Andrzej Janusz Witkowski „Rip”

Archiwum Historii Mówionej

Andrzej Witkowski, pseudonim „Rip”. Urodziłem się 14 listopada 1930 roku w Warszawie.

  • Gdzie dokładnie pan się urodził, gdzie pan mieszkał, gdzie pana rodzice mieszkali?


Urodziłem się w szpitalu położniczym na Tamce. Rodzice mieszkali w tym czasie w Boernerowie, bo ojciec mój, inżynier, pracował w tej radiostacji transatlantyckiej. Tam były takie wieże, słupy do przekazu. I to było miejsce, gdzie mieszkali też pracownicy. Myśmy wtedy zajmowali taki dwuosobowy bliźniak przy samej pętli tramwajowej. Bo tam dojeżdżał tramwaj i pętla była przed naszym domem. Rodzice wkrótce potem, ponieważ to był daleki dojazd i do domu, i do pracy, więc ojciec załatwił nam mieszkanie w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu i zamieszkaliśmy w tak zwanej II kolonii, na placu Wilsona. Znaczy to był blok który był właściwie zaadresowany na ulicy Ustronie 2, którą później przemianowano na Toeplitza 2 i tak to zostało teraz.

  • Jak nazywali się rodzice? Tata?


Ojciec Aleksander.

  • A mama?


Mama Janina.

  • Z domu?


Z domu Ferencowicz.

  • Pan był jedynakiem?


Byłem jedynakiem, tak.

  • Jak pamięta pan dzieciństwo do wybuchu wojny? Poszedł pan jeszcze przed wojną do szkoły?


No oczywiście. Ja przede wszystkim wcześnie zetknąłem się z ruchem harcerskim, bo w wieku chyba sześciu czy siedmiu lat należałem do zuchów. [Mam] wspomnienie z jedynego obozu zuchowego, namioty mieliśmy rozbite na pobrzeżu Puszczy Kampinoskiej. Z tego pamiętam tylko dwie rzeczy: Złapaliśmy takiego puchacza, który jakoś tak siedział na gałęzi i nie odleciał. Wszyscy żeśmy się nim strasznie emocjonowali. Wypuściliśmy go. I drugie, jak przyjechała po mnie mama, żeby mnie odebrać, jak już zwijali ten obóz. Tak że z ruchem harcerskim miałem do czynienia już od bardzo wczesnych lat.

  • Do jakiej szkoły pan uczęszczał?


[Chodziłem] do szkoły numer 64 na ulicy Felińskiego, na rogu alei Wojska Polskiego. Jest tam dalej, w tej chwili też.

  • Skończył pan drugą klasę, kiedy wybuchła wojna?


Tak, drugą klasę, kiedy wybuchła wojna. No i później było oblężenie Warszawy, które żeśmy tam przeżyli. Byliśmy ostrzeliwani. Parę osób z naszego bloku nawet zginęło od niemieckiego ostrzału artyleryjskiego. Stamtąd tylko pamiętam takie momenty, jak na Żoliborz dotarła przebijająca się przez Puszczę Kampinoską piechota z Armii „Poznań” i „Pomorze”. Tak że pamiętam, że pod siódmą klatką na podwórzu rósł taki kasztan rozłożysty i pod tym kasztanem był przywiązany piękny koń jednego z oficerów, który tam przybył. Nie wiem, czy miał kogoś tam znajomego, czy krewnego, w każdym razie był tam goszczony. A ten koń i ten oficer to mi się upamiętnił wtedy, właśnie w czasie oblężenia.

  • Z czego państwo się utrzymywali w czasie okupacji?


No więc właśnie. Moja mama pracowała w Dyrekcji Poczty i Telegrafów jeszcze za czasów panieńskich, na Barbary, w Śródmieściu, a ojciec pracował właśnie przy tej radiostacji. Później, ponieważ w czasie wojny mama nie chciała wrócić do tej pracy, bo po prostu ze względów patriotycznych nie chciała służyć Niemcom, chociaż może by mogła być pożyteczna, tak że nie pracowała. A ojciec znalazł zatrudnienie u mojego chrzestnego, który był właścicielem dużej pralni chemicznej, Targoński, znanej w Warszawie, na ulicy Burakowskiej. On mieszkał właściwie w tej fabryce.

  • Jak miał na imię?


[Nazywał się Łypaczewski, imienia nie pamiętam]. W każdym razie u niego pracował. Dzięki temu mogliśmy jakoś żyć szczęśliwie, że tak powiem, i mieć jakieś utrzymanie. No, mama tam jakoś dorywczo [pracowała]. Wiem, że z ciotką produkowały krówki (to było wtedy modne) i sprzedawały to. No i takie różne takie handelki.

  • Jak się nazywała ciotka?


Ciotka się nazywała Ziutka, Józefa.

  • Jakie miała nazwisko panieńskie?


Lewicka. Mieszkała na ówczesnej Towiańskiego, a obecnie to jest Wieniawskiego, zdaje się, ta ulica. Bo oni w ogóle… […] Wujek był właścicielem majątku pod Kobryniem i ciotka tam do niego „wyemigrowała”, że tak powiem, jak wyszła za mąż. Urodził im się syn Boguś. O tyle nieszczęśliwie, że chyba miał jakieś trudności przy porodzie, bo miał niedowład prawostronny, tak że utykał i ta ręka była troszkę niewydolna. No ale umysłowo był normalnie rozwinięty. No i oni w momencie jak przyszła ta „pomoc” 17 września 1939 roku, to uciekali stamtąd. Zawędrowali do Warszawy i u nas znaleźli pomoc. Później wyszukali sobie mieszkanie na Towiańskiego i tam mieszkali. Tak że do ciotki chodziło się na dobre zupki.

  • Właśnie, jak wyglądało pana życie w okupacji? Chodził pan na jakieś tajne komplety?


Tak, tak. No więc ja właśnie z Wackiem Zawadowskim razem byliśmy w jednej klasie. Skończyliśmy szóstą klasę. I wtedy był taki porządek, że trzeba było skończyć szóstą klasę, żeby przejść do gimnazjum i liceum, a jeśli ktoś już rezygnował z dalszej nauki, to jeszcze kończył siódmą klasę i to był koniec nauki. Więc myśmy skończyli szóstą klasę, zresztą już w dramatycznych warunkach, bo dwukrotnie eksmitowali nas Niemcy. Najpierw z naszego gmachu na Felińskiego, bo tam założyli szpital, a później nas przenieśli do I Kolonii na placu Wilsona. Tam byliśmy chyba dwa czy trzy miesiące. Stamtąd nas też wywalili, bo zrobili tam tak zwany Sonderbataillon, to znaczy taki batalion dla ozdrowieńców i jakichś takich chyba, którzy byli karani przez Niemców, tacy właśnie chyba na cenzurowanym, dlatego Sonderbataillon. No i myśmy wtedy przenieśli się do takiej willi na ulicy Śmiałej, którą nam udostępnił jakiś Szwed, właściciel tej willi. No, Szwedzi byli neutralni. Niemcy ich szanowali, bo tam częstowali ich doskonałą „rudą” i z tego żyli, tak że nie czepiali się. I w takiej willi piętrowej, gdzie było chyba osiem pokoi, cztery na dole, cztery na górze, to zamienione były na klasy i myśmy tam chodzili do końca, do szóstej klasy. Jeszcze w międzyczasie byliśmy douczani, dlatego że dopuszczalny przez Niemców program nie uwzględniał historii ani geografii, więc były też komplety z tych dwóch przedmiotów.

  • I z języka polskiego też, prawda?


Tak, chyba tak. W każdym razie później zaczęły się komplety. Pierwsze to był 1943 rok, z 1943 na 1944 rok. To były komplety Poniatówki, czyli gimnazjum Poniatowskiego. Profesorowie byli właśnie z tego [gimnazjum] i chodzili tam po różnych mieszkaniach. Między innymi w moim mieszkaniu były komplety i u Wacka Zawadowskiego. U niego były bardzo luksusowe, bo to z tarasem i z ogrodem, tak że tam byliśmy bezpieczni. Tak żeśmy kończyli te [zajęcia].

  • A ta znajomość z Wackiem przerodziła się w znajomość rodzin?


Tak, tak. Tak była bliska, że właściwie stale w tym domu [bywałem]. Zresztą ja to opisuję, że to był dom, który jakoś specjalnie służył takiemu spokojowi, takiemu wyciszeniu się po tej makabrze, jaka nas dokoła ogarniała. Zresztą to tak na końcu tej ulicy alei Wojska Polskiego, pod samą Cytadelą. Wtedy ślepo prawie się ulica kończyła, na ich domu, jeszcze jeden dom był tam za nimi. Teraz zrobili taki objazd, że można objechać. Wtedy to nie było możliwe, tak że tam było cicho, z daleka tak, na uboczu, ogród piękny. Profesor pięknie hodował jakieś drzewa owocowe. Wiem, że Terenia stamtąd jadła doskonałe czereśnie. Jeszcze profesor częstował takimi rzadkimi gatunkami. No i tam myśmy poza tymi kompletami, spotykaliśmy się tak już jako przyjaciele. Na przykład oni mieli maski do szermierki i szable czy tam rapiery i myśmy sobie na tym tarasie ćwiczyli. No i było tak bardzo jakoś sympatycznie. A poza tym pani Zawadowska znała dwa języki perfekt, niemiecki i angielski i przed wojną była przewodnikiem jakichś wycieczek i uczyła angielskiego w takim… Jakby to określić? To nie był właściwie zakon, tylko to był taki dom metodystów przy ulicy zaraz niedaleko placu Unii, na ostatnim piętrze. Wiem, że ona miała tam te wykłady. No a jeszcze wiem, że mój ojciec, ponieważ był w organizacji, organizacja urządzała koncerty. Ojciec mnie zabierał na takie koncerty konspiracyjne właśnie do metodystów, na te ostatnie piętro albo też w filharmonii. Przy czym Niemcy zastrzegli sobie tylko, że Chopina nie można grać i Moniuszki, a Beethovena, Mozarta to można. No oczywiście to było najpierw grane, a ostatni, bez zapowiedzi, zawsze był Chopin. Tak żeśmy się tego nasłuchali. Tak że takie mam wspomnienia. A poza tym to już wtedy, w 1942 roku, utworzyły się Szare Szeregi i myśmy z Wackiem byli w jednej drużynie. […] Tam jest ta książka, w której jestem właśnie „wydrukowany” z Wackiem. Należeliśmy do hufca [Żoliborz, 79 Warszawska Drużyna Harcerska, oddział] „Kampania Wrześniowa”. I byłem tam ja, czyli „Rip”, później Wacek [Zawadowski] „Gacek”. Naszym zastępowym był Jasio Kępiński, pseudonim „Ostoja”. No i tam Szewczyk był także z nami. Tak że takie towarzystwo.
Myśmy mieli tam [zbiórki]. Często zbieraliśmy się na przykład w jakichś niewykończonych domach, piwnicach. Tam paliło się jakiś kaganek czy coś takiego, niby ognisko. Tam się odbywały szkolenia i śpiewaliśmy cicho. Poza tym na przykład mieliśmy bieg na wywiadowcę. To w parku Promyka, na Dolnym Żoliborzu. Tam były takie ławki i na tych ławkach siedzieli instruktorzy, a myśmy, niby tak idąc, przysiadali się do nich i zdawali egzamin, niby rozmawiając, z meteorologii, z węzłów, no i te wszystkie harcerskie rzeczy. Tak że już wtedy uzyskałem stopień wywiadowcy. A jeszcze mieliśmy na przykład takie zbiórki w parku na Bielanach. Teraz w tym miejscu jest ten Szpital Bielański. Ale tam to była jeszcze taka porosyjska prochownia, którą jakiś car wybudował w ramach tych fortyfikacji. Wchodziło się przez furtkę do tego jakby ogrodu i wchodziło się na taką górę. Ta góra była dawnym fortem i była porośnięta niewielkim laskiem. Jeszcze wtedy były niewielkie te sosny. Między tymi sosnami myśmy sobie też palili jakąś świeczkę i też było takie ognisko, śpiewali pieśni harcerskie. To dodawało jeszcze uroku i takiego dodatkowego jak gdyby klimatu, kiedy nad głowami przelatywały nisko niemieckie samoloty, lądujące tuż za tym, bo tam było lotnisko. Nawet żeśmy tam kiedyś zasiedzieli się już po godzinie policyjnej, bo nie mieliśmy zegarka, tak że wyszliśmy z tego już na zupełnie puste ulice Bielan. Trochę strachu było, bo ci, którzy mieszkali gdzieś na Bielanach czy na Marymoncie, to sobie poszli, a ja jeszcze z jednym kolegą poszliśmy na pętlę, bo tam była pętla [tramwaju] „siedemnastki” pod tym instytutem. Tam myśmy napotkali taką grupę ludzi, między innymi byli tam chyba Holendrzy jacyś, pracujący u Niemców czy coś takiego, w każdym razie jakiś obcy język się ukazał. Czekaliśmy na tramwaj i nagle usłyszeliśmy ten charakterystyczny sygnał, „chr, chr”, Überfallkommando. Więc myśmy z tym kolegą pobiegli. Jak się zaczynała ta pętla, tam rosła grusza. Ta grusza była pełna liści, więc myśmy się wdrapali na tę gruszę, między liście schowaliśmy się. Rzeczywiście po chwili podjechała buda pod ten przystanek na pętli i zaczęli tam rewidować. I zabrali jakiegoś człowieka, widzieliśmy, że zabrali, resztę zostawili. No i odjechali. Myśmy wtedy zeszli z tego [drzewa]. Nadjechał tramwaj. Tramwaj już był bez przyczepy, tylko jeden taki pojedynczy. Myśmy do niego wsiedli. Tam zobaczyliśmy, że tam, jest Nur für Deutsche, więc myśmy tam się nie pchali, staliśmy na platformie. No i tramwaj się zatrzymywał tylko na dwóch przystankach i już zbliżał się do placu Wilsona, zjeżdżał z ulicy Słowackiego. Ponieważ myśmy trenowali specjalnie skakanie i wyskakiwanie, [szybko] wyskoczyłem z tego, a kolega pojechał dalej. Poszedłem od tyłu do bramy mojego domu, od [dawnej] ulicy Ustronie, czyli Toeplitza, i zobaczyłam z daleka pod furtką moją mamę. Mama, która przeżywała, bo już godzina policyjna, nikogo nie ma, a syn się [nie pojawia]. „Coś ty mi tu zrobił…” Jeszcze poprosiła dozorcę, żeby nie zamykał bramy. Tak że takie mieliśmy przeżycia.

  • Czy pamięta pan moment przysięgi?


Tak. [Przyrzeczenie] składaliśmy – można powiedzieć, że to na Muranowie – na ulicy Inflanckiej. To było gdzieś w pobliżu zajezdni tramwajowej chyba. W każdym razie był to budynek [w tej okolicy] i na parterze, tyle pamiętam, okna były zaciemnione. W tym pokoju wisiała niemiecka flaga ze swastyką, na podłodze też [leżała], żeśmy po niej chodzili. [Przyrzeczenie] przyjmowałem od harcmistrza, który [miał pseudonim] „Mały Jędrek” [Andrzej Feliks Makólski]. Tenże „Mały Jędrek” w czasie Powstania dwieście metrów dalej padł w walce, [w szpitalu] Jana Bożego. Zginął w czasie walk na Bonifraterskiej. Tak że ten „Mały Jędrek” od nas odbierał [przyrzeczenie].

  • Jak pan zapamiętał moment wybuchu Powstania?


No więc przede wszystkim jak do tego w ogóle doszło. Po pierwsze, zaczęły się naloty, sowieckie naloty. Nie wiadomo właściwie, w jakim celu, bo oni nadlatywali w nocy, bombardowali na chybił trafił. Tak że żadne niemieckie obiekty, tylko dużo kamienic zburzyli, dużo ludzi zginęło z tych nalotów. No i wiem, że ojciec mówił, że radio moskiewskie nadawało taką audycję: „Polacy, idziemy wam na pomoc. Chwytajcie za broń, bijcie faszystów” i tak dalej. No i nawoływali do wybuchu Powstania. Ale Powstanie i tak się szykowało, bez względu na te nawoływania. Wiem, że myśmy między kolegami mieli taką chęć zdobycia jakiejś broni. No i wiem, że mi się to udało właśnie pod tym Sonderbataillonem, kiedy oni się wyprowadzali. Bo już przez ulice Warszawy ciągnęły jakieś rozbite oddziały z furmankami, obdarte, brudne to wszystko było, widać, takie przygnębione. No rozbite wojsko. Więc narastała taka atmosfera, na którą myśmy czekali, że nasz wróg okrutny, który nas tak mordował, dostał teraz po skórze i że ci przyjdą i oswobodzą nas. No i wiem, że jak oni się wyprowadzali, to widziałem z okna, że znosili jakieś tam rzeczy. Podjeżdżały takie ciężarówki, znosili jakieś szafy, skrzynie. No i ja podszedłem tam, bo podjechała taka ciężarówka. Pamiętam, że to się nazywało Büssing-NAG na holzgaz, czyli na gaz drzewny. Z boku szoferki był taki kocioł ogromny, tam wrzucali drzewo i to na tym jechało. Ta ciężarówka nie miała żadnych stopni. Wysoko były drzwiczki, zamykały się. I tylko był ten kocioł i koło. No i zauważyłem, że kierowca odkręcił szyby, bo było gorąco jeszcze, zawiesił na takim haku między swoim miejscem a miejscem dla pasażera kaburę na pasku. Więc jak to zobaczyłem, to wyczekałem, aż on poszedł, wspiąłem się na ten kocioł i na tę oponę, złapałem za to, przewiesiłem się przez otwarte okno i ściągnąłem ten pas. Zeskoczyłem i to wrzuciłem za pazuchę. I tak wtedy pędziłem, że pamiętam, takiej szybkości już nigdy w życiu nie osiągnąłem. Wiem, że dopadłem ulicą Mickiewicza do Cieszkowskiego w stronę Dziennikarskiej, na ten Dolny Żoliborz. Tam stwierdziłem, że nikt mnie nie goni. No i z tą parabelką poszedłem do Powstania.

  • Czy pan miał wcześniej do czynienia z bronią?


Tak.

  • Potrafił ją obsługiwać?


Tak, tak. Myśmy mieli ćwiczenia. Wiem, że w ramach naszego zgrupowania nawet kiedyś mieliśmy ćwiczenia w Komorowie, jak się jedzie właśnie do Grodziska, tam w lesie. Wtedy nie było takiej zabudowy jak teraz, to był las. Tak że myśmy tą kolejką pojechali i w tym lesie żeśmy mieli [ćwiczenia]. Tam przyniesiono broń i myśmy się tam z tym zapoznawali. Jacyś starsi harcerze przyszli i jakieś nasze dowództwo. Tak że pamiętam. No ale to jeszcze nic, to moje [przeżycie związane ze zdobyciem broni] to jest betka. Ten Jasio Szewczyk, nie wiem, czy państwo się z tym zetknęli, no bo on był razem z nami w jednym zgrupowaniu. On z kolei był na pętli „trójki” na Marymonckiej, w każdym razie za [budynkiem] straży pożarnej. Teraz jest tam Wyższa Szkoła Pożarnictwa, ale to była straż pożarna. Za tym była pętla „trójki” i ta „trójka” jechała później na Żoliborz i do miasta. Tam na takim placyku przed tą strażą pożarną biwakowała chyba jakaś kompania czy pluton Węgrów. Ci Węgrzy złożyli karabiny w takie kozły i siedzieli, palili papierosy, tam chodzili po tym [placu]. I ten Jasio tak sobie wyczekał. Jak ta „trójka” ruszyła i nabierała rozpędu, on podskoczył do jednego z tych kozłów, złapał karabin, porwał się na tą „trójkę”. Ona już wtedy dość szybko jechała, ale myśmy byli wyćwiczeni w tym wskakiwaniu. Wskoczył na tak zwany odwrót, to znaczy tę stronę, gdzie się nie wchodziło, ale na stopień. No i to spostrzegł ten oficer węgierski, więc poleciał kawałeczek, wyciągnął pistolet, ale już…

  • Nie było Jasia.


Tak, Jasio już popędził. Później, zdaje się, na ulicę Suzina gdzieś tam uciekł z tą bronią. [W czasie Powstania] chodził po kanałach ten Jasio Szewczyk.

  • Czyli na 1 sierpnia już zorganizowali sobie panowie broń.


Tak, już mieliśmy broń, niektórzy mieli broń. No, myśmy nie byli powołani, nie, zupełnie, tak że ja zobaczyłem, że… Zaczęła się strzelanina, jak to wiadomo, [najwcześniej] na Żoliborzu. Strzelaninę słychać było w okolicach Suzina i tych uliczek tam za tym i na Krasińskiego. Tam nawet Niemcy podtoczyli jakieś działko lekkie i tym strzelali w ulicę Kochowskiego. Wiem, że tam znajomi dostali pociskiem, który przeleciał przez dwa domki, bo te domki były takie szeregowe i z trzciny miały [ściany], tak że zginął tam właśnie od tego pocisku jakiś ukrywający się u nich Powstaniec. Tak że jak tutaj była ta strzelanina, zauważyłem jakiś ruch przez ulicę w okolicy bramy „Feniksa” i jakichś ludzi, którzy z opaskami tam się zjawili, więc ponieważ przeskoczyłem tam, trafiłem właśnie do Zgrupowania „Żmija”. Myśmy tam przeczekali na drugim piętrze pierwszą nawałę. Bo nadjechały czołgi. Czołgi zaczęły walić tam w balkony, strąciły dwa balkony tej oficyny, postrzelały tam po tych murach. No, tam zginęło jakieś parę ludzi, ale oni nie wchodzili do tego [„Feniksa”]. Zapadła noc i Niemcy wycofali się, czołgi odjechały i to była ziemia niczyja. Myśmy tylko pochowali tam jakichś poległych na zapleczu. Tam były takie doły. Ja nie wiem, teraz, zdaję się, tam już jest to zasypane i tam jest jakaś dzielnica, ale za „Feniksem” były doły, które w czasie zimy służyły nam jako zjeżdżalnia na sankach i na łyżwach. Myśmy się tam bawili. Tak że to tam. No i chyba drugiego czy trzeciego dnia, jeszcze nie były wybudowane żadne barykady, zaplątał się jakiś samochód, ciężarówka niemiecka, która nadjechała od Wisłostrady. Przejechała przez plac i wjechała w Słowackiego, no i tutaj napotkała naszą placówkę. [Nasi] otworzyli ogień, zaczęli rzucać granaty. Zginęło tam paru Niemców, paru dostało się do niewoli. Nawet z tej ciężarówki wyskoczył oficer niemiecki, który przebiegł przez bramę, strzelał do kogoś. Nikogo nie trafił. Przebiegł przez całe podwórze tego Feniksa, tam po drugiej stronie też była brama, tą bramą [przedostał się] na ulicę Mickiewicza i uciekł. Odważny jakiś facet. No a Niemcy, których wzięli do niewoli, to wiem, że oni nam kiedyś zupę nosili. Służyli do różnych takich rzeczy.

  • I mieliście broń.


Broń, tak. Zdobyliśmy tam i granaty, i karabiny, i przede wszystkim karabin maszynowy ręczny, ten rkm, który oni mieli na dachu tej ciężarówki. Obsługiwał go później u nas taki nasz strzelec, który był bardzo oryginalnie ubrany. Mianowicie był ubrany jak narciarz. Miał taką czapkę narciarską z pomponem, miał sweter taki, buty wpuszczane do jazdy na nartach i narciarskie spodnie.

  • Ciepło mu musiało być.


No tak. W każdym razie on tak w tym występował.

  • Czy pamięta pan, jak się nazywał albo jaki miał pseudonim?


Nie, nie. Wiem, że zginął w czasie tego, jak cały nasz pluton został rozbity. Miał stanowisko w dawnym sklepie, chyba to był okulistyczny jakiś, coś tam na rogu. I ten rkm był wystawiony na plac Wilsona. No więc w naszym oddziale była tak zwana „Pierwsza Szturmowa”, tak się nazywali. To był taki oddział, nawet chyba drużyna. Dowódcą był sierżant [Piotr Urbaniak] „Siwy”. Sierżant „Siwy” to był masarz, czyli rzeźnik, z „Feniksa”. Byli świetnie uzbrojeni. Oni się już przedtem [dozbroili], w czasie konspiracji. Wszyscy mieli broń automatyczną, także pistolety empi, jeden miał bergmanna nawet. Ja się z nimi bardzo zaprzyjaźniłem, tak że chodziłem z nimi na różne takie łowy. Na przykład oni kiedyś mnie zabrali na taki wypad na Marymont. Marymont wtedy był ziemią niczyją, tak że na Marymoncie jeszcze spotykały się nasze patrole i ich patrole. On się dowiedział (to była taka dzielnica domków, ogródków), że tam gdzieś jest świnia. „Siwy” się zainteresował: „No bo będzie jedzenie”. I tam żeśmy się spotkali z Niemcami. Tam doszło do takiego spotkania, gdzieśmy się postrzelali. Wiem, że myśmy nie byli ani ranni, nawet nie mówiąc o tym, że zabici. Wiem, że Niemiec rzucił taki granat zaczepny – to były takie blaszane jajeczka z niebieską nakrętką – no i ten granat wybuchł, ja wiem, może pięć metrów ode mnie. I nic mnie nie było. Tak że miałem szczęście, że żaden odłamek mnie nie trafił. No w każdym bądź razie takie były przygody.

  • Czy pan cały czas biegał z tą parabelką, czy odebrali panu jako młodziakowi?


No tak, oddałem później oczywiście. Później było takie wydarzenie, że myśmy właściwie mieli obsadzić park Żeromskiego na placu Wilsona. I jak się kończył ten park Żeromskiego u wylotu Czarnieckiego była zbudowana barykada. A tam dalej już był ten Dolny Żoliborz, park Promyka po lewej stronie. I tak już szło się nad Wisłę, na wał. I któregoś dnia właśnie jak myśmy tam byli, to wyjechała z ulicy Kaniowskiej ciężarówka niemiecka. Oni tam gdzieś zaczęli wykręcać czy coś takiego. W każdym bądź razie nasi się z tej barykady otworzyli do nich ogień. Ci Niemcy dali nogę. Chyba rzucili jakiś granat, bo zaczęła się palić ta ciężarówka, i uciekli w stronę Cytadeli. Myśmy wtedy zdobyli parę skrzynek tych zaczepnych granatów i cztery karabiny żeśmy stamtąd wynieśli. W tym wszystkim brał udział jeden z naszych żołnierzy, jeśli tak można powiedzieć, bardzo bojowy, a były gazeciarz, który u nas sprzedawał gazety, notabene [był] garbaty. Ale tak bojowy i tak odważny, że się rwał jako pierwszy do każdej akcji.

  • Jaki miał pseudonim?


Też już nie pamiętam. Wiem, że jednym się wyróżniał: miał białą kurtkę, którą mu uszyto ze spadochronu, więc był widoczny. I on leciał jako pierwszy zawsze, tak że wystawiał się na strzał, że tak powiem. Szczęśliwie nic mu się tam wtedy nie stało. No i takie właśnie przeżycia mieliśmy. Później kiedyś któregoś dnia pamiętam, byliśmy u nas na podwórzu „Feniksa”… Aha, jeszcze dodam, że w jednej z klatek w głębi na parterze moja ciotka, znaczy matka mojego brata ciotecznego, [syna] wujka [Józia].

  • Czyli to siostra mamy?


Nie, nie. Jej mąż był bratem, drugim bratem [mojej mamy]. Mieszkali na ulicy Słowackiego, taki dom naprzeciwko Zimowego Leża, po drugiej stronie ulicy, za Krechowiecką. W każdym bądź razie Bogdan, [mój cioteczny] brat, był w „Feniksie” tylko w drugim plutonie. I on tam był w drużynie, której dowódcą był Olgierd Budrewicz, ta później słynna postać powojenna, dziennikarz. On był dowódcą tego plutonu chyba. Jego wysłał „Żmija”, czyli rotmistrz Rzeszotarski, do tak zwanego Szklanego Domu na ulicy Mickiewicza, po prawej stronie na dole, taki oszklony dom. I tam oni mieli taką placówkę obserwacyjno-ostrzegawczą. Rozkaz mieli, że mieli ostrzegać, gdyby coś tam się zdarzyło, no bo od Marymontu mogli nadejść Niemcy. Marymont był właściwie niczyj, taka ziemia niczyja, więc miał rozkaz, żeby nie zaczynać żadnej akcji. I on to wziął bardzo dosłownie. Dlatego że w pewnym momencie ulicą Mickiewicza od Marymontu zaczęła jechać jakaś ciężarówka rozklekotana. Dojechała prawie do tej drugiej bramy „Feniksa”. Tam była druga barykada. Pod tą barykadę patrzymy, a to podjechał Węgier. Pewnie, nie wiem, przypuszczam, że przywiózł coś. W każdym bądź razie wyszedł, rozglądał się. Nikt się nim nie zainteresował, więc wymanewrował i wolniutko zaczął jechać z powrotem. No więc myśleliśmy, że ten Budrewicz tam go zatrzyma, bo przecież pod jego domem przejeżdżał. Ale tutaj rotmistrz i porucznik „Zygmunt”, bo oni byli razem, wylecieli z pistoletami maszynowymi. A to były takie pistolety, że obaj byli w bryczesach, buty z cholewami, bardzo bojowo wyglądali. I [„Żmija” krzyczy]: Halt, halt! Zaczął krzyczeć i puścił serię w powietrze parę razy, ale tamten już nie słyszał, bo już się oddalił. A Budrewicz jak miał rozkaz nie zaczynać żadnej walki, puścił tego [Węgra] i cały ten [ładunek], przypuszczalnie jakaś dostawa wojenna, powędrowała z tym poczciwym Węgrem i zniknęła na Marymoncie. No więc [rotmistrz] nie wytrzymał i mówi do mnie: „Leć tam – mówi – do tego [„Konrada”], niech tutaj mi się zamelduje zaraz”. On się nazywał Olgierd, ale miał pseudonim jakiś taki z Mickiewicza, coś takiego. W każdym razie: „Niech przyjdzie”. No i ja poleciałem, […] mówię: „Panie podchorąży…”. On był chyba plutonowy czy coś. „Panie podchorąży – w każdym razie – rotmistrz wzywa pana do siebie”. Bardzo był zły. Oj, zły był taki. Poszedł. No i byłem świadkiem – takiej wojskowej rugi nie słyszałem dawno. Tak że jego tam strasznie zrugał. No i on chyba może po tym wszystkim odszedł z linii. On później był chyba dziennikarzem, dziennikarstwem się zaczął trudnić. Wydawał jakieś pisemko, które było odbijane w czasie Powstania. I po wojnie już został właśnie dziennikarzem. To było takie jeszcze wydarzenie.
No ale już później, jak chodzi o jeszcze takie dramatyczne przeżycia, to pamiętam tylko, że to już było pod koniec sierpnia, kiedy sytuacja Starego Miasta była już dramatyczna. Oni się tam gnieździli na małej przestrzeni. Niemcy ich tam już dusili, bombardowali, walili do nich jak nie wiem. Więc wtedy wiem, że był taki rozkaz [„Montera”], czyli Chruściela, żeby nacierać z dwóch stron, od Żoliborza i od Starówki na ten pierścień, który oddzielał te dwie dzielnice, to znaczy na linię kolejową i Dworzec Gdański. No i w tym czasie ściągnięto nawet oddziały z Kampinosu. Pamiętam, że nawet robiłem zdjęcia dwóm takim z Kampinosu u nas na podwórzu. Bo miałem aparat taki, wie pani, stary dostałem. To była taka skrzyneczka, taka bardzo prymitywna, tak się kręciło korbką i naciskało spust. No i zrobiłem im zdjęcie. Pamiętam, że oni dali mi jakieś kartki i mówią: „My idziemy teraz na bój – mówili – w nocy będziemy nacierać. Jeślibyśmy zginęli…”. To żebyśmy te zdjęcia tam posłali, bo ich rodziny są gdzieś tam w jakiejś wiosce w Kampinosie. Tak że to pamiętam.

  • Wrócili?


Nie wiem. W każdym razie to się krwawo skończyło. Wiem, że na nasze podwórze przyszedł taki jeden lekko ranny. Usiadł na ławeczce przy pierwszej klatce schodowej i opowiadał szczegóły tego natarcia. Było to bardzo wzruszające. A później poszedłem… Po drugiej stronie ulicy był mój dom, tak że odwiedzałem, jak miałem wolne chwile, to wpadałem do mamy, która była w piwnicy. No i akurat wtedy nasi zdobyli olejarnię na Marymoncie i pełno oleju wszyscy przynieśli. Cały Żoliborz śmierdział olejem, bo wszyscy sobie robili wtedy placki. No i mama takie placki upiekła. I wiem, że z tego natarcia wrócił ten Dziul, którego tutaj mam na zdjęciu.

  • Czyli?


Zawadowski.

  • A imię miał? Dziul miał na imię?


Tadeusz chyba, Tadziul, coś takiego. Jego nikt inaczej nie nazywał, tylko ”Dziul” było zawsze. Tak że „Dziul” był. [Według relacji brata Wacława Zawadowskiego Janusz Zawadowki „Zygadłowicz”]. I wiem, że ja go ściągnąłem do mamy i on wtedy jadł te placki, które mama nam tam usmażyła. No i nie opowiadał nic. Był bardzo taki we wstrząsie, jeszcze w szoku. Później się dowiedziałem, że on był bardzo skrupulatny, bardzo dokładny, tak że był w takiej grupie minerskiej, która niosła takie miny magnetyczne. To wyglądało tak jak taki stożek. Tutaj ten stożek miał nóżki i dookoła był magnez. I to się przyczepiało na przykład do jakiegoś metalu i uruchamiało i to eksplodowało. Takie miny. I on te miny niósł i dotarł przez ten ogień straszliwy z tych bunkrów, do torów. I miał tam wysadzić tory. Ale nadjechała pancerka, zaczęła pruć i oni musieli się wycofać. Ale ponieważ on był taki dokładny, więc kazał tym swoim podkomendnym zabrać to, żeby nie zostawiać. I oni nie zostawili i z tymi minami się wycofali. Tak że on przeżył to strasznie. A przy tym był to człowiek pacyfista. On w ogóle był daleki od wszystkiego, od walki. Ale jak ojczyzna od niego zażądała, to poszedł. Zresztą zginął w ostatnich godzinach Powstania na Żoliborzu, tam na tej prochowni.

  • Gdzie w tym czasie był pana ojciec?


Na Powiślu u „Krybara”. Tak że wiem, że był. Ojciec też bardzo niechętnie opowiadał. Wiem, że miedzy innymi miał stanowisko w konserwatorium na Okólniku. No i stamtąd jak ich Niemcy popędzili, rozbili ich oddział, ojciec przeszedł do Śródmieścia. W Śródmieściu szukał jakiegoś zatrudniania, ale już nie znalazł, więc wycofał się z ludnością cywilną. Udało mu się, zdemobilizował się. I spotkaliśmy się, proszę sobie wyobrazić, w Pruszkowie w obozie, w tym tłumie. Jak nas zgonili z Żoliborza, przyszło Śródmieście. Ojciec szedł po zupę i spotkaliśmy się po dwóch miesiącach niewidzenia. Nie wiedziałem, czy on żyje w ogóle.

  • Też razem z mamą, rozumiem, był pan?


Tak, byłem z mamą.

  • Ale wróćmy jeszcze do Żoliborza.


Aha. No więc na Żoliborzu, jak to pierwsze uderzenie było nieudane, przyszedł taki rozkaz, żeby [ponowić atak]. Drugą noc było uderzenie strasznie krwawo stłumione. Chyba tam było stu zabitych, nie licząc rannych. Padł rozkaz od „Grzegorza”, że ta grupa ma złożyć broń i amunicję i to przenieść na Starówkę, która już konała. Od Starówki też było natarcie. Między innymi „Parasol” tam uderzał od Bonifratrów. Tak że to też się nie udało. No i wtedy ja byłem z tym „Tytusem” w 227 [plutonie]. Spotkałem się tam w 227 plutonie, na Krasińskiego [20].

  • „Tytus”, czyli Jerzy Zawadowski.


Jerzy Zawadowski. I tam na rogu Stołecznej i Krasińskiego był właz do kanału.

  • Zaraz przy Zmartwychwstankach?


Ale to po tej stronie. Owszem do Zmartwychwstanek był przekopany rów łącznikowy, tak że można było dojść do tego samego włazu. No i tam nas zaopatrzyli w rozmaite rzeczy, które mieliśmy przewieźć. Ja dostałem na przykład taki [pas]. Wiem, że to były pasy parciane, w których były pociski, znaczy te bombki do piata. To była taka bombka i tutaj też taki wieniec jak gdyby z blachy. No i to dostałem. I żeśmy zeszli do kanału. W kanale było dużo rozgałęzień, ale mieliśmy przewodników. Przewodnik, który z nami szedł, doprowadził nas po chyba czterech czy iluś godzinach do ulicy Franciszkańskiej, na boczny kanał od tego głównego [wyjścia]. Wiem, że tam było takie dziwne połączenie, że nie wychodziło się włazem kanałowym, tylko jakimś takim wykopem oszalowanym, do piwnicy jakiegoś domu, [z którą] ten kanał był połączony. Zaraz za tym był mur getta, podziurawiony zresztą pociskami. I tam mówili: „Cicho, bo tu Niemcy mogą być. Zachowujcie się cicho”. Zaraz obok był szpital na Bonifraterskiej, gdzie walki się toczyły. Franciszkańska to właściwie nie była ulica, tylko to był taki, ja wiem, tunel gruzów, gdzie się szło po gruzach, dosłownie, nie po ulicy. Tam nas doprowadzili do bardzo uszkodzonego kościoła Franciszkanów. Odebrali od nas to, [co przenieśliśmy]. I wiem, poszedłem tam później – Freta do Długiej. I przed Długą mieszkała moja chrzestna, ale już domy były zburzone, tylko [chronili się] w piwnicach. Zacząłem szukać i znalazłem. Znalazłem moją chrzestną, która mnie namawiała, żebym z nią został. Ja powiedziałem: „Nie mogę, bo mama jest na Żoliborzu”. Taką samą propozycję miałem od jakiegoś oficera, który nas spotkał na Długiej. Długa też była cała w ruinie. Strasznie, nie było ulicy właściwie. I mówi: „Co wy tam [robicie] na Żoliborzu? Tu jest walka, zostań tu. Zresztą tutaj – mówi – harcerze są też, »Orlęta«” są”. Ja mówię: „Nie, wracam”. I następnego dnia wchodziłem do kanału, ale już tego na placu Krasińskich, ten, który jest eksponowany, tam się szło. No już tam lepiej było, bo nie [trzeba] było tak się schylać, przede wszystkim nie było spiętrzenia, bo tam były spiętrzenia nawet, że się brodziło do kolan w tym brudzie. Tylko jedne miejsce było niebezpieczne, mianowicie burzowiec pod Dworcem Gdańskim. Tam Niemcy czuwali i od czasu do czasu zdarzało się, że rzucali granaty. Tak że tam trzeba było być bardzo cicho i pojedynczo na takiej linie się nad tym burzowcem przedostać na drugi brzeg, bo tam był strasznie szybki ten prąd. Jakby ktoś się tam puścił, to do Wisły by spłynął i by zginął. Tak żeśmy to przeszli i żeśmy wrócili do tego włazu. Tak że na Stołecznej znowu żeśmy wyszli. I wiem, że mimo że w takim basenie przeciwpożarowym, jaki Niemcy kazali wybudować na placu Wilsona, myłem się niby, ale zapach tych kanałów został mi na długo.
Tak że to było tak już pod koniec sierpnia. No a we wrześniu już zaczęły się naloty na Żoliborz, zaczęła się walka. Na nas nacierały dwie dywizje, bo to jest „Wiking” i jakaś tam dolnośląska, „Grenadierów” czy coś takiego, i pancerna. Tak że oni natarli. A „Żmija” obsadzał odcinek między ulicą Bohomolca, czyli Dolny Żoliborz, do Marymontu, do placu Lelewela nawet jak gdyby. No i wiem, że doszło do takich dramatycznych momentów, kiedy Niemcy wyparli naszych z Marymontu. Tam doszło do rzezi miejscowej ludności. Między innymi na ulicy Marii Kazimiery, która w tym miejscu była poszerzona, jakby taki placyk był czy coś, oni tam wygonili tych biednych ludzi i z karabinów maszynowych ich tam wymordowali. Tak że do tego czasu naszym dowódcą był „Żmija”, czyli „Junosza” Rzeszotarski, rotmistrz. Ale on się później dowiedział, że wśród zabitych jest jego matka, żona i syn. Po tym się tak załamał, że przestał dowodzić. Powiedział, że koniec, on jest załamany. Tak że już jego rolę objął porucznik „Zygmunt”. Zaraz, bo ja mylę. [rotmistrz „Żmija”] Rzeszotarski i [porucznik] „Zygmunt” Zabierzowski, zresztą lekkoatleta. No i doszło do takiego dramatycznego momentu, kiedy mój oddział 224 znalazł się na ulicy Bohomolca, twarzą do Kamedułów, tam w stronę jakby Bielan. Stamtąd myśmy jak gdyby odpierali Niemców, a tutaj od Potockiej zwaliła się nam na plecy taka kawalkada czołgów z piechotą. Oni uderzyli i mój oddział, który został właściwie starty. Tak że większość tam zginęła. Wiem, że to co uzbierał jeszcze tam wtedy dowódca, to pchnął tutaj na… Jak to się zapomina. W każdym bądź razie koło placu Lelewela na B ulica, Bieniewiecka czy coś takiego.

  • Bieniewicka. Blisko szkoły pożarnictwa.


No tak. Stamtąd już myśmy się wycofywali. Tam były takie rowy dochodzeniowe.

  • Takie przekopy?


No tak, przekopy takie. Między tym placem Lelewela a tak zwanym domem Zniczem. „Dom ze zniczem” to był taki stojący tutaj po lewej stronie, jak się patrzy w stronę Marymontu przy ulicy Mickiewicza, a po prawej dalej to był ten „Szklany Dom”. Tak że myśmy się tam wycofywali. Wiem, że to już było takie [wycofywanie się] pod ostrzałem. Tak że tam się szło i pełno było już zabitych. I wiem, że dotarłem prawie że do ulicy Cieszkowskiego i zobaczyłem przez przestrzeń między blokami, między tymi koloniami (to była V, III i nasza II) jakieś takie figurki, [w mundurach] Feldgrau Niemcy biegli. Więc ja szybko… Bo część przebiegła właśnie w Cieszkowskiego i na Dolny Żoliborz, a część w stronę placu Wilsona. Ja do placu Wilsona. Wpadłem od placu Wilsona do mojej piątej klatki, która wychodziła właśnie na ten [plac]. Wtedy nasze piwnice były połączone, poprzebijane, tak że tym przejściem dotarłem do piwnicy, gdzie była moja mama. A już w tym momencie Niemcy nasze podwórze ostrzelali z pistoletów i rzucali granaty. Więc ja szybko zdjąłem furażerkę z orzełkiem, zdjąłem opaskę, zakopałem to w skrzyni, która była w naszej piwnicy. Ojciec w niej przechowywał na zimę jakieś warzywa: marchewki czy pietruszki, coś takiego. Tak że w tym zakopałem. Aha, i jeszcze zostawiłem ten aparat, tę skrzynkę taką. Miałem tam takie zdjęcia, między innymi zdjęcia barykady u wylotu Czarnieckiego, z piatem, no i jakieś inne powstańcze zdjęcia, które chciałem ocalić. To wszystko zostawiłem. No i za chwilę już otwierają się drzwi, z wrzaskiem: Alles raus! Schnell, schnell! No więc myśmy wyszli z [budynku]. Oni nas wypędzili na podwórze i ustawili wszystkich – i z drugiej strony, z tych przyległych klatek, i z tych klatek – na tle trzech klatek, od drugiej do czwartej, tak, druga, trzecia, czwarta. Bo piąta to była piąta klatka, moja, tam gdzie ja mieszkałem. Ustawili nas pod murem i zaczęli rewizję. A w międzyczasie naprzeciwko, przy naszej piaskownicy, w której żeśmy się kiedyś bawili, przyszedł taki żołnierz, rozstawił erkaem, rozstawił nóżki, położył się i zrobił taką przymiarkę od do, od drugiej klatki do czwartej. Jak on tak zrobił, to myśmy z mamą zaczęli się żegnać, bo myśleliśmy, że już zginiemy. Ale zobaczyliśmy, że jakiś oficer podszedł do niego, coś jemu powiedział i ten zabrał ten erkaem i usiadł na ławce przy piaskownicy. No i później przez jakąś tłumaczkę zaczęli mówić, że oni widzą, że tutaj są cywilni ludzie. Jeżeliby tutaj się znalazł jakiś Polnischer Bandit, to on będzie erschossen, a ci, to oni już się nimi zaopiekują. W tym momencie odezwała się artyleria sowiecka, zaczęli „prać”. Bo oni obiecali podstawić jakieś pontony i chcieli, żeby się ci nasi wycofujący przebili przez wał i przepłynęli na drugi brzeg, no i niby to było takie przygotowanie artyleryjskie. Więc ci Niemcy znowu nas wgonili do piwnicy i sami też z nami wskoczyli, bo zaczął się ostrzał. Zaczęły lecieć odłamki na wszystkie boki. Zresztą jeden z tych odłamków sowieckich trafił naszego dozorcę tak nieszczęśliwie, że w efekcie później mu amputowano kończynę. Tak że ten nasz Duchiński stracił nogę od ruskiego pocisku. A jeszcze żeby było śmieszniej, to on był komunistą i jego córka była w AL i razem ze mną wracała kanałami, bo alowcy wtedy przechodzili.

  • Jak się nazywała?


Duchińska.

  • Duchińska.


Duchińska. A jaki pseudonim miała, to nie wiem, bo była w AL. Wiem, że miała AL na opasce. To była cała grupa alowców wtedy. Oni zresztą, zdaję się, wbrew rozkazowi się wycofali. W każdym bądź razie później jak się to uspokoiło, [Niemcy] wygonili nas. Powiedzieli, że mamy zabrać jakieś swoje rzeczy i alles raus. No i wiem, że mama brała jakieś ubrania, coś. A ja miałem zrobione przed samym Powstaniem buty z cholewami. Wtedy był taki fason, że jak był ktoś w konspiracji, to buty z cholewami miał koniecznie. No i te buty zabrałem w plecaczek i z tym żeśmy poszli. I wiem, że szliśmy takim polem, które jest między naszą kolonią, II kolonią a III kolonią. Wtedy to było pole. W czasie zimy to było zalewane wodą i tam była ślizgawka, a w lecie to tam żeśmy się bawili, grali w piłkę i tak dalej. Teraz to już jest zabudowane, tam stoją budynki, ale wtedy to było pole. Przez te pole biegł zygzakiem ruch łącznikowy do „trójki”, tam gdzie był „Żywiciel”. Tam była jego kwatera. I pamiętam tylko taki moment, że szliśmy tak nad tym rowem i nagle patrzę, ktoś siedzi w tym rowie. I takie jakieś dziwne było coś takiego, że on tak siedział, taki oparty o wezgłowie i tutaj naciskał na hełm, który był odchylony w ten sposób. Dopiero jak się zbliżyłem, to zauważyłem, że tutaj ma dziurkę i tutaj mu płynie krew. To był jeden z Niemców, który tak dostał, tak że ten hełm mu tak jakoś do przodu poszedł i on jakby sobie tak go przygniótł ręką. No i później nas wygnali na ulicę Krasińskiego, po której już wjechały czołgi, bo tam wały czołgowe były, znaczy te rowy były zasypane. Tak że te czołgi były ustawione, ci czołgiści siedzieli na tym i coś nam wygrażali. Okazało się, że to „unia europejska”, bo to „wikingowie” – prawdopodobnie trochę Duńczyków, trochę Norwegów i chyba Holendrów, coś takiego. W każdym razie tacy właśnie ci, którzy teraz nas uczą, jak to demokrację u nas urządzić. Tak że ci nam wygrażali. Później doszliśmy do ulicy Stołecznej. Pamiętam tylko taki widok, że doszliśmy właśnie do [Krasińskiego 20] i naprzeciwko był blok, po drugiej stronie, przy którym na Stołecznej był wlot do kanału. Klapa od kanału, widzieliśmy, była odrzucona, a ten cały blok stał w płomieniach. Było słońce, piękna pogoda i takie płomienie z okien buchały, a u stóp stała klatka z jakimś ptakiem i ten ptak straszliwie śpiewał. Taki pamiętam, makabryczny właściwie, moment. Później nas pognali dalej, gdzie teraz są Sady Żoliborskie. Tam jest w tej chwili osiedle, a wtedy to były tylko Zmartwychwstanki, a po drugiej stronie były ogródki działkowe. Myśmy szli wzdłuż tego, byli pędzeni. Nawet widzieliśmy takie krzaki z pomidorami. Boże kochany, tak ślinka nam ciekła, ale Niemcy nie pozwalali, tylko pędzili nas dalej. Zapędzili nas do ulicy Powązkowskiej chyba i tam jakoś przy tej linii kolejowej… Tam była linia kolejowa, która prowadziła do Palmir chyba. W pewnym momencie przy tej ulicy, którą myśmy szli, były takie dwa bloki czy jeden taki duży blok, gdzie byli Rosjanie Kamińskiego…

  • „Ronowcy”.


„Ronowcy”. No i wiem, że żeśmy się tak po raz pierwszy z nimi spotkali tak dramatycznie, bo paru z nich wyleciało w nasz tłum, zaczęło kobietom wyrywać kolczyki, zrywać pierścionki. A ci na pierwszym piętrze siedzieli, śmieli się, jeden miał [pistolet] flower i zaczął strzelać. Wiem, że tam byli ludzie ranni, no nie śmiertelnie, ale poranieni. W każdym bądź razie pędzili nas już nie ci żołnierze z jednostki, która walczyła, tylko taki jakiś „gemaine” szedł i ten nas prędko, prędko wygonił, żebyśmy stamtąd uciekali. No i myśmy szybko przeszli i doszliśmy do linii kolejowej, do Warszawy Zachodniej. Tam już czekały takie lory, takie bydlęce wagony, tam nas załadowali i do Pruszkowa.
W Pruszkowie żeśmy się znaleźli w takim bloku numer 6. To był taki blok przejściowy, stamtąd rozdzielali. No i wiem, że to była olbrzymia hala. Tam były jeszcze takie jakby nisko położone tory. Tutaj beton, tutaj tory niżej, tak jakby w piwnicy i takie były jeszcze nadbudówki. Myśmy się tam z mamą umieścili na tej nadbudówce i tam żeśmy przetrwali dwa dni, bo tam zabierali czasami. No i wiem, że z nami tam ewakuowali się Wanda Wiłkomirska i jej ojciec. Tak że oni byli tylko w tym, w co byli ubrani, i instrumenty nieśli. On, zdaje się, jakąś wiolonczelę, a ona skrzypce. I tam grali. Wiem, że tam była nawet jakaś msza i oni grali do tej mszy. No a później, żeby się stamtąd wydostać, mama kombinowała… Bo wiedzieliśmy, że stamtąd wysyłają albo do Auschwitz, albo na roboty do Niemiec. Więc mama zakręciła się i w takim bocznym pomieszczeniu przyjmowała polska lekarka, której Niemcy pozwolili badać. No i mama tam udała, że jest ciężko chora czy że zemdlała, i ją wynieśli. Oczywiście [lekarka] wiedziała, o co chodzi, wystawiła odpowiednie zaświadczenie. [Mama] mówi: „A jeszcze mój syn”. I jeszcze powiedziała, że on jest chory na płuca, więc synowi też. No i wystawili takie coś i myśmy stamtąd zostali, chyba tak już pod wieczór, ewakuowani przez Niemców. Ustawili nas w taki rządek i między tymi barakami, bo to wszystko było drutowane, zaprowadzili do bloku numer 1. A blok numer 1 to był już na wolność, tośmy wiedzieli. No i w tym bloku numer I żeśmy… Aha, jeszcze ponieważ spotkaliśmy się z ojcem i z jego przyjacielem i żoną jego, i córką, więc one poszły z nami, a został pan Jerzy i mój ojciec. Mój ojciec tam podjął dramatyczną decyzję. Mianowicie wziął go… A ten pan Jerzy był po ciężkiej operacji. Jego Gruca operował, bo on miał rozlane zapalenie wyrostka robaczkowego, tak że miał sepsę. [Lekarz] uratował go w ten sposób, że ponacinał mu całe ciało, żeby, że tak powiem, wyzbył się tego wszystkiego, tego zakażenia, i uratował go w ten sposób.

  • Jak się nazywał przyjaciel ojca?


Kozłowski, Jerzy Kozłowski. To był jego przyjaciel jeszcze ze studiów.

  • I razem byli w „Krybarze” też?


[Nie. Pan Kozłowski był w tym czasie po ciężkiej operacji, w okresie rekonwalescencji. Był bardzo osłabiony]. No i z nim razem się ewakuował.

  • Ale czy byli razem w oddziale?


Nie, nie. Ojciec jak już dochodził do niego, to oni się ewakuowali. Tak że z nimi wyszedł. No ja ich napotkałem, jak mówiłem, tata mój szedł po zupę i spotkaliśmy się. No i on wziął go tak pod pachę i wyszedł między tymi drutami. Natrafił na jakiegoś „ukraińca” i ten „ukrainiec” mówi: Kuda wy? A mój ojciec doskonale znał rosyjski. Po rosyjsku mu powiedział, że on ma tutaj prikaz, że on ma tędy iść do bloku numer 1. I ten mu pokazał, gdzie to jest. Ojciec w pewnym momencie wszedł w taką uliczkę, w której odbywała się zmiana warty, ale już niemiecka, i między tych Niemców się wepchnął. Niemcy widać uważali, że on ma upoważnienie, więc nie zareagowali, i ojciec przeszedł i wieczorem się u nas zameldował pod [halą numer] 1.

  • Prowadził również tego pana Kozłowskiego?


Tak, razem z nim. No i proszę sobie wyobrazić, rano usłyszeliśmy, że będą tędy szli jeńcy polscy. No i myśmy się ustawili przy drutach. A to było zaraz poniżej przejście w stronę torów, w stronę tego jakby pseudodworca, bo tam dworca nie było właściwie, tylko takie miejsce, gdzie te pociągi zajeżdżały. No i nagle zaczął walić Żoliborz. I patrzę, „Tytus” idzie, Zawadowski. Ja mówię: „Tytus! Tytus!”. A ten pokiwał, mówi: „Trzymaj się – mówi – niedługo się spotkamy. Wojna się skończy”. Tak nas pożegnał. Za chwilę patrzę, idzie mój Bogdan, ten brat cioteczny. Do mamy mówi: „Ciociu, nie martw się, niedługo się zobaczymy. Cześć”. I powędrował. Tak że ich tam zagnali gdzieś, nie wiem, na transport. Oni pojechali do Łambinowic, później tam gdzieś. Następnego dnia nas później wygonili na taki plac pod blokiem. No i tam z prawej strony nadeszła taka grupka Niemców mundurowych i nie mundurowych, no i nas puścili czwórkami. I zaczęli segregować. No i przyczepili się do pana Jerzego i do mojego ojca. Okazało się że to Gestapo miejscowe. No i ojciec mówi, że tu jest operowany. Proszę, cały jest tego, ledwo chodzi. „Ja – mówi – też jestem chory”. Zaczął jakoś kombinować. A tamten mówi: Ja, ja, ja. I na prawo. I odstawił ich pod taki płot. No więc my przerażeni, posuwamy się wolno. Oni za nas przeszli, nas tam, mamę i mnie pooglądali, zobaczyli te zaświadczenia, poszli dalej. Moja mama, która ma doskonałe pomysły, mówi: „Idźcie tam do przodu, do tych, co już przeszli”. I ojciec się zorientował, wziął [pana Kozłowskiego] pod pachę i czmychnęli wzdłuż tego płotu i wmontowali się w oddział, który już szedł do wagonów. I tak żeśmy się uratowali, bo tak oni by jak nic trafili do Auschwitz. No i załadowali nas do tych bydlęcych wagonów. To były takie bez dachu, ale bardzo wysokie, miały taką dziurę w rogu jako ubikację. No i tak sobie żeśmy jechali.
Dojechaliśmy najpierw chyba gdzieś do Grodziska czy gdzieś tam. Tam żeśmy się zatrzymali i tam ludzie zaczęli podawać zupę. Miejscowi już wiedzieli, że jedzie transport, chleby rzucali, bułki i zupę. Jak ktoś miał jakiś instrument, jakieś naczynie, to nabierał sobie. Później następny posiłek tośmy dostali w Piotrkowie. W Piotrkowie [pociąg] też się zatrzymał. Kolejarze coś kombinowali, żeby to trwało jak najdłużej. Tam już było RGO, stało z takimi wozami z zupą i to rozdawali. Tośmy to dostali. No i później następny już przystanek to była Częstochowa Stradom, nie Główny, tylko Stradom. No i tak stanęliśmy na tym Stradomiu, tutaj taki był spuszczony semafor. Szedł taki kolejarz, stukał w koła i my się pytamy, gdzie my jedziemy, a on mówi: „Uważajcie, jak to się otworzy, to jedziecie do Reichu, a jak się to [drugie] otworzy, to na wolność, do Generalnej Guberni”. No i my tak: „Boże kochany, żeby tylko to się nie otworzyło”. No ale na szczęście otworzyło się to [właściwe] i pociąg zaczął jechać z powrotem. I dojechał do Koniecpola. I w Koniecpolu wszyscy powiedzieli: raus i myśmy wysiedli z tego [pociągu]. Tam był taki duży obóz, baraki były dla tych, co oni zgrupowali do kopania jakichś okopów, jakichś umocnień. Zganiali ludzi i Niemcy się chcieli niby bronić. Nic tam się nie obronili. No ale w każdym razie myśmy tam przenocowali. Następnego dnia powiedzieli, że możemy sobie iść, gdzie chcemy. No i myśmy później poszli do Rozprzy, do Ignacowa, stamtąd do Piotrkowa, do znajomych, Kozłowskich. Tam żeśmy na podłodze, na takim sianie przespali dwie noce. No i stamtąd już żeśmy się ewakuowali do naszych przyjaciół. Pani Makarewiczowa była stomatologiem. Przed Powstaniem mieszkała i przyjmowała na Kochowskiego, w jednym z takich domków szeregowych, domek naprzeciwko willi. Po drugiej stronie ulicy była willa […] [Kaliny] Jędrusik, naprzeciwko, po drugiej stronie uliczki. Pani Makarewiczowa miała tam gabinet. No i ona jeszcze długo przed Powstaniem, jak tam nie bardzo mogła jakoś wyżyć, to przeniosła się do Jeżowa. To jest niedaleko – Rogów, Jeżów – na linii kolejki wąskotorowej do Rawy. W Jeżowie, w takiej chałupie otworzyła gabinet i doskonale prosperowała, bo gospodarze sobie wtedy złote zęby wstawiali, tak że pani Marysia tam przyjmowała. No i ona mówi: „Tutaj u mnie to jest i dwóch synów, i ten pan – który z nią tam współpracował – tak że cztery osoby. Ale w niedalekich Miłochniewicach przy Głuchowie jest mój brat – mówi – to tam ja już załatwię, tam będziecie zakwaterowani”. No i myśmy rzeczywiście do tych Miłochniewic dojechali tą kolejką wąskotorową. Tam żeśmy w spali na podłodze w gabinecie. Jak przychodziło już rano, to trzeba było się stamtąd wynosić, no bo tam przyjmował pacjentów.

  • Też stomatolog?


Też stomatolog. No i tam żeśmy się doczekali tak zwanego wyzwolenia. Ale to było śmiesznie, że po drugiej stronie ulicy był taki Pferdelazarett, Niemcy chore konie leczyli. Tam była zbieranina. W obsłudze byli Gruzini, Ukraińcy, było dwóch Kaszubów – wszystko to Niemcy niby. No i myśmy tam z nimi nawiązali kontakt. Oni bardzo się z nami zżyli, serdecznie [odnosili], na Niemców też pluli jak nie wiem. No i któregoś dnia nagle, to było w styczniu, zagrzmiało od wschodu, huk się zaczął straszny. Nadleciały kukuruźniki, zaczęły bombki rzucać. Okazało się, że ruszył front. Jak ruszył front, to dosłownie w jeden dzień już byli u nas ruscy, od Rawy, od tego. Tam był taki przyczółek. No to z tego przyczółku ruszyli Wareckiego. No i przyjechali do nas na czołgach, z samochodami. Do nas się zwaliło jakieś naczalstwo ruskie, bo doktor, to da coś tam popić i pojeść. No, rzeczywiście dostali coś do jedzenia. A nie, przepraszam, jeszcze coś dramatycznego było. Mianowicie jak już ten front ruszał, ale jeszcze tu byli Niemcy, ja sobie uświadomiłem, że przecież jak byliśmy u pani Marysi w Jeżowie, to w Jeżowie u szewca zostawiłem swoje buty z cholewami, bo jeden z nich miał złamany sztywnik. [Szewc] miał mi to naprawić. Ja mówię: „Mamo, ja go muszę mieć z powrotem. Idę do pani Marysi i wrócę zaraz. Ale będę wracał – mówię – nie szosą, tylko kolejką”. Bo polami bezpiecznej, bo szosą waliła cała ta pobita armia niemiecka. No więc rzeczywiście poszedłem. Ze mną szła taka pani, która też się ewakuowała jakoś z okolicznego majątku i szła w stronę Jeżowa. Tak żeśmy we dwójkę szli. No jakoś tak Niemcy obojętnie nas traktowali. Tak żeśmy szli przez Białynin i z Miłochniewic przez Głuchów, Białynin doszli na wieczór, już późno, do pani Marysi. Tam naturalnie poszedłem zaraz do tego szewca. Szewc nic nie zrobił jeszcze, nie zabrał się do roboty. Ale mówię: „Niech pan to da, wszystko jedno, bo jak tu front się przemieści, to stracę buty”. Więc oddał mi te buty nienaprawione, załadowałem je w plecak. I żeśmy nocowali. Rano patrzymy, a do pani Marysi zwalił się cały, jakby to nazwać, cały komisariat tych niemieckich żandarmów. Oni już spakowani, bo oni się u niej leczyli tam. Więc do niej przyszli, usiedli i mówią, że oni już tutaj idą i przyszli się pożegnać. Ja myślę sobie, o, to ja uciekam. Ja się tam uściskałem z panią Marysią. Ona mówi: „Zostań lepiej, bo to może niebezpieczne”. Ja mówię: „Nie, pani Marysiu, ja nie będę szedł szosą, bo przecież szosą to walą te rozbite czołgi i te ciężarówki i ta ich piechota. Ja pójdę sobie polami”. A to jakieś pół kilometra chyba polami biegł ten tor kolejki. No i ja tam na ten tor poszedłem i idę, takie zaśnieżone te pola. A po tej stronie szosa zatłoczona, czołgi, samochody, ciężarówki, furmanki, wszystko, rozbite to całe wojsko ciągnie. I nagle nadlatują iły ruskie i zaczynają pruć po tym wszystkim. Ale na szczęście pół kilometra ode mnie. Tak że miałem widowisko tylko. Patrzyłem obojętnie. A ci Niemcy to widać, frontowy żołnierz, już wytrenowany, tak że oni wszyscy zbiegli z tej szosy w pole i w polu uklękli twarzami na taką choinkę. Tak karabiny i tak, to wyglądało to jak choinka rzeczywiście. I tak uklękli, a te iły rąbały po tej szosie. No i wreszcie idę, idę, mijam Białynin i zbliżam się do Głuchowa. Z daleka widzę, że od Głuchowa idzie jedna postać. Myślę sobie, no to kto to jest. Nie wiadomo co. No i tak idę, idę dalej, tak już ze strachem, ale coś zaczynam poznawać. I wreszcie patrzę, a to mój ojciec. Niespokojny wyszedł, żeby mnie spotkać, i tak żeśmy się spotkali. Wróciłem do nich dosłownie na dwie godziny przed przyjściem ruskich. Tak że już niedługo później ten kukuruźnik zaleciał, zaczął rzucać bombki i za chwilę już pijani mołojcy na takim motocyklu, Wy swobodni, przejechali. No i tak się zaczęło.

  • Kiedy państwo wrócili do Warszawy?


Nie do Warszawy.

  • Nie do Warszawy?


[Powrót] do Warszawy to jest jeszcze osobna opowieść. Jeszcze w czasach kiedy Niemcy byli – ci Niemcy, którzy się leczyli u pani Marysi – ona powiedziała, że ma braki w sprzęcie, nie ma wiertarek, nie ma lekarstw i w ogóle innych rzeczy, bo to zostało w Warszawie. A któryś z tych żandarmów mówi: „A gdzie to?”. – „No na Żoliborzu”. – „No to – mówi – my tobie damy przepustkę. Pojedziesz tam i wymień, […] co chcesz wywieźć”. Ona wymieniła to wszystko. Oni sporządzili taką listę, taki ausweis jej dali. I wybrała się do nich moja mama (ojciec został) i taka pani majorowa, która tam była u niej, która perfekt mówiła po niemiecku, bo ona była wychowana jeszcze od dziecka przez jakąś Niemkę, tak że mówiła nie tylko że po niemiecku, ale akcent i sposób mówienia tak jak Niemcy. Jak Niemcy jej słuchali, to nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. I jeszcze [wybrał się] ten pan, który pomagał pani Marysi (później był stomatologiem, wykształcił się później). Tak że we trójkę się wybrali z tym. No i później – znam to z opowieści – oni pojechali pociągiem, dokąd mogli jechać. Później gdzieś tam od Pruszkowa czy od Ożarowa już tylko można było furmanką. Były takie furmanki do wynajęcia, pokazywało się tym Niemcom, że się ma taki Passierschein, że można jechać. No i na taką furmankę zabrał się (zawsze był jeden Niemiec przeznaczony) jakiś Niemiec i ta trójka ich. Pojechali na Żoliborz. No i ponieważ ten pan zabrał jakieś buteleczki, więc dał temu Niemcowi. Ten Niemiec mówi: „Możecie jechać i brać, co chcecie. Mnie to nie obchodzi”. Więc oni podjechali najpierw pod nasz dom. No i mama tam zobaczyła, że wtedy co w ostatnich dniach ten moździerz rąbnął w dziewiątą klatkę, tę klatkę zburzył od góry do piwnic, tak że szesnaście czy ileś osób zginęło, naszych znajomych i ich ułożyli tam, już nie zdążyli pochować. Ułożyli ich na trawniku. No i mama mówi: „Myśmy weszli. Straszny widok, bo psy zaczęły ich obgryzać”. Tak że doszła mama tylko do tego… Ja mówię: „Mama, tylko wyszukaj moją opaskę, furażerkę i ten aparat najważniejszy, bo tam są zdjęcia”. No i mama rzeczywiście zaczęła grzebać. Ale ani opaski, ani [furażerki] nie było. Cała ta [piwnica] była wykopana. Pewnie ktoś tam, wie pani, szukał czegoś, jakichś zakopanych skarbów, jakiś szabrownik pewnie, tak że wszystko było rozwalone, nie znalazła tego. Ale znalazła aparat. Bo to taka skrzynka prymitywna, jakąś gumką zespolona… Zabrała to, jeszcze jakiś garnek i jakąś patelnię dla siebie. Wszystko to załadowali z rzeczami z gabinetu pani Marysi na wóz i jadą. Jadą i tam jest taka „sztrajfa” pod Ożarowem czy gdzieś, gdzie oni sprawdzają. […] Oni się pytają: „Ale oni się nie będą czepiać, że my tutaj mamy poza tym jeszcze jakąś patelnię, jakiś garnek?”. [Niemiec] mówi: „Dla mnie to możecie to mieć, ale żeby tam nie był ten »pies« tylko”. I dojeżdżają, a on mówi: Oh, verfluchten! Dieser Hund. (Ten Niemiec, taki „pies”). Dojechali i ten rzeczywiście sprawdził to wszystko. Pyta się: „Co to jest? ”. No więc ta pani, która mówiła biegle po niemiecku, zaczyna mu mówić, więc ten słucha jej, kto ona jest. No i później jeszcze wziął ten aparat mamy i: Was ist das? Mama mówi: „To jest taki aparat”. A on mówi: Verfluchten… Apparat… Rzucił i rozdeptał butem. No i to wyrzucił. A ten pan, [który był z mamą], nie pamiętam, jak on miał na imię, coś tam usiłował mu powiedzieć i ta pani też. A on mówi: Ein Wort – nach Konzentrationslager gehen. (Jeszcze jedno słowo i do [obozu]). Uderzył go w twarz, no więc ten pan się zamknął. No i zawieźli pani rzeczywiście tylko ten gabinet. A ja mówię: „Mamo, szkoda żeś nie wyciągała, chociaż żebyś kliszę zdobyła”. Bo to aparat jest [nieważny], ale te klisze były bezcenne. On to wszystko rozdeptał. Tak że takie właśnie były rzeczy.

  • Rozumiem, że w takim razie państwo nie wrócili do Warszawy.


Nie. Jak mama powiedziała „nie”, to już nie ma do czego wracać. Tam było sześćdziesiąt cztery pociski, w tym jedna klatka zburzona, wszystko było rozkradzione, tak że nie było… No takie wrażenie było, tak że…

  • Naprawdę już jakby skończył się okres warszawski.


Tak. Wtedy stamtąd już pojechaliśmy do Łodzi. Mimo że mój ojciec nie cierpiał Łodzi, bo kiedyś przed wojną pojechał tam i powiedział: „Do Łodzi to mnie policja chyba tylko sprowadzi”. No ale nie policja, tylko wojna go sprowadziła. Tak że ja w tej Łodzi już poszedłem do gimnazjum, później zrobiłem maturę, później studia. No i stamtąd już tutaj przyjechałem.

Opole, 28 marca 2023 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Andrzej Janusz Witkowski Pseudonim: „Rip” Stopień: strzelec Formacja: Zgrupowanie „Żmija”, pluton 224 Dzielnica: Żoliborz Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter