci. Odczekałem tę chwilę, to było tylko takie krótkie gruchnięcie. I nie wiadomo skąd kwiaty się znalazły – ludzie z kwiatami, a ci oprawcy czy ich pomocnicy trocinami [obsypywali] tę krew – nie wiem, ilu ich tam było, z ośmiu chyba, tak jakoś – krew spływała do rynsztoka, tam jeszcze chlusnęli wodą na to. No i zobaczyłem, że taki sąsiad mój, który też się tam tłoczył, do tego rynsztoka się zbliża i wyciąga chusteczkę, ta krew tam ściekała. Więc ja też czym prędzej [wyciągnąłem] chusteczkę, taka uczniowska chusteczka to była, jakoś mało przylepna, a poza tym ta krew – to są szczegóły, które zostają na zawsze – ona już tężała, więc nie mogłem zwykłym dotknięciem chusteczki, to tak przez chusteczkę wziąłem taki skrzep, rozgniotłem i z tym skarbem swoim poszedłem do domu. I to był właśnie mój wielki skarb. Niestety spłonął, jak ci likwidowali całą tę Wolę zachodnią.

 

  • Który to mógł być rok?


To był może i czterdziesty czwarty, ale dosyć… Wiem, że było słonecznie, ładnie, to prędzej była [jesień] czterdziestego trzeciego roku. Na pewno ta rozwałka jest odnotowana, tam tablica była, [Wolska 77].

  • Czy był pan może świadkiem innych tego typu zdarzeń, podobnych zajść na ulicach Warszawy?


Nie. No, oczywiście, to że wyciągnięty z tramwaju, no to tam też stałem pod murem, bo legitymowali, ja ze swoją, to Niemiec dzieciakiem się nie interesował. Troszkę tych doświadczeń takich miałem, przede wszystkim ze szkoły. Nauczycielka moja, ukochana wychowawczyni, która mną pokierowała, Zofia Krawczykówna, od czasu do czasu prosiła, abym pomógł jej znajomej zanieść ciężką teczkę albo torbę kobiecą, dostawałem do pomocy silnego chłopaka, bo ta torba była bardzo, bardzo ciężka.

  • Ale czy wiedział pan, może domyślał się, co tam było przenoszone?


Domyślać to ja się oczywiście domyślałem, dla mnie to była codzienna, normalna wiedza, że tu idziemy z czymś trefnym, a jak bardzo ciężkie, to…

  • Pewnie gazetki?


No, „bibuła” też była ciężka, bo kiedyś tam pogrzebałem. No, to takie były doświadczenia. Pani była miła, pogłaskała po główce, no i właściwie nam zniknęła. Musieliśmy nadążać, żeby tylko jej nie zgubić. Tę trasę to już tak troszkę znaliśmy, tam była w stronę Młynarskiej od ulicy Wolskiej, Wolską kawałek, później tam trzeba było skręcić, Karolkową chyba (już tego nie pamiętam).

  • Czy zetknął się pan może z harcerstwem?


Tak, to już była dla mnie przygotowana sprawa, to już ci chłopcy, których tu pokazałem, powiedzieli: „Tak, to już ty pójdziesz, ale musisz tę szkołę skończyć, bo wcześniej to cię nie [weźmiemy], więc po tej szóstej klasie”.

  • Czyli miał pan starszych kolegów czy też braci swoich kolegów, którzy byli już zaangażowani w harcerstwo, w konspirację?


To raczej byli [koledzy] mojego brata, bo to w tym wieku byli ci, których widać tutaj na zdjęciu.

  • Na zdjęciu, które pan odnalazł przez przypadek, a okazało się, że są na tym zdjęciu koledzy, znajomi.


Tak, no właśnie, wywoływałem i patrzę, Boże drogi… A to wywoływanie zdjęcia to już pewnie czterdziesty ósmy, siódmy rok był, tak że po wielu latach to zdjęcie się ukazało.

  • Czyli jako uczeń szkoły fotograficznej był pan poproszony o wywołanie zdjęcia z okresu okupacji?


Tak, [ten, co prosił], to był kolega z harcerstwa właśnie, Jasio Woźniak. To że brat jego był w harcerstwie, to wiedzieliśmy, i brat dowiedział się, że jestem w szkole fotograficznej, no a miał z okupacji jeszcze te błony i dlatego dał swemu bratu, a ten przyniósł mnie, no i robiłem [odbitki].

  • I tam odnalazł pan kolegów z okresu okupacji, starszych kolegów?


Starszych kolegów, tak. Zawsze miałem prawo z nimi pogadać. [Napisałem krótkie wspomnienia z ulicy Warneńczyka, gdzie mieszkałem w czasie okupacji]. Tak jak zresztą napisane, kiedy było zebranie u nas, w tym domku naszym, to ja stałem przy tej wieży, tym słupie z kratownicy i to była moja [funkcja]. Tam stałem i miałem wgląd w obie strony, Ordona i na Wschowską, tak że gdyby gdzieś patrol czy samochód się pokazał, taki trefny, to miałem tylko spokojnie wracać do domu, a przy bramie już ktoś drugi czuwał. Jak ja bym zrobił w tył zwrot i zaczął iść do domu, to od razu byłby sygnał, że coś jest niepokojącego, no i ci, którzy się tam zebrali, mieli drogę taką dosyć wygodną, prysnąć mogli na takie zabudowania, komórki czy szopy, które [stały] wzdłuż strony zachodniej Ordona – tego było bardzo dużo, bo to i rolnicze sprawy, i inne, tak że tam zniknąć można było w tych szopach błyskawicznie i przenieść się aż w stronę Dworca Zachodniego.

  • Proszę jeszcze opowiedzieć o tym domu, w którym rodzina pana zamieszkała po tym, kiedy we wrześniu 1939 roku zburzone zostało państwa mieszkanie na Górczewskiej.


Ten dom stoi i to jest pierwszy dom za wiaduktem. Jadąc od środka Warszawy, jest wiadukt i za wiaduktem takie dwa chyba stały nowoczesne domy (teraz też wyglądają dobrze, bo to duże, czteropiętrowe chyba kamienice) i tam przy tych domach była pętla tramwaju (już nie pamiętam numeru, takie dosyć wygodne było miejsce). Stamtąd widok był z balkonu gdzieś tam daleko na fort Bema, brat miał blisko do pracy.

  • Ale mówimy o lokalizacji na Górczewskiej?


Na Górczewskiej.

  • A już chciałabym się przenieść na Warneńczyka, czyli do miejsca, gdzie przenieśli się państwo po zburzeniu mieszkania na Górczewskiej.


Tak, tu na Warneńczyka przenieśliśmy się.

  • Na Warneńczyka 5 był adres, tak?


Warneńczyka 3.

  • I dzisiaj nie ma już tej ulicy na planie miasta.


No nie, Warneńczyka w ogóle nie ma. Natomiast pierwszy dom, Warneńczyka 1, to jest [Ordona], tu mam nawet sfotografowaną tablicę, numer, Ordona [17A], natomiast dom, w którym ja mieszkałem… Oczywiście wszystkie domy były wypalone. Ten mój na pewno, bo w nim byłem po wypaleniu.

  • Ale już pan mówi o czasach po Powstaniu?


Tak, już po Powstaniu, po powrocie do Warszawy.

  • Ale wtedy, w tym trzydziestym dziewiątym roku, kiedy państwo się tam przenieśli, to było takie spokojne, bezpieczne miejsce, można powiedzieć, na końcu miasta.


Rzeczywiście, to był taki azyl. To było właściwie w polu, nie było jezdni, to znaczy była zwykła ścieżka, po jednej stronie trzy domy, po drugiej gęste zarośla, które oddzielały ogrodnictwo duże, badylarskie takie. Zresztą ono spełniło dość istotną rolę właśnie pierwszego dnia [Powstania], jak moja mama się wystawiła na ostrzał. I tam się sprowadziliśmy, w ogródku był jeszcze grób naszego żołnierza z trzydziestego dziewiątego roku.

  • I właśnie w tym domu stał pan na warcie, na czujce, kiedy mieszkańcy odbywali jakieś zebrania czy może jakaś organizacja?


[Na czujce stałem róg Ordona i Warneńczyka, mając wgląd w Ordona i Wschowską. Gdybym zauważył Niemców, miałem spokojnie skierować się do domu. To był znak dla czujki obserwującej mnie z bramy domu numer 3. – tekst dopisany na życzenie rozmówcy, nieobecny w nagraniu wideo]. No, to wiadomo było, że to jest nasze AK, bo to „nasi chłopcy”, tak się mówiło. Przecież jak szli na Powstanie, wszyscy przyszli serdecznie się żegnać. Było niewielu, na parterze mieszkało troje, w tym właśnie Mietek Chmielewski, który zginął, i Zieliński, taki „pistolet”, zupełnie innego typu chłopak, a piętro wyżej już gospodarz tylko był i jeszcze takie stare małżeństwo, a na zagospodarowanym strychu samotna matka wychowująca dwóch chłopców, Chełminiakowa. Mąż jej na wojnę poszedł i też nie wiedziała nic o mężu i tam biedna [mieszkała], rzeczywiście tam była wielka nędza.

  • A mieszkańcy współpracowali ze sobą, prawda? Podejmowane były jakieś wspólne działania?


Tak, tak. Łącznie z jakimiś wieczorynkami, jeśli tak można powiedzieć, jakiś jeden gramofon z przebojami… Siostry tego Zielińskiego, jedna siostra, druga córka gospodarza to były w wieku już mniej więcej maturalnym chyba, takie panienki. Partnerów nie miały do tańca, więc ja byłem partnerem, bardzo dumnym z tego, nauczyły mnie wówczas tańczyć. Rodziny się zbierały, dowcipy, opowiadania, zwłaszcza te wojenne.

  • Ale organizowali państwo, z tego, co czytałam w pańskich wspomnieniach, występy teatru, żeby sfinansować dożywianie żołnierzy września.


Tak, to było jeszcze w trzydziestym dziewiątym roku. To była taka inicjatywa, po prostu ktoś przyszedł z Warszawy, powiedział: „Nasi żołnierze leżą tu, tu…” (bo gmachy publiczne, restauracje czy hotele to były zajęte na szpitale), więc trzeba by im pomóc, wówczas rada w radę, żeby zorganizować troszkę tych pieniędzy, to zorganizowane zostało takie przedstawienie, improwizacja zupełna. No ale okazało się, że wówczas to miało od razu wielkie znaczenie, bo jak wychodzili ci, co oglądali, to pytali: „Kiedy zrobicie znowu coś takiego?”. No, bo atmosfera była po prostu polska. Ja wierszyk recytowałem „Jedna jest Polska jak Bóg jeden w Niebie”, najmłodszy byłem w tym towarzystwie, cała reszta też takie głupawe skecze różne [przedstawiała], no ale to się podobało, zresztą publiczność była niewymagająca bardzo. I później z tym przedstawieniem byliśmy u wojaków naszych. Bo kapelan, który się opiekował jakimś szpitalem… Nie wiem, gdzie był ten szpital, w każdym razie ta sala, gdzie zniesiono tych rannych – sala ogromna, dużo łóżek i krzeseł – zapamiętałem, że posadzkę miała bardzo wzorzystą, taką drewnianą, z parkietu, to już była intarsja właściwie, piękna. Nie wiem zupełnie, gdzie to mogło być, bo i sztukaterie tam były, może któryś z hoteli naszych. I tam to się odbywało.

  • Ale pieniądze z tego przedstawienia, o którym pan wspomina, poszły…


Za pieniądze głównie był kupowany boczek, mięso jakieś, oczywiście konina – trzeba było się nauczyć jeść, choć z żalem.

  • I to było na dożywianie żołnierzy rannych we wrześniu?


Tak, rannych. Natomiast ziemniaki do zupy, bo to taka była jarzynowa zupa z wkładką i te jarzyny, ziemniaki to dali badylarze, nasi sąsiedzi, prawda. Tego było pod dostatkiem, wiem, że było gotowanie tego w kotłach, wszyscy aktorzy byli zaangażowani do tej pracy i inni dorośli też pomagali, moja mama bardzo aktywnie i chętnie tam się udzielała. Tak to wyglądało.

  • Czy przed samym Powstaniem, nie należąc z racji wieku do żadnej organizacji, ale przebywając wśród starszych kolegów i brata, czy pan był świadomy tego, że jest oczekiwanie Powstania?


Co do tego nie było wątpliwości, czekano na to. Jak wybuchło Powstanie, to ojej – euforia zupełna, radość, że wreszcie jest. Nikt nie podejrzewał, że to może tak się skończyć. Oczekiwaliśmy, że Powstanie to jest wielki gest nasz w stosunku do wyswobadzających nas wojsk radzieckich, że oni się ucieszą, że my już im kawał roboty… Polityka, tak…

  • To proszę opowiedzieć o tej atmosferze, która towarzyszyła przygotowaniom i dniom przed wybuchem Powstania.


Z jakichś specjalnych przygotowań to do mnie [nic] nie dotarło, natomiast [były] poszczególne rozmowy do mnie przychodzące. Sami ci chłopcy to też mówili, że tam się coś szykuje, ale to były takie właściwie rozmowy codzienne, że to się jak gdyby nie liczyło. Natomiast wiem, że taki kuzyn do nas przyjechał [Heniek Piaskowski] i takie były poważne z nim rozmowy, i on właśnie mówił, że trzeba oczekiwać i najważniejsze, to nie pozwolić, żeby [Niemcy] odchodząc, niszczyli.

  • Rosjanie czy Niemcy?


Tak, tak. I jednocześnie wpływać na ludzi, żeby grabieże i inne takie sprawy nie miały miejsca. Wiem, że o tym były rozmowy i to było tak gdzieś w okolicach zbliżającego się Powstania.

  • Jak zapamiętał pan 1 sierpnia i godzinę „W”?


Niczym się nie różnił ten dzień, to były już wakacje. Tu już wkraczamy w meritum naszego spotkania. Już dość późno było, zajęty jakiś tam swoimi sprawami usłyszałem serię z karabinu maszynowego, wyraźną serię, niedaleko, i za chwilę drugą serię. A nie wiedziałem nawet, że mama wyszła. I po tej drugiej serii… A mieszkaliśmy od podwórza, tak że co się działo na ulicy Warneńczyka, to nie widziałem, tylko zauważyłem, że po tej drugiej serii wpada moja mama na podwórze i zwraca się do kogoś, i widzę sąsiadkę (to chyba była żona gospodarza, Sypułowa), i przerażone wpadają tu do nas, mówią: „Co się dzieje?”. Właśnie miały przejść do badylarzy, żeby kupić coś czy załatwić jakąś sprawę, no i naraz strzelają do nas. Kiedy wyszły na ulicę – tak opowiadały – i ta seria poszła, to one rzuciły się do przodu i skryły się w krzakach. Tam były druty kolczaste, ale jak się przytulić do drutów kolczastych, to te krzaki ukrywały, prawda, i one znikły w tych krzakach. No i odczekały pierwszą chwilę i później z powrotem pędem do bramy, no i ta seria druga się wówczas pojawiła, no to już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, i skojarzyliśmy, że to już Powstanie, to już nie było problemu. Zresztą mój ojciec wrócił i o tym opowiedział.

A później nasłuchiwaliśmy. Zaraz pierwszego dnia, może nawet to było właśnie 1 sierpnia albo 2 sierpnia z rana, słyszeliśmy dość dużą strzelaninę. Jak oceniałem, zresztą nie tylko ja, że to gdzieś dochodziło z rejonu cmentarza prawosławnego. Później, znając już w tej chwili [historię], to pewnie to była ta kwestia na Kole, rozprawa z mobilizującymi się naszymi oddziałami, ale już nie chcę [spekulować]. Tylko usłyszeliśmy, że tam [coś się dzieje]. I to był taki sygnał, że to już nie była zwykła… Bo takie pukanie pojedyncze, to od strony Dworca Zachodniego dochodziło do nas. No ale to tam ci węglarze nasi, którzy kradli węgiel, to przeganiani byli przez Bahnschutzów. I po tym stało się już jasne, że to jest Powstanie. Zresztą przychodził do nas taki Jasio, sąsiad, tam gdzieś z tych szop, zabudowań wzdłuż Ordona, on tam miał swoje jakieś informacje i on nam mówił o Powstaniu, mówił o przebiegu, tam różne fantastyczne rzeczy. No, to już fantazja. Natomiast my, te pierwsze dni, pierwszego, drugiego, trzeciego dnia pewnie zastanawiałem się, jak to długo potrwa, bo przecież warto mieć w wolnej Polsce jeszcze kawałek wakacji, więc to były takie myśli pierwszego czy drugiego dnia Powstania. Ale trzeciego, czwartego to już się zaczęły historie wzdłuż ulicy Wolskiej, przede wszystkim pożary i jednocześnie strzelanina. Też myśleliśmy, że może walki, że już się przesuwają do nas Powstańcy. Później przyszła informacja, że niestety na wiadukt stojący nad Wolską przy ulicy Bema, ten kolejowy wiadukt, tam wjechał pociąg pancerny i oczywiście już Wolska cała jest pod obstrzałem i w stronę Warszawy, i nie ma szans, żeby nasi chłopcy przedostali się do nas. No i w tym momencie zaczęły się właśnie te pożary straszne. I którego dnia, trudno mi powiedzieć, ale to było pewnie gdzieś tak chyba szóstego czy siódmego, naraz gromada ludzi, w szoku zupełnym, wtargnęła na nasze podwórze i mówili: „Uciekajcie, bo rzeczy się dzieją straszne” (zresztą i ranni byli w tym, znaczy tak lekko). I przez to nasze podwórko, to przejście, o którym wspomniałem, właśnie na kartofliska, na zabudowania szop i baraków przy Ordona, tam uciekli, uszli. Odezwał się oczywiście ten „gołębiarz”, jak się pokazali tam. Wówczas w pierwszym momencie gospodarz, który czuwał tak jakoś nad spokojem, żeby ta trzódka, która się u niego zgromadziła, w jego domu, żeby poprawnie się zachowywała, tam na nich troszkę naskoczył, że „nie róbcie paniki”, no ale oczywiście… Później wyszliśmy, to znaczy on głównie, bo tam nie było wygodnego patrzenia w stronę Wolskiej, ale były takie dymniki czy coś i przez to się obserwowało rozwój wypadków. W ciszy nocnej krzyki straszliwe – to już dochodziło, docierało do nas, te strzelaniny i coraz to bliżej te pożary. Bo dom Hankiewicza, ten główny blok, to stał wzdłuż Wolskiej, ale on miał jeszcze jakieś oficyny, był wygięty, to był raczej taki trapez w planie, nie wiem, i tam była gęsta zabudowa tuż przy tym. I to wszystko zaczęło płonąć, tam się straszne rzeczy działy. Zresztą również i w drugą stronę, nie tylko ten blok Hankiewicza, ale to po prostu widzieliśmy.

  • Czyli mieli państwo świadomość, co się dzieje na Woli w Warszawie, tak?


Tak, już wówczas mieliśmy, tak. No, to trzeba się spakować, żeby rzeczy najpotrzebniejsze wziąć ze sobą, i musimy wyjść. No ale jak tu wyjść, jak ten „gołębiarz” tylko czeka, żeby mu się tam tylko pokazali w tych kartofliskach, prawda, do odstrzału. I takiego czekania było parę dni, pewnie trzy, cztery, od kiedy już wiedzieliśmy po tym przejściu [mieszkańców Woli]. Zresztą pojedyncze osoby też się pojawiały i już ich nikt nie przeganiał, no bo to już było oczywiste.

  • Ale czy kwaterowali u państwa jakiś czas?


Nie, nie, po prostu uciekali, panicznie uciekali. To tylko mówiliśmy, żeby się kryli. Bo ten strzelający z kierunku ulicy Wschowskiej, dokładnie wzdłuż Warneńczyka, ale i usytuowany na którymś tam piętrze fabryki Gerlacha, miał wgląd na wszystkie pola, ponad domami jednopiętrowymi. Świetlne pociski w nocy, a i w dzień też było widać, jak przelatują przed oknami naszymi, tylko że one nigdy nie schodziły do ziemi, ponieważ chronił nas ten budynek narożny stojący na rogu Ordona, jednopiętrowy, no więc on zatrzymywał te, które miały lecieć niżej. Tak że przejście u nas lewą stroną podwórka było bezpieczne i oczywiście tam kierowaliśmy tych, którzy uciekali, ale jeśli już ktoś się pojawiał, to żeby natychmiast tamtędy uciec.

  • Czyli poza ludnością, która uciekała z Warszawy nie mieli państwo żadnego kontaktu, powiedzmy, z Powstańcami, z kimkolwiek z Warszawy?


Nie. Właściwie to była tylko jedna ta grupa, ta pierwsza, która dopiero jak gdyby nam dała jasność tej sytuacji, a tak to już tylko jakieś przypadkowe osoby, nie bardzo wiem skąd i jak.

 

  • Czy pana rodzina była w komplecie, czy brat był w Powstaniu?


Nie, brat był z nami. Brat nie należał do organizacji, [zetknął się z gruźlicą], ze względu na zdrowie już kategorycznie rodzina zadziałała. Wiadomo, bo był moment, że w nocy usłyszałem, że Bolek wstaje, no to ja nastawiłem ucha, widzę, że bierze płaszcz, jesionkę – no to oczywiście i ja, bo się zorientowałem. No, kazał mi… wywiązał się między nami spór – jeśli idziemy, to razem.

  • To już było po wybuchu Powstania czy jeszcze wcześniej?


To było w ciągu tych kilku pierwszych dni, powiedzmy, to był trzeci dzień. No bo tu koledzy już tam gdzieś bohatersko walczą, a on tu został, to zrozumiałe. On miał dylemat straszny – z tym zdrowiem i z presją rodziców… Ojciec mówił: „No, Heniek już jest naszym wkładem, to teraz już nie możesz, bo trzeba…”. Bo ojciec był też cały czas bardzo ciężko chory na żołądek. Miał, nie wiem, osiem czy ileś krwotoków żołądkowych, przy czym jeden miał nawet w trzydziestym dziewiątym roku, bo to się wiąże z nerwami, no więc i wojna, i syn. I Bolek był jak gdyby zobligowany, żeby tym malcem, tym ojcem chorym i trochę bezradną matką czy macochą jednak się opiekować. I tak to wyglądało.

  • Czy jakieś, powiedzmy, oficjalne komunikaty z Warszawy docierały do państwa, czy w tym czasie nic poza wiadomościami od ludności?


Nie, takich oficjalnych, w miarę sensownych komunikatów nie mieliśmy żadnych.

  • Ale tak czy inaczej przygotowywali się państwo do wyjścia z Warszawy, do ewakuacji?


No to na podstawie tego przejścia i tego, co widzieliśmy, widzieliśmy zbliżającą się do nas tę straszną pożogę i dlatego.

  • I kiedy to nastąpiło?


No właśnie. Bo decyzji, tej decyzji „wychodzimy czy nie wychodzimy”… Bo to wyjście mogło nastąpić dzień czy nawet dwa wcześniej, bo wiem, że spakowani byliśmy już dobrze. W pewnym momencie, to chyba było dziesiątego, pokazały się na niebie wysoko samoloty, pamiętam, dwukadłubowiec taki. Czasami gdzieś tam go widziałem [wcześniej] nad Warszawą, to podobno był czeski samolot sportowy czy jakiś tam.

  • Do kogo należał ten samolot?


To był samolot niemiecki oczywiście, czeski w sensie produkcji (tak mówili, chłopcy się tym interesowali), oczywiście dwa kadłuby, to wyglądało dziwnie. [Leciał] na dużej wysokości i sypał ulotkami i na tych ulotkach było takie wezwanie do mieszkańców do opuszczania Warszawy i zgłaszania się do punktów jakichś, coś takiego było. No i kiedy te ulotki spadły i je znaleźliśmy, to wówczas właśnie padła decyzja: „To już nie czekamy dłużej, bo mogą się rozmyślić”. No wiadomo, tu mamy przynajmniej jakiś cień aprobaty naszego wyjścia. To było przed południem, w jasny dzień…

  • 10 sierpnia?


Tak, tak, to było zaraz po znalezieniu [ulotek], bo byliśmy gotowi.

  • I wszyscy, cała kamienica, cały dom, wszyscy wyszli?


Tak, cała ta gromadka ludzi, tylko ci starsi państwo chyba wyjechali po prostu wcześniej, tak że ich nie było z nami. Natomiast do nas dołączyła z ulicy Prądzyńskiego taka garbuska, którą mama znała, ona właśnie pomagała [nam na Jelonkach, to było jeszcze przed Helenką]. To w pewnym momencie moi bracia mówili: „No dlaczego ta garbuska ma nam tu pomagać? Trzeba jakąś dziewczynę, służącą, wziąć do pomocy”. Wiem, że [wówczas] to takie trochę niby humorystyczne było. No ale [w Powstanie] ta garbuska też z nami była, bo ona po prostu do nas przyszła, bo nie miała nikogo i u nas nocowała, i z nami wyruszyła.

  • A Helenki już nie było z państwem?


Aha, no właśnie! Helenka po tym wypadku mojej mamy, czyli jeszcze może w trzydziestym dziewiątym roku albo już zimą, powiedziała: „To ja muszę zobaczyć, co z moimi, muszę pojechać”.

  • I wyjechała na wieś?


I tak, i Helenka pojechała, pod Częstochową gdzieś [tam] mieszkała. Pojechała do siebie, do rodziców i za jakiś tydzień chyba wróciła i powiedziała, że wszystko jest w porządku i że tam już ma jakieś zajęcie, no ale jeszcze przyjechała, żeby się pożegnać. I przywiozła mi pamiątkę z Częstochowy, taki medalion Matki Boskiej na deseczce. O, tam stoi, ciemny taki, pod lampą naftową.

  • Jaką trasą wychodzili państwo z Warszawy?


No właśnie. A więc tą wytyczoną w czasie okupacji trasą wyszliśmy na razie pod osłoną tych…

  • Ale ulicami czy polami?

 

Nie, polami. Tu wyszliśmy odsłonięci i kiedy weszliśmy na te kartofliska, to rzeczywiście czułem wtedy plecy, że mam szerokie, no bo ciągle pamiętaliśmy tego drania, który tam siedział. Ale on już milczał, pewnie też rozkaz opuszczenia Warszawy przyjął do wiadomości i nie było nic takiego. I wyruszyliśmy z tego domu, poszliśmy oczywiście polami, wydawało nam się, no, jak najdalej od Warszawy, to znaczy od Warszawy, ale i od Wolskiej, która dla nas była tym miejscem straszliwym. To się łączyło też z naszym myśleniem, że ta trasa Wolskiej to jest specjalnie oczyszczana, żeby tam mogły wojska przesuwać się, bo rzeczywiście strategicznie to [było ważne]. Tak że pierwsze pożary to myśleliśmy: „A, to tak wypalają…”. Stąd takie myśli też się pojawiały, dlatego chcieliśmy jak najdalej od tej Wolskiej iść. No, niestety po jakichś dwóch, trzech czy może mniej kilometrach okazało się, że Warszawa, Wola jest otoczona kordonem, bardzo rzadkim kordonem patroli, takich pojedynczych wojskowych w niemieckich mundurach, ale mówiących po rosyjsku. No więc jak się zorientowaliśmy, no to już bardzo grzecznie tam kierowaliśmy się. Oni zresztą bardzo się interesowali, co wynosimy – damskie torebki szczególnie ich interesowały, zegarki, wiadomo – czyli po takiej gruntownej rewizji cała ta gromadka powędrowała. Oni nas skierowali do tego punktu, który był u wylotu ulicy Jana Kazimierza. Ale żeby tam dojść, to trzeba było wejść w tę ulicę Jana Kazimierza. A ulica Jana Kazimierza była zabudowana z obu stron, głównie ze strony może prawej, od Wolskiej, ale i po tej stronie też były budynki drewniane, i to wszystko płonęło, jak tam weszliśmy na tę ulicę Jana Kazimierza. [Usłyszałem straszliwe krzyki dochodzące z ognia, mogły być zwierzęce, straszne]. No i po paru krokach zaraz hasło padło: „Zakrywać dziewczyny, zwłaszcza włosy”, tak, bo żar był taki, że… no nie można [wytrzymać]. Ja zresztą też czym prędzej się wtuliłem, a miałem kurtkę mego ojca, skórzaną taką, którą mama kazała mi wziąć, bo jak będziemy nocować w rowie gdzieś czy coś, to taka kurtka ciepła jest [przydatna]. No więc tę kurtkę sobie na oczy nacisnąłem, nałożyłem, no i szliśmy, i potykałem się, nadepnąłem na coś. Nie potrafię powiedzieć, co to było, czy to ciała ludzkie leżały, czy bagaże, tobołki jakieś, walizkę rozpoznałem leżącą. I tak omijając trochę, trochę idąc przez to, doszliśmy do wylotu. Tam stał już autentyczny szkop, z pistoletem, no i akurat ja mu się nie spodobałem. Dziwne, bo tu przecież gromadka dorosłych ludzi z tego domu… No ale później, jak się zastanowiłem, to wiem dlaczego: bardzo poprawnie, po harcersku, miałem zrolowany koc, przewieszony, no i na tej skórze jakoś widocznie musiał wyglądać podejrzanie, bo ten szkop mnie tu za kark i kazał zrzucić ten [koc]. Ja zrzuciłem ten koc, a on nogą go rozsunął, no i później wszystkie kieszenie. A w kieszeniach to ja miałem swoje skarby, miałem kolekcję zwierzątek takich, obrazków z opisami (tego było pewnie, nie wiem, około setki, może osiemdziesiąt, już nie pamiętam), no i oczywiście on mi to wyciągnął i to się rozsypało. A w którejś kieszeni miałem też… Bo wychodząc, już idąc do wyjścia, no taka myśl jakaś, że to wszystko się spali, więc pierwsza lepsza rzecz, która mi wchodziła w rękę, to wpychałem w kieszeń – jakąś tam szczotkę do ubrania włożyłem, no i co istotne, co się później przydało, talię kart do pasjansa (moja mama stawiała pasjanse). Oczywiście ta talia też się rozsypała, no i później: Raus. No ale ja – to było przedziwne, nie wiem, jak mogłem się na coś takiego zdobyć, ale po prostu przestało mnie to wszystko obchodzić – to moje zwierzątka, ja muszę je pozbierać, i tam kucnąłem, zacząłem to wszystko zbierać, te karty, ten wrzeszczał… I tylko głos mojej mamy: „Wojtuś, chodź, zostaw”. No ale nie, pozbierałem w ten koc i tak [szedłem] z tym, i tak się ta moja przygoda skończyła.
Aha, i wówczas jak wędrowaliśmy, no to nas skierowali w stronę Pruszkowa. No ale my już trochę słyszeliśmy po drodze… Zresztą kiedy już opuszczaliśmy Jana Kazimierza, to tam ludzie mówili: „No, przeszliście strasznie tam… Tam leżą ci, którzy próbowali wcześniej wychodzić”, takie mieliśmy informacje. No i później do Pruszkowa. Żeby nie pójść do tego Pruszkowa, skierowaliśmy się znowu tym naszym odruchem uciekania od Wolskiej w stronę przeciwną, już w pola zupełne, miedzami, a że byliśmy za tym kordonem tych patroli, no to nikt nam nie przeszkadzał, zresztą widzieliśmy, że tam dalej znowu taka grupka idzie. No i tak powędrowaliśmy.
I szliśmy aż do późnego popołudnia i doszliśmy do miejscowości Rokitno. To tutaj już jest, pod Warszawą. I tam stanęliśmy we wsi, pytając, czy jakieś mleko [jest]. Ludzie od razu, widząc nas, to i mleko się znalazło. „A jak nie macie gdzie spać, to chodźcie do nas”. No, oczywiście nie wszyscy w jedno miejsce, ale nas porozdzielali i też trafiliśmy do takiej starszej gosposi, która nas przyhołubiła. Tam najpierw spaliśmy w stogu słomy, później w stodole, no ale po kilku czy kilkunastu dniach przyszła wiadomość, że musimy się zameldować w Błoniu, bo to było blisko Błonia, bo inaczej to wiadomo, no i tam do tego Błonia poszliśmy. Tam nie wiem, czy nas zapisali, czy nie, w każdym razie zgromadzili w jednym takim dużym podwórzu bez wyjścia, no i zapakowali na samochody i wywieźli, ale nie do Pruszkowa, tylko [do Ożarowa] (tam była taka fabryka kabli, drutów, nie wiem), miejscowość wcześniej, też obóz, taka filia pruszkowskiego, no i tam nas osadzono. Ale to trwało niedługo, bo trzeba było tam badania jakieś przejść, w każdym razie tych formalności trochę trzeba było załatwić i później nas zwolniono. Tam lekarze badali, te objawy choroby okazywały się zawsze tragiczne, tak że ze zdechlakami nie chcieli mieć [do czynienia]. I na tej zasadzie po paru dniach już wyszliśmy z tego, znowu wróciliśmy do tej gospodyni i tam byliśmy parę jeszcze dni, no, nawet [sporo] więcej, bo już wtedy trochę było chłodno, jak się od niej udaliśmy [dalej]. To dałoby się ustalić, bo będąc jeszcze tam w Rokitnie, byłem świadkiem tego dużego desantu, zrzutu, około setki tych dużych samolotów alianckich. Kiedy to się działo, [nie pamiętam], w każdym razie w pewnym momencie ogromna radość: no wreszcie, tak, oni wylądują. No i te samoloty leciały taką ławą, całe niebo było [przesłonięte] tymi [samolotami] – ciężkie maszyny, dudniące takie. Dwa messerschmitty (chyba messerschmitty) wyskoczyły, ale tylko takie gruchnięcie rozległo się i jeden od razu poleciał w dół, no to drugi uciekł i niezagrożeni samolotami polecieli dalej na Warszawę, oczywiście artyleria szalała cały czas. No i to był taki euforyczny moment.

  • I nadzieja, że może nie będzie tak źle.


Nadzieja, że to może właśnie będzie ten przełom.

  • Czy docierały jakieś informacje o tym, co działo się wtedy w Warszawie?


Docierały, mnóstwo było. Tam o dziwo te informacje, i takie właśnie, i te rodzinne, osobiste – to kursowało jakoś przedziwnie. Tam właśnie, będąc w Rokitnie, widzieliśmy te samoloty. Aha, a jeszcze cały czas towarzyszyła nam od czasu do czasu, nie wiem, chyba co parę godzin, ta „gruba berta”, która stała pod Warszawą i wysyłała te swoje straszliwe pociski. Był huk, a później te łup, łup, łup, łup, przelatywało coś takiego nad nami, no i znowu trzeba było poczekać i łuna się zwiększała w jakimś tam miejscu nad Warszawą. To było straszne, ten pocisk lecący.
No i będąc tam, właśnie taką pantoflową pocztą dowiedzieliśmy się, że moja ciotka jest tam w jakiejś wiosce obok. A ciotka mieszkała pod piątym na Warneńczyka, my pod trzecim, zresztą pewnie przez tę ciotkę dostaliśmy to mieszkanie. Jej mąż był policjantem granatowym, przedwojennym, w czasie okupacji również pełnił tę rolę. No, był świetnie zorientowany w sprawach wojskowych, miał zakopany pistolet i zaraz pierwszego albo drugiego dnia [Powstania] przyszedł go do nas pokazać, że ma, niestety był skorodowany mocno. W trzydziestym dziewiątym roku go zakopał, ale chciał po prostu pokazać. Oni uciekli też wcześniej niż my i wiadomość przyszła, że właśnie tam jest moja ciotka, a ciotka była w ciąży i miała dwuletnią, trzyletnią córeczkę, ten mąż tam, no i że potrzebuje pomocy. No to mój ojciec pojechał tam. Jak pojechał, nie wiem, ale chyba kursowały tam jeszcze jakieś pociągi, można było po prostu przyczepić się, te parę stacji [dalej] gdzieś wysiadł według wskazań jakichś, dotarł do ciotki i wrócił z wiadomością, że Samsel został zabity, a ciotka jest ranna, bo do niej też strzelali. Ona już w ciąży, gruba, no ale… On wyszedł i miał dziecko na ręku, mimo to strzelili, on się przewrócił, ciotka…

  • Mąż ciotki, tak?


Tak, mąż ciotki, ten policjant. Ciotka tam się rzuciła, żeby dziecko wyciągnąć spod niego. No i wtedy ten tam strzelił, ale pewnie już [niecelnie], i kula tak tutaj rozryła przy kolanie. No i oczywiście wówczas trzeba było się jednak z ciotką połączyć. A mój ojciec jak tam pojechał i nim wrócił, to jeszcze – a to było niedaleko Niepokalanowa, tam gdzie ci zakonnicy – przy pomocy tych zakonników postarał się o deski, trzeba było, prawda, zrobić trumnę, gwoździ nie było, no to zbierał i w ten sposób zrobił tę trumnę. I pochowany został [mąż ciotki] w miejscowości Kaski. I w tej miejscowości Kaski później już my zostaliśmy i tam ten moment zdobycia Warszawy, tam przeżyliśmy to oswobodzenie.

  • U jakichś gospodarzy państwo znaleźli dom?


Tak, no więc właśnie… Izaak, on był ranny, bo był na wojnie, to też kulał, ale z frontu wrócił, więc już był, oczywiście. To był, bo nie wiem, czy [jeszcze] jest, ale taki był polski lud prawdziwy, czy tu w Rokitnie, czy tu [w Kaskach]. Jak przyszliśmy razem (tu nas była czwórka, ojciec, brat, ja i mama, no i ciotka, i ta mała Bożenka), on mówi: „Tak was nie mam gdzie [przechować], ale to już zima się zbliża, to musicie mieć gdzieś jakieś ciepłe spanie”. Komorę swoją opróżnił, w której miał mąkę, no i tam się zmieściło jedno łóżko i wybudował nam taką dwufajerkową kuchenkę, bo było dojście do komina, więc w tej komorze, i mówi: „No, resztę rozłożycie słomy sobie na podłodze”. I tak mieszkaliśmy.

  • Czy mieli państwo jeszcze jakieś zasoby finansowe, że można było płacić za wyżywienie, czy trzeba było pracować?


O zapłacie w ogóle nie było mowy.

  • Za co kupowali państwo żywność?


Powiedział, uprzedził: „No niestety, z żywnością też nie jest u nas najlepiej”, bo tam też rodzina dosyć duża była. No ale w końcu to była taka sytuacja. Ale właśnie – zobaczyłem, że córka gospodarza rąbie drwa, polana, duże, z takich klocków, to powiedziałem: „Jak to? Dziewczyna takie rzeczy? To ja to zrobię”. No i to było fajne, bo ja narąbałem to, co ona potrzebowała, a później to, co było, to narąbałem stos tego drewna, no i ta dziewczyna przyszła potem i przyniosła w talerzu, połowa ziemniaków, a połowa, kluski z mlekiem w tym talerzu, więc to była taka zapłata. Tam poradzili ci gospodarze, że jeśli trzeba, to tam gdzieś jest taka olejarnia i można iść do Błonia i ten olej z olejarni sprzedać na targu, że ten olejarz nie ma… Taka po prostu rada dobra, okazała się. I w ten sposób mój ojciec z bratem ten olej rzepakowy brali i tam nosili i zawsze jakieś grosze z tego były, chociażby właśnie na kupienie czegoś. Sklep pewnie jakiś tam był, nie pamiętam. Natomiast, co bardzo ważne, zawsze zostawało trochę tego oleju i ten olej posolony był świetnym przysmakiem do chleba. A chleb też z każdego wypieku, jeden bochen był dla nas, dla uchodźców.

  • Kiedy dotarła do państwa informacja o upadku Powstania w Warszawie?


No, w październiku dotarła bardzo szybko informacja i to w formie, można powiedzieć, potwierdzonej „gadzinówką” okupacyjną. Wówczas właśnie tam w Kaskach dostałem „Kurier Warszawski” z tą rozkładanką fotografii, jak Powstańcy składają broń, jak z taką zaciętą, piękną dziewczyną stoi Bór-Komorowski oczywiście, no to, co jest znanym dokumentem, i to zachowałem. Już miałem tę świadomość, że w końcu dzieje się historia. To dzięki temu mojemu Heńkowi, on rzeczywiście po prostu zainfekował mnie tym. To zresztą spełniło się do końca, jestem konserwatorem i nie wyobrażam sobie, bym mógł być kimkolwiek innym.

  • Kiedy wrócili państwo do Warszawy?


Tam przezimowaliśmy, najpierw brat z ojcem pojechali, już pociągi jakoś kursowały i później wszyscy zabraliśmy się do Warszawy. Ciotka wcześniej chyba.

  • Ale to był w każdym razie czterdziesty piąty rok?


Tak, czterdziesty piąty rok, wiosną.

  • Pod ten sam adres państwo trafili, ten dom stał?


No tak, ale tam wypalone było wszystko. Gdzie mój tapczan stał, to były sprężyny, tak że nie było mowy. Wówczas było dosyć tragicznie, bo jest wiosna, ale jeszcze z resztkami śniegu, a trzeba gdzieś spać. Przygarnął nas z kolei brat mamy, który mieszkał na ulicy 11 Listopada, a więc po praskiej stronie. No i tam u niego jakiś czas byliśmy, później była przymiarka, żeby taki barak zagospodarować koło ogrodu zoologicznego, tam stały jakieś baraki, no ale okazało się, że to jest państwowa własność. W końcu ojciec, mimo że podobno w życiu oferma, jakoś takie miewał nieraz sukcesy, że potrafił, i wrócił z karteczką, z adresem i pouczeniem, że trzeba czym prędzej [tam iść], bo zajmą. I na ulicy Osowskiej (kiedyś to się Nowy Kawęczyn nazywało), ulica Dwernickiego, tu w tym rejonie Pragi, [było] to mieszkanie. To było pomieszczenie dawnej bimbrowni, więc wszystko było czarne, oczywiście szyb nie było, ale to wszystko nic, bo byliśmy razem.

  • Jakie były pana powojenne losy? Skończył pan szkołę, zaczął pan studia.


Tak, tę [szkołę] fotografii. Właśnie to było tak, że te sześć ukończonych klas to nie miałem na to żadnego świadectwa, ale to też jest charakterystyczne, bo zabierając to co najważniejsze, to zabrane były dokumenty mego brata Heńka, przede wszystkim szkoły podchorążych, jego dyplom, zaświadczenie. To było zabrane, a tamto się nie liczyło. No ale później jedyne wyjście, odnaleźć nauczycieli. I moja mama właśnie do tej mojej ukochanej Zofii Krawczykówny trafiła, [która] przeżyła na szczęście, ona i nauczycielka od religii też była, która dała mi zaświadczenie. Chyba właśnie dyrektor tej szkoły też przeżył. Wiem, że jego rodzina została w trzydziestym dziewiątym roku zabita, bo on cały czas chodził w żałobie. No i to była podstawa, na której mnie przyjęto na Grochowie do gimnazjum imienia Powstańców Warszawy, na ulicy Boremlowskiej (jest do tej pory pewnie). Tam przez pierwszy rok chodziłem i w pewnym momencie przeczytałem, że jest szkoła fotograficzna, no a oczywiście to wydawało mi się bardzo atrakcyjne, a poza tym ja cały czas też myślałem w tych kategoriach, że ojciec jest tak schorowany, że trzeba może w jakimś momencie pomóc. Jak jestem fotografem, to zawsze coś tam potrafię. No i tak się stało rzeczywiście. To było też gimnazjum fotograficzne, a później połączono to z liceum. No i w końcu zdałem pełną maturę po tych sześciu latach uczenia się fotografii, zresztą uczył nas znakomity fotografik przedwojenny, wileński, Marian Dederko.

  • I dalej studia artystyczne?


No tak, oczywiście.

  • Proszę opowiedzieć pokrótce.


Tak, tu fotografia fotografią, ale nauczyciel matematyki w tym liceum fotograficznym… Nie wiem, to wynikało pewnie z jakichś naszych pogwarek, bo razem chodziliśmy, wychodziliśmy ze szkoły, akurat w tym samym czasie jakoś, i on zorientował się, że mnie bardzo interesuje geologia, nauki o ziemi. I myśląc już o akademii w przyszłości, myślałem o tym, że przecież jakie to wspaniałe byłoby takie gady rekonstruować – to były moje marzenia takie. I on mówi: „Wiesz, to ja ciebie przedstawię znakomitemu naszemu geologowi i geografowi, profesorowi Wuttke. On stracił też żonę i dzieci, jest samotny, a on ma ogromny zbiór minerałów i musi to uporządkować”. No i zaprowadził mnie. Boże, to było dla mnie wielkie odkrycie, taka postać i ta wiedza, którą ja mogłem brać wprost, to wszystko leżało, głównie amonity.

  • Ale ostatecznie nie został pan geologiem?


Nie zostałem, chociaż złożyłem dokumenty na Wydział Geologii Uniwersytetu. Stąd właśnie mówię, że komiczna trochę sprawa, bo poza chęciami samego składającego dokumenty, to jeszcze się liczyła opinia, no nie wiem, partyjnych czynników czy jakichś innych. No i wykreślono mi gdzieś i napisano „Akademia Sztuk Pięknych”. A ja, no, oczywiście dałem się poznać, że rysuję, maluję, wystawę akwarel mi w szkole robiono, więcej było tego malowania niż… wszystkie dekoracje majowe, lipcowe…

  • I skończył pan Akademię Sztuk Pięknych?


Tak, skończyłem.

  • I został pan konserwatorem sztuki.


Więc właśnie, po pierwszym wykładzie Marconiego, w którym on mówił, co robią, to ja wiedziałem, że ja nie dinozaury, ale będę właśnie [konserwatorem]. I uważam, że to było bardzo dobre posunięcie, bo akurat przyszło mi studiować w czasach stalinowskich, socrealizmu, prawda, no ale konserwacja rozwiązywała wszelkie tego typu problemy. Bo malować zawsze mogłem, no a w końcu ratować to, co ma wartość pewną, to jest lepiej niż tworzyć jakieś tam tuzinkowe dzieła sztuki.

  • Panie profesorze, jeszcze chciałam na koniec zapytać, czy te obrazy z okresu dzieciństwa, okupacji, Powstania towarzyszą panu przez całe życie, czy pan się z nimi pożegnał w pewnym momencie, żyjąc nowym życiem?


Niestety, niestety wszystko zginęło, to, co było w czasie okupacji.

  • Mam na myśli obrazy, które utkwiły w pana pamięci.


Ach, Boże. No, przede wszystkim Gdynia, ale przede wszystkim, mimo że kiedy po Gdańsku chodziłem z Heńkiem…

  • Chodzi mi o przeżycia wojenne, okupacyjne, powstańcze.


Te swastyki wszędzie, one prześladowały, ale widziałem ratusz, na czubku jest polski król – to wszystko Heniek mi mówił. „Przy studni Neptuna masz polskiego orła”.

  • Ale czy ta trauma przeżyć okupacyjnych – dziecko, później młodzieniec – czy to jakoś zaciążyło na pana życiu?


Wie pani, myślę, że dobrze się stało, że ta chusteczka umaczana we krwi rozstrzelanych jednak spłonęła na tym ołtarzu Powstania Warszawskiego. Bo gdybym ja miał ją ze sobą teraz, cały czas, to ja nie wiem, jak by ona rzutowała na wiele moich poczynań, wiele spraw bardzo ważnych, istotnych, rodzinnych. Mój syn w tej chwili jest w Berlinie, ma żonę Niemkę, idealną osobę – szczęśliwy on, ona, jest specjalistą bardzo cenionym tam, konserwatorem zresztą. No właśnie. Tak że pod tym względem okupacja, no… no jest to coś, co siedzi i czego się… [Jest] raczej jako czujnik ostrożności w stosunku do wszelkich miłosnych zapędów z Zachodem, no bo Wschód to już się jak gdyby zdeklarował sam, prawda. Ale tu… No niestety, uważam, że patriotyzm polski nie może być takim patriotyzmem pozbawionym jednak ostrzegawczych czynników. Trudno mi powiedzieć. My byliśmy zawsze ogromnie otwarci, nasza krew się lała w imię haseł, w imię idei i to się łączyło właśnie z patriotyzmem, że to co dla Polski… Po tych różnych doświadczeniach, po tych oszustwach, jakie nam historia zgotowała, to ja już, no, nie wygłaszam tego tak bardzo otwarcie, ale sam staram się być w życiu ostrożny, jeśli chodzi o angażowanie się gdziekolwiek.

Warszawa, 2 września 2015 roku
Rozmowę prowadziła Hanna Dziarska

Wojciech Kurpik Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter