Nazywam się Edward Piłatowicz, urodzony w Warszawie, wychowany w Warszawie. Urodziłem się 7 października 1928 roku. Zamieszkiwałem na Pradze, a mój pseudonim był „Edek”. W czasie Powstania należałem do tajnego harcerstwa „Szarych Szeregów”, które powstało przy końcu 1939 roku. Byłem łącznikiem w czasie Powstania, potem, jak utworzono Harcerską Pocztę Polową, to pracowałem w Harcerskiej Poczcie Polowej.
Mieszkałem na Pradze, chodziłem do szkoły podstawowej wybudowanej przed wojną, bardzo ładny gmach, numer 136. Miałem bardzo dobrych nauczycieli, których do dzisiaj wspominam i będę wspominał. Kierowniczką szkoły była pani harcmistrz Maria Iruska, a moją wychowawczynią była jej siostra, Stefania Iruska. Obie doskonałe Polki, doskonałe patriotki, wspaniale nas uczyły. Muszę powiedzieć, że mam wiele wspomnień, których wtedy może nie rozumiałem jako mały chłopak przed wojną, ale dziś je mogę cytować i zawsze te panie wspominam z wielką emfazą. Na przykład nie rozumiałem tego, że w Dniu Matki, które obchodziliśmy w Polsce i obchodzimy do dziś 26 maja, nasza pani nauczycielka, wychowawczyni, pani Stefania Iruska, kazała nam przyjść z pięknymi kwiatami. Ale nigdy z żadnymi różami, tylko z bzem cudownym, podwójnym i innym jakimś. Miałem starszą siostrę, dała mi oczywiście róże. Pani nauczycielka nas przed wejściem na salę gimnastyczną, gdzie się miała ta uroczystość odbywać, ustawiła całą naszą klasę w szeregu, do każdego podchodziła i oczywiście patrzyła jakie ma kwiaty. Zobaczyła moje kwiaty i powiada: „A kto ci dał?!”. Mówię: „Siostra”. „Pod Jadwigę!”. Szkoła była pod wezwaniem Królowej Jadwigi i te róże pod Jadwigą zostawiłem. O co chodziło? Potem to zrozumiałem jako już starszy człowiek, że na tej sali miały się znajdować matki, którym mieliśmy oddać pamięć i cześć i one nie mogły być dotknięte tym, że jedna matka otrzymuje róże, a druga otrzymuje bez. Wszystkie miały otrzymać piękny, cudowny bez. Potem wspominam mile te dwie panie, że najpierw ojciec, a potem mama byli ranni w czasie Powstania na Pradze i mama straciła nogę. Potem tą szkołę zajęli Rosjanie, którzy weszli na Pragę. Opiekę nad moją mamą pełniły właśnie te panie, które wiedziały, że poszedłem do Powstania. Ale one były naprawdę cudowne kobiety. Potem jeszcze jeden bardzo znamienny rys dodatni dla nauczyciela, dla pedagoga był taki, że pani Stefania nigdy nie uznawała, żeby na jej imieniny cokolwiek dzieci przynosiły, żeby w ogóle otrzymywała. To teraz dopiero rozumiem. Miała na imię Stefania, więc na początku roku szkolnego były imieniny. Wszystkie kwiaty, które otrzymywała od dzieci, były zanoszone pod obraz Królowej Jadwigi. Czyli była taką panią, która nie chciała otrzymywać żadnych prezentów. Potem inny rys wspaniały, jak były szkolne [rekolekcje], bo była oczywiście katechetka, był prefekt, to ta pani również z nami chodziła na rekolekcje do kościoła. Również dawała nam najlepszy przykład pedagogiczny, że szła do spowiedzi, myśmy to jako dzieci widziały i potem rekolekcje się kończyły właśnie wspólnie. To były cudowne nauczycielki, wiele nam dały z postawy właściwej prawdziwego patriotyzmu, który się zdewaluował w czasach komunistycznych w Polsce. One były zawsze prawdziwymi Polkami, do dziś je bardzo serdecznie wspominam. One obie już nie żyją, mieszkały na ulicy Kowalskiej w Warszawie, vis-à-vis szkoły, to był wspaniały dom przed wojną. Dlaczego pamiętam ten dom? Ze względu na te panie, ale jeszcze dlatego, że tam się mieściła również cicha kwatera, wynajęta przez Akcję „N”, którą prowadził „Pasieka”, Wojtek to prowadził. Brałem też w tym udział, ponieważ w moim domu była skrzynka kontaktowa Akcji „N”.
Ojciec mój był mechanikiem samochodowym, pracował całe życie w jednej firmie. To był browar największy w Polsce i w Warszawie „Haberbusch i Schiele”, to byli ewangelicy. Matka nie pracowała, ojciec pracował w tym browarze. W czasie wojny w 1939 roku, kiedy naokoło nas zbombardowano cztery domy, to przeszliśmy do schronów, które się mieściły w tej fabryce. Ta fabryka ze względu na to że to byli ewangelicy, to nie była zniszczona, przypadkowo jedna bomba upadła. Tak się zachowaliśmy i ojciec mój tam pracował. Tak dbano o pracowników, że w 1939 roku, kiedy wiadomo było, że Polska będzie musiała chyba poddać się, to do tej fabryki, do magazynów, do chłodni zwożono półtuszki wieprzowe. Nawieziono ich tyle, że wystarczyło na całą okupację dla pracowników, codziennie była gotowana zupa regeneracyjna. Chodząc na komplety niedaleko w Śródmieściu, do ojca zawsze przychodziłem na tą zupę. Potem ta fabryka została zniszczona w czasie okupacji, bo tam było duże uderzenie grupy powstańczej, spalono cały oddział esesmanów w tej fabryce i została zgruzowana. To byłoby tyle, jeżeli chodzi o moich rodziców.
Mieszkałem z rodzicami, miałem jeszcze rodzeństwo, siostrę starszą i brata, który nie wrócił do domu, został wywieziony z terenów wschodnich na Sybir, ale nie jako wojskowy, bo zdążył się przebrać. Był na Syberii i stamtąd już nie wrócił, z Rosji wyszedł z Armią Andersa i był w RAF-ie. Nie chciał latać, był w grupie, która naprawiała wszystkie Spitfire’y, które przylatywały. Został w Anglii.
Brat na imię ma Henryk, mieszkał w Roystonie, ale potem miał przypadek taki. Widziałem się z bratem raz jeden w życiu, po dwudziestu czterech latach. Przyjechałem swoim statkiem, bo pływałem na statkach jako radiooficer, przypłynąłem do jednego z portów i on był niedaleko na kempingowych wczasach z żoną i z synem. Przyjechał do mnie, odwiedził mnie. Potem napisałem do niego pamiętny list, że szkoda, że się już nie zobaczymy, bo z tego statku zmustrowuję. Na drugi rok przyjechał w to samo miejsce, bardzo dobrze pływał, należał przed wojną do klubu i wypłynął ze swoim synem. Żona siedziała sobie, jak to Angielka, robiła na coś drutach, a z synem Geoffreym wypłynął w morze, syn wrócił później na ląd do mamy, a on jeszcze pływał. Przyszła fala przybojowa, która nie pozwoliła jemu dopłynąć do brzegu, tylko go odrzucała. Tak go to wymęczyło, że dostał zawału i zaczął wzywać pomocy, żona szybko zorganizowała łódź, ale jego już nie dowieźli do szpitala, bo umarł na serce.
Był bardzo dobrym, szlachetnym człowiekiem, o ile pamiętam, pracował w Państwowych Zakładach Lotniczych w Warszawie. Maturę zdobył ze wspaniałym wynikiem, nie zdawał żadnych egzaminów. Dostał od rady pedagogicznej przed wojną zegarek, płaski, piękny, z wygrawerowaniem, że to jest za najlepszą naukę. Potem był taki zwyczaj w Warszawie, że wszyscy najlepsi uczniowie ze szkół spotykali się na zaproszenie prezydenta miasta Warszawy na ratuszu. W jednych salach bawiła się ta młodzież zdolna, a w drugich salach byli zaproszeni rodzice. Pamiętam, że dostał album z Warszawy, ale brata widziałem tylko raz jeden. Ale wiele mu rzeczy z domu, wspominek opowiadałem, on był bardzo zdziwiony, że to wszystko pamiętam. On mi z kolei opowiadał, co przeżył w swojej gehennie życia wojennego na Syberii.
Tak, ale w domu rodzice nie wiedzieli, że brat był pilotem oblatywaczem przed wojną w PZL-u i oblatywał „Łosie”. Nie wiedzieliśmy wcale o tym, bo to była tajemnica służbowa. Tylko kiedyś matka powiedziała, że tak późno wraca z kina, a on powiedział: „Mama, nie martw się, ja mam zawsze opiekuna, albo siedzi za mną, albo obok mnie, a za mną zawsze wraca”. Czyli pilnowali jego, bo miał posadę z tajemnicą służbową.
Poza tym ojciec poszedł z nim przed wojną do sklepu kupić [radiowy] aparat lampowy. Poszli do sklepu i kupili najnowszy aparat „Elektrit Opera”, z okiem magicznym, to było sześć lamp, siódma prostownica, drogi aparat. Ojciec mówi: „To przecież my tego nie weźmiemy”. A on mówi: „Nie, tata”. Wyjął pieniądze i z miejsca wypłacił. „Skąd ty masz te pieniądze?”. On zawsze jeszcze oprócz tego, że miał książeczkę, to trzymał u mamy swoje pieniądze, ale był człowiekiem szlachetnym. Mianowicie kiedyś zgłosił się mój stryj, a rodzinę miałem bardzo dużą, bo u mojego ojca było jedenastu braci, a dwunasta siostra. Jeden ze stryjów przyjechał i pod nieobecność rodziców prosił o pomoc może jakiejś pożyczki, bo jego syn starszy, to znaczy nasz brat stryjeczny, Kazimierz Piłatowicz, wstąpił do Zgromadzenia Księży Orionistów, miał jechać na rok stażu do Rzymu. Jak przyjechali rodzice, to siostra starsza powtórzyła tą prośbę stryja, brat wziął od mamy jeszcze jakieś swoje pieniądze, które miał, pojechał i dał bez żadnej pożyczki mojemu stryjowi. Potem oni byli nawet ze sobą w kontakcie, tamten nie zdążył wrócić w 1939 roku do polski, był w Rzymie, ale zawsze się kontaktował z moim bratem, który się skontaktował z nim.
Mieszkałem w Warszawie, chodziłem do szkoły. Dobry wpływ pedagogiczny, wychowawczy, mieli na mnie również księża marianie, którzy mieli swój kościółek na rogu ulicy Szwedzkiej i Wileńskiej. Do tego kościoła należałem jako ministrant, ale trzeba odróżnić jedną rzecz. W tej chwili, jak się patrzy na te grupy ministranckie, owszem, służą w kościele i to jest wszystko. Wtedy ci księża byli patrzący w przyszłość, wyznaczyli sobie jednego z młodych kleryków, który się tą grupą opiekował. Ale to nie polegało tylko na takiej opiece, tylko myśmy się spotykali, oni nam czytali różne rzeczy z wychowania podstawowego. [Uczyli nas] na przykład, jak należy pisać listy, jak należy uważać, żeby uszanować kogoś, nie przykleić znaczka źle. Wszystkie takie rzeczy, które były potrzebne młodemu człowiekowi do ogólnego wychowania. Pożyczali książki dobre do domu, potem robione były przedstawienia kabareciku z lalkami, w tych przedstawieniach występowałem, miałem trochę talentu, pamięci. To wszystko było robione bardzo mądrze.
Jak się Powstanie skończyło i myśmy wrócili, to ci księża założyli drużynę harcerską, do której należałem. Zorganizowali nam obóz harcerski, pamiętam że z UNRRA dostali sprzęt, namioty, łóżka polowe do tego, jakąś subwencję mieli. Byliśmy w Stoczku na obozie harcerskim i opiekunem naszym był jeden z młodych księży, z którym utrzymywałem korespondencję przez całe moje życie.
Z konspiracją, to właściwie mnie wyciągnięto. Wyciągnął mnie druh „Wojciech”, Jabrzemski, to znaczy ukierunkował mnie do odpowiedniej drużyny. Na tyle mnie znał, że uważał, że mogłem się [przydać]. Potem swoją przysięgę harcerską składałem w Strudze, w lesie. To było bardzo pięknie zorganizowane, gdyby to dzisiaj młodzież widziała. Każdy z nas wsiadał o innej godzinie w pociąg i wysiadał w innym miejscu, żeby to nie było podejrzane dla konspiracji. To była kolejka wąskotorowa, wsiadało się na ulicy Stalowej i ona jechała w kierunku Radzymina. Potem ścieżkami szliśmy do lasu. W lesie jedna grupa wykopała stół, to znaczy tam wpuszczało się nogi, a przed nami była murawa leśna, wrzosy, wszystko. Przywoziliśmy swoje śniadania, które nam rodzice dali, wykładaliśmy wszyscy na ten stół i wspólny posiłek był. Bo jedni byli skromniej sytuowani, drudzy lepiej, ale jeden posiłek był.
Moje przyrzeczenie wyglądało w ten sposób, że wiedziałem, że mam składać przyrzeczenie, bo mi mój drużynowy powiedział. To był Władysław Ślesicki pseudonim „Władek”, a hufcowym naszym był Zygmunt Głuszek pseudonim „Victor”. (Z nim byłem trochę bliżej związany, bo potem spędzaliśmy okres popowstańczy w Kielcach. Skierowałem go tam, bo znałem z kolei komendanta chorągwi harcerskiej, który miał pseudonim „Maryśka”, nazywał się pan Dobski, wiedziałem, gdzie mieszka). Ale wracając do rzeczy, przyjechaliśmy wtedy do lasu, to była niedziela. Oczywiście rano byłem na mszy świętej, potem jeszcze pojechaliśmy do lasu odpowiednio ubrani, przygotowani i w lesie w pewnym momencie była komenda: „Przygotować się do przyrzeczenia!”. Stanęliśmy wszyscy w dwuszeregu, komenda: „Do przyrzeczenia wystąp!”. Wystąpiła grupa kolegów, ustawiliśmy się razem i widzimy, że z lasu, z zagajniczka idzie nasz hufcowy, bo jego przecież znałem, wtedy z nazwiska go nie znałem, tylko z pseudonimu. Wychodzi z nim członek Komendy Głównej w butach a la oficerskich, ale raczej gumowe, w bluzie, harcmistrz, a tego człowieka znałem – dokładnie! Wyjął z kieszeni ryngraf, który wisiał u mojej mamy nad łóżkiem, Matki Boskiej Ostrobramskiej. Do tego zrobiłem taki srebrny, ładny ryngraf, do tego ryngrafu przykręcił swój krzyż harcerski. Podchodził kolejno do każdego z druhów i każdy składał przyrzeczenie harcerskie i ja też, oczywiście wiedząc, kto to jest. Podał mi rękę, życzył wszystkiego co trzeba najlepszego, rozstaliśmy się, ale nikt z kolegów i z obecnych nie wiedział, że to jest bardzo mi bliska osoba. Wiadomo, była taka piosenka harcerska o konspiratorze, czyli: „jest słowo konspiracja, co znaczy, nie wie nikt,
to ziemska transakcja, duchowy raczej wikt.
Iluzja czy złudzenie, powietrze, eter, ba,
W życiu to znaczenie fenomenalne ma.
Bo konspirator, jak konspirator…”.
„konspirator przeciętny, wygląda z grubsza tak,
Wesoły, miły, chętny, szczególnych znaków brak.
Gdy chce powiedzieć słowo, ostrożny jest ten gość,
Pod szafę zajrzy z głową czy tam nie siedzi ktoś.
Jest skromny, cichy, mój miły Boże,
Nie mówi nigdy brzydkich słów.
Ach coś takiego, a skąd być może”. – to chyba wszystko z tej piosenki.
Były te piosenki śpiewane, oczywiście. Była na przykład piosenka śpiewana bardzo piękna, o bardzo mądrych słowach:
„Harcerzem być, to obowiązek.
Harcerzem być, to zaszczyt mieć.
Harcerstwo, to braterski związek,
A jego hasłem, móc i chcieć”.
Należałem do Hufca ZZ, czyli Ziem Zachodnich. W związku z tym mieliśmy taką piosenkę, która dzisiaj wywoływałaby, u niektórych osób o lewicowych spojrzeniach dość krytyczne spojrzenie. Słowa tej piosenki były takie:
„Zdobędziem kraj po Odrę,
Po Bałtyk i po Dniepr,
Dunaju fale modre,
Ukrainy szumny step.
Płyń orle w górnym pędzie,
Do boju rozkaz daj.
Znów Odra naszą będzie,
My za tobą, z tobą wszędzie,
My za tobą, a za nami cały kraj.
Ojczyźnie ukochanej
W dań krwawą trzeba nieść,
Złożymy serc miliony
W jej stalową dumną pierś”.
Tak że takie rzeczy podstawowe, które nas kształtowały. Ale kształtowało nas to, że myśmy jako młodzi ludzie mieli wspaniałych wychowawców. Chociażby to co przytoczyłem na początku, te panie ze szkoły podstawowej, to była kopalnia dobrego wychowania. Potem ta grupa, ktoś by mógł dzisiaj powiedzieć, ministrantów. Nie, tam wiele rzeczy podstawowych nas uczono, które człowiekowi zostają do końca życia i on je nawet przekazuje swoim dzieciom…
Mój mały sabotaż był w „Akcji N”. W małym sabotażu brałem udział w ten sposób, że w moim domu była skrzynka kontaktowa. Nie wiedziałem, co się dzieje, że co czwartek przychodzi pani, młoda dziewczyna, zawsze inna, trzyma dwie albo trzy paczki zawinięte w szary papier i związane grubym sznurem papierowym. Moim obowiązkiem było dzwonić na znany mi telefon i mówić, że przyjechała pani z Łodzi i prawdopodobnie przywiozła pończochy. Wtedy popołudniu przyjeżdżał druh „Wojtek”, który kierował „Akcją N” i pomagałem mu wynieść z mojego domu te paczki na ulicę Kowelską. Miał tam wynajęte mieszkanie, nawet nie zawsze wchodziłem do tego pokoju i on już potem [zajmował się] kolportażem. Co było w tych paczkach? Potem się dowiedziałem, to były pisane informacje, bibuły w języku niemieckim. Te bibuły były podrzucane do kasyn niemieckich, do parkujących samochodów niemieckich, ale już w języku niemieckim, tak że nie mieli trudności z czytaniem. To była taka prawda, którą porównałbym do wiadomości z „Wolnej Europy”, która dla nich coś stanowiła.
Między innymi w „Akcji N” w małym sabotażu brałem taki udział, że kiedyś moją ulicę Strzelecką zablokowano, ponieważ jakiś facet uciekał z bronią, ostrzeliwał się. Przyjechało dużo żandarmerii i po kolei cały dom po domu czesano. W tym czasie przyjechała łączniczka i przywiozła te paczki. Moja matka zaniepokojona, co tu zrobić z tym, rozpaliła ogień w piecu w kuchni i po kolei te papiery wszystkie paliła, pogrzebaczem przegrzebała i we wiadro szmatą mokrą przykryte ładowała popioły. Zdążyliśmy to spalić i dwa wiadra tego do śmietnika wyniosłem. Jak ci żandarmi weszli do naszego domu to u nas było już przewietrzone, nie było tak gorąco, ale szczęśliwie do naszego mieszkania nie doszli. Co wtedy było? Wtedy druh „Wojtek” szybko zorganizował, bo się bał, że jak ulicą Kowelską wjadą, bo to kawałek się szło i zaraz była Kowelska w prawo, olbrzymi dom… Tam nawet emerytowany generał miał swój pokój, jakiś pan z banku, który zawsze mi się podobał, zawsze był elegancko ubrany.
Wcześniej dostaliśmy wiadomość wszyscy, spakowałem swój plecak, zawinąłem go w torbę po cukrze, w razie czego, gdyby ktoś nas chwycił. Taką torbę pod pachę wziąłem i z tym udałem się na tak zwane MP, czyli miejsce postoju. To było na ulicy Leszno, czyli pierwsze godziny Powstania tam mnie zastały, w tej dzielnicy było dość spokojnie.
Dopiero później przyszedł łącznik, po kilku dniach, bo wiedziano, gdzie się znajduję i stamtąd przeprowadzony byłem przez tego łącznika do mojego zgrupowania, które mieściło się na Świętokrzyskiej 28 w dużym, pięciopiętrowym albo siedmiopiętrowym gmachu. To było niedaleko Prudentialu, naprzeciwko placu Powstańców Warszawy, wtedy placu Napoleona. Swoją kwaterę mieliśmy na pierwszym albo na drugim piętrze, na dużej sali w Prudentialu, wyłożony był gruby filc i na tym filcu mieliśmy swoje legowiska, pod głowę plecaki i koce do przykrycia.
W ciągu dnia grupowaliśmy się na Świętokrzyskiej 28, dostawaliśmy rozkazy, chodziliśmy jako łącznicy. Na przykład pierwsze moje przejście przez Aleje Jerozolimskie, jeszcze kiedy nie było tej barykady śmierci, było takie, że szedłem z meldunkiem, miałem się udać na Śródmieście Południe, na drugą stronę. Podszedłem już do samego przejścia na drugą stronę ulicy, druty poobrywane z przewodów tramwajowych, jakiś człowiek już leżał zabity. Cisza była, a strzelano z BGK (z Banku Gospodarstwa Krajowego) albo z Cafe Klub. Tam jeszcze Niemcy byli na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. W pewnym momencie podszedł do mnie ktoś i powiedział: „Teraz druh może lecieć, ale ukosem”. Przeżegnałem się. Pamiętam jak dziś, torbę, którą miałem, przed siebie chwyciłem i zygzakiem biegłem, tak żeby ich nie zaplątać w te druty. Jak już byłem po drugiej stronie tej ulicy, padły strzały. Może były w moim kierunku, może nie, ale w każdym bądź razie szczęśliwie mnie nie dopadły. Dobiegłem i już wiedziałem co [i] jak, bo Warszawę Śródmieście znałem dobrze, ponieważ przed Powstaniem nasza drużyna imienia Władysława Jagiełły, pod kierunkiem druha Władysława Ślesickiego, pseudonim „Władysław”, miała rozkaz spenetrowania całej ulicy Chmielnej, poszczególnych numerów. Żebyśmy jako chłopcy wchodzili, pytali jakie hotele są, a to była ulica trochę nie bardzo, bo to była ulica różnych melinek seksualnych, rozrywkowych. Ale na to nie zwracaliśmy uwagi, pytaliśmy kto tu jest, jakie to jest miejsce, ile tam może być osób i te wszystkie dane spisywaliśmy, bo to było potrzebne do późniejszego zakwaterowania poszczególnych oddziałów wojskowych. Myśmy przed Powstaniem to znali.
Potem przed samym Powstaniem mój pluton dostał rozkaz, że byliśmy u zbiegu ulic Śniadeckich, Lwowskiej i Pole Mokotowskie po drugiej stronie się zaczynało, siedzieliśmy w jednym miejscu we trzech, coś żeśmy robili, grali w kości, a myśmy pełnili funkcje łączników. Przychodziła jakaś druhna, mówiła hasło, myśmy na to hasło odpowiadali i wtedy jednego z nas kierowała, dając mu instrukcję słowną już na boku, dokąd ma jechać albo dawała mu do ręki coś, co ma zawieźć i ewentualnie przywieźć stamtąd. Ona o danej godzinie przychodziła i wszystko żeśmy załatwiali do końca. Dbano o nas, ponieważ jak myśmy cały dzień siedzieli, to w ciągu jakiejś godziny przychodziła druhna, brała nas na obiad na ulicę Lwowską, nawet dobry obiad się zjadało. Jako młodzi chłopcy to z apetytem [jedliśmy]. Ale to była przed samym Powstaniem do wykonania taka funkcja.
Początek Powstania, to potem przeszedłem tam i potem, dowodził nami druh Przemysław Kulewski, czyli „Przemek”, był w randze harcmistrza i prowadził Harcerską Pocztę Polową. Wieczorem zbieraliśmy się na sali, gdzie była kawiarnia, w której w czasie okupacji występował Fogg. Był fortepian i myśmy śpiewali piosenki harcerskie, tego typu, które przytaczałem i inne, takie były ogniska. Potem szliśmy normalnie na spoczynek, a rano były rozkazy takie czy inne.
Był taki dzień, może tego tak wtedy poważnie nie odebrałem, ale to była poważna sprawa. Miałem rozkaz, trzech kolegów i ja, przejść przez ulicę Alei Jerozolimskich, ale już była barykada, wykopane było wgłębienie, worki z piaskiem. Ale mimo wszystko Niemcy strzelali ogniem ostrym z karabinów maszynowych i często padały trupy. Miałem przejść z nimi, z meldunkami i w ostatniej chwili wycofano mnie, a w moje miejsce poszła chyba łączniczka „Zenka”, jest na Powązkach pochowana. Biegnąc tam, ona dostała kulę, od razu padła i: „Stop! Stop! Bo tam nie żyją!” Wyciągnięto ją. Sobie wtedy może nie zdawałem sprawy, ale właściwie takie zrządzenie losu było, że akurat byłem wycofany, a mogłem tak samo paść jak i ona. Na Świętokrzyskiej 28 i w Prudentialu byliśmy do momentu dopóki…
A, jeszcze taki ciekawy dzień przeżyłem, właściwie ciekawą niedzielę, bo obok Prudentialu była mała ulica Moniuszki, gdzie była kaplica księży marianów, bardzo mała. Wychodziło się z tej kaplicy, był plac Napoleona, na placu Napoleona był wykopany olbrzymi, jak wtedy w Warszawie na placu Lubelskim, przeciwlotniczy duży zbiornik na wodę. On służył też w czasie Powstania do gaszenia pożarów. Pamiętam pierwszą niedzielę, którą przeżywałem na wolności, to była msza święta w tym kościele i po mszy świętej śpiewanie „Boże coś Polskę”. Pamiętam, że ze łzami to wtedy śpiewałem, z wielkim drżeniem całego ciała, w sercu tak przeżywałem ten okres wolności, już oczywiście jako harcerz z opaską biało-czerwoną na prawym ręku, nie na lewym. Wiele osób nosi na lewym, ale powstańcy nosili na prawym. W Prudentialu byliśmy do momentu, dopóki Niemcy nie zburzyli poszczególnych okolicznych ulic. Mazowiecka była zaraz obok i zaczął się palić kościół na Moniuszki. Myśmy ławą stanęli przy tym basenie i podawaliśmy dwoma rzędami wiadra i tymi wiadrami gaszono ten pożar.
Pamiętam jak dziś, jakiś sprawozdawca wojenny, amerykański chyba, potem nawet jego zdjęcia podobno wyszły, robił zdjęcia nam przy tym zbiorniku z wodą. Stamtąd jak się dość gorąco zrobiło, nasze dowództwo przeniosło nas na ulicę Hożą 13 do oficyny na trzecie piętro. To były jakieś pomieszczenia szkolne i w olbrzymiej sali byliśmy zgrupowani, łóżka piętrowe jakieś były. Tam z kolei byliśmy znowu do czasu dopóki… bo Niemcy co jakiś czas na poszczególne dzielnice rzucali, oprócz „krów” sławnych, swoje „Berty”. To były pociski, które wystrzeliwano, jak później sam widziałem to w Piastowie, to było działo kolejowe, którego pocisk miał wagę sześćset kilo, czy nawet może więcej. Na dźwigu podnoszono, ładowano i te pociski, jak były wystrzeliwane, to były o jednakowym czasie. Jak padł jeden pocisk, to za kilka minut padał następny. Pamiętam, że myśmy odczuli strach. Byłem wtedy na kwaterze, część ugrupowania mojego była w terenie, wykonywała jakieś zadanie i ten pocisk padł. Odłamki były tak silne, że jeden z odłamków padł na dach, bo myśmy z domu, z naszego piętra, widzieli oficynę mniejszą. Ktoś z druhów poleciał z miską i przyniósł odłamek z tego pocisku, wagi czternaście kilogramów, jeszcze ciepły.
Nasi dowódcy dbając o nas, przenieśli nas na bardzo korzystną kwaterę, na rogu ulicy Mokotowskiej i Koszykowej. Dlaczego mówię „bardzo korzystna”? Ponieważ nasza kwatera znajdowała się na pierwszym piętrze, a o dwa domy od nas był bunkier niemiecki na ulicy Koszykowej. Na dole był nasz bunkier i nasz bunkier strzelał tak cienko z erkaemu, a Niemcy strzelali z cekaemu. Ale myśmy o tyle byli bezpieczni, że Niemcy na tak bliską odległość nie mogli rzucić na nas żadnej bomby, natomiast nękali nas granatnikami. Tak że często na podwórku te granatniki padały.
Również na tej kwaterze był niezapomniany moment, kiedy przychodzę z jakiejś funkcji zbiedzony, głodny i nasz druh drużynowy mówi: „No, na jutro będziemy mieli coś dobrego”. Wyjmuje dwa ogony kocie oskalpowane i mówi: „Jutro jemy kota, mamy dwa kotki”. Jedliśmy, to miało być z kaszą, a ktoś inny zafasował nam tą kaszę uprużoną, ugotowaną i te dwa koty. Przyznam się, że zapach, jak się gotowało, był dość niespotykany dla nozdrza mojego, ale na zimno jadłem to jak mięso królika, tak że kota spróbowałem. Potem był taki żart, który widziałem. Przylepione było, że: „Zginął mi kotek na ulicy takiej a takiej, takiej maści”. Dopisek był: „Dziękujemy, był miękki i smaczny”. To jest tyle. Ta kwatera była o tyle dobra, że rzeczywiście nas nie nękał bezpośredni ogień Niemców. Na rogu był duży pokój, w tym pokoju nikt nie siedział, bo to był pokój narożny i Niemcy właśnie często strzelali z erkaemu – po tym pokoju szły rykoszety czy jakieś strzały. Ten pokój służył nam tylko, jak przychodził kapelan do spowiedzi. W jednym kąciku kapelan siadał, a myśmy przychodzili i się spowiadali. Był taki monet, kiedy myśmy siedzieli i czyściliśmy swoją bieliznę z odwszenia się. Nie wiedziałem w ogóle, jak wyglądają wszy, jakiś guziołek był, a kolega mówi: „To nie guziołek, tylko to jest wesz”. W tym momencie wszedł kapelan, mówi: „Co chłopcy robicie?”. Myśmy się śmiali, ale poszczególni chodzili do niego do spowiedzi. Tak że życie nasze kształtowało się w ten sposób, że jak wieczorem jeszcze nie było ciemno, byliśmy w kwaterze swojej, to wpadł ktoś na taki szaleńczy pomysł. Mieliśmy książkę kucharską, a głodni byliśmy, młodzi chłopcy, tą książkę kucharską otwierał i czytał najlepsze przysmaki. W końcu, jak już wszystkim się zrobiło błogo, to w niego rzucali kapciami, on zamykał to i chował.
Było dość skromnie z jedzeniem, bo przynosiliśmy z ulicy prostej zboże, potem na młynkach mieliliśmy to zboże i ten jęczmień, tą pszenicę żeśmy jedli, gotując trochę. Potem smażyliśmy na tym placki. Ale skąd tłuszcz? Z jakiegoś gruzowiska przynieśli kiedyś dużo tłuszczu, wyglądało to jak smalec. To się włożyło razem z tym gruzem do dużego garnka, jak to się rozpuściło, to te brudy osiadły na dnie, a to się zlewało. Na tym piekliśmy placki. Jak się okazało pod koniec Powstania, ten smalec to był jakiś dodatek parafinowy dodawany do wyrobu świec i on w dużych ilościach mógł szkodzić na wzrok, ale myśmy o tym nie wiedzieli.
Z Powstania wyszedłem, jak Powstanie padło 2 października, nasi dowódcy poszli do niewoli, a nami zaopiekowali się, zostaliśmy dobrze wyekspediowani. To znaczy każdy z nas dostał po tysiąc pięćset złotych z Banku Emisyjnego. Każda grupa była poinformowana, gdzie ma w Generalnej Guberni się osiedlić. Znałem przed Powstaniem Kielce, bo byłem wzięty przez rodzinę do Kielc i tam poznałem druha Kieleckiej Chorągwi Harcerskiej, pana „Maryśkę” Dobskiego. Ale jego jeszcze poznałem wcześniej, bo on przyjeżdżał do Warszawy, dostawał pokój na Saskiej Kępie 19, a ja jako harcerz ten pokój obsługiwałem. To znaczy miałem mu zrobić kawę, herbatę, przynosiłem mu rano prasę, bułki, pieczywo, a on na daną godzinę sobie dokądś jechał na umówione spotkania. Stąd już znałem jego twarz, jego osobę, ale więcej nic o nim nie wiedziałem. W tym mieszkaniu, w którym on mieszkał, to mieszkanie o tyle znałem, że w tym mieszkaniu również była skrytka w podłodze. To był parkiet, przyszedł do tego mieszkania stolarz zaprzysiężony, obejrzał sobie całą podłogę i stwierdził, że koło okna można zrobić skrytkę. Polegało to na tym, że wyjął kilka dębowych klepek, wszystkie razem na jednej desce skleił, zbił. Potem podfilcował, wybrał część miejsca na skrytkę, na papiery, na dokumenty i potem jak to wkładał, zamek był zrobiony, że jak on to przycisnął, to podłoga była równiutka, nic nie skrzypiało, nic nie robiło. Między tymi szczelinami była wąska szparka i była zrobiona blaszka stalowa, wiedziałem, gdzie trzeba tą blaszkę włożyć i pocisnąć mocno. Wtedy te trzy deski odskakiwały, wyjmowało się i był dostęp. Miano zaufanie do mnie, że tą skrytkę znałem i z tej skrytki często przynosiłem, wynosiłem, komuś dawałem.
Przed Powstaniem tą skrytkę oczyściłem z papierów, z dokumentów, tylko zostały osobiste dokumenty gospodarza tego domu. Mianowicie zostały jego zdjęcia rodzinne, kryształ, który dostał, w czasie okupacji brali ślub i dostał kryształ mały i platery na dwadzieścia cztery osoby. To wszystko ocalało. Jeszcze tą skrytkę w ostatniej chwili poznał mój ojciec. Jak myśmy już byli po stronie Powstania Warszawskiego, a ojciec mój, kiedy już wydobrzał, bo był ranny bardzo poważnie, to tam przyszedł, odsunął gruz i wyjął mokre bo mokre, ale zdjęcia, które ocalały, i te rzeczy, o których wspominałem. Natomiast żadnych rzeczy kompromitujących podziemie nie było.
Wyszliśmy z Powstania Warszawskiego, tak jak mówiłem, ale błąd popełniliśmy. Cała nasza grupa wyfasowała plecaki, które były na wyposażeniu żandarmów. Te plecaki wyglądały, że miały wierzch pokryty skórą ze źrebaka, to tylko mieli żandarmi. A tu podpadaliśmy tym samym Niemcom, już będąc po tamtej stronie. W te plecaki dostaliśmy od naszego kwatermistrza po butelce syropu pomarańczowego z magazynów poniemieckich, upiekliśmy sobie na tym tłuszczu placki i szliśmy w kierunku Dworca Zachodniego. Stały wagony, odkryte węglarki i do tych wagonów nas pakowano. Dojechaliśmy szczęśliwie tylko (a jechaliśmy do Pruszkowa, do obozu przejściowego) do Włoch i pociąg stanął pod semaforem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nas było czterech i trzy druhny, łączniczki, sanitariuszki, na zewnątrz siatki, która dzieliła stojący pociąg, jeden z młodych chłopaków krzyczy: „Druhu!”. Na druha „Charłampa”. „Niech druh skacze! Ja tu druha przechowam, bo tutaj jestem u ciotki!”. On mówi: „Ja nie mogę skakać, bo tu nas jest czterech”. „To ja was czterech przechowam!”. Ale w międzyczasie jeszcze ludzie nam dorzucili chleba świeżego, każdy z nas miał jeszcze po dużej puszce konserw ze zrzutów z Chicago. Teraz krótka narada między nami: „Skaczemy?”. – „Skaczemy”. Pierwszy skoczył „Charłamp”, siatka trochę była wyrwana, jak on skoczył, to wtedy się rzucało jego plecak. W kolejce skakałem trzeci, koleżanki rzuciły plecak i ten chłopak nas szybkim ruchem wężowatym [wciągnął] do wykopanego rowu przeciwczołgowego. Staliśmy, za chwilę strzały, sygnał pociągu i pociąg ruszył. Zaprowadził nas do piwnicy, do swojej ciotki. Ciotka nawet początkowo chyba nie wiedziała, że przyprowadził czterech dryblasów z Powstania, a szczęście całe, że w tej piwnicy dużej, kwadratowej, był duży wózek bez kół, tylko na resorach. Ten wózek myśmy podparli czymś jeszcze i służył nam za łóżko. Przyniósł nam gorącej herbaty z cukrem, myśmy otworzyli puszkę konserw i ten świeży chleb. Oczywiście zaczęły się – wiadomo – żołądkowe sprawy.
W czasie Powstania jeszcze czynnością naszą było, że chodziliśmy do porucznika „Kupca” na odbieranie zrzutów. Mianowicie, jak przychodziły radiowe dyspozycje, że w tym dniu mogą nadlecieć samoloty ze zrzutami, to szło się na ulicę Marszałkowską, gdzie jest kino „Polonia”. Jeszcze ten budynek stoi. Tam był płaski dach, na tym dachu były ustawione lampy specjalne, w jednym z pokoików przeciągnięte były przewody do akumulatorów i te lampy w danym momencie, jak się usłyszało brzęczenie samolotu w górze, to się mówiło: „Włączyć!”. Ten włączał te lampy i one miały sygnał, zapalały się i gasły. Dawały znak, że w tym miejscu można tych zrzutów dokonać. Ale oprócz tych ciepłych nocy, które spędzaliśmy na tym dachu, to najprzyjemniejsze było to, że idąc na tą nocną wachtę na dach, szliśmy do porucznika „Kupca” na dobrą kolację. Mianowicie był chleb z masłem, herbata z cukrem i jeszcze nam dawała taka starsza pani na Marszałkowskiej suchary jakieś. Na tym dachu spędzaliśmy do świtu, jak już świtało, to kończyło się to wszystko i wtedy trzeba było wyłączyć akumulatory, znieść jeszcze do innego pomieszczenia, żeby to zabezpieczyć. Takie były czynności nasze.
Potem były również czynności ewakuacji Szpitala Maltańskiego, były czynności pełnienia wart różnych. To myśmy już z karabinami stali, tylko w nocy, oczywiście znając hasła, pilnowaliśmy przedpola, żeby nikt nie wszedł niepożądany na teren strzeżony.
Zrzutów nie przejęliśmy żadnych, nigdy. Pierwszy zrzut, który był, to jeszcze jak byliśmy na placu Napoleona, to wiatr część tych zrzutów przesunął na okolicę Warszawy, część padła w naszym kierunku. Trochę uzbrojenia, trochę piatów, ale większość nie trafiła, bo samoloty już nie mogły na dużą odległość się zniżyć, ponieważ była bardzo silna obrona przeciwlotnicza, strzelali mocno do tych samolotów. Bo to było w ciągu dnia, to było widać. W każdym bądź razie samoloty przeleciały, zrzuciły, kolorowe spadochrony spadały powoli, ale część zrzutów przejęli Niemcy. Tam były steny i inne uzbrojenie…
Ten sygnał dawał [rezultat] tylko w nocy, kiedy myśmy czekali w nocy na zrzuty. To nie dawało [rezultatu], bo nie dochodziło do tego, to znaczy za mojej służby nie było ani razu. Nie przejmowałem żadnych zrzutów, ale chodziłem kilka razy na taką służbę, byliśmy wyznaczeni.
Kukuruźniki zrzucały, to było oszukaństwo. Kukuruźniki zrzucały na niskich odległościach, zrzucały na gruz, to się rozbijało, bo było bez żadnych spadochronów, bez niczego. Rozsypywały się suchary czy ta broń i to się niszczyło.
Jeszcze jedną funkcję myśmy pełnili. Mianowicie gdzie jest Biblioteka Narodowa dzisiaj, na ulicy Polnej był olbrzymi gmach, nie umiem powiedzieć, który to był numer, ale on ocalał. Na tym gmachu, na strychu były pełnione przez nas służby i kablami przełączona była telefoniczna łączność do naszej kwatery. Co to była za służba? Mianowicie przychodziliśmy i tam była wspaniała widoczność z tego wysokiego gmachu na panoramę Warszawy, nawet aż w kierunku Wisły. Myśmy obserwowali loty samolotów, w ciągu dnia to było i wtedy dawaliśmy znać, czy lecą kukuruźniki, czy jakieś inne. Na przykład przyleciały sztukasy bombardować i meldujemy, że sztukasy są, bombardują. One na naszych oczach szły w górę, potem pikowały w dół i te bomby leciały. Nic, rozkaz był: „Stanąć pod komin!”. No to myśmy stanęli pod komin, strach był, bo wiadomo, może trafi jakaś bomba w nasz dom. Ale szczęśliwie nic się nie zdarzyło. Między innymi taką funkcję też pełniliśmy, oprócz funkcji, które pełniliśmy w Harcerskiej Poczcie Polowej. Przecież donosiliśmy listy do różnych schronów, meldunki, wszystko to co nam nasi dowódcy przekazywali. Przeważnie oni dbali o to, żebyśmy szczęśliwie wyszli, szczęśliwie wrócili. Samo wyjście z Warszawy po Powstaniu też było obmyślane, myśmy mieli pieniądze, mieliśmy adresy i szczęśliwie…
Wyzwolenie nas zastało… Wyskoczyliśmy z tego pociągu, wiozącego nas do Pruszkowa, we Włochach. Ten chłopiec nas przechował, ale miałem adres do ojca porucznika Fiutowskiego, który był w Batalionie „Zośka”, ich syn stracił rękę w czasie Powstania, ale dał nam adres do ojca, który mieszkał w Piastowie. On był komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej, miał swój dom i mieliśmy do niego adres. Chcieliśmy, żeby nas ten druh z Włoch przeprowadził do Piastowa. Nie była to taka prosta sprawa, bo trzeba było iść pod wiaduktem kolejowym, którego pilnowali Niemcy albo inną drogą przez pola i tam też można było się na Niemców nadziać albo na tych kozaków. Ale myśmy jeszcze nieszczęśliwie mieli te plecaki po żandarmach, więc to też się rzucało w oczy, że jesteśmy z Powstania, chociaż ubrani. Jeden z kolegów jeszcze miał płaszcz skórkowy, brązowy, do kolan, jaki nosiło gestapo, bo on był już rosły, wysoki. Ale szczęśliwie ten druh nas wyprowadził kiedyś w dzień. Szliśmy, szliśmy i stwierdziliśmy, że nie pójdziemy tym mostem, bo widzieliśmy z daleka, jak chodzą Bahnschutz, to by nas legitymowali. Poszliśmy inną drogą i szczęśliwie do pana Fiutowskiego żeśmy doszli, wszystkich nas zakwaterował.
Dostawaliśmy obiady z RGO, chodziłem po te obiady, ponieważ wyglądałem najmłodziej z tej grupy. Ubrany byłem w kurteczkę, w berecik, wiatrem podszyte spodnie. Dlaczego byliśmy w Piastowie? Żeby nas pan Fiutowski skontaktował z Kampinosem, bo myśmy chcieli iść do partyzantów. Oczywiście skontaktował nas z Kampinosem, przyszedł łącznik i powiedział, że nie może nas przyjąć, ponieważ jest demobilizacja oddziałów kampinoskich, bo Powstanie upadło i teraz oni muszą zmienić kierunek działania. Musieliśmy zacząć działać grupowo, rozdzielać się, dokądś wyjeżdżać. Ponieważ miałem adres do Kielc, do pana Dobskiego, ale ktoś musiał nas przewieźć. O dziwo znalazła się pani, pani Kurecka, matka porucznika „Kuropatwy”, która była poznanianką. Wspaniale mówiła po niemiecku, nie było żadnych obiekcji, że ona sobie z Niemcami poradzi. Ubrałem się, [wziąłem] jakąś torbę i jechaliśmy najpierw do jej rodziny, do Rawy Mazowieckiej. Poszliśmy na dworzec kolejowy, podeszła do żandarma, piękną niemczyzną przemówiła do niego: „Gdzie jest klasa dla Nur für Deutsche?”. Wskazał jej, wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy do jakiejś stacji, na której żeśmy wysiedli i trzeba było iść piechotą. Szliśmy, piękny dzień był, jak dziś pamiętam, to był 13 października, lasy, piękna pogoda. Te nasze drzewa były takie cudowne, liście w złocistych, rdzawych kolorach. Myśmy powoli z nią szli i doszliśmy do Rawy. Dlaczego do Rawy? Ponieważ jej córka wyszła z Warszawy, to była siostra tego porucznika, przez Zieleniak, a się działy cuda na tym Zieleniaku, tam młode dziewczyny gwałcono. Ją przebrano za jakąś babcię, szczęśliwa stamtąd wyszła i ona z córką chciała się spotkać. Mnie z kolei chciała w tej rodzinie zrobić kwarantannę oczyszczającą mnie z brudów, z wszy, ze wszystkiego. Poszedłem do tak zwanej bani, bieliznę mi dano świeżą, założyłem i u jej rodziny pobyłem kilka dni. Odkarmiono mnie trochę i zaprowadziła mnie na pociąg i już dojechałem sam do Kielc. Ona dojechała ze mną tylko do Skarżyska Kamiennej, a dalej dojechałem sam.
Kielce znałem, bo byłem przed Powstaniem w Kielcach, właściwie za Kielcami na obozie harcerskim. Ale to był obóz instruktorów, ja byłem na doczepkę, ale z nimi wszędzie chodziłem. Między innymi miłe wspomnienia mam, że poszliśmy do lasu, oczywiście za wiedzą partyzantów w lesie. Ponieważ ten obóz odbywał się u pana Rusieckiego (to był żołnierz Armii Krajowej u Wybranieckich, był kierownikiem tartaku), było dużo miejsca, jedzenie, wszystko było dla kursantów. Chcieliśmy zwiedzić przedwojenne więzienia jakie były w Górach Świętokrzyskich, na Świętym Krzyżu. Oczywiście w porozumieniu z partyzantami, że taka grupa będzie szła. Myśmy poszli w dzień przez te lasy, po drodze napotkaliśmy wieś gdzie był sad, kupiliśmy całe dwa drzewa czereśni, część żeśmy zjedli, część żeśmy ze sobą wzięli. Szliśmy do tego klasztoru, gdzie przy klasztorze były te więzienia. W więzieniu nie było nikogo, bo się Niemcy bali, że tam mogą być odbicia ze względu na partyzantów, ale w klasztorze było jeszcze kilku braci, jakiś ojciec oblat i ten brat nas oprowadził po klasztorze. […]
Wydawałoby się, że w tym więzieniu, w tych górach, w lesie gdzie jest świeże powietrze, to tam się wszyscy mogli czuć doskonale zdrowotnie. Natomiast nie. Przychodził okres jesienny wilgoci i w tych grubych murach niektórzy ludzie chorowali. Pytaliśmy tego przewodnika, czy tam były możliwości uwolnienia się w jakiś sposób przez zmniejszenie wyroku przez prezydenta? Mówi: „Był taki przypadek, że jakiś góral był skazany na karę dożywocia i przez pięć lat wyrzeźbił kaplicę w drzewie. Miał dobrą opinię z więzienia i zmieniono mu to dożywocie na inne przesiadywanie”.
Co mnie uderzyło jako młodego człowieka? Kiedy wychodziłem z tego dziedzińca więziennego, była jedna brama, podwórzec i nad tą pierwszą bramą, przez którą się wchodziło, był olbrzymi napis. Ten napis był jak gdyby dla rodziny, która wychodziła od tego więźnia, którego odwiedzała. Napis był następującej treści: „Idź z Bogiem i nie wracaj”. Straszna sprawa, bo tu byli więźniowie dożywotni. Ale wielu z nich tam przeżywało, mieli możliwości kształcenia się, była duża biblioteka. Oglądałem ten podwórzec, na którym co kilkanaście minut się zmieniały osoby i miały prawo chodzenia, rekreacji swojej. Potem wracaliśmy stamtąd, zastał nas silny deszcz, wszystkie ubrania żeśmy musieli sobie zwałkować z tyłu, na plecach, ale szczęśliwie żeśmy doszli z górzystej strony na część, gdzie w dole była ta wioska, Lechów się nazywała, gdzie był ten tartak.
Dostałem się do Kielc przez tą panią, że mnie zawiozła do pana Dobskiego, a on z kolei porozdzielał nas według swojego rozeznania. Trafiłem do państwa Rusieckich, u których przed Powstaniem byłem na tym zgrupowaniu, oni mnie znali. Tam był rówieśnik, młodszy ode mnie o dwa lata, syn ich. Oni z tamtej wioski zostali wysiedleni, wypędzeni, ich dom spalono i mieszkali na Dorfstrasse, czyli Wiejska ulica i u nich mieszkałem. To byli ludzie wykształceni, on był z zawodu leśnikiem, ta pani była też po wyższych studiach ogrodniczych i sam mieszkałem u nich. Inni koledzy, na przykład mój druh hufcowy, pseudonim „Victor”, Zygmunt Głuszek, był u pani Praus. Jeszcze u pani Praus była „Filipinka”, nasza łączniczka i jeszcze jeden partyzant ranny z końskich lasów. Pani Praus była harcmistrzynią, była nauczycielką, była żoną artysty malarza, którego zabrano. Niemcy w jakiejś łapance go zabrali do Niemiec i ona mieszkała tylko ze swoją matką. Duży dom w dzielnicy pożydowskiej, w jednym pokoju był „Victor” i ten partyzant, a z nią mieszkała łączniczka „Filipinka”. Pani Praus oczywiście miała łączność z podziemiem. Przychodził również na jej spotkania żandarm, a on pracował dla Armii Krajowej. Mąż pani Praus był naprawdę zdolnym malarzem, bo był uczniem Kossaka i wiele różnych obrazów niedokończonych czy dokończonych w jednym pokoju było. Była również skrytka zrobiona, na wypadek gdyby Niemcy tą dzielnicę obstawili i chcieli ludzi wyrzucać, to w chlewiku, gdzie było dużo papierów, była skrytka. Balot odsuwało się na bok, a pod spodem była dziura i piwnica, tam się chowali. Jak były jakieś momenty niebezpieczne, to ten partyzant i „Victor”, bo ta to była jej kuzynka, młoda dziewczyna… A my bronieni byliśmy tak dobrze przez nasze podziemie, że otrzymaliśmy wszyscy lewe kenkarty, że byliśmy urodzeni nie w Warszawie, tylko na przykład w Krakowie. Datę mi zmieniono, że jestem młodszy, poza tym wydano mi jeszcze od niemieckiego lekarza Bescheinigung, że jestem chory na epilepsję, że trzeba mnie udzielać pomocy. Potem dano mi jeszcze, że chodzę do jakiejś wieczorowej szkoły, legitymacja szkolna. To mi się kiedyś przydało, mianowicie szedłem z Wigilii od pana Dobskiego wieczorem, mroźno było, ale śnieg odbijał się dość jasno. Naraz na ulicy Bodzentyńskiej, minąłem kościół Świętego Wojciecha, a tu zza rogu pięciu żandarmów, jakby czekało na mnie. Halt! – od razu, no to stanąłem i trzymałem w ręku prezencik, który dostałem pod choinką. Ten Niemiec po polsku do mnie, od razu podbił mi ręce: Hände hoch To ja nic jeszcze, później powiedział: „Ręce podnieś do góry!”. No to podniosłem. Ausweis! Chciałem sięgać ręką, to mi pistoletem po ręku, otworzył mi szybko bluzę, wyjął portfel, z portfela wyjął legitymacje, spojrzał na tą niemiecką od lekarza, gapa, podpisane wszystko było formalnie, kenkarta. Powiedział: „Idź do domu!”. Szczęśliwie poszedłem do domu, czyli dbano o nas pod tym względem.
Dopiero wróciłem z Kielc, kiedy już Warszawa była uwolniona i wtedy przez Częstochowę wróciliśmy na wagonach w marcu. Z „Wiktorem” jechaliśmy do domu, dojechaliśmy tylko do Dworca Zachodniego, potem stamtąd już piechotą. Przyszedłem do domu, zastałem rodziców. Nie wiedziałem, że rodzice byli ranni, że matka straciła nogi tyle, że ojciec poważnie. Ale rodzice mnie poznali, tak przez ten czas wyrosłem, zmężniałem. Mieszkanie było trochę zniszczone…
Moja starsza siostra, która w czasie Powstania mieszkała u pana Dobskiego, bo on mieszkał w willi pięknej, od frontu mieszkał adwokat, a on mieszkał ze swoją żoną Różą, dwojgiem dzieci, od strony ogrodu. Zajmowali tylko jeden pokój. Siostra wychodząc z Powstania, była w ciąży i…
Tak, nawet w książce, którą mam, jest na zdjęciu jednym.
W „Szarych Szeregach”, w poczcie polowej jako łączniczka. Była właśnie na ulicy Świętokrzyskiej 28 w tym zgrupowaniu, była ode mnie starsza. Jak myśmy się rozstali, to siostra z inną grupą w ogóle wychodziła.
Wychodziła w ciąży, bo tam mąż też był razem z nią, to znaczy ona była z mężem.
Pseudonim miała „Gena”.
Była mężatką, tak. Nosiła nazwisko druha Jabrzemskiego, Jabrzemska.
To jest jego żona, to była moja siostra, to właśnie „Gena” Jabrzemska. Mieszkają od 1947 roku w Warszawie, ona jest biedna w tej chwili, tylko chodzi z takim trójkącikiem. A on jest dzielny człowiek, dziewięćdziesiąt lat będzie miał w listopadzie. Pisze książki, ale wzrok ma coś kiepski.
Nie, dlatego że nauczony zostałem tak, żeby pisać, że byłem w harcerstwie i każdy życiorys gdziekolwiek ode mnie żądano, to pisałem w dwóch egzemplarzach. Jeden do teczki, dla siebie, a jeden dla nich i następny, który pisałem to zawsze musiało być wszystko zgodne. Tych życiorysów mam [tyle] i wszędzie było napisane, dokąd to było dane. Tak mi powiedział mój mądry człowiek jeden i powiedział: „Tak masz robić i wyjdziesz na swoje”. Nawet pisałem o tym, bo zacząłem przecież pływać później, a nie było łatwo osobie, która ma za granicą kogoś, to w swoich danych o rodzinie napisałem wyraźnie, że mam brata za granicą tu i tu, pracuje tu i tu, wyszedł z Armią Andersa – czy nawet może nie pisałem – że na Syberii był i mieszka w Anglii, tak że wszystko było podane. Oni odczepili się ode mnie, czyli nie robili mi z tego tytułu tego żadnych [nieprzyjemności].
Brat mój był tak szlachetnym człowiekiem, taki dam przykład. Przed wojną on nie wyszedł z domu w niedzielę, żeby nie wrócić z jakimś upominkiem, to znaczy zawsze przynosił jakieś owoce. W każdym razie zawsze był pełen elegancji, pamiętał o rodzinie. Ubierał się bardzo elegancko, ubierał się u Mieszkowskiego, miał pieniądze, więc elegancko był ubrany, nie palił, nie pił. Mój brat przed wojną wiedział, że u nas w domu się kupiło ten odbiornik radiowy, a ponieważ ten odbiornik radiowy był doskonały, to wzięto go do podziemia i słuchano audycji z Londynu. Początkowo był schowany u nas w domu, w piwnicy pod węglem, ale potem, jak była możliwość dania go, to się stamtąd wyjęło, poszedł i do końca ten odbiornik radiowy służył. Brat kiedyś przysłał list… Aha, przez całą okupację nie wiedzieliśmy, że on w ogóle żyje. Ale przed Powstaniem przyszła taka mała przesyłka z Portugalii. Co to było? Pasztet z gęsi czy z czegoś, ale to nie było najważniejsze, najważniejsze było to, że było napisane imię: „Dominika Piłatowicz”. Takie niepospolite imię mojej matki. Mama moja mówi: „To Heniek! Przecież nikt nie mógł wiedzieć mojego imienia! I adres dokładny! On żyje!”. Rzeczywiście żył.
Przyszedł list w 1946 roku, rozpaczliwy list, nawet z nadrukiem szachownicy biało-czerwonej pilota polskiego. Przyszedł list i w tym liście pisze, że on już tyle listów wysłał, nie wie, czy żyjemy, czy nie żyjemy, napiszmy co, jak. Oczywiście zaraz się odpisało na ten list, on ucieszony zapytał nas w następnym liście, napisaliśmy właśnie, że nie ma radia, napisał w następnym liście tak. Żeby mu podać na jakie napięcie i jakieś bliższe dane. Potem przyszła paczka, to ją półtorej godziny rozpakowywałem. Co to była za paczka? Prostokąt, taka bryła. Najpierw, jak zdjąłem te papiery, to pod spodem odkryło mi się, że na każdym [boku] tego prostokąta był sznurek. Pod tym sznurkiem były zelówki, normalnie obłożone było tym, czyli zabezpieczenie. Rdzeń tej paczki to był drut zespawany na rogach i tam były skóry włożone, żeby nikt nic nie przebił. Następnie, jak zdjąłem to wszystko, to patrzę, że wisi coś. Ale wisi nie dotykając żadnej ścianki, tylko dyndało. Paczka wisząca obłożona była w jedną stronę dwiema dętkami rowerowymi i w drugą stronę dwiema dętkami rowerowymi, odpowiednio napompowanymi. Czyli coś musi być ważnego, mały kwadracik wisiał. Jak to wszystko zdjąłem, to pod spodem był jeszcze filc, pod filcem jedwab i dopiero obklejone było instrukcją. Instrukcja tłumaczona była z angielskiego na polski, a to był aparat radiowy Philips Liliput. Ten aparat służył mojej matce do samej śmierci. Potem już siostra jego wzięła, był jeszcze u niej, ale to był lampowy aparat… Czyli brat przysłał z miejsca jeszcze właśnie taką rzecz.
Tak, na pewno, dlatego że byliśmy dzięki tym wychowawcom, tym ludziom o szlachetnym podejściu do życia, o wielkiej moralności, przez tych ludzi byliśmy tak ukształtowani jako młodzi ludzie, że nie wyobrażam sobie żebym jako młody człowiek nie stał z orężem i nie bronił ojczyzny. To nie było w ogóle w mentalności mojej. Po prostu zawdzięczam to wszystko dobrym okolicznościom, dobrym zrządzeniom opatrzności Bożej, że tak właśnie pokierowało się moje życie, bo mogło różnie być. Mogłem inaczej ukształtować to, ale dzięki takim zbiegom okoliczności, dzięki dobrym ludziom, dobrym nauczycielom, w życiu osiągnąłem to co osiągnąłem. Uważam, że wiele rzeczy pozytywnych później mogło emanować ze mnie na innych ludzi, na młodzież, która się ze mną stykała. […]
Sopot, 23 czerwca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama