Halina Irena Sobiczewska „Halina”, „Lala”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Halina Sobiczewska. Urodziłam się na dalekich polskich Kresach Wschodnich, w Nieświeżu, 17 lutego 1926 roku, bez mała sto lat temu.

  • Proszę powiedzieć, kim byli pani rodzice, jak się nazywali i czym się zajmowali w Nieświeżu.


Moi rodzice, ojciec Stefan Motykiewicz, matka Anna, z domu Łojko, Motykiewicz. Ojciec był wojskowym, widać to na zdjęciu, był oficerem w stopniu porucznika, natomiast matka zajmowała się domem, tak jak to było w tym czasie. Zajmowała się domem i zajmowała się dwójką dzieci, ponieważ miałam starszego brata, nazywał się Zbyszek, no i byłam ja, młodsza, siostra Hala.

  • Jak pani wspomina dzieciństwo w Nieświeżu? Czy zostały pani jakieś obrazki z czasów dzieciństwa właśnie w Nieświeżu?


Wie pani, to był bardzo piękny okres w moim życiu. W domu była taka harmonia, wzajemny szacunek, rodzice okazywali nam bardzo dużo miłości. Mogliśmy się dowolnie uczyć. Ja się uczyłam, jak to wtedy było dosyć modne, i gry na pianinie, i języka francuskiego, przychodziła pani i nas uczyła. Poza tym skończyłam w Nieświeżu szkołę podstawową, sześć klas szkoły podstawowej, zdałam egzamin do gimnazjum. Było wspaniałe gimnazjum w Nieświeżu. Na czele tego gimnazjum stał ksiądz dyrektor. Zdążyłam jeszcze skończyć pierwszą klasę gimnazjalną przed wojną, miałam wtedy trzynaście lat. No i 1 września, niestety, takie naprawdę wspaniałe dzieciństwo skończyło się.

  • Jak pani zapamiętała 1 września?


[…] Wypowiedzenie wojny przez Niemców przyjęliśmy wszyscy bardzo tak smutno. No ale w tym wieku – normalnie zaczęła się szkoła, normalnie zaczęliśmy chodzić na lekcje, no i czekaliśmy, co będzie dalej.

  • W którym momencie państwo zostawili dom w Nieświeżu?


17 września do Nieświeża wkroczyli bolszewicy. Nieśwież był bardzo blisko granicy z bolszewikami, tak że właściwie w momencie kiedy bolszewicy zaatakowali Polskę, to w krótkim czasie wkroczyli do Nieświeża i to był rzeczywiście moment bardzo tragiczny – te pierwsze czołgi, które jechały na ulice małego miasta. Bo Nieśwież nie był dużym miastem. Miał dużo uroku, ale to było małe miasteczko w województwie nowogródzkim. Tak że te pierwsze czołgi, pojawienie się tych czołgów i wiadomo było, że wojna się zaczyna już wtedy i u nas na dobre, to było naprawdę wielkie przeżycie. Mimo że byłam jeszcze w tym wieku, że może nie za bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieje, ale jednak przeżyłam to bardzo mocno.

  • Podjęli państwo decyzję, że wyjeżdżają z Nieświeża?


Myśmy musieli uciekać z Nieświeża, bo wiadomo było, że zaczną się niedługo wywózki na Sybir rodzin wojskowych, rodzin policjantów. W ogóle wiadomo było, że całą inteligencję wywiozą. Tak że pierwsza rzecz, jaką żeśmy zrobili, to spakowaliśmy walizki, zamknęliśmy na klucz mieszkanie, piękne mieszkanie zresztą, wsiedliśmy do pociągu i wyjechaliśmy do Brześcia. W Brześciu na Bugiem moja matka miała kuzyna […] i u tego kuzyna żeśmy się zatrzymali. To był inżynier, który również zamierzał wyjechać. Kiedy granica się ustaliła już na Bugu, to razem z jego rodziną przeszliśmy przez tak zwaną zieloną granicę, przez Bug, jeszcze wtedy kiedy Bug był zamarznięty. No i stamtąd wyjechaliśmy pociągiem do Warszawy. W ten sposób całą okupację praktycznie prawie od początku wojny spędziliśmy w Warszawie.

  • Czy mieli państwo w Warszawie rodzinę, miejsce, gdzie mogli państwo się zatrzymać?


W zasadzie no mieliśmy znajomych. Rodziny nie mieliśmy w Warszawie, ale mieliśmy znajomych, tak że problemu w ogóle z wynajęciem mieszkania to specjalnie nie było, tym bardziej że z Warszawy dużo osób wyjechało w ogóle, wtedy kiedy się wojna zaczęła, i wiele osób już do Warszawy nie wróciło, tak że takich pustostanów w Warszawie było dużo. No i zamieszkaliśmy już w Warszawie, w takim lichym mieszkaniu, dwa pokoiczki z kuchnią. No i tam spędziłam całą okupację.

  • A ojciec?


Ojciec dołączył do nas, ojciec nie poszedł do niewoli. Miał albo przeczucie, albo szczęście, dołączył do nas, tak że spędziliśmy [okupację razem] z całą rodziną, z ojcem, z bratem i z matką. Ojciec się w ogóle nie zgłosił. Bo był taki termin w Warszawie, był taki rozkaz w Warszawie, że w określonym terminie wszyscy oficerowie musieli się zgłosić i byli wywiezieni do oflagów. Ojciec się nie zgłosił i przeżył. Oczywiście to wszystko było pod karą rozstrzelania nie tylko jego, ale i całej rodziny, jeżeli się nie zgłosi. Tak że przeżył wojnę w takim naprawdę złym stanie, bo cały czas była ta obawa, że jeżeli dojdzie do jakiejś takiej dekonspiracji, no to skończy się to dla niego i dla całej rodziny tragicznie. No ale się skończyło na tyle nietragicznie, że przeżyliśmy aż do Powstania.

  • Czy pani w Warszawie poszła do jakiejś szkoły?


Od razu kontynuowałam naukę w gimnazjum i w liceum Juliusza Słowackiego. Gimnazjum w Nieświeżu było pod wezwaniem Syrokomli, a w Warszawie to było gimnazjum Juliusza Słowackiego. Z tym że wiadomo, jak wyglądała nauka w Warszawie. Były jakieś takie oficjalne kursy handlowe, jakieś administracyjne, półroczne, roczne, które można było kończyć. Pod płaszczykiem tych kursów odbywały się takie przedmioty, które można było jakoś tam umieścić w planie, jak matematyka, fizyka czy chemia, natomiast takie przedmioty jak historia, język polski, łacina, to już wiadomo, to wszystko odbywało się na pięcio-, sześcioosobowych kompletach, w prywatnym domu, z nauczycielem, który oczywiście pracował w dalszym ciągu, tylko już w ramach tego potajemnego nauczania.

  • Czy pani brat, który był o półtora roku starszy, również chodził do Słowackiego?


Nie do Słowackiego, bo to było żeńskie gimnazjum. Nie umiem powiedzieć, jak się nazywało to gimnazjum, do którego on chodził, bo już nie pamiętam. Ale skończył to gimnazjum i ja także skończyłam to gimnazjum w maju, na przełomie maja i czerwca w 1944 roku, tak że prawie prosto z maturą wylądowałam 1 sierpnia w Powstaniu.

  • Czy zanim wybuchło Powstanie, państwo jako nastoletni ludzie zetknęli się z konspiracją?


Od początku, od początku. […] Początkowo jako trzynastolatka do AK wstąpić nie mogłam, zresztą na samym początku było ZWZ, nie było jeszcze AK. Należałam do Szarych Szeregów, do harcerstwa, bo to było bardzo powszechne i bardzo, nazwijmy to, modne. Tak że początkowo należałam właśnie do Szarych Szeregów, natomiast na początku 1943 roku zostałam przyjęta już do AK, do II Batalionu Szturmowego „Odwet”. Tam wkrótce złożyłam przysięgę i tam przeszłam przeszkolenie. Był cały pluton sanitarny w tymże batalionie, który swoją działalność rozpoczął w 1941 roku, i w 1941 roku powstała pierwsza sekcja złożona z pięciu licealistek – podkreślam – licealistek. W takim wieku były te przyszłe sanitariuszki. No ale później ta ilość sekcji się rozrastała, na końcu już były trzy duże drużyny, drużynowymi były dyplomowane pielęgniarki. Każda drużyna jeszcze składała się z trzech sekcji, tak że było dziewięć sekcji. Sekcyjnymi też były pielęgniarki. Te pielęgniarki prowadziły z nami szkolenie. Moją pielęgniarką była Halina Witkowska, dyplomowana pielęgniarka. To wszystko pielęgniarki jeszcze z okresu tuż przedwojennego – młode dziewczyny, ale z okresu tuż przedwojennego. No i wyglądało to w ten sposób, że najpierw trzeba było przejść taki kurs pierwszej pomocy, to się potocznie nazywało kurs sanitarny, a następnie trzeba było już wobec jakiejś komisji (na czele był nawet nasz dowódca batalionu, „Roman”) zdać egzamin z tych umiejętności. No a następnie odbyłyśmy też praktyki w szpitalu. Te praktyki w szpitalu umożliwiały nam te pielęgniarki, z których każda pracowała w jakimś szpitalu. No i w ten sposób znalazłam się w jednej z tych sekcji jako wciąż jeszcze nastolatka i dotrwałam do Powstania Warszawskiego. W zasadzie miałyśmy obowiązek przede wszystkim skompletowania sobie własnych apteczek. To była ważna sprawa. Musiałyśmy same sobie uszyć, własnoręcznie uszyć, torby i [kupować] w aptekach, gdzie tylko można było cokolwiek kupić z tych rzeczy, które byłyby przydatne oczywiście w czasie jakichś działań wojennych, i te rzeczy kompletować w tych torbach. Poza tym następna jeszcze rzecz, zajmowałyśmy się kolportażem prasy podziemnej. Ja żadnych innych zajęć nie miałam, bo ja należałam do tych w zasadzie najmłodszych, ale w ogóle średnio wiek tych wszystkich sanitariuszek, które były w tych trzech drużynach, czyli dziewięciu sekcjach, to był siedemnaście, dwadzieścia lat. Takie dziewczyny poszły, a było tych dziewczyn w naszym batalionie prawie setka. Był potem batalion, bo kompania rozrosła się potem do dosyć dużego batalionu, tam jeszcze dołączyły inne organizacje, tak że w rezultacie tuż przed Powstaniem Warszawskim nasz batalion już prezentował poważną siłę, bo miał około 800 żołnierzy i sanitariuszek. To już była dosyć znacząca siła wojskowa w momencie wybuchu Powstania.

  • Mieliście świadomość, że Powstanie wybuchnie? Szykowaliście się do Powstania? Czy znała pani miejsce koncentracji w godzinie „W”?


Nie, o miejscu koncentracji nie miałam w ogóle pojęcia, gdzie ewentualnie będę przydzielona. Z tym że ten batalion, do którego należałam, to był przydzielony do 4 Rejonu V [Obwodu] Mokotów, tak że mogłam się tylko spodziewać, że ewentualnie w razie jakichś zamieszek to ewentualnie wyląduję gdzieś w okolicy Mokotowa. A gdzie wylądowałam? Na dzień przed Powstaniem dostałam rozkaz stawić się w określonym miejscu i to natychmiast, bez zwłoki, z tą torbą sanitarną. Jak się niosło, to była spora ta torba sanitarna, więc nie można było tak [zwyczajnie] nieść, tylko się zawinęło w jakąś gazetę, sznurkami się zawiązało. Z tą torbą zgłosiliśmy się na to miejsce, które zostało nam przydzielone. To była ulica Sędziowska, Kolonia Staszica, Sędziowska 13.

  • Jak wyglądały pierwsze godziny i pierwsze dni Powstania?


Smutne, smutne, niestety, ale nasz batalion w dniu wybuchu Powstania nie otrzymał w ogóle broni, tak że do Powstania był w ogóle nienadający się do walki. Miał w ogóle do spółki z Batalionem „Golskiego” zaatakować koszary, jak one się nazywały, teraz sobie chyba nie przypominam, koszary niemieckie. No ale zaatakowanie koszar niemieckich żołnierzami bez broni… A koszary to jednak skupisko dużej ilości Niemców, świetnie uzbrojonych, świetnie wyszkolonych, świetnie przygotowanych do wojny i nastawionych na to, że będą atakowani. Tak że w zasadzie to nastąpiła taka dezorganizacja w dużym stopniu i trzeba było z tego zrezygnować, bo w ogóle nie było o tym mowy, żeby takie koszary bez broni można było odbić. Jednocześnie pierwszego dnia nasz dowódca „Roman” i jego zastępca, „Żegota”… A Romuald Jakubowski „Żegota” włączył się do naszego batalionu już w 1943 roku i od razu został zastępcą „Romana”, czyli zastępcą dowódcy naszego batalionu. Tak że tego samego pierwszego dnia „Roman” zaatakował dwie takie wille, obie na Sędziowskiej 3 i 5. W tych willach stacjonowali piloci niemieccy, oficerowie Luftwaffe. [Powstańcy] mieli zdobyć te wille, zabić tych Niemców, zdobyć trochę broni. No ale oczywiście to również skończyło się wielką klęską. Wtedy rzeczywiście ponieśliśmy straszne straty, dużo było rannych, dużo było zabitych. Między innymi „Żegota” był ciężko ranny właśnie w tej bitwie. „Żegota” miał atakować z jednej strony, a nasz „Roman” z przeciwnej strony. No ale atakować, żeby najpierw zdobyć broń, a potem dopiero tą bronią walczyć, to była troszkę też taka utopijna sprawa. Tak że „Żegota” był ranny. Myśmy wtedy zebrali tych rannych. Wieczorem nasz dowódca „Roman” wycofał się, wrócił na Belwederską 10, bo tam stacjonował razem z częścią naszego batalionu, i wydał rozkaz, żeby wszyscy na własną rękę starali się przedostać albo na Mokotów, albo na Śródmieście, albo na Ochotę, albo na Wawelską i przez te Pole Mokotowskie na południe.

  • No a co z tymi rannymi? Czy panie zorganizowały jakiś taki miniszpital?


Wtedy się bardzo rozproszył nasz batalion. Rozproszył się tak, że pluton kobiet, zostałam tylko ja ze swoją przyjaciółką Danusią Jeżewską, z domu Hryckiewicz, i my we dwie dostałyśmy polecenie zorganizowania – ja miałam dziewiętnaście lat, a ona była rok czy nawet dwa lata starsza, po pierwszym roku medycyny – dostałyśmy rozkaz zorganizowania właśnie na Sędziowskiej 13 takiego punktu sanitarnego, takiego wojennego szpitaliku i tam zanieśliśmy tych naszych rannych. […] W międzyczasie nasz dowódca nawiązał kontakt z batalionem, ze zgrupowaniem „Golski”. Przyszedł patrol z Politechniki, bo Politechnika, ulica Polna, Śniadeckich to już był kawałek wolnej Polski. Przyszedł patrol i uzgodnili, że wszystkich przetransportują do Śródmieścia. No i zaczęły się te transporty, oczywiście nie od razu całego batalionu, ale codziennie sukcesywnie kolejne grupy wyjeżdżały. Ustalili już taką trasę, przez Pole Mokotowskie kawałek, gdzieś tam Polna, Śniadeckich, i w ten sposób dostawali się do Śródmieścia. Ostatnia grupa, która stamtąd wychodziła, to był nasz dowódca „Roman”. „Roman” wychodził z resztą żołnierzy, z większością sanitariuszek. Mówię „większością”, bo część musiała zostać z rannymi, których nie mógł zabrać, takimi [leżącymi]. Ci musieli niestety w tych szpitalikach zostać, a te sanitariuszki też musiały tam zostać. W związku z tym z 9 na 10 sierpnia skończyła się nasza działalność na Kolonii Staszica, bo dowódca to był już ostatni, który stamtąd – możliwie ze wszystkimi – wyewakuował.
Tutaj może tylko wspomnę o takiej rzeczy. Myśmy się zajmowali tymi naszymi chorymi chłopakami. Po sąsiedzku mieszkał lekarz, który nie brał udziału w Powstaniu, ale ile razy go zaprosiliśmy, tyle razy przychodził, trochę nam pomagał przy tych chorych i większość tych chorych rzeczywiście szybko powracała do zdrowia. Był jeden taki chory, miał pseudonim „Gryf”, to był Władysław chyba Maciejewski, którego stan zdrowia zaczął się bardzo pogarszać i zaczął gorączkować. Wezwaliśmy tego lekarza. Okazało się, że konieczna jest operacja i że może być przeprowadzona tylko w szpitalu. Najbliższy szpital to był Szpital Dzieciątka Jezus zaraz za Filtrami, a dojście do Dzieciątka Jezus to było aleją Niepodległości, która była cały czas pod obstrzałem, a prawa strona tej alei była zajęta przez Niemców, więc trzeba by było tą trasą nieść [rannego]. No i wtedy rzeczywiście ja i ta moja przyjaciółka i jeszcze trzy dziewczyny zdecydowałyśmy się zanieść tego rannego chłopaka do tego szpitala. Zaopatrzyłyśmy się w takie białe szmaty czy płachty do powiewania, że jesteśmy pokojowo nastawieni, i z tymi powiewającymi chorągwiami czy szmatami nieśliśmy tego rannego wzdłuż alei Niepodległości, w kierunku szpitala Dzieciątka Jezus. To nie była daleka droga, ale to niestety była niebezpieczna droga. Nie wspomniałam o tym, ale już drugiego dnia zaczęła się pacyfikacja i tam ruszyli „własowcy”, „ukraińcy”, „ronowcy” i kolejną willę po willi, dom po domu penetrowali, mordowali, palili, okradali, gwałcili. Tak że ta pacyfikacja była tragiczna na Kolonii Staszica, ale to już w większości [pacyfikacja] ludności cywilnej, no bo jednak ten cały batalion nasz i jeszcze dwie kompanie „Golskiego” też w taki sam sposób skończyły jak my.

  • Docierały do państwa informacje też o tym, co się działo w innych dzielnicach, na przykład na Woli?


Nie, jeszcze wtedy nie.

  • Wtedy jeszcze nie.


Ale wzięliśmy tego rannego, zanieśliśmy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Po drodze spotkał nas patrol niemiecki, mogliśmy się wszystkiego spodziewać, no bo się niosło rannego powstańca, który, powiedzmy, parę godzin wcześniej walczył z Niemcami. No ale jakoś mieliśmy wyjątkowe szczęście, trafiliśmy po prostu na ludzi. Przyjrzeli się, popatrzyli, porozmawiali i pozwolili nam zanieść do szpitala. I jak zanieśliśmy, to już myśmy oddali, no bo Szpital Dzieciątka Jezus to lekarze Polacy, oddaliśmy pod opiekę tych lekarzy i mieliśmy rozkaz powrotu i zameldowania, jak się ta cała impreza udała. No i wróciliśmy z powrotem na Sędziowską 13. Dowiedzieliśmy się, że w nocy z 9 właśnie na 10, dowódca z resztką batalionu, resztką sanitariuszy i naszymi z rannymi też, bo ci, którzy już dochodzili do zdrowia, to już byli chodzący, wyruszył już, ewakuował się do Śródmieścia, a myśmy we dwie zostały tam. No, nie było nam wesoło, bo wiedzieliśmy, co się dzieje na Kolonii Staszica. Ale w nocy ktoś zastukał do okna. Wiedziałyśmy, że to na pewno nie jest ani Niemiec, ani „ukrainiec”, bo oni nie musieli w nocy stukać do okna, oni normalnie wchodzili przez drzwi, przecież nikt im tego nie wzbraniał. Więc otworzyliśmy drzwi i okazało się, że przyszedł patrol ze Śródmieścia, a w skład tego patrolu wchodził bliźniak tego „Gryfa” Maciejewskiego, którego myśmy poprzedniego dnia wynieśli do szpitala. Przyszedł po niego, a ponieważ wiedział, że on był ciężko ranny i trzeba było go nieść na noszach, więc jakoś tak zorganizowali ten patrol, że mieli go wynieść na noszach. No ale dowiedział się, że „Gryf” już jest w szpitalu pod opieką lekarzy Polaków. Był bardzo szczęśliwy, zabrał nas i razem z nimi w ten sposób, przypadkiem zupełnie, we dwie, bo z naszego […] Batalionu „Odwet” to tylko myśmy dwie zostały, […] wylądowałyśmy w Śródmieściu. Batalion nasz zdziesiątkowany – z tej ilości 800 pozostało około zaledwie 230 żołnierzy i sanitariuszek – został włączony do zgrupowania „Golskiego” jako chyba druga i trzecia kompania, ale pod nazwą „Odwet”, pod dowództwem naszego „Romana”.

  • Gdzie państwo kwaterowali?


Kwaterowaliśmy w skrzydle Architektury i to skrzydło Architektury miało wyjście na ulicę Lwowską 12. Wszystkie sanitariuszki, które tam się znalazły, dostałyśmy salę na pierwszym piętrze, ale z siennikami, z tym że było ciasno, no i oczywiście głodno. W Powstaniu to wszyscyśmy miały jakieś tam zupki, tak zwane pluj, tak się nazywały te zupki, więc byłyśmy… […] Natomiast jeśli chodzi o samo Powstanie, no my byłyśmy już w końcu w Śródmieściu cały czas. W ogóle podlegaliśmy normalnym rygorom wojskowym, były apele, były musztry normalnie. Jak już tam żeśmy się dostali, dostaliśmy legitymacje akowskie normalne, dostaliśmy biało-czerwone opaski z orłem i z napisem „WP”, które zobowiązano nas do noszenia na prawej ręce dla odróżnienia, że to powstańcy warszawscy. I do dzisiaj, jeżeli występujemy z tymi opaskami, to my zawsze mamy na prawej ręce. Tak że uważaliśmy, że opaski to jest takie nominowanie nas na rycerza.

  • Czy w Śródmieściu było już lepiej z bronią?


Tak, tak, już wtedy było lepiej. Natomiast jeśli chodzi o nas, no to zorganizowałyśmy izbę chorych, chodziłyśmy też na dyżury do innych szpitalików polowych, bo tych szpitalików polowych było dużo. Służbę wartowniczą musiałyśmy pełnić, w kuchni musiałyśmy pomagać – no wszystko, co było do zrobienia.
Była taka akcja odbierania rannych po kapitulacji Starówki. To była dosyć duża akcja. [Ranni] byli przenoszeni kanałami i przy Alejach Jerozolimskich ich trzeba było odbierać i roznosić. To była duża akcja, musiałyśmy tam chodzić i na noszach roznosić do tych wszystkich szpitalików. A te szpitaliki to były, wiadomo, gdzieś tam w piwnicach, ad hoc wszystko organizowane. Nie było to wesołe, no ale taka to była rzeczywistość.

  • Czy pani pokonywała przekop w Alejach Jerozolimskich? Czy w ogóle przechodziła pani do Śródmieścia Północnego, czy cały czas była pani w Śródmieściu Południowym, przy Politechnice?


Byłam cały czas w Śródmieściu po tej stronie, gdzie była Politechnika.

  • Nie przechodziła pani nigdy przez Aleje Jerozolimskie?


Nie, nie. Ale jak trzeba było, powiedzmy, w ramach tego gdzieś tam się dostać… W ogóle takie spacery nawet na tym obszarze polskim to też były niebezpieczne. Byli ci „gołębiarze”, którzy przecież strzelali. Potem zaczęły się naloty, zaczęły się bombardowania. Te bombardowania były przeważnie w nocy. I tak się zdarzyło – 15 września to już było – w nocy był alarm, że mamy wszyscy zejść do piwnic, bo gdzieś nadlatuje jakiś samolot. No i rzeczywiście samolot przyleciał, zrzucił bombę i zbombardował Architekturę. Ci, którzy nie zdążyli do tych piwnic (były to dwie nasze koleżanki, Ewa, a druga już zapomniałam, jak się nazywała, była to telefonistka), było to kilku powstańców, niestety zostali zasypani i w tych gruzach zginęli. No a następnego dnia uroczysty apel i dziedziniec Architektury powiększył się niestety o kolejne groby. Nas wtedy z tej sali na pierwszym piętrze, gdzie myśmy byli, przenieśli na ulicę Noakowskiego, bo wcześniej już padła Architektura i front od tej strony to był na ulicy Noakowskiego. Tam dyżury w poszczególnych mieszkaniach, w domach pełnili nasi chłopcy, a myśmy tam na Noakowskiego zamieszkali. No i tam, właśnie na ulicy Noakowskiego, zastała nas kapitulacja.

  • Jak pani zapamiętała moment kapitulacji?


To było wielkie przeżycie, bo to jednak była, co tu dużo mówić, wielka porażka. Nasz dowódca Powstania Antoni Chruściel „Monter”, mówił, że Powstanie będzie trwało kilka dni, że to my zdobędziemy Warszawę i że my zaprosimy Rosjan do nas, a Rosjanie przecież stali po drugiej stronie Wisły. Tyle że się niestety pomylił. Rosjanie w dalszym ciągu spokojnie sobie stali po drugiej stronie Wisły, czekali, aż Niemcy zrównają z ziemią całą Warszawę. Wiadomo było, że Powstanie nie może się udać. Widać teraz, co się dzieje z Ukraińcami. Gdyby Ukraińcy nie mieli tak wspaniałej pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych, ze strony Anglii, Polski też i innych krajów, to by już dawno przecież przegrali tę wojnę. A myśmy niestety na żadną pomoc wtedy nie mogli liczyć. Nawet jak były zrzuty desantów, to większość zrzutów spadała na stronę niemiecką i to Niemcy byli zaopatrzeni w steny ze zrzutów, a nie nasi chłopcy. Tak że Powstanie było do przegrania, ale czuliśmy to jako wielką porażkę i była to wielka tragedia.

  • Pamięta pani moment złożenia broni, kiedy koledzy z oddziału składali broń?


Pamiętam. Wtedy trzeba było się zdeklarować: albo się idzie w takiej sformowanej grupie do niewoli razem z batalionem, albo się idzie z cywilami, z mieszkańcami Warszawy, znaczy z nimi łączy się i z nimi się wychodzi z Warszawy. Mieszkańcy Warszawy przechodzili przez obóz w Pruszkowie, natomiast żołnierze przechodzili przez obóz w Ożarowie. No więc myśmy z tą moją przyjaciółką zdecydowały się razem z batalionem pójść do niewoli. Zgromadzono nas na ulicy Śniadeckich i 5 [października], uformowani w czwórki, ruszyliśmy do niewoli. Szliśmy przez 6 Sierpnia, szliśmy przez ulicę Filtrową, oglądaliśmy te wszystkie bloki wypalone doszczętnie, przepiękne bloki, takie jeszcze tuż przed wojną wybudowane – cała ulica spalona. Szliśmy, konwojowani oczywiście, przez [żołnierzy] Abwehry i szliśmy do placu Narutowicza, a z placu Narutowicza Grójecką. Doszliśmy późnym wieczorem, bo to się piechotą szło, a to był kawał drogi. Doszliśmy wieczorem do Ożarowa. W Ożarowie byliśmy do następnego dnia i następnego dnia załadowali nas do pociągów towarowych, po pięćdziesiąt osób w wagonie, więc było ciasno, głodno, chłodno i bardzo smutno. Pojechaliśmy przez Kutno. Jechaliśmy wolno przez Kutno, przez już mocno zniszczony Berlin, do takiej małej miejscowości, Bremervörde ona nazywała się ta miejscowość, tuż niedaleko Hamburga. W tej miejscowości wyładowali nas z pociągu i znów piechotą musieliśmy iść z tej miejscowości Bremervörde do obozu Sandbostel X B. To był stalag i to był jeden z większych stalagów w czasie II wojny światowej w Niemczech. Tam byli Anglicy, tam byli Francuzi, tam byli nawet Włosi internowani, którzy nie chcieli walczyć, tam było dużo Rosjan wziętych do niewoli. No i my dostałyśmy taki… Z Batalionu „Odwet” to nas było dwanaście osób. Na [moich] zdjęciach wszystkich to przeważnie to był Batalion „Odwet”, no bo te zdjęcia to przechowałam ja. Myślę, że może z innych batalionów dziewczyny też miały jakieś zdjęcia. I nas była dwunastka i…

  • Czy pamięta pani, kto robił te zdjęcia?


Nie, nie wiem, jak [zdobyłam] te zdjęcia… A nie, mniej więcej pamiętam. Te zdjęcia były robione już po wyzwoleniu obozu Oberlangen, ale wcześniej byliśmy w Sandbostel, dostaliśmy ten barak Aufnahme i w tym baraku siedzieliśmy mniej więcej od 6, 7 października do początku grudnia. Na początku grudnia w międzyczasie grupa naszych Polek oficerów została wywieziona do oflagu, to była nieduża grupa oficerów, a reszta dziewczyn były zakwalifikowane jako podoficerowie. […] Bo ja na przykład wyszłam [z Warszawy] jako plutonowa z cenzusem, a wykwalifikowane pielęgniarki jako sierżanty z cenzusem czy coś takiego. Myśmy właśnie pozostały w [stalagu], a te panie, które były oficerami, były wywiezione do oflagu. Trzeba przyznać, że myśmy dobrze na tym wyszli, bo okazało się, że w oflagu były dużo gorsze warunki i tam niektóre w ogóle zginęły, bo tam były jakieś zamieszki, bombardowania. No i wtedy wywieźli nas z tego obozu Sandbostel do obozu Oberlangen, nad granicę holenderską. Zaraz, czy coś w międzyczasie było? No, w międzyczasie nic nie było. Jak byłyśmy w tym obozie Aufnahme przez blisko miesiąc, to nas odwiedzali. Porucznik „Roman” nas [odwiedzał] z chłopakami, bo dostawali przepustki na przemian, raz ci, raz ci, raz, dwa razy w tygodniu. Tak że nas odwiedzali, troszkę wspierali na duchu. Mało tego, odwiedzali nas nawet Polacy, którzy od początku wojny, od 1939 roku, byli tam jako jeńcy wojenni cały czas. Tak że nawet tacy Polacy tam byli i też trudno, żeby nie interesowali się obozem Aufnahme, gdzie są same Polki i to w dodatku z Powstania Warszawskiego.

  • Jakie były tam warunki?


Bardzo, bardzo złe. Tam się spało na podłodze, bez sienników nawet. Było bardzo ciasno, było bardzo głodno, było źle, było bardzo źle. W końcu nas wywieźli do tego Oberlangen. Oberlangen jak każdy obóz, jak każdy stalag, otoczony był drutami, z wieżyczkami, ze strażnikami w tych wieżyczkach obserwującymi cały ten obóz, oczywiście z komendantem, który zarządzał tym obozem. W środku baraki (są na zdjęciach), no a w barakach prycze. Już się nie spało na podłodze, tylko to były prycze, trzypiętrowe prycze. Po cztery legowiska każda prycza miała, tak że ja z tą swoją przyjaciółką zajęłam najwyższy poziom, nazwałyśmy to bocianim gniazdem. W tym bocianim gnieździe, w tymże obozie Oberlangen przetrwałyśmy do samego końca. W samym obozie, ponieważ to był stalag, to jeńcy byli obowiązani do wykonywania różnych prac w ramach tego obozu, ale nie mogli być wywożeni do prac gdziekolwiek na terenie Niemiec. Szeregowi tak, ale podoficerowie właśnie w tych obozach jenieckich nie musieli. Ale w ramach danego obozu to musieli oczywiście wykonywać wszystkie prace. Prace były różne. Były na przykład takie komenderówki. Była taka komenderówka, która się nazywała – brzydko się nazywała – Scheisskommando. Wiadomo, jaka to komenderówka. Ale była dosyć opłacalna, bo z tą komenderówką się wyjeżdżało poza teren obozu, gdzieś tam kawałek się jechało z tą komenderówką, a tam byli Niemcy, ale tacy Niemcy bauerzy, tacy, którzy tam na stałe mieszkali. Jeszcze nie powiedziałam, że wcześniej do nas, do tego obozu w Oberlangen przyjechał Czerwony Krzyż, przedstawicielstwo Czerwonego Krzyża i zaraz po tym zaczęły przychodzić paczki czerwonokrzyskie. W tych paczkach to były i papierosy, jakieś tam chesterfieldy, old goldy i tym podobne. Papierosów było dużo, bo to były paczki w zasadzie przeznaczone dla mężczyzn, nie dla kobiet, no ale przychodziły do nas. Ale [poza tym] była kawa, była herbata, były jakieś tam puszki pork (wieprzowiny), beef (wołowiny), jakieś tam puszki fasoli. Tak że dostawałyśmy te puszki i miałyśmy herbatę, kawę, których Niemcy już niestety nie mieli. Więc jak myśmy przyjeżdżali z tą komenderówką, to tam już zawsze jakiś jeden, dwóch Niemców czekało, myśmy im dawali […] kawę, herbatę czy te dobre papierosy, a oni nam dawali bochenki chleba za to. I jak się wracało do obozu z bochenkiem chleba, to była zdobycz niesamowita, bo przecież w obozie było bardzo głodno. No, była jakaś tam zupa raz w ciągu dnia, na którą się z utęsknieniem czekało, bo było się głodnym, był jakiś przydział spleśniałego chleba i po łyżeczce cukru czy czegoś tam jeszcze, no ale było głodno, co tu dużo mówić, więc taki chleb to była zdobycz ogromna. A ta moja przyjaciółka to była taka mniej obrotna, bo trzeba było wracając, ten bochenek chleba jeszcze przenieść przez bramę, a przy bramie stali Niemcy, więc jakby zauważyli, że się wraca z tym chlebem, no to można było mieć dużą nieprzyjemność. No i w ten sposób trwałyśmy tam. Aha, co nas męczyło, komenderówki [niezrozumiałe] i pracowało się, trzeba było pracować w ramach obozu w ramach kuchni obozowej, w ramach jakiejś pralni obozowej, to było jakieś zajęcie. Ale apele były strasznie męczące. Trzeba było się zrywać wcześnie, wstawać do tego apelu bardzo wcześnie. Apele trwały długo. Liczyły nas Niemki, bo Niemki pomagały tam temu komendantowi i tym innym Niemcom. Liczyły nas Niemki, ake nie zawsze były w stanie szybko się doliczyć, więc się stało. A myśmy wyszły do Powstania tak, jak stałyśmy, i tak ubrane byłyśmy w tym obozie, tak że strasznie było, to była już zima przecież, więc było mroźno i zimno.

  • Czy miałyście panie jakieś koce na pryczach?


Były koce. Były koce, ale było w ogóle zimno. Ponieważ nasz obóz Sandbostel przyjechał tam jako pierwszy, to myśmy zajęły pierwszy barak po lewej stronie, to był barak numer dwa, i zajęłyśmy pierwszą salę, gdzie było mniej tych pryczy. Druga sala była ogromnie długa, tych pryczy było całe mnóstwo i było bardzo ciasno. Przy naszej pryczy była jakaś taka rura, która trochę ogrzewała [barak], to raz, że było trochę cieplej, a dwa, że myśmy na tej rurze ten spleśniały chleb sobie przypiekały, tak że miałyśmy wspaniałą ucztę.

  • Jaki był stosunek Niemców do jeńców?


Był poprawny, bo to był jednak stalag i to byli jeńcy wojenni. Myśmy przy kapitulacji uzyskali status jeńca wojennego, kobiety uzyskały status jeńca wojennego, i myśmy były i w oflagach, i w stalagach. Szeregowi niestety byli wywożeni na roboty wszędzie do Niemiec. Poza tym wojna już się miała ku końcowi, już Niemcy wiedzieli, że wojnę przegrają. Chronił nas w ogóle status jeńca wojennego, chroniła nas Genewa, chronił nas Czerwony Krzyż, tak że nie było jakiegoś tam znęcania się czy ubliżania, czy bicia. Nie, te rzeczy nie miały miejsca.

  • Jaki mieli stosunek do państwa gospodarze niemieccy, do których panie trafiały podczas tych codziennych wyjazdów?


W zasadzie wielkiego kontaktu to myśmy z nimi nie mieli. [Ich stosunek do nas był] raczej ugodowy. To nie byli jacyś tam Niemcy – to byli tacy zwyczajni, prości ludzie, bauerzy, którzy mieli w pobliżu jakieś gospodarstwa i korzystali z tego, że mogą sobie zdobyć trochę kawy, trochę herbaty, trochę dobrych papierosów, tak że raczej sympatyczni. To znaczy nie [odnosili się] po przyjacielsku, oczywiście nie, ale sympatyczni. No i tak żeśmy tam dotrwały do pamiętnej daty 12 kwietnia. Już wcześniej krążyły takie wieści, że zbliża się front, że jest już bardzo blisko. Nawet krążyły wieści, że jakaś czarna dywizja idzie na tym odcinku w kierunku naszego obozu. Zastanawiałyśmy się, co to może być za czarna dywizja. No chyba nie Murzyni, najemnicy jacyś wojskowi. No a 12 kwietnia to już Niemki wszystkie zostały wywiezione z tego obozu, wyjechały, nie było już apelu i był rozkaz, że baraków nie wolno opuszczać, że wszyscy cały czas pozostaną w barakach, opuszczać baraków nie można. Wiedziałyśmy, że coś się chyba szykuje, no i faktycznie pod wieczór najpierw zaczęła się strzelanina, króciusieńko trwała, a potem strzelanina ustała, brama się otworzyła, w bramę wjechał jeden czołg, wjechał drugi czołg. Myśmy wszystkie – nas tam było dużo, w sumie 1700 kilkadziesiąt sanitariuszek z Powstania Warszawskiego, tak że to była duża grupa – wszystkie wyległyśmy na zewnątrz i czekałyśmy, co będzie dalej. Klapy się podniosły, a w klapach po polsku: „Witajcie, dziewczyny!”.

  • Bardzo wzruszający moment.


Bardzo, bardzo. No i tak to było. Jak wkroczyła ta [dywizja], okazało się, że to jest 1 Dywizja Pancerna Maczka. Zaopiekowali się nami nadzwyczajnie. Przede wszystkim nas ubrali, bo przecież byłyśmy jak taka banda przebierańców, każda w innej sukieneczce czy jakimś tam żakieciku, bo nic więcej nie miałyśmy, więc nas od razu poprzebierały w te battledressy. Oczywiście o jedzeniu to już w ogóle nie ma mowy, już całe samochody pędziły do tego [obozu]. Zwozili nam mnóstwo najwspanialszych rzeczy, takich rzeczy, których się w czasie okupacji w ogóle nie jadło, nie miało. Przecież w czasie okupacji życie było bardzo ciężkie, też się nie oglądało herbaty, też się nie oglądało kawy. Też się nie oglądało czekolady, kawy i jak się dostało jedno jajko na tydzień, to był wielki rarytas i wielkie święto – to była ta okupacja przecież. Zresztą kartki były, poza kartkami wszystko było bardzo drogie, tak że… A tam nas zarzucili wszystkim, co tylko możliwe, zorganizowali nam to życie. Następnego dnia po tym wjeździe znów organizowali rano apel, wszystkie stanęłyśmy w taką podkowę, zaraz flaga polska poszła do góry, odśpiewaliśmy hymn naturalnie, no i następnie ten komendant nasz już bez broni, chyba bez dystynkcji, z tymi swoimi pomocnikami przemaszerował wzdłuż szpaleru utworzonego przez nas. Była to wielka satysfakcja, bo rzeczywiście wszyscy już byliśmy potwornie zmęczeni tą wojną, okupacją i potem wszystkim, co się działo po okresie okupacji, a to była naprawdę wielka satysfakcja. […]

  • Czy w czasie pobytu w obozie pani miała kontakt z rodziną? Czy wiedziała pani, co się dzieje z rodziną?


Nic nie wiedziałam. Dopiero po wyzwoleniu rodzice przez Czerwony Krzyż nawiązali kontakt ze mną. Po wyzwoleniu dowiedziałam się, że brat był w Lamsdorfie i że wrócił do Polski. Natomiast ja zostałam na Zachodzie, bo miałam to szczęście, że zostałam zwerbowana przez dywizję Maczka jako telefonistka do pracy jako „ejtieska”, ta służba, kobieca służba wojskowa w wojsku angielskim. Mam tutaj takie potwierdzenie, że rzeczywiście byłam w tym wojsku angielskim jako telefonistka w Dywizji generała Maczka. No i tam byłam w tej dywizji do października, a w październiku, [jako że] wojna się już skończyła, wojny już nie było, dywizja… Była wojna jeszcze? Nie, nie było.

  • Już się skończyła. W którym momencie wyjechała pani z obozu i gdzie się pani znalazła?


Jeszcze zapomniałam powiedzieć, że nas przenieśli z obozu Oberlangen do drugiego obozu Niederlangen, który był w pobliżu tego obozu Oberlangen, a w tym w obozie Niederlangen… To, co ja teraz mówię, to może jest jakieś przekłamanie, bo jednak to było 78 lat temu, ale w zasadzie to jestem bardzo taka prawdomówna, tak że robię wszystko, żeby to było prawdziwe. W tym obozie sąsiednim byli nie jeńcy, tylko więźniowie niemieccy. Podejrzewam, że tam było dużo komunistów Niemców, którzy byli aresztowani. Jak myśmy wyjeżdżali na komenderówki, to oni też jeździli na komenderówki, nieraz prawie w odległości kilkunastu czy kilkudziesięciu metrów widzieliśmy się. Co z nimi potem się stało, to nie wiem, ale też zostali przecież oswobodzeni czy uwolnieni z tego obozu. Ale Niederlangen to był obóz o lepszym standardzie, tak że nas przenieśli do tego obozu i tam w tym obozie pięknie zorganizowali wszystko i tak dalej, ale na zasadzie obóz, wojsko, dyscyplina i tak dalej. No i jak już wspomniałam, w tym obozie byłam krótko, przeniosłam się do pracy w dywizji, a po tej pracy 1 października jako stypendystka dywizji Maczka wylądowałam w Belgii. Tam zaczęłam studia politechniczne, tak zwane École spéciale d'ingénieur civil […]. Wylądowałam właśnie jako stypendystka w tej szkole w Leuven na politechnice. Po roku zdałam egzaminy na politechnice, mam też potwierdzenie tych zdanych egzaminów, no ale już po nawiązaniu kontaktu z rodzicami, z bratem kończyły się już przyjacielskie stosunki Wschód-Zachód, zaczynała się zimna wojna, wiadomo było, że później powrót do Polski to będzie prawie nierealny. Jednym z ostatnich transportów zdecydowałam się jednak wrócić do Polski, do rodziny. Pojechałam do Lubeki, w Lubece wsiadłam na okręt. Nie przyznałam się do tego, że byłam w ogóle w Powstaniu Warszawskim. Moja przyjaciółka, która też zdecydowała się na powrót (ona kontynuowała medycynę, ale też po roku się zdecydowała na powrót), to przyznała się i wiedziałam, co robi z Powstańcami nasze PKWN, […] więc wolałam się nie przyznawać. Nie przyznałam się, przyjechałam do Polski, odnalazłam rodziców już w Łodzi. Rodzice nie wrócili do Warszawy.

  • Kiedy dokładnie pani wróciła?


Wojna się skończyła w 1945, a w grudniu 1946 roku po roku studiów przyjechałam do Polski. Zgłosiłam się na politechnikę w Polsce, zostałam przyjęta, kontynuowałam bez poślizgów, zrobiłam dyplom, no i tak się skończyła moja kariera.

  • I została pani już w Łodzi?


Zostałam już na stałe w Łodzi, tak. Potem to już pracowałam, a potem przeszłam na emeryturę i jeszcze pracowałam dość długo w… Ponieważ powstał Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, miał swój oddział w Łodzi i w tym oddziale był taki pododdział warszawski, bo to było podzielone, byłam prezesem tego pododdziału i przez dziesięć lat jeszcze starałam się coś tam jeszcze dla tej naszej ojczyzny zrobić, przez dziesięć lat jeszcze pracowałam w tym. No a później to już i lata, i rodzina, i wszystko razem wziąwszy, to już później przerwałam. [Pracowałam] do czasu, aż upadłam tutaj dwa razy.

  • Czy spotykała się pani z koleżankami z Oberlangen?


Tak, tak. Z Oberlangen się spotykałam z koleżankami. […] Byłyśmy na tych wszystkich rocznicach. Ponieważ ja dostawałam zawsze zaproszenie z muzeum i takie pojedyncze zaproszenia na wszystkie imprezy, na wejście na wszystkie imprezy, to jeździłam na te wszystkie imprezy. Nie korzystałam wtedy ani z proponowanego hotelu, ani z wyżywienia, z muzeum, bo się zatrzymywałam u tej swojej przyjaciółki Danusi, tej, z którą przeszłam w ogóle całą tą drogą wojenną. U niej się zatrzymywałam, u niej mieszkałam, z nią chodziłam, spotykałyśmy się z innymi dziewczynami też jeszcze z naszego batalionu. No, nasz dowódca nie żył długo, bo też wrócił z żoną, miał trójkę nawet synów, pracował, ale potem go aresztowano, no a potem…

  • Czy jakieś koleżanki z tych czasów jeszcze żyją?


Nie, już teraz nie. Jest jeszcze ta Danusia w Warszawie, ale teraz już prawie tracimy kontakt ze sobą. Ona była już bardzo ciężko chora. Ostatni raz, jak dzwonił jej syn do mnie, a to było ponad pół roku temu, on jeszcze na stacjonarny dzwonił.

  • Proszę przypomnieć nazwisko.


Danuta Jeżewska-Hryckiewicz. Mam tutaj książkę, bo ona jest lekarką, a lekarze też wydali swoją książę z okresu, i [Danusia] tam ma dosyć duży rozdział, sama opisała to wszystko. No to u niej się zawsze zatrzymywałam, z nią żeśmy chodziły na te wszystkie imprezy, spotykałyśmy się z innymi koleżankami.

Łódź, 28 września 2022 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Halina Irena Sobiczewska Pseudonim: „Halina”, „Lala” Stopień: sanitariuszka, łączniczka Formacja: Batalion Szturmowy „Odwet”, Batalion „Golski” Dzielnica: Ochota, Mokotów, Śródmieście Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter