Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Zbigniew Radłowski „Ohm”
Zbigniew Radłowski
pseudonim
„Ohm”
stopień
strzelec
formacja
Pułk „Baszta”, kompania O-2
dzielnica
Mokotów
Zobacz biogram

Jestem Zbigniew Radłowski. [Urodziłem się] 22 sierpnia 1924 roku, pseudonim „Ohm” (przez „hm” jako jednostka oporu). Należałem podczas Powstania do Pułku „Baszta”, kompanii O-2.

  • Czy urodził się pan i wychowywał w Warszawie?

Tak jest. Wychowywałem się [tam] do drugiego oddziału szkoły powszechnej, po czym ojciec jako oficer zawodowy został przeniesiony do Gniezna do 17. PAL-u, więc pojechałem tam razem z rodziną oczywiście.

  • W którym roku?

[...] W 1933 roku, po czym kontynuowałem naukę w Korpusie Kadetów numer 2 w Rawiczu.

  • Gdzie państwo mieszkali w Warszawie?

W Warszawie mieszkaliśmy na Sadybie Oficerskiej, ulica Okrężna numer 12, gdzie dziadek mój wybudował willę. [...]

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy? Wrócił pan jeszcze przed wybuchem wojny?

Nie. Podczas wybuchu wojny znajdowałem się w Gnieźnie. Zameldowałem się zaraz na komendzie placu, a oficer służbowy powiedział: „Ile kadet ma lat?”. Jak powiedziałem, że piętnaście, to odpowiedział: „Kadet się zgłosi, jak będzie miał osiemnaście. W tył zwrot! Odmaszerować!”.

  • Tak pan zrobił?

Tak zrobiłem. Byłem potem ewakuowany z rodziną oficerską, to znaczy z mamą, na wschód, ale pod Starachowicami transport został rozbity poprzez niemiecki atak lotniczy. Stamtąd dotarliśmy z pewnymi trudami do Warszawy, gdzie dziadek miał willę i to była taka siedziba całej rodziny. Tam mieszkała jedna siostra matki, druga, trzecia.

  • Gdzie to było dokładnie?

Sadyba Oficerska na Czerniakowie, Okrężna 12.

  • Czyli to samo miejsce. Wrócił pan do swojego domu?

Tak, tak.

  • To był jeszcze 1939 rok?

To był rok 1939. Ponieważ Niemcy nie pozwolili otworzyć w Warszawie gimnazjów, a matka dowiedziała się, że w Częstochowie, gdzie mieszkał brat ojca, Niemcy zgodzili się na otworzenie szkoły handlowej, wobec tego, żeby nie tracić roku, pojechałem do Częstochowy. Tam zaliczyłem jedna klasę, ale potem ze względów rodzinnych musiałem wrócić do Warszawy. Tam nastąpił właśnie ten przypadek, o którym mówiłem: w sąsiedniej willi, na ulicy Okrężnej 10 była drukarnia pisma „Walka” i na skutek u doświadczenia prowadzących tą drukarnię Niemcy [ją] wytropili.

  • W jaki sposób?

Widocznie mieli jakiegoś informatora w Elektrowni Warszawskiej, który zwrócił uwagę na bardzo duże zużycie prądu w willi Okrężna numer 10. Widocznie poddali tą willę obserwacji i uznali, że należy spenetrować [ją] dokładnie. Przyjechało gestapo, otoczyło willę. Wywiązała się walka, bo obsługa tej drukarni miała broń. Drukarnia została zlikwidowana, przy okazji Niemcy zrobili rewizję w naszym domu. Na szczęście wszystko było już usunięte.

  • To znaczy co?

To znaczy gazetki, bo oczywiście, ponieważ to była willa obok, orientowaliśmy się, co się tam robi i pomagaliśmy w kolportażu. Akurat było stosunkowo mało prasy, tak że dało się to zniszczyć w przeciągu kilku minut.

  • Wie pan, czy ktoś z tej drukarni przeżył, co się stało z pracownikami?

O ile pamiętam, to jedna osoba przeżyła. Została oczywiście aresztowana i zdaje mi się, że zginęła w Oświęcimiu.

  • A ile osób tam pracowało?

Ja wiem o trzech, tak mogę powiedzieć.

  • Który to był rok?

Byliśmy aresztowani dokładnie 4 grudnia 1940 roku.

  • Pan był aresztowany?

Tak.

  • W momencie gdy Niemcy przeprowadzili rewizję tej drukarni, czy pan już był zaprzysiężony, był już pan formalnie w konspiracji?

Nie.

  • Kiedy pan wstąpił?

Niemcy dopiero następnego dnia przyjechali jeszcze raz. Aresztowali całą rodzinę i cała rodzina, to znaczy matka i cztery jej siostry oraz ja, znalazła się na Pawiaku.

  • Na jakiej podstawie zostali państwo aresztowani?

O to nikt nie pytał, gestapo nie musiało tego uzasadniać. Ja siedziałem na Pawiaku przez miesiąc, do 6 stycznia. Byłem przesłuchiwany na alei Szucha. Dostałem tam po gębie raz i drugi, ale się do niczego nie przyznałem – nie wiedziałem, co dzieje się pod numerem 10.

  • Był pan przesłuchiwany w związku z tą drukarnią?

Właśnie, tak jest. Usiłowali wmówić w nas, że myśmy współpracowali. Każdy się bronił, że nic podobnego, co zresztą mnie uratowało. Ponieważ dziadek (to znaczy ojciec matki i [jej] sióstr) był generałem wojsk polskich i był w dobrych stosunkach z generałem Michałem Tokarzewskim, który był jednym z założycieli ZWZ, rodzina miała pewne chody, że tak powiem, we władzach. To spowodowało, że kobiety zostały zwolnione z Pawiaka, natomiast ja pojechałem do Oświęcimia. Z Pawiaka zostałem pewnego dnia zapakowany do pociągu i pod strażą Schutzpolizei zresztą zostałem przywieziony do Oświęcimia, gdzie dostałem numer 8252.

  • Kiedy pan tam trafił?

6 stycznia 1941 roku. Byliśmy aresztowani 6 grudnia 1940 roku i po miesiącu, 6 stycznia dostałem się do Oświęcimia.

  • Jak długo pan tam przebywał?

Przebywałem tam, przechodząc przez najrozmaitsze komanda, do maja 1941 roku.

  • Jak wyglądało życie?

W różnych komandach bardzo różnie. To był początek Oświęcimia i wówczas, na przykład, nie było tam jeszcze w ogóle Żydów. W każdym bloku Blockführer to był Niemiec, a pod jego rozkazami byli tak zwani kapowie. Każdy miał przydział do jakiegoś komanda i rano szło się do pracy. W tym okresie nie było jeszcze makabrycznie, to znaczy oczywiście podczas mojego pobytu był jeden wypadek próby ucieczki, ale próba ta została udaremniona. Tego człowieka na placu apelowym rozłożono na deskach i dostał koło pięćdziesiąt pejczów, tak że właściwie cały tyłek miał posieczony. Nie wiem, jak wyszedł, bo trafił potem do karnej kompanii, a karna kompania miała wyjątkowo ciężkie warunki, tak że chyba tego nie przeżył.

  • A jakie warunki panowały u pana?

To był jeszcze początek. Mieszkaliśmy w zabudowaniach koszarowych, spaliśmy jeszcze na pryczach.

  • A wyżywienie?

Wyżywienie było takie, że nie można było umrzeć z głodu, wystarczające do tego, żeby móc egzystować, znaczy iść do pracy.

  • Na czym polegała praca?

To właśnie wszystko zależało od komanda, bo można było nosić trupy do krematorium, można było pracować w stolarni, nosić węgiel, wozić karpinę na przykład, znaczy takie wykopane korzenie drzewa, które potem się piłowało i służyły do palenia.

  • Pan te wszystkie prace wykonywał?

Cały szereg różnych prac wykonywałem i nosiłem do krematorium trupy, z tym że były jeszcze wówczas takie stosunki, że można było na przykład pisać listy. Pisałem listy do wujka, prosząc, żeby przysłał coś wzmacniającego do jedzenia, jakąś cebulę, czosnek, jakieś tłuszcze, ale nigdy nic nie otrzymałem. Z tego co się orientowałem, to nikt też nic nie dostawał, przynajmniej z mojego bloku. Byłem tam do maja, kiedy to matka, która już była wówczas na wolności, zaczęła robić starania o zwolnienie mnie, jako że jestem małoletni (to był rok 1941, a ja jestem urodzony w 1924). Mieliśmy taką zaprzyjaźnioną rodzinę państwa Żochowskich. To była córka Wedla, a Niemcy mieli szacunek dla przedsiębiorców, którzy dobrze prowadzili przedsiębiorstwa, zupełnie inaczej niż z Sowietami. Dawali swojego Treuhändera, nie mniej ten fabrykant, na przykład, dalej prowadził swoją fabrykę i Niemcom zależało, żeby była dobrze prowadzona. Nazwisko to liczyło się. Z drugiej strony rodzina postarała się o starania hrabiego Ronikiera, który był wówczas przewodniczącym RGO (to jest Rada Główna Opiekuńcza, tak to się nazywało). Z jednej strony hrabia Ronikier, a z drugiej pani Wedel, więc matka dostała się do gestapo na alei Szucha, do gestapowca, który się nazywał Stern (przynajmniej tak się przestawiał). Matka powiedziała mu, że bardzo go prosi, żeby zwolnił syna, bo syn zupełnie niewinny, małoletni. Dobre uczynki wracają, niech o tym pamięta, że i on też może potrzebować, żeby ktoś mu potem w życiu pomógł. Ten gestapowiec powiedział, że jeżeli ja do niczego się nie przyznałem, to on napisze pismo do Berlina o zwolnienie. Widocznie doszli do tego, że się nie przyznałem. Napisał pismo do Berlina i pewnego dnia, 25 maja na apelu raptem został wyczytany mój numer. Zostałem doprowadzony do kuchni – dostałem michę zupy, a potem do magazynu ubraniowego – dostałem swoje ubranie. Policjant niemiecki odprowadził mnie (to była Rzesza, to było już za granicą) na stację kolejową, dał bilet i powiedział, że mam się zgłosić w Częstochowie do gestapo. Nie wiem, jak to się stało, że już matka wiedziała o tym i przyjechała z Warszawy do Częstochowy do wujka. Wujek poszedł ze mną do gestapo. Oni mnie tam zarejestrowali. Powiedziałem, że chcę jechać do Warszawy, do domu. Zgodzili się i pojechałem z mamą do Warszawy. W dalszym ciągu zacząłem mieszkać na Sadybie, z tym że ponieważ jednak byłem bardzo wycieńczony, to mama załatwiła dwie sprawy. Po pierwsze – były rodziny ziemiańskie, które były w kontakcie z organizacją. Właśnie przez tą organizację zostałem skierowany do Lechanic do pana Brzezińskiego, właściciela majątku Lechanice, gdzie pojechałem i byłem parę miesięcy. Dochodziłem tam do zdrowia. Po czym mama załatwiła jeszcze jedno takie miejsce – Kraśnicza Wola pod Grodziskiem Mazowieckim w majątku Kraśnicza Wola i Izdebno. To był folwark. Pan Jorga Szczygielski był właścicielem i tam też pobyłem parę miesięcy, po czym wróciłem do Warszawy.

  • Kiedy pan wstąpił do konspiracji?

Byłem zwolniony w maju 1941 roku. W Lechanicach i Izdebnie byłem gdzieś do 1942 roku. Po Sylwestrze 1942 roku już znalazłem się w Warszawie. Miałem tam kolegów, więc ci koledzy oczywiście mnie wciągnęli zaraz do konspiracji. Tam był Batalion „Chrobry”. Naszym dowódcą był kapitan Dąbrowski. Na Sadybie, jak tutaj rozmawiam z żoną, która spędziła okupację w Krakowie, to w ogóle nie ma żadnego porównania. Kraków był siedzibą rządu „G” i tutaj było strasznie dużo Niemców. Nie było mowy o tym, na co można sobie było pozwolić w Warszawie podczas okupacji. A jeżeli chodzi już o Warszawę i Sadybę Oficerską, to tam były takie układy, że dosłownie (to nie jest kawał) pan Dąbrowski otwierał okno w bloku i krzyczał na dół: „Walduś, przynieś karabin, bo mamy zebranie!”. Inna rzecz, że ostatecznie to się skończyło bardzo niedobrze dla organizacji i dla kapitana Dąbrowskiego, bo był aresztowany wraz z synem Waldkiem (który też [był] w Korpusie Kadetów swego czasu) i zginął na Pawiaku.

  • Na czym polegała pana działalność w konspiracji?

Zostaliśmy zaprzysiężeni i właściwie zaczęliśmy przerabiać taki podręcznik służby w piechocie. Wszystko się sprowadzało właściwie do uczenia się, ale będąc w mieście, spotkałem kolegę z Korpusu Kadetów, Andrzeja Dubiszewskiego. Powiedział: „Gdzie jesteś? Co robisz?”. Odpowiedziałem mu, gdzie jestem i co robię. Mówi: „Chodź do nas zaraz, to my się tobą zajmiemy”. Odmeldowałem się u kapitana Dąbrowskiego, że przechodzę do oddziału związanego z Korpusem Kadetów i odtąd zacząłem działać w 1. Szkolnej Kompanii Cekaemów. Dowódcą był porucznik Prawdzic. Okazało się, że jest to kompania karabinów maszynowych. Moim dowódcą był plutonowy podchorąży Tadeusz Retmaniak, pseudonim „Wykrot”. Ja tworzyłem z ośmioma kolegami tak zwany karabin – zespół obsługi karabinu maszynowego. Nasza komórka była wyposażona w Breny, karabiny maszynowe produkcji brytyjskiej. Przechodziliśmy przeszkolenie na tych Brenach. Trzeba było poznać broń do tego stopnia, że po ciemku trzeba [było ją] rozebrać i złożyć.

  • Czy oprócz szkoleń uczestniczył pan w akcjach sabotażowych?

Nie.

  • Przygotowywał się pan po prostu do służby wojskowej.

Tak. Znaczy się wszyscy wierzyliśmy, że wcześniej czy później... W międzyczasie wybuchła wojna niemiecko-rosyjska w 1942 roku w lecie. W czerwcu cała Warszawa chodziła pijana z radości, że się ci dwaj wzięli za łby. Ja sobie pewnego razu siedziałem w pokoju na parterze (miałem pokój w willi w ogrodzie), raptem się drzwi otwierają i wchodzi gestapowiec. Ja siedziałem przy biurku i pisałem na maszynie taki wierszyk, bo akurat był modny: Adolfo mio, caro amigo, greko bandito, dupo obito, Benito – coś takiego. Ten gestapowiec przyszedł, zobaczył, że piszę na maszynie. Wyciągnął to, przeczytał. Nic, ani muskuł nie drgnął u niego na twarzy. Odłożył to i [zapytał], co robię. Mówię, że nie pracuję. Mówi, że muszę pójść do pracy, dlatego że inaczej wywiozą mnie na roboty i poszedł. W związku z powyższym zaostrzyliśmy warunki bezpieczeństwa w domu, żeby nie było tak, że raptem ktoś może wejść. Zacząłem pracować w „Philips” Werke AG (tak to się nazywało – zakłady Philipsa, były na Karolkowej) jako radiotechnik. Ponieważ to był Rüstungsbetrieb, to znaczy przemysł zbrojeniowy, to był bardzo dobry Ausweis. W międzyczasie w mojej kompanii postanowiono, że nasz karabin przejdzie szkolenie szkoły podoficerskiej. Nie mieliśmy matury, w związku z tym nie mogliśmy iść na podchorążówkę. Praktycznie biorąc, miałem wówczas za sobą trzy klasy gimnazjalne. Tu pracowałem u Phillipsa, a tutaj robiłem Szkołę Podoficerów Piechoty. Tak było do 1944 roku, do wiosny.Najpierw, 11 listopada 1943 roku, ukończyliśmy Szkołę Podoficerów Piechoty. Był wielki bal u kolegi z tej racji, a potem nastąpiła wpadka, mianowicie aresztowany został porucznik Prawdzic, dowódca kompanii, z wykazem członków kompanii z adresami. Ale mieliśmy takiego podoficera kontrwywiadu, Andrzeja Dubiszewskiego, którego ojciec też pracował w wywiadzie. Miał szalonego nosa – jak Prawdzic wpadł jednego dnia, to następnego dnia on już był u niego, ale nie wszedł do niego do mieszkania, tylko krążył pod domem. Złapał dozorcę i jakoś się dogadali. Dozorca powiedział mu, że gestapo było tutaj wczoraj na pierwszym piętrze. Andrzej Dubiszewski, pseudonim „Osa”, zawiadomił całą kompanię (swoich dowódców, a ci swoich dowódców), tak że zasadniczo, można powiedzieć, poza porucznikiem Prawdzicem nikt wówczas nie został aresztowany po tej wpadce.

  • Pan zmienił nazwisko?

Nie, nie zmieniłem nazwiska, natomiast bałem się mieszkać na Sadybie, bo wychodząc z Oświęcimia, musiałem podpisać taki dokument, w którym się zobowiązuję nie pracować przeciwko III Rzeszy. Jeżeli zostanę złapany, to mnie rozstrzelają. Nie chciałem być rozstrzelany, wobec tego przestałem mieszkać na Okrężnej w Warszawie i zamieszkałem w Aninie u mojego stryjka, Michała Radłowskiego. Ale to nie odbiło się jakoś na ulicy Okrężnej, to znaczy gestapo nie przyszło na [tą] ulicę.

  • Chciałam, żebyśmy przeszli już do okresu powstańczego. Czy może pan o tym opowiedzieć?

To było lato i pewnego dnia łącznik poinformował mnie, że mam się zgłosić na punkt alarmowy. Przepraszam, chciałem jeszcze tutaj dodać, że zanim zacząłem mieszkać w Aninie u stryjka, pierwsza rzecz, to się zacząłem ukrywać u ciotki Sylwii Rzeczyckiej, która była opiekunką Żydów. Ciotka Sylwia dostała na Nowym Zjeździe z ramienia organizacji mieszkanie rektora Uniwersytetu Warszawskiego, profesora Koszembar-Łyskowskiego, który mieszkał w Aninie. Przeniósł się do Anina, a mieszkanie przejęła Sylwia w imieniu „Żegoty”. „Żegota” to była wydzielona placówka Armii Krajowej, która zajmowała się opieką nad Żydami. To było duże mieszkanie, sześcio czy siedmiopokojowe – tam byli doprowadzani Żydzi. Sylwia przetrzymywała ich przez pewien okres czasu. Przez ten czas załatwiała aryjskie papiery, lokowanie gdzieś na prowincji i byli oni odsyłani poza Warszawę, a potem przychodzili nowi. To był taki punkt przelotowy, więc jak była wpadka w naszej kompanii, to Sylwia mnie też u siebie na Nowym Zjeździe przejęła, a dopiero potem żeśmy się dostali do Anina. Dlatego chciałem się cofnąć do tego, bo ta współpraca z „Żegotą” i z Żydami będzie potem miała jeszcze swoje dalsze następstwa. Początek Powstania. Na punkcie alarmowym byłem razem z kolegą, we dwójkę. [To był] Janusz Bronowicz, pseudonim „Pepi”. Dostaliśmy rozkaz stawienia się 1 sierpnia na punkt w lokalu takim i takim na Kazimierzowskiej, w związku z tym żeśmy tam się stawili. Cały nasz karabin się zebrał, ośmiu ludzi. Czekaliśmy teraz na łącznika, dlatego że wiedzieliśmy, że na Asfaltowej, po drugiej stronie alei Niepodległości, mamy punkt amunicyjny, w związku z tym prawdopodobnie zaraz przyjdzie łącznik i pojedziemy na [ten] punkt. Alę łącznik nie przyszedł. [Godzina] piąta i już się zaczęła strzelanina, już poszło uderzenie na szkołę na Kazimierzowskiej, a my siedzimy. Przyleciał łącznik i mówi: „Szybko na Asfaltową!”. Myśmy się poderwali, lecimy. Trzeba było przeskoczyć przez aleję Niepodległości, ale nasze oddziały nas nie przepuściły, dlatego że już zaczęła się wcześniej strzelanina. Niemcy nie byli zaskoczeni i już ustawili granatniki i karabiny maszynowe wzdłuż alei Niepodległości, tak że nie mogliśmy przeskoczyć na drugą stronę i dostać się do swojego punktu amunicyjnego. Byliśmy bardzo podenerwowani, ciągle chcieliśmy, ale ciągle nas nie puszczali. Dookoła lecą różne oddziały. W końcu po pewnym czasie [pojawił się] jakiś oddział. Nasz karabin się rozproszył, tak że zostało nas trzech. Dowódca tego oddziału zaopiekował się nami, myśmy się przyłączyli do [niego]. Wiem, że pierwszą noc byłem na posterunku obserwacyjnym uzbrojony w granat i siekierę – tak zacząłem Powstanie. […]W każdym razie w skrócie to wyglądało tak, że okazało się, że ten oddział, do którego zostaliśmy przyłączeni, jest oddziałem żandarmerii. Na rogu Malczewskiego i Krasińskiego była willa, w której mieszkała Hilia, Reichdeutsch i oczywiście różnie było. Tam była nasza placówka, tam mieliśmy punkt naszego oddziału żandarmerii. Naszym zadaniem była ochrona sztabu, który był zaraz przy szpitalu elżbietanek, oraz wyłapywanie folksdojczów, gołębiarzy. Tak zeszedł mi, można powiedzieć, pierwszy tydzień Powstania, z tym że jeszcze w tym pierwszym tygodniu była sprawa natarcia niemieckiego, które ruszyło od strony alei Niepodległości. Wzdłuż alei Niepodległości wszystkie domy zostały jakoś nazwane. Był taki, który został nazwany „Alkazar”, inny był „Westerplatte”. Potem między „Alkazarem” a „Westerplatte” był wykopany rów przeciwczołgowy, ale tego na początku jeszcze nie było. My [byliśmy] zgrupowani właśnie w „Alkazarze”. Udało nam się zatrzymać posuwanie się Niemców od strony alei Niepodległości.

  • Czy pan był uzbrojony?

Ja byłem uzbrojony dopiero po odparciu tego natarcia niemieckiego, ponieważ jeden z żołnierzy został zabity, więc ja wziąłem po prostu jego karabin. Pamiętam jeszcze, że w czasie tego natarcia zobaczyłem motocykl niemiecki, koło którego nikogo nie było, więc poleciałem i ten motocykl przeciągnąłem na naszą stronę. Po odparciu natarcia spotkałem dowódcę naszego plutonu z konspiracji. Zgłosiliśmy się do niego i zadecydował, że zabiera nas z żandarmerii i będziemy już normalnie na linii w kompanii O-2. Tak się skończył ten pierwszy etap mojej działalności w żandarmerii. Mogę jeszcze opowiedzieć, że do funkcji żandarmerii należało również pilnowanie jeńców wojennych, a mieliśmy jeńców wojennych. W gmachu dowództwa były duże piwnice (to było koło szpitala Elżbietanek). Tam te piwnice były zabezpieczone kłódkami i [w nich] tych jeńców niemieckich się trzymało.

  • Jak wielu ich było?

Było ich około piętnastu w tym okresie, kiedy byłem za klawisza, bo były różne funkcje. Jednego dnia były takie zadania, [drugiego] inne. Były też takie dni, kiedy mieliśmy polecenie pilnować Niemców.

  • Jak oni się zachowywali?

Byli strasznie wystraszeni, a ja jak mówiłem przedtem, miałem kwaterę w willi po Reichdeutschu. Miał bardzo ładnie urządzone mieszkanie, między innymi bibliotekę. Przeglądałem tak sobie jego książki i patrzę ¬– Im Westen nichts Neues („Na Zachodzie bez zmian”) Remarque’a. Tak sobie pomyślałem – wezmę to i zaniosę tym Niemcom, to taka pacyfistyczna książka, nich sobie poczytają. Wziąłem tą książkę i im zaniosłem. Potem też były tego konsekwencje.

  • W momencie gdy przyłączył się pan do kompanii O-2, przeniósł się pan już na inną placówkę?

Tak jest. Jak przeszedłem do kompanii O-2, odnaleźliśmy się ja i mój przyjaciel Janusz Bronowicz „Pepi”. Zostaliśmy skierowani na placówkę „Drago”– to jest najbardziej wysunięty punkt na rogu alei Niepodległości i ulicy Ligockiej (taka mała ulica). Na rogu właśnie był bardzo wysoki budynek (miał chyba z pięć pięter), nieuszkodzony zupełnie. Nie wiem, co się stało z mieszkańcami tego bloku, który zajęliśmy jako kwaterę naszego plutonu, ale nie było [w nim] nikogo. Ulica Ligocka była bardzo wąska, a po drugiej stronie już byli Niemcy. Trzeba było cały czas pilnować, bo należało się liczyć z tym, że Niemcy będą usiłowali pójść do przodu. Zasadniczo zadaniem naszej kompanii było zdobycie koszar właśnie na ulicy Rakowieckiej, tak zwanych Stauferkaserne, ale do tego nie doszło ze względu na to, że żaden z karabinów nie dotarł do punktów amunicyjnych. Zresztą, jak się potem okazało, Niemcy i tak byli uprzedzeni, znaczy wcześniej się orientowali i byli tak zabezpieczeni, tak dużo ton bunkrów było, że zdobycie Stauferkaserne wówczas było nie do zrealizowania. Niemniej linia frontu była właśnie na ulicy Ligockiej i trzeba było tą linię trzymać. To jest tak, jak [...] szerokość ulicy, w związku z tym stanie w oknie i patrzenie, równało się z samobójstwem, bo przecież z drugiej strony z daleka mógł strzelić Niemiec. Zabezpieczaliśmy się w ten sposób, że wnosiliśmy płyty chodnikowe oraz worki z piaskiem i na wysokości pierwszego piętra porobiliśmy w oknach jak gdyby strzelnice. Przez te strzelnice można było mieć wgląd na całą ulicę Ligocką, ale od czasu, kiedy jeden z kolegów o pseudonimie „Uduś” mimo tej strzelnicy został ranny (był w hełmie i jakoś kula wpadła, przestrzeliła mu ucho), wykombinowałem, że dom jest pusty, wszystkie mieszkania puste. W niektórych mieszkaniach są toaletki z dużymi lustrami, więc pościągałem lustra i zrobiłem peryskopy, tak że można było sobie bezpiecznie siedzieć tutaj, za płytami, a przy pomocy dwóch luster widzieć, co się dzieje na ulicy Ligockiej. Ponieważ to się działo na pierwszym piętrze i wszystkie nasze czaty były na wysokości pierwszego piętra, a reszta oddziału była od strony podwórka, więc jeszcze była sprawa szybkiego powiadomienia w razie czego o jakichś ruchach nieprzyjaciela. Ja mam elektryczne zamiłowania, w związku z tym pościągałem możliwe baterie i dzwonki, jakie tam tylko w całym domu znalazłem i porobiłem przy naszych punktach dzwonki elektryczne, tak żeby dzwonek był przy oknie, a na dole, w pomieszczeniu, gdzie przebywała reszta oddziału, były dzwonki alarmowe. Tak się opowiada, opowiada, ale w międzyczasie cały czas jest i ostrzał artyleryjski, i nalot lotniczy, i Niemcy próbują z jednej strony nacierać, z drugiej. Miedzy innymi jakiś pocisk niemiecki wpadł do pokoju, w którym była nasza amunicja i świece dymne. Na szczęście to wszystko nie wybuchło, tylko zapaliło się parę świec dymnych i koledzy, którzy byli w pobliżu, zostali zaczadzeni. Trzeba było polecieć i ich wyciągać. Potracili przytomność, byli zaczadzeni. My sami podczas okresu przebywania w tym pomieszczeniu też zostaliśmy już zaczadzeni, tak że ja i mój kolega przeniesieni zostaliśmy do punktu „rad-san” w następnym bloku. Po dwóch dniach wróciliśmy stamtąd z powrotem.

  • Jaka tam była opieka?

Opieka w punkcie sanitarnym – był lekarz, pielęgniarki, siostry.

  • Wrócili panowie na Ligocką i dalej próbowali walczyć?

Tak, wróciłem dalej na Ligocką. Był też cały szereg śmiesznych czasem sytuacji, na przykład na ulicy Różanej. Czołgi niemieckie zaczęły się posuwać ulicą Różaną, a tam jest cały szereg willi, więc wpadliśmy do jednej z tych willi na pierwsze piętro z butelkami z benzyną i z tak zwanymi gammonami. Ponieważ uzbrojenie było bardzo różne, jeden z kolegów miał karabin francuski Lebel firmy Lebel, strasznie długi. Wpadliśmy do pokoju na pierwszym piętrze tej w willi, a tam był żyrandol z mlecznymi kulami (było ileś tych kul). Jak on z tym długim karabinem leciał do okna, to zbił taką kulę. Właścicielka mieszkania wyleciała do niego ze straszną awanturą: „Niech pan uważa, co pan robi, bo pan pobił tę kulę!”. Nam się strasznie chciało śmiać i on mówi: „Proszę pani, jak ten »Tygrys« tutaj strzeli, to domu zaraz nie będzie, a pani mi robi awanturę o kulę”.

  • Do kiedy bronili panowie Ligockiej?

Jak kapitulacja była 27 września, to gdzieś do 20 września broniliśmy Ligockiej, po czym ruszyło natarcie niemieckie od strony alei Niepodległości. Wówczas nas wycofano z „Drago” (tak się nazywał ten nasz dom na rogu alei Niepodległości i Ligockiej) i dołączono do obrony rowu przeciwczołgowego.

  • Czy do tego czasu miał pan cały czas tę samą broń, czy przybywało broni? Wspomniał pan wcześniej, że miał pan karabin – czy to się zmieniało?

Tak, to się zmieniało. Broni było zawsze za mało i w naszym oddziale było zawsze mniej broni niż ludzi. Ponieważ były karabiny zwykłe, PM-y niemieckie, Steny i dwie pepesze, w związku z tym dostawało się na akcję tą broń, która najbardziej nadawała się na daną akcję. Ja jakoś ostatnio miałem raczej pepeszę. Obrona rowu przeciwpancernego trwała długo, bo chyba jakieś cztery dni i noce. Cały szereg placówek trzeba było zlikwidować, żeby zasilić ludźmi obronę rowu, bo jednak były duże straty. […]

  • Czy pan w czasie Powstania był ranny?

Nie, nie.

  • Znajdował się pan w takiej sytuacji, że na przykład ledwo pan uszedł z życiem?

Taka sytuacja była, kiedy właściwie czołgi niemieckie były już... Nie mogły wjechać do rowu przeciwpancernego, ale stały już nad rowem, a piechota niemiecka, która posuwała się za czołgami, zaczęła schodzić do rowu. Zostało [tam] już tylko parę osób i jedynym wyjściem była po prostu ucieczka. Trzeba było przelecieć odległość... Tam były ogródki działkowe, więc przez teren tych ogródków może było pięćdziesiąt metrów. Trzeba było w pewnym momencie się poderwać i ten odcinek przelecieć. Miałem na sobie oprócz munduru (bo miałem angielski mundur) narzuconą na siebie kurtkę skórzaną, niezapiętą, bo było gorąco i tak z pepeszą w ręku przeleciałem te pięćdziesiąt metrów. Potem stwierdziłem, że w paru miejscach kurtka jest przestrzelona, natomiast ja nie zostałem ranny.

  • To znaczy, że nie przylegała do ciała.

Tak, tak. Wycofaliśmy się do takiego prostokąta: Bałuckiego z jednej strony, Puławska z [drugiej] strony i dwie przecznice. Nasz karabin był jeszcze stosunkowo bardzo zdyscyplinowany i dostaliśmy rozkaz osłony włazów, bo cały szereg oddziałów z kolei dostał rozkaz przejścia kanałami do Śródmieścia. Między innymi z Batalionu „Zośka” dużo ludzi dostało rozkaz przejścia z powrotem do Śródmieścia kanałami. Ponieważ zbyt dużo było amatorów na przejście tymi kanałami, to trzeba było po prostu włazów pilnować, kordon zrobić i ludzi nie wpuszczać. Dwa nasze karabiny dostały polecenie osłony włazów i do końca te włazy osłanialiśmy, właściwie do momentu, kiedy walki się zaczęły kończyć, bo byliśmy ścieśnieni do takiego czworokąta ulic. Dowództwo wysłało parlamentariuszy, Niemcy ich przyjęli. Początkowo zaczęli strzelać, ale potem się uspokoili i ostatecznie była kapitulacja.

  • Czy pan zszedł do kanału?

Nie, nie, ja byłem do końca przy osłonie włazów.

  • A czy mógł pan zejść?

Nie wypadło mi po prostu. Człowiek nie orientuje się w całości – próbowaliśmy jeszcze taką pewną grupą poderwać się i przebić za Puławską, ale już Niemcy zaczęli wchodzić z różnych stron w ten czworobok bloków i już były rozkazy z naszego dowództwa, że jest podpisana kapitulacja i żeby się poddać. Poleciałem szybko do piwnicy i tą pepeszę schowałem pod węglem, żeby nie oddać im broni. Wszystkich nas zaprowadzono na ulicę Różaną – było nas tam chyba około trzystu. Poszliśmy, poprowadzono nas na Fort Mokotowski. [Tam] przyjął nas generał von dem Bach i powiedział, że będziemy traktowani jako jeńcy wojenni, że zaraz przyjadą kuchnie polowe i dostaniemy jedzenie. I rzeczywiście, przyjechały kuchnie polowe i grochówka, tylko że nie mieliśmy menażek. Ale na Forcie Mokotowskim była składnica materiałów budowlanych i między innymi były kafle do pieca, a [one] mają w środku takie wgłębienie. Wszyscy polecieliśmy, każdy wziął kafel i z tymi kaflami żeśmy... Nigdy mi grochówka tak nie smakowała, bo człowiek nie miał ze dwa tygodnie gorącej strawy w ustach. Stamtąd nas przewieziono do Pruszkowa. W Pruszkowie [byliśmy] w halach kolejowych. Przyjechało gestapo i była awantura między... Niektórzy niemieccy jeńcy wojenni zaczęli się skarżyć, że byli źle traktowani i teraz Niemcy usiłowali wyciągnąć, kto się nad nimi znęcał. Doszło do nieporozumienia między władzami Wehrmachtu a SS. W końcu zgodzili się na to, że naszą grupę wyprowadzono na plac, ustawiono luźno, a ci Niemcy, którzy byli w naszym więzieniu i którzy odzyskali wolność, chodzili między nami i mieli rozpoznawać. Nikogo nie rozpoznali, a jeden z nich przechodząc koło mnie, poklepał mnie po ramieniu i powiedział: O, der is gut – że ten jest dobry. Było mi strasznie głupio, bo wszyscy na mnie popatrzyli, a to był ten, co mu dałem książkę „Na Zachodzie bez zmian” do czytania.

  • Do jakiego obozu pan trafił?

Potem stamtąd jeszcze do Skierniewic. W Skierniewicach posiedzieliśmy chyba ze dwa tygodnie. Tam straszne wszy nas żarły. Potem nas przewieziono przez Berlin do stalagu X B Sandbostel między Bremą a Hamburgiem. Było tak, że oficerowie jadą do oflagu, żołnierzy wolno wziąć do pracy w polu albo fabryce z wyjątkiem przemysłu zbrojeniowego, natomiast nie wolno wziąć do pracy podoficerów. Podoficerowie mają siedzieć w obozie, w stalagu. Dowódca plutonu awansował mnie zaraz na kaprala, bo po skończeniu szkoły podoficerskiej dostałem starszego strzelca. On mnie teraz mianował na kaprala, to jako Unteroffizier już zostałem w obozie i nie dostałem się na roboty. To był obóz międzynarodowy, byli tam Anglicy... [Byliśmy] nie wszyscy razem, tylko oddzielnie. Oddzielnie Polacy, oddzielnie Serbowie, ci od Draży Michajłowicza, antykomuniści. Byli powstańcy słowaccy, bo w międzyczasie jeszcze było powstanie na Słowacji i ich również objęła ta umowa o jeńcach wojennych. Byli Francuzi, byli Rosjanie zupełnie odizolowani od reszty.

  • Wytrzymał pan tam do wyzwolenia?

Potem była ewakuacja Sandbostel do Westertimke. Tam był obóz wypoczynkowy niemieckiej marynarki wojennej. Składał się jakby z poszczególnych małych obozów i tu był obóz amerykański, obóz angielski, obóz polski, obóz francuski. Front zbliżał się. Była bardzo śmieszna sytuacja, mianowicie słychać było dosłownie ten zbliżający się front, coraz to bliższe ostrzały, a potem przyszło jakieś kontrnatarcie niemieckie i oni się wycofali. Był taki moment, kiedy Niemcy się wycofali, nasi nawiązali kontakt między obozami i wobec tego, że to był teren jak gdyby bezpański, więc komendę objął najstarszy rangą oficer aliancki. Okazało się, że to był jakiś kapitan angielski. Było tak, że Niemcy, którzy pilnowali nas w wieżyczkach, zeszli i oddali nam broń. Potem, jak ruszyła kontrofensywa niemiecka i do przodu poszły oddziały SS, to gdyby te oddziały SS zajęły ten teren i okazałoby się, że wachmani, którzy nas pilnowali, oddali nam broń, to po pierwsze ich by wystrzelali, a jeszcze mogliby nas powystrzelać przy okazji. Tak że trzeba było po prostu poprosić tych Niemców, żeby wzięli ze sobą z powrotem karabiny i poszli znowuż na te wieżyczki w dalszym ciągu nas pilnować. Niemcy poszli na wieżyczki i nas pilnowali. Jak SS przechodziło, to było wszystko w porządku. Potem było kontrnatarcie kanadyjskie, ale już jak wyjechały czołgi kanadyjskie, to wszystko się skończyło.

  • Wrócił pan do Polski?

Wówczas usiłowałem się dostać do generała Maczka, który stacjonował na terenie Holandii. Ale generał Maczek nie przyjmował, więc z paroma kolegami przedarliśmy się do Włoch i wstąpiliśmy do II Korpusu. Tam nas wcielono do 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, który to pułk był w 2. Warszawskiej Dywizji Pancernej. Oczywiście nie jeździło się konno, tylko shermanami. Tam zaraz dostaliśmy się do szwadronu szkolnego. Przeszliśmy przede wszystkim przeszkolenie samochodowe jako kierowcy.

  • Kiedy wrócił pan do Polski?

Do Polski wróciłem pod koniec grudnia 1945 roku.

  • Wrócił pan do Warszawy?

Miałem informację, że nasza willa została spalona (bo tam był punkt sanitarny) i już [jej] nie ma, tak że nie ma i rodziny, natomiast dostałem wiadomość, że rodzina jest w Krakowie. Tutaj, między innymi, ciocia Sylwia, która była właśnie w akcji „Żegota”, miała teraz dojścia do pana Drobnera na przykład i takich wpływowych osób, tak że dostaliśmy mieszkanie w Krakowie. Jak przyjechałem, to już miałem gdzie się zatrzymać w Krakowie – na Łobzowskiej rodzina już mieszkała. Ciotka Sylwia w związku z tym, że ratowała Żydów i to były również osoby na wysokich stanowiskach, a zaczęły się aresztowania akowców, ruszyła teraz do tych swoich Żydów, że tak powiem, żeby teraz pomagali naszym i wyciągali ich. Z tym że ich stanowisko było takie, że wszystko zrobią, we wszystkim pomogą, ale w sprawach politycznych nic nie zrobią i nic nie pomogą. Tak że doszło nawet do takiego zerwania między Sylwią a tymi kołami żydowskimi, niemniej potem przyjechał z Nowego Jorku do ciotki pan, który miał na imię Frank. Powiedział: „Pani Sylwio, my wszystko o pani wiemy. Pani będzie zaproszona do Izraela, tylko to nie może być oficjalnie, natomiast prywatna osoba panią zaprosi”. Sylwia została zaproszona, pojechała. Tam, w Jad Waszem dostała medal, certyfikat, posadziła drzewko i zdaje mi się, przez trzy miesiące pokazywano jej Izrael, po czym wróciła do Polski. Pan Frank z Nowego Jorku powiedział, że do końca życia będzie się nią finansowo opiekował. Jak coś tylko będzie potrzebowała, żeby dała mu znać, to on zaraz [to załatwi]. Tak się stało, że w międzyczasie znowuż rotmistrz Czajkowski, cichociemny, który stracił kontakt pod Warszawą, zamieszkał w naszym domu w Krakowie i dwa i pół roku prowadził robotę jako osoba związana z rządem londyńskim. Tu bym mógł wyjąć książkę Ministerstwa Bezpieczeństwa, gdzie są skazani za szpiegostwo i my wszyscy jesteśmy tam właśnie wymienieni, z tym że określono to jako wywiad angielski. Rotmistrz Czajkowski ukrywał się u nas dwa i pół roku i pewnego dnia byliśmy aresztowani. On dostał karę śmierci. Kara śmierci została wykonana, a wszystkie siostry dostały po dziesięć, piętnaście lat więzienia. Ja dostałem dwanaście lat za szpiegostwo. Szpiegostwo o tyle było karnym paragrafem, że amnestia [go] nie obejmowała.

  • Gdzie pan siedział?

Na Mokotowie w Warszawie.

  • Odsiedział pan pełen wyrok?

Nie. No więc właśnie – przy tych całych wyrokach, matka siedziała trzy lata, siostry siedziały cztery lata, ja cztery lata, przy wyroku dwanaście. Mam takie odczucie, że tutaj znowuż pomogli Żydzi.

  • Ale nie wie pan tego?

Nie, nie mogę powiedzieć, ale na przykład Sylwia dostała karę śmierci – nie wykonano i wyszła po czterech latach. Ja byłem aresztowany w sierpniu, byłem w spodniach i w koszuli, a zostałem zwolniony w 1956 roku w lutym – wyszedłem w tych spodniach i koszuli. Tylko znowuż – rodzina już wiedziała, tak że trafiłem... Miałem jeszcze rodzinę w Warszawie, tak że dostaliśmy się tam. Wróciłem do Krakowa i znowuż tak jakoś się udało, że rodzina pokój dostała, a mnie przyjął kolega z Akademii Górniczej do swojego domu i mieszkałem u niego dwa lata. Starałem się o mieszkanie i dostałem [je] w końcu (to, w którym jesteśmy) nie bez pomocy premiera Cyrankiewicza, bo znowuż były takie różne powiązania... Dużo by o tym mówić.
Kraków, 14 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kowalczyk

Zobacz także


cywil

Barbara Wyciszkiewicz

Barbara Wyciszkiewicz z domu Skoskiewicz, w czasie Powstania Kulińska, urodzona 11 października 1934 roku w...

więcej
cywil

Alina Dwornik

Nazywam się Alina Dwornik, z domu Jazurek. Urodziłam się w Warszawie 29 grudnia 1931 roku na Żoliborzu przy ulicy...

więcej
łączniczka

Irena Kurowska „Kubuś”, Krystyna Zarzycka

Jakubowska-Kurowska Irena, urodzona 21 marca 1922 roku w Warszawie, pseudonim „Kubuś”. [W czasie...

więcej
strzelec

Sylwester Pejsz „Tygrys”

Nazywam się Sylwester Stefan Pejsz, z bierzmowania mam Stefan. Urodziłem się 15 listopada 1925 roku w Warszawie....

więcej